Book: Nie ma jednej Rosji



Nie ma jednej Rosji

Nie ma jednej Rosji

Wydawnictwo Literackie

Nie ma jednej Rosji

Kraków 2013


Opieka redakcyjna: KRZYSZTOF LISOWSKI

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Korekta: ETELKA KAMOCKI, ANNA RUDNICKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

W książce wykorzystano fotografie pochodzące z cyklu dokumentalnego pt. Szerokie tory emitowanego przez Program 1 Telewizji Polskiej S.A.


Na okładce wykorzystano fotografię autorstwa Bartłomieja Kłębowskiego

© Copyright by Barbara Włodarczyk


© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2013

ISBN 978-83-08-05170-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.


ul. Długa 1, 31-147 Kraków


tel. (+48 12) 619 27 70


fax. (+48 12) 430 00 96


bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40


e-mail: [email protected]


Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Zamiast wstępu

Ekskluzywna restauracja w Moskwie. Złoto, marmury, kryształy. Właściciel lokalu, rosyjski miliarder Telman Ismaiłow, obchodzi pięćdziesiąte urodziny. Specjalnie dla niego śpiewa Jennifer Lopez. Wykonuje cztery piosenki. Za dwa miliony dolarów. Na koniec jubilat wręcza jej prezent. Złoty mikrofon z brylantowymi zdobieniami...

Wioska Romanowo w centralnej Rosji. Staruszka w starych rozdeptanych walonkach z trudem przebija się przez śnieżne zaspy. Dźwiga dwa wiadra z wodą. Ze studni. Mieszka w drewnianej walącej się chałupie. W domu nie ma wody ani ogrzewania, ani gazu. Jest za to telewizor, a w nim codziennie przywódcy państwa zapewniają, że Rosja to bogaty kraj...

Centrum Moskwy, plac Błotny. Ponad 30 tysięcy osób skanduje: „Rosja bez Putina!”. Demonstrantów nie zraża ani śnieg, ani mróz. Mają dość fałszerstw podczas wyborów. W Internecie można zobaczyć dziesiątki przykładów szwindli: zamiany kart do głosowania, kupowania głosów, zastraszania ludzi...

Studio telewizyjne. „Władimirze Władimirowiczu, szacun!”. Młody hiphopowiec kłania się Putinowi. Premier ubrany w sportową bluzę stoi pod sceną, na której występują raperzy.

– To swój gość – mówi nastolatek. – On nie pozwala obrażać Rosji.

Rosja to różnorodny i barwny świat. To nowobogacka Moskwa i siermiężna prowincja, czyli „głubinka”. To Europa i Azja. To marzenia o integracji z Zachodem i nostalgia za ZSRR. Spędziłam w Rosji wiele lat. Spotykałam się z milionerami i z bezdomnymi. Widziałam salony w iście carskim stylu i mroczne więzienia. Brałam udział w obrzędach odprawianych przez szamana nad Bajkałem i w treningu dziewięcioletnich kadetek, które w kilka sekund składają kałasznikowa. Obserwowałam z bliska sektę, która czci Putina jako nowe wcielenie apostoła Pawła, i treningi neofaszystów. Razem z maszynistą moskiewskiego metra poznawałam tajemnice najsłynniejszej kolei podziemnej, a z czarnoskórym radnym zamiatałam ulice. Za każdym razem przekonywałam się, że NIE MA JEDNEJ ROSJI. Wbrew nazwie kremlowskiej partii[1]...



[1] Jedna Rosja – największa partia polityczna w Rosji. Ma obecnie zdecydowaną większość w Dumie Państwowej, popiera politykę Kremla i jest zapleczem politycznym Władimira Putina.

Lidia z potiomkinowskiej wioski

Nie ma jednej Rosji

Fot. Bartłomiej Kłębowski



– Niech pani zobaczy, u nas we wsi wszystkie baby chodzą teraz na obcasach – pięćdziesięciopięcioletnia Lida pokazuje mi nogę w czarnym botku na wysokim słupku. Jest wyraźnie zadowolona, ale uśmiecha się tylko półgębkiem, bo nie ma przednich zębów. – Jak nam asfalt położyli, to filcowe walonki poszły w kąt. Daj Panie Boże zdrowia Dmitrijowi Anatoliewiczowi Miedwiediewowi! Tu była głucha wieś. Dopiero jak ON przyjechał, wszystko się zmieniło.

Wioska Mansurowo pod Kurskiem nie ma w Rosji równych sobie. Na drodze asfalt, przy niej znaki drogowe i nowoczesna budka telefoniczna. A w chałupach plastikowe okna, centralne ogrzewanie, toalety jak w mieście i superszybki Internet, chociaż mało kto tu wie, jak się nim posługiwać. Domy obite jasnymi drewnianymi panelami przypominają fińskie osiedle. Jest światowo i nowocześnie. A wszystko dzięki temu, że stąd wywodzi się dziadek i ojciec Dmitrija Miedwiediewa. I prezydent postanowił odwiedzić rodzinne strony...

Jest lutowy mroźny poranek. Minus dwadzieścia stopni. Do tego zamieć. Wraz z ekipą zdjęciową jedziemy taksówką z Kurska do Mansurowa. W mieście proponowano nam wynajem zachodniej limuzyny, ale wybraliśmy starą wołgę. I dzięki Bogu, bo żaden inny samochód (oczywiście z wyjątkiem wypasionych dżipów, którymi jeżdżą rosyjscy krezusi) nie dałby sobie rady na zaśnieżonych i dziurawych drogach „głubinki”. Operator Walentin i dźwiękowiec Lena są Rosjanami i wiele już w swoim kraju widzieli, ale widok Mansurowa robi na nich spore wrażenie.

Tuż za tablicą z nazwą miejscowości zaczyna się inny świat. Większość okolicznych wiosek jest zimą całkowicie nieprzejezdna, a tu – równiutka droga, którą oczyszcza właśnie ciężarowy kamaz z wielkim pługiem.

– Takiego odśnieżania nie ma nawet na wielu ulicach Moskwy – zauważa Walentin i od razu wyciąga kamerę.

Chwilę później pojawia się milicja. Nowiutką terenową niwą. Patrol sprawdza, czy we wsi panuje spokój. Milicjanci przyglądają się nam z ciekawością, ale nie zaczepiają. Widać, że przywykli do obecności prasy. Odkąd Dmitrij Miedwiediew odwiedził Mansurowo, do wioski zaczęli zjeżdżać dziennikarze z różnych miast. Nawet z odległej o sześćset kilometrów Moskwy.

Przy drodze rzuca się w oczy błyszczący czerwony telefon z czarnymi przyciskami. Nad nim niebieska osłona w kształcie muszli. Wszystko nowe, lśniące.

– Nikt z tego nie korzysta? – pytam mężczyznę, który wyszedł zobaczyć, co za jedni filmują jego wioskę.

– Niee, to telefon międzynarodowy. A tu ludzie nie mają nikogo za granicą – mówi.

– A przejście dla pieszych potrzebne? – patrzę na nowiutki znak drogowy „Uwaga piesi”.

– Co pani?! Jaki tam u nas ruch? W Mansurowie mieszka wszystkiego ze trzysta osób.

Mężczyzna odpowiada krótko, ale konkretnie. Doskonale nadaje się na bohatera telewizyjnego reportażu. Poza tym ma bardzo wyrazistą fizjonomię, a kamera takich lubi. Wygląda jak typowy rosyjski chłop, bez określonego wieku. Twarz w bruzdach, złote zęby, pogodne niebieskie oczy. A jaka czapka! Brązowa papacha z prawdziwego futra. Bogate elegantki w Moskwie płacą ciężkie pieniądze za podobne czapki. No może za trochę lepsze. W rosyjskiej stolicy w cenie są przede wszystkim norki i sobole, a to, co ma na głowie mężczyzna, zrobiono z królika. Papacha odciąga uwagę od brudnej i wypłowiałej kufajki.

– Widział pan prezydenta Miedwiediewa z bliska, jak tu przyjeżdżał? – pytam i kątem oka dostrzegam, że Walentin filmuje naszą rozmowę. Stoi daleko, ale w klapie kurtki mam ukryty mikrofon bezprzewodowy i wszystko się nagrywa.

– Ja nie tylko widziałem, ale i rękę mu podałem. Słowo honoru! – mężczyzna mówi z takim zapałem, jakby opowiadał o najszczęśliwszym dniu w swoim życiu. – Przy nim stała ochrona, rozumie pani. I dopiero za trzecim podejściem udało mi się z nim przywitać. Życzyłem mu powodzenia i... głupio mi to mówić, ale powiedziałem mu, że po jego uścisku nie będę mył ręki przez miesiąc!

Nie mam wątpliwości. Muszę nakłonić rozmówcę, żeby zgodził się zostać bohaterem reportażu. Robiłam to dziesiątki razy i zwykle się udawało, chociaż nigdy nie było łatwo. Mało kto chce odkrywać swoje tajemnice przed obcymi ludźmi i godzi się, by kamera chodziła za nim krok w krok przez cały dzień.

– Proponuję panu świetną transakcję – zagajam. – Sfilmujemy jeden dzień z pana życia. Pan pokaże nam wioskę, a w zamian dostanie od nas płytę z nagraniem.

– Za nic w świecie! – mężczyzna gwałtownie zmienia ton. – Tu już byli tacy, co wyciągali z nas różne rzeczy, a potem pisali, że Mansurowo to niby taka potiomkinowska wioska.

– To znaczy jaka? – sprawdzam, czy mężczyzna rozumie sens określenia „potiomkinowska”.

– No taka nieprawdziwa, na pokaz.

Pokazówki w Rosji mają długą tradycję. W XVIII wieku książę Potiomkin, faworyt Katarzyny II, kazał budować atrapy bogatych osad na trasie przejazdu carycy, by zapewnić jej dobre samopoczucie w związku ze sprawnie zarządzanym imperium. Od tamtego czasu potiomkinowska wioska stała się synonimem pozorów, które mają przesłonić ponurą rzeczywistość. Rosyjska prasa stale przytacza przykłady pokazówek. Jedną z najgłośniejszych była historia, jaka zdarzyła się w mieście Iwanowo, gdzie Władimir Putin odwiedził szpital. Miesiąc po wizycie pewien kardiochirurg z Iwanowa wyznał w telewizji, że na przyjazd VIP-a innych placówek, a lekarze podawali wynagrodzenia wyższe od rzeczywistych. Ofiarą pokazówki stał się też Dmitrij Miedwiediew. Po zamachu na moskiewskim lotnisku Domodiedowo w Moskwie prezydent przeprowadził kilka inspekcji, by sprawdzić poziom bezpieczeństwa w miejscach publicznych. Wszędzie pokazywano mu bramki wykrywające metale i wzmożone patrole milicji. Tyle tylko, że na jednej ze stacji metra była to zwykła inscenizacja. Jak tylko prezydent odjechał, cały sprzęt został zdemontowany...

– U nas w Mansurowie wszyściutko zrobili prawdziwe. I wodę najprawdziwszą nam podłączyli. I szkołę jak się patrzy wyremontowali – mężczyzna z ogromnym przejęciem stara się mnie przekonać, że jego wioski nie można nazwać potiomkinowską.

– Ale trochę pokazówki chyba w tym jednak jest – odpowiadam. – W końcu wszystko zaczęło się przed przyjazdem prezydenta.

– No tak – przyznaje mężczyzna. – On nam dał nowe życie. Dzięki prezydentowi rodakowi mamy gaz. Gdyby nie Dmitrij Anatoliewicz, nie zobaczylibyśmy gazu jeszcze przez wiele lat.

Mężczyzna nie daje się namówić na filmowanie. Poleca za to swoją sąsiadkę Lidę. Kobieta kiedyś pracowała w kołchozie, który upadł po rozpadzie Związku Radzieckiego. Teraz jest ona na emeryturze. Ma dużo wolnego czasu, mieszka sama. Jest wdową, a jej córka i syn wyjechali do Kurska. Za pracą.

– Barbaro, niech pani wejdzie – Lida zaprasza do swojej chałupy.

Dom jest skromny, ale zadbany. Kuchnia i dwie izby. W oknach firanki, na ścianach tapety w kwiatki, są też kanapa i miękkie fotele. Trochę staromodne, ale bardzo miastowe. To prezent od dzieci.

– Ładnie i ciepło tu u pani – zagajam.

– Proszę dotknąć kaloryfera, jaki gorący – Lida wskazuje na rurę, która biegnie wzdłuż dwóch ścian pokoju.

– Centralne ogrzewanie to u was nowość? – pytam.

– Oczywiście. Dopiero co zrobione. Wcześniej miałam tylko piec. Przed przyjazdem prezydenta wszystko nam podłączyli.

Lida z dumą zapala gaz na kuchence i stawia wodę na herbatę. Wcześniej musiała sama dźwigać drewno na opał. Jej mąż zmarł kilka lat temu. Dużo pił. Jak większość chłopów we wsi. Według danych z 2011 roku, średnia długość życia mężczyzn w Rosji wynosi pięćdziesiąt dziewięć lat. To najniższy wskaźnik w Europie.

– Jak to było, kiedy miał przyjechać do was Miedwiediew? – pytam.

Lida uśmiecha się szeroko i na chwilę zapomina, że nie ma przednich zębów. Kiedy się rozpromienia, wygląda młodziej niż na pięćdziesiąt pięć lat. Tym bardziej, że jest odświętnie ubrana. Ma na sobie nowy wrzosowy sweter.

– Tu każdy kąt sprawdzali przed jego przyjazdem. A ilu milicjantów było...

– Waszych czy przyjezdnych? – dopytuję się.

– Nie wiem, skąd oni byli. Ale u nas w rejonie to aż tyle milicji nie ma. Przyleciał helikopterem. Wylądował na specjalnie wybudowanym lądowisku, a potem przesiadł się do samochodu i pojechał po naszej świeżo wyasfaltowanej drodze.

Dmitrij Miedwiediew odwiedził Mansurowo w październiku 2009 roku. Niby znienacka. Tyle że na kilka miesięcy przed jego wizytą zaczął się w wiosce generalny remont. A w sklepiku, gdzie główny towar stanowiła tania wódka i mocne piwo, obok chleba pojawiły się świeże bułeczki.

– Jak Miedwiediew wygląda z bliska? – podpytuję Lidę. – Tak samo jak w telewizji czy inaczej?

– Mnie się wydaje, że lepiej niż w telewizji. Jest taki ładny. – Lida ociera łzę w kąciku oka. – To z emocji – tłumaczy się. – No bo żeby prezydent przyjechał w taką głuszę...

Dopijamy herbatę, bo Lida spieszy się na pocztę. Chce wysłać kartki do dzieci, a o dziesiątej samochód z rejonu ma zabrać listy. Budynek urzędu rzuca się w oczy z daleka. Jest świeżo odnowiony. W plastikowych oknach zamontowano nowoczesne rolety. Jest nawet podjazd dla wózków inwalidzkich. W środku kolejne zaskoczenie – dwa nowiutkie komputery i Internet; szybszy niż w wielu miejscach Moskwy.

– Mnie też doprowadzili ten Internet, ale jeszcze go nie podłączyłam – chwali się Lida.

– A do czego będzie go pani używać? – pytam.

Lida jest wyraźnie zmieszana.

– No... będę sprawdzać pogodę... i oglądać Putina.

– A już myślałam, że wy tu o Putinie całkiem zapomnieliście – podpuszczam. – Bo w Mansurowie wszyscy mówią tylko o Miedwiediewie.

Lida gwałtownie się ożywia.

– Nie! My go nigdy nie zapomnimy. Putin też dużo dobrego robi. Za jego kadencji emerytury zaczęliśmy dostawać. Bo za Jelcyna to nie płacili nam całymi miesiącami.

W latach dziewięćdziesiątych ludzie spędzali na poczcie długie godziny. Czekali, aż przyjdą pieniądze. To było drugie obok sklepiku miejsce spotkań i wymiany najnowszych plotek.

– Kiedyś ta poczta wyglądała jak szopa – mówią zgodnie dwie listonoszki, które rozsiadły się na wygodnych krzesełkach. – A teraz mamy pokój wypoczynkowy i toaletę. Sfilmujcie to...

Kobieta z dumą otwiera drzwi do WC. Na podłodze szara terakota, na ścianach błyszczące różowe płytki, są też tu bielutka umywalka i klozet z niezdartą nalepką producenta. Jest nawet odświeżacz powietrza w sprayu. Ktoś, kto nie chodził do wychodka na dworze, kiedy szaleje zamieć i mróz szczypie w uszy, nie zrozumie radości listonoszek. Łazienka z bieżącą wodą znaczy dla nich dużo więcej niż najszybszy Internet i telewizja satelitarna, którą zainstalowano na poczcie.

Odbiornik wisi pod sufitem. Czterdzieści dwa cale. Łowi pięćdziesiąt kanałów. Listonoszki nie mogą jednak włączyć telewizora, bo nie mają do niego pilota. Trzyma go w zamkniętej szufladzie kierowniczka poczty. Żeby się nie zniszczył...

– Miedwiediew mógłby jeszcze dać pieniądze na to, żeby naszym dziewczynom zęby powstawiać – śmieje się Lida, patrząc na fotografię prezydenta wizytującego pocztę. Zdjęcie stoi w ramce na ladzie. Na pierwszym planie Dmitrij Miedwiediew w czarnej skórzanej kurtce i dżinsach; a wokół grupa mieszkańców wioski w odświętnych ubraniach. – Tania na przykład nie ma męża, a gdyby wstawiła zęby, to może nie byłaby sama – żartuje dalej Lida, wskazując na jedną z listonoszek.

Wiek kobiety jest trudny do określenia, ale najpewniej nie przekroczyła jeszcze czterdziestki.

– Rozumiem, że z mężczyznami w waszej wsi jest problem – mówię.

– A komu oni potrzebni! Ja mam na nich alergię! – wykrzykuje Tania. Jej mąż zapił się na śmierć kilka lat temu.

– Wszystko przez to, że roboty nie ma – poważnieje listonoszka.

– Dlatego młodzież wyjeżdża do miast? – pytam.

– Tak, głównie do Moskwy. I o tym mówcie w prasie, a nie o tym całym Internecie. Może teraz coś się zmieni. Bo jak ludzie na spotkaniu z Miedwiediewem pożalili się, że po upadku kołchozów nie ma pracy, to obiecał rozwijać tu produkcję.

Urzędnicy w mig podchwycili słowa prezydenta. Po jego wizycie władze regionu wydzieliły środki na budowę farmy na tysiąc dwieście krów mlecznych oraz na hodowlę świń i ubojnię o mocy przerobowej sześć i pół tysiąca ton mięsa rocznie.

Tuż obok poczty jest biblioteka. Lida koniecznie chce mi ją pokazać, bo chociaż skończyła tylko kilka klas i była zwykłą dojarką w kołchozie, bardzo lubi czytać. Budynek pachnie jeszcze świeżą farbą – podobnie jak książki, które zakupiono przed przyjazdem Dmitrija Miedwiediewa. Gogol, Puszkin, Jesienin, ale i współczesne romanse.

– Ja bym chciała coś o miłości – mówi Lida do młodej bibliotekarki, która jest córką sołtysa. – Nie mam męża, to chociaż sobie poczytam – śmieje się.

– A jakie książki najczęściej wybierają wasi czytelnicy? – pytam bibliotekarkę.

Korpulentna dziewczyna, z krótkimi tlenionymi włosami, bez namysłu odpowiada:

– Właśnie o miłości i o historii naszej wioski.

– A czy w tych książkach o historii waszej wioski znajduje się już informacja, że w Mansurowie mieszkali przodkowie prezydenta? – zadaję kolejne pytanie.

– Nie, jeszcze nie, ale mam nadzieję, że wkrótce się pojawi.

Na razie jest portret Miedwiediewa. Wisi tuż przy wejściu. Wyretuszowana twarz polityka na tle biało-niebiesko-czerwonej flagi Rosji. Są też książki o nim. Stoją na oddzielnym regale. Z jednej z nich bibliotekarka właśnie coś kseruje.

– Po co robi pani odbitki zdjęć? – pytam.

– Bo w tej chwili zbieramy materiały do muzeum prezydenta Dmitrija Anatoliewicza Miedwiediewa – odpowiada patetycznym tonem dziewczyna. Dziadek Dmitrija Miedwiediewa wyjechał z Mansurowa przed wojną. Nie zachował się nawet jego dom. W wiosce nie ma już ani jednego krewnego prezydenta...

– Takiej pięknej biblioteki nie ma nawet w mieście powiatowym – chwali się Lida. – Niech pani zobaczy, jakie tu są toalety. Ktoś może nie uwierzyć, że to wieś. – Otwiera drzwi do WC. Toaleta jest bardzo podobna do tej na poczcie. Tylko płytki są szare, a nie różowe.

Kiedy wychodzimy z biblioteki, na drodze stoi grupka kobiet. W wiosce rozeszła się już wieść, że przyjechała telewizja z Polski, i nie wszystkim się to podoba. Dwie kobiety prawie rzucają się na Lidę:

– Po co z nimi gadasz! Dostałaś zgodę w rejonie? – krzyczą.

– Przecież to już nie czasy Związku Radzieckiego, kiedy nie wolno było rozmawiać z cudzoziemcami – bronię Lidy.

Kobiety są nieprzejednane.

– Nie gadaj z dziennikarzami i już – powtarzają.

Lida jest tak zdenerwowana, że dostaje migreny. Chce zrezygnować z dalszych zdjęć. Na szczęście pojawia się jej przyjaciółka Raisa, była kierowniczka klubu w Mansurowie.

– Niech pani zrozumie, u nas ludzie nie mają zaufania do telewizji, chociaż wszyscy ją oglądają i bardzo się z nią liczą. Tu nikt nie czyta gazet – tłumaczy mi. – No i ludzie ciągle myślą po staremu, że na wszystko trzeba mieć zgodę z góry – dodaje.

Raisa przekonuje koleżankę, że nie robi nic złego. Lidę jednak tak rozbolała głowa, że musimy iść po coś na ból głowy do przychodni.

Parterowy budynek ośrodka zdrowia ma nową beżowo-pomarańczową elewację i nowy brązowy dach. W lecznicy dyżuruje tylko pielęgniarka. We wsi nie ma ani jednego lekarza.

– Natalio Nikołajewna, dostanę coś przeciwbólowego? – pyta Lida.

W drzwiach staje pielęgniarka w śnieżnobiałym wykrochmalonym fartuchu. Jej schludny wygląd pasuje do pięknie odnowionego wnętrza.

– Oczywiście – odpowiada uprzejmie i podchodzi do szafki z lekarstwami.

Na półkach za szklanymi drzwiczkami leżą równiutko poukładane pudełka z tabletkami i opakowania opatrunków. Pielęgniarka podaje Lidzie pastylkę i wodę do popicia. Mineralną. Z butelki.

– Pieniędzy nie bierzemy. To na koszt przychodni – podkreśla.

– Jak my teraz mamy dobrze – mówi Lidia z egzaltacją. – Niech nam Dmitrij Miedwiediew żyje sto lat! Zuch! Tak bardzo pomógł naszej wiosce. Teraz to aż chorować się chce – dodaje ze śmiechem.

– Nie wolno chorować! – reaguje ostro pielęgniarka.

Gdyby komuś stało się coś poważnego, sama nie dałaby rady. A do najbliższego szpitala trzeba jechać co najmniej kilkadziesiąt minut.

Natalia Nikołajewna pracuje w przychodni od lat.

– To była rudera – wspomina. – Ogrzewaliśmy ją drewnem i węglem. Dlatego ciągle sadze leciały. Tu było brudno i bardzo zimno.

Teraz jest sterylnie i ciepło. Gładkie ściany, terakota, białe drzwi. Na każdych zielona tabliczka z nazwą gabinetu. Jest pokój zabiegowy, dentystyczny, internistyczny i akuszerski. Ten ostatni Natalia Nikołajewna ceni najbardziej.

– Mamy tu wszystko, co potrzebne kobiecie – podkreśla.

W gabinecie stoi nowoczesny fotel ginekologiczny i sterylizator do narzędzi. Początkowo – jak donosiła rosyjska prasa – był tu nawet aparat USG. Tyle tylko, że nikt nie potrafił go obsługiwać. Lekarz przyjeżdża do Mansurowa dwa razy w miesiącu.

– A najważniejsze, że mamy toalety. Jedną służbową, a drugą dla pacjentów – pielęgniarka zachwyca się WC równie szczerze jak listonoszki i bibliotekarka. – Wcześniej musiałam chodzić po wodę trzysta metrów – dodaje; zimą trzeba było się przedzierać przez zaspy. – Proszę, obejrzyjcie nasze toalety – zachęca Natalia Nikołajewna. – Można nawet wypróbować – zachęca.

To wyraz wielkiego wyróżnienia. Z WC mogą korzystać wyłącznie pacjenci i personel.

Wczesnym popołudniem Lida mówi mi, że musi zająć się gospodarstwem. Hoduje kilka sztuk drobiu, bo z samej emerytury ciężko wyżyć. Niedaleko jej domu jest szkoła. Składa się z aż dwóch budynków i przyległej do nich hali gimnastycznej. Przed przyjazdem Dmitrija Miedwiediewa cały kompleks przeszedł gruntowny remont. Nad wejściem wisi wielki napis „Witamy”. Jak się okazuje, jest to gościnność na pokaz. Kiedy podchodzimy bliżej, ktoś zatrzaskuje nam drzwi przed nosem. W ostatniej chwili udaje mi się dostrzec, że na korytarzu stoi skórzana kanapa. Jak na wiejską szkołę to rzecz niebywała.

– Lekcje się skończyły, nie ma tu czego szukać – słyszymy przez drzwi kobiecy głos.

Personel za nic nie chce wpuścić kamery do środka. Chociaż ma się czym pochwalić. Mansurowska szkoła uchodzi za jedną z najnowocześniejszych w całej Rosji. Ma najnowszej generacji komputery, szybki Internet, tablice elektroniczne, doskonale wyposażone pracownie oraz salę gimnastyczną godną dobrego klubu sportowego. No i oczywiście toalety...

Jak się okazuje, dyrekcja szkoły zakazała wpuszczania prasy po tym, jak gazeta „Izwiestia” napisała, że Mansurowo to pokazówka. I to kosztowna, bo na remont szkoły wydano miliony rubli. Tymczasem w wiosce jest tylko trzydzieścioro dzieci w wieku szkolnym...

– Cześć! – zaczepiam małą dziewczynkę z tornistrem. – Podobno macie super szkołę. Korzystasz z Interentu? – pytam.

– Nie – odpowiada bez namysłu dziecko.

– Jak to? Przecież jest dostępny w szkole – dziwię się.

– No tak – duka zmieszana dziewczynka...

Sołtys Mansurowa Aleksandr Aleksiejewicz jest bardziej gościnny niż dyrektor szkoły. I nie robi tajemnicy z tego, że wieś dużo zawdzięcza Miedwiediewowi. Budynek siedziby samorządu obity panelami, z czerwoną dachówką i przeszklonymi drzwiami wejściowymi, wygląda imponująco. W gabinecie sołtysa na eksponowanym miejscu wiszą zdjęcia Dmitrija Anatoliewicza. Na jednym wita się z weteranem, obwieszonym medalami. Na drugim rozmawia z młodą kobietą, która trzyma na ręku dziecko. Na każdym zdjęciu są też urzędnicy z Kurska i rejonu. Uważnie słuchają, co ludzie mówią gościowi.

– Dmitrij Miedwiediew to dobry człowiek – podkreśla Aleksandr Aleksiejewicz. – Ze wszystkimi porozmawiał.

No prawie ze wszystkimi. Każde z odwiedzanych przez niego miejsc ochraniał kordon mundurowych i tajniaków...

Najpierw prezydent pojechał pod pomnik weteranów II wojny światowej. W Mansurowie zginęło 189 osób. Dmitrij Miedwiediew złożył kwiaty pod cokołem z rzeźbą radzieckiego żołnierza. Takie same pomniki stoją w tysiącach rosyjskich wsi, bo odlewano je na skalę masową według jednego wzorca. Kamienny trzymetrowy postument, na nim figura postawnego mężczyzny w wojskowym płaszczu i z karabinem. Pomalowana na srebrno rzeźba wygląda trochę kiczowato, ale mieszkańcy wioski odnoszą się do niej ze szczerą atencją. Zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami to dla osiemdziesięciu procent Rosjan najważniejsze wydarzenie w historii XX wieku. I główny powód do dumy narodowej.

Wśród nazwisk na pamiątkowej tablicy jest też nazwisko Miedwiediew. To jedyny widoczny ślad, że stąd wywodzą się przodkowie prezydenta. Nie licząc oczywiście asfaltu, gazu, centralnego ogrzewania, Internetu i... okazałej cerkwi z siedmioma złotymi kopułami. Świątynię wybudowano w zawrotnym tempie, bo w ciągu kilkunastu miesięcy. W Rosji wszyscy wiedzą, że Dmitrij Miedwiediew jest człowiekiem wierzącym...

– Słyszała pani o wiosce Mansurowo? – pytam starszą kobietę w jednej z sąsiednich wiosek. Babuszka w walonkach i podartej kufajce stoi przed walącym się drewnianym płotem.

– Coś słyszałam, ale ja tam nie wiem, jak inni żyją – odpowiada.

– W Mansurowie mają gaz, a pani ma? – pytam.

– Nie.

– A wodę?

– Nie.

– A centralne ogrzewanie?

Staruszka patrzy na mnie, jakbym sobie z niej kpiła.

– My tu gałęziami palimy – odpowiada obruszona.

Jej pies przywiązany łańcuchem do budy ujada tak głośno, że nie da się rozmawiać. Wchodzimy do chałupy.

– Drzwi zamykajcie, bo zimno leci! – strofuje nas gospodyni.

Okna w izbie są tak nieszczelne, że słychać, jak wieje wiatr. O plastikowych oknach, jak w Mansurowie, staruszka może tylko pomarzyć. Ogień w piecu, który stoi na środku izby, ledwie się tli.

– Mieszkam sama – tłumaczy się kobieta. – Syn wyjechał pracować do Kurska i nie ma komu narąbać drzewa. W naszej wiosce tylko staruchy zostały – śmieje się. Na górze bielonego wapnem pieca jest legowisko. – Kiedyś tam spałam, jak było zimno, ale teraz nie mam sił, żeby się wdrapać – wzdycha babuszka.

Przy drzwiach stoją dwa baniaki z wodą i metalowa zardzewiała balia. Widać, że dawno nieużywana. Wodę trzeba oszczędzać, bo do studni jest ponad dwieście metrów.

– Spytaj ją, czy wie, co to Internet – podpowiada mi szeptem operator. Nie śmiem...

Tymczasem w Mansurowie Lida szykuje w swoim ciepłym domu małe przyjęcie. Zaprosiła Raisę, którą spotkaliśmy rano, i Ninę, z którą pracowała kiedyś w kołchozie. Na stole stawia fajansowe filiżanki, słoik z rozpuszczalną kawą, herbatniki i cukierki. Czekoladowe z orzechami, w błyszczących papierkach.

– Spodziewałyście się wcześniej, że wasza wioska tak się zmieni? – pytam.

– Nie, to było dla nas zaskoczenie – odpowiada Raisa.

– Mansurowo już umierało, a teraz to nawet miasto powiatowe nam zazdrości – śmieje się.

– Jakie piękne było spotkanie z Miedwiediewem – dodaje Nina. – Jak zobaczyliśmy helikoptery na niebie, to aż ciarki nam przeszły po plecach. Ze wzruszenia. Na samo wspomnienie tamtej chwili mam łzy w oczach. No bo co by z nami było, gdyby ON tu nie przyjechał? – mówi drżącym głosem.

W tym momencie przypomina mi się, jak jeden z rosyjskich satyryków, Iwan Urgant, żartował, że Dmitrij Miedwiediew i Władimir Putin nie powinni robić nic innego, tylko jeździć po Rosji. Bo gdziekolwiek się pojawią, od razu widać poprawę.

– Barbaro, na koniec mamy jeszcze prośbę – nieśmiało zagaja Lida. – Niech pani źle o nas nie mówi, bo my lubimy swoją wioskę – dodaje na pożegnanie.

Jest późny wieczór. Wracamy taksówką do Kurska. Znów pada śnieg. „Jak ich zasypie, to zostaną odcięci od świata” – myślę z niepokojem o swoich nowych znajomych. Po chwili uzmysławiam sobie jednak, że rano przyjedzie do Mansurowa wielki pług i odśnieży drogę. Przecież Dmitrij Miedwiediew w każdej chwili znów może odwiedzić rodzinne strony. Na spotkaniu z mieszkańcami Mansurowa obiecał, że wróci...



Julia – kreatorka mody z Moskwy

Nie ma jednej Rosji



– W Moskwie mamy dziś butiki najsłynniejszych kreatorów mody – Julia gładzi norkowe aksamitne futro w ekskluzywnym sklepie. – Tyle tylko, że u nas wszystko jest bardziej bogate i wyszukane, bo zamożni ludzie w Rosji nie rozumieją zachodniego „ascetyzmu”.

Julia Dalakian jest jedną z czołowych projektantek w Moskwie. Przez kilka lat pracowała na Zachodzie, między innymi dla znanego włoskiego krawca Roberta Cavallego. Dziś ma swój salon w rosyjskiej stolicy. Ubiera kobiety biznesu, gwiazdy i żony bogatych Rosjan. Moskwa to raj dla rynku mody. Bo po kilku dekadach deficytu, kiedy eleganckie kreacje można było jedynie oglądać w zachodnich żurnalach, zamożne Rosjanki chcą mieć wszystko, co naj... I nie żałują na to pieniędzy. W Moskwie króluje zasada: „Żyj chwilą, bo nigdy nie wiadomo, co cię spotka jutro”.

Julia umawia się ze mną w swoim salonie, który mieści się w centrum Moskwy, tuż obok słynnej Galerii Trietiakowskiej. To prestiżowa i elegancka dzielnica. Podjeżdżamy z operatorem i dźwiękowcem przed czasem, bo uprzedzono nas, że projektantka nie znosi spóźnialstwa. Czujemy się trochę niepewnie. Jesteśmy ubrani raczej przeciętnie, a już za chwilę mamy wkroczyć w wielki świat wyszukanej elegancji.

Julia podjeżdża czarną mazdą. Zatrzymuje się na chodniku pod samym wejściem do salonu. Z samochodu wyskakuje jej osobisty kierowca, otwiera drzwi i pomaga wysiąść. W stale zakorkowanej Moskwie, gdzie zaparkowanie graniczy z cudem, z usług szoferów korzysta większość bizneswomen. Julia wygląda wytwornie. Ma krótki wełniany płaszczyk, czarną wąską spódnicę, botki na wysokiej szpilce i dużą markową torebkę. Długie czarne włosy i zgrabna figura świetnie maskują jej wiek. Nie wygląda na kobietę czterdziestoletnią i matkę dorosłej córki. Ma oryginalną urodę, bo po ojcu odziedziczyła ormiańskie rysy.

– Po drodze zdążyłam już załatwić mnóstwo spraw – tłumaczy się. – Żeby ten salon dobrze funkcjonował, sama zamawiam materiały i dodatki. Moje ubrania to dzieła sztuki – dodaje nieskromnie, lustrując nas od stóp do głów. Nasze reporterskie „kreacje” chyba nie za bardzo jej się podobają.

Wnętrze salonu przypomina ekskluzywną garderobę. Z obrazami, fotelami i artystycznie upiętymi firankami. Na środku pomieszczenia stoi ogromny stół, a na nim bransoletki, wisiorki, naszyjniki, kolczyki i broszki. Julia ma bzika na punkcie dodatków. Sama też nosi oryginalną biżuterię. Wzdłuż ściany pod ogromnym napisem „Julia Dalakian” wiszą sukienki, bluzki, żakiety. Po jednym egzemplarzu. W butiku nie ma dwóch takich samych kreacji. Bogate Rosjanki chcą mieć ubrania niepowtarzalne.

– Zdarza się, że przychodzi klientka, a ty jej czegoś nie chcesz sprzedać? – pytam, patrząc, jak Julia z troskliwością poprawia na wieszaku czarną koktajlową sukienkę z wielką kokardą.

– Oczywiście. Może to niesprawiedliwe, ale dla mnie jest ważne, do czyich rąk trafiają te rzeczy.

Od razu dodaje jednak, że jej ceny są bardzo przystępne, bo niektóre bluzki można kupić już za trzysta dolarów. W butikach najbogatszej moskiewskiej dzielnicy Rublowka nawet podkoszulek kosztuje więcej...

Do salonu wchodzi młoda szczupła blondynka. Wysokie szpilki, dobre perfumy, perfekcyjny makijaż. Swoją wizytę zapowiedziała wcześniej telefonicznie. Jest asystentką szefa dużej prywatnej firmy. Julia wita ją jak dobrą znajomą, po czym podaje zwiewną wydekoltowaną bluzkę z jedwabiu. Dziewczyna przebiera się za kotarą i wychodzi do lustra w salonie. Obraca się jak modelka.

– Na jaką okazję kupuje pani tę kreację? – pytam, spoglądając na jej gołe plecy.

– Do noszenia na co dzień – odpowiada pewnym siebie głosem.

– A nie jest to trochę za ekstrawaganckie? – szczerze się dziwię.

Dziewczyna patrzy na mnie z wyższością.

– W Moskwie młodzi ludzie noszą się dużo bardziej odważnie niż w krajach zachodnich. Może w Europie kobiety krępują się ubierać na co dzień w sposób wyszukany, ale u nas jest to rzecz normalna – tłumaczy mi, nie przestając oglądać się w lustrze.

– Ile pieniędzy wydaje pani miesięcznie na ubrania? – pytam bez ogródek.

– Szczerze mówiąc, nie liczę...

Kolejna klientka jest równie wytworna i zgrabna. Perfekcyjnie obcięte czarne włosy, markowe kozaki, zadbane dłonie i pełen dystynkcji spokój mówią wszystko. To kobieta, która ma duże pieniądze. I dużo wolnego czasu. To żona bogatego męża.

– Nigdzie na świecie krezusi nie są tak hojni wobec kobiet jak w Rosji – twierdzi znawczyni rosyjskiego high life’u, Bożena Rynska.

Ich wybranki to nowe caryce. Przekonała się o tym słynna modelka Naomi Campbell – narzeczona rosyjskiego oligarchy Władisława Doronina. Czarnoskóra piękność dostała od ukochanego oryginalną rezydencję na Rublowce. Sypialnia mieści się na wysokości dwudziestu metrów (to kilka pięter), żeby Naomi mogła przed snem podziwiać gwiazdy. Partner modelki ma też luksusowy apartament w centrum Moskwy – na ulicy nomen omen... 1905 roku. Nazwa ta upamiętnia robotniczy zryw przeciwko możnym Rosji. Było to preludium do rewolucji październikowej, w efekcie której wytępiono warstwę krezusów, a ich majątki znacjonalizowano. Rosyjscy miliarderzy nie zapominają o tym. Między innymi dlatego wszyscy mają jeszcze po kilka domów za granicą. W Nowym Jorku, w Paryżu, na Lazurowym Wybrzeżu i obowiązkowo w Londynie. Jest to ulubione miasto rosyjskich nuworyszy. Bo choć klimat ma paskudny, to stanowi centrum międzynarodowych transakcji finansowych. Magazyn „Forbes” nazywa brytyjską stolicę Londongradem.

Na zapleczu butiku znajduje się pracownia krawiecka. Tu powstają wszystkie kolekcje Julii i kreacje na zamówienie. Szyje je tylko kilka krawcowych. Moskiewskie elegantki znacznie częściej wybierają renomowanych projektantów z Zachodu. Rodzimi stanowią na rynku mody w Rosji tylko dziesięć procent.

– Czy bogaci klienci są kapryśni? – pytam siwą kobietę ślęczącą nad maszyną do szycia.

Krawcowa jest ubrana skromnie, nie ma makijażu i pewnie wieki nie była u fryzjera.

– Wszystko zależy od tego, w jaki sposób kto się wzbogacił. Ci, którzy szybko się dorobili, z reguły są bardziej wymagający i delikatnie mówiąc, bardziej ekstrawaganccy...

Julia osobiście nadzoruje każdą szytą rzecz. Przeszła dobrą szkołę. Pierwsze kroki stawiała pod okiem najbardziej znanego projektanta ubrań w Związku Radzieckim, Sławy Zajcewa. Na Zachodzie nazywano go „czerwonym Diorem”. Jego kolekcje zyskały światowy rozgłos już w latach sześćdziesiątych. Zajcew nie ustępował światowym kreatorom, chociaż dysponował bardzo skromnymi środkami. Początkowo jego modelki malowały się i czesały same, a na wybieg wychodziły w prywatnym obuwiu.

– Wszystkie tkaniny są naturalne – Julia z dumą pokazuje mi kilka kreacji. – Jak futro, to prawdziwe. I skóra też. Być może, nie podoba się to organizacji Greenpeace, ale trudno...

Rosyjscy krezusi kochają futra. I płacą za nie po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy dolarów. Na zimowych pokazach mody w Moskwie norki czy sobole zawsze występują w roli głównej. W mroźnej Rosji głos obrońców zwierząt brzmi dużo słabiej niż w gorącym Hollywood.

O dwunastej wyjeżdżamy do agencji modelek, którą prowadzi przyjaciółka projektantki. Julia ma dziś wybrać kilka dziewczyn do pokazu swojej nowej kolekcji. Po drodze mijamy Kreml i Dumę Państwową.

– Czy masz klientów stamtąd? – pytam, patrząc na limuzyny wyjeżdżające z bocznej bramy siedziby prezydenta.

– Dzięki Bogu, nie! – ożywia się Julia. – Politycy są zbyt konserwatywni. Ja nie lubię takich ubrań.

Operator odruchowo poprawia swoje schodzone dżinsy i prostą kurtkę.

– A jak oceniasz styl waszych pierwszych dam? – drążę temat dalej.

– Z żoną Władimira Putina to w ogóle nie da się pracować, bo ona uważa, że wszystko wie najlepiej – z dezaprobatą stwierdza Julia. – Kiedyś próbowano ją do mnie przyprowadzić, ale kategorycznie odmówiłam.

Ludmiła Putin rzadko pokazuje się publicznie. W młodości była zgrabną filigranową blondynką z długimi włosami. Dziś ma lekką nadwagę i krótką, raczej pospolitą fryzurę. Zazwyczaj nosi proste garsonki bez żadnych ozdób. To nie Raisa Gorbaczowa, która kochała szykowne stroje i dobrze znała się na modzie.

– Za to Władimir Putin ubiera się chyba dobrze? – pytam niepewnie, zmrożona surowością ocen Julii.

– Bardzo dobrze – odpowiada z przekonaniem. – On w każdej sytuacji doskonale się prezentuje.

Putin nosi luksusowe garnitury Brioni. Jest to jedna z najdroższych linii męskich ubrań. Ich ceny dochodzą do czterdziestu tysięcy dolarów za sztukę. Ma też świetne buty. Włoskie, ręcznie robione z najlepszych skór, marki Salvatore Ferragamo. Tę firmę lubi także Silvio Berlusconi.

Na casting organizowany dla Julii przychodzi kilkadziesiąt dziewcząt. W wieku od piętnastu do dwudziestu pięciu lat. Wszystkie bardzo szczupłe, wysokie i na gigantycznych szpilkach. Selekcja odbywa się w sali z ogromnym lustrem. Dziewczyny mają tylko przejść tam i z powrotem. Właścicielka agencji Lena jest surowa i bezwzględna.

– Brakuje ci kilku centymetrów. Jesteś za mała! – wali prosto z mostu do sympatycznej szatynki, która pręży się, jak może. – Musisz schudnąć! – mówi kolejnej kandydatce.

Nie rozumiem komentarza Leny, bo panna waży pewnie nie więcej niż pięćdziesiąt kilogramów.

– Ty nie umiesz chodzić! – strofuje długowłosą blondynkę z kucykiem.

Krytyczne uwagi słyszy co druga uczestniczka castingu. Każda zachowuje kamienną twarz. Jejku! Jak im się to udaje?

– Rosyjskie dziewczyny są wyjątkowo zdeterminowane, by wejść do świata mody. Zwłaszcza te z mniejszych miast – wyjaśnia mi Lena.

Młode Rosjanki uważają, że świat mody to przepustka do lepszego życia. Bo daje szanse na zrobienie światowej kariery. Jak Natalia Wodianowa. Piękność z Niżnego Nowgorodu, sprzedawała w dzieciństwie warzywa na bazarze. Dziś jest jedną z najlepiej zarabiających modelek na świecie. Uczestniczki castingu nie kryją też, że liczą na poznanie jednego z rodzimych milionerów. Tajemnicą poliszynela jest to, że większość rosyjskich krezusów ma kochanki. Luksusowa nałożnica stała się wręcz oznaką wysokiego statusu. Bogaty sponsor kupuje jej mieszkanie, limuzynę, biżuterię i wypłaca po kilkanaście tysięcy dolarów kieszonkowego. Na salony piękności, zakupy, kawiarnie. Werbowaniem dam do towarzystwa dla milionerów zajmują się specjalne agencje. Szanse w nich mają tylko prawdziwe piękności. Rosyjskie bulwarówki bez ogródek opisują szczegóły funkcjonowania takich firm. W zamian za określoną sumę (zależną od urody) kandydatka spędza z magnatem tydzień lub miesiąc. Jeśli spodoba się klientowi, zostaje jego utrzymanką. Jeśli nie, VIP sprawdza kolejną dziewczynę...

Nie ma jednej Rosji

Ubrania w Moskwie są droższe niż w podobnych sklepach na Zachodzie.

Niedaleko agencji modelek, na Placu Czerwonym mieści się najsłynniejszy moskiewski dom towarowy, dziewiętnastowieczny zabytkowy GUM. W czasach Związku Radzieckiego zawsze były tu kolejki. Jedynie dygnitarze w nich nie stali, bo mieli wydzielone stoiska. Z lepszym towarem. Także zagranicznym. Mogli się też tam ubierać prezenterzy telewizyjni. Ale tylko od pasa w górę i tylko raz na jakiś czas. Dziś w GUM-ie jest ponad tysiąc butików najbardziej znanych światowych marek, takich jak Louis Vuitton, Christian Dior, Chaumet, Salvatore Ferragamo czy Burberry.

– Ubrania w Moskwie są droższe niż w podobnych sklepach na Zachodzie, prawda? – pytam kobietę w średnim wieku, która mierzy prościutką sukienkę Armaniego za tysiąc pięćset dolarów.

– No i co z tego? – odpowiada szczerze zdziwiona moim zdziwieniem.

W jednym z sąsiednich butików jej mąż kupił właśnie garnitur Versacego za trzy tysiące dolarów. A GUM to wcale nie jest najdroższy sklep w Moskwie...

Rosyjska stolica to doskonały rynek dóbr luksusowych. Bo miejscowi krezusi zawsze wybierają najdroższy towar z oferty. Jak zegarki, to za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a jak biżuterię, to za miliony. Na targach milionerów w Moskwie widziałam, jak klienci od ręki kupowali telefony komórkowe inkrustowane rubinami i szmaragdami w cenie dwupokojowego mieszkania, nie wspominając już o takich „drobiazgach”, jak czekoladowe trufle posypane złotymi opiłkami czy komputer z etui z sobolowego futra...

– A ty gdzie kupujesz ubrania? – pytam Julię, która zatrzymała się przed elegancką witryną butiku Escada.

– Na pewno nie w Moskwie – odpowiada szczerze. – Nie widzę sensu, by przepłacać za rzecz, którą na Zachodzie można kupić trzy razy taniej.

Rzeczywiście, zakupy w Mediolanie czy Rzymie są bardziej opłacalne, nawet jeśli uwzględni się koszt biletu na samolot.

Kiedy jako korespondentka TVP mieszkałam w Moskwie, zawsze gdy odwiedzali mnie znajomi z Polski, organizowałam im wycieczkę po butikach. Najwytworniejsze są w przedrewolucyjnych kamienicach w samym centrum. Wszyscy moi goście byli pod wrażeniem. Asortymentu i cen. Bo gdzie w Warszawie jest sklep, w którym na przykład wełniany szalik kosztuje kilkanaście tysięcy złotych, a ubranko dla pieska kilka tysięcy...

– W Rosji wielu bogatych ludzi ma skłonność do przesady.

Julia krytycznym okiem spogląda na kobietę obwieszoną złotem. Tuż za nią idzie ochroniarz, który dźwiga kilka toreb z firmowymi nadrukami.

– Latem na plaży w Saint-Tropez można zobaczyć Rosjan, którzy nie rozstają się z brylantami – kontynuuje Julia. – Nigdy i nigdzie. Nawet w morzu. Na szczęście, coraz więcej ludzi ma odpowiednie wyczucie smaku. Ot, choćby tamta dziewczyna.

Julia pokazuje mi zgrabną blondynkę za szybą butiku Trussardiego. Ma skórzaną kurtkę, wysokie sportowe botki, gustowną torbę i modny beret, który świetnie pasuje do jej długich włosów. Nawet z daleka widać, że wszystko jest w dobrym gatunku.

– Z kolei ta dziewczyna, nie bacząc na mróz, włożyła eleganckie pantofle i fajne wełniane rajstopy.

Kolejna młoda dama, którą chwali Julia, rzeczywiście wygląda stylowo, ale na pewno nie jest jej ciepło.

– Z drugiej strony jak ktoś popada w zależność od mody, to też chyba nie najlepiej o nim świadczy – odcinam się złośliwie.

– Oczywiście. Znam ludzi, którzy na przykład nie mogą dwa razy włożyć tej samej rzeczy. To jest absolutnie niedorzeczne.

Przed butikiem Jil Sander zatrzymuje się starsza nędznie ubrana kobieta. W wełnianej chustce na głowie, walonkach i szarym płaszczu wygląda jak z innej bajki. Czego ona tu szuka? W GUM-ie nie ma miejsca dla biednych babuszek. Młode ekspedientki z ekskluzywnych butików patrzą na nią z nieukrywaną pogardą.

– Mam taki pomysł: pojedźmy zobaczyć, jak ubiera się ulica na obrzeżach Moskwy – proponuję Julii.

Projektantka chwilę się waha, ale w końcu wyraża zgodę. Odjeżdżamy zaledwie kilkanaście kilometrów od centrum. Stajemy przy wejściu na mały bazarek. Czuć zapach hot dogów i kiepskiej benzyny. To ze starego żiguli, w którym grzeje się znudzony i naburmuszony mężczyzna z papierosem w ustach. Pewnie czeka na żonę. Jak wróci, to nieźle jej się dostanie. Wzdłuż ulicy stoją odrapane kioski z odzieżą. Na jednej z budek widnieje wielki plakat z reklamą ubrań dla pań o rozmiarach od czterdziestego ósmego do... osiemdziesiątego czwartego! Nie mogę uwierzyć. Rosyjskie rozmiary są co prawda o cztery numery większe od polskich, ale żeby aż tak?

– Ta reklama bardzo dużo mówi o tutejszej klienteli i jej zapotrzebowaniu – zauważa z drwiną w głosie Julia.

Klientki bazaru wyglądają szaro i smutno. Prawie wszystkie mają nadwagę i fatalnie ufarbowane włosy. Noszą tandetne plastikowe torebki, bure kurtki i czapki robione na drutach. Julia w swoim eleganckim ubraniu wzbudza ogromne zainteresowanie. Przenikliwe spojrzenia przechodniów wyraźnie ją męczą.

– Jedźmy stąd jak najszybciej – prosi.

Julia od dzieciństwa obracała się w wielkim świecie. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jej ojciec był szefem kuchni luksusowej restauracji, w której spotykała się radziecka elita. Politycy, aktorzy i artyści.

– Moi rodzice byli bardzo modnymi ludźmi – chwali się Julia. – Dobrze się ubierali i żyli aktywnie, bo należeli do śmietanki towarzyskiej Moskwy. A ja, jak taka lalka, zawsze z nimi chodziłam na różne imprezy.

Po południu Julia jedzie na spotkanie z przyjacielem, Kiriłłem, który jest dekoratorem sklepów Cartier. Artysta projektuje też wnętrza i robi scenografię do pokazów mody. W jego pracowni mają dziś wspólnie zrobić zabawkę na aukcję dla domu dziecka. Licytacja odbędzie się tuż przed Nowym Rokiem. Wezmą w niej udział gwiazdy show-biznesu, przedsiębiorcy, bankierzy.

– Cześć, Juleczko!

Kiriłł wylewnie wita się z przyjaciółką i wręcza jej kieliszek dobrego szampana. Taka mała ekstrawagancja. Kiriłł jest niski i prawie łysy, ale dobrze się prezentuje. I czuć od niego pieniądze. Ma świetną markową koszulę, dobre dżinsy, modną wełnianą kamizelkę i paznokcie świeżo po manicurze. Jego atelier pełne jest ozdób do domów i ogrodów. Są świeczniki z suszonych owoców, lampiony z gałęzi i choinkowe stroiki. Każda rzecz jest inna, wykwintna, oryginalna.

Kiriłł przynosi z zaplecza pudełko maślanych ciasteczek z makiem. Pięknie pachną. Operator ostentacyjnie się oblizuje, ale nic z tego. Poczęstunku nie będzie. Herbatniki służą do zrobienia choinkowej ozdoby na aukcję. Julia układa z ciastek koszyczek, przewiązuje czerwonymi wstążkami, dokleja gotowe laleczki i przytwierdza zawieszkę. Zabawka jest gotowa w ciągu kilku minut.

– Zrobiliśmy genialną rzecz. Będzie najlepsza – stwierdza Julia.

Projektantka jest pewna, że ozdoba pójdzie na aukcji co najmniej za tysiąc dolarów.

– W Rosji panuje moda na filantropię. To dobrze, że zamożnym ludziom chce się robić coś poważniejszego w ich niezbyt poważnym celebryckim życiu – dodaje ze śmiechem i dopija szampana.

Dla części rosyjskich milionerów bieda to coś tak egzotycznego, że aż frapującego. W Moskwie młodzi krezusi bawią się na przykład w przebieranki za bezdomnych. Ucharakteryzowani wychodzą na ulice i proszą o jałmużnę. Wygrywa ten, kto wzbudzi większą litość. To już nie te czasy, kiedy krezusów emocjonowały urlop na Karaibach czy urodzinowe party na Madagaskarze. Teraz szukają nowych mocnych wrażeń. Dużo silniejszych niż ekstremalne sporty, afrykańskie safari czy nurkowanie na obszarze Wielkiej Rafy. Chodzi o przeżycie czegoś, co całkowicie różni się od ich codzienności. Na przykład spędzenie kilku godzin w łagrze. W Moskwie działa co najmniej kilka firm, które spełniają wszystkie zachcianki i kaprysy oligarchów. No, może prawie wszystkie. Menedżerka angielskiej agencji Quintessentially, oferującej usługi klasy lux, w jednym z wywiadów opowiadała, że pewien rosyjski klient chciał, żeby ściągnąć mu na przyjęcie... brytyjską królową.

– Gdzie można kupić pana rzeczy? – pytam Kiriłła, który oprowadza mnie po pracowni. – Ma pan swój sklep?

– Nieee! Moimi klientami są ludzie zamożni, a dobry produkt nie może być sprzedawany masowo – tłumaczy zdziwiony, że mogę tego nie wiedzieć.

– Ja też zmierzam do tego, żeby zlikwidować swój butik i stworzyć zamknięty system sprzedaży. Bez żadnych wywieszek i reklam – wtrąca Julia.

Najbogatszych moskiewskich elegantów nie interesują rzeczy, które można kupić nawet w luksusowych sklepach. Albo zobaczyć w czasopismach. Prestiż to towar, jakiego nie ma nikt inny. Cena nie gra roli.

– Przez kilka lat pracowałam na Zachodzie. Zarobiłam tam pierwsze większe pieniądze. Ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, jakie dochody można dziś osiągnąć na rynku mody w Moskwie – przyznaje Julia.

O osiemnastej Julia ma kolejne spotkanie. W centrum Moskwy czekają na nią właściciele nocnego klubu, w którym planuje pokaz nowej kolekcji. Idziemy piechotą, bo o tej porze korki dosłownie paraliżują miasto.

– Czym jest dla ciebie Moskwa? – pytam, kiedy przechodzimy obok Kremla. Plac Czerwony jest pięknie oświetlony; nocą robi jeszcze większe wrażenie niż w dzień.

– Moskwę pokochałam tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy zaczęłam mieszkać i pracować na Zachodzie. Wtedy ją doceniłam, bo miałam porównanie. To jest najfajniejsza stolica na świecie – odpowiada Julia z dumą.

– Pod warunkiem, że się ma siłę i pieniądze – ripostuję.

– To prawda – zgadza się Julia, uśmiechając się z wyższością. – Tu słabych się zadeptuje.

Klub PlayHouse mieści się w podziemiach starej kamienicy. Większość moskwian nie ma pojęcia o jego istnieniu. I nigdy tu nie trafi.

– Tutaj bywają najbardziej znani w Rosji celebryci – tłumaczy mi Julia, kiedy schodzimy po marmurowych schodach do głównej sali. Kandelabry, kryształowe lustra, stylowe kanapy obite aksamitem. – To znane miejsce wśród ludzi z branży mody i show-biznesu. Bo ten klub jest związany z kanałem telewizyjnym World Fashion – dodaje.

Na powitanie Julii wychodzi dwóch młodych mężczyzn. Są dobrze ubrani i wyluzowani. Widok kamery w ogóle ich nie peszy. To właściciele klubu: Artiom Sorokin i Andriej Griszyn. Julia od razu przechodzi do rzeczy i wylicza, jak ma wyglądać pokaz jej kolekcji.

– Podium będzie okrągłe. Wokół musi być pełno roślin. Zrobimy tu dżunglę – mówi z profesjonalnym zaangażowaniem.

– Dziennikarzy usadowimy na tych kanapach, prawda? – pyta Artiom.

– Nie, tam zostawimy miejsca dla VIP-ów, bo to jest impreza dla nich. Prasa to tylko środek, a nie cel – odpowiada szczerze Julia.

– Przychodzą do was oligarchowie? – zagaduję do właścicieli, kiedy kończą omawiać szczegóły pokazu.

– Przychodzą – odpowiada Artiom.

Jego zdaniem nie ma lepszego wabika niż obecność pięknych modelek. Taki lokal to świetny interes. Bo rosyjscy krezusi mają gest. W barze jednego z luksusowych hoteli w Londynie pewien oligarcha zamówił najlepszego szampana: Dom Perignon Rose Gold rocznik 1996. Sześciolitrowa butelka w pozłacanym etui kosztuje ponad pięćdziesiąt trzy tysiące dolarów. Klient otworzył szampana przy ladzie i na stojąco wypił duszkiem trzy kieliszki. Bez żadnej okazji. Na koniec zostawił jeszcze piętnaście tysięcy dolarów napiwku. Rosyjscy bogacze żyją tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim, bo wiedzą, że z dnia na dzień mogą stracić majątek. W 2004 roku Michaił Chodorkowski był magnatem naftowym i najbogatszym człowiekiem w Rosji. Dziś odbywa w łagrze kilkunastoletni wyrok. Fiskus zainteresował się nim po tym, jak zaczął krytykować prezydenta Putina. Moskiewski sąd wydał nań dwa wyroki za przestępstwa gospodarcze – skazano go za niepłacenie podatków, kradzież ropy i pranie brudnych pieniędzy.

– A przychodzą do was bawić się politycy? – pytam Artioma. – Czy też mają swoje oddzielne kluby?

Moje pytanie wywołuje salwę śmiechu.

– Oni mają tylko jeden zamknięty klub, który się nazywa Duma Państwowa. I świetnie się tam bawią – Artiom z trudem opanowuje chichot.

Nie jest jednak żadną tajemnicą, że rosyjscy politycy często bawią się w gronie biznesowych elit. Zresztą wielu z nich do tych elit należy.

Julia wraca do domu późnym wieczorem. Jedziemy przez rozświetlone centrum. Migają reklamy najdroższych samochodów, najlepszych kosmetyków, brylantowej biżuterii. Świecą billboardy ze zdjęciami rosyjskich gwiazd podrasowanych przez chirurgów plastycznych. O zmierzchu luksusowe witryny butików wyglądają jeszcze szykowniej, a eleganckie moskwianki jeszcze piękniej. Chyba tylko tu można zobaczyć modnisie, które nawet po zaśnieżonych chodnikach biegają w wysokich szpilkach. I to od rana do wieczora.

Julia mieszka w ceglanym budynku z lat sześćdziesiątych. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. Jestem nawet trochę rozczarowana. „Królowie życia” mieszkają przecież w apartamentowcach za setki tysięcy dolarów, a nie w blokach z czasów radzieckich. Wnętrze robi dużo lepsze wrażenie. Julia przeprowadziła się tu niedawno. Czuć jeszcze świeżą farbę. Mieszkanie jest przytulne i urządzone z dużym smakiem. Wszystko w najlepszym gatunku. Sprzęt, meble, oświetlenie i obrazy. Przestronny salon oddzielają od kuchni przesuwane drzwi z hartowanego przezroczystego szkła. Są też dwie duże sypialnie. Jedna Julii, druga jej córki Maszy, studentki ostatniego roku elitarnej szkoły dyplomatycznej.

– Swój pokój urządziłam sama – chwali się dziewczyna.

Ma dobry gust. Dobrała stylowe dodatki, dzięki którym sypialnia wygląda jak z żurnala.

– Ona równie dobrze się ubiera – mówi z dumą Julia. Masza jest do niej podobna. Też ma długie czarne włosy i duże ciemne oczy. Julia wychowywała ją sama. Mąż projektantki zmarł, kiedy córka miała kilka lat.

– Czy opowiadałaś Maszy, jak żyło się w Związku Radzieckim? Jak ciężko zdobywało się ładne rzeczy? – pytam, kiedy siadamy do stołu.

Julia zapaliła świece i postawiła talerz z miniaturowymi ciasteczkami. Wyglądają przepięknie, ale najeść się nimi nie można. Operatorowi z głodu zaczyna już burczeć w brzuchu.

– Specjalnie jej o tym nie opowiadałam, ale z przyjaciółmi często wspominamy przeszłość. Dlatego Masza siłą rzeczy o tym słyszy – mówi się Julia.

Ona sama już nie pamięta czasów, kiedy śledzenie trendów mody traktowane było jako propaganda wrogiego kapitalistycznego trybu życia. Ale za czasów jej młodości też nie było łatwo. Dziewczyny marzyły wtedy o przywożonych z Zachodu dżinsach i mało kto zwracał uwagę na markę ubrań. Wystarczyło, że miały zagraniczną metkę.

– Ja jakoś nie mogę sobie wyobrazić sklepów bez towarów – śmieje się Masza.

– Jej pokolenie, jeśli chodzi o modę, nie ma już żadnych kompleksów wobec Zachodu – jednoznacznie stwierdza Julia. – Wręcz przeciwnie...

Erik – porywacz z Kaukazu

Nie ma jednej Rosji



– Boże, dlaczego tak brutalnie! – krzyczę przerażona.

Kilkadziesiąt metrów przede mną muskularny chłopak wpycha dziewczynę do auta. Porwana krzyczy na cały głos. Jest biały dzień, ale nikt nie reaguje.

– Barbaro, niech pani tego tak nie przeżywa – uspakaja mnie Erik, który wraz ze mną obserwuje całe zdarzenie. – U nas w Dagestanie porwania dziewczyn dla ożenku to tradycja. Choć zabroniona – dodaje ze śmiechem.

Ale mnie nie jest do śmiechu...

Dagestan na Kaukazie to najbiedniejszy, najbardziej przywiązany do tradycji i najbardziej dziś niestabilny region w całej Federacji Rosyjskiej. W republice nie ma tygodnia bez zamachów i strzelaniny. Islamscy radykałowie regularnie atakują mundurowych. W odwecie siły bezpieczeństwa urządzają naloty na bazy fundamentalistów i domy ich rodzin. Ofiarami są winni i niewinni. Błędne koło przemocy coraz trudniej zatrzymać.

W przeddzień mojego wyjazdu do Dagestanu w stolicy republiki wybuchła bomba o mocy czterdziestu kilogramów trotylu. Zginęły trzy osoby, sześćdziesiąt zostało rannych. Na wieść o tym robi mi się nieswojo, tym bardziej że jadę prawie w ciemno.

W Dagestanie mam tylko jedną znajomą. To Dżulia, którą spotkałam w Moskwie, gdzie pracuje jako manicurzystka. Dziewczyna obiecała, że pomoże mi zorganizować zdjęcia. Kiedy jednak dowiaduje się, że wymyśliłam sobie temat o porwaniach, nie potrafi ukryć przerażenia.

– Kto ci pozwoli filmować coś, co jest nielegalne? – pyta. – Za jednym zamachem możesz narazić się policji, rodzinie porwanej i islamskim fundamentalistom, którzy kaukaską tradycję porwań uważają za grzeszną.

Kiedy to słyszę, przypominam sobie, jak koledzy w Warszawie zazdrościli mi, że jadę do... raju. W końcu Dagestan to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. To góry i Morze Kaspijskie.

Jest siódma rano. Wynajęte mieszkanie w miasteczku Izberbasz na środkowym wybrzeżu Dagestanu. Adres zna tylko kilka osób. Mimo że na dworze jest gorąco, bo to koniec lata, okna są zamknięte i zasłonięte. Pełna konspiracja. Przy stole nakrytym żółtą ceratą trzech chłopaków omawia plan porwania dziewczyny. Najstarszy, Erik, jest organizatorem całej akcji, postawny Achmed – głównym wykonawcą, a przystojny Kurban – chłopakiem ofiary. Wszystko odbędzie się według odwiecznych zwyczajów. Narzeczony zostanie w domu. Porwania dokonają tylko jego przyjaciele.

Chłopcy są podekscytowani, ale przed kamerą udają twardzieli.

– Musisz ją od razu wrzucić do auta i jazda – Erik znacząco patrzy na Achmeda, który ma złapać dziewczynę. – Najwyżej cię ugryzie, ale jakoś to przeżyjesz – dodaje, chichocząc.

Kiedy się śmieje, jego wygląd staje się łobuzerski – odsłania wielką przerwę między przednimi zębami, tak dużą, jakby ktoś mu wybił jedynkę. Erik ma trzydzieści lat. Ukończył ekonomię, ale jest robotnikiem na budowie, bo w trzymilionowym Dagestanie trudno o pracę. Bezrobocie sięga tu pięćdziesięciu procent.



– Ile waży ta twoja Zarina? – zastanawia się Erik. – Niedużo, przecież jest szczupła – Kurban kreśli rękoma zgrabne kobiece kształty.

Na pierwszy rzut oka chłopak nie przypomina mieszkańca Kaukazu. Ma co prawda ciemne włosy i orzechowe oczy, ale rysy – typowo europejskie. Z wykształcenia jest prawnikiem. Podobnie jak Erik pracuje fizycznie, bo, jak mówi, nie miał na łapówkę, żeby zdobyć dobrą i zgodną z kwalifikacjami posadę.

– Kurban, dlaczego zdecydowałeś się na porwanie dziewczyny? – pytam.

– Po pierwsze dlatego, że jesteśmy różnych narodowości. Ja kumyckiej, ona darginskiej. W Dagestanie żyje aż 36 narodów i rodzice chcą wydawać dzieci tylko za swoich. A po drugie dlatego, że nasze rodziny dzieli różnica poziomów życia. Za mało zarabiam – dodaje smutnym głosem.

Według oficjalnych danych Dagestańczycy porywają co roku ponad sto kobiet, których rodzice nie godzą się na ślub. Nieoficjalnie mówi się, że takich przypadków jest kilka razy więcej. Uprowadzona zwykle nie ma wyboru. Musi wyjść za mąż za porywacza, bo po tym wszystkim uważana jest za nieczystą i żaden inny mężczyzna już jej nie poślubi. Tradycji nie zdołały wyplenić ani władza radziecka, ani islam. Kaukaz rządzi się swoimi prawami...

– To chyba Czeczenia...

Erik pokazuje chłopakom filmik zamieszczony w Internecie. Na zdjęciach dziewczyna wyrywa się porywaczom, kładzie się na ziemi i krzyczy tak głośno, że zbiega się tłum ludzi.

– To śmiech, nie porwanie – komentuje Erik.

– Żeby u nas tak nie było – niepokoi się Kurban.

Jeśli akcja się nie uda, będzie skompromitowany i może zapomnieć o swojej ukochanej.

– Nie, my mamy wszystko przygotowane – odpowiada zdecydowanie Erik.

Jest trochę urażony, że Kurban wątpi w powodzenie akcji, bo uważa się za specjalistę. Już trzeci raz organizuje porwanie.

– Samochód przygotowałem i z glinami też się dogadałem, żeby nas nie zaczepiali; zebraliśmy około stu tysięcy rubli, czyli trzy i pół tysiąca dolarów – wylicza jednym tchem.

– Aż sto tysięcy rubli? – dziwię się, bo w biednym Dagestanie to suma naprawdę ogromna. – Na łapówki? – dopytuję.

– Nieee! My łapówek nie dajemy. To na wszelki wypadek, gdyby na przykład zatrzymał nas obcy policjant. Bo przecież wszystkich nie znamy – odpowiada, jakby nie rozumiał sensu słowa „łapówka”.

– Czyli płacicie, żeby przymknęli oczy? – ujmuję pytanie inaczej.

– No tak. To są pieniądze, które możemy rzucić gliniarzom, jak nas zatrzymają, i powiedzieć: „Panie władzo, jedziemy. Ty nas nie widziałeś i my ciebie też nie”.

W Związku Radzieckim kodeks karny zawierał specjalny artykuł, który mówił o „przestępstwach wynikających z miejscowych obyczajów”. Przepis usunięto w 1996 roku. Od tego czasu prawo w Rosji nie wyróżnia już porwania dla ożenku, ale oczywiście przewiduje karę za uprowadzenie. Tyle tylko, że jeśli dziewczyna nie złoży doniesienia, to chłopak unika odpowiedzialności. A w Dagestanie mało kto wnosi taką sprawę do sądu. Bo porwanie to dla rodziny uprowadzonej wstyd i hańba.

– Kurban, rozumiem, że dziewczyna nie jest ci przeciwna? – pytam z nadzieją w głosie.

– Nie jest – potwierdza.

– A wie, co ją czeka?

– Domyśla się.

Chłopcy nie mają co do tego żadnych wątpliwości.

– Uprzedzaliśmy jej rodzinę – tłumaczy Erik. – Rozmawialiśmy z jej braćmi, bo z jej ojcem nie mamy prawa dyskutować. Mówiliśmy: „Zrozumcie, Kurban chce się ożenić z waszą siostrą i prędzej czy później do tego dojdzie. Nie zdołacie ochraniać jej bez przerwy. Jak tylko nadarzy się okazja, to i tak ją ukradniemy”.

Kurban coraz bardziej nerwowo spogląda na kamerę. Jakby zaczynał żałować, że zgodził się na filmowanie akcji. Żeby tylko się nie wycofał. Tak trudno go było namówić. Nie ma się co dziwić, jestem dla niego zupełnie obcą osobą. Poznaliśmy się zaledwie dwa dni wcześniej. Kurban jest znajomym kierowcy, z którym jeździliśmy na zdjęcia w góry. To on mi pomógł dotrzeć do chłopaków i zdobyć ich zaufanie. Na początku w ogóle nie chcieli rozmawiać, ale nie odpuściłam.

– Chłopaki, będę z wami w czasie całej akcji – przekonywałam. – Dlatego, jakby co, jedziemy na jednym wózku.

Ten argument ostatecznie skruszył lody.

– Barbaro, nie bądź taka wystraszona. Chciałaś, to masz. Ruszamy!

Erik doskonale mnie rozszyfrował. Chyba zaczynam się trochę bać. Kurban zostaje w wynajętym mieszkaniu, Achmed jedzie do parku, gdzie zaplanowano kulminacyjny moment akcji, a my z Erikiem udajemy się pod dom dziewczyny.

O ósmej na ulicach jest już spory ruch. Zarina lada moment powinna wyjść do pracy. Ma dwadzieścia jeden lat. Jest wizażystką w salonie kosmetycznym. Mieszka z rodzicami w niewielkim parterowym domu. Dwieście metrów od wejścia stoi stara łada z przyciemnionymi szybami.

– To nasz samochód. Jest skromny, żeby nie rzucał się w oczy. Stąd będziemy ją śledzić.

Erik daje znak, żeby szybko wsiadać. Razem z nami jest operator Walentin. Ma wystraszoną minę; boi się, że ktoś zauważy kamerę i zostaniemy zdemaskowani. Niepotrzebnie. Przyciemnione szyby skutecznie maskują wnętrze. Folie w samochodowych oknach są w Rosji zakazane, ale mało kto się tym przejmuje.

– Uwaga. Właśnie wyszła – w głosie Erika słychać zdenerwowanie. Niby taki chojrak, a jednak drży. – Nie wyglądajcie teraz. Żadnych zbędnych ruchów, żeby nie zaczęła czegoś podejrzewać – ostrzega nas, chociaż siedzimy z Walentinem cicho jak trusie.

Dziewczyna jest ładna i zgrabna. Ma długie czarne włosy i regularne rysy twarzy. Wygląda jak modelka. Uwagę przyciąga nie tylko jej uroda. Także ubiór: szpilki, legginsy i trykotowa koszulka z modnym nadrukiem. W odróżnieniu od większości kobiet w Dagestanie nosi się po europejsku, ale od tradycji i tak nie uda jej się uciec... Zarina nie zwraca uwagi na nasz samochód. Szybkim krokiem idzie w kierunku ulicy, by jak zwykle pojechać do pracy „na łebka”. Gdy tylko znika za rogiem, ruszamy za nią. Kierowca zachowuje bezpieczną odległość.

– Czy porywacie tylko swoje dziewczyny, czy cudzoziemki też? – pytam Erika i zaczynam się śmiać, bo brzmi to trochę tak, jakbym sama miała nadzieję.

– Dagestańczycy, którzy mieszkają w Rostowie czy w Moskwie, kradną też dużo rosyjskich dziewczyn – odpowiada. – Jeśli Rosjanki spotykają się z naszymi chłopakami, dobrze wiedzą, co je może spotkać...

Myślę, że jednak nie wiedzą. Większość moich znajomych z Moskwy jest przekonana, że uprowadzanie dziewcząt dla ożenku to już przeżytek...

Zarina zatrzymuje zdezelowane żiguli i szybko dogaduje się z kierowcą. W Dagestanie poziom życia jest kilka razy niższy niż w Moskwie i każdy dorabia, jak może.

– Nikt jej nie ochrania – zauważa z ulgą Erik. Kiedyś organizował porwanie bogatej dziewczyny, która nigdzie nie ruszała się bez obstawy. – W akcji brały udział aż cztery samochody – podkreśla. – To dopiero była adrenalina. I wszystko się udało.

Tuż przed dziewiątą Zarina dociera na miejsce. Od tej chwili Erik i jego koledzy będą czekać w pełnej gotowości, chociaż dziewczyna wyjdzie z pracy dopiero po południu – właśnie wtedy zostanie porwana.

Kilka ulic dalej znajduje się duży meczet. Jego przełożony, Mahomed Arsłanalijew, to zastępca muftiego Dagestanu. Imam godzi się na rozmowę przed kamerą, ale najpierw lustruje mnie dokładnie od stóp do głów. Na szczęście mam zakryte włosy, długie rękawy i jestem zapięta pod samą szyję.

– Jak islam traktuje tradycję porywania dziewcząt? – pytam.

– To grzech! – odpowiada imam. – Bo działa się wbrew woli rodziców. Dla bliskich porwanej to hańba, że nie upilnowali dziewczyny. Hańba dla ojca i dla rodzeństwa. Po czymś takim bracia uprowadzonej nie mogą spojrzeć ludziom w oczy.

Imam mówi donośnym głosem. Najwyraźniej chce, żeby usłyszeli go dwaj młodzi chłopcy, którzy w kącie czytają Koran. Młodzieńcy zerkają z ciekawością w naszą stronę. Wydają się zaskoczeni słowami mułły.

– A co robi duchowieństwo, żeby wyplenić tę tradycję? – pytam równie głośno. Niech słyszą!

– Apelujemy do mułłów, żeby nie udzielali ślubów takim parom.

Wezwania islamskich duchownych nie na wiele się zdają. W dagestańskich wioskach prawie nie ma rodziny, w której w ten lub inny sposób nie miano by do czynienia z porwaniem. W małej górskiej miejscowości Akuszi z pewnym zdziwieniem odkryłam, że tradycja owa kwitła nawet w czasach stalinowskich. Jedna z mieszkanek wioski, pani Marina, została uprowadzona w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Miała zaledwie szesnaście lat. Dziś jest wdową. O tamtych wydarzeniach opowiada spokojnie, nawet z uśmiechem, bo ostatecznie dobrze im się z mężem układało. Ma ładne rysy twarzy. W beżowej apaszce, która zakrywa głowę i szyję, wygląda bardzo dostojnie.

– Mój przyszły mąż pełnił służbę w wojskach pogranicznych jako naczelnik posterunku. A moi rodzice chcieli mnie wydać za innego. Jak narzeczony dowiedział się o tym, to przyjechał znad granicy tureckiej i zabrał mnie do siebie. Wprost ze szkoły. Kobieta pokazuje mi wypłowiałą fotografię męża. Mężczyzna ma czapkę ze srebrnego karakułowego futra. Widać, że to poważny oficer.

– Płakała pani? – pytam.

– Płakałam – wzdycha kobieta. – Ale co z tego. Mojego płaczu i tak nikt nie słyszał.

Rodzice pani Mariny dowiedzieli się, kto ją porwał, dopiero po dwóch dniach. Żeby uniknąć skandalu, od razu zgodzili się na ślub. Najpierw odbył się on w meczecie, a kiedy dziewczyna skończyła osiemnaście lat, w urzędzie stanu cywilnego.

– Teraz też kradną dla ożenku – dodaje Marina. – Dosłownie przedwczoraj bratanek mówił, że jego koledzy porwali dziewczynę. Tradycja to na Kaukazie świętość.

O drugiej po południu Erik i Achmed kończą ostatnie przygotowania do kulminacyjnego momentu akcji. Zdejmują tablice rejestracyjne samochodu, do którego zostanie wepchnięta Zarina. Robią to na uboczu, przy parku. Za pół godziny dziewczyna powinna wracać tędy do domu. Przed salonem, w którym pracuje, stoi na czatach kolega Erika. Gdy tylko Zarina wyjdzie na ulicę, da znać przez telefon komórkowy.

– Żeby nie było tak, jak wtedy, kiedy ukradli nie tę, co trzeba. Bo będzie kłopot – śmieje się Erik.

– Co to za historia? – dziwię się.

– Pewien znajomy poprosił naszych przyjaciół, by porwali dla niego narzeczoną, ale pomyłkowo ukradli inną – tłumaczy rozbawiony Erik. – Wszystko przez to, że jej nie znali. Wiedzieli tylko, że z określonego miejsca wyjdzie dziewczyna z takimi a takimi włosami. Pech chciał, że podobną fryzurę miała jej koleżanka – chłopaki zanoszą się od śmiechu. Ich nastrój udziela się także mnie, chociaż staram się zachować powagę.

– I co? Chłopak ożenił się z porwaną? – pytam.

– A co miał robić. Jak ukradli, to koniec. Szczęście chociaż, że była panną. Bo tak mieliby jeszcze problemy z jej mężem – Erikowi od śmiechu ciekną łzy, ale Achmed rozśmiesza go jeszcze bardziej.

– A pamiętasz tę historię z dziadkiem?

Erik reaguje kolejną salwą śmiechu.

– No pewnie!

Nie ma jednej Rosji

Dlaczego zdecydowałeś się na porwanie dziewczyny?

Historia rzeczywiście brzmi zabawnie.

– Było dwóch chłopaków, którzy mieli ojca wdowca i którzy nie mogli się nim zajmować, bo pracowali w Moskwie – opowiada Erik. – Kiedyś stary zażartował sobie, że po sąsiedzku jest taka wesoła i fajna babka, co by mu się przydała w gospodarstwie. Nie minęły dwa dni, stary w szoku. Bo babcia siedzi w jego domu. A synowie mówią: „Ojciec, chciałeś, to ją ukradliśmy dla ciebie”.

Erik podkreśla, iż para żyje w zgodzie i jest nawet wdzięczna synom, że ich połączyli.

Porwanie kobiety w starszym wieku to rzadkość. Ofiarami porwania padają zwykle dziewczęta między szesnastym a dwudziestym rokiem życia. Czasami finał bywa tragiczny. Jedno z porwań skończyło się jedenastoma trupami. Krewni dziewczyny zemścili się na rodzinie chłopaka...

O pół do trzeciej Erik odbiera telefon z informacją, że Zarina wyszła z pracy. Achmed z kierowcą natychmiast wsiadają do samochodu bez numerów rejestracyjnych. Chwilę później dziewczyna pojawia się w parku. Idzie pewnym krokiem wzdłuż jezdni. Niczego nie podejrzewa. Kurban nie jest jej obojętny, ale nie odważy się na ślub wbrew woli ojca. Jeśli porwanie się uda, jej rodzice będą musieli się nań zgodzić.

Razem z Erikiem i operatorem obserwujemy wszystko z drugiego samochodu. Achmed podjeżdża powoli i cicho. Przez minutę jedzie za Zariną dokładnie w tempie jej marszu. Erik daje znak do rozpoczęcia akcji i wstrzymuje oddech. Teraz już nie ma odwrotu...

Wszystko odbywa się błyskawicznie. Auto porywaczy zatrzymuje się tuż obok dziewczyny. Achmed wypada zeń, łapie ją od tyłu, zgina w pół. Zaskoczona ofiara krzyczy, ile tchu. Jej głos słyszymy w drugim samochodzie, chociaż stoimy 200 metrów dalej. Boże, co ja tu robię. Achmed pcha Zarinę do auta. Jej torebka wypada na ziemię. Kierowca natychmiast ją podnosi i w okamgnieniu wraca za kierownicę. Dziewczyna cały czas krzyczy. Achmed zakrywa dłonią jej usta. Nic nie pomaga. Drugą ręką zatrzaskuje drzwi. Auto rusza z piskiem opon. Momentalnie znika za zakrętem. Wszystko trwa kilkanaście sekund...

Nieopodal siedzą na ławce dwie Rosjanki. Nie mogły nie widzieć akcji, ale kiedy pytam o to, co się przed chwilą wydarzyło, robią zdziwione miny. Z tradycjami miejscowych nikt nie wygrał.

Samochód wiezie dziewczynę do domu krewnych Kurbana. Jak tylko dotrą na miejsce, Erik zadzwoni do ojca porwanej i zaprosi do negocjacji. Mężczyźni z rodziny Kurbana będą musieli pojechać do domu Zariny i prosić o pojednanie. Dopóki strony się nie porozumieją, dziewczyna pozostanie w kryjówce. Nikt nie wie, jak długo to potrwa.

O siedemnastej Erik i Ahmed docierają do Kurbana. Chłopak przez cały czas czeka w wynajętym mieszkaniu. Jest bardzo przejęty.

– Pozdrawiamy cię. Zadanie wykonane – woła Erik od drzwi.

Kurban pokazuje palcem na usta, żeby nie hałasowali.

– Jak było? – pyta niecierpliwie.

– Mieliśmy niewielkie problemy, ale daliśmy radę – śmieje się Achmed.

Od porwania minęły już dwie godziny, ale widać, że dopiero teraz zaczynają opadać emocje.

– Co z nią? – Kurban jest szczerze zatroskany.

– Achmed trochę ją poturbował, ale dzielnie to zniosła – opowiada Erik.

– Tak się wyrywała, że w pewnym momencie przywaliła mi w wątrobę. – Achmed pokazuje też pomiętą na brzuchu koszulę. Zarina musiała ciągnąć za nią z całych sił.

– Bojowa jest, co? – z dumą podkreśla Kurban. Ładna z nich będzie para. Oboje są urodziwi.

– Wypijmy za twoje szczęście, Kurban.

Erik stawia na stole piersiówkę z dagestańskim koniakiem. Drogim, pięcioletnim. Chłopaki są muzułmanami i nie wolno im pić alkoholu, ale w taki dzień...

– Nie za wcześnie na świętowanie? Jeszcze przecież się to wszystko nie skończyło – zauważam nieśmiało.

– Najważniejsze, że udało się ją złapać – odpowiada Erik i przeprasza, że nie nalewa mi koniaku. – U nas kobiety nie mogą pić razem z mężczyznami – tłumaczy.

Rozmowę przerywa sygnał z telefonu. Ktoś przysłał SMS na komórkę Kurbana. Obserwujemy w ciszy, jak chłopak czyta wiadomość. To niemożliwe, żeby rodzice tak szybko się porozumieli. Czyżby zerwali negocjacje?

– Ktoś z naszych? – niepokoi sie Erik.

– Nie, to operator sieci przysłał stan konta – oddycha z ulgą Kurban.

Chłopcy rozsiadają się wygodnie na kanapie. Na wyniki negocjacji przyjdzie im czekać co najmniej kilka godzin.

Nie mogę siedzieć bezczynnie. Jadę do domu Zariny. Jeśli jej rodzice spytają, skąd się wzięłam, powiem że robię reportaż o Dagestanie i właśnie dowiedziałam się o porwaniu. Mówi już o tym cała ulica.

W domu Zariny jest tylko matka. Siedzi przy stole na ganku i rozmawia przez telefon. Ma łzy w oczach. W odróżnieniu od córki nosi się po dagestańsku: długa brązowa sukienka, chustka na głowie, żadnego makijażu. Kobieta w ogóle nie zwraca uwagi na to, że podchodzimy do niej z operatorem i zaczynamy filmować. Czuję się podle. Nie mam pojęcia, jak zagaić.

– Wiem, że młodzi się kochają. Możemy o tym porozmawiać przez chwilkę? – zaczynam niepewnym głosem.

– Zaraz przyjdzie mąż z synem. To oni podejmą decyzję. Ja nic nie mogę pani powiedzieć – matka Zariny jest w szoku i nie bardzo rozumie, cośmy za jedni, chociaż się jej przedstawiłam.

– A pani jak wyszła za mąż? – pytam.

– Mnie rodzice wyswatali – odpowiada, ocierając łzy. – Miałam szesnaście lat i pięć miesięcy. Zgodnie z naszym zwyczajem narzeczonego nawet nie znałam. Pierwszy raz zobaczyłam go dopiero na weselu.

Aranżowane małżeństwa są w Dagestanie równie popularne jak porwania. Głównie na wsiach. Zdarza sie, że rodzice zawierają umowę co do przyszłości dzieci od razu po ich narodzeniu.

– Co jest dla młodych lepsze: jak młodzi pobierają się z miłości czy jak inni za nich decydują? – pytam z nadzieją, że kobieta wybierze pierwszą opcję.

– Ja tam nie wiem, ale chciałam oddać córkę do bogatszej rodziny. Żeby miała dostatnie życie – matka Zariny znów zaczyna szlochać.

Czuję, że negocjacje w sprawie ślubu łatwe nie będą. Kurban pracuje w zakładzie stolarskim i zarabia grosze.

– Domyślała się pani, że ją ukradną? – pytam.

– Tak, bo on do nas przychodził, a myśmy się nie godzili na ślub. Mówiłam jej: „Nie chodź sama po ulicy!”, ale ona nie posłuchała. I proszę, czym się skończyło! – kobieta zakrywa rękoma twarz i wstaje z miejsca. – Nie mogę dłużej z wami rozmawiać, przepraszam bardzo.

Wychodzimy z domu Zariny w milczeniu. Jak to się wszystko skończy? Czy matka dziewczyny zdoła zaakceptować Kurbana? Muszę koniecznie porozmawiać z innymi kobietami, których córki zostały porwane. Erik zapewnia mnie przez telefon, że do późnego wieczora mamy czas. Jedziemy za miasto.

Miejscowość Meche to typowa górska wioska. Przy drodze wjazdowej stoi kilka starszych kobiet. Kiedy mówię, o czym robię reportaż, bardzo się ożywiają. W ich wiosce nie ma roku, by nie porwano jakiejś dziewczyny. Zdarza się to nawet w czasie świętego dla muzułmanów miesiąca ramadan, chociaż w wiosce wszyscy wyznają islam.

Siedemdziesięcioletnia Fatimat z kaukaską gościnnością zaprasza nas do domu. Mieszka z córką, zięciem i dwójką ich dzieci. Na wakacje przyjechała jeszcze wnuczka z Moskwy. Dom jest skromny, ale czysty. Zgodnie ze zwyczajem zostawiamy buty przed wejściem. Na oszklonej werandzie główne miejsce zajmuje duży stół. W ciągu kilku minut pojawia się na nim syta kolacja. Tłusta zupa z baraniną i kluseczkami w kształcie rombów, placuszki z dyni z orzechami, soczyste pomidory z własnego ogródka i ziołowa herbata. Chwilę później przychodzą dwie sąsiadki Fatimat. Tak jak ona mają długie sukienki i czarne chusty na głowach.

– Mnie ukradli wieczorem, kiedy było ciemno – mówi Fatimat. „To wiele tłumaczy”, kpię sobie w myślach, patrząc na jej nieładną buzię. – Wtedy jeszcze nie było samochodów – Fatimat uśmiecha się, jakby opowiadała o czymś przyjemnym – dlatego wzięli mnie na ręce i po prostu zanieśli do kryjówki. Byłam tam kilka dni – dodaje.

– A mojej córki to nie wypuszczali po porwaniu przez pięć miesięcy – przerywa sąsiadka. Spod chustki wystają jej siwe włosy, ale brwi ma kruczoczarne. Krzaczaste jak u mężczyzny.

– Dlaczego tak długo? – pytam zaniepokojona. Jeśli podobnie będzie z Zariną, to nie uda mi się skończyć reportażu...

– Nie mogliśmy się porozumieć z jego rodziną. Dawali za mało pieniędzy.

– Nie było pani żal córki? – dziwię się.

– Przecież to dla jej dobra – odpowiada kobieta i dodaje, że skoro po porwaniu i tak nie mieli wyjścia, to chociaż pieniądze wytargowali. – Potem urządziliśmy wielkie wesele. Trwało trzy dni. I teraz córka już go kocha.

Jak się okazuje, dziewczyna, w odróżnieniu od Zariny, nie znała chłopaka, który zlecił porwanie. Musiałam zrobić bardzo zniesmaczoną minę, kiedy to usłyszałam, bo kobiety zaczęły mi gorączkowo tłumaczyć, że porwanie to jest wyróżnienie dla panny.

– Nieładnych dziewczyn nie kradną – mówi Fatimat.

O drugiej w nocy, kiedy jestem już w hotelu, dzwoni Erik. Prosi, żeby przejechać na obrzeża miasta. Ruszamy natychmiast. Pod wskazanym adresem stoi piętrowy prywatny dom. Jest ogrodzony wysokim zielonym płotem. Przed bramą czekają na nas Erik, Achmed i Kurban. Są bardzo podekscytowani.

– Mamy dobrą wiadomość! – krzyczą wszyscy naraz. – Rodzice się porozumieli!

Kurban jest tak ożywiony, że wygląda, jakby się upił albo napalił trawy.

– Są tutaj. Zaraz mułła udzieli ślubu. To jego dom – mówi Kurban chaotycznie.

– W nocy postawiliście na nogi mułłę? Nic z tego nie rozumiem.

– Nie można było czekać do rana, bo jak ojcowie osiągnęli kompromis, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Żeby się nie rozmyślili – tłumaczy Erik.

– Gdzie jest Zarina? – pytam, rozglądając sie wokół.

– W domu. Już się z nią widziałem. Wszystko u niej w porządku, teraz poszła spać. Wybaczyła mi – cieszy się Kurban.

Coś mi tu nie gra. Za chwilę ma się odbyć ślub, a panna młoda śpi.

– Ślub będzie zaoczny – wyjaśnia Erik. – W imieniu młodych wystąpią ojcowie.

Kurban nawet nie będzie mógł obserwować ceremonii. Zresztą wcale się do tego nie pali.

– Po tym wszystkim byłoby mi niezręcznie siedzieć obok ojca Zariny – przyznaje ze skruchą.

Zaoczny ślub wydaje mi się czymś tak egzotycznym, że nie darowałabym sobie, gdyby nie udało mi się go nagrać. Początkowo mułła nawet nie chce o tym słyszeć. W końcu jednak ustępuje. Stawia tylko jeden warunek: nie wolno pokazywać ani twarzy rodziców ani jego.

Do domu wprowadza nas Achmed. Wnętrze jest ładne, świeżo wyremontowane. Zatrzymujemy się w drzwiach dużego pokoju. Na miękkiej kanapie siedzi mułła, a po bokach dwóch mężczyzn. Ojciec dziewczyny jest tęgi i wysoki. Ma na sobie porządną koszulę i markowe spodnie. Tata Kurbana wygląda przy nim bardzo skromnie. Jest niski i szczupły. Mężczyźni w ogóle nie patrzą w stroną kamery. Są bardzo przejęci. Ja zresztą też, bo obecność ekipy telewizyjnej na zaocznym ślubie to rzecz naprawdę wyjątkowa.

Ceremonia odbywa się w języku arabskim. Przysłuchuje się jej dwóch świadków – przyjaciół rodzin. Najpierw mułła splata ręce ojców. Potem czyta odpowiednie wersety Koranu. Taki ślub nie ma w Rosji mocy prawnej, dlatego większość par rejestruje się później w urzędzie stanu cywilnego. Wszystko trwa zaledwie kilkanaście minut. Na zakończenie ojcowie obejmują się, poklepują i coś sobie szepcą. Szczęścia na ich twarzach nie widać, ale wielkiej złości również nie.

– Bardzo krótki ten ślub. Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie wyglądał bardziej uroczyście – mówię do Erika i Kurbana, którzy cały czas czekają pod domem.

– Uroczyście to będzie na weselu, kiedy przyjadą wszyscy krewni – wyjaśnia ze znawstwem Erik.

W tym momencie z domu wychodzą uczestnicy ceremonii. Stają na progu, żegnają sie z mułłą, po czym przechodzą obok, jakby w ogóle nas nie widzieli.

– Nie podejdziesz do teścia? – pytam Kurbana.

– Nie! Na razie nie chciałbym wpaść mu w łapy – odpowiada ze spuszczonym wzrokiem. Najwidoczniej sytuacja wciąż jeszcze jest napięta.

– Jak sądzicie, jak długo utrzyma się tradycja porywania panien młodych? – pytam chłopaków, którzy na widok ojców wyraźnie spoważnieli.

– Tak długo, jak długo będzie istniał Dagestan – odpowiada Achmed.

– Bo to jest tradycja i część naszego życia – wtóruje mu Erik.

– Kurban, a chciałbyś, żeby ktoś porwał twoją córkę? – patrzę chłopakowi prosto w oczy.

– Nie – mówi po chwili trochę zawstydzony. – Nie chciałbym, żeby ktoś porwał moją córkę.

German – milioner z lasu

Nie ma jednej Rosji



– Miałem luksusowy apartament w Nowym Jorku, zamek w Burgundii i wielki dom w moskiewskiej dzielnicy bogaczy Rublowka, ale to było niczym w porównaniu z obecnym życiem na wsi. Dopiero tu jestem szczęśliwy.

German mówi tak przekonująco, że trudno mu nie wierzyć. Przed chwilą skończył wynosić łajno z zagrody dla kóz. W chłopskiej kufajce i afgańskiej czapce z wielbłądziej wełny nie przypomina dawnego krezusa. A jednak...

German Sterligow był pierwszym rosyjskim milionerem. Wzbogacił się w 1990 roku, kiedy w wieku dwudziestu trzech lat założył giełdę towarową w Moskwie. Dziś mieszka z żoną i czterema synami na głuchej wsi. Hoduje owce, kozy, świnie i gęsi. Zrezygnował z luksusów i stał się bardzo religijny. Jego dzieci studiują Ewangelię, nie mają telewizora ani komputera.

Do zmiany stylu życia zmusiła go nieudana próba startu w wyborach prezydenckich w 2004 roku, bo – jak mi powiedział – na kampanię wyborczą wydał prawie wszystkie pieniądze. O Sterligowie zrobiło się znów głośno w 2008 roku, kiedy nadszedł kryzys. Wyciągnął wtedy z szafy markowy garnitur i pojechał do Moskwy, gdzie otworzył międzynarodową firmę do walki z recesją. Jego plan jest prosty: zlikwidować dolara, przywrócić w rozliczeniach złoto, a bezrobotnych przesiedlić na wieś. Sterligow ma bardzo cięty język i słynie z szokujących poglądów. – Mój naród to stado bezbożnych baranów! – mówi.

Listopadowy poranek. German umówił się ze mną w swoim domu w lesie. Mieszka w wiosce Niżniewasiliewka, sto kilometrów od Moskwy. Po drodze na spotkanie cały czas rozmawiamy tylko o nim. Operator Walentin opowiada mi, że w latach dziewięćdziesiątych Sterligow żył w niebywałym luksusie. Jego willa na Rublowce wzbudzała sensację, bo miała szklaną kopułę. Milioner był wówczas stałym bywalcem najdroższych restauracji i klubów. Jak sam twierdzi, po przegranej kampanii prezydenckiej, zmienił stosunek do życia, bo miał dużo czasu na rozmyślania.

Im bliżej jego domu, tym większą mam tremę. Sterligow słynie z krytycznego stosunku do dziennikarzy, zwłaszcza do kobiet, które jego zdaniem powinny siedzieć w domu, a nie pracować. Przez telefon uprzedził mnie, żebym broń Boże nie przyjeżdżała w spodniach. Kobieta ma chodzić w spódnicy.

Dom Sterligowa stoi na niewielkim wzgórzu, z dala od innych chat. Jest drewniany i duży, piętrowy. Ma podmurówkę z kamienia i ganek. Wejście na posesję blokuje szlaban z zawieszonym na nim dzwonkiem. Gdyby ktoś chciał go podnieść, gospodarze natychmiast zostaną zaalarmowani. Cały teren wokół domu jest ogrodzony drutem kolczastym, i to podwójnym. Na środku podwórza wznosi się drewniany prawosławny krzyż. Ma kilkanaście metrów wysokości.

German wychodzi do nas punktualnie o siódmej, czyli tak jak się umówiliśmy. Jest szczupły, średniego wzrostu. Z daleka widać, że nosi długą brodę – jak pop. Idzie energicznym pewnym krokiem i wyraźnie mnie lustruje. Odruchowo obciągam sukienkę. Sięga za kolana, ale może powinna być dłuższa? Kiedy podchodzi bliżej, uśmiecha się. To dobry znak. Pod kufajką ma białą koszulę. Chłopi tak się nie noszą. Jego inteligenckie pochodzenie zdradzają też dobre okulary w metalowej, niemal niewidocznej oprawie.

– Czuje się pan zagrożony? – pytam, wskazując na druty kolczaste.

– Zagrożeni są wszyscy i wszędzie. Bo kto wie, co będzie jutro? – odpowiada trochę zirytowany, że od razu nagrywam rozmowę.

– Na bogatej Rublowce też mieliście takie ogrodzenie? – ciągnę temat.

– Na Rublowce była ochrona i kamery, a więc getto. Tam to dopiero żyje się jak w więzieniu, bo pilnuje cię mnóstwo milicji – mówi egzaltowanym głosem. – Zapewniam, że lepiej mieć drut kolczasty niż żyć pod całodobowym nadzorem – dodaje.

Kiedyś mu to nie przeszkadzało. W latach dziewięćdziesiątych nie ruszał się bez ochrony. Co prawda czasy były inne. Po upadku Związku Radzieckiego, kiedy dzielono rynki i kształtowały się fortuny, niemal każdego dnia dochodziło do strzelaniny na ulicach. Mówiło się wówczas, że życie biznesmena w Rosji jest ciekawe, ale krótkie...

Przed wejściem do domu German prosi mnie, żebym zmyła puder:

– Przy dzieciach kobieta nie powinna pokazywać się w makijażu.

Trochę mnie to śmieszy, bo nawet w cerkwi nie ma takich rygorów. Żona Germana, Alona, prowadzi mnie do łazienki. Zgodnie z prawosławnym zwyczajem ma długą sukienkę i chustkę, spod której wystaje tylko czarna grzywka. Alona nie wygląda na czterdzieści lat. Jest ładna i zgrabna. Kiedy jako żona milionera nosiła drogie modne kreacje, musiała wyglądać bardzo atrakcyjnie.

– Teraz to już mamy wodę, bo na początku nosiliśmy ją ze studni – stwierdza, podając mi ręcznik. – German nie chciał założyć kanalizacji, ale ja się uparłam – dodaje.

Dom urządzony jest prosto. Wszystko naturalne. Drewno, skóry na podłodze. Na parterze mieści się duży pokój z kuchenną wnęką i mały gabinecik dla dzieci. Na piętrze trzy sypialnie. Meble są skromne, lecz solidne. W największej izbie centralne miejsce zajmuje długi stół na kilkanaście osób. Przy nim stoi ława bez żadnych poduszek. W kącie domowy ołtarzyk z kilkoma ikonami. Największa przedstawia Matkę Boską z Dzieciątkiem. Bogurodzica ma smutny wyraz twarzy; a może zatroskany? Przed ołtarzykiem pali się świeczka w czerwonym lampionie. Całe pomieszczenie ogrzewa piec, do którego German dorzuca pachnące żywicą drewno.

W kuchni połączonej z pokojem Alona przygotowuje śniadanie. Dziś będzie kasza gryczana, bo to postny piątek. Streligowie żyją zgodnie z religią i naturą.

– Wie pani, czym można myć naczynia, żeby nie otruć swoich dzieci? – zagaja Alona. – Gorczycą! Wystarczy posypać ją na tłuszcz i wszystko będzie błyszczeć. Nie potrzeba żadnych chemikaliów.

German z aprobatą kiwa głową.

– Zapraszam, droga Barbaro – mówi łagodnym głosem i przedstawia mi synów, którzy grzecznie czekają na znak, by usiąść do stołu.

– To jest Arsienij, Siergiej, Pantelejmon i Michiej.

Imiona są równie niedzisiejsze jak zachowanie chłopców, którzy siadają do stołu według wzrostu. Najmłodszy ma pięć lat, a najstarszy trzynaście. Żaden nie chodzi do szkoły. Uczą się w domu z mamą i nauczycielką, która przyjeżdża do nich dwa razy w tygodniu.

– Szkoła to dom publiczny! – ożywia się German, kiedy o to pytam.

– Ale pan chodził do szkoły i uważa się za porządnego człowieka, prawda?

– Za moich czasów szkoła była inna! – odpowiada podniesionym głosem. – Ale i tak przyniosła mi więcej złego niż dobrego. Naszpikowała mnie taką ilością kłamstw, demoralizacji i niepotrzebnych głupot, że do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć.

Chłopcy patrzą na ojca i ani drgną. Alona stawia na stole miseczki z kaszą i miód z własnej pasieki.

– A kim pan chciał być w dzieciństwie? – pytam.

German chwilę się zastanawia:

– Milionerem. Bo byłem głupi – śmieje się...

Sterligow urodził się w rodzinie dobrze jak na Związek Radziecki sytuowanej. Jego ojciec był profesorem pediatrii, a matka zajmowała się domem. W 1971 roku rodzice Germana dostali mieszkanie w centrum Moskwy, niedaleko Kremla. Chłopak skończył jedną z najlepszych szkół średnich, z rozszerzonym językiem angielskim. Po służbie wojskowej, którą odbył w Mongolii, dostał się na studia prawnicze. Nie skończył ich, bo – jak twierdzi – pokłócił się z profesorem historii Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. A wszystko przez to, że nazwał rządy KPZR najkrwawszą kartą w dziejach ludzkości. Opuściwszy uniwersytet, założył firmę doradztwa prawnego. Zatrudnił w niej swoich dawnych wykładowców. To oni na niego pracowali i przynieśli mu pierwsze duże pieniądze.

– W jaki sposób został pan milionerem? – pytam Germana, który je kaszę z takim apetytem, jakby to był rzadki delikates.

– Bardzo prosto – śmieje się, nie przerywając jedzenia. – Pewnego dnia siedziałem sobie w domu i zastanawiałem się, skąd by tu wytrzasnąć większą forsę. Nagle uzmysłowiłem sobie, że w Rosji nie ma ani jednej giełdy towarowej. Natychmiast wyskoczyłem z domu i pobiegłem ją organizować. Zajęło mi to dwa tygodnie.

Rzeczywiście, to banalnie proste, myślę z przekąsem.

– Tak bez pieniędzy? – pytam.

– Najpierw pobiegłem szukać pieniędzy – odpowiada w przerwie między jedną a drugą łyżką.

– I gdzie je pan tak szybko znalazł?

– Pożyczyłem od Aleksandra Smoleńskiego. To był właściciel jednego z pierwszych prywatnych banków w Rosji. Dał mi dwa miliony rubli, bez procentów – German opowiada to wszystko z wyjątkowym spokojem. Za to ja robię się coraz bardziej ożywiona.

– Tak od ręki? – pytam z niedowierzaniem.

– Tak, bo polecił mnie kolega, któremu rok wcześniej wyświadczyłem pewną przysługę. Dlatego powiedział Smoleńskiemu, że ręczy za mnie, i poprosił, żeby dał mi kredyt. Dwa tygodnie później otworzyłem giełdę i w tym samym dniu zostałem milionerem...

Brzmi to nieprawdopodobnie, ale w latach dziewięćdziesiątych fortuny powstawały w dużej mierze właśnie dzięki układom towarzyskim i odpowiednim znajomościom. Jak się miało protekcję, to pieniądze były łatwe do zdobycia.

– Najedliście się? – German daje synom znak, że mogą wstać od stołu. – To marsz doić kozy! Oczywiście po modlitwie! – dodaje i prosi, by wyłączyć kamerę.

Religijne obrzędy to dla niego świętość, chociaż wychował się w duchu ateizmu. Chłopcy modlą się w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Sterligow nie pozwala im czytać żadnych przekładów i żadnych interpretacji Ewangelii. Jego zdaniem oficjalna Cerkiew wypacza sens wiary. Dlatego nie chodzi do kościoła, a popów nazywa szarlatanami.

Dwadzieścia minut później chłopcy są już w oborze. Mają do wydojenia kilkadziesiąt kóz. Z ich mleka German robi masło. Wkrótce zamierza otworzyć sieć sklepów z ekologiczną żywnością. Poranne dojenie zajmuje dzieciom co najmniej godzinę.

– Szkoda chłopców – mówię, podziwiając w duchu, jak sprawnie wyciskają z wymion mleko.

– Im się takie życie podoba – ripostuje German.

– Bo innego nie znają – nie daję za wygraną.

– Znają. Oni widzieli to wasze „lepsze” życie. Byli w największych miastach Europy.

Chłopcy zgodnie przytakują.

– Gdzie byliście? – zwracam się do nich.

– Na przykład w Grecji, na wakacjach – odpowiada Pantelejmon. – Pływaliśmy na jachcie.

German wyjaśnia, że to był ekskluzywny statek żaglowy jednego ze znajomych krezusów. Z basenem i kajutami jak w hotelu.

– Na takim jachcie to chyba fajnie się pływa, prawda? – pytam chłopców.

– Nieee! – odpowiadają chórem.

– Pewnie tata każe wam tak mówić, co? – prowokuję Germana, który próbuje mnie przekonywać, że bogactwo to niewola.

– Jak jesteś zamożny, to stale myślisz o pieniądzach. Gdzie one są, czy nikt ich nie ukradł, jak je najlepiej ulokować, jak zrobić rozliczenia, żeby uciec od podatków, jak schować się przed bandytami, jak uwolnić się od gliniarzy itd. – wylicza problemy jednym tchem. – A mnie tu nie dotykają żadne wasze kryzysy – dodaje. – Czy dolar spada, czy rośnie, to mnie ani ziębi, ani grzeje. Bo moje kozy tak jak się rozmnażały, tak będą rozmnażać się dalej...

Nie ma jednej Rosji

To Arsienij, Siergiej, Pantelejmon i Michiej.


Fot. Bartłomiej Kłębowski

Tymczasem Alona wstawia garnek z rybą na obiad do pieca opalanego drewnem. Bo German uznaje tylko gotowanie na prawdziwym ogniu. Do niedawna w domu pomagała jej córka Pełagieja, ale jak skończyła dziewiętnaście lat, wyszła za mąż, wyjechała do Moskwy i urodziła dziecko. German mówi z dumą, że wnuczka przyszła na świat w sposób naturalny, w mieszkaniu, a nie w szpitalu położniczym, który jego zdaniem truje dzieci chemią. Wcześniej chwalił się publicznie, że Pełagieja, wychodząc za mąż, była dziewicą. Na zdjęciach sprzed ślubu dziewczyna wygląda bardzo poważnie, bo ma długą spódnicę i chustkę na głowie. Gdy była małym dzieckiem, nosiła piękne sukienki i bawiła się równie pięknie wystrojonymi lalkami. Pełagieja urodziła się na Rublowce.

– Kiedy mieszkaliśmy w Moskwie i w Nowym Jorku, chodziłam zwykle w dżinsach i z rozpuszczonymi włosami – uśmiecha się Alona. – Ale kiedy German przeczytał w Piśmie Świętym, że kobieta, która nosi męskie ubrania, będzie przeklęta, spalił mi wszystkie spodnie.

– A czy została pani chociaż jedna rzecz z tamtego życia? – pytam, patrząc na jej prosty i mało wykwintny strój.

– Tak, mam jedną piękną rzecz. Mogę pokazać.

Alonie zaczynają błyszczeć oczy. Z drewnianej szafy wyciąga długą kremową suknię z haftami przy dekolcie. Ostrożnie zdejmuje z wieszaka i delikatnie gładzi.

– Zaprojektowała to dla mnie jedna z rublowskich stylistek.

Suknia jest z najlepszego gatunku lnu. Wygląda bogato i stylowo.

– Te hafty to ręczna robota. Piękne, prawda? – w oczach Alony znać nostalgię. Chwila słabości trwa jednak krótko. – Tę sukienkę zachowałam tylko dlatego, że jest do ziemi – mówi rzeczowym tonem.

– A jak wyglądało pani życie na Rublowce? – pytam.

– Było nudne – ucina krótko i wraca do kuchni.

Tuż obok domu trwa budowa. Powstaje kolejny drewniany budynek. Niewiele mniejszy od tego, który już stoi. Zamieszka w nim najstarszy syn Germana, Arsienij. Chłopak sam obmyślił, jak ma wyglądać, i w wolnych chwilach pomaga robotnikom, których Sterligow ściągnął z Ukrainy. Arsienij jest trochę przeziębiony, dlatego nie wyszedł do pracy. Kuruje się w domu za pomocą ziół, bo German uznaje tylko naturalne metody leczenia. Żadnych pastylek, żadnych preparatów chemicznych. Arsienij urodził się w Moskwie, kiedy Sterligowie żyli w luksusie, ale niewiele pamięta z tamtych czasów.

– To mają być drzwi? Za wąskie! Wejście musi być szersze – German z dezaprobatą patrzy na stolarzy, którzy heblują na podwórku dużą deskę. – Zmienić! – rzuca krótko i zaprasza mnie do wnętrza.

– Nie za wcześnie na dom dla syna? Może on zechce żyć w mieście, jak dorośnie – mówię, nie zważając na kwaśną minę Germana.

– Nie daj Boże! – odpowiada mi z przekąsem. – Tam jest jedna wielka rozpusta! Dlatego musi się tu zakorzenić, a im więcej zrobi w tym wieku na wsi, tym bardziej nie będzie chciał żyć w mieście.

German podchodzi do zduna, który stawia na środku pomieszczenia typowy rosyjski piec, i ze znawstwem ogląda konstrukcję.

– Ale pana córka wyjechała do miasta – zauważam.

– Bo córka to co innego. Ona musi jechać za mężem! – German wybija słowo „musi”. – Bo mąż jest jej panem! I tak będzie aż do śmierci. Mnie się zięć podoba, bo jest prawosławny, samodzielny i zdrowy.

Mąż Pełagiei podarował Germanowi konia. Siwego rumaka. Sterligow ma jeszcze kilka innych wierzchowców, ale tego lubi najbardziej. I codziennie jeździ na nim, by zrobić inspekcję gospodarstwa.

– Samochód to barachło z żelaza, do konia mu daleko – stwierdza, dosiadając rumaka. Jest dobrym jeźdźcem, jakby urodził się w siodle.

– Słyszałam, że postuluje pan, by zlikwidować tablice rejestracyjne samochodów? – zadaję mu pytanie, kiedy przejeżdża obok kamery; czuję, że może tak jeździć i jeździć bez końca.

– Bo numery są niepotrzebne. To jedynie pożywka dla bandy nierobów. One dają milicji kontrolę nad społeczeństwem i poniżają miliony kierowców, którzy w czasie jazdy ciągle boją się, że mogą zostać spisani.

– Pan też się boi? – podpuszczam Germana.

– Oczywiście. W Rosji każdy kierowca boi się gliniarza na ulicy.

O dziesiątej do synów Germana przyjeżdża nauczycielka z wiejskiej podstawówki. Pani Tamara, tleniona blondynka przy kości, jest dobrze po pięćdziesiątce i wiele już widziała, ale w całej jej karierze to jedyny przypadek, że dzieci nie chodzą do szkoły. Pierwszą lekcję ma siedmioletni Pantelejmon. Z matematyki. Chłopiec uczy się dodawania. Nauczycielka jest zadowolona z jego wyników. Bardzo chwali też zachowanie ucznia.

– Kiedy przyjechałam tu pierwszy raz, nie miałam pojęcia, do jakiej rodziny trafiłam, i wszystko mnie dziwiło – mówi pani Tamara. – Bo takich karnych i przyuczonych do pracy dzieci nigdy wcześniej nie widziałam – dodaje.

Nie chce jednak komentować stylu życia rodziny Sterligowa i dyplomatycznie wymiguje się od wypowiedzi dużą ilością materiału, jaki ma dziś do przerobienia. Chłopcy w ciągu dwóch dni muszą opanować tyle, ile ich rówieśnicy w ciągu pięciu.

– Chodźmy teraz na górę, bo muszę tam posprzątać – zaprasza mnie Alona. Na co dzień nie ma za wiele okazji do pogaduszek, jako że German nie toleruje jej spotkań z koleżankami.

– Przyjaciółki tylko szkodzą w życiu. Bo albo ci źle radzą, albo ciągle sączą do ucha, że twój mąż jest nie taki, jak trzeba – powtarza słowa Germana.

Wchodzimy do skromnej sypialni dzieci. Chłopcy mieszkają razem. Śpią na piętrowych drewnianych łóżkach, które zrobili sami. W ich pokoju nie ma ani komputera, ani radia, ani odtwarzacza płyt CD, nie mówiąc już o telewizorze, który German „rozstrzelał” z nagana. Na regale stoi tylko kilka religijnych i przyrodniczych książek. Wśród nich opasłe tomy w języku staroruskim.

– Chłopcy mogą czytać tylko książki przedstawiające prawdę – mówi Alona, akcentując ostatni wyraz. – Jak na przykład historia średniowiecza, to tylko pisana za cara Iwana Groźnego, czyli taka, która nie została zmieniona i wypaczona.

Alona stara się mnie przekonać, że chłopcom nic więcej nie potrzeba.

– Im naprawdę nie brakuje rozrywek – dodaje. – Lubią na przykład strzelać z kałasznikowa – podkreśla.

Broń wisi na wierzchu. I to nabita. Bez trudu może po nią sięgnąć nawet pięcioletni Michiej.

– Broń zawsze powinna być pod ręką. Na wypadek gdyby pojawiło się jakieś zagrożenie. Mieszkamy przecież z dala od ludzi i w razie czego wątpliwe jest, by ktoś szybko zdążył nam z pomocą – tłumaczy Alona.

German chce się popisać umiejętnościami chłopców.

– Siergiej, chodź na dwór z automatem! – woła syna.

Sześciolatek wynosi z domu karabin niewiele mniejszy od niego. Sterligow pokazuje cel. Jest nim gałąź leżąca kilkadziesiąt metrów od ganku.

– Odbezpiecz broń! – rozkazuje. – Przeładuj! Mocniej ciągnij! I nie kładź palca na spust, dopóki nie oprzesz automatu na ramieniu. Masz trzy próby.

Michiej jest posłuszny i skupiony. Odrzut po wystrzale ma taką siłę, że chłopiec przez chwilę się chwieje. German idzie sprawdzić rezultat, ogląda gałąź i uśmiecha się z zadowoleniem.

– Zuch! Wszystkie strzały celne. Jestem z ciebie dumny – klepie syna po ramieniu.

– Po co pan tego uczy dziecko? – pytam ogłuszona hukiem wystrzału.

– Żeby był mężczyzną – odpowiada. – Za cara już trzylatka wsadzano na konia i dawano mu szablę. W Rosji powinniśmy mieć prawo do samoobrony, bo nasze państwo nie daje sobie rady z przestępcami. Nie jest w stanie nas obronić, bo milicję zżera korupcja.

Wczesnym popołudniem German szykuje się do wyjazdu do Moskwy. Zamiast kufajki wkłada elegancki garnitur. Jak wtedy, gdy żył w świecie luksusu.

– Dajcie mi szablę! – krzyczy, siedząc na stołeczku i zakładając buty. Ekstrawagancje byłego milionera przestają mnie dziwić. Siergiej podaje ojcu broń ze złotą rękojeścią.

– Boże zmiłuj się! Prosiłem o szablę, a nie pałasz! – wścieka się German. Chłopiec ze skruszoną miną przeprasza i znika. Szabla ma głownię zakrzywioną, pałasz zaś prostą.

– A po co to panu? – pytam.

– Zamiast łyżki do butów – odpowiada poirytowany, jakby to było oczywiste.

– To się nazywa ekstrawagancja – śmieję się, patrząc, jak wciska koniec pałasza pod piętę.

– To się nazywa, że w domu nie ma łyżki do butów. Bajzel i tyle! – krzyczy.

Kilka minut później wyruszamy do Moskwy czarną osobową toyotą. Kiedyś German jeździł rolls-royce’ami.

– Jaki był pana najlepszy samochód? – pytam.

– Limuzyna Breżniewa – uśmiecha się. – To właśnie była prawdziwa ekstrawagancja. Wszelkie bentleye i rolls-royce’y są w porównaniu z czajką jak łada – dodaje.

Kiedy docieramy do Moskwy, stajemy w gigantycznym korku, który wyprowadza Germana z równowagi.

– Ludzie powinni mieszkać na wsi, a miasta trzeba zlikwidować! – złości się.

– To dlaczego pan wrócił do biznesu? – pytam.

– To, co teraz robię, to nie jest biznes. To walka z recesją i próba uzdrowienia sytuacji w świecie.

German zaczął przyjeżdżać do Moskwy po kilku latach przerwy. Firma, którą otworzył, organizuje globalną wymianę towarów między przedsiębiorstwami bez użycia pieniędzy. Jednostką rozliczeniową jest złoto. Pomysł jak dotąd nie zyskał szerszej aprobaty – ani w Rosji, ani w świecie. Sterligow uważa, że to Stany Zjednoczone blokują powstanie nowego systemu finansowego, bo bronią swojego dolara.

Były milioner od dawna nie lubi Amerykanów. Przed rozpoczęciem wojny w Iraku, występując w imieniu fikcyjnej firmy pogrzebowej, zaoferował amerykańskim władzom pięćdziesiąt tysięcy trumien po bardzo korzystnej cenie. Ofertę przedstawił w prasie wraz ze sloganem: „Zmieścicie się w nasze grobiki [czyli trumny] bez diety i gimnastyki”.

– Mam dać trzydzieści sześć milionów? – pyta German, rozmawiając przez telefon komórkowy w samochodzie. – No dobrze – odpowiada spokojnie.

– Ma pan aż tyle pieniędzy? – jestem mocno zdziwiona, bo przez cały czas twierdzi, że utrzymuje się tylko z hodowli owiec i że większość majątku stracił na kampanię wyborczą, kiedy zamarzył mu się fotel na Kremlu.

– To nie jest duża suma, Barbaro – odpowiada trochę rozbawiony. – Chodzi o ruble, a nie o walutę – dodaje.

Trzydzieści sześć milionów rubli to ponad milion dolarów...

Jak się okazuje, German urzęduje w jednym z najbardziej prestiżowych i najpiękniejszych gmachów w całej Moskwie. To osiemnastowieczny biały pałac, który znajduje się naprzeciwko Kremla. Z okien widać złote kopuły kremlowskich soborów i czerwone gwiazdy na basztach. W takim miejscu mogą urzędować tylko sprawdzeni ludzie, bo to doskonały punkt snajperski.

– Specjalnie wybrał pan takie miejsce? Może podświadomie nadal ciągnie pana na Kreml? – pytam, przypominając mu o próbie flirtu z polityką w 2004 roku.

– Nie, już nie – odpowiada zamyślony.

Do gabinetu wchodzi młoda sekretarka. Jest speszona obecnością kamery, ale German, który tymczasem rozsiadł się na skórzanym fotelu za dyrektorskim biurkiem, każe jej referować sprawy.

– Po pierwsze, dzwonili z Genewy, czy zablokować konto – mówi, zerkając na mnie niepewnie.

– Nie – odpowiada bez namysłu German.

– A co zrobić z przesyłką do Emiratów? – pyta dalej.

– Jeszcze pomyślę.

Lista spraw okazuje się długa i w większości dotyczą one pieniędzy.

– Posługuje się pan gotówką czy kartami? – pytam, kiedy wychodzi sekretarka.

– Kartami nigdy! – German znów się ożywia. – Ja nie chcę być niewolnikiem systemu bankowego. Karta płatnicza pozwala cały czas śledzić człowieka. I to za jego pieniądze. Gdziekolwiek jest, cokolwiek kupuje, to wszystko trafia do bazy danych. Czyli klient dobrowolnie utrzymuje swojego śledczego. A ja tego nie chcę – tłumaczy z egzaltacją.

German umie mówić ze swadą. Świetnie moduluje głos i gestykuluje jak w teatrze.

– Podobno na każdego biznesmena w Rosji i tak jest jakiś hak, który można w dowolnej chwili wykorzystać – ripostuję.

– Oczywiście, ale ja już nie mieszam się do polityki – odpowiada.

– A co najbardziej hamuje biznes w Rosji?

German sprawia wrażenie, jakby czekał na to pytanie od dawna.

– Ogromna liczba darmozjadów, których trzeba karmić! Rzesze urzędników, pianistów, artystów, aferzystów i dziennikarzy! – mówi podniecony. Przy słowie „dziennikarzy” zatrzymuje się i łagodnie spogląda mi w oczy. – No dobra, dziennikarze może i są potrzebni – prostuje.

Nie potrafię powstrzymać się od śmiechu.

– Myślę, że każdy zawód jest potrzebny – stwierdzam.

Te słowa wywołują burzę. German robi się czerwony na twarzy.

– Nie każdy! – krzyczy. – Zawód prostytutki też? To zdziry! Do roboty w pole je wygnać! I jeszcze mówią, że uprawiają najstarszy zawód świata. Bzdura! To zawód hodowcy owiec jest najstarszy!

Jego egzaltacja tak mnie śmieszy, że aż płyną mi łzy. Operator trąca mnie, bo boi się, że Germana może jeszcze bardziej rozzłościć ten mój śmiech.

– Czyli to pana zawód jest najstarszy? – próbuję się uspokoić.

– No tak, już Abel hodował owce – odpowiada.

– Ale niech pan lepiej nie mówi, że uprawia najstarszy zawód, bo ktoś może to źle zrozumieć – wtrącam.

Teraz German zaczyna się śmiać. Kiedy jest rozbawiony, wygląda łagodnie. Operator oddycha z ulgą.

– Jaki ma pan stosunek do obecnych władz? – pytam, spoglądając na Kreml.

– Kiedy zajmowałem się polityką, to je oceniałem, a teraz tylko hoduję owce. I wydaję stare księgi.

German jest prezesem Towarzystwa Miłośników Starego Piśmiennictwa. Fundacja publikuje kopie średniowiecznych ksiąg w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Wyglądają pięknie, drukowane są na dobrym papierze, mają ładne ilustracje i porządne skórzane oprawy. Ważą po kilka kilogramów. German z dumą podnosi jedną z nich.

– To książki, które nie zostały wypaczone przez żadną interpretację, bo pochodzą z XVI wieku, a więc z czasów, zanim różni diabelscy profesorowie zaczęli przeinaczać naukę o religii – podkreśla i pokazuje mi jeden z opasłych tomów.

Są to kroniki napisane dla carskich dzieci. Zdaniem Germana, powinny być obowiązkową lekturą w rosyjskich szkołach.

– Pana synowie przeczytali już ten podręcznik? – sprawdzam.

– Na razie przeczytali osiem tomów, ale zaczęli od nowa, bo nie opanowali materiału. Zrobiłem im egzamin i nie zdali go.

O siedemnastej wyjeżdżamy z biura.

– Wracamy z frontu na nasze spokojne tyły, do normalnego życia – śmieje się German.

Po drodze opowiada mi historię, jak to w 2009 roku chciał jechać przez Polskę do Londynu, ale został cofnięty z granicy, bo miał pomazaną wizę.

– Ja tylko przekreśliłem pięcioramienną unijną gwiazdę – mówi z rozbrajającą szczerością. – Jestem prawosławnym chrześcijaninem i taka gwiazda to dla mnie diabelski symbol. Dlatego wziąłem długopis i ją zamazałem. Nikt mi nie będzie przybijał na zdjęciu mojej twarzy szatańskiego symbolu – podkreśla.

Kiedy docieramy na wieś, German od razu zrzuca garnitur i idzie do obory. Jego synowie kończą doić kozy. Jeszcze tylko lekka kolacja, modlitwa i spać. Bez żadnych dyskusji. German nie toleruje sprzeciwu. Na koniec dnia idzie jeszcze sprawdzić, czy robotnicy zrobili w piwnicy półki na wino. Wchodzimy do ziemianki. Na ścianie wisi tylko jedna deska, reszta leży na klepisku wyłożonym trocinami. German wpada w złość.

– Bałaganiarze! Wszystkiego trzeba samemu dopilnować!

German chwyta dużą drewnianą beczkę i przenosi ją pod ścianę. Z podziwem patrzę, jak doskonale sobie radzi, mimo drobnej postury.

– Pusta ta beczka? – pytam.

– Nie, jeszcze trochę wina tam jest – German potrząsa baryłką na boki.

– Ale przecież pan jest przeciwnikiem picia – przypominam sobie artykuły, w których ostro krytykował Rosjan za nadużywanie alkoholu.

– Nie. Ja jestem przeciwnikiem pi-jań-stwa – mówi, dzieląc ostatnie słowo na sylaby.

Kilka lat temu German zaczął tworzyć tzw. Rejestr Niepijących Mężczyzn. Jest to swoista baza danych dla pracodawców, którzy poszukują abstynentów. Za udostępnienie informacji pobiera opłaty. German sam nie pije, ale toleruje wino domowej roboty.

– Całe wino, które jest produkowane w przeklętym naukowym świecie, to jedna paskudna chemia. A ten cywilizowany, zadowolony z siebie świat, głupi i tępy, chlipie tę truciznę, jak świnie pomyje – mówi z egzaltacją, do której już przywykłam.

– A czy to prawda, że domaga się pan kary chłosty za pijaństwo? – pytam, patrząc, jak odkręca kurek antałka i sprawdza kolor wina.

– Tak, to lepsze niż wsadzanie do przepełnionych więzień, bo w Rosji siedzi za kratkami prawie milion osób!

W domu Germana nie wolno pić mocnego alkoholu ani palić papierosów, chociaż sam gospodarz w przeszłości nie stronił tak od jednego, jak i od drugiego. Nie wierzył też w Boga i gardził wsią.

Siedzę przy kominku i delektuję się ciepłem i zapachem żywego ognia. Alona zapaliła właśnie świece, które dają dużo przytulniejsze światło niż elektryczne lampy. Czyżbym zaczynała doceniać uroki życia bliższego naturze? German twierdzi, że jego znajomi milionerzy po cichu zazdroszczą mu, iż uciekł od cywilizacji, chociaż za plecami mówią, że zdziwaczał...

– Barbaro, pytała mnie pani o pieniądze – German wysypuje z płóciennego worka kilkadziesiąt złotych monet. – Są prawdziwe, w odróżnieniu od tych marnych papierowych, emitowanych przez banki. Bo złoto to jest rzecz niezawodna i ma realną wartość.

Monety lśnią, jakby je ktoś polerował irchą. Nigdy nie widziałam tyle złota naraz, dlatego biorę je w dłonie, żeby poczuć ich ciężar.

– Przechowuję je pod dębem – German podrzuca pieniądz do góry i sprawnie chwyta go w locie.

– A dlaczego nie w banku? – myślałam, że nic mnie już dziś nie zaskoczy, a jednak...

– Bo pod dębem jest pewniej – odpowiada, przypominając, że przeżył dewaluację rubla w 1998 roku i tak jak wielu Rosjan nie dowierza bankom.

German sam bije swoje złote monety. W Rosji i Wielkiej Brytanii. Każda ma wagę jednej uncji. I służy jako jednostka rozliczeniowa w stworzonym przez niego centrum wymiany handlowej.

– Złoto tym różni się od papierowych pieniędzy, że można je zakopać pod dębem, wrzucić do rzeki albo przechowywać na dnie morza i nic mu nie będzie.

O pół do dziesiątej wieczorem w domu Germana jest już cicho jak makiem zasiał. Żadnego telewizora, żadnego radia, żadnego komputera.

Powinniśmy się już żegnać, bo czeka mnie długa droga do Moskwy, ale jakoś trudno nam się rozstać. Walentin nie chowa kamery, jakby liczył, że jeszcze coś ciekawego możemy sfilmować. German jest apodyktyczny, ekscentryczny i bardzo kontrowersyjny, ale ma charyzmę. Lubię takie barwne postacie. Jestem pewna, że o Sterligowie jeszcze nie raz będzie głośno.

– Jak pan sobie wyobraża przyszłość Rosji? – pytam na koniec.

– Rosja moich marzeń to kraj milionów wiejskich gospodarstw, milionów chłopów i dziesiątek milionów ich dzieci na wsiach – mówi dobitnie German.

– A ja nie myślę o przyszłości całej Rosji, bo to mogą robić ci, którzy mają realny wpływ na jej losy – dodaje refleksyjnie Alona. – Ja marzę tylko o tym, żeby moje dzieci były szczęśliwe.

Czyżby to znaczyło, że nie są?

Karina – córka Rosji

Nie ma jednej Rosji

Fot. Bartłomiej Kłębowski



– Rrraz, dwa, trzy!

Na szkolnym dziedzińcu grupka małych dziewczynek ćwiczy krok defiladowy. W czarnych mundurach i karakułowych papachach wyglądają bardzo poważnie. Tylko białe kokardy we włosach przypominają, że to dzieci. Rytm wyznacza im instruktor w polowym mundurze. Oficer rezerwy. Jego głos brzmi donośnie i groźnie. Jak w armii. Bo moskiewska szkoła kadetek to miniwojsko. Kuźnia kadr dla armii, służb bezpieczeństwa i urzędów państwowych. Najmłodsze uczennice mają po dziewięć lat. Gdy ich rówieśnice bawią się lalkami, one strzelają z kałasznikowa. I gotowe są zginąć za ojczyznę.

– Naprzód marsz! – pada rozkaz instruktora.

„Jesteśmy twoimi córkami, Rosjo!” – śpiewają kadetki i maszerują, wysoko podnosząc nogi.

Teren szkoły jest ogrodzony ponad trzymetrowym murem. Bramy wjazdowej strzeże wartownik. Tutaj nie przedostanie się nikt niepożądany. I żadna z dziewcząt nie wyjdzie stąd bez przepustki. Przez sześć dni w tygodniu kadetki mieszkają w przyszkolnym internacie i tylko na niedzielę wracają do domów. Kiedy o szóstej rano podjeżdżamy z ekipą pod bramę, jest jeszcze ciemno, prószy też lekki śnieg. Zaspany wartownik wychodzi sprawdzić nasze dokumenty. Wszystko się zgadza. Jak tylko wjeżdżamy, żelazne wrota natychmiast się zatrzaskują.

Internat ma dwa piętra. Mieszka w nim ponad trzysta pensjonariuszek. W budynku jest ciepło i przytulnie. Wszystko lśni. Dziewczynki jeszcze śpią. Wychowawczyni, Zinaida Monowcowa, informuje mnie, że na bohaterkę mojego reportażu została wytypowana trzynastoletnia Karina. Dyscyplinę ma we krwi, bo pochodzi z rodziny wojskowego. Zresztą tak jak większość kadetek.

– Posłuszeństwo i rygor to dwie naczelne zasady naszej szkoły – mówi nauczycielka i otwiera drzwi do pokoju, w którym śpi Karina.

Dziewczynka wygląda słodko. Spod kołdry wystają tylko jej czarne włosy i duży pluszowy miś, którego tuli do głowy.

Punktualnie o siódmej wychowawczyni ogłasza pobudkę. Kadetki natychmiast wstają. Żadnej taryfy ulgowej. Tu każda minuta jest rozpisana. Od świtu do dwudziestej pierwszej trzydzieści. Gimnastyka, śniadanie, lekcje, musztra, obiad, strzelanie, tańce, szermierka, etykieta, muzyka, odrabianie lekcji, kolacja, prasowanie mundurów, sprzątanie. I tak przez siedem lat, od piątej do jedenastej klasy.

Karina na widok kamery trochę się peszy, ale dodaje jej to uroku. Ma piękne brązowe oczy. Jest lekko korpulentna, ale bardzo sprawna. W ciągu kilkudziesięciu sekund wybiega na gimnastykę. Razem z nią jeszcze dwie koleżanki, z którymi dzieli pokój. Po ćwiczeniach wszystkie biegną do łazienki. Dwadzieścia minut później już kończą się ubierać, mają idealnie posłane łóżka i wymyte podłogi. Internat szkoły kadeckiej to minikoszary. Chociaż pościel jest niebieska, a w oknach wiszą kolorowe zasłonki.

– Pomóc ci przypiąć kokardę? – pytam Karinę, która próbuje umocować wstążkę z tyłu głowy na końskim ogonie.

– Poproszę – odpowiada grzecznie cichym głosem.

Dziewczynka ma na sobie czarne spodnie, beżową koszulę i czarny krawat. Przed wyjściem założy jeszcze mundurek z czerwonymi naramiennikami. Kadetki nie mogą mieć żadnych prywatnych ubrań.

– Noszenie kokard jest obowiązkowe? – pytam, upinając białą tiulową wstążkę.

– Tak – wzdycha Karina.

W internacie pojawia się wychowawczyni, Wiktoria Juriewna Żukowa, i od razu rozpoczyna poranny obchód. Sprawdza porządek w pokojach. Zagląda pod łóżka i do szaf. Upewnia się, czy dziewczęta nie przemyciły jakichś ozdób albo kosmetyków upiększających.

– Karina, pokaż co trzymasz w kosmetyczce – mówi ostrym tonem.

– Tylko szampon, dezodorant i mydło – dziewczynka otwiera plastikową torebeczkę i pokazuje jej zawartość.

O siódmej trzydzieści kadetki są już na śniadaniu. Najpierw myją ręce, potem stają na baczność przy stolikach. Siadają dopiero na znak wychowawczyni.

– Tu jest większy rygor niż w kolonii karnej – szepce do mnie operator Walentin.

Na posiłkach spotykają się wszystkie uczennice szkoły. Najmłodsze ledwo sięgają do mydelniczki nad umywalką. Jak drobniutka, jasnowłosa, dziewięcioletnia Alisa.

– Kto wpadł na to, żebyś uczyła się w tej szkole? Ty czy twoi rodzice? Tylko szczerze – pytam dziewczynkę.

– Ja sama – odpowiada bez namysłu. – Bo chcę służyć w milicji...

Tuż przed ósmą dziewczęta idą na zajęcia. Szkoła mieści się dwieście metrów od internatu. Po wyjściu na dwór kadetki od razu ustawiają się w pary według wzrostu.

– My nawet na spacery chodzimy w szyku – tłumaczy mi Karina i natychmiast staje do szeregu.

– Z pieśnią naprzód marsz! – wydaje rozkaz Wiktoria Juriewna.

Jej stanowczy głos nie pasuje do filigranowego wyglądu i eleganckiego ubioru. Nauczycielka ma na sobie białe futerko z lisa. Dziewczęta ruszają do przodu równo i energicznie. „Nasza armia potrzebuje dziewcząt w mundurach”, śpiewają głośno, „żeby mogły być podporą dla kraju, bronić Rosji i strzec jej granic”. Słowa pieśni napisała dyrektor szkoły.

Nad wejściem do szkolnego budynku wisi duży napis: „Zawsze gotowe służyć ojczyźnie!”, a w środku, na ścianie głównego korytarza, tekst przysięgi, którą składają kadetki.

– Co w tej przysiędze jest dla ciebie najważniejsze? – pytam Karinę.

– Że trzeba „być uczciwym i zdyscyplinowanym. Żeby rozwijać w sobie cechy dobrego patrioty i obywatela Rosji” – dziewczynka z powagą cytuje słowa roty.

Rozmowę przerywa pierwszy dzwonek. Ósma klasa, w której uczy się Karina, zaczyna od lekcji zasad bezpieczeństwa w sytuacjach zagrożenia dla życia. Zajęcia prowadzi oficer rezerwy, uczestnik wojny w Afganistanie, Michaił Mikołajczuk.

– Dzień dobry, towarzyszki kadetki – wita się, wchodząc do klasy.

– Zdrowia życzymy, towarzyszu wykładowco – zgodnym chórem odpowiadają uczennice.

Dziewczęta od razu przystępują do ćwiczeń. Temat lekcji: reanimacja. Kadetki trenują masaż serca i sztuczne oddychanie na nowoczesnym manekinie. O takim fantomie większość zwykłych szkół w Moskwie może tylko pomarzyć.

– Przygotowujemy je na różne sytuacje: od zamachów terrorystycznych począwszy, na wybrykach chuliganów skończywszy – mówi Michaił Mikołajczuk, nie spuszczając wzroku z wychowanek.

W drugiej części lekcji kadetki ćwiczą zabiegi pielęgniarskie. Karina odgrywa rolę pacjentki ze skaleczoną ręką. Koleżanka w lekarskim fartuchu fachowo ogląda jej dłoń, po czym przemywa domniemaną ranę prawdziwą jodyną i sprawnie zakłada opatrunek.

– Musimy być gotowe na wszystko. Bo jeśli wybuchnie III wojna światowa, to Rosja na pewno się w nią włączy – podkreśla dziewczynka, bandażując Karinie rękę. – W charakterze obrońcy – dodaje po chwili.

– Nie bójcie się, to tylko ja – dyrektor Wiktoria Silenska budzi w szkole taki respekt, że na jej widok kadetki nie wychodzą z klas, chociaż właśnie zaczęła się przerwa. – Chcą mnie z wami sfilmować, a wy się chowacie. Przecież nie jestem aż tak strasznym potworem – śmieje się.

Szkoła kadetek to jej dziecko, bo kieruje nią od samego początku, czyli od 2004 roku. To ona podpisała umowy z Uniwersytetem MSW i Akademią Wojskową. Dzięki temu jej uczennice mogą liczyć na preferencje podczas egzaminów wstępnych. Korzyści są obustronne. Władze tych uczelni przyznają, że nie ma lepszego narybku. Kadetki wiedzą, co to ład, nie stwarzają problemów i potrafią nakłonić do porządku innych.

– Co to za grzywka? Natychmiast ją zaczesz! – dyrektor groźnym wzrokiem lustruje nastolatkę, która odważyła się wyjść z klasy.

– Nie wolno mieć grzywki? – patrzę na wystraszoną dziewczynę.

– Nie, bo to nieładnie wygląda, a poza tym włosy zasłaniają oczy i przeszkadzają – odpowiada surowym tonem Wiktoria.

O dziewiątej klasa Kariny zaczyna drugą lekcję: podstawy służby wojskowej.

Dziewczęta strzelają z pistoletów Makarowa, tyle że przerobionych na elektroniczne.

Multimedialna strzelnica kosztuje fortunę, ale władze Rosji nie żałują środków na kadetów. Szkoły o profilu wojskowym dostają kilka razy więcej pieniędzy niż zwykłe.

– Ognia! – daje komendę nauczyciel. Jest nim były oficer kompanii reprezentacyjnej, Aleksiej Żukow.

Karina radzi sobie doskonale. Oddaje kilka strzałów i wszystkie są celne. Dwa razy w tygodniu dziewczęta mają zajęcia na prawdziwym poligonie. Uczą się tam strzelania z kałasznikowa. Słynny rosyjski karabin waży aż cztery kilogramy. Odrzut po wystrzale ma taką siłę, że może przewrócić nastolatkę, nie mówiąc o młodszych dzieciach. Dlatego najmniejsze wzrostem kadetki strzelają w pozycji leżącej.

– Dawać tu karabin maszynowy! – rozkazuje nauczyciel. – Będziecie go teraz rozkładać i składać. Najpierw odbezpieczamy i wykonujemy kontrolny spust. Zawsze w górę – przypomina.

Kadetki rozkładają kałasznikowa w ciągu ośmiu sekund.

– My tu mamy takie same normy jak w profesjonalnej armii – podkreśla Aleksiej. Wytyka uczennicom najmniejsze błędy, ale po cichu bardzo je chwali. Dziewczęta są opanowane, cierpliwe i ambitne. – W czasie II wojny światowej to kobiety były najlepszymi snajperkami – zauważa.

Bohaterka Związku Radzieckiego, Ludmiła Pawliczenko, miała na swoim koncie aż trzysta dziewięć trafień. Nie jest też tajemnicą, że dziewczyny jako snajperki walczyły w Czeczenii. Zresztą po obu stronach. „Jesteśmy zawsze gotowe. I jeśli nas wezwą, to pójdziemy służyć ojczyźnie” – te słowa szkolnego hymnu kadetki recytują z pamięci nawet wyrwane ze snu.

– Zajęcia wojskowe są bezwzględnie potrzebne – tłumaczy mi filigranowa szatynka – bo przecież w każdej chwili może wybuchnąć wojna.

– A kto dziś zagraża Rosji? – pytam.

– Terroryści i ci, którym nie podoba się, że Rosja jest wielka – odpowiadają zgodnym chórem kadetki.

– Nie boicie się broni?

– Nie. My kochamy broń! – znów słyszę jednogłośną odpowiedź.

Różnice zdań wywołuje tylko to, która broń jest najlepsza. Karina woli pistolet Makarowa, a jej przyjaciółka kałasznikowa.

– Zuchy! Stawiam wam piątkę – kończy lekcję Aleksiej Żukow i zapewnia mnie, że kadetki równie dobrze radzą sobie z białą bronią. Bo dwa razy w tygodniu trenują szermierkę; by rozwijać refleks i czujność.

– Widzę, że macie tu prawie same prymuski – zagaduję na przerwie wicedyrektorkę szkoły, Natalię Jewgieniewną.

– Bo u nas jest bardzo duża selekcja – odpowiada z dumą nauczycielka. – Żeby trafić do naszej szkoły, dziecko musi być silne. Dlatego psycholodzy sprawdzają, czy potrafi uczyć się w zamkniętym systemie i czy wytrzyma nasze tempo pracy od rana do wieczora – dodaje.

Szkoła kadetek od początku była oblegana. O każde miejsce ubiega się tu aż osiem kandydatek. Przy egzaminie muszą odpowiedzieć na trzysta pytań. Podobnie jest w szkołach kadeckich dla chłopców, wzorowanych na carskich gimnazjach wojskowych. Od kilku lat przeżywają one prawdziwy boom. Jest ich w całej Rosji ponad osiemdziesiąt.

– Baczność!

O dziesiątej Karina ma lekcję musztry. Najpierw dziewczęta ćwiczą zwroty i marsz w miejscu, a potem szybki i długi krok defiladowy. Z pieśnią na ustach: „Zostaniemy wszystkie generałami. A może nawet admirałami”.

– Edukacja w szkole kadeckiej daje możliwość pracy w strukturach siłowych, na przykład w służbie państwowej, celnej, w MSW albo ministerstwie obrony – wyjaśnia mi instruktor. Uczelnie o takim profilu wybiera prawie osiemdziesiąt procent absolwentek.

Lekcja musztry trwa czterdzieści pięć minut. W tym samym czasie kadetki z innych klas mają zajęcia z szycia i haftowania, z języka niemieckiego, gry na pianinie, a także lekcje siedemnastowiecznego tańca francuskiego. Dziewczęta ćwiczą właśnie tzw. Pompadour. Stroje z epoki uszyły same. Są to atłasowe granatowe gorseciki i kremowe spódnice do ziemi. Do tego rękawiczki i słomkowe kapelusiki.

– W czym się lepiej czujecie: w długich sukniach czy w mundurach? – przerywam taniec dwóm dziewczynkom.

– W jednym i w drugim tak samo. W naszej szkole uczymy się, jak być prawdziwą damą, a zarazem żołnierką, która będzie umiała obronić ojczyznę – odpowiadają na zmianę. W długich sukniach wyglądają jak młode arystokratki, subtelnie i niewinnie.

– A kim chcecie zostać w przyszłości? – pytam.

– Ja chciałabym zostać bizneswomen i rozwijać gospodarkę Rosji – odpowiada dojrzale dziesięciolatka.

– Pani dyrektor, kogo wy tu wychowujecie, bo już się pogubiłam... – wchodzę do gabinetu Wiktorii Silenskiej, która siedzi przy solidnym biurku. Na blacie stoją dwie miniaturowe flagi: Rosji i Moskwy.

– Przyszłe elity – odpowiada dyrektor. – A wzorowa obywatelka musi być wszechstronna – dodaje.

O jedenastej dwadzieścia zaczyna się czwarta lekcja. Dla klasy Kariny są to zajęcia z gotowania. Odbywają się w sali wyposażonej w prawdziwą kuchnię. Dziewczynki zakładają niebieskie fartuszki i zakasują rękawy. Dziś mają smażyć bliny, czyli naleśniki. W Rosji jada się je z najróżniejszymi dodatkami, od łososia i kawioru począwszy, a na konfiturach skończywszy. Bliny to tradycyjne danie rosyjskiej kuchni. Kadetki poznają przede wszystkim narodowe potrawy.

– Uczymy tu, jak przygotować kasze, zupy i dania mączne, na przykład słynne pierożki pielmieni – wylicza nauczycielka Galina Miechanikowa i dodaje, że na wszelkie pizze czy sushi szkoda czasu. Przy okazji gotowania kadetki uczą się też dobrych manier.

– Nóż układamy ostrzem do talerza. Odległość między sztućcami powinna wynosić centymetr – wyjaśnia, nakrywając stół.

Kadetki słuchają z zapartym tchem. Dla wielu z nich lekcja savoir-vivre’u to odkrycie. Bo w Rosji etykieta przez całe dziesięciolecia była wyśmiewana jako burżuazyjny i arystokratyczny przeżytek. W niektórych domach do tej pory zdarza się, że gazeta zastępuje na stole obrus. Nowe elity Rosji mają być inne. Muszą stanowić wzór dobrych manier. Jak w czasach carskich. Dlatego kadetki uczą się, co się czym je, co kiedy podawać, jak przywitać gości i jak elegancko się poruszać.

W sąsiedniej sali najstarsze uczennice, te z jedenastej klasy, ćwiczą grę na bębnach. Szkolna orkiestra występuje na wojskowych defiladach i festynach z okazji świąt narodowych. Szesnastolatki w niebieskich historycznych mundurach ze złotymi epoletami, w krótkich spodniczkach i białych kozakach do kolan, wyglądają bardzo atrakcyjnie.

– Ciężko tu wam bez chłopaków? – zagajam rozmowę.

– Jeśli chodzi o naukę, to nawet lepiej, że ich nie ma, bo nikt nas nie odciąga od lekcji – odpowiada urodziwa brunetka, która jest dyrygentką orkiestry. – Ale w wolnych chwilach to oczywiście brakuje nam chłopaków – dodaje szczerze rozmarzonym głosem.

– A za kogo chciałybyście wyjść za mąż?

– Za oficera – odpowiadają zgodnie.

Moskiewskie kadetki przygotowywane są do tego, by być wzorowymi matkami i żonami. Czyli jak najpełniej służyć Rosji. Zgodnie z zaleceniami Władimira Putina, który kilka lat temu wytyczył narodowi dwa ważne cele. Zwiększenie liczby urodzin i wzmocnienie armii. I chyba nikt nie wykona tego zadania lepiej niż kadetki, które obok sztuki wojskowej poznają tajniki udanego życia rodzinnego. W sprawach małych i wielkich. Od lepienia pielmieni i prasowania męskich koszul począwszy, a na pełnym oddaniu partnerowi skończywszy.

Panna z takimi cnotami to dziś w Moskwie rzadkość. Większość rosyjskich nastolatek marzy o egzotycznych podróżach jachtem, a nie o usługiwaniu mężowi. Pokusa bogatego życia jest dziś w Moskwie wyjątkowo silna, bo w rosyjskiej stolicy są setki ekskluzywnych sklepów i wytwornych lokali. Uczennice szkoły kadetek nie mają jednak czasu na bieganie po butikach i klubach.

– Kto ze współczesnych Rosjan jest waszym idolem? – pytam dyrygentkę.

– Premier i prezydent Rosji – mówi bez chwili zastanowienia.

Po godzinie dwunastej, na piątej lekcji Karina ma historię. Temat: święto 9 Maja.

– Dla nas to jest dzień zwycięstwa w wojnie trwającej od 1941 do 1945 roku – recytuje jedna z uczennic z wypiekami na twarzy.

Nauczycielka jest zadowolona i ukradkiem spogląda na operatora, czy aby na pewno filmuje odpowiedź. W moskiewskiej historiografii II wojna światowa to przede wszystkim okres od ataku Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 roku. Wcześniejsze wydarzenia opisywane są w podręcznikach zdawkowo.

– 9 maja 1945 roku Rosja pokonała Niemcy – podkreśla z dumą dziewczynka.

Nauczycielka przytakuje i od razu przechodzi do pytania o to, jak kadetki świętują ów dzień. O aliantach, którzy przyczynili się do triumfu nad faszyzmem, nawet nie wspomina. Do odpowiedzi zgłasza się Karina. Tradycje 9 Maja zna bardzo dobrze, bo wojskowym jest nie tylko jej ojciec, ale i brat, który ukończył Akademię MSW. Dziewczynka opowiada o hucznych paradach zwycięstwa na Placu Czerwonym. O tysiącach żołnierzy, setkach czołgów, rakiet i samolotów. Takiego widowiska nie ma nigdzie indziej w Europie. Zwycięstwo w II wojnie światowej to dla większości Rosjan główny powód do dumy narodowej.

Po lekcji historii dziewczęta biegną jeszcze na matematykę, a o drugiej wychodzą do internatu na obiad. Jak zwykle w szyku. Do szkoły wrócą jeszcze raz, wczesnym popołudniem, na zajęcia dodatkowe. Ich liczba i różnorodność są imponujące. Wokalistyka, choreografia, sadownictwo, tenis, siatkówka, kulturoznawstwo, projektowanie ubrań, a nawet sztuka fryzjerska.

– Jeśli my nie wypełnimy ich serc i czasu, to będą myślały o głupstwach – podkreśla dyrektorka szkoły. – Chcemy przygotować dziewczęta do ciężkiego prawdziwego życia – dodaje – a nie złudnie lekkiego, jak na reklamach...

Na obiad jest zupa rybna, ryż z kawałkami kurczaka, surówka z kapusty i kisiel. Karina prawie wszystko zostawia na talerzu.

– Ja najbardziej lubię tort – odpowiada z uśmiechem, kiedy pytam, czego jej brakuje w kadeckim jadłospisie. – Jak wracam na niedzielę do domu, to mama zawsze mi go piecze.

Kiedy to mówi, w jej oczach pojawia się radość.

– Powiedz szczerze, czy na początku, gdy tu trafiłaś, to płakałaś nocą w poduszkę? – pytam.

Karina momentalnie poważnieje i spuszcza wzrok:

– Zdarzało się...

O szesnastej grupa Kariny zaczyna lekcję tańca towarzyskiego. W prawdziwych sukniach balowych – długich, falbaniastych, z wykrochmalonymi podszewkami. Karina ma błękitną, ale przeważają białe i kremowe. Jak do ślubu.

– I raz... i dwa... i obrót! – instruktorka wybija rytm walca.

Młode damy poruszają się z wielką gracją. Na co dzień ćwiczą kroki same, ale na bale przyjeżdżają do nich chłopcy z męskiego korpusu kozaków. To jedyny przypadek, kiedy mury żeńskiej szkoły przekraczają młodzi mężczyźni, nazywani tu po staroświecku „kawalerami”. Bale odbywają się dwa razy do roku i są bardzo uroczyste, bo zgodne z carską tradycją.

– Dla takich chwil jak bale, warto znosić wszelkie trudy naszej szkoły – wyznaje mi Karina.

O siedemnastej wszystkie kadetki znów siedzą w klasach i w skupieniu odrabiają lekcje. Karina ma na jutro zrobić zadania z fizyki, literatury, socjotechniki i angielskiego. Wszystko w ciągu dwóch godzin. Zaczynam już wątpić, czy będzie jakakolwiek okazja, żeby z nią spokojnie dłużej porozmawiać. Tak napiętego grafiku nie miał żaden z bohaterów moich reportaży. A zrobiłam już ponad sto odcinków.

– Dobry wieczór, towarzyszki! – wojskowy nauczyciel lustruje kadetki tak surowym wzrokiem, że automatycznie wyrównują szereg.

– Zdrowia życzymy, towarzyszu wykładowco! – odpowiadają chórem.

Po kolacji dziewczęta znów mają zajęcia z bronią. Tym razem sportową. Skąd one biorą tyle siły? Ja mam już dość. Operator też. Tylko jakoś głupio nam się do tego przyznać.

– Obydwa łokcie oprzyj na blacie stołu, bo kolba ci się rusza! – nauczyciel poprawia Karinę, która celuje do tarczy przywieszonej na ścianie. – Załaduj broń! Ognia! – woła.

Odgłos wystrzałów słychać nawet przez podwójne drzwi strzelnicy. Ale widać, że dziewczynki są do tego przyzwyczajone, bo nawet nie noszą tłumiących dźwięk słuchawek.

– Tyle zajęć to chyba straszna męka? – pytam Karinę podczas krótkiej przerwy.

– Skądże! – odpowiada. – Tu dopiero żyjesz! – dodaje, a jej koleżanki zgodnie przytakują.

– Dwa trafienia w dziesiątkę. Doskonale! – instruktor podnosi do góry przedziurawioną papierową tarczę. – Będą z nich ludzie – mówi do mnie po cichu.

Kadetki wracają z zajęć pół do dziewiątej wieczorem. I ani na chwilę nie zapominają o dyscyplinie.

– Dziewczynki, do szatni wchodzimy po cztery osoby – strofują siebie nawzajem.

Do ciszy nocnej mają jeszcze godzinę i to jest ich czas wolny, ale żadna z nich się nie wyleguje. Zresztą w dzień nie wolno im się kłaść na łóżkach. Czas przed snem zazwyczaj wykorzystują na pranie bielizny i prasowanie mundurków, które muszą być nieskazitelne.

Karina czyści buty i przygotowuje przybory do mycia. Nie mam sumienia dręczyć jej długą rozmową.

– Czy już wiesz, kim chciałabyś zostać w przyszłości? – pytam na koniec.

– Tak. Chciałabym pracować w MSW, jak tata i brat – odpowiada, ściskając w ręku białą kokardę, którą przed chwilą zdjęła z głowy. Bez niej wygląda dużo doroślej.

– A co w tej pracy jest ciekawego? – zadaję kolejne pytanie.

– To, że bronisz ojczyzny – mówi z przekonaniem.

Większość starszych kadetek też marzy o pracy w służbach specjalnych. Tyle że z bardziej pragmatycznych powodów. Bo jak przyznała mi się jedna z szesnastolatek, struktury siłowe to dobra odskocznia do dalszej kariery. Dziewczyna zwróciła uwagę, że w rosyjskich władzach jest bardzo dużo osób, które przeszły przez organy bezpieczeństwa.

– Jeszcze o nas usłyszycie – mówi na koniec Karina.

– Dziewczynki, do pokoi, cisza nocna! – Wiktoria Juriewna nie musi tego powtarzać dwa razy.

Kadetki w mig wskakują do łóżek i gaszą światło. Kilka minut później wszystkie śpią jak zabite. Karina, tak jak rano, przytula białego misia...

Wasia z Dworca Jarosławskiego

Nie ma jednej Rosji



– My mamy bardzo wielu wrogów – Wasia patrzy mi prosto w oczy.

Siedzi na krawężniku chodnika. W skostniałej z zimna ręce trzyma papierosa. Powinnam mu go zabrać, ale to nic nie da. Za chwilę znów zapali.

– Niedawno zabili mojego kolegę – mówi beznamiętnym głosem.

– Kto? – pytam z przerażeniem.

– Skini. Wie pani, kim oni są? – Przytakuję głową w milczeniu. – Po prostu nie spodobał im się – tłumaczy.

To był mój najpiękniejszy bohater. Chociaż utaplany po uszy w błocie. W przenośni i dosłownie. Nie wiem, gdzie jest i czy w ogóle jeszcze żyje. Jeśli tak, to musi już być dojrzałym mężczyzną. Dla mnie na zawsze jednak pozostanie małym Waśką. Mądrym i rezolutnym, choć nigdy nie chodził do szkoły. Wrażliwym i okrutnym zarazem. Zostało mi po nim zdjęcie, na którym niezdarnie napisał drukowanymi literami: NA PAMIĄTKĘ BARBARZE. NIE ZAPOMINAJ! Nie zapomniałam, Wasia. Mało tego, przez ciebie dręczą mnie wyrzuty sumienia...

Jest październik 2000 roku. Razem z operatorem Kiriłłem wybieramy bohatera reportażu. Stoimy w baraku, do którego przychodzą bezdomne dzieciaki na obiad. Jadłodajnię prowadzi czarnoskóry Etiopczyk. Kilka lat wcześniej przyjechał do Moskwy na studia i został, by pomagać bezdomnym. Wszyscy mówią do niego po imieniu: Namrud. Dzieciaki darzą go ogromnym zaufaniem. Dlatego rekomendacja od Namruda otwiera drzwi do ich świata.

Mali włóczędzy rzucają się na jedzenie. Większość z nich jest umorusana i odurzona klejem. Klną jak szewcy. Nagle pojawia się chłopiec jakby nie z tej bajki. Jakiś taki czysty, przytomny i pozbawiony agresji.

– To Wasia – mówi Namrud. – Mieszka na dworcu razem z matką – dodaje.

Chłopiec ma prawie dwanaście lat, ale wygląda na dziesięć. Bo jest drobny i niski.

– To będzie świetny bohater, nie pożałujesz – przekonuje mnie Namrud.

Siódma rano następnego dnia. Dworzec Jarosławski w Moskwie. W poczekalni koczuje grupa bezdomnych. Wśród nich Wasia. Jeszcze śpi. Jego czteroletni braciszek Misza też. Leżą na twardych ławkach przykryci kurtkami. Ktoś niezorientowany może pomyśleć, że to pasażerowie, którzy czekają na pociąg. Obok chłopców siedzi młoda kobieta w starym wełnianym płaszczu i zabłoconych sznurowanych butach. Jest trzeźwa, ale po twarzy widać, że nie stroni od alkoholu. To trzydziestopięcioletnia Tania, matka Wasi. Absolwentka prawa na Uniwersytecie Nowosybirskim. Do Moskwy przyjechała z synkiem osiem lat wcześniej i od tamtej pory koczuje z nim na dworcach.

– Na Syberii pracowałam przy magistrali bajkalsko-amurskiej – mówi Tania, odsłaniając popsute zęby. – Miałam mieszkanie i stałą pensję. Ale kiedy przyszła pieriestrojka, wstrzymali budowę i zamknęli miasto. Bo nie było pieniędzy – tłumaczy mi szeptem, by nie obudzić dzieci. – Powiedzieli: „Jedźcie do Moskwy i tam próbujcie”.

Tania nie znalazła pracy, bo bez stołecznego meldunku nikt nie chciał jej zatrudnić. Trafiła na dno.

Trochę po siódmej budzi się Wasia. Przeciera oczy. Dostrzega kamerę i automatycznie przygładza blond grzywkę. Szybko zrywa się na nogi, bo wie, że musi opuścić poczekalnię, zanim przegoni go patrol milicji. W śmierdzącej dworcowej toalecie płucze zęby i ochlapuje buzię zimną wodą. Na większą kąpiel raz w miesiącu chodzi do bani, czyli publicznej łaźni. Mimo że Wasia jest z matką, jego życie niewiele się różni od codzienności innych bezdomnych dzieci. A są ich w Moskwie tysiące. Większość z nich to uciekinierzy z pijackich rodzin.

Przed dworcem Wasia rozstaje się z matką i bratem. Przez cały dzień musi radzić sobie sam. Spotkają się dopiero wieczorem. Tania idzie pomagać w garkuchni dla bezdomnych, a Wasia na żebry. Jest bardzo podekscytowany filmowaniem. Jeszcze nikt nigdy nie poświęcił mu tyle uwagi. Przy tym rozmawiam z nim jak z równym. Żadnego rozczulania się, żadnych sentymentów. Ma być tak jak zawsze.

Obok dworca stoi pomnik Lenina.

– Czyj to posąg? – sprawdzam wiedzę Wasi.

– Lenina. On bronił naszej Federacji, Rosyjskiej Socjalistycznej – odpowiada bez namysłu.

– A skąd o tym wiesz?

– Koledzy mi mówili. Ja nie chodzę do szkoły, bo mama nie ma moskiewskiego meldunku. My tu jesteśmy nielegalnie – tłumaczy.

– A umiesz czytać i pisać?

– Czytać sylabami, a pisać tylko oddzielne litery.

Wokół nas zbiera się grupka gapiów. Większość to bezdomni mężczyźni z dworca. Czuć od nich potem i przetrawionym alkoholem.

– Mały powinien iść do internatu – wtrąca się przechodzień, który słyszał naszą rozmowę.

– A po co mu internat? – ripostuje bezdomny i obejmuje Wasię.

– Bo tam karmią, uczą, dają łóżko i ubierają! – wykrzykuje oburzony mężczyzna.

Robi się coraz goręcej. Do dyskusji włącza się Waśka.

– A ja i tu jestem ubrany, najedzony i wyuczony – wylicza na palcach.

– Zuch! – śmieją się bezdomni i poklepują chłopca po ramieniu.

– Tak, wyuczony przez was! – odcina się przechodzień. – Już ja tam wiem, czego wy go uczycie!

Teraz to bezdomni są oburzeni.

– Jak to my? On sam się uczy – odpowiadają chórem.

– Tak, kraść. Mnie nie nabierzecie! – krzyczy zdenerwowany mężczyzna.

Wasia ma dość.

– No, kłóćcie się dalej, to was pokażą w telewizji – przerywa spór. Dyskutanci parskają śmiechem.

– Mądry chłopak – bezdomny obejmuje Wasię po bratersku. – On to ma rozum, nie to co ty! – docina przechodniowi.

– Zapraszam cię na śniadanie – mówię do Wasi, bo widzę, że jest zmarznięty na kość. Dłonie schował w rękawy przydużej szarej kurtki. Chciałam mu kupić rękawiczki, ale odpowiedział, że dopiero po zdjęciach.

– Przecież mamy filmować moje prawdziwe życie – podkreślił. Jego roztropność jeszcze nie raz mnie zadziwi.

– Gdzie tu można porządnie zjeść? – pytam.

Wokół widać same obskurne budki.

– „U Timoszy” – odpowiada. – Jak zarobię trochę pieniędzy, to zawsze tam chodzę. Tam jest ładnie – dodaje.

Bufet mieści się w nędznym parterowym pawilonie na zapleczu dworca. Nie ma żadnej wywieszki. Wnętrze wygląda trochę lepiej. Szare płytki na ścianach, kilka stołów z drewnianymi taboretami, sztuczne kwiaty w oknach. Za ladą stoi naburmuszona bufetowa. Najważniejsze jednak, że jest tu ciepło i w miarę czysto.

– Przeczytasz? – proszę Wasię, kiedy stajemy przed menu wywieszonym na ścianie.

Chłopiec zadziera głowę do góry i zaczyna sylabizować:

– Zy-u-pa zy ły-o-sy-o-si-a. – Boże, dzieci w jego wieku czytają Stanisława Lema i Marka Twaina.

– A wiesz, co to jest łosoś? – pytam poruszona.

– Łosoś? Taka zupa – Wasia zagryza wargę.

Ma ładne równe ząbki, tylko strasznie żółte.

– Czytasz menu, zanim coś zamówisz?

– Nie, zawsze proszę o to, co jest na samej górze.

Kelnerka szyderczo się uśmiecha. Denerwuje mnie.

Siadamy przy stoliku nakrytym ceratą. Kobieta stawia na nim plastikowy koszyczek z chlebem.

– Co zamawiasz? – pyta Wasię nieprzyjaznym tonem.

– Zestaw – odpowiada mały.

– Ale co na pierwsze, jaką zupę? – uściśla bufetowa.

Wasia patrzy na nią ze zdziwieniem.

– Zupę? No ten łosoś czy jak tam? – mówi z poważną miną.

Następnego dnia spotkam się z dyrektorem moskiewskiego przytułku dla dzieci, Saparem Kulianowem. Będę go prosić o pomoc dla Wasi. To, co powie do kamery, pozbawi mnie wszelkich złudzeń:

– Te dzieci nikomu nie są potrzebne. Zostały wykreślone ze spisu osób, którym państwo udziela pomocy. Dziecko, które nie ma stałego miejsca pobytu, jest po prostu nikim.

Taśmę z tym nagraniem będę przesłuchiwać kilka razy. Zwłaszcza słowa, o tym, że bezdomne dzieciaki czeka jedynie kryminał lub przedwczesna śmierć.

Kelnerka stawia na stole talerz z gorącą zupą. Waśka zdejmuje kurtkę i chwyta łapczywie grubą pajdę chleba. Ma strasznie brudne paznokcie. Ręce i zapach to dwie rzeczy, które najbardziej demaskują jego bezdomność. Obserwuję w milczeniu, jak je. Jest szczęśliwy.

– Jaki był twój najpiękniejszy sen? – pytam po chwili.

Wasia nie przerywa jedzenia.

– Że tata do mnie wrócił – mówi, przełykając kolejny kęs pieczywa. Zagryza nim każdy łyk zupy. – Spaceruję po ulicy ze swoimi małymi przyjaciółmi. Nagle widzę, że tatuś idzie prosto ku mnie i macha, żebym do niego podszedł. A ja biegnę do niego – Wasia nerwowo ugniata miąższ chleba. – Gdyby nie umarł, wszystko byłoby inaczej – dodaje.

W centrum Moskwy siadamy na murku przy trawniku. Waśka wyciąga zapałki i próbuje przypalić papierosa. Złości się, bo wiatr zdmuchuje mu płomień.

– Od dawna palisz? – pytam, kiedy w końcu z wielką ulgą się zaciąga.

– Już sześć lat – mówi spokojnie.

To połowa jego życia.

– A pijesz?

Wasia kręci przecząco głową:

– Nie, naprawdę – odpowiada, patrząc mi w oczy.

Jeśli oszukuje, robi to po mistrzowsku. Jeśli nie, to jest wyjątkiem w swoim środowisku. A to też mistrzostwo.

– Czy twoja mama pije? – musiałam zadać pytanie.

– Postawiłem jej warunek, że jeśli będzie pić, to po prostu od niej odejdę. Bo ja mam uczulenie na alkoholików – tłumaczy. – Wszystko przez to, że jak ojciec pił, to go nienawidziłem.

W tym momencie, jak na zamówienie, do Wasi podchodzi pijana i brudna kobieta.

– Masz tu parę groszy. Daj ci Boże zdrowie – mówi ze łzami w oczach, wciskając mu do rączki kilkurublową monetę.

Wasia pospiesznie chowa pieniądz do kieszeni spodni. Wyjaśnia mi, że w Moskwie jest dużo bezdomnych, bo ludzie, którzy potracili pracę i zubożeli, ściągają tu z całej Rosji. Nie ma im kto pomóc i lądują na ulicy. Każda wypowiedź Waśki to perełka. Mieszanina dojrzałości i dziecięcej naiwności. Im poważniejsze tematy porusza, tym bardziej mnie rozczula.

– Ja też pomagam innym bezdomnym – chwali się. – Nie daję pieniędzy, ale kupuję, co komu trzeba. Bo pieniądze to od razu wydają na klej albo na wódkę. A to nie jest dobre. Mam rację? – pyta, zaciągając się mocno.

– A jak zarabiają twoi przyjaciele?

– Okradają kioski – Wasia jest zdziwiony, że mogę nie wiedzieć. – Jeden mój znajomy to potrafi obrobić budkę, nawet kiedy milicja stoi obok. Bezdomnym trudno jest żyć uczciwie...

Wasia idzie żebrać pod stację metra. Filmujemy go z daleka. W tym miejscu na przechodniów czyhają też bezdomne psy. To bardzo symboliczna scena. Chłopiec nie stoi w miejscu, ale sam podchodzi do ludzi.

– Proszę mi dać na chleb – mówi grzecznie, nienachalnie.

To ważne. Moskwianie są zmęczeni żebrakami, bo pełno ich wszędzie. Przy cerkwiach, w wagonach metra, w przejściach podziemnych. Metody proszenia o jałmużnę są często drastyczne. Inwalidzi odsłaniają swoje kikuty, babcie trzęsące się ręce, a młodzi ludzie nogi z odrażającą egzemą albo wygiętymi stopami. Zawodowa żebraczka mówiła mi, że bardzo dobrze zarabia się „na pieska”. Wystarczy wystawić czworonoga i napisać, że nie ma go za co karmić albo leczyć. Ludzie bardzo współczują zwierzętom...

Waśka też wzbudza litość. Bo nie ma w nim cwaniactwa. Kiedy na montażu zilustruję scenę żebrania piosenką grupy Czajf, łzy będą się cisnąć do oczu największym twardzielom: „Zapłaczże nad nim, póki jeszcze żyje. I kochaj go takim, jaki jest”.

Wczesnym popołudniem bezdomne dzieci zbiegają się do Namruda na jedzenie. Jego garkuchnię nazywają karmnikiem, bo mieści się w drewnianym kontenerze. W środku stoi wielki stół nakryty szarym papierem pakowym i kilka zdezelowanych krzeseł z różnych kompletów. Jadłodajnia w całości utrzymywana jest z datków. Wśród sponsorów są międzynarodowe organizacje charytatywne, których wsparcie osobiście pozyskuje Namrud.

Dziś na obiad jest zupa z kapusty, chleb i jabłka. Najpierw dostają jeść najmłodsi. Starsi cierpliwie czekają na zewnątrz, bo wszyscy się nie mieszczą. Wolontariuszka nalewa kapuśniak do plastikowych talerzyków. Zupa musi być kwaśna, bo dzieci strasznie się krzywią. Nikt jednak nie grymasi.

– Trafiłem na ulicę, jak byłem całkiem mały, bo moi rodzice zdrowo dawali w gaz – opowiada mi nastolatek, który czeka na swoją kolejkę przed barakiem.

Wygląda jak typowy rosyjski łobuz. Podrapana piegowata twarz, tłuste blond włosy, cwane niebieskie oczy, obgryzione paznokcie. I zgnieciony papieros w ustach. To pewnie niedopałek, który znalazł na ulicy. W Moskwie petowanie na chodniku to coś powszechnego.

– Skąd bierzesz pieniądze? – moje pytanie zbija chłopca z tropu.

Spuszcza wzrok i niewyraźnie się uśmiecha.

– Ja umiem tylko w jeden sposób zarabiać pieniądze, ale nie powiem jak.

– Nie masz wyrzutów sumienia? – biorę go pod włos.

– Absolutnie! Każdy kombinuje jak może...

Namrud urzęduje w takim samym baraku, w jakim mieści się jadłodajnia. Ściany wyklejone są rysunkami dzieci. Na nich – zwierzęta, słońce, kwiaty. Żadnych ludzi... W pomieszczeniu jest okropnie zimno. Wszystkie grzejniki stoją w stołówce. Namrud niegdyś marzył o biznesie, ale kiedy upadł Związek Radziecki i na ulicach Moskwy pojawiły się tysiące bezdomnych dzieciaków, nie mógł na to spokojnie patrzeć. Tym bardziej, że na początku nikt im nie pomagał.

– W Rosji przez dziesiątki lat nie było tradycji dobroczynności, nie było organizacji pomocowych, nie było Kościoła i ludzie nie nauczyli się rozwiązywać problemów społecznych bez pomocy państwa – mówi z wyraźnym zagranicznym akcentem. – Wszystko załatwiano na wysokim szczeblu. A dziś państwo nie ma pieniędzy i trudno mu się zajmować tym problemem.

Nie ma jednej Rosji

Mieszka na dworcu razem z matką.

Kilka lat po opisywanych tu zdarzeniach sytuacja w Rosji znacznie się poprawi, ale plagi bezdomności nie uda się zlikwidować.

Tymczasem Waśka jest już po obiedzie. Razem z grupą rówieśników pali papierosy. Stoją za ścianą baraku, żeby nie rozzłościć Namruda. Etiopczyk ma za chwilę rozdawać ubrania z paczek i jak ich nakryje, to za karę może dać gorsze rzeczy. Podchodzimy do chłopaków z kamerą. Kilku z nich wyciąga do mnie rękę, by się przywitać. Z przerażeniem dostrzegam, że mają poranione dłonie. W Rosji szaleje AIDS. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia jest tu prawie milion nosicieli wirusa HIV. Bezdomni należą do czołówki. Czuję strach, ale nie mogę zrobić uniku.

– Czemu nie chcecie do przytułku? – pytam dwóch najgorzej wyglądających chłopców.

Obaj dwa lata temu przyjechali do Moskwy z prowincji. Są brudni, mają szramy na buziach i zasmarkane nosy. Najpewniej wdychali klej.

– Bo na ulicy jest lepiej! – krzyczy mi do mikrofonu jeden z nich.

– Bądź poważny! – zwracam mu uwagę ostrym tonem.

– Poważnie mówię. Bo w przytułku nigdzie nie pozwalają chodzić. Tam jest do dupy!

Dzieciaki rechoczą.

– One już nie wrócą do normalnego życia – szepce mi do ucha wolontariuszka, która podawała dzieciom jedzenie.

– Namrud, daj mi tę czapkę!

– Nie, to mnie ją daj!

Dzieci z wyciągniętymi rękami okrążają Namruda ze wszystkich stron. Etiopczyk rozdaje ubrania z darów. Z trudem sięga do kontenera po kolejne paczki, bo ciągle ktoś go szturcha. Umorusana dziewczynka na siłę wpycha stopę do za ciasnego sportowego buta. Ma łzy w oczach, bo nie daje rady. Jej zmagania obserwuje dwóch mniejszych chłopców. Z radością. Im też podobają się te buty.

– Weź kurtkę, bo pewnie ci zimno – Namrud podaje dziewczynce ocieplaną wiatrówkę.

– Mnie też jest zimno! – woła nastolatka w wojskowej bluzie moro. Skąd ona ją wzięła?

Na koniec Etiopczyk wyciąga zabawki. Pluszaki wywołują jeszcze większe ożywienie niż ubrania. Robi się taki rwetes, że Namrud nie jest w stanie zapanować nad sytuacją.

– Daj mi misia! – A mnie myszkę! – Ja chcę niedźwiadka!

Dzieciaki krzyczą wszystkie naraz. Małe i duże. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Jeszcze przed chwilą popisywały się, jakie to one dorosłe i twarde, a teraz biją się o misia...

Wasia nie załapał się na zabawkę. Jest mu chyba trochę smutno, ale nie daje tego po sobie poznać. By poprawić mu nastrój, zapraszam go na lody.

– Dobrze, ale to ja zapłacę, bo przecież trochę zarobiłem.

Na dowód, dumny jak paw, wyciąga z kieszeni kilkadziesiąt rubli. Nie mogę mu odmówić. Zamiast do kawiarni, idziemy do kiosku niedaleko dworca. Wasia wybrał to miejsce, bo jak mówi, nie ma tańszych i lepszych lodów w całej Moskwie. Sprzedawczyni podaje nam przez okienko dwa waflowe kubeczki wypełnione kremową masą. Smakują wybornie. Są tłuste i słodkie, momentalnie rozpuszczają się w ustach. W czasach radzieckich takie lody sprzedawane były na każdym rogu. Dziś wyparły je zachodnie przysmaki Algidy czy Snickersa.

– Wiesz, co to był Związek Radziecki? – pytam, kiedy znów siadamy na murku przy ulicy. Waśka kolejny raz sięga po papierosa. To już chyba piętnasty.

– Nie – przyznaje szczerze.

– A wiesz, kto jest prezydentem Rosji?

W oczach małego pojawiają się iskierki.

– Putin!

– A skąd wiesz?

– Oglądałem w telewizji wybory.

– Naprawdę cię to interesuje?

Wasia energicznie przytakuje.

– Przecież nie mogę nie wiedzieć, kto jest prezydentem Rosji. Ja oglądam wszystkie wiadomości – podkreśla z dumą.

Łatwe to nie jest. W telewizorze na dworcu prawie nic nie słychać i ledwo co widać.

– Ale najbardziej lubię filmy rysunkowe – dodaje po chwili i po raz pierwszy uśmiecha się od ucha do ucha. Jak dziecko.

Wracamy pod dworzec. W mrowiu spieszących się ludzi Waśka czuje się najlepiej, bo nikt na niego nie zwraca uwagi. Dlatego może udawać przechodnia lub podróżnego. Po drodze rozmawiamy o AIDS. Wasia wie na ten temat więcej niż niejeden dorosły. Różne szczegóły choroby zna od Namruda. Etiopczyk stale przestrzega dzieci przed wirusem HIV, ale bezdomni nie zważają na to.

– Nieraz widziałem, jak chłopaki kłują się jedną strzykawką – mówi Wasia bez emocji. Opowiada też o znajomych, którzy sprzedają swoje ciało. I to za kilka dolarów...

– Dokąd idziesz, jak masz wolny czas?

Wasia przez moment się waha, czy powiedzieć prawdę.

– Idę do znajomych na rurę – mówi po chwili.

– Jaką rurę?

– Ciepłowniczą. Tam się grzeją bezdomni – pokazuje mi teren za budkami z jedzeniem; jest to część terenu dworca.

– Możecie ze mną iść, ale blisko nie podchodźcie, bo wezmą was za gliny i się wystraszą. A jak rozbiegną się we wszystkie strony, to już ich nie znajdziecie – przestrzega. – A najgorsze, że tego, kto przyprowadzi gliny albo kogoś obcego, to porządnie stłuką.

Ten argument trafia do mnie natychmiast. Pod kurtkę chowamy mu mikrofon bezprzewodowy. Puszczamy go przodem. Obiecujemy, że będziemy filmować tylko z daleka. Nieoczekiwanie cały plan weźmie jednak w łeb...

– Do cholery, wezwijcie pomoc! – głos dziewczyny jest tak donośny, że słyszymy go z odległości ponad dwustu metrów.

Nie wiemy, co się dzieje, ale biegniemy, ile sił w nogach. Trudno, musimy się ujawnić. Już z daleka widzimy dwie szerokie rury grzewcze ułożone nad ziemią. Przy nich kłębi się grupka podrostków. Są tak podekscytowani, że nie zwracają na nas uwagi.

– Już poszli po pomoc – burczy jakiś podpity nastolatek.

Na rurze leży nastoletnia dziewczyna. Ma rozbitą głowę. Jest cała we krwi. Zlepione włosy zasłaniają jej twarz. Zwija się z bólu i coś mamrocze pod nosem. Jest pijana i brudna. Wokół niej śmietnisko: szmaty, butelki, papiery, resztki jedzenia i odchody. Smród zatyka nozdrza.

Chłopcy oskarżają o pobicie milicję. Po chwili przyznają jednak, że sprawcą mógł być ktoś od nich.

– Chodźcie stąd! – woła Wasia, bo boi się, że zaraz pojawi się patrol i będą kłopoty.

– Zamknij mordę!

Podpity nastolatek z całej siły trąca go w ucho. Musiało zaboleć, ale dzieciak nawet nie jęknął. Przy rannej zostaje tylko jedna dziewczyna. Reszta odchodzi i szybko zapomina o zdarzeniu. Wasia też. Kilka minut później opowiada sprośne dowcipy i śmieje się do rozpuku. Przeklina, spluwa, czka odrażająco. Nie, to nie może być on...

Pogotowie przyjeżdża po dwóch godzinach. Sanitariusz ogląda dziewczynę z nieukrywaną odrazą. Najchętniej by ją zostawił, ale tymczasem zgromadziło się dużo gapiów i boi się ich reakcji. Dlatego w końcu wyjmuje nosze. Wasia obserwuje odjeżdżającą karetkę w milczeniu. Mam wrażenie, że dopiero teraz uzmysłowił sobie, co się stało. Jestem na niego zła, ale przytulam go najczulej, jak umiem...

Późnym wieczorem znów jedziemy do centrum. Wasia chce mi pokazać nocną Moskwę. Najbardziej podobają mu się sklepy. Zatrzymuje się przy każdej witrynie. Przyciska głowę do szyby i ogląda wszystkie rzeczy po kolei. Nieważne, czy są to garnki, czy biżuteria, czy eleganckie krawaty. Świat za szkłem fascynuje go tak bardzo, że zupełnie zapomina o chłodzie. A przecież nie ma rękawiczek...

– Często sam spacerujesz nocą?

Wasia kręci głową, że nie. Siedzimy na ławce w samym sercu Moskwy, tuż przy Kremlu.

– Tylko wtedy kiedy mam zły nastrój.

Kilka metrów od nas obdarty mężczyzna zbiera puszki po piwie. Nawet nieźle mu idzie, bo w Moskwie picie na ulicach jest czymś powszednim.

– Powiedz, czy jak patrzysz na dorosłych bezdomnych, to nie boisz się, że skończysz jak oni?

– Boję się. Ja nie chcę tak skończyć. Jak chcę mieć normalny dom.

Czuję, że coś mnie ściska w gardle. Muszę się opanować. Łatwo powiedzieć. Zbyt dobrze znam statystyki. W Rosji tylko pięć procent dzieci ulicy wraca do normalnego życia. Reszta kończy tragicznie.

– Kochasz swoją Rosję? – pytam odwracając głowę.

– Kocham. – Wasia z zachwytem patrzy na Kreml. – Tu na przykład jest ładnie. Nie to co na dworcu. Bo co ładnego może być na dworcu?

Nie wiem, co mu odpowiedzieć. Przez chwilę oboje milczymy.

– A gdzie ten reportaż będą pokazywać? – pyta nagle Wasia.

– W Polsce.

– Nigdy nie słyszałem o takim kraju. Moi koledzy też nie wiedzą, gdzie to jest – przyznaje z rozbrajającą szczerością.

Patrzę na niego z uśmiechem i zastanawiam się, czym mnie jeszcze zaskoczy. Cierpliwie wyjaśniam, gdzie leży Polska. Wasia oddycha z ulgą.

– Najważniejsze, że nie pokażą tego w Moskwie. Bo jakby to zobaczył gliniarz i mnie rozpoznał, to od razu by powiedział: „Skoro jesteś bezdomny, to można cię zabrać do przytułku”. I koniec...

Lepszej pointy nie mogłam wymyślić. Jest pełna strachu, jak całe życie Wasi. Kończymy zdjęcia. Strasznie trudno nam się rozstać. Wyciągam z torby ocieplaną kurtkę i grube rękawice. Waśka od razu je zakłada i rzuca mi się na szyję. Nie wytrzymuję. Płaczę razem z nim. A tacy byliśmy dzielni...

– Nie zapomnij o mnie – prosi, szlochając, Wasia.

– Obiecuję, że na pewno cię odnajdę. Gdziekolwiek będziesz.

Wasi już nigdy więcej nie widziałam. Kilkanaście miesięcy później z Dworca Jarosławskiego przegoniono wszystkich bezdomnych. Kiedy pracowałam w Moskwie jako korespondentka, pytałam o niego, gdzie tylko mogłam. Nikt nic nie wiedział. Moja obietnica pozostała zatem niespełniona. Przepraszam cię, Wasia.

Tasak – pogromca imigrantów

Nie ma jednej Rosji



– Co ty robisz!!! – krzyczę z całych sił.

Ogolony na łyso osiłek przykleja na czole chuderlawego Uzbeka nalepkę z napisem: „Rosja dla Rosjan!”. Azjata jest tak wystraszony, że nawet się nie broni. Wie, że nie ma szans. Oprawca jest napakowany i nosi ciężkie sznurowane buty z grubą podeszwą. Wszystko rozgrywa się w przejściu podziemnym do moskiewskiego metra. Żaden z przechodniów nie reaguje.

– Nie wstyd ci? – wołam do napastnika.

Chłopak ma przezwisko Tasak, bo zawsze nosi przy sobie obosieczny nóż.

– A niby czego mam się wstydzić? – odpowiada z cynicznym uśmiechem. – Przecież to nie człowiek, a gówno...

To był jeden z moich najtrudniejszych reportaży. Do dziś pamiętam każdy szczegół. Był rok 2002. O rosyjskich neofaszystach mało kto wówczas słyszał. Jechałam do Moskwy z przeświadczeniem, że jest to marginalna grupa. Krzykliwa, ale niezbyt groźna. Tymczasem zobaczyłam zdeterminowanych i gotowych na wszystko bojówkarzy. Trafiłam do gniazda os. Rosyjscy neofaszyści zabijają co roku kilkadziesiąt osób. Ich wrogami są przede wszystkim imigranci z Azji, Afryki i Kaukazu, których pogardliwie nazywają „kołkami”.

Bohater reportażu miał wówczas osiemnaście lat i marzył o tym, by zlikwidować jak najwięcej niesłowian. Nosił insygnia przypominające swastyki i był członkiem jawnie rasistowskiej Partii Narodowo-Nacjonalistycznej. Razem z kolegami urządzał regularne pogromy imigrantów. „Gdybym miał wybór: nie dać jeść mojemu psu czy też pozabijać wszystkich żółtków, to bez dwóch zdań wolałbym pozabijać żółtków niż zagłodzić swojego zwierzaka” – mówił do kamery bez żadnego skrępowania. Pięć lat później został skazany za szerzenie nienawiści rasowej. Odsiedział trzy i pół roku. Poglądów nie zmienił...

Jest wrześniowy poranek 2002 roku. Prestiżowa moskiewska dzielnica Kryłatskoje. Mieszkają tu aktorzy, pisarze, urzędnicy państwowi. Kilkunastopiętrowe bloki nie wyróżniają się niczym szczególnym, ale rejon uchodzi za najczystszy ekologicznie w całym mieście. Tuż przy lesie stoi wieżowiec, w którym mieszka Tasak z matką lekarką. Dla niej jest Maksimem. Kobieta nie znosi przezwiska syna. Jego działalność ją przeraża. Kilka lat później zdesperowana powie milicji: „Wsadźcie go, zanim kogoś zabije!”.

Maksim otwiera drzwi w podkoszulku z charakterystycznym nadrukiem. Jest na nim komandos w kominiarce z karabinem w ręku. Mieszkanie wygląda przeciętnie. Trzy pokoje, niezbyt duża łazienka. Idziemy do kuchni.

– Właśnie szykuję sobie proteinową odżywkę – mówi, mieszając proszek z wodą. – To na przyrost mięśni – dodaje.

I automatycznie pręży bicepsy. Jego postura budzi strach, ale oczy ma raczej łagodne. Czarne i wielkie. W dzieciństwie pewnie był miłym chłopcem. Z dobrego domu. Maksim jest uczniem policealnej szkoły architektonicznej. Rok później zda na Moskiewski Uniwersytet Budownictwa, ale zostanie z niego wyrzucony.

– Jak trafiłeś do skinheadów? – pytam.

– To był rok 1999, kiedy w Moskwie terroryści wysadzili w powietrze dwa wieżowce – opowiada beznamiętnym głosem. – Uśmiercili dwieście dwadzieścia osób. Wśród nich moją dziewczynę, która mieszkała w jednym z tych bloków. Wtedy przysiągłem sobie, że zrobię wszystko, by Rosjanie już nigdy więcej nie ginęli z rąk kaukaskich zamachowców. I postanowiłem ganiać „kołków”, jak tylko się da – mówi przez zaciśnięte zęby.

– A znasz wersję, że to nie Czeczeni wysadzili domy? – wtrącam.

– Znam, ale to już nie ma znaczenia – odpowiada z cynicznym uśmiechem.

Według byłego agenta KGB Aleksandra Litwinienki, którego w 2006 otruto radioaktywnym polonem, zamachów dokonała FSB, by usprawiedliwić wojnę w Czeczenii. Atak był wyjątkowo perfidny. Ładunki wybuchły nocą, kiedy wszyscy spali. Wieżowce rozpadły się jak domki z kart. Niektóre ciała były tak zmasakrowane, że nie dało się ich poskładać. Tuż po zamachu ówczesny mer miasta, Jurij Łużkow powiedział: „Z Moskwy trzeba wyrzucić wszystkich Czeczenów!”.

– Absolutna większość Rosjan nienawidzi imigrantów z Kaukazu – mówi Maksim, sznurując swoje skinheadowskie czarne buty. – Wietnamczyków i Chińczyków też. Bo przywożą do nas swoje szmaty i handlują bez zezwolenia – dodaje ze złością.

– Ale ludzie chętnie je kupują – zauważam.

– Dlatego, że ich towary są tanie. Tyle tylko, że na przykład chińskie buty niszczą się już po trzech miesiącach. I co z tego, że kosztują dwadzieścia dolarów? Ja mam angielskie za sto, ale są nie do zdarcia – Maksim znacząco tupie nogą.

Według szacunkowych danych w Moskwie jest co najmniej dwa miliony imigrantów. Przyjeżdżają głównie z Azji i Zakaukazia. Nacjonaliści oskarżają ich o to, iż zabierają Rosjanom pracę. I nie jest ważne, że większość z nich wykonuje czarną robotę, której nie chcą podejmować się miejscowi. Są winni i już.

Maksim zarzuca czarną skórzaną kurtkę, po czym wychodzimy pospiesznie z domu. Na pobliskim boisku czekają już na niego współtowarzysze z organizacji. Ma z nimi trenować walkę wręcz i boks. Tasak jest jednym z dowódców bojówkarzy. Tuż obok wieżowca, w którym mieszka, stoi ogrodzony dom z wartownią. W budynku ma swój apartament były prezydent Rosji Borys Jelcyn. Dlatego osiedle znajduje się pod stałym nadzorem milicji i służb bezpieczeństwa.

– Jaki jest twój stosunek do Jelcyna? – pytam, kiedy przechodzimy obok prezydenckiego domu.

– Negatywny, choćby dlatego, że jest alkoholikiem – odpowiada Maksim, który sam nie pije i nie pali.

– Uwaga, idą do nas z ochrony, bo zobaczyli, że filmujecie – ostrzega.

Z budki wartowników wychodzi dwóch mundurowych. Każą natychmiast wyłączyć kamerę. Legitymują operatora, dźwiękowca i mnie. Na Maksima w ogóle nie zwracają uwagi, chociaż jego wygląd nie pozostawia żadnych wątpliwości, kim jest. Interesuje ich tylko jedno: czy nie sfilmowaliśmy kawałka płotu przy domu, w którym mieszka Jelcyn. Operatorowi polecają cofnąć kasetę i pokazać nagranie. Przez chwilę próbujemy oponować, ale nasz opór tylko zaognia sytuację. Z milicją w Rosji lepiej nie zadzierać. Funkcjonariusze oglądają całe nagranie przed domem. Trzy razy. Potem znikają z kasetą w wartowni. Dają nam lekcję pokory. I to długą, bo wypuszczą nas dopiero po dwóch godzinach...

– Czy ludzie z ochrony Jelcyna wiedzą, kim jesteś? Bo przecież mieszkasz obok – pytam, kiedy odzyskujemy kasetę.

– Oczywiście, że wiedzą – Maksim dziwi się, że mam wątpliwości. – Mają na mnie całą teczkę – śmieje się.

Na spotkanie Maksima wychodzi czterech skinheadów. Z daleka wszyscy wyglądają jednakowo. Łyse głowy, czarne kurtki, glany. Kiedy podchodzimy bliżej, bojówkarze wyciągają prawe ręce do przodu i witają się okrzykiem: „Chwała Rosji!”. Głośno, dobitnie, złowrogo.

– Co za kamera? – pyta jeden z nich, lustrując mnie lodowatym spojrzeniem.

– Ona jest ze mną – ucina Maksim.

Chłopaki nawet nie próbują pytać, skąd się wzięłam. Tasak jest dla nich autorytetem.

Bojówkarze trenują na zwykłym osiedlowym boisku. Mimo że jest zimno, rozbierają się do pasa. Dopiero teraz widać, jakie mają napompowane muskuły.

– „Kołków” z Kaukazu i im podobnych trzeba tępić jak bakterie – mówi Maksim, uprzedzając moje pytanie o cel ich treningów.

Gryzę się w język, żeby nie wdawać się w dyskusję. Chłopaki zakładają rękawice bokserskie i zaczynają się okładać. Z całych sił. Nie ma żadnego udawania, żadnych uników. Do walki zagrzewa ich piosenka kultowego zespołu rosyjskich skinów, grupy Kołowrót: „Rosyjska siła, rosyjska moc. Pomoże przegonić Żydków precz! Zaprowadzić porządek, «brudasów» wytłuc. I zmusić wrogów, by ze strachu drżeli” – śpiewa ochrypłym głosem rasistowski wykonawca.

Bojówkarze z grupy Maksima to młodzi chłopcy. Średnia ich wieku wynosi siedemnaście lat. Kiedy patrzę, jak z zacietrzewieniem biją się do pierwszej krwi, przychodzi mi na myśl film Młode wilki. W Rosji wiele osób uważa, że ktoś tymi chłopcami gra. Powstaje tylko pytanie kto...

– Komu jesteście potrzebni? – pytam Maksima, który wygrał wszystkie pojedynki, bo jest najsilniejszy i najsprawniejszy w grupie.

– Po pierwsze jesteśmy potrzebni władzom jako straszak. Oni mówią: „Jeśli nie my, to przyjdą faszyści i wszystkich was wyślą do obozów. Patrzcie, już biją. Na razie tylko imigrantów, ale wkrótce wezmą się za Rosjan” – odpowiada Maksim przedrzeźniając oficjalny ton urzędników.

– Tak naprawdę, władze mogłyby łatwo zlikwidować waszą partię, bo jest was zaledwie tysiąc osób w całej Moskwie – zauważam.

– Na razie jest nas tysiąc – Maksim akcentuje słowa: „na razie”. – Ale rozwijamy się i kiedy oni zrozumieją, że stanowimy zagrożenie także dla nich, czyli dla żydowskiej władzy, będzie już za późno. Doigrają się i tyle.

Nie ma jednej Rosji

Na razie jest nas tysiąc.

Za rok Maksim odejdzie z Partii Narodowo-Nacjonalistycznej i w 2005 roku założy własne ugrupowanie „Format 18”. Nazwa organizacji to zaszyfrowane inicjały Adolfa Hitlera. Cyfra jeden odpowiada pierwszej literze w alfabecie łacińskim, czyli „A”, a cyfra 8 – ósmej, czyli „H”. Na stronie internetowej organizacji pojawiać się będą nagrania pogromów bezdomnych i imigrantów. Sceny brutalnych napaści i poniżania ofiar.

– Jak się do was odnosi milicja? Bo przecież pewnie nie raz was zatrzymywali? – pytam Maksima, którego rozpiera duma, że żaden z chłopaków nie dał mu na boisku rady.

– Nie dalej jak wczoraj zatrzymali mnie w metrze, jak rozklejałem ulotki „Rosja dla Rosjan!” – śmieje się. – Kiedy wytłumaczyłem im, o co nam chodzi, powiedzieli: „My też nie lubimy tych tępaków. Wasza partia jest w porządku”. Na koniec jeszcze uścisnęli mi rękę. A jeden z nich wziął ulotkę na pamiątkę.

Imigranci boją się milicji. W rosyjskiej stolicy osoby o niesłowiańskim wyglądzie są kontrolowane na każdym kroku. Mundurowi wyłapują tych, którzy nie mają moskiewskiego meldunku lub pozwolenia na pracę. Poniżają ich i każą płacić haracz.

Przy jednej z wyjazdowych tras z Moskwy funkcjonuje nielegalna giełda pracy. Przypomina targ niewolników. Każdego ranka zbierają się tam dziesiątki mężczyzn, głównie z byłych republik radzieckich. Z Uzbekistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu. Stoją na ulicy i czekają na pracodawcę. Od czasu do czasu podjeżdża samochód, zwykle ciężarowy. Kierowca wyszukuje najsilniejszych i najzdrowiej wyglądających, po czym od razu ich zabiera. Większość trafia na budowy, gdzie pracują za grosze. Oczywiście na czarno.

– Naszego kolegę skinheadzi zatłukli na śmierć – żali mi się drobny Tadżyk, a pozostali zgodnie przytakują.

Mężczyźni są wystraszeni i długo musiałam ich przekonywać, by zgodzili się wystąpić przed kamerą. Z czasem stają się coraz bardziej śmiali i zaczynają zasypywać mnie dramatycznymi opowieściami. O napaściach w metrze i w kolejkach podmiejskich. O łamaniu nóg i żeber, okaleczaniu nożem, grabieżach. O koczowaniu w nieogrzewanych barakach i o pracy kilkanaście godzin na dobę. O bezkarności milicji, która nadużywa władzy. I o tym, że znoszą to wszystko, bo nie mają wyboru. Wyjazd do Moskwy jest dla nich jedyną możliwością utrzymania rodziny. Według danych z 2011 roku w Tadżykistanie połowa ludności żyje poniżej minimum socjalnego. ONZ umieścił tę republikę na liście państw, w których w każdej chwili może dojść do „rewolucji głodnych”.

– A jak reagują świadkowie, kiedy widzą, że atakują was skinheadzi? – pytam.

– Jak mnie bili w kolejce podmiejskiej, to nikt nie zareagował. Chociaż rzucili mnie na podłogę i kopali – mówi młody mężczyzna z zepsutymi zębami. – Kto tam nas będzie bronić? – dodaje. – Poza tym ludzie się ich boją.

Według raportu Moskiewskiego Biura Praw Człowieka rosyjscy nacjonaliści mają łącznie ponad 50 tysięcy bojówkarzy. To prawie połowa stanu polskiej armii zawodowej.

– Jak was traktuje milicja?

Mężczyźni patrzą na siebie znacząco.

– Jak to jak? Zdziera z nas, ile się da.

– A kogo się bardziej boicie: milicji czy skinheadów?

– Milicji – odpowiadają zgodnie. – Oni ciągle chcą od nas forsy i bez przerwy nas nękają.

W tym momencie, jak na zawołanie, pojawia się patrol. Jeden z mundurowych natychmiast zakrywa ręką obiektyw kamery. Wyraźnie czuć od niego alkohol. Jest agresywny. Operator zdejmuje kamerę z ramienia, ale nie wyłącza jej. Milicjanci przystępują do legitymowania imigrantów. Sprawdzają dokumenty, przeszukują kieszenie, obmacują spodnie. W czasie kontroli zwracają się do mężczyzn per „ty”. Pogardliwie i arogancko. Wyłapują tych, którzy nie mają moskiewskiego meldunku lub pozwolenia na pracę. Ofiary zabierają do autobusu. Ci, którzy mogą się wykupić, są od razu wypuszczani. Jak ktoś nie ma pieniędzy, zostaje zatrzymany. Żeby następnym razem miał...

Wczesnym popołudniem Maksim idzie na zebranie dowódców bojówek. Siedziba moskiewskiej Partii Narodowo-Nacjonalistycznej mieści się w zwykłym mieszkaniu utrzymywanym ze składek członkowskich. Ugrupowanie zarejestrowane jest jako organizacja społeczna. Drzwi otwiera wysoki wygolony na zero chłopak w białej koszuli z czarnym krawatem i naszywkami na ramieniu w kształcie swastyki. Wpuszcza Maksima, ale nam każe czekać. Po chwili wraca z przełożonym. To Siemion Tokmakow, ksywka: Bus. W 1998 roku został aresztowany za pobicie czarnoskórego Amerykanina w Moskwie. Dostał trzy lata, ale objęła go amnestia. W 2003 roku Tokmakow trafi do Dumy Państwowej. Będzie asystentem posła nacjonalistycznego bloku „Ojczyzna”.

– Zazwyczaj nie wpuszczamy tu telewizji, ale jako że jest pani ze słowiańskiego narodu, z naszych braci z krwi, to prosimy wejść – mówi Bus i zatrzaskuje za nami drzwi.

Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Mam wrażenie, że jestem na planie filmu fabularnego. Z aktorami, scenografią, kostiumami. W pokoju jest kilkunastu chłopaków. Patrzą na mnie z ciekawością, ale i złowrogo. Wszyscy są łysi, mają białe koszule, czarne krawaty, naszywki. Zasłaniają okna, siadają przy długim stole i zapalają świece, których światło ma brunatny odcień. Tak mi się przynajmniej wydaje. Bus macha ręką, żebym dosiadła się do nich. Odmawiam. Zostaję na kanapie w rogu pokoju. Na stoliku leżą broszury z podobizną Adolfa Hitlera i Mein Kampf w oryginale.

– Wszyscy wstać! – wydaje rozkaz Bus.

Chłopcy natychmiast się podnoszą.

– Bracia dowódcy, wygłosimy teraz wyznanie wiary. Ja czytam, wszyscy powtarzają – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Bojówkarze patrzą na niego jak na guru. Panuje pełna powaga.

– Mieszanie się narodów niesie chaos i cierpienia na Ziemi – Bus cedzi każde słowo.

– Mieszanie się narodów niesie chaos i cierpienia na Ziemi – powtarzają chórem bojówkarze.

– Cierpliwość Stwórcy wyczerpała się.

– Cierpliwość Stwórcy wyczerpała się – wtórują mu jeszcze głośniej.

– Nasza partia jest podstawą przyszłego państwa.

– Nasza partia jest podstawą przyszłego państwa.

Skinheadzi z każdym słowem robią się coraz bardziej zacietrzewieni. W ich oczach pojawia się dzikość, w moich strach.

– Wyznajemy rusizm. A Rusini to prawdziwi gospodarze Ziemi!

Po plecach przechodzi mi dreszcz.

– Zwycięża silniejszy i on ma rację!

Bojówkarze już nie mówią, tylko krzyczą.

– Jedna krew i jedno państwo! Tylko tak!

– Jedna krew i jedno państwo! Tylko tak!

Bus gwałtownie podnosi prawą rękę i wznosi okrzyk:

– Chwała Rusi!!

– Chwała Rusi!! – odpowiadają bojówkarze i niczym w transie powtarzają tę frazę jeszcze kilka razy.

Ich widok budzi jednoznaczne skojarzenia...

W 2005 roku i później podobne gesty i okrzyki zobaczę i usłyszę na ulicach Moskwy w wykonaniu kilku tysięcy manifestantów. I to w czasie oficjalnych, a więc dozwolonych przez władze, marszów i pochodów. Nacjonaliści jawnie będą wzywać do przegonienia z Moskwy imigrantów, zwłaszcza tych z Kaukazu. Za odmienny wygląd, za pracę na czarno, za skojarzenia z terroryzmem.

– Wy jesteście elitą narodu. Elitą białej rasy – mówi Bus, kiedy jego podkomendni dochodzą do siebie po płomiennie wygłoszonym credo.

Chwilę potem przechodzi do omówienia akcji przeciwko imigrantom i prosi, żebyśmy wyszli z pokoju. Przez zamknięte drzwi słyszę, jak krzyczy:

– Żadnych obiekcji! Wszelkie wątpliwości co do słuszności naszego celu należy traktować jak przestępstwo wobec organizacji i wobec narodu!

Maksim nie potrafi spokojnie chodzić po ulicy. Cały czas wypatruje imigrantów. Jak tylko zobaczy „obcego”, lekceważąco spluwa. Kiedy jest sam, nie zaczepia swoich ofiar. Na akcje chodzi tylko w grupie z kolegami. „Polowania” na kolorowych to jego ulubione zajęcie: „Chcemy iść ku naszym marzeniom. I dusić gnidy, dusić je wszędzie. Aż poczują od strachu drżenie. Bo władza Rosjan w Rosji będzie” – cytuje mi słowa rasistowskiej piosenki zespołu Kołowrót.

Po południu Maksim zabiera nas na spotkanie ze swoją dziewczyną. Ola jest studentką pierwszego roku Instytutu Lotnictwa. Na powitanie obdarza chłopaka zmysłowym gorącym pocałunkiem. Nasza obecność w ogóle jej nie peszy. Młodzi pasują do siebie. Ola jest wysoką szczupłą blondynką. Tak jak Maksim nosi dżinsy i czarną skórzaną kurtkę. Idziemy na kawę do osiedlowego Centrum Handlowego. Siadamy w jednej z wielu kafejek. Zamawiamy pachnące espresso.

– Jaki masz stosunek do tego, czym się zajmuje Maksim? – pytam Olę.

– Jego idee popieram, bo mnie też drażnią kaukaskie „kołki” na bazarach i to, że podrywają Rosjanki – odpowiada trochę zażenowana. – Ale bójki to już przesada – dodaje i natychmiast wyjaśnia, że nie szkoda jej atakowanych imigrantów, tylko... Maksima. – On już miał osiem razy wstrząs mózgu – mówi szczerze zatroskana.

– Twoi rodzice nie denerwują się, że masz takiego chłopaka?

Ola waha się przez chwilę, co odpowiedzieć, i błagalnym wzrokiem prosi o pomoc Maksima.

– Mów, jak jest – zachęca ją chłopak.

– Nie są przeciwni, choć znają o nim całą prawdę – przyznaje.

– A gdzie pracują twoi rodzice?

Moje pytanie znów wywołuje konsternację. Ola robi się czerwona.

– Mama pracuje w administracji prezydenta, a tata w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa – mówi ściszonym głosem...

Według sondaży hasło „Rosja dla Rosjan” popiera sześćdziesiąt procent mieszkańców Federacji. Od Kaliningradu po Władywostok. Zamieszki na tle rasistowskim wybuchają w Rosji każdego roku. Do największych starć doszło pod samymi murami Kremla, gdzie w grudniu 2010 roku aż kilka tysięcy nacjonalistów atakowało osoby o niesłowiańskim wyglądzie. Pretekstem była śmierć młodego Rosjanina, kibica klubu Spartak, z rąk kaukaskiego imigranta. Kiedy interweniowała milicja, doszło do regularnej bitwy. Kilkadziesiąt osób zostało rannych. Rozruchy przeniosły się do metra. Rozjuszony tłum wyciągał z wagonów i dosłownie katował ludzi o nierosyjskich rysach twarzy.

Wieczorem Maksim spotyka się z Busem i innymi skinheadami w jednej z moskiewskich piwiarni. Kiedy wchodzą całą grupą do lokalu, część gości milknie. Dwóch bojówkarzy wyciąga białą flagę z czarnym krzyżem przypominającym swastykę. Bez pytania o zgodę zawieszają ją na ścianie nad stolikiem. Flaga ma półtora na dwa metry. Trudno jej nie zauważyć, ale nikt nie reaguje. Ani goście, ani obsługa lokalu.

– Co to za symbole? Bo skojarzenie jest jednoznaczne – pytam Busa, który zajmuje centralne miejsce przy stoliku.

– Nasz znak nazywa się krzyżem jerozolimskim – odpowiada, machając ręką na kelnerkę. Dziewczyna natychmiast podchodzi, by przyjąć zamówienie. Chłopaki każą przynieść piwo i orzeszki. I to szybko.

– Powiem szczerze: tak, jesteśmy rasistami – kontynuuje Bus. – Ale rusizm ma głębszy sens niż rasizm. Bo rasizm to biologiczna nauka o nierówności ras ludzkich. A rusizm to nauka o tym, że krew stoi wyżej od przekonań religijnych człowieka. Rusini, prawem swych ojców, powinni przejąć całą Europę – mówi z przekonaniem szef skinheadów.

Jego młodsi podwładni słuchają wywodu w milczeniu.

– Z tego, co wiem, rasistowskie idee są w Rosji zakazane – przerywam, nie zważając na niezadowoloną minę Busa.

– W naszym państwie zakazane jest propagowanie wyższości z racji rasowych, narodowych czy religijnych. Jednak my nie głosimy podobnej wyjątkowości. Domagamy się szczególnych praw dla białej rasy tylko dlatego, że znajduje się na granicy zniknięcia – podkreśla, stukając pięścią w stół.

Do stolika podchodzą z tacami aż dwie kelnerki. W ciągu trzech minut udało im się przygotować całe zamówienie. Tak sprawną i szybką obsługę można zobaczyć jedynie w najdroższych lokalach w centrum Moskwy. Grupa Busa obsługiwana jest poza kolejnością. I na szczególnych prawach.

– Hitler szedł na Rosję jako wyzwoliciel – ciągnie dalej swój wywód dowódca skinheadów.

– Uważacie, że zbrodnie dokonane przez Niemców w Rosji są usprawiedliwione? – znów przerywam, choć postanowiłam sobie, że nie będę się wdawać w dyskusję.

– Tak. Uważamy, że należało Hitlera przepuścić aż do Kamczatki. I jego rękami rozwiązać tak zwany problem żydowski w Rosji.

Od końca lat dziewięćdziesiątych prawicowi ekstremiści w Moskwie obchodzą hucznie rocznice urodzin Adolfa Hitlera. Demonstracje kończą się zwykle atakiem na cudzoziemców. A wszystko to w kraju, w którym z rąk hitlerowców zginęły miliony ludzi...

– Waszym celem jest dojście do władzy? – pytam otwarcie.

– Tak! – odpowiada kategorycznie Bus. – I naród rosyjski będzie na nas głosować! Ci, którzy dziś bawią się w piaskownicy albo w szkole rysują na ławkach swastyki, w przyszłości będą rządzić państwem.

Maksim przytakuje, kiwając głową. Busowi nikt nie przerywa. W partii obowiązuje bezwzględna dyscyplina i hierarchia.

– W nasze szeregi przyjmujemy tylko ludzi białych. I tylko czystej rasy. Chce pani przejść test? To zmierzymy pani czaszkę – mówi zupełnie poważnie Bus.

– Dość! – przerywam stanowczo i stopuję kamerę.

Późnym wieczorem filmujemy powrót Maksima do domu. Ostatnie zdjęcia robimy w windzie.

– Maksim, powiedz, czy ty zabiłeś kiedyś człowieka? – zadaję pytanie, które celowo zostawiłam na koniec.

– Jestem tego prawie pewien – odpowiada z cynicznym uśmieszkiem. – Bo jeśli przez kilka minut skacze się człowiekowi po głowie w takich ciężkich butach, to chyba mało kto to przeżyje.

Operator czujnie kieruje obiektyw kamery na grube i twarde glany Maksima.

– Nie masz wyrzutów sumienia? – pytam.

– Nie. Bo czuję, że postępuję dobrze i słusznie. A jak człowiek wie, że ma rację, to nie męczą go wyrzuty sumienia – mówi pewnym siebie głosem.

Po tym, co usłyszałam, nie mam już więcej pytań. Winda zatrzymuje się na piętrze. Tasak staje w drzwiach i odwraca się w moją stronę. Podnosi prawą rękę do góry.

– Chwała Rosji! – krzyczy. Głośno, dobitnie, złowrogo.

Jean – czarnoskóry radny z głubinki

Nie ma jednej Rosji

Fot. Bartłomiej Kłębowski



Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Mężczyzna ubrany w dobre dżinsy i skórzaną kurtkę szoruje na kolanach klatkę schodową w odrapanym radzieckim bloku. Za darmo. Na dodatek ma czarną skórę i jest politykiem. Rzecz dzieje się w małym miasteczku Nowozawidowo, sto kilometrów od Moskwy.

– Jean, to jest Rosja – mówię do niego.

Jean uśmiecha się, odsłaniając śnieżnobiałe zęby.

– Nic nie szkodzi – odpowiada, wyżymając ścierkę. – Wiem, że dla rosyjskiego mężczyzny szmata w ręku to ujma, ale dla mnie większym wstydem jest chodzenie po ufajdanych schodach – dodaje z wyraźnym zagranicznym akcentem.

Patrzę na niego i sama już nie wiem, co mnie bardziej szokuje: to, że polityk myje posadzkę, czy to, że na rosyjskiej prowincji radnym został czarnoskóry.

Jean Sagbo pochodzi z zachodniej Afryki. Z małego ośmiomilionowego państwa Benin nad Zatoką Gwinejską. Do 1960 roku była to kolonia francuska. Biedna i zacofana.

Jean urodził się rok przed odzyskaniem przez kraj niepodległości. Kiedy dorósł, wyjechał na studia ekonomiczne do Moskwy, bo był zafascynowany Związkiem Radzieckim. Zwłaszcza bezpłatną służbą zdrowia i bezpłatnym szkolnictwem. Kilkanaście miesięcy później ożenił się z koleżanką z roku i już nie wrócił do rodzinnego kraju. Urodziło mu się dwóch synów. Niedługo potem przyjął obywatelstwo rosyjskie. W 2010 roku został pierwszym czarnoskórym radnym w Rosji. W ośmiotysięcznym miasteczku Nowozawidowo. W Rosji, gdzie z rąk rasistów ginie co roku przynajmniej kilkadziesiąt osób, stał się sensacją. Nie tylko przez kolor skóry. Także dlatego, że sam zamiata ulice, za pracę radnego nie bierze pieniędzy, a na dodatek jest abstynentem.

Do Nowozawidowa prowadzi dziurawa i wyboista boczna droga. Typowa dla rosyjskiej prowincji. Aż trudno uwierzyć, że miasteczko leży w bezpośrednim sąsiedztwie prezydenckiej rezydencji „Ruś”. Gdyby ktoś postronny chciał tam zboczyć, natychmiast pojawią się służby bezpieczeństwa. Ośrodek wybudował Breżniew, bo zawidowskie lasy pełne są dzikiej zwierzyny, a komunistyczny pierwszy sekretarz bardzo lubił polować. Obecni przywódcy Rosji nie należą do zapalonych myśliwych, ale od czasu do czasu odwiedzają słynną Breżniewowską rezydencję. Żaden z nich jednak nigdy nie wstąpił do Nowozawidowa.

Jest ósma rano. Sobota. Z ekipą zdjęciową wjeżdżamy do miasteczka. Wygląda obskurnie i szaro. Tym bardziej że pada deszcz. Dla kogoś takiego jak Jean, który urodził się w słonecznym gorącym kraju, jesienna słota musi być podwójnie przygnębiająca. Zatrzymujemy się przed pięciokondygnacyjnym blokiem z lat sześćdziesiątych.

– Czy to tu mieszka Jean Sagbo, wasz czarnoskóry radny? – zaczepiam starszą panią wychodzącą z klatki.

– Chodzi wam o naszego Murzyna? – odpowiada pytaniem kobieta; widać, że poprawność polityczna jest jej całkowicie obca. – My go tu nazywamy Iwanem, bo to swój człowiek – dodaje i pokazuje palcem na drzwi do sąsiedniej klatki.

W odróżnieniu od pozostałych są one świeżo pomalowane szarą farbą, mają domofon i domykają się. A przed wejściem jest zadbany klomb z resztką jesiennych kwiatów.

Jeana spotkamy na schodach. Właśnie kończy sprzątanie. Jest wysoki i wysportowany. Nie wygląda na pięćdziesięciolatka. O jego wieku przypominają tylko siwe skronie.

– Jak zacząłem sprzątać, to sąsiedzi bardzo się dziwili. Bo nie przypuszczali, że na klatce może być tak czysto. I wszyscy z całego bloku przychodzili ją oglądać – wspomina.

Niestety, na oglądaniu się skończyło. Mało tego. Wandale zaczęli niszczyć jego pracę.

– Kiedy przyjechałem tu dwadzieścia lat temu, klatka schodowa przypominała jeden wielki śmietnik – Jean nie potrafi ukryć emocji. – Na każdym piętrze powiesiłem reprodukcje obrazów i sztuczne kwiaty. A w oknach postawiłem żywe – dodaje, pokazując pusty parapet. – I wszystko to ktoś rozwalił, zniszczył, pokradł – w oczach Jeana pojawiają się łzy. – Nawet skrzynki pocztowe rozbili – dodaje. Drzwiczki do schowków na listy są powyginane i przypalone. Nie ma wątpliwości. To celowa dewastacja.

– Nie wie pani, kto niszczy pracę Jeana? Można by pomyśleć, że ktoś mu robi na złość – zagaduję kobietę, ociężale wchodzącą po schodach.

– Możliwe – odpowiada. – On niektórych drażni, bo jest aktywny, a ludziom nie chce się robić – kobieta wzdycha i podnosi pakunki, które na chwilę postawiła na posadzce, żeby odsapnąć.

– To pani syn Iliusza powinien dźwigać. Przecież jest w domu – Jean wyjmuje kobiecie torbę z rąk i wnosi na górę.

– Jest, ale śpi – odpowiada zażenowana.

– Ma pani w domu dwóch zdrowych chłopów. Kto to widział! To Ilia powinien wnosić takie ciężary, a nie tylko ganiać za piłką. Leń! – mówi podniesionym głosem Jean.

– Dobrego wybraliśmy radnego, co? – wtrąca druga sąsiadka, która wyjrzała zobaczyć, co się dzieje.

To mieszkańcy Nowozawidowa zgłosili Jeana do lokalnych wyborów. Przede wszystkim kobiety, które ujął niespotykaną tu wśród mężczyzn pracowitością i uczynnością. Najpierw nie chciał się zgodzić, ale w końcu uległ. Pod jednym warunkiem: że nie będzie brać pieniędzy. Ludzie zaczęli mówić, że zwariował, ale ucieszyli się z jego decyzji. Jean pokonał rywali miażdżąco. I został pierwszym czarnoskórym politykiem w Rosji.

– Z chęcią bym was zaprosił do mieszkania, ale właśnie je odnawiam i jest w nim straszny bałagan. Mam tylko dwa małe pokoje. Mieszkam z żoną i młodszym synem – tłumaczy Jean.

Kątem oka spoglądam do środka. Rzeczywiście lokal jest tak ciasny i panuje w nim taki remontowy rozgardiasz, że nie byłoby jak filmować. Jeana stać na dużo lepsze mieszkanie, bo jest wicedyrektorem firmy obuwniczej w Moskwie. A jego żona ma w okolicy trzy sklepy z butami.

– Dlaczego tu mieszkasz? – pytam.

Nie chcę już mu dopowiadać, że wątpię, czy którykolwiek z moskiewskich polityków albo biznesmenów mógłby i potrafiłby tu żyć.

– W Nowozawidowie nikt nie mieszka w dobrych warunkach i przyjezdny taki jak ja, żeby się nie wyróżniać, powinien żyć jak wszyscy – odpowiada. – Dla własnego bezpieczeństwa – dodaje cicho.

Hasło „Rosja dla Rosjan” popiera sześćdziesiąt procent społeczeństwa.

– Wystarczy gadania – śmieje sie Jean. – Jedziemy na czyn społeczny, czyli subotnik.

„Niezły z niego dowcipniś”, myślę sobie. Chwilę później przekonuję się jednak, że to wcale nie jest żart. Jean pakuje do swojego dostawczego forda grabie, łopaty i miotły. Wszystko kupił za własne pieniądze. Sąsiedzi, którzy wyszli zobaczyć, kto filmuje ich radnego, nagle jakoś szybko się ulatniają. To już nie te czasy, kiedy na wielkie sprzątanie wychodziły tłumy. W Związku Radzieckim hasło „Wszyscy na subotnik!” traktowane było poważnie i dosłownie. W pracach społecznych brali udział starzy i młodzi. Malowali ławki, sadzili drzewa, wywozili tony śmieci. I nikt nawet nie wspominał, że sprzątaniem powinny się zajmować służby porządkowe, którym się za to płaci, a nie obywatele, oczywiście za darmo. To miał być przejaw patriotyzmu i miłości do ojczyzny. Według takiej definicji czarnoskóry Jean bardziej kocha Rosję niż miliony jej rdzennych mieszkańców.

– On albo popisuje się przed kamerą, albo oszalał – szepce mi do ucha dźwiękowiec Wania. Kiedy to mówi, nawet nie przypuszcza, że Jean zadziwi go jeszcze nie raz.

O dziewiątej podjeżdżamy pod szkołę, w której uczy się siedemnastoletni syn Jeana, Serge. Starszy, Maks, skończył już studia i mieszka w Moskwie. Obaj synowie są mulatami. Mieszkańcy Nowozawidowa przyzwyczaili się już do ich widoku, ale na początku patrzyli na nich jak na dziwadła i wytykali palcami. Czteroletniemu Serge’owi napluli nawet w twarz. Jean wybaczył im, choć bardzo bolało.

Serge jest wysokim, korpulentnym młodzieńcem o pogodnych oczach, jak ojciec. Jak ojciec. Widać, że wzbudza zainteresowanie dziewcząt. Jest w towarzystwie dwóch ładnych koleżanek z klasy. Chłopak grabi liście przed szkołą, a dziewczyny zbierają je do plastikowych worków i figlarnie chichoczą.

– To ojciec zmusił cię do sprzątania, co? Powiedz szczerze – zaczepiam go.

– Nie, naprawdę – odpowiada nieśmiało.

Kamera wyraźnie go peszy. Za to dziewczyn – wcale. Rosyjskie nastolatki są pewne siebie i nie mają kompleksów, tak typowych dla radzieckich pokoleń.

Nie ma jednej Rosji

Dlaczego tu mieszkasz? – pytam.


Fot. Bartłomiej Kłębowski

Jean organizuje czyny społeczne co miesiąc. Ale odzew jest niewielki. Do porządkowania terenu wokół szkoły przychodzi tylko kilka osób. Głównie panie w średnim wieku. Są to matki uczniów.

– U nas każdy myśli tylko o sobie. A szkołę to niech inni sprzątną – żali się kobieta, która ścina kosą trawę. To ciężka praca, bo zielsko wyrosło po kolana.

– Jeana to nam Bóg zesłał – wtrąca egzaltowanym głosem energiczna szatynka w dresie. – My go tu uwielbiamy. Chociaż oczywiście nie brakuje i nieprzychylnych opinii o nim. Zwłaszcza ze strony naszych mężczyzn. Bo chłopy wolą pić, a Jean się stara. I kole ich to w oczy – dodaje.

Jean sam zasypał żwirem dziury w drodze, wymalował huśtawki dla dzieci i wyczyścił brzeg jeziora, do którego nie dawało się wejść. Kiedy ogłosił akcję porządkowania kąpieliska, przyszły tylko dwie osoby...

– Barbaro, wiem, że możecie tak gadać bez końca, a tu robota czeka – przerywa rozmowę Jean. – Dajcie Barbarze jakieś narzędzia, skoro tu jest, to niech pomoże – woła do kobiet, które posłusznie wykonują jego prośbę.

Dostaję miotłę, rękawiczki i jazda. Mam posprzątać chodnik przed szkołą. Wygląda tragicznie. Nie był chyba zamiatany od lat. Rosyjska prowincja jest brudna i zapuszczona. Biorę się do roboty z zapałem. Nie ma przechodnia, który by nie zwrócił na mnie uwagi. Czuję, że jestem większą sensacją niż czarnoskóry polityk. Nawet Jean, który ścina trawę... maczetą, nie dziwi tak bardzo, jak dziennikarka zamiatająca ulicę.

– Ja nie umiem posługiwać sie kosą – tłumaczy się Jean, widząc moje zdumienie.

– Chociaż daj, spróbuję – Jean odbiera kobiecie kosę i zaczyna powielać jej ruchy. Wychodzi mu to tak niezdarnie, że aż komicznie.

– Ty zamiast kosić trawę, to ją kładziesz – tłumaczy kobieta, śmiejąc się do rozpuku. – Tak trzeba trzymać – pokazuje chwyt.

Lekcja nie na wiele się zdaje. W ojczyźnie Jeana nikt nie używa kosy. Dlatego po kilku próbach wraca do maczety. A mnie z ekipą filmową, żebyśmy mu nie przeszkadzali, wysyła do centrum miasteczka.

Nowozawidowo leży zaledwie sto kilometrów od Moskwy, ale od bogatej rosyjskiej stolicy dzieli je przepaść. Tu nie ma luksusowych samochodów i supermarketów. Tu w cenie są produkty tanie. Na centralnym placyku działa bazar. Każdy handluje, czym się da. Babuszki sprzedają rozłożone na gazetach ogórki, marynaty, jabłka. A młodsi przywiezione z Moskwy puszki i makarony. Wprost z samochodów.

– Niech pani spróbuje, to z mojego ogródka – starsza pani podsuwa mi zabrudzoną ziemią marchewkę; ma też słoiczek z kompotem czereśniowym, trzy główki czosnku i wielką pomarańczową dynię.

– Słyszała pani o Jeanie? – pytam ją.

– A jakże! – odpowiada trochę obrażona, że w ogóle mogę wątpić. – On walczy o sprawiedliwość. To jest taki chłop! – kobieta podnosi do góry kciuk.

– On mówi po rosyjsku z akcentem, ale jest w porządku – wtrąca starszy mężczyzna, który handluje ziemniakami.

Na bazarku nieoczekiwanie pojawia się teściowa Jeana. To ona przyczyniła się do tego, że zięć z córką mieszkają w Rosji. Tuż po studiach młodzi wyjechali z dziećmi do Afryki, ale czuła się bez nich bardzo samotnie. I wrócili. Kobieta wygląda trochę bogaciej niż inni kupujący. Ma sportową kurtkę, ładną apaszkę na głowie i porządną torbę na zakupy.

– Jean zwraca się do pani „mamo”? – pytam.

– Oni nazywają mnie babcią. I wnuki, i córka, i Jean też – śmieje się starsza pani.

– Podobno na początku patrzono tu na niego niezbyt przychylnie.

Pytanie najwyraźniej sprawia kobiecie przykrość, bo momentalnie uśmiech znika jej z twarzy.

– No tak, przecież znalazł się wśród obcych ludzi. I wszyscy musieli się z nim oswoić – tłumaczy.

– Co tu dużo gadać, chyba pani wie, jaki jest w Rosji stosunek do obcych – dopowiada kobieta, która przysłuchuje się rozmowie.

Według szacunków w Rosji działa nawet kilka tysięcy organizacji nacjonalistycznych, w tym jawnie rasistowskie.

W centrum Nowozawidowa stoi pomnik Lenina. Widać go z daleka, bo ma trzymetrowy cokół. Postumenty przywódcy rewolucji bolszewickiej są niemal we wszystkich rosyjskich miastach. W niektórych jest ich nawet po kilka, a w Moskwie ponad siedemdziesiąt.

– Czym był dla ciebie Związek Radziecki? – pytam Jeana, który wraca właśnie z subotnika.

– Ideałem. Wzorem sprawiedliwości społecznej – odpowiada z błyskiem w oku. – Bo takiej biedy i nierówności, jaka była wtedy w moim postkolonialnym kraju, tutaj jednak nie widziałem – podkreśla.

Z czasem Jean zrozumiał, że radzieckiemu systemowi daleko było do ideału, ale hasła sprawiedliwości społecznej są mu nadal bliskie.

– Widzisz te garaże?

Jean pokazuje mi baraki z metalowymi drzwiami. Mieszczą się na obrzeżu miasteczka, z dala od domów, przy samym lesie. Nie ma tu żywego ducha. Jest pusto, cicho i jakoś strasznie. Gdyby ktoś nas zaatakował, nikt nie przyszedłby nam z pomocą.

– W jednym z tych garaży mieszka mój przyjaciel Jurij – mówi tajemniczym głosem Jean. – Zaraz się wszystkiego dowiesz – dodaje.

Idziemy do jednego z baraków. Znajomy Jeana nie był uprzedzony, że go ktoś odwiedzi. Dlatego drzwi otwierają się dopiero po dłuższej chwili. Staje w nich młody szczupły chłopak i na nasz widok od razu się chowa. Jak wypłoszone zwierzątko. Widać, że stroni od ludzi i nie dowierza obcym. Jean przekonuje go jednak, żeby nas wpuścił.

W baraku jest brudno, ale ciepło. Pod ścianą stoi prymitywny piecyk, tzw. koza. Przy nim leży stos gałęzi z lasu. Za drewnianą przegródką widać zbitą z desek pryczę i kilka półek z niedomytymi talerzami. Centralne miejsce zajmuje stół, na którym walają się dziesiątki kabli, przewodów, narzędzi, procesory, głośniki i... komputer. Jak się okazuje, Jurij sam go złożył, bo choć nie ukończył żadnej szkoły, ma wielki dryg do elektroniki.

– W tym miejscu jest kilkadziesiąt garaży, ale nikt oprócz mnie nie zwrócił uwagi, że tu żyje człowiek, i to w takich warunkach.

Jean obejmuje chłopaka i zaczyna płakać. Dorosły mężczyzna łka jak dziecko. Szczerze, wielkimi łzami. Stoję jak wryta. Zabrzmi to może nieco patetycznie, ale nie widziałam jeszcze polityka, który tak bardzo przejmowałby się losem innych ludzi.

Jurij przyjechał do Rosji z Azerbejdżanu w czasach Związku Radzieckiego. Do wojska. Kiedy zakończył służbę, właśnie rozpadło się imperium. Postanowił nie wracać na Kaukaz, bo czuł się Rosjaninem. Tyle tylko, że tu nikt go nie chciał. Zaczął brać narkotyki, zgubił dokumenty i trafił na dno. Został bez domu, bez pracy, bez przyjaciół. Na szczęście w porę się opamiętał. Sam skończył z nałogiem i dla zarobku nauczył się naprawiać komputery. Tylko biurokracji nie dał rady. Bo dla urzędników ktoś, kto nie ma papierów, nie istnieje. Tym bardziej narkoman. Dopiero Jean wyciągnął do niego rękę.

– Jak masz władzę, to możesz ją różnie wykorzystać. Bez wysiłku możesz ludziom pomóc albo ich zgnoić – mówi Jean, nie przestając łkać. – Jurijowi stale dają do zrozumienia, że jest nikim. I robią wszystko, żeby nie dostał paszportu. Ale ja jestem gotów przejść w jego sprawie wszystkie instancje.

Jurij próbuje uspokoić Jeana i przez moment nie wiadomo, kto tu potrzebuje większego wsparcia.

– Jemu jest źle, ale nie chce o nic prosić – ciągnie dalej Jean. – Czasami to wpycham mu coś na siłę.

Jurij odwraca głowę. Może chce ukryć łzy, bo widok płaczącego Jeana jest naprawdę poruszający. Na dodatek w radiu leci słynny utwór Phila Collinsa Another Day in Paradise: „Może mi pan pomóc? Jest zimno i nie mam gdzie spać” – śpiewa wykonawca – „on idzie, nie odwraca się. Udaje, że nie słyszy. Zaczyna gwizdać i przechodzi przez ulicę”. Bardziej symbolicznej sceny nie wymyśliłby żaden scenarzysta.

– W końcu pojawiła się szansa, że stanę się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa – mówi po chwili Jurij.

– Jean też na początku nie miał lekko. Jest czarny, a wie pan jak tu jest – zwracam uwagę chłopaka.

– Wiem – odpowiada.

O drugiej po południu Jean spotka się z żoną Swietłaną na obiedzie. Dziś wyjątkowo w kafejce. Ze względu na remont w domu. Swietłana to bizneswomen.

Prowadzi trzy sklepy z obuwiem w pobliskich miasteczkach. Dobrze sobie radzi, bo przecież z wykształcenia jest ekonomistką. Jak Jean.

Swieta podjeżdża eleganckim czarnym hyundaiem. Wychodzi energicznym krokiem. Szpilki, niebieski sweter, markowa torebka, drogie ciemne okulary. Podchodzi do Jeana, całuje go w policzek. Razem wyglądają bardzo intrygująco, bo są całkowicie różni. On wysoki i szczupły, ona raczej niska i korpulentna. On ma czarne krótkie kręcone włosy, ona białe i proste, do ramion. Tylko ich uśmiechy są podobne.

W kafejce siedzą tylko cztery młode osoby. Wszystkie bezczelnie się gapią na Jeana i Swietę, ale para nie zwraca na to uwagi. Zamawiamy kanapki, bo nic innego nie ma, i siadamy do stolika. Swieta zaczyna opowiadać, jak się poznali. To był 1982 rok, początek studiów.

– Najpierw zwróciłam uwagę na jego żółty sweter, bo miałam taki sam. Mama załatwiła go po znajomości w Moskwie i myślałam, że będę oryginalna – śmieje się Swieta.

– Był ładny. Miał taki wysoki kołnierz – uzupełnia Jean.

Dostał go w prezencie od władz uczelni, bo do Rosji przyjechał bez żadnych ciepłych rzeczy. W Beninie zawsze jest gorąco.

– Przez tę znajomość wyrzucili mnie z Komsomołu – Swieta w mig poważnieje. – Nie ukrywaliśmy, że chcemy się pobrać. Tymczasem zostałam oskarżona o niemoralne zachowanie.

To był dla nich ciężki okres. Ludzie na ulicy wytykali ich palcami, Jeana nazywali małpą.

– Dlatego bardzo się bałam, kiedy starszy syn wyjeżdżał na studia do Moskwy – mówi Swieta.

– Uważałaś, że w Moskwie będzie mu gorzej niż tu? – pytam.

– Oczywiście, bo tu go już znają.

Po obiedzie, który przypominał raczej późny lunch, Jean wraca do pracy. Idziemy do siedziby miejscowej administracji, gdzie radni pełnią dyżury. Jest to skromny parterowy budynek, ale świeżo wyremontowany. Na Jeana czeka już w gabinecie burmistrz, Wiaczesław Arakiełow z prokremlowskiej partii Jedna Rosja. Mężczyzna chwali się, że o Jeanie pisze wielu dziennikarzy z Moskwy. Od razu przychodzi mi do głowy myśl, iż niektórzy wykorzystują go pewnie jako propagandowy argument za tym, że w Rosji nie ma rasizmu.

Do pokoju wchodzi pierwsza interesantka. To kobieta w trudnym do określenia wieku. Jej rodzina pochodzi z Mołdawii, ale ona jest obywatelką Rosji.

– Prosić o zapomogę przyszłam – mówi, odsłaniając bezzębne dziąsła. – Nie mam podania, bo nie umiem pisać – dodaje.

– W ogóle? – zaskoczona, omal nie zachłysnęłam się herbatą.

– Nic a nic, moja droga. Jestem kompletną analfabetką – odpowiada rozbawiona moją reakcją.

– Ile ma pani lat?

– Niedługo skończę czterdzieści sześć.

Jak ona się uchowała. W Związku Radzieckim nie było analfabetów.

– Nie chodziła pani do szkoły? – dziwię się.

– Trochę chodziłam, ale więcej musiałam pomagać mamie, bo byłam najstarszym dzieckiem w rodzinie – mówi, jakby to była normalna rzecz, że w XXI wieku w Rosji ktoś jest analfabetą.

– To jak pani radzi sobie w urzędach? – pytam.

– Podpisać to się mogę – odpowiada i proponuje, że pokaże.

Jean podaje jej kartkę i ołówek. Kobieta z namaszczeniem zaczyna pisać, a w zasadzie rysować litery.

– To jest chyba „G”. Ale dokładnie nie wiem – mówi zawstydzona i pyta Jeana, jak ma być dalej; na szczęście jej nazwisko składa się tylko z trzech liter: Gas.

– Moim zdaniem lepiej pomóc jej znaleźć jakąś pracę – przerywa Jean. – Bo jak damy pięćset czy tysiąc rubli, to od razu wyda i koniec. Mogłaby na przykład być sprzątaczką.

Słowa Jeana nie bardzo podobają się kobiecie. Chyba liczyła na zapomogę.

– Nasze miasteczko jest brudne i akurat potrzebujemy sprzątaczek – podchwytuje burmistrz. – Dzięki Jeanowi i tak już jest lepiej, bo kiedyś dosłownie tonęliśmy w śmieciach – wspomina.

W jeden z majowych weekendów Jean sam wywiózł z ulic dwadzieścia pięć kontenerów śmieci.

Na dyżur przychodzi jeszcze jedna kobieta. Wychowawczyni z miejscowego przedszkola. Matka dwójki dzieci, młoda wdowa. Jej mąż zginął w wypadku samochodowym.

– Mój dom ma sześćdziesiąt lat. Jedna ściana całkowicie pękła. A pensji wystarcza tylko na jedzenie i ubranie dla dzieci – opowiada z wypiekami na twarzy.

Kobieta prosi o pieniądze na remont. Jean gładzi jej rękę i obiecuje, że pomoże. Budżet miasteczka jest dziurawy jak sito, ale zawsze można coś wygospodarować.

– Jak się nie korzysta z pośredników i nie daje łapówek, to wszystko jest co najmniej kilkanaście razy tańsze – podkreśla Jean. I podaje przykład. Niedawno oficjalny wykonawca za remont klatki schodowej zażądał osiemdziesiąt cztery tysiące rubli. Kiedy mieszkańcy domu sami znaleźli robotników i kupili materiały, to koszt wyniósł osiem tysięcy. Już sobie wyobrażam, ilu wrogów ma Jean...

Dzielnica, w której mieszka przedszkolanka, bardziej przypomina wieś niż miasto. Jej dom jest rzeczywiście stary i zniszczony. Nie ma w nim wody, nie ma ogrzewania, nie ma gazu. Jest za to telewizor, a w nim codziennie słychać zapewnienia, że Rosja to wielki i bogaty kraj.

– Rosja dysponuje największymi zasobami gazu na świecie – mówi Jean. – Ale w Nowozawidowie za doprowadzenie go do chałupy trzeba zapłacić równowartość kilkunastu tysięcy dolarów. Skąd ludzie mają wziąć tyle pieniędzy? – pyta rozgoryczony; w takich domach mieszkają zwykle emeryci, którzy dostają po dwieście dolarów miesięcznie. – Rosja posiada wszystko. Wielkie terytorium i ogromne bogactwa naturalne. A zwykli ludzie nie mają z tego nic.

W oczach Jeana znowu pojawiają się łzy. Boże, on naprawdę przeżywa to całym sercem i duszą...

W Nowozawidowie jest dziesięciu radnych, ale Jean jako jedyny stale jeździ po mieście i wypytuje ludzi o problemy. A na prowincji takich problemów są dziesiątki. Fatalne drogi, brak kanalizacji, nieoświetlone ulice... Nie brakuje za to gościnności. Znacznie jej tu więcej niż w bogatej Moskwie.

– Zapraszam na herbatę – woła do nas emerytka z domu, przy którym Jean zaparkował samochód.

Przy pomocy sąsiadki błyskawicznie nakrywa do stołu. Wnosi gorące pierożki z kapustą, malinowe konfitury i miód z własnej pasieki. Gospodyni dwoi się i troi, żeby nas jak najlepiej przyjąć. Widać, że bardzo lubi Jeana.

– U nas ludzie stracili zaufanie do władzy. Bo dotąd nikt tu nic nie robił. Dlatego Jeanowi jest ciężko – mówi, nalewając herbatę z samowara. – Kogo w Moskwie obchodzi głubinka? – wzdycha. – Kiedy Putin przejeżdżał pociągiem przez Nowozawidowo, to obok dworca nawet drogę umyli. Niestety, nie miałam możliwości, żeby podejść do niego. Bo chciałam mu powiedzieć, żeby zboczył tylko dwieście metrów od głównej drogi i zobaczył, jak to wszystko naprawdę wygląda...

Przez centrum Nowozawidowa kilka razy dziennie przejeżdżają pociągi. W tym najszybszy rosyjski ekspres „Sapsan”. I jest to jedyny w miasteczku powiew modernizacji, o której tak szeroko rozpisuje się moskiewska prasa...

– Jean! – woła mężczyzna z siwą brodą jak u popa, trzyma za uzdę kasztanową klacz, którą wyprowadził na wypas na... trawnik przed blokiem.

– To Iwan Iwanowicz, rolnik – informuje Jean.

– Te krowy też są moje – oznajmia z dumą staruszek, wskazując na kilka krasul, które rozłożyły się pod klatką schodową. – One dają pięćdziesiąt osiem litrów mleka dziennie. Gdybym chciał to wylewać, zrobiłoby się jezioro. A ja przynoszę korzyść innym, bo sprzedaję nadwyżki – chwali się.

Jean szepce mi do ucha, że jest to jeden z nielicznych emerytów w Nowozawidowie, który nie czeka na pomoc ze strony państwa, tylko sam bierze los we własne ręce.

– Jean, siadaj na konia!

Iwan Iwanowicz energicznym ruchem pociąga za uzdę. Klacz stawia opór, a na dodatek nie ma siodła. Mimo to Jean próbuje jej dosiąść. Wygląda bardzo komicznie, bo kręci się wokół klaczy, niezdarnie podskakując. W końcu poddaje się. Kozak to on nie jest.

– To prawdziwy koń rosyjski. Bardzo elegancki – staruszek uspokaja spłoszoną klacz. – Kiedyś nam, chłopom, nie pozwalano trzymać koni. Bo traktowano je jak jednostki bojowe – mówi z żalem. – Nam nic od państwa nie trzeba – zmienia nagle temat. – Byle tylko nas nie gnębili. I nie przeszkadzali się rozwijać. Żeby na przykład wydzielili miejsca na rynku. Bo my nie mamy tam wstępu. Hoduję drób, kurczaki i nioski i muszę je sprzedawać na ulicy. Dlatego staraj się, chłopie.

Iwan Iwanowicz dobrotliwie klepie Jeana po ramieniu.

– Żeby tylko inni działali i mu nie robili na przekór – wtrącam. – Widziałam, jak Jean próbuje zrobić porządki w swoim bloku, ale ktoś mu w tym przeszkadza – przypominam.

– Wszystko przez to, że ma inny kolor skóry, a więc jest obcy, nie nasz. Niektórzy myślą tak: My tu żyjemy od dawna i żaden przyjezdny nie będzie nas uczyć.

O dwudziestej idziemy razem z Jeanem i Swietą do ich moskiewskich znajomych, którzy mają daczę w Nowozawidowie. Jest to inteligenckie małżeństwo na emeryturze. Oboje byli kiedyś urzędnikami średniego szczebla. Ich piętrowy dom jest zadbany. Ma kanalizację i gaz. Miejscowi tak nie mieszkają.

Jak się okazuje, córka gospodarzy, Natasza, jest żoną Senegalczyka. Tak samo jak Swieta poznała męża na studiach w Moskwie. Od ponad dwudziestu lat mieszka w Afryce.

– Tam się żyje lepiej niż tu? – pytam Nataszę, która stawia na stole elegancką porcelanową zastawę.

– Bezpieczniej – odpowiada za nią Swieta.

– Nie ma co ukrywać, w Rosji występuje problem rasizmu i nacjonalizmu. Trzeba o tym mówić, bo dziś kolorowych już nie tylko biją, ale i zabijają – mówi dobitnie.

Jean milczy, a ja czuję ciarki na plecach...

Minorowy nastrój rozładowuje gospodyni domu.

– Lepiej usiądźmy i napijmy się herbaty – zaprasza.

Na stole nie ma alkoholu, bo Jean jest abstynentem. W Rosji to rzadkość.

– Nam jest żal Jeana – mówi gospodyni. – Radny ma zwykle bardzo dużo problemów, a on w dodatku jest człowiekiem niezwykle uczciwym i wrażliwym.

Rzeczywiście, Jean jakoś nie pasuje do reszty.

Zauważyła to nawet angielska gazeta „Guardian”. Na łamach dziennika pojawiła się informacja, że statystyczny urzędnik w Rosji bierze co miesiąc około półtora tysiąca dolarów łapówek. Gazeta podkreśliła jednak, że zna chlubny wyjątek: jest nim Jean Sagbo.

– Czy Jean ma szansę zostać deputowanym do Dumy? – pytam.

– Wątpię, żeby się przebił wyżej – odpowiada bez cienia wątpliwości Swieta. – To nie ten kraj, nie to społeczeństwo i nie ten człowiek.

Nadia – bodyguard VIP-ów

Nie ma jednej Rosji



– Co robisz, jak dziennikarz próbuje podejść zbyt blisko do twojego klienta? – pytam Nadieżdę, która jest ode mnie o głowę niższa i parę kilogramów lżejsza.

– Mam pokazać? – upewnia się, zacierając ręce.

– Tak – mówię pewnym głosem, bo patrzę na nią z góry.

W okamgnieniu Nadia wykręca mi rękę i podcina nogi. Padam na kolana. To boli, ale udaję, że jestem rozbawiona. Pod szyją czuję jej ramię, które całkowicie unieruchamia mi głowę. W życiu nie zgadłabym, że ma tyle siły.

– Operator też chce spróbować? – Nadieżda zwraca się do Walentina, który filmuje całą scenę.

– Nie! – zagadnięty odpowiada stanowczo zza kamery.

Nadieżda ma trzydzieści siedem lat, dyplom prawnika i życiorys jak z filmu sensacyjnego. Skończyła Akademię MSW, była agentką rosyjskich służb specjalnych, snajperką w Czeczenii i jedną z pierwszych ochroniarek w Rosji. Pracowała dla polityków, gwiazd estrady i biznesmenów. Od kilku lat prowadzi własną szkołę ochroniarską dla kobiet. Z usług żeńskich bodyguardów korzystają najbogatsi i najwybredniejsi klienci. I to nie tylko dla prestiżu. W Rosji zamachy na bankierów, dziennikarzy czy polityków wciąż stanowią realne zagrożenie, a kobiety są doskonałymi „aniołami stróżami”.

Jest dziewiąta rano. Nadia szykuje się do pracy. Mieszka sama, bo dotąd nie założyła rodziny.

– Nie było kiedy – tłumaczy. – Bodyguard musi być stale do dyspozycji klientów, którzy są w Rosji wyjątkowo wymagający.

Mieszkanie składa się z dwóch pokoi. Jest przestronne, nowocześnie urządzone i przytulne. W kuchni połączonej z salonem pachnie świeżo zaparzoną kawą. Na stole stoi wazon z ogromnym bukietem żółtych róż. Może od wielbiciela? Na czerwonej skórzanej kanapie wyleguje się kot. Obok czatuje młodziutki czarny terier.

Nadia wyciąga z szafy pistolet. Sprawdza, czy jest zabezpieczony. Dopiero potem wsuwa go do kabury zawieszonej na pasku dżinsów. Na koniec wyjmuje płaski obosieczny nóż. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest ostry jak brzytwa.

– Zdarzyło ci się kiedyś go użyć?

Nadia uśmiecha się niewinnie jak dziecko.

– Tak, w poprzedniej pracy, w warunkach bojowych – przyznaje.

– Po co? – brnę dalej.

– Żeby podczas likwidacji nie było słychać żadnych odgłosów – mówi tajemniczo.

– Likwidacji człowieka? – pytam, choć nie jestem pewna, czy chcę usłyszeć odpowiedź.

– A kogo? – Nadia nerwowo pociera nos. – Chociaż zdarzało mi się też likwidować zwierzęta. Na przykład psa, żeby nie szczekał – dodaje po chwili.

Odruchowo spoglądam na jej teriera. Szczeniak chodzi za nią krok w krok.

– To było w Czeczenii, prawda?

Nadia spuszcza wzrok i zaczyna nerwowo strzelać palcami.

– Nie będę rozmawiać na ten temat. To już przeszłość, o której chcę jak najszybciej zapomnieć.

Wcale jej się nie dziwię. Jako zawodowa snajperka nie mogła nie trafiać do celu. Poza kamerą jeszcze kilka razy wrócimy do tego wątku i usłyszę wiele wstrząsających opowieści. O zabijaniu, o zastrzykach wymazujących pamięć, o strachu rosyjskich poborowych, których nikt nie pytał, czy chcą jechać na wojnę.

– Wyjazd do Czeczenii to był twój świadomy wybór? – pytam, nie zważając na skrzywioną minę Nadii.

Przez chwilę się waha, ale w końcu odpowiada:

– Pierwszy raz dostałam rozkaz. Za drugim razem pojechałam dobrowolnie. Co tu kryć? Dobrze płacili...

Nadia odeszła ze służb specjalnych po tym, jak została ciężko ranna w brzuch. O okolicznościach zdarzenia nie wolno jej mówić. Dyskrecja to podstawa jej zawodu.

– Puszczę ci moją ulubioną piosenkę – Nadia włącza płytę rosyjskiej rockowej solistki Zemfiry.

Ma dobry słuch muzyczny. W dzieciństwie grała na skrzypcach. „Twoją dłoń trzymam w mojej, / Żeby cię nie porwali, / Bo w zaułkach warują w czarnych wołgach kanalie” – śpiewa piosenkarka. Nadia wyciąga kosmetyki i zaczyna robić makijaż. Ma ładne niebieskie oczy w ciemnej oprawie i regularne usta. Z wytuszowanymi rzęsami wygląda młodo. Gdyby nie smutny wzrok, śmiało można by jej odjąć kilka lat. Nadia, nawet jak się uśmiecha, jest poważna. No i ten pistolet za paskiem...

– Co ci najbardziej przeszkadza w zachowaniu twoich klientów? – pytam, spoglądając na fotografię, na której osłania korpulentnego mężczyznę w dyplomatce.

– Na przykład pijaństwo albo narkotyki – odpowiada bez namysłu.

– Najgorsi są klienci, którzy traktują bodyguarda jak sługę?

– Bywało, że wysyłano mnie po tabletki na kaca.

Nadia z oburzeniem tłumaczy, że profesjonalny ochroniarz nigdy się na to nie zgodzi. Ona sama w takich sytuacjach jest stanowcza i nieugięta.

– Kiedyś klientka kazała mi nieść torby z zakupami. Powiedziałam: „Nie!”. Bo ja muszę mieć wolne ręce.

Nie wszystkie VIP-y to rozumieją. Znana rosyjska piosenkarka Masza Rasputina wymaga podobno od swego bodygaurda, by osobiście ustawiał kamery telewizyjne w czasie jej wywiadów. Gwiazda nie znosi, kiedy jest filmowana od dołu lub z gorszego profilu. Za niedopilnowanie właściwego kadru zwolniła już kilku ochroniarzy.

Z kuchni rozlega się gwizdek czajnika. Nadia parzy herbatę. Podaje ją w imbryku z chińskimi napisami. To pamiątka z podróży. Do Chin pojechała uczyć się karate i zgłębiać filozofię wschodnich sztuk walki. Zdobyła czarny mistrzowski pas. Wcześniej trenowała narciarstwo biegowe i dżudo. Jest też mistrzynią szachową pierwszej kategorii. To wszystko jednak nic w porównaniu z jej umiejętnościami strzeleckimi. Jak się przekonam później, Nadia ma sokoli wzrok i niebywałą szybkość.

– Czy świat kryminalny szuka kontaktów z profesjonalnymi ochroniarzami? – pytam, kiedy siadamy do stołu.

– Tak, czasami proponują jakąś pracę.

Przyznaje szczerze, że do niej też się zwracali. I to nie jeden raz.

– Bo co może być dla nich wygodniejszego niż dziewczyna snajper, która w przebraniu przedostaje się z karabinem na dach, celuje, potem zdejmuje perukę i wychodzi z klatki schodowej jak gdyby nigdy nic. Nikt się nawet nie domyśli, że to strzelec wyborowy.

Nadia poprawia włosy i pakuje torebkę. Musimy już wychodzić, bo za chwilę ma spotkanie z klientką. Będzie jej towarzyszyć w czasie zakupów. To córka bogatego biznesmena. Taka dorywcza ochrona nie jest najlepiej płatna. Dużo więcej zarabia osobisty bodyguard, który towarzyszy klientowi od rana do wieczora.

– Pamiętasz swój największy zarobek? – pytam, podziwiając wyposażenie jej kuchni: czekoladowe szafki, mleczne szkło, metalowe dodatki; wszystko firmowe, w najlepszym gatunku.

– Tak, to było w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dobra pensja wynosiła około trzydziestu tysięcy rubli. A ja zarabiałam wtedy trzysta tysięcy miesięcznie. Plus drugie tyle premii – podkreśla z dumą. Nie chce jednak ujawnić, co to była za praca.

Nadia odbiera klientkę przed jej domem na strzeżonym osiedlu. Punktualnie o jedenastej wybiega do nas wysoka, krótko ostrzyżona brunetka, w futerku i dżinsach. Czuć od niej zapach dobrych perfum. Dziewczyna jest studentką. Wydaje się sympatyczna i w odróżnieniu od większości dzieci krezusów zupełnie pozbawiona wyniosłości. Na zakupy pojedziemy jej samochodem. Jest to srebrne BMW, które dostała w prezencie urodzinowym od ojca.

– Po co pani ochrona? – pytam, kiedy już siedzimy w środku limuzyny i delektujemy się ciepłem podgrzewanych foteli.

– To nie był mój pomysł, tylko rodziców, którzy uważają, że w naszym kraju niebezpiecznie jest chodzić samej takiej dziewczynie jak ja – odpowiada, akcentując słowo „ja”.

Chyba jednak nie jest aż tak skromna, jak mi się wydawało.

– A pani czuje się zagrożona? – pytam dalej.

Dziewczyna chwilę się zastanawia, po czym kiwa głową, że tak.

– Bo jak jedziesz dobrym samochodem i jesteś dobrze ubrana, to zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że ktoś zechce ci to zabrać – wyjaśnia.

Nadia zwraca uwagę na jeszcze jeden powód. To groźba porwania dla okupu. Dla pieniędzy uprowadzono na przykład wnuczkę najbogatszych biznesmenów w Chabarowsku, syna menedżera koncernu Rosnieft i potomka twórcy znanego programu antywirusowego. Za każdym razem bandyci żądali milionów dolarów.

Podjeżdżamy pod jeden z luksusowych sklepów z odzieżą w centrum Moskwy. Nie ma w nim klientów, ale Nadia ani na chwilę nie przestaje być czujna. Sprawdza każdy zakątek salonu. Robi to jednak bardzo dyskretnie. Ktoś niezorientowany może pomyśleć, że jest starszą koleżanką studentki. Tym bardziej że klientka od czasu do czasu pyta ją o radę. Jak na Moskwę dziewczyna ma bardzo skromną obstawę. Dyrektor pewnego butiku spożywczego opowiadał mi, że do jego sklepu przychodzi pewien mężczyzna w towarzystwie trzydziestu ochroniarzy.

Wczesnym popołudniem Nadia odprowadza klientkę do domu. Kilka kilometrów dalej jest jej szkoła ochroniarska. Mieści się w jednym z klubów sportowych w centrum miasta. Wynajem sali gimnastycznej w takim miejscu sporo kosztuje, ale są to jedyne w Moskwie kursy dla kobiet bodyguardów i dlatego cieszą się dużą popularnością. Dziś Nadia ma sprawdzić nową kandydatkę. Zawsze sama dokonuje wstępnej selekcji. Ocenia warunki fizyczne i intencje dziewczyn. Jeśli wyczuje, że pretendentka liczy tylko na hollywoodzkie przygody albo romans z klientem, natychmiast ją odrzuca. Te, które zakwalifikuje, przechodzą przez kolejne sito. Test z psychologiem i sprawdzian fizyczny. Na sto kandydatek tylko pięć zostaje ochroniarkami.

Do maleńkiego pokoiku na zapleczu przebieralni wchodzi szczupła blondynka w sportowej kurtce i czapce bejsbolówce. Dziewczyna nie jest uprzedzona, że będzie filmowana. Nadia uważa, że kandydatka na bodyguarda nie może się niczym stresować. Rozmowa trwa zaledwie kilka minut. Dziewczyna ma trzydzieści siedem lat. To za dużo. Osobisty ochroniarz zwykle kończy karierę przed czterdziestką. Nadia chce jednak dać jej szansę, bo wydaje się rozsądna, inteligentna i na pewno nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać.

– Kogo chce pani ochraniać? – wtrącam się na koniec rozmowy.

– Mężczyznę, oczywiście – odpowiada z przekonaniem. – Bo dziewczyny są bardziej kapryśnie i wredne – dodaje.

Nadia się uśmiecha, ale nie zgadza się z tym. Spędzając z klientami całe dnie, poznała życie krezusów od podszewki. Ze wszystkimi ich słabościami i grzeszkami...

Na sali gimnastycznej jest już kilkanaście dwudziestolatek. Dla rozgrzewki walą z całych sił w worki bokserskie. Pięściami i nogami. Większość z nich ma wyższe wykształcenie. Znają języki obce, trendy mody i maniery. Nadia zaczyna trening. W białym kimonie podwinęła rękawy. Dopiero teraz widać, że ma wyrobione bicepsy.

– Samą ręką się nie bije, tylko całym ciałem – poucza sympatyczną brunetkę z kucykiem. – Musisz pracować nogami i korpusem. Cios zadaje całe ciało! – powtarza dobitnie.

Niektóre kursantki już pracują z VIP-ami. Najlepsze zarabiają po kilka tysięcy dolarów miesięcznie.

– Moda na wielkich kwadratowych osiłków już mija – tłumaczy mi blondynka, która od kilku tygodni ochrania pewnego biznesmena. – Dzisiaj coraz bardziej ceni się eskortę niezauważalną. A dziewczęta mogą wystąpić w roli sekretarek, partnerek biznesowych albo asystentek. I nikt nawet się nie domyśli, że elegancka dziewczyna towarzysząca mężczyźnie to jego ochroniarka.

Do rozmowy włącza się filigranowa szatynka. Wygląda jak nastolatka.

– Sukces bodyguarda zależy nie tyle od muskułów, ile od zwinności, refleksu i inteligencji – zauważa.

Na potwierdzenie tych słów znienacka demonstruje swoją sprawność. Chociaż jest ode mnie sporo niższa, robi nogą wykop tak, że sięga nad moją głową. Nawet nie zdążyłam się uchylić.

– Najważniejsze jest, by w porę dostrzec zagrożenie – podkreśla.

Prywatni ochroniarze pojawili się w Rosji w latach dziewięćdziesiątych, kiedy panował dziki kapitalizm. Zabójstwa i brutalna walka z konkurencją były wtedy czymś powszednim. W tamtych czasach żaden poważny biznesmen nie mógł wyjść z domu bez obstawy. To właśnie wtedy Rosja zaczęła bić europejskie rekordy pod względem liczby ochroniarzy. W czołówce pozostaje do dziś. Według szacunków w rosyjskim biznesie ochroniarskim pracuje co najmniej osiemset tysięcy osób. To jak osiem polskich armii.

– Niektórzy uważają, że bodyguard jest oznaką statusu – mówi Nadia. – Są na przykład takie „gwiazdy”, których nikt nie rozpoznaje. I tylko dzięki licznej ochronie zwracają na siebie uwagę – dodaje z ironią.

Kątem oka cały czas obserwuje, jak trenują jej uczennice.

Po rozgrzewce ćwiczą w parach. Jedna wciela się w napastnika z nożem, druga próbuje odeprzeć atak. Wszystko na serio. Nadia przywiązuje do tych ćwiczeń szczególną wagę, bo jej samej zdarzyło się, że musiała bronić klientkę przed atakiem szaleńca. To była gwiazda estrady. Do ataku doszło podczas tournée w jednym z prowincjonalnych miast. Artystka wysiadła z samochodu i kierowała się do sali koncertowej. Witał ją szpaler wielbicieli. Nadia szła za nią. Nagle dostrzegła w tłumie dziwny błysk. Od razu zrozumiała, że to ostrze noża. Nie wahała się ani chwili. By uratować klientkę, sama wystawiła się na cios. Dostała w brzuch. Tuż obok rany postrzałowej z Czeczenii...

– Nie jest tajemnicą, że wielu biznesmenów prowadzi niezbyt czyste interesy – zagaduję dziewczynę, która pracuje dla jednego z moskiewskich przedsiębiorców. – Co by pani zrobiła, widząc, że klient narusza prawo?

Ochroniarka nie daje się zbić z tropu.

– Wszyscy, którzy najmują się do pracy bodyguarda, podpisują klauzulę o zachowaniu tajemnicy i nierozprzestrzenianiu informacji o swoim pracodawcy. Dlatego musimy milczeć – odpowiada bez namysłu.

Nie ma jednej Rosji

To boli, ale udaję, że jestem rozbawiona.

Nadia kończy trening po dwóch godzinach. W przebieralni zauważam, że pod kimonem ma firmową czarną koszulkę OMON, czyli oddziałów specjalnych milicji. Ochroniarka przyznaje, że przez krótki czas służyła w tej formacji. Jestem zdziwiona.

OMON kojarzy mi się z silnymi facetami, którzy rozpędzają wiece opozycji.

– Ten oddział nie cieszy się gorszą sławą niż na przykład funkcjonariusze patrolujący ulice – tłumaczy się Nadia.

Ma rację. W Rosji zaufanie do wszystkich sił porządkowych jest bardzo niskie. Według sondaży sięga trzydziestu procent.

– Zdarza się, że patrol, który podchodzi sprawdzać dokumenty, bije kogoś pod byle pretekstem. Wszystko dlatego, że do milicji nie zawsze idą ludzie z czystymi intencjami – przyznaje Nadia.

Jak twierdzi, właśnie przez to odeszła:

– Zdawałam sobie sprawę, że przebywanie w takim towarzystwie degraduje. Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one...

Po południu jedziemy z Nadią na strzelnicę. Mieści się w klubie Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Jest to obiekt zamknięty, dlatego wartownik dokładnie sprawdza moją akredytację i paszport. Dopiero po dłuższej chwili wypisuje przepustkę i poucza, że bez Nadii nie wolno mi nigdzie chodzić. Już przy wejściu słychać strzały. Na sali gimnastycznej szkoli się dwóch bodyguardów. Zajęcia prowadzi instruktor wojskowy.

Nadia wchodzi do pokoju szefa szkoleń ochroniarzy. Serdecznie wita się z wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. I od razu przechodzi do rzeczy.

– Misza, moja klientka potrzebuje do ochrony prywatnej imprezy grupę męsko-damską. Faceci muszą być wysocy, bo wszystkie kobiety będą na obcasach. Czyli minimum metr osiemdziesiąt pięć wzrostu.

Misza wypytuje o terminy, o status i poziom majątkowy klientki, o środowisko, o jej upodobania i wymagania. Nie robi żadnych notatek. Wszystko zapamiętuje, bo większość informacji jest poufna.

– Czy zdarza się, że klientowi nie podobają się wybrani przez was ochroniarze? – wtrącam się, kiedy kończą omawiać szczegóły.

– Tak, przy czym klient nie musi podawać żadnych powodów swojej decyzji – odpowiada Misza i dodaje, że rosyjscy notable są bardzo wymagający i kapryśni.

Niedawno pewien biznesmen zwrócił się do niego z prośbą o wynajęcie dwóch dziewczyn do ochrony apartamentu. Miały być bezpruderyjne, młode i ładne.

– Chyba pomyliły mu się agencje – śmieje się Nadia.

Co prawda w kontrakcie zaznacza się, że klientom nie wolno wchodzić w żadne bliskie interakcje z ochroniarkami, ale kto bogatemu zabroni?

Misza zaczynał pracę jako bodyguard w latach dziewięćdziesiątych.

– W tamtych czasach było i strasznie, i śmiesznie zarazem – wspomina.

Kiedyś czekał w samochodzie na klienta, który wyszedł coś załatwić. Siedział za kierownicą. Nagle otworzyły się drzwi. Na tylne siedzenie władował się mężczyzna w kapturze zaciągniętym na oczy i wrzasnął: „Jedziemy!”. Przez moment Misza był w szoku. Nie wiedział, czy delikwent ma broń. Musiał działać błyskawicznie. Dlatego gwałtownie wyciągnął pistolet i skierował go w stronę intruza. „Wyłaź z samochodu!” – krzyknął. Mężczyzna zgłupiał. Najpierw zamarł w bezruchu, a po chwili wyskoczył na zewnątrz jak poparzony. Rozejrzał się wokół i szybko wsiadł do samochodu obok, bliźniaczo podobnej limuzyny. „Napastnik” po prostu pomylił samochody. Gdyby wykonał jakiś nerwowy ruch, historia mogła skończyć się tragicznie. Pierwsi rosyjscy ochroniarze zdobywali doświadczenie podczas strzelaniny na ulicach.

Nadia nakłania Miszę do małej rywalizacji. Oboje wyjmują pistolety Makarowa. Stają obok siebie na sali gimnastycznej. Na dany znak oddadzą po kilka strzałów do tarczy. Rosyjscy ochroniarze traktują kobiety bodyguardów z lekkim przymrużeniem oka. Nadia udowadnia, że niesłusznie. W rywalizacji na refleks i szybkość ładowania pistoletu za każdym razem jest szybsza od Miszy. I ani razu nie pudłuje. Same strzały w dziesiątkę.

– Ona nie ma sobie równych – szepce operator; w jego słowach słychać zachwyt, ale i przerażenie.

Po drodze do domu Nadii mijamy cmentarz. Leży na nim Anna Politkowska.

Dziennikarka krytykowała władze za łamanie praw człowieka i dramat cywilów w Czeczenii. Broniła poniżonych, dokumentowała zbrodnie. Została zastrzelona w windzie swojego domu. Dostała kulę w głowę. Zginęła na miejscu. Jej grób jest cały zasypany śniegiem. Na zewnątrz wystaje tylko kawałek fotografii. Z bliska widać, że na czole zebrał się lód, z którego odchodzi stróżka zamarzniętej wody. Jak krew kapiąca z rany. Jest to tak symboliczny widok, że po plecach przechodzą mi ciarki.

– Czy gdyby Politkowska poprosiła cię o ochronę, zgodziłabyś się na to? – przerywam nieznośne milczenie.

Nadia za nic nie chciała tu przyjść i musiałam nieźle się natrudzić, by ją do tego przekonać.

– W pojedynkę nie – odpowiada zdecydowanie. – Tam potrzebna była cała grupa i poważna praca analityczna – tłumaczy. – Bo jak komuś grożą, to jeden ochroniarz sam nic nie zdziała.

Annie Politkowskiej wiele razy dawano do zrozumienia, by przestała zajmować się drażliwym tematem Czeczenii. Nie posłuchała...

– Czy dziennikarze w Rosji często wynajmują ochroniarzy? – pytam. Przypominam sobie równocześnie najgłośniejsze zabójstwa ludzi mediów. Reportera śledczego Dimę Chołodowa rozerwała bomba; prezentera telewizyjnego Włada Listiewa zastrzelono, podobnie jak szefa rosyjskiej edycji miesięcznika „Forbes”, Paula Chlebnikowa. Wszyscy demaskowali bezprawie, tępili nepotyzm, korupcję albo mafijne układy.

– U nas dziennikarze nie wynajmują bodyguardów, bo ich na to nie stać. A przydałoby się, ponieważ należą do czołówki grup ryzyka – odpowiada Nadia.

– Zawód bodyguarda też jest niebezpieczny – wtrącam.

– Na pewno nie bardziej niż twój – ripostuje ochroniarka i znacząco spogląda na fotografię Politkowskiej.

Nie wiem dlaczego, ale odbieram to jako osobistą przestrogę.

Wracamy do domu w milczeniu. Obie jesteśmy zmęczone, ale muszę zadać jeszcze kilka pytań. Dlatego nie odrzucam grzecznościowego zaproszenia na herbatę. Pies i kot szaleją na nasz widok z radości. Nadia z ogromną czułością przytula obydwa zwierzaki naraz. Znów jest delikatną subtelną dziewczyną. W dzieciństwie pisała wiersze. Kilka z nich opublikowała nawet prestiżowa „Literaturnaja Gazieta”.

– Były chwile, kiedy żałowałaś, że zostałaś ochroniarką? – pytam obserwując, jak Nadia wyciąga papierosa.

Przez cały dzień ani razu nie dała po sobie poznać, że pali.

– Ja nigdy niczego nie żałuję – odpowiada po chwili zastanowienia i głęboko zaciąga się dymem.

Nareszcie jest wyluzowana. Poza domem ani na chwilę nie traciła czujności.

– Ja nawet jak idę z przyjaciółmi do restauracji, to mam głowę na resorach – przyznaje. – Od razu widzę, gdzie jest wyjście awaryjne i gdzie są kamery. Zawsze siadam plecami do ściany. Jestem wyczulona na każdy dźwięk. Po odgłosach potrafię odróżnić, czy ze stołu spadła łyżka czy nóż – opowiada i śmieje się sama z siebie, po raz pierwszy nie półgębkiem, ale szeroko, odsłaniając ładne białe zęby.

– Nigdy nie pomyślałaś sobie tak: wystarczy mi pieniędzy, mam dość ryzyka, rzucę to wszystko i wyjadę z Rosji – nie daję za wygraną.

– Pieniędzy nigdy nie jest za dużo. Zwłaszcza w Moskwie.

Nadia zwraca moją uwagę, że rosyjska stolica jest jednym z najdroższych miast Europy.

– A wyjechać stąd? – powtarza pytanie i dłuższą chwilę się zastanawia, jakby wahała się, czy powiedzieć prawdę. – Tak, przychodziło mi to do głowy, nawet miałam propozycje, ale do niedawna nie mogłam wyjeżdżać za granicę.

Wszystko przez pracę w bezpiece. Jeszcze w niedalekiej przeszłości Nadia w ogóle nie miała prywatnego paszportu.

– Mówi się, że od służb bezpieczeństwa nigdy nie da się wyzwolić. I że jak już raz się nimi zwiążesz, to na całe życie, czy tak? – pytam, uważnie obserwując reakcję Nadii.

Ma kamienną twarz. Żadnej mimiki. Jak ona to robi?

– Całkiem uwolnić się od nich nie można – odpowiada szczerze. – Nie ma byłych agentów...

Zdjęcia kończymy późnym wieczorem. Nadia zamyka za nami podwójne drzwi. Słychać trzask solidnej zasuwy.

– Ona zna takie tajemnice i wie tyle rzeczy na temat VIP-ów, że może być dla kogoś niewygodna – zauważa operator.

Trudno się z nim nie zgodzić. Nadia jest być może bardziej zagrożona niż klienci, których ochrania...

Sasza – sobowtór Lenina z Placu Czerwonego

Nie ma jednej Rosji

Fot. Bartłomiej Kłębowski



– Co to za telewizja?!

Mężczyzna złowrogo wyciąga rękę w kierunku kamery, jakby chciał zasłonić obiektyw. Operator odruchowo się cofa. Wkraczam do akcji. Chcę być równie groźna, ale nie mogę powstrzymać śmiechu. Na tle Placu Czerwonego stoi wypisz wymaluj Lenin. Jak z portretu. Ruda bródka, zakola, charakterystyczna czapka z daszkiem.

– Telewizja Polska – odpowiadam.

– To powiedzcie Polakom, że ja jeszcze żyję! W Rosji Lenin będzie wiecznie żywy! – podkreśla mężczyzna z pełną powagą.

– Bzdura! – wtrąca chłopak, który przysłuchuje się rozmowie.

– A co ci się nie podoba, synku? – oburza się starsza kobieta. – Przepraszam was, Władimirze Iljiczu – zwraca się przejęta do sobowtóra Lenina.

Patrzę na to i już wiem. Takiego bohatera nie mogę przegapić...

Aleksander Karbyszew jest historykiem samoukiem. Od ponad dwudziestu lat codziennie wciela się w rolę Lenina i w centrum Moskwy pozuje do zdjęć. Oczywiście za pieniądze, bo jak mówi: „Teraz mamy kapitalizm i za wszystko trzeba płacić!”. Na podobieństwo do wodza bolszewickiej rewolucji zwrócili mu uwagę koledzy. Miał już wtedy trzydzieści kilka lat i pracował w Taszkiencie w fabryce futer. Rzucił wszystko i przyjechał do Moskwy. Od tego czasu ubiera się jak Lenin, chodzi jak Lenin, gestykuluje jak Lenin. I tak jak Lenina – jedni go podziwiają, inni nienawidzą...

Jest dziesiąta rano. Sasza szykuje się do pracy. Siedzi w kuchni swojej kawalerki. Na stoliku przykrytym staromodną ceratą rozłożył lusterko. Obok postawił czarno-białą fotografię Lenina. Jest do niego tak podobny, że nie musi się charakteryzować. Używa jedynie pudru, by wyglądać trochę młodziej. Ma prawie sześćdziesiąt lat, a twórca Związku Radzieckiego zmarł wieku pięćdziesięciu trzech.

– Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś o Leninie? – pytam.

Z podziwem patrzę na jego śnieżnobiałą i pięknie wyprasowaną koszulę. Sasza mieszka sam. Od kilku lat jest rozwodnikiem.

– W szkole oczywiście – odpowiada nie przerywając pudrowania. – Kiedyś wszystkie dzieci znały na pamięć jego biografię. On był dla nas superbóstwem – przyznaje bez krzty zażenowania. – Modliliśmy się do niego żarliwiej niż do prawdziwego Boga.

Sasza włącza kasetę z nagraniem starej pionierskiej piosenki: „Walka wciąż trwa. I serce kołacze się w piersi. A Lenin wciąż taki młody. I wciąż przed nami Wielki Październik!” – śpiewa patetycznie chór.

O pół do jedenastej Sasza jest gotów do wyjścia. W czarnym płaszczu i tweedowej czapce wygląda jak wierna kopia Lenina. Ma nawet taki sam wzrost – 166 centymetrów. Idziemy do metra. Policjant pilnujący porządku przepuszcza Saszę bez biletu. Widocznie uznał, że od Lenina nie wypada brać za przejazd. W końcu moskiewskie metro nosi jego imię! Podobnie jak jedna z największych ulic, centralna biblioteka w mieście czy stołeczny instytut pedagogiczny. W Moskwie stoi też blisko siedemdziesiąt postumentów Lenina! No i mauzoleum. Mumia wodza rewolucji jest w doskonałym stanie, bo bez przerwy czuwa nad nią cały sztab naukowców.

– Iljicz, z twoją pozycją jeździsz metrem? I to bez obstawy? – zaczepiają Saszę dwaj młodzi chłopcy w wagonie metra.

– Bo chcę być bliżej ludu – odpowiada bez chwili namysłu.

Jego poważna riposta wywołuje dobroduszne uśmiechy na twarzach większości pasażerów. Tylko jeden starszy pan z odrazą odwraca głowę...

Do centrum docieramy koło południa. Trzyma tak siarczysty styczniowy mróz, że już chwilę po wyjściu na ulicę mam czerwone policzki. Z zazdrością patrzę na walonki na nogach dozorcy odśnieżającego chodnik. Słynne rosyjskie filcowe buty są lekkie, nie przemakają i grzeją jak piec.

Sasza z ukrytym mikrofonem bezprzewodowym idzie przodem. Będziemy go filmować z daleka, by nie płoszyć klientów. Przy wejściu na Plac Czerwony, obok Bramy Zmartwychwstania, są już jego koledzy i współpracownicy. To sobowtór Stalina w szarym generalskim płaszczu i cara Aleksandra I w długiej czarnej pelerynie. Sasza serdecznie się z nimi wita i konfidencjonalnym szeptem ostrzega, że operator robi zdjęcia. Chyba nie zrozumiał, że nawet na odległość słyszymy wszystko, co mówi.

– Żołnierzu, chodź tutaj! Z wojskiem pozujemy dziś do zdjęć za darmochę! – woła do młodego rekruta.

Chłopak ustawia się obok sobowtórów i pręży jak drut. Ma tak poważną minę, jakby stał obok prawdziwych wodzów. Wygląda przez to komicznie. Kolejny klient jest bardziej wyluzowany. Widać, że przyjechał z prowincji, bo ma na sobie spodnie od dresu. Moskwianie już się tak nie noszą. Chłopak fotografuje się tylko z samym Saszą. Stalin i car w ogóle go nie interesują. Po zdjęciu wyciąga z kieszeni wygniecione sto rubli. To równowartość mniej więcej dziesięciu złotych.

– Sfilmujcie, jak daje forsę! – krzyczy Sasza, rozbawiając tym przechodniów. – Jak widać, korupcja kwitnie nie tylko wśród władzy, ale i na dole – dodaje.

– Dlaczego pan się fotografuje z Leninem? – pytam chłopaka.

– Bo to nasza historia. Moja mama i babcia żyły w czasach komunizmu i są zadowolone. Mówią, że niczego im nie brakowało.

Młodzian ma nie więcej niż dwadzieścia lat, a więc urodził się już po rozpadzie Związku Radzieckiego.

– A słyszał pan o czerwonym terrorze?

Moje pytanie wywołuje konsternację.

– Nie, ale każda władza stosuje terror. W większym lub mniejszym stopniu – odpowiada ściszonym głosem.

Tymczasem Sasza obsłużył już trzech kolejnych klientów. W ciągu kilku minut zebrał równowartość czterdziestu złotych.

– Takie mamy stawki – tłumaczy, dzieląc się pieniędzmi ze Stalinem. – To i tak nie jest dużo, bo Putin bierze po tysiąc rubli, czyli dziesięć razy więcej – stwierdza z nieukrywanym żalem. Że też nie mógł urodzić się podobny do prezydenta...

– Z Władimirem Władimirowiczem fotografują się głównie cudzoziemcy – podkreśla.

– Nie narzekaj! – besztam go. – Ilu masz klientów dziennie?

– Nie powiem, bo jeszcze gliniarze usłyszą i zażądają większej działki – śmieje się Sasza.

W tym momencie, jak na zawołanie, na placu pojawia się dwóch policjantów[1]. Od razu podchodzą do sobowtórów. Widać, że się z nimi dobrze znają. Stoimy daleko, ale dzięki mikrofonowi bezprzewodowemu słyszymy całą rozmowę.

– Komu tam udzielałeś wywiadu? – interesuje się mundurowy.

– Polskiej telewizji. W tej chwili filmują też z daleka – demaskuje nas Sasza.

Zdrajca! Policjanci dyskretnie odwracają głowy. Kiedy dostrzegają kamerę, odchodzą jak gdyby nigdy nic...

Tajemnicą poliszynela jest, że ci, którzy handlują w okolicach Placu Czerwonego, muszą płacić policji haracz. Za tak zwaną ochronę. A sobowtór Lenina sprzedaje się świetnie. Podobnie jak gadżety z jego wizerunkiem. Wokół Kremla aż roi się od stoisk z portretami Iljicza na koszulkach, matrioszkach, popielniczkach. To znak czasu. W Związku Radzieckim w okolicach mauzoleum Lenina obowiązywała pełna powaga. Żadnych przebieranek, żadnych karykatur! Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych nazwę „rewolucja październikowa” pisało się w Rosji wielkimi literami.

– To nieprzyzwoite, żeby tak zanieczyszczać Plac Czerwony! Bo to jest święte miejsce – oburza się młody pop w sutannie. Duchowny z dezaprobatą patrzy na Saszę i sobowtóra Stalina. – Rewolucja bolszewicka była wielką tragedią naszego narodu. I problemem nie jest nawet sam Lenin, chociaż to był krwawy przywódca. Problem tkwi w narodzie rosyjskim, który zaczął niszczyć własne świątynie. Przecież to nie Lenin swoimi rękoma burzył cerkwie. I nawet nie Stalin. To sam naród rosyjski rozbijał je i zrzucał z wież dzwony...

Do Saszy co chwila ktoś podchodzi. I to nie tylko po to, by zrobić sobie z nim zdjęcie. Jego wygląd prowokuje do dyskusji.

– Stosunek do Lenina zmienił się bardzo znacząco – mówi mężczyzna w robotniczej kufajce. – Od stuprocentowego uwielbienia do stuprocentowej negacji.

Sasza smętnie przytakuje głową.

Z Placu Czerwonego wychodzi grupka dzieciaków w wieku szkolnym. Pewnie wycieczka.

– Dzień dobry, maluchy. Dokąd was prowadzą? Znów ku świetlanej przyszłości?

Uczniowie nie reagują na zaczepki Saszy. Być może dlatego, że nie bardzo rozumieją, co ma na myśli. Poza tym chyba nie rozpoznają, czyim jest sobowtórem. To już nie te czasy, kiedy imię wodza bolszewickiej rewolucji znały nawet parolatki.

– Wiesz, chłopczyku, kim był Lenin?

Pytany malec z przerażeniem patrzy na Saszę. Babcia, którą kurczowo trzyma za rękę, próbuje mu podpowiedzieć:

– Wo-dzem.

Chłopczyk się rozpromienia.

– Acha, prezydentem! – woła radośnie.

Sasza ponawia pytanie, kierując je tym razem do dwóch modnie ubranych nastolatek. Dziewczyny oczywiście kojarzą, kim był Lenin, ale nie potrafią powiedzieć, jaki mają do niego stosunek.

– Ja tam nie wiem, bo z historii mam trójkę – mówi jedna z nich.

Do Saszy znów podchodzą dwaj policjanci. Tym razem po cywilnemu. I znów pytają o naszą ekipę. Okolice Kremla to najpilniej strzeżone miejsce w Moskwie. Obok jest przecież siedziba prezydenta.

– Operator cały czas mnie filmuje. Tu w kieszeni mam ich mikrofon.

Sasza wyciąga mikroport i pokazuje tajniakom, że jest włączony. Muszę zareagować, bo wypaple wszystko, co o nas wie.

– Chodźmy się gdzieś ogrzać! – wołam.

W jednej z bocznych ulic jest mały tani barek. Na kilka osób. Turyści do takich miejsc nie zaglądają. Odstraszają ich zaparowane szyby oraz zaduch papierosów i piwa. Sasza ma tu swój stały stolik. Barmanka bez pytania stawia przed nim gorącą kawę i setkę wódki.

– Chociaż jestem zabalsamowany, to rosyjskie mrozy i tak przenikają mnie aż do kości. Dlatego rozgrzewam się naszym napojem narodowym – śmieje się szelmowsko.

– A Lenin pił? – pytam.

– Tak. W Szwajcarii do tej pory działa bistro, do którego lubił zachodzić na piwo. Właściciele już wiele razy mnie zapraszali. Twierdzą, że jako sobowtór zarobiłbym u nich więcej niż w tu. Ale nie! Dopóki w Rosji jeszcze pamiętają o Leninie, wolę kręcić się tutaj.

Wczesnym popołudniem przy wejściu na Plac Czerwony pojawia się jeszcze jeden sobowtór Władimira Iljicza. I to w towarzystwie cara Mikołaja II. Sasza patrzy na nich z dezaprobatą. Tym bardziej, że pozują właśnie dla zagranicznych turystów.

– Dla dwóch Leninów to tu chyba miejsca nie ma – prowokuję.

Sasza nie potrafi ukryć zdenerwowania.

– To nie jest żadna konkurencja! – mówi podniesionym głosem. – Przecież on ma czarną brodę. A Lenin miał rudą, jak ja. Poza tym był niewysoki, a ten ma wzrost jak jakiś koszykarz!

Do rozmowy włącza się przechodzień. Elegancko ubrany pan po pięćdziesiątce.

– Lenin obejmuje się z carem Mikołajem II. Kto to widział! Przecież oni powinni strzelać do siebie, a nie obejmować się!

Mężczyzna robi się z oburzenia czerwony na twarzy. Z ogromnym zaangażowaniem wykrzykuje, że to brak szacunku dla historii. Że nie wolno naginać przeszłości, jak się chce. Że prawda jest najważniejsza.

Trzysta metrów dalej pod pomnikiem Marksa spotykają się radykalni lewicowcy. Są to głównie ludzie starsi. Byli wojskowi i członkowie partii komunistycznej. Dla nich Lenin jest świętością.

– Ten człowiek przebrany za Władimira Iljicza, podobnie jak sobowtóry innych socjalistycznych przywódców, to, przepraszam za wyrażenie, sukinsyny, których lepiej nie dotykać, bo ręce się od nich pobrudzą – mówi mi mężczyzna z czerwoną flagą. I ostentacyjnie spluwa.

Młoda kobieta, która przechodzi obok, puka się w czoło.

Uczestnicy wiecu formują kolumnę. Za chwilę mają wyruszyć do mauzoleum Lenina.

– Nigdy nie pozwolicie pochować Iljicza do ziemi? – pytam emeryta trzymającego staromodny megafon, przez który chwilę wcześniej wzywał do dokończenia bolszewickiej rewolucji.

– Nigdy! Bo mauzoleum to jest symbol naszej wielkiej socjalistycznej historii! – odpowiada ze łzami w oczach.

O tym, że Lenin został zabalsamowany w 1924 roku na polecenie Stalina, a wbrew własnej woli, nie chce rozmawiać. W testamencie Władimir Iljicz napisał, że chce być pochowany na cmentarzu w Petersburgu. Obok matki.

Po kilku minutach kolumna dociera na Plac Czerwony. Razem z Saszą próbujemy podłączyć się do grupy, ale na przeszkodzie stają funkcjonariusze służb bezpieczeństwa. Młoda policjantka informuje, że sobowtórowi Lenina nie wolno robić zdjęć przed mauzoleum.

– Macie zgodę na filmowanie tego człowieka? – pyta groźnym tonem.

Dębieję. Pierwszy raz słyszę, że trzeba mieć pozwolenie władz na robienie zdjęcia prywatnej osoby. Pokazuję swoją akredytację i pisemną zgodę na filmowanie Placu Czerwonego. To za mało! Policjantka zawraca Saszę, a ten potulnie się wycofuje. Z mundurowymi lepiej nie zadzierać.

Przed mauzoleum Lenina nie ma już wielogodzinnych kolejek, jak w czasach radzieckich, ale zwiedzających nie brakuje. Przy wejściu stoją na warcie żołnierze. Nieruchomi jak figury woskowe. Tylko oczy im się ruszają. Lustrują każdego od stóp do głów. Ciarki przechodzą mi po plecach. W środku panuje półmrok. Podświetlona jest tylko mumia, która leży w kryształowym sarkofagu. Pancernym! Bo grobowiec już kilka razy był obiektem zamachów. Twarz Lenina wydaje mi się trupia, choć żółty odcień światła ma jej nadać bardziej ludzki wygląd.

Kiedy w milczeniu przechodzę wokół trumny, przed oczyma stają mi makabryczne zdjęcia z konserwacji zwłok Lenina. Jego pomarszczone jak papier ciało i zapadnięta klatka piersiowa. Opieka nad mumią to nieustanne zmagania z naturą. Pod grobowcem znajduje się całe laboratorium, które bez przerwy kontroluje temperaturę i wilgoć w sarkofagu. Co półtora roku ciało Lenina przechodzi gruntowną renowację. Trafia wtedy na miesiąc do specjalnego roztworu. Skład mikstury objęty jest ścisłą tajemnicą. Dla zabalsamowanych zwłok zagrożeniem może być najmniejsza bakteria. Dlatego co trzy lata mumia przebierana jest w nową sterylną bieliznę i takiż garnitur. Biochemik, doktor Zbarski, który balsamował Lenina, zdradził, że marynarka i spodnie tylko z przodu wyglądają porządnie, bo z tyłu wiązane są na sznurki.

– Czy mauzoleum powinno być zlikwidowane? – pytam po wyjściu na zewnątrz zadbanego mężczyznę w średnim wieku; w środku nie wolno rozmawiać.

– Raczej nie, bo pod względem architektonicznym Plac Czerwony na pewno by wtedy stracił – odpowiada.

– A ja uważam, że trzeba je zlikwidować – wtrąca kobieta, która dopiero co wyszła z mauzoleum. – Człowiek powinien być pochowany w ziemi! – podkreśla zniesmaczona.

Sasza czeka na nas w barze. Wyraźnie czuć od niego alkohol. Jest rozgoryczony. Nie może przeboleć, że nie pozwolono mu podejść pod mauzoleum Lenina.

– Powiem ci, czemu mnie nie wpuszczają na Plac Czerwony – mówi donośnym głosem. – Po prostu boją się, że ja im tam zrobię kolejną rewolucję!

Sala wybucha śmiechem. Tylko barmanka jest poważna.

– Nam potrzeba spokoju, a nie rewolucji – cedzi przez zęby i zamaszystym ruchem sprząta Saszy sprzed nosa filiżankę z niedopitą kawą. To ona tu rządzi...

Sasza zgadza się pojechać z nami pod jeden z pomników Lenina. To nie lada poświęcenie z jego strony, bo przez ten czas na pewno by sporo zarobił. Po południu zawsze jest najwięcej ludzi. Wybieramy postument przed Dworcem Jarosławskim. Rzeźba stoi na wysokim cokole. W charakterystycznej pozie. Jedna ręka w kieszeni, druga na klapie płaszcza.

– Niektórzy twierdzą, że powinno się zburzyć te pomniki, bo Lenin ma krew na rękach – zagaduję.

Sasza staje dokładnie tak samo jak Iljicz i wczuwa się w rolę.

– Bez walki nic trwałego nie osiągniesz. Poza tym cel uświęca środki – mówi, akcentując każde słowo. – No i jeszcze jak można wymazać siedemdziesiąt lat naszej historii.

Nie ma jednej Rosji

To sobowtór Stalina w szarym generalskim płaszczu i cara Aleksandra I...


Fot. Bartłomiej Kłębowski

Wokół zaczyna się gromadzić grupka gapiów.

– Co wy za telewizja jesteście? – interesuje się nami dwudziestokilkuletni chłopak. Egzaltowana wypowiedź Saszy bardzo go rozśmieszyła. Kiedy wyjaśniam, skąd jestem i co robię, natychmiast poważnieje.

– A jaki jest pana stosunek do Lenina? – pytam.

– Negatywny oczywiście! – odpowiada młodzieniec. – Lenin doszedł do władzy dzięki niemieckiemu finansowaniu – mówi ze znawstwem. Pewnie jest studentem.

– Taaa, znam ja te bajki, że niby niemiecki milioner Parvues mnie sfinansował. I całą Rosję też – drwiącym tonem wtrąca się Sasza.

– On mi ciągle przerywa. Jest niewychowany! – złości się chłopak.

– Broń się, Leninie! – podpuszczam sobowtóra.

– Kiedy on sam w duchu nie lubi Lenina – kpi student.

– Jak nie? Ja się z nim utożsamiam.

– Bo ci za to płacą! – nie daje za wygraną chłopak.

Saszę wybawia telefon. Od Stalina. Sobowtór satrapy prosi, by jak najszybciej wracać, bo interes słabo się kręci. Sam Josif Wissarionowicz Dżugaszwili nie cieszy się dużym wzięciem.

– Wszystko przez to, że coraz więcej piszą dziś o represjach politycznych – stwierdza z satysfakcją Sasza.

Nie wiem tylko, czy bardziej cieszy się z ujawniania prawdy, czy też z tego, że Stalin nie stanowi dla niego konkurencji.

Wieczorem mróz ściska jeszcze mocniej, ale gorętsza jest też atmosfera.

– Lenin był geniuszem! – wykrzykuje elegancka pani w kapeluszu i jednym tchem wymienia przywileje socjalne, jakie gwarantował Związek Radziecki: bezpłatna służba zdrowia, bezpłatna edukacja, darmowe wczasy...

– Lenin zalał Rosję krwią – odpowiada kobiecie szpakowaty mężczyzna o wyglądzie intelektualisty. – Bo to Lenin zapoczątkował totalitarny reżim! Nie było żadnej konieczności, by stosować przemoc na taką skalę – dodaje.

– A co pan myśli o sobowtórach Lenina, pozujących do zdjęć przy Placu Czerwonym? – przerywam dyskusję, by trochę ostudzić emocje.

Mężczyzna chwilę milczy.

– No cóż, dziś każdy zarabia jak umie. I to akurat rozumiem – odpowiada po chwili.

Sasza wraca do domu dopiero o dziesiątej wieczorem. Zmarzniętymi na kość rękoma z trudem otwiera zamek w drzwiach. Ma tylko jeden mały klucz. W swojej kawalerce nie trzyma żadnych cennych przedmiotów, chociaż zarabia nawet dwa i pół tysiąca dolarów miesięcznie. A jak trafi mu się rola w filmie, to jeszcze więcej. Większość spośród moich moskiewskich znajomych, którzy mają podobne dochody, mieszka w przyzwoitych apartamentach i jeździ zachodnimi samochodami. Lokum Saszy jest skromne i prawie puste. Regał z książkami, stara kanapa, kineskopowy telewizor, kilka ikon na ścianie.

– Zbytni dostatek psuje życie duchowe każdego człowieka – mówi wyciszonym spokojnym głosem.

Jestem zaskoczona. Jeszcze pół godziny wcześniej wydawał się rzutki, rubaszny i kuty na cztery nogi. Teraz widzę skromnego człowieka bez większych potrzeb. Co on u licha robi z pieniędzmi? Sasza wyciąga z szafy album ze zdjęciami. Pokazuje mi kilka fotografii małego prowincjonalnego miasteczka. Na jednej jest budynek szkolny, na innej cerkiew, na kolejnej roześmiane maluchy...

– Wychowałem się w domu dziecka na Uralu – wyjaśnia – i teraz co miesiąc wysyłam pieniądze na utrzymanie swego dawnego sierocińca. Wspomagam też miejscową cerkiew – mówi z nieukrywaną dumą.

A ja nie mogę się nadziwić. Lenin i religia? Konsumpcyjna Moskwa i bezinteresowny altruizm? Nostalgia za Związkiem Radzieckim i kapitalistyczny biznes? Jak tak można żyć? Przecież to istna schizofrenia.

– Barbaro, po staniu na mrozie trzeba się rozgrzać – mówi, zapraszając do kuchni.

Liczę na dobrą herbatę, ale Sasza wyjmuje z lodówki słoik z ogórkami i napoczętą butelkę wódki.

– Ja nie piję! – sprzeciwiam się, kiedy stawia przede mną graniastą szklaneczkę.

– Tak, wiem, czytałem o tym w gazecie – odpowiada wesoło.

Na widok alkoholu znów się ożywia i rozluźnia. Pierwszą szklaneczkę wypija bez zakąski. Żeby pokazać, jaki z niego twardziel.

– Co twoim zdaniem czeka Rosję? – pytam.

Sasza wykrzywia twarz. Widocznie wódka była mocna i gorzka.

– Czy Rosja potrzebuje nowego Lenina? – zadaję jeszcze jedno pytanie.

– Jeśli się nic nie zmieni, to tak – odpowiada z przekonaniem. – Bo na tle powszechnego niezadowolenia z powodu nadmiernej biurokracji, bandytyzmu i bezprawia policji dojdzie kiedyś do rewolucji.

Sasza akcentuje słowo: dojdzie. Powolnym ruchem znów napełnia szklaneczkę. Podnosi ją do kamery. Patrzy prosto w obiektyw.

– Towarzysze, wypijmy za pomyślność i za rozkwit Rosji!

Wypija jednym haustem. Do dna. Zagryza ogórkiem i ociera usta.

– Biez wodki Rossii nie razbieriosz.



[1] W roku 2010 rosyjska milicja przekształciła się w policję – stąd występująca w tej książce niekonsekwencja w nazwach sił porządkowych (przyp. red.).

Iskander – maszynista z moskiewskiego metra

Nie ma jednej Rosji



– Jak ci się to udało?

Iskander nie może się nadziwić. Pracuje w moskiewskim metrze już kilka lat, ale nigdy nie widział, żeby jakakolwiek zagraniczna ekipa filmowała podziemną kolej od kuchni. Jest maszynistą i właśnie dowiedział się, że jego przełożeni zgodzili się, by został bohaterem reportażu dla TVP. Będę chodzić za nim krok w krok. Zobaczę z bliska pilnie strzeżony świat. Chyba naprawdę mam szczęście.

Na ten reportaż cieszyłam się nie tylko ja, ale i rosyjski operator Igor. Bo metro w Moskwie fascynuje każdego, kto nim jeździ. A wszystko dlatego, że to coś znacznie więcej niż środek transportu. To także muzeum architektury, przepych, ponad sto osiemdziesiąt niepowtarzalnych stacji, schronienie dla bezdomnych, miejsce pracy tysięcy ludzi, dziesiątki legend i tajemnic. Moskwianie mówią, że kto nie przejechał się metrem, ten nie zna ich miasta.

Jest zima 2003 roku. Śnieg, mróz i mrok, bo to dopiero siódma rano. Jedziemy pod Moskwę do mieszkania Iskandera. Po drodze Igor przyznaje, że zawsze chciał się przejechać w kabinie maszynisty.

– Żeby sprawdzić, czy w tunelach metra żyją gigantyczne szczury, które potrafią zatrzymać pociąg – śmieje się.

Takie historie opowiadają sobie dzieciaki na moskiewskich podwórkach. Mroczne labirynty rozbudzają wyobraźnię. Podziemne trasy biegną pod całym miastem. Ich długość przekroczyła już trzysta kilometrów.

Iskander mieszka z żoną i małym synkiem u rodziców. W dwóch pokojach. Drzwi otwiera jego matka, emerytowana tkaczka. Mają podobne rysy twarzy. Czarne włosy i lekko skośne oczy. Widać, że w ich żyłach płynie tatarska krew. Żona Iskandera nie mogła na nas czekać, bo pracuje jako urzędniczka w sądzie i nie wolno jej się spóźniać. Poza tym po drodze odprowadza synka do przedszkola.

Emerytka wyjmuje z regału odświętne filiżanki i zaprasza do stołu. Mieszkanie urządzone jest w stylu lat osiemdziesiątych. Tapety, meblościanka, sztuczne dywany na podłogach.

– Usmażyć ci jajecznicę? – pyta Iskandera, który zdejmuje z wieszaka świeżo uprasowany mundur. Szary, z dwiema gwiazdkami na pagonach. Jak na dwadzieścia siedem lat, to wysoka ranga. Trzy gwiazdki ma tylko instruktor.

– Nie chce mi się jeść – odpowiada Iskander.

Obecność kamery wyraźnie go stresuje.

– Nie boi się pani o syna? – pytam, popijając mocną kawę. – Przecież w metrze zdarzają się awarie, zamachy.

– Boję się – emerytka jest szczerze zatroskana.

Za jej młodości nikt o wypadkach i atakach w metrze nie słyszał. Co nie znaczy, że w ogóle ich nie było. Do pierwszego zamachu terrorystycznego doszło już w styczniu 1977 roku. Bomba wybuchła w wagonie. Zginęło siedem osób. W tym dzieci, które wracały z zabawy noworocznej. Najmłodsza ofiara miała cztery lata. Sprawcami byli trzej Ormianie, którzy domagali się niepodległości ich republiki. Wszyscy zostali rozstrzelani. O zamachu nie poinformowała wówczas ani jedna gazeta.

– Bez względu na wszystko naszego metra nie można nie podziwiać – dodaje po chwili emerytka, jakby żałowała słów o zagrożeniach, które mogą zdyskredytować słynną kolej. – Nasze podziemne stacje są jak z bajki.

Ma rację. Tak bogatych stacji metra jak w Moskwie nie ma nigdzie na świecie. Do ich ozdoby zużyto więcej marmuru i granitu niż do dekoracji wszystkich pałaców carskiej Rosji. Podziemna kolej miała być wizytówką radzieckiego imperium. Stalin nie żałował na nią ani sił, ani pieniędzy. Moskiewskie metro miało zapierać dech w piersiach. I zapierało...

Wczesnym popołudniem docieramy z Iskanderem do zajezdni Komsomolskaja. Stąd wyruszają wszystkie pociągi tzw. czerwonej linii. Jest to najstarsza trasa, którą w 1935 roku osobiście otwierał Stalin. Przypomina o tym tablica pamiątkowa na ścianie depo. Dziś moskiewskie metro składa się z dwunastu linii, w tym okrężnej zwanej pierścieniem. I wciąż się rozbudowuje.

Iskander wyjaśnia mi, że po zamachach terrorystycznych w 1996 i 2000 roku zajezdnia stała się obiektem szczególnie chronionym. Nawet nie przypuszcza, że w kolejnych latach dojdzie do znacznie bardziej krwawych ataków. Moja obecność w depo wywołuje ogromne zainteresowanie. Kilku mechaników rzuca narzędzia i wypytuje mnie o metro w Warszawie. Nie mogą się nadziwić, że ruszyło dopiero w 1995 roku i że jest to jedyna kolej podziemna w Polsce. W Rosji metro ma aż osiem miast.

Na ścianach zajezdni wiszą plakaty i hasła w stylu „Człowiek jest piękny dzięki pracy”. Tyle tylko, że w umorusanych smarem twarzach jakoś trudno dopatrzyć się piękna. Korpulentna kobieta w za dużym kombinezonie szoruje okno w środku wagonu. Ma pot na czole.

– W czasach radzieckich coś takiego było nie do pomyślenia – żali się rozgoryczona. – Od czyszczenia śladów po ogłoszeniach, które pasażerowie przyklejają na szyby, to aż ręce bolą.

Treść reklam świadczy o ogromnej pomysłowości moskwian. I odwadze. Mężczyzna podpisany imieniem Sasza proponuje załatwienie meldunku nielegalnym imigrantom, firma „SOS” obiecuje, że wyciągnie z aresztu każdego zatrzymanego, „grupa doktorantów” zapewnia, że tanio napisze dowolną pracę dyplomową, a tajemniczy „Narcyz” oferuje leczenie z kompleksów za pomocą hipnozy...

Nie ma jednej Rosji

Wygląda jak pałac.

Na zapleczu zajezdni jest pokój lekarski. Pielęgniarka w białym wykrochmalonym fartuchu mierzy Iskanderowi ciśnienie i puls. Przed rozpoczęciem pracy każdy maszynista przechodzi badania. Najmniejsza niedyspozycja wyklucza go z dyżuru. Iskander ma trochę za szybkie tętno, ale to przez emocje. Możemy jechać.

W kabinie maszynisty z trudem mieszczą się cztery osoby. Dźwiękowiec musi siedzieć na podłodze.

– Halo, dyspozytor – Iskander mówi przez walkie-talkie. – Tu rejs jedenasty, stoję na torze siódmym. Proszę o pozwolenie na włączenie się do ruchu.

– Jedź! – rozlega się głos w słuchawce.

Ruszamy. Do pierwszej stacji mamy zaledwie kilka minut drogi.

Wjeżdżamy do tunelu z dwoma rozwidleniami. Moskiewskie metro to gigantyczny labirynt torów na kilku poziomach. Średnia głębokość kolei wynosi trzydzieści metrów. To dziesięć pięter w dół. Obok oficjalnego metra, istnieje jeszcze drugie, zamknięte, zwane obiektem „D-6”. Jest to sieć bunkrów i korytarzy łączących podobno Kreml z rządowymi daczami i gmachami. Jak dotąd, nie trafił tam nikt niepowołany. Obiekt pozostaje w całkowitej dyspozycji służb specjalnych i wojska.

– Z jaką prędkością jedzie średnio pociąg metra? – pytam, patrząc, jak Iskander gwałtownie hamuje, bo zbliżamy się do pierwszej stacji, „Komsomolskaja”.

– Na tej trasie sześćdziesiąt kilometrów na godzinę – odpowiada i zatrzymuje się równiutko na wyznaczonej linii. W składzie pociągu jest osiem wagonów. Wypełniają cały peron.

Na pierwszy rzut oka „Komsomolskaja” przypomina starożytną budowlę z kolumnami. Dwadzieścia trzy filary wyłożone różowym marmurem stoją wzdłuż torów po obu stronach stacji. Każdy słup wieńczy głowica z brązu. Na niej inicjały komunistycznej międzynarodówki młodzieży. Pasażerowie biegnący do pociągu między kolumnami wyglądają, jakby pokonywali bramki slalomu. Łatwo nie mają. Podłoga wyłożona granitem jest śliska. Zwłaszcza zimą, kiedy z butów ścieka śnieg. Na końcu stacji mieści się przejście na linię okrężną. Ścianę łącznika pokrywa ogromna kolorowa mozaika. Przedstawia młodych budowniczych metra. Z taczkami, kilofami, młotami. Stacja „Komsomolskaja” kolcewaja, czyli okrężna, powstała później niż ta na czerwonej linii, bo w 1952 roku. Jest głębsza i jeszcze bardziej okazała. Wygląda jak pałac. Z kandelabrami, stiukami, arkadami, marmurem i ornamentami z cennych gatunków kamienia. Każda mozaika przedstawia innego bohatera. Wśród nich jest książę Aleksander Newski na koniu, Lenin przemawiający do tłumu i bolszewik z czerwonym sztandarem. Do 1963 roku na jednym z portretów był też Stalin.

– Ostrożnie, drzwi się zamykają – zapowiada męski głos. Jest aksamitny, przyjemny.

Mężczyzna czyta komunikaty na wszystkich stacjach w stronę centrum. Odwrotny kierunek obsługuje głos kobiecy. Takie zróżnicowanie to wskazówka dla osób niewidomych.

– Czy masz podgląd na to, co się dzieje w wagonach? – pytam Iskandera, kiedy ruszamy.

– Nie, ale czerwone lampki włączają mi się na pulpicie, jak są niedomknięte drzwi – tłumaczy i dodaje, że w czasie największego nasilenia ruchu zdarza się to często.

Wiem coś o tym. Sama nieraz wpychałam się do wagonu na siłę. W Moskwie wszyscy się spieszą. Tymczasem w godzinach szczytu metro kursuje co półtorej minuty. To absolutny rekord światowy.

– Zero zero czterdzieści RSLM – mówi sam do siebie Iskander, kiedy wjeżdżamy do tunelu.

Patrzę na niego z takim zdziwieniem, że od razu zaczyna mi tłumaczyć:

– Powtarzam parametry trasy. To jest system samokontroli.

Chodzi o to, że jazda w tunelu między stacjami jest nużąca. Zwłaszcza po kilku godzinach pracy. Dlatego maszynista ma obowiązek odczytywania wskaźników na głos.

– Możesz pokazać, jak wygląda tunel, kiedy nie palą się reflektory? – pytam nieśmiało.

Iskander przekręca gałkę na pulpicie. Wpadamy w czeluść. Nad nami dziesięć pięter ziemi. I żadnych wyjść awaryjnych. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jaką grozę musieli przeżyć pasażerowie pociągów, które na przykład z powodu usterek utknęły między stacjami. A zdarzyło się to już wiele razy. Nie mówiąc o zamachach terrorystycznych. W 2004 i w 2010 roku bomby podłożone w wagonach wybuchały w czasie jazdy.

– Stacja „Krasnyje Worota” – informuje lektor. – Szanowni pasażerowie, przy wyjściu z pociągu nie zapomnijcie zabrać swoich rzeczy – tę rutynową formułkę zna na pamięć każdy, kto podróżuje moskiewskim metrem.

– Co z tego, skoro nie ma dnia, żeby ktoś czegoś nie zostawił – śmieje się Iskander.

Wśród najbardziej niesamowitych zgub wymienia pracę doktorską i kota w worku. To jednak nic w porównaniu z tym, co kilka lat później zostawi pewien roztargniony pasażer na stacji „Kurskaja”. Bo będzie to... zestaw killera. W 2008 sprzątaczka znajdzie na peronie torbę z dwoma pistoletami wyposażonymi w tłumiki, ręcznie składany rewolwer i dwa noże.

Na stacji „Krasnyje Worota” wsiada niewielu pasażerów, bo nie ma tu żadnych przesiadek. Poza tym jest dopiero wczesne popołudnie. Tylko o tej porze w całej krasie widać tu oryginalną posadzkę. Tworzą ją szaro-czarne płyty z marmuru ułożone w gigantyczną szachownicę. Aż żal po niej chodzić. Przez jakiś czas stacja nazywała się „Lermontowskaja”. Na cześć rosyjskiego pisarza. Do starej nazwy wróciła pod koniec lat osiemdziesiątych. Od tamtego czasu zmieniono nazwy ponad dwudziestu stacji zbudowanych w czasach Związku Radzieckiego. W tym nasz następny przystanek, czyli „Czistyje Prudy”.

– Ta stacja nosiła kiedyś imię Kirowa, bolszewickiego działacza – mówi mi Iskander.

I bez niego to wiem. Popiersie Kirowa stoi na peronie do tej pory.

– Znasz historię metra? – pytam młodego chłopaka, który wsiadł na tej stacji.

– Mniej więcej – odpowiada szczerze.

W chwili rozpadu Związku Radzieckiego miał siedem lat.

– Z tamtego okresu pamiętam czerwone, żółte i zielone automaty do rozmieniania monet, bo metro kosztowało wtedy pięć kopiejek – mówi z uśmiechem.

Dobrze pamięta. Ceny biletów nie zmieniały się przez ponad trzydzieści lat. Pięć kopiejek kosztował przejazd za czasów Chruszczowa, Breżniewa, Czernienki, Andropowa i Gorbaczowa. Podwyżka została wprowadzona w 1991 roku. Od tego czasu było już ich kilka. Dziś za metro w Moskwie płaci się mniej więcej tyle, ile w Polsce.

– Gdzie się pchasz? – Iskander strofuje pijanego pasażera, który szarpie drzwi do kabiny.

Kiedyś każdy mógł je otworzyć, by na przykład zapytać o coś maszynistę. Teraz, w związku z groźbą zamachów terrorystycznych jest to surowo zakazane.

– Z pijanymi są same problemy. Bo albo spadnie na tory, albo rozbije butelkę z piwem – żali się Iskander. – Spróbowałby taki awanturować się w czasach radzieckich – dodaje cynicznie.

Skojarzenie z surowymi czasami przeszłości nasuwa się Iskanderowi nieprzypadkowo. Jedziemy na stację „Łubianka”. Tuż nad nią mieści się najmroczniejszy budynek w Moskwie. To siedziba bezpieki i miejsce tortur tysięcy ofiar. Gmach do tej pory budzi grozę.

– Ludzie mówią, że metro budowali więźniowie łagrów, ale według oficjalnej wersji robili to komsomolcy i profesjonalni górnicy – zauważa Iskander.

Słychać telefon. To moja komórka. Dzwoni znajomy z Warszawy. Słyszymy się tak dobrze, że kiedy mówię, gdzie jestem, odpowiada: „Nie żartuj sobie ze mnie. Jak można mieć zasięg trzydzieści kilka metrów pod ziemią i to w czasie jazdy”. O tym, że jestem w kabinie maszynisty nawet nie wspominam. I tak by nie uwierzył.

– Na tej stacji jest zawsze tłoczno, bo leży w sercu Moskwy, tuż przy Kremlu – mówi Iskander, kiedy wjeżdżamy na „Ochotnyj Riad”.

To wielkie centrum przesiadkowe. Nie wychodząc na zewnątrz można stąd przejść na „Plac Rewolucji”. To moja ulubiona stacja. Socrealistyczna do bólu. Wygląda jak galeria. W półkolistych wnękach po obu stronach peronu jest aż siedemdziesiąt sześć rzeźb naturalnej wielkości. Wszystkie z brązu, solidne, patetyczne. Każda przedstawia jakieś wcielenie człowieka radzieckiego. Jest kołchoźnica z kurą, studentka z książką, kombajnista, piłkarz, inżynier, robotnik z młotem, są rodzice z dziećmi i rewolucjoniści z bronią. Z pistoletami, karabinami i granatami. Z wyjątkiem dzieci, wszystkie figury przedstawione są w pozycji siedzącej lub klęczącej. Inaczej nie zmieściłyby się w półokrągłych ściennych wnękach. Moskwianie mają swoją ich interpretację: To przecież obraz społeczeństwa radzieckiego – mówią ironicznie – i właśnie dlatego wszyscy albo siedzą, albo klęczą. Najbardziej rzuca się w oczy rzeźba pogranicznika z wilczurem. Pies ma tak wytarty pysk, że błyszczy z daleka. Wszystko przez przesądy. Fama niesie, że pogłaskanie tego wilczura przynosi szczęście. Kiedyś robiłam o tym materiał do „Wiadomości” TVP. W ciągu minuty nagrałam ujęcia kilkunastu osób, które potarły łeb psa. Wszystkie zapewniały mnie, że to działa. Spróbowałam. Może coś w tym jest...

– Co się dzieje? – pytam przestraszona, kiedy nagle stajemy między stacjami w tunelu.

– Komputer nas wstrzymał, bo jechałem za szybko – uspokaja mnie Iskander. – To już nie te czasy, kiedy jeden pociąg mógł najechać na drugi, jak w 1994 roku – dodaje.

Awaria wydarzyła się w godzinach szczytu. To cud, że nikt nie zginął. Maszynista, który spowodował wypadek, nie zauważył, że przed nim jedzie inny pociąg, bo wyjeżdżał zza zakrętu.

Kiedy docieramy na kolejną stację, Iskander uchyla na moment drzwi.

– „Biblioteka imienia Lenina” to ulubione miejsce spotkań młodzieży. Czasem tu grają na gitarach – mówi.

Dzień wcześniej sfilmowałam na tej stacji grupę punków.

– Zimą zbieramy się w metrze, bo tu jest ciepło – tłumaczyła mi nastolatka z jaskrawym makijażem.

– Ale milicja ciągle nas stąd przepędza – wtórował jej chłopak, bez skrępowania obściskujący dziewczynę.

– My nie cierpimy rozkazów i polityki. Dla polityków nie ma tutaj miejsca. Niech się lepiej bujają z Moskwy i z Rosji! – krzyczała do kamery zadziorna szatynka.

Jej słowa rozbawiły inwalidę bez nóg, który w metrze gra na akordeonie, dobrze go zapamiętałam, bo zamiast wózka inwalidzkiego miał podpórkę na czterech kółkach. Zrobił ją z siedzenia starego krzesła. Grał poloneza Ogińskiego. Muzyka najwyraźniej podobała się przechodzącym, bo co chwila ktoś rzucał monetę do pudełka, które postawił obok.

– Renta nie wystarcza mi na lekarstwa – tłumaczył się zawstydzony, kiedy zaczęliśmy go filmować.

– Musi pan płacić milicjantom, żeby pana stąd nie przeganiali?

– Co za pytanie? Jak im nie odpalę, to nie pogram...

Nie ma jednej Rosji

Grał poloneza Ogińskiego.

Po kilkunastu minutach od wyjazdu z depo przejeżdżamy dwie ostatnie stacje, które weszły w skład odcinka otwartego przez Stalina w 1935 roku: „Kropotkinskaja” i „Park Kultury”. Kolejnych siedem powstało już po II wojnie światowej i są one dużo mniej wystawne. Iskander popisuje się znajomością historii.

– Kiedy w 1941 roku Niemcy zaatakowali Związek Radziecki, metro przerobiono na schrony. Na stacjach można było kupić mleko i chleb. Były też specjalne „fontanny” z wodą pitną. No i działały punkty medyczne – podkreśla z dumą.

Dodaje też, że podczas nalotów w schronach metra przyszło na świat stu pięćdziesięciu nowych obywateli Moskwy. Ciekawe, czy mają bezpłatne bilety...

– Zaraz wjedziemy na stację końcową – mówi Iskander. – Będziemy musieli szybko przejść na drugi koniec peronu. Tam odbiorę pociąg ustawiony na torze powrotnym.

Mamy na to trzy minuty. Bez zbędnych słów wybiegamy na peron. Przeciskamy się między ludźmi. Pokonujemy slalomem trasę długości ponad stu sześćdziesięciu metrów. Operator ledwo za nami nadąża, ale dzielnie wszystko filmuje. Nowy zestaw pociągu już stoi. Iskander podbija kartę w specjalnym kasowniku. Błyskawicznie wskakuje do kabiny, zrzuca kurtkę, poprawia lusterko i włącza magnetofon. – Ostrożnie, drzwi się zamykają – rozlega się spokojny męski głos. Uff, zdążyliśmy. W ciągu dyżuru Iskander wykonuje dziesięć kursów od pierwszej do ostatniej stacji.

– Przepraszam za pytanie – zagajam, kiedy już opadły emocje. – A co się dzieje, jeśli maszynista zechce do toalety? Bo nigdzie tu nie widziałam WC.

Iskander wstydliwie spuszcza oczy.

– No właśnie. To jest jeden z naszych bolesnych problemów. Musisz wytrzymać, bo za nic nie wolno ci wyjść z pociągu.

Na szczęście jest przerwa. Po czterech godzinach pracy Iskandera zastępuje kolega. Mamy dwadzieścia minut. Wychodzimy na zewnątrz coś zjeść.

Obok wejścia do metra stoi kilka siermiężnych kiosków. Przez zaparowane szyby widać, że jeden jest z kwiatami, drugi z gazetami, trzeci z hot dogami, kolejne z kurczakami z grilla i z pieczonymi kartoflami. Iskander wybiera ten ostatni.

– To moja ulubiona restauracja – żartuje.

Mimo mrozu przed budką stoi kolejka. Ekspedientka w grubej kurtce podaje nam plastikowe tacki z ziemniakami w folii. Dodaje masło i gęstą śmietanę. Pachnie wybornie, ale jak tu jeść na mrozie? Zdrętwiałymi rękami stawiamy nasz obiad na przymocowanym do ziemi stoliku. Obok nas dwaj mężczyźni popiją piwo prosto z butelek. I dyskutują na cały głos. Oczywiście o polityce. Ich zdaniem, wszyscy parlamentarzyści to złodzieje, bo piją drinki w najdroższych knajpach. Wiatr sypie mi śnieg w oczy. Plastikowy widelec złamał się na skamieniałym kartoflu.

– Wracajmy – mówię błagalnie.

Iskander zerka na przenośną niebieską budką WC. Z dachu toalety zwisają sople. Przez chwilę waha się, czy wejść do środka. W końcu zrezygnowany macha ręką.

– Idziemy!

W metrze jest przyjemnie o każdej porze roku, bo latem można się tu ochłodzić, a zimą ogrzać. Średnia temperatura wynosi mniej więcej dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Dlatego jest to ulubione miejsce bezdomnych i żebraków. W przedsionku stacji koczuje kilku włóczęgów. Rozłożyli się na kartonach. Mają sinoczerwone twarze. Ludzie omijają ich z nieukrywanym obrzydzeniem, bo potwornie cuchną moczem i bimbrem. Nikt nie ma jednak sumienia, by ich przegonić na mróz. Według szacunków, w Moskwie jest co najmniej dwadzieścia tysięcy bezdomnych.

Iskander wraca do pociągu. Zaczynają się godziny szczytu. Moskiewskie metro przewozi nawet dziewięć milionów pasażerów dziennie. To jak cała Austria lub dwie Danie. Tłok jest nie tylko w wagonach, ale i na ruchomych schodach. Dyżurna co chwila kogoś strofuje przez megafon: „Chłopczyk w białej kurtce niech przestanie potrącać lampy!” – „Mężczyzna w żółtej czapce, proszę stanąć z prawej strony i przepuścić schodzących!”. Jej komunikaty natychmiast skutkują. Musi być porządek, bo schody są strome i w większości wysokie. Jak ktoś jedzie pierwszy raz, to może bać się spojrzeć w dół. Czasami nie widać nawet końca. Najdłuższe schody znajdują się na stacji „Park Pobiedy”. Pasażerowie zjeżdżają nimi na głębokość ponad sześćdziesięciu metrów. To tyle, ile mierzy dwudziestokondygnacyjny budynek. Potem przechodzą jeszcze na kolejne schody. Bo to najgłębsza stacja w Moskwie. Prawie trzydzieści pięter w dół.

– Proszę nie blokować drzwi!

Tym razem to Iskander zwraca komuś uwagę przez megafon. Przed wejściem do wagonu przepycha się kilku podrostków. Nikt nie zamierza ustąpić. Iskander zawiadamia dyspozytora. W ciągu minuty na peronie pojawia się milicjant. Możemy jechać dalej. Żeby nie wypaść z grafiku, musimy jednak przyspieszyć. Na przejazd z jednego krańca miasta na drugi mamy niespełna godzinę.

– Będziemy według planu – zapewnia Iskander.

Tymczasem na górze niemal cała Moskwa stoi w gigantycznym korku. Sparaliżowane są nawet te ulice, które mają po kilkanaście pasów. Tylko dygnitarze i krezusi jadą, bo mają limuzyny z kogutami i wszyscy muszą im ustępować.

– Na rosyjskich drogach jest jak w całym państwie. Są uprzywilejowane elity i ludzie drugiej kategorii – twierdzi mój znajomy, który społecznie walczy z despotyzmem VIP-ów.

Coś w tym jest. Kiedy byłam korespondentką w Moskwie i ciągle musiałam przepuszczać prominenckie samochody na sygnale, wyraźnie czułam, że są równi i równiejsi.

– Wychodzimy!

Dyżurna w czerwonym berecie szarpie mężczyznę, który zasnął na siedzeniu w wagonie. Jest grubo po północy i lada moment metro przestanie działać.

– Ten pociąg dalej nie jedzie! – krzyczy mu prosto do ucha.

Pasażer nie reaguje. Kobieta wyciąga gwizdek i dmucha z całych sił. Świst jest przeraźliwy, ale pijany ani drgnie.

– Pobudka! To jest stacja końcowa!

Dyżurna traci cierpliwość. Na pomoc przychodzi milicjant. Mocnym chwytem łapie delikwenta za kurtkę.

– Trzeba było powiedzieć, że mam wstać – mówi mężczyzna i potulnie wychodzi z wagonu.

W nocy na terenie metra może przebywać tylko i wyłącznie personel. Do tuneli wchodzą brygady remontowe, a na peronach pojawia się desant sprzątaczy. W ruch idą miotły i maszyny czyszczące. Z podziemnych stacji każdego dnia usuwa się blisko dwie tony piachu.

Iskander zjeżdża do zajezdni jako jeden z ostatnich. Zanim pójdzie do domu, musi jeszcze odłączyć wagony od prądu i sprawdzić cały zestaw. Pusty i ciemny pociąg wygląda bardzo tajemniczo. Jak całe podziemia Moskwy.

– Wszystkich sekretów metra nigdy nie poznamy – mówi Iskander i zapala papierosa.

Wreszcie może się rozluźnić. W głębokich tunelach pod tonami ziemi cały czas podświadomie czuje się niepokój.

– Co by się stało gdyby nagle przestało działać metro?

Moje pytanie wywołuje na twarzy Iskandera uśmiech.

– Zostałbym bez pracy. I to nie tylko ja, bo podziemna kolej w Moskwie zatrudnia ponad trzydzieści tysięcy osób.

Kiedy to mówi, uzmysławiam sobie, że to tyle, ile liczy średniej wielkości polskie miasteczko.

– Ale nasze metro nie może zostać zamknięte – dodaje Iskander poważnie. – Bo dla Moskwy to byłaby śmierć.

Kiriłł – fotograf nocnej Moskwy

Nie ma jednej Rosji

Fot. Bartłomiej Kłębowski



– Trzecia w nocy, a na ulicy korek! W tym mieście nie da się już jeździć – dziewiętnastoletni Kiriłł nerwowo stuka palcami o kierownicę.

Stoimy na jednej z głównych ulic Moskwy. Przed nami co najmniej kilkadziesiąt samochodów. Zdenerwowani kierowcy trąbią bez opamiętania. Jest tak głośno i tłoczono, że aż trudno uwierzyć, iż to środek nocy.

– Moskwa nigdy nie śpi – stwierdza Kiriłł.

Wie, co mówi, bo pracuje jako fotograf w nocnych klubach. W rosyjskiej stolicy jest ich ponad dziewięćset. Do tego dochodzą jeszcze tysiące restauracji i barów. Prawie wszystkie pełne. Miasto tętni życiem przez 24 godziny na dobę. W Moskwie o każdej porze można zrobić zakupy, wybielić zęby, popływać w basenie, oddać palto do pralni, ostrzyc się, zrobić przegląd techniczny samochodu... A wszystko przez to, że mieszkańcy tej kilkunastomilionowej metropolii coraz dłużej pracują i coraz więcej czasu tracą na dojazdy. Na życie prywatne i rozrywki zostaje im więc często tylko noc. Kiedy przez pięć lat byłam korespondentką TVP w Moskwie, sama załatwiałam mnóstwo spraw po północy – robiłam manicure, cykałam zdjęcia do akredytacji, nagrywałam sondy uliczne. Mieszkańcy rosyjskiej stolicy żartują, że jak ktoś śpi tu dłużej niż pięć godzin, to znaczy, że jest chory.

Październikowa sobota. Pół do jedenastej wieczorem. W centrum rosyjskiej stolicy jest niemal tak widno jak w dzień. Świecą lampy na ulicach, na fasadach domów i na mostach migoczą jaskrawe neony, jarzą się wielkie elektroniczne tablice reklamowe, fosforyzujące zegary i rubinowe gwiazdy na Kremlu. Lubię tę feerię świateł i barw nocnej Moskwy. Podobno jest tu dwa razy więcej latarni niż w Londynie.

Na spotkanie z Kiriłłem umówiliśmy się u niego w domu. Będziemy go filmować przez całą noc. Chłopak mieszka z rodzicami, którzy dziś wyjechali na działkę. O tej porze roku to dość dziwne. Chyba wystraszyli się kamery.

– Nie mamy wiele czasu – mówi Kiriłł, otwierając nam drzwi.

Jest dobrze ubrany. Markowe dżinsy, bluza w marynarskie paski, modne duże okulary. Poza tym ładnie pachnie i ma ułożone na szczotkę włosy. W moskiewskich klubach trzeba być na fali.

– Proponuję szybką kawę – zaprasza.

Mieszkanie wygląda przyzwoicie, ale jest ciasne. To typowa „chruszczowka” – z małą kuchnią i dwoma pokojami przerobionymi na trzy. Bo Kiriłł ma jeszcze młodsze rodzeństwo: bliźniaki.

Na co dzień chłopak studiuje na trzecim roku biologii. Jako fotograf pracuje głównie w weekendy, ale w tygodniu też mu się to zdarza. I to wcale nierzadko.

– Łapię każdą okazję, bo chcę pomóc rodzicom – tłumaczy, robiąc kawę z ekspresu.

Automat stoi na oknie w dużym pokoju, bo w kuchni jest za mało miejsca.

– Moi rodzice zajmują się drobnym biznesem, ale w tej chwili mają jakieś problemy – wyjaśnia.

Kiriłł twierdzi, że może zarobić nawet trzy tysiące dolarów miesięcznie. Tyle tylko, że Moskwa jest jednym z najdroższych miast świata. Koszty życia są tu o jakieś dwadzieścia procent wyższe niż na przykład w Nowym Jorku. Jak ktoś chce się dobrze ubrać i zabawić, musi mieć co najmniej kilka tysięcy dolarów.

Kwadrans przed jedenastą wychodzimy z domu. Kiriłł ma dziś robić zdjęcia w trzech klubach. Pojedziemy jego samochodem, bo metro czynne jest tylko do pierwszej w nocy. Ma kilkuletnie BMW, które kupił za własne pieniądze. Nieźle...

– Barbaro, à propos, zawsze wożę dysk z utworem o nocnej Moskwie.

Kiriłł odpala samochód i włącza płytę. Jest to hit znanego rosyjskiego DJ-a Smasha. Utwór od lat robi furorę w tutejszych klubach. „Moscow never sleeps”, śpiewa wykonawca, a kobiecy głos wtóruje mu po rosyjsku: „Kocham cię, Moskwo”. Elektroniczna wartka muzyka świetnie nadaje się do jazdy. I doskonale pasuje do tętniącej życiem metropolii.

Wyjeżdżamy na Sadowoje Kolco, czyli obwodnicę otaczającą centrum. W najszerszym miejscu ulica ma osiemnaście pasów. I na wszystkich jest ruch. Mijamy tunele, stalinowskie pałace, kilkudziesięciopiętrowe drapacze chmur tzw. city, wejścia do stacji metra. Wszędzie krzątanina. Przy gmachu Uniwersytetu im. Łomonosowa zbierają się pasjonaci szybkiej jazdy. To uczestnicy nielegalnych wyścigów samochodowych. Policja stale ich gania, ale nie na wiele się to zdaje. Przy podziemnych przejściach młodzież popija piwo (choć prawo zabrania spożywania alkoholu na ulicy). Przy kantorze wymiany walut tłoczy się w kolejce grupka zagranicznych turystów.

– Czy wiesz, że jeszcze całkiem nie tak dawno Moskwa była w nocy pusta? – pytam Kiriłła, który urodził się już po rozpadzie Związku Radzieckiego.

Chłopak patrzy na mnie szczerze zdziwiony wielkimi oczyma:

– Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić – odpowiada.

Podjeżdżamy pod klub, który mieści się kilkaset metrów od Kremla, nad brzegiem rzeki Moskwy. Wzdłuż budynku stoją już dziesiątki samochodów. Im bliżej wejścia, tym lepsze i bardziej luksusowe: bentleye, maserati, dżipy lexusy. W wielu z nich siedzą kierowcy. Będą tak czekać na swoich pracodawców do rana.

– Ten klub cieszy się dużą popularnością, bo często odwiedzają go bardzo bogaci ludzie – tłumaczy Kiriłł, jakby trudno się było tego domyślić.

Parkingowi w odblaskowych kamizelkach przeganiają nas w boczną uliczkę. Stare BMW nie pasuje do luksusowych limuzyn, chociaż wszyscy płacą za miejsce tyle samo. I to niemało, bo aż 1000 rubli, czyli prawie sto złotych.

Nie ma jednej Rosji

Kilkudziesięciopiętrowe drapacze chmur tzw. city.


Fot. Bartłomiej Kłębowski

Klub, nomen omen, nazywa się... „Raj”. Przed wejściem stoi tłum młodych ludzi. Głównie dziewcząt.

– Nie jest tajemnicą, że wiele z nich przychodzi tu, by poznać bogatego faceta – Kiriłł ostentacyjnie lustruje wygląd klubowiczek.

Na wejście mogą liczyć tylko te najładniejsze i najlepiej ubrane. Selekcji dokonują dwaj dobrze zbudowani, napakowani bramkarze. To oni decydują, która z dziewcząt dostanie tego wieczora szansę, by znaleźć się w pobliżu dzianych facetów. – Witalik! – woła z tłumu elegancka brunetka w futrze z lisa.

– Kochanie! – wtóruje jej szczuplutka blondynka w superwysokich szpilkach. Bramkarz jednak nie zwraca na nie uwagi. A może tylko udaje, żeby pokazać, jaki jest ważny? Do „Raju” trafia jedynie co druga chętna osoba...

Już od wejścia rzuca się w oczy scena, na której wiją się dwie seksowne tancerki. Są półnagie i od stóp do głów pokryte złotą farbą. „Raj” kusi klientów jak zakazany owoc. Ale bez grubego portfela albo hojnego sponsora nie ma tu czego szukać. Bo za jeden koktajl trzeba zapłacić kilkadziesiąt dolarów. A za rezerwację stolika wpłacić depozyt w wysokości nawet do dziesięciu tysięcy dolarów. Chociaż wnętrze, prawdę mówiąc, niczym specjalnym się nie wyróżnia.

Kiriłł od razu wyciąga aparat i przystępuje do pracy. Zdjęcia ukażą się potem w Internecie, w ramach reklamy klubu. Większość gości pozuje bardzo chętnie. Zazwyczaj w wyuzdanych pozach. Dziewczyny eksponują dekolty, chłopcy łapią je za pośladki. Są też pary homoseksualne. Równie bezpruderyjne. Dwóch przystojnych chłopaków w jednakowych dżinsach i koszulkach ustawia się do zdjęcia w czułym uścisku. Niewykluczone, że ośmiela ich marihuana, której charakterystyczny słodkawy zapach miesza się z aromatem drogich perfum.

– Nocne kluby w Moskwie to erotyka, seks i narkotyki – rzuca w biegu inny fotograf, Aleksiej Gorow. W „Raju” pracuje zwykle co najmniej kilku fotoreporterów, głównie z pism kolorowych.

– Jest pani stałą bywalczynią tego klubu? – pytam wyzywająco umalowaną samotną dziewczynę przed drzwiami toalety. To jedyne miejsce, gdzie można w miarę spokojnie rozmawiać, bo na sali wszystko zagłusza muzyka.

– Przychodzę tu już od trzech lat – odpowiada, wyraźnie wdzięcząc się do kamery. – W tym czasie nawiązałam mnóstwo znajomości, bo tutaj bawi się elita. Bramkarze wpuszczają tylko ludzi pewnych siebie. Pewność siebie jest najważniejsza.

Dziewczyna kokieteryjnie puszcza oko do operatora. Chyba na coś liczy. W Rosji ludzie mediów, zwłaszcza telewizji, zarabiają bardzo dobre pieniądze.

Kiedy o północy wychodzimy z klubu, kolejka przed wejściem jest jeszcze dłuższa. Bramkarz Witalik jeszcze wyżej zadziera nosa, a dziewczyny jeszcze mocniej go kokietują.

– Jaka była najbardziej nietypowa sprawa, którą załatwiłeś nocą? – pytam Kiriłła po drodze do samochodu.

– Kiedyś po północy wykupiłem w agencji turystycznej wycieczkę zagraniczną – odpowiada bez chwili namysłu. – I kilka godzin później wyleciałem na wakacje do Turcji.

Kiriłł nie pamięta czasów, kiedy wyjazd za granicę był dla ogromnej większości Rosjan nierealnym marzeniem.

– Dużo państw odwiedziłeś?

– Nie. Tylko Indie, Turcję i Anglię.

W pierwszym momencie wydaje mi się, że chłopak popisuje się, mówiąc: „tylko”, Kiriłł jest jednak szczery. Młodzież z jego moskiewskiego środowiska naprawdę sporo podróżuje po Europie.

– Uważasz, że Rosja jest w świecie szanowana?

– Przez jednych tak, a przez innych nie – mówi poważnym głosem. – Ale w ostatnim czasie stajemy się coraz bardziej znaczącym graczem na arenie międzynarodowej. Jak to się u nas mówi, kogo się boją, tego szanują – dodaje.

Po drodze do samochodu mijamy księgarnię. I to czynną, chociaż właśnie minęła północ. Kiriłł daje się namówić, by na chwilę zajrzeć. W środku jest kilkanaście osób w różnym wieku. Podchodzę do starszego siwego mężczyzny w okularach.

– Dlaczego pan przyszedł do księgarni nocą? – przerywam mu kartkowanie książki.

– Bo o tej porze łatwiej zaparkować niż w dzień – odpowiada lekko zażenowany obecnością kamery.

Menedżerka księgarni, Natalia Czuprowa, twierdzi, że po północy przychodzą najlepsi klienci.

– W ciągu dnia na sto osób średnio pięćdziesiąt wychodzi od nas z zakupami, a nocą aż dziewięćdziesiąt – uzasadnia.

Po zmierzchu zdarzają się też bardzo nietypowi klienci.

– Kiedyś obok naszego sklepu przejeżdżał arabski emir, który był w Moskwie z wizytą biznesową – wspomina Natalia. – Jak zobaczył, że księgarnia jest otwarta, to wszedł tu z całą świtą. Zainteresował go dział sztuki. Kupił kilka albumów. W dowód uznania wyjątkowo pozwoliliśmy mu przysiąść i wypalić cygaro.

Menedżerka wskazuje na krzesło, gdzie siedzi młody mężczyzna z książką. Jak się okazuje, to stały klient.

– Jestem śledczym w milicji kryminalnej i bardzo często pracuję nocą. Właśnie idę na dyżur – wyjaśnia, stając w kolejce do kasy za dwiema dobrze ubranymi dziewczynami.

– Skoro pan pracuje w milicji, proszę powiedzieć, czy w Moskwie nocą jest bezpiecznie? – pytam śledczego.

Mężczyzna znacząco kiwa głową:

– Względnie, jak w każdej metropolii...

Przerywam rozmowę, bo Kiriłł się niecierpliwi. Przed pierwszą musi dotrzeć do drugiego klubu, a po drodze chce jeszcze wstąpić do fryzjera i zapisać się na strzyżenie. Zaplanował to specjalnie dla mnie, żebym mogła sfilmować całodobowy salon. Na szczęście zakład jest niedaleko. Nazywa się „Mój Paryż” i wygląda światowo. Marmury, nowoczesne konsole, wielkie lustra. Mimo późnej pory salon pracuje pełną parą. Trzy fryzjerki uwijają się jak w ukropie. Jest nawet kolejka. Na skórzanej kanapie w holu siedzą dwie dziewczyny i młody mężczyzna. Piją zieloną herbatę w porcelanowych filiżankach. Zadbana recepcjonistka wita nas uprzejmym uśmiechem. Kiriłł zapisuje się na wtorek na drugą w nocy.

– Co za klienci przychodzą tu nocą? – pytam recepcjonistkę.

– To bardzo zajęci ludzie, którzy nie mają dla siebie czasu w dzień – odpowiada, uśmiechając się do mężczyzny na kanapie.

Większość nocnych klientów to osoby, które nie przekroczyły trzydziestego piątego roku życia, z wyższym wykształceniem i zarobkami powyżej średniej. Bo w nocy usługi są średnio o dwadzieścia procent droższe. Zdarzają się też bardzo bogaci klienci.

– Jakiś czas temu wśród tzw. nowych Rosjan panowała moda na udawanie dla zabawy kogoś innego, niż się jest, na przykład ludzi biednych – opowiada recepcjonistka. – I oto kiedyś nocą przyszedł do nas taki właśnie klient. Zrobiliśmy wszystko, o co prosił: strzyżenie i manicure. A kiedy przyszło do zapłaty, powiedział, że nie ma pieniędzy. Nic nie mogliśmy poradzić i pozwoliliśmy mu odejść. Pół godziny później wrócił i okazało się, że to był przebrany krezus. Uregulował rachunek i zostawił nam duże napiwki...

W 2011 roku w Rosji było ponad siedemdziesięciu miliarderów. To więcej niż w Nowym Jorku. I sto tysięcy milionerów. To oni nadają ton metropolii. Ale nawet noc nie zaciera kontrastów, które są znakiem czasu Moskwy.

Kilkadziesiąt metrów od fryzjera, pod migoczącą tablicą reklamową, kilkuletni chłopiec gra na harmonii słynną Katiuszę. Robi to nieporadnie, przez co wzbudza jeszcze większą litość. Trudno powiedzieć, ile liczy sobie lat, bo siedzi skulony na składanym stołeczku i jest cały okutany. Spod czapki i kaptura widać tylko wielkie czarne oczy. Pod nogami chłopca leży pudełko na pieniądze i ikona Matki Boskiej. Solidna, w ramce. Od czasu do czasu przechodnie rzucają mu parę rubli, ale widok żebrzącego dziecka w środku nocy nie robi na nikim większego wrażenia.

– Nie boisz się tak sam grać nocą? – pytam malucha, który z ogromną ciekawością przygląda się kamerze.

– Ale ładny aparat do filmowania – chłopiec z zachwytu aż otwiera usta.

– Skąd jesteś? – zadaję kolejne pytanie.

– Z Mołdawii – odpowiada, nie spuszczając wzroku z kamery.

– Dobrze mówisz po rosyjsku – chwalę go.

– Mama mnie nauczyła – mówi z dumą.

– A gdzie jest mama?

– Zaraz przyjedzie. Poszła tylko do McDonaldsa po hamburgera, bo zimno.

Według szacunków w Moskwie jest co najmniej dwa miliony imigrantów, głównie z Kaukazu i byłych republik radzieckich. Bo ekskluzywne samochody, eleganckie restauracje i bogate sklepy przyciągają jak magnes i rozbudzają apetyty. Tyle tylko, że tu można się szybko dorobić i równie szybko spaść na dno. Co dziesiąty imigrant nie wytrzymuje tempa życia metropolii i kończy na ulicy.

– Gdzie to pokażą? – zaczepia mnie sprzątacz o azjatyckiej twarzy i uzbeckim albo kazachskim akcencie.

– W Polsce – odpowiadam.

– Pokażą nas w Polsce! – krzyczy mężczyzna do grupy swoich ziomków i cieszy się jak dziecko.

Tuż przed pierwszą docieramy do kolejnego klubu – „Gallery”. Jest znacznie skromniejszy i mniejszy niż „Raj”, ale tak samo przepełniony. Może nawet bardziej. O tej porze życie klubowe w Moskwie nabiera tempa. Kiriłł z trudem przeciska się przez tłum, torując nam drogę. Gdyby nie on, nikt by nas tu z kamerą nie wpuścił. Na widok operatora dziewczyna z wysoko upiętym kokiem odruchowo chowa za siebie litrowego szampana. Chwilę wcześniej wypiła duszkiem co najmniej ćwierć butelki.

– Co za ekstrawagancja – walę prosto z mostu.

– Ja rzadko piję, ale jak już, to tak, że tracę kontrolę – tłumaczy się dziewczyna.

W moskiewskich klubach – jak to po alkoholu – różne rzeczy się zdarzają. Dlatego rozdawane są tam ulotki z reklamami całodobowych usług adwokackich. Tak na wszelki wypadek. Dyżurujący w nocy prawnicy zapewniają, że w razie potrzeby dojadą w ciągu trzydziestu minut. To bardzo dochodowy biznes.

– Jaka była najstraszniejsza rzecz, którą widziałeś w klubie? – pytam Kiriłla, który zdążył już zrobić kilkadziesiąt zdjęć.

– Śmierć z przedawkowania – mówi, spoglądając w stronę bladego chłopaka, nienaturalnie ożywionego i wesołego. – To był straszny widok. Człowiek leżał na podłodze i konał, a nikt nie zwracał na niego uwagi. Kiedy organizatorzy zorientowali się, co się stało, szybko usunęli zwłoki. Jak gdyby nigdy nic...

Kiriłł wraca do pracy, bo podpici goście coraz bardziej natarczywie domagają się zdjęć.

Zanim skończy, zdążymy sfilmować pobliską siłownię. Jest to fitness club „Planta” czynny 24 godziny na dobę. Mieści się w dwupiętrowej, świeżo wyremontowanej kamienicy. W klubie jest kilka sal, a w każdej – klienci. Wśród pań największą popularnością cieszą się bieżnie. Panowie ćwiczą głównie na atlasach pod okiem młodego instruktora Wiaczesława.

– Większość naszych nocnych klientów to ludzie biznesu i show-biznesu, którzy muszą dobrze wyglądać – mówi trener.

Jego odpowiedź trochę mnie śmieszy, bo, jak wiadomo, nic tak dobrze nie wpływa na wygląd jak sen. Kiedy zwracam mu na to uwagę, od razu zmienia temat.

– W tej chwili ćwiczy u nas gwiazda filmu i kulturystyki, Aleksander Newski. Chociaż minęła pierwsza w nocy – podkreśla.

Aktor maszeruje zamaszystym krokiem po bieżni. Jest wysoki, doskonale zbudowany. I ma hollywoodzki uśmiech. Nic dziwnego, Aleksander Newski od 1999 roku mieszka w Los Angeles. Zagrał tam w sześciu hollywoodzkich filmach sensacyjnych. Na widok kamery aktor pręży muskuły.

– Widzę, że słusznie nazywają pana rosyjskim Schwarzeneggerem – chwalę jego pięknie wyrzeźbione ciało.

Aktor puszy się jak paw i spogląda na drobniutką blondynkę, która ćwiczy na sąsiedniej bieżni. To Olga Sidorenko. Mistrzyni świata w tańcu towarzyskim w 2009 roku. Dziewczyna była partnerką Newskiego w rosyjskiej edycji tańca z gwiazdami. Turnieju, co prawda, nie wygrali, ale zostali parą. To z jej powodu Aleksander jest teraz częstym gościem w Moskwie.

– Nasza stolica to państwo w państwie. Tak samo jak Los Angeles i Nowy Jork to nie Ameryka – mówi, ani na chwilę nie przestając ćwiczyć. – A w Warszawie o której zamykają siłownie? – pyta, kiedy wyjaśniam mu, o czym robię reportaż.

Gdy odpowiadam, że zwykle o dziesiątej, góra jedenastej wieczorem, oczy robią mu się okrągłe ze zdziwienia.

– I nie ma ani jednej, która pracuje całodobowo? W takim razie przyjedziemy do Polski i otworzymy wam centrum odnowy, które będzie czynne całą dobę – śmieje się.

Na parterze klubu jest dwudziestopięciometrowy basen. Na brzegu stoi sztuczna palma. Ma kilkanaście metrów wysokości. Obok niej jacuzzi i wygodne leżanki. W basenie pływa kilka osób. Tuż przy nim zawsze dyżurują menedżerowie klubu. Na wypadek gdyby ktoś zechciał nocą wykupić kartę klubową. Roczny karnet kosztuje do czterech i pół tysiąca dolarów, czyli blisko czterysta miesięcznie.

– W naszych klubach można zajmować się bardzo różnymi rzeczami. Mamy na przykład breakdance i strip dance, czyli taniec erotyczny – mówi młoda menedżerka Anastazja.

Dziewczyna jest atrakcyjna, ale też znać, że to w każdym calu profesjonalistka.

– Moim zdaniem nauka strip dance może przydać się każdej kobiecie, żeby wiedziała, jak kusić mężczyzn na różne sposoby – dodaje bez zażenowania.

Rosja wciąż przeżywa spóźnioną rewolucję obyczajową i pachnie rozpustą. Jest to reakcja na lata zakazów, które w Związku Radzieckim obejmowały wiele dziedzin życia, w tym moralność i seks, było tematem tabu. Na głównej ulicy Moskwy w witrynach restauracji kuszą zmysłowym tańcem skąpo ubrane tancerki. W nocnych klubach strip-tease jest stałym punktem programu. A w telewizji młode dziewczyny bez skrępowania opowiadają o swoim życiu intymnym.

W latach dziewięćdziesiątych w centrum miasta kręciły się setki prostytutek. Dziś nie wolno im już wychodzić na ulice śródmieścia, ale okupują wszystkie trasy wylotowe. Na czatach stoi zwykle tylko burdelmama. Dziewczyny czekają w lesie lub w zaułkach. Ich sfilmowanie jest niemożliwe, bo ochrania je skorumpowana policja. Kiedyś robiłam reportaż o oficerze śledczym. Mój bohater zgodził się pokazać mi najbardziej kryminogenne miejsca Moskwy. Z wyjątkiem jednego – punktu, w którym zbierają się prostytutki. Bo jak powiedział, jeśli nakryliby nas z kamerą, to nawet on nie zdołałby zapewnić nam bezpieczeństwa. Ale widziałam takie miejsce. Kiedy samochód zjeżdża z trasy, przed reflektory wychodzi kilkadziesiąt dziewcząt, które ustawiają się w półkolu. Światła auta oślepiają je tak mocno, że nie widzą klienta. Mężczyzna wybiera prostytutkę jak na targu niewolników.

Nocna Moskwa ma ogromne podziemie. To świat sutenerów, handlarzy narkotyków, a także nielegalnych kasyn. Bo odkąd w 2009 roku w rosyjskiej stolicy zlikwidowano domy gry, hazard przeniósł się do zamkniętych lokali w prywatnych willach i apartamentach. Mroczne strony metropolii są jedną z atrakcji turystycznych. Pewna agencja organizuje nocą wycieczki autokarowe pod hasłem „Moskwa karczemna”. Za równowartość osiemdziesięciu kilku złotych przewodnik pokazuje turystom miejsca, gdzie przed bolszewicką rewolucją była ulica czerwonych latarni, najsłynniejsze karczmy, speluny i skupiska bandytów. Wycieczka trwa pięć godzin: od pierwszej do szóstej rano.

Kwadrans po drugiej spotykamy się z Kiriłłem nieopodal pięknie oświetlonej cerkwi Chrystusa Zbawiciela. Jej lśniące złotem, widoczne z daleka kopuły odbijają się w rzece. To największa prawosławna świątynia w Rosji. Może pomieścić aż dziesięć tysięcy wiernych. Wygląda zachwycająco, ale Kiriłł jakby w ogóle jej nie zauważał, bo całą uwagę skupia na jezdni. Wszystko przez to, że utknęliśmy w gigantycznym korku.

– Tak może być nawet przez całą noc – mówi rozdrażniony, bo przecież musi jeszcze dotrzeć do trzeciego klubu.

Nie ma jednej Rosji

W Moskwie można znaleźć kluby na każdy gust.


Fot. Bartłomiej Kłębowski

W kilkunastomilionowej Moskwie tworzy się osiemset zatorów dziennie. Ich łączna długość dochodzi nawet do dziewięciuset kilometrów. Kierowcy spędzają w nich średnio trzy godziny na dobę. I nie ma dnia bez bójek na drogach. Zdarzają się też strzelaniny. Najbardziej zuchwały kierowca ranił pieszego na... chodniku. Bo nie chciał go przepuścić, gdy próbował ominąć korek.

– Pytałaś, Barbaro, o moje najdziwniejsze zajęcia nocą...

Kiriłł najwyraźniej pogodził się już z sytuacją. Tym bardziej, że atmosfera na ulicy robi się wesoła. Z kilku samochodów wysiadła rozbawiona młodzież i slalomem między autami opuszcza pułapkę. Kiriłł też by chętnie tak zrobił, ale nie ma gdzie zostawić wozu.

– Otóż kiedyś, jak nie mogłem spać, to o drugiej poszedłem na lodowisko – mówi zupełnie spokojnie. – To niedaleko stąd – dodaje.

Ślizgawka mieści sie na terenie stadionu należącego do klubu wojskowego. Można na nią przyjść o dowolnej porze nocy. To wtedy niektórzy stawiają pierwsze kroki na łyżwach. Mężczyzna w średnim wieku kurczowo trzyma się bandy. Jak tylko próbuje ruszyć, od razu pada jak długi. Z daleka wygląda to trochę podejrzanie i menedżerka lodowiska, Lena, tak na wszelki wypadek, zapewnia nas, że w bufecie nie sprzedaje się alkoholu.

– W czasach radzieckich wszystko zamykano najpóźniej o jedenastej wieczorem. Nie tylko obiekty sportowe. Restauracje i inne lokale też. Nocą miasto zamierało – mówi. – A teraz samych całodobowych lodowisk jest z siedem albo i więcej. Ale nasze najlepsze, bo wśród instruktorów mamy mistrzów łyżwiarstwa – stwierdza stanowczo.

Oferta ślizgawki jest imponująca. Klienci mogą tu na przykład urządzać zabawy urodzinowe, a nawet wesela. Bezpośrednio na tafli.

O trzeciej nad ranem Kiriłł robi zdjęcia w trzecim klubie – „Noe”. Lokal ma dwie kondygnacje. Na dole mieści się bar, a na górze sala taneczna, do której prowadzą niezbyt szerokie schody. Jest tłum ludzi i tylko jedno wyjście. Kiedy to zauważam, przypomina mi się, jak w 2009 roku w jednym z klubów w Permie na Uralu wybuchł pożar. Zginęło wtedy ponad sto pięćdziesiąt osób. A wszystko przez to, że w lokalu były tylko jedne drzwi. Słabsi nie mieli żadnych szans. W Moskwie co roku zdarza się pożar w którymś z nocnych klubów. Głównie z powodu rażących naruszeń przepisów BHP.

Dzielę się swoimi refleksjami z Kiriłłem.

– U nas troska o życie ludzkie schodzi na drugi plan. Liczy się tylko biznes – wzdycha Kiriłł i biegnie dalej robić zdjęcia.

W sali jest duszno i gorąco. Atmosferę podgrzewa dodatkowo kilka tancerek w skąpych kostiumach. Występują na specjalnych podwyższeniach i na scenie. W Moskwie można znaleźć kluby na każdy gust. I to zarówno jeśli chodzi o muzykę czy wystrój, jak i o towarzystwo. Łączy je jedno: taniec erotyczny jako stały punkt programu.

– Wielu cudzoziemców przychodzi do moskiewskich klubów? – pytam Kiriłła.

– Odnoszę wrażenie, że prawie wszyscy młodzi zagraniczniacy, którzy przyjeżdżają do Moskwy, odwiedzają kluby – odpowiada, przysiadając na chwilę z filiżanką kawy. – Mam wielu znajomych z Zachodu. Wszyscy oni mówią, że nocna Moskwa jest super – podkreśla z satysfakcją. – Oczywiście, jak się ma kasę – dodaje po chwili...

O czwartej nad ranem Kiriłł robi ostatnie zdjęcie. Trzechsetne z kolei. Na jedną noc wystarczy. W szatni pokazuje mi ulotki, które leżą na ladzie: „Teraz możesz oglądać filmy nie wychodząc z samochodu. Jak w Ameryce. Zapraszamy do kina na parkingu. Z panoramicznym ekranem. Od dwudziestej drugiej do piątej rano!” – czytam na jednej z broszur.

Nad ranem Moskwa jest już przejezdna, ale nie śpi. Czynne są supermarkety, biura notarialne, pralnie. I całe miasto świeci. Jeden z kilkunastopiętrowych hoteli migocze neonami w biało-niebiesko-czerwonych kolorach flagi Rosji. Gigantyczny sztandar widać z odległości kilku kilometrów. Co pół minuty świetlna flaga zmienia się w godło Rosji, czyli dwugłowego orła. Złotego i potężnego.

– Jedna z amerykańskich gazet napisała, że nocną Moskwę nazywa się dziś drugim Nowym Jorkiem – mówi Kiriłł, kiedy żegnamy się pod jego domem. – Ale jeśli życie nocne będzie się tu dalej rozwijać tak burzliwie jak teraz, niedługo zdaniem gazety to Nowy Jork będzie mówił, że jest drugą Moskwą – dodaje.

– Wierzysz w to? – pytam Kiriłla.

– Dlaczego nie? U nas wszystko jest możliwe...

Wadim – myśliwy znad Bajkału

Nie ma jednej Rosji

Fot. Janusz Kowalski



– Barbaro, spróbuj wody z Bajkału – Wadim odkłada wiosła, wyciąga plastikowy kubeczek i napełnia go, wychylając się przez burtę łódki.

– Prosto z jeziora? – dziwię się.

Z przerażeniem patrzę przy tym, jak łódka przechyla się na bok. Do brzegu jest kilka kilometrów, a pod nami przeraźliwa otchłań. Wystarczy chwila nieuwagi i może być po nas.

– To jest najczystsza woda na świecie – odpowiada.

Szybko wraca na swoje miejsce. Oddycham z ulgą. Niestety przedwcześnie. Wadim patrzy w niebo i gwałtownie chwyta za wiosła.

– Musimy wracać, bo pogoda się zmienia – mówi poważnym głosem. – Jak nas złapie sztorm, to w tej łupinie nie mamy żadnych szans. U nas fale dochodzą nawet do sześciu metrów – dodaje.

Z całej siły zaciskam dłonie na burcie i zamykam oczy...

Bajkał to najgłębsze, najstarsze, najczystsze i najbardziej tajemnicze jezioro świata. Jego otchłań budzi lęk, bo ma ponad tysiąc sześćset metrów głębokości. I lodowatą wodę. Tak przezroczystą, że widać ową głębię. Nie widać za to przeciwległych brzegów. Bajkał mierzy aż sześćset trzydzieści sześć kilometrów długości, a jego szerokość dochodzi do osiemdziesięciu kilometrów. Dlatego mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go świętym morzem.

– Wiesz, że tu na brzegach są setki grobów? – Wadim pokazuje mi palcem kamienną płytę z fotografią młodego chłopaka. – To Kostek. Miał dwadzieścia osiem lat. Był rybakiem. Jego łódź wywrócił huragan. Za daleko wypłynął, bo był po kielichu – mówi szybko, krótkimi zdaniami.

– A tobie często zdarza się wypływać po alkoholu? – pytam prowokacyjnie.

– W życiu! – szczerze się obrusza. – Ja mam rodzinę, a Bajkał jest zdradliwy. I to nawet zimą, kiedy na pięć miesięcy zamarza.

Wadim wie o Bajkale wszystko, bo od urodzenia mieszka nad brzegiem jeziora. Jego wioska nazywa się Bolszoje Gołoustnoje. Leży w południowo-zachodniej części Przybajkala. Przez trzydzieści trzy lata życia Wadim nie widział tak naprawdę prawie nic innego. Najdalsze miasto, do jakiego dotarł, to Irkuck. Sto trzydzieści kilometrów od jego domu. Na wyjazdy szkoda mu czasu, bo musi utrzymać żonę i dwójkę dzieci. Jest rybakiem, myśliwym i leśniczym w syberyjskiej tajdze. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, od razu poczułam, że to świetny bohater reportażu. Pewny siebie, dowcipny, trochę bezczelny. Na dodatek z typową dla Przybajkala buriacką fizjonomią. Okrągła twarz, czarne włosy i czarne lekko skośne oczy. Buriaci są narodem mongolskim. Wyznają szamanizm i rządzą się swoimi prawami. Wadim pokazał mi, że życie nad Bajkałem jest równie fascynujące jak samo jezioro.

– Pomóż mi, Barbaro! – Wadim próbuje zepchnąć małą motorówkę do jeziora.

Jest lipcowy poranek. Zapowiada się upał, ale woda ma tylko kilka stopni Celsjusza. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie Bajkał przy brzegu jest płytki. W okolicy przeważają urwiska stromo opadające w głębiny.

– Śniadania nie jadłaś czy co? – strofuje mnie żartobliwie.

Rzeczywiście, idzie mi kiepsko. Ślizgam się na kamieniach, zamoczyłam nogawki, a w rękę wbiła mi się drzazga. Muszę wyglądać żałośnie. Wadim stoi na nogach pewnie. Jest wysoki, silny i bardzo zręczny.

– Popłyniemy po sieci, które zastawiłem wczoraj kilka kilometrów stąd – mówi, wskakując do łodzi, którą wreszcie udało się zepchnąć na wodę. – Jak będą ryby, to ugotuję z nich zupę. Poczęstuję ciebie i sam też się najem – śmieje się zawadiacko.

– Łowisz legalnie? Tylko szczerze – pytam, gramoląc się do motorówki. Operator, który to filmuje, pęka ze śmiechu.

– Powiedzmy, że półlegalnie – odpowiada bez żenady Wadim.

– I to mówi leśniczy.

– No, cóż. Jeść trzeba...

Wadim odpycha łódź wiosłem. Kiedy jesteśmy kilkanaście metrów od brzegu, dostrzegam w dali stado koni na łące. Piękny widok. W ciszy słychać jak parskają. Prrr... Jeden z nich należy do Wadima. Zresztą wszystkie mają właścicieli, chociaż są dzikie. Przez całą wiosnę i lato chodzą samopas. Tu nikt ich nie trzyma w stajniach, nikt się nimi nie zajmuje. Jak tylko jesienią zniknie trawa, wszystkie pójdą na odstrzał. Buriaci lubią koninę i uważają ją za rarytas.

– Nie szkoda ci ich? – pytam Wadima, który opowiada mi, że strzela zawsze w głowę, by mięsa nie zbroczyła krew.

– A prosiaków i cielaków nie szkoda? – ucina rozmowę i odpala silnik motorówki. Na całą moc.

Płyniemy wzdłuż kamiennych klifów i pagórków porośniętych lasami. Podobnie urozmaiconą rzeźbę ma też dno jeziora. Ukształtowanie jego misy przypomina górzystą krainę. Bajkał powstał dwadzieścia pięć milionów lat temu w wyniku ruchów tektonicznych. I wciąż się zmienia. W 1959 roku wskutek podwodnego trzęsienia ziemi całe połacie dna jeziora pogłębiły się aż o piętnaście metrów. Drugiego takiego naturalnego zbiornika słodkiej wody nie ma nigdzie na świecie. Przeciętne jezioro żyje maksimum piętnaście tysięcy lat. Potem zarasta, przemienia się w grzęzawisko.

– Teraz ty będziesz wiosłować, bo ja muszę wyciągać sieci – rozkazuje mi Wadim.

Przed chwilą wyłączył silnik i łódź powoli zaczyna dryfować w kierunku brzegu.

– Co grozi za kłusownictwo? – pytam trochę przestraszona.

– Mandat. Dwieście pięćdziesiąt rubli za każdą sztukę, ale nie martw się – uspokaja mnie, chociaż wyraźnie się spieszy.

Gdyby zjawiła się rybacka inspekcja, żeby uniknąć kłopotów, musiałby podzielić się łupem.

Sieć ma dwieście metrów długości, ale pierwsze ryby wpadły w sidła od razu przy boi.

– To są omule, łososiowate. Żyją tylko w Bajkale.

Wadim z dumą pokazuje mi całkiem sporą rybę. Ma ponad trzydzieści centymetrów długości. Chwilę później wyciąga jeszcze kilka podobnych.

– Ale wiosłuj, Barbaro, wiosłuj, bo nas znosi! – upomina mnie surowo.

Wyprostowanie łodzi wcale nie jest łatwe. Tym bardziej, że Wadim przechyla się na jedną burtę.

Złapane ryby leżą luzem na dnie łodzi i okropnie się rzucają. Są wśród nich znane mi okonie i szczupaki, ale także takie, które widzę pierwszy raz. W Bajkale żyje ponad pięćdziesiąt gatunków ryb. Połowa z nich nie występuje nigdzie indziej. Na przykład drapieżna gołomianka. Jest to ryba wyjątkowo dziwaczna. Prawie przezroczysta, bez łusek, z wielką głową i pomarańczowymi oczami. Bytuje w głębinach. Nawet tysiąc pięćset metrów pod powierzchnią wody. Jej ciało niemal w połowie składa się z tłuszczu i dosłownie topi się pod wpływem słońca. Dlatego gołomianka wypływa na płytsze wody tylko w nocy.

– No to mamy już drugie śniadanie – Wadim skończył wyciągać sieć i energicznie przechwytuje wiosła.

Łódka zaczyna się mocno kołysać. Co on wyprawia! Jestem przerażona, bo pod nami jezioro ma kilkadziesiąt metrów głębokości. To tak jakbyśmy stali na dachu kilkunastopiętrowego wieżowca. Przezroczysta woda sprawia, że otchłań jest doskonale widoczna. Ktoś, kto ma lęk wysokości, mógłby tu umrzeć ze strachu.

Dobijamy do brzegu. Wadim wyrzuca ryby na kamienie. Ponad dwadzieścia sztuk.

– To nie jest duży połów – stwierdza i zabiera się do skrobania łusek.

– Może to przez kłusowników w Bajkale jest mniej ryb? – dociekam.

– Nieee! To przez pogodę. Bo ciśnienie jest niskie – tłumaczy się nieco urażonym tonem.

Wyraźnie nie lubi jak ktoś go nazywa kłusownikiem. W końcu pracuje jako strażnik przyrody...

Wadim siedzi w rozkroku na samym brzegu. Czyszczenie ryb idzie mu w błyskawicznym tempie. Każdą rozcina na brzuchu, po czym przykłada usta i wylizuje ze środka mlecz i tłuszcz. Głośno i z wielkim apetytem.

– To rarytas, spróbuj – podaje mi najtłustszą rybę, ale nie mogę się przemóc.

Wchodzimy do lasu. Przy brzegu tajga nie jest zbyt gęsta, ale ma bogate runo. Przebijamy się po grząskim mchu przez krzewy i wysokie trawy. Chwilę później ryby smażą się już na patelni, bo Wadim dosłownie w kilka minut zbudował solidne palenisko. Widać, że w tajdze czuje się jak u siebie.

– Częstuj się. W końcu to nasz wspólny połów – podsuwa mi plastikowy talerz z kawałkami omula.

– Nie wrobisz mnie! Jakby pytała inspekcja rybna, to mnie tam w ogóle nie było – odpowiadam ze śmiechem.

– Akurat. W razie czego będziesz odpowiadać razem ze mną!

Zajada się rybą, niemiłosiernie przy tym mlaskając. Omul jest pyszny. Ma białe mięso i w ogóle nie zalatuje odorem świeżej ryby. W tajdze czuć przede wszystkim aromat ziół, traw i krzewów. Mogłabym tu siedzieć bez końca, gdyby nie komary i muszki. I gdyby nie to, że Wadim się spieszy. Do szamana...

Przed południem jesteśmy już w wiosce. To typowa nadbajkalska osada. Parterowe drewniane domy z bogato rzeźbionymi okiennicami, nieutwardzona droga, barany skubiące kępki trawy przy płotach. Z jednej strony jezioro, z drugiej góry porośnięte limbami. Niektóre mają podobno czterysta lat.

Wadim wyprowadza na drogę staroświecki motocykl z przyczepą, zwaną koszem. W wiosce Bolszoje Gołoustnoje to najpopularniejszy środek lokomocji. Bo na bajkalskie wertepy jest niezawodny. Jeżdżą nim i mężczyźni, i kobiety. Sadowię się do przyczepy i ruszamy z takim impetem, że aż wznosi się kurz. Operator jest wściekły. Pył przesłonił cały obiektyw. Ku uciesze gapiów powtarzamy ujęcie.

– Jedziemy do szamana. Chcę go prosić o ochronę przed złymi duchami, bo wieczorem wybieram się na polowanie – tłumaczy mi Wadim.

To nie żart. Szamanizm jest nad Bajkałem oficjalną konfesją. Wyznaje go większość Buriatów na zachodnim wybrzeżu. W całym regionie działa kilkudziesięciu szamanów, ale w wiosce Bolszoje Gołoustnoje jest tylko jeden. Pełni funkcję proroka, arbitra, doradcy, uzdrowiciela i kapłana. Zna wszystkie miejscowe legendy i podania. Otoczony jest ogromnym szacunkiem. Buriaci wierzą, że potrafi kontaktować się z duchami i licznymi bóstwami zamieszkującymi w ciałach zwierząt, w roślinach i różnych przedmiotach.

– Dziwne, szamana nie ma w domu, chociaż się umówił...

Wadim szarpie furtkę wysokiego drewnianego płotu pomalowanego na niebiesko. Nie wiem, czy ten kolor coś znaczy, ale na pewno wyróżnia zagrodę. Przy drodze stoją dwie starsze Buriatki.

– Ktoś go musiał „przechwycić” już rano. On ma teraz bardzo dużo pracy, bo to sezon zbiorów i polowań – tłumaczy jedna z nich.

Kobieta, którą Wadim nazywa ciocią Kławą, jest bardzo rozmowna. Czuć od niej alkohol.

– A my właśnie wybieramy się na polowanie – zagajam rozmowę.

– To szaman koniecznie musi was pokropić – ciocia Kława ze zrozumieniem kiwa głową.

– Czym pokropić? – pytam rozbawiona jej poważnym tonem.

– Jak to czym? Wódką! – kobieta jest szczerze zdziwiona, że ktoś może nie wiedzieć.

– W środku czy z zewnątrz?

Moje pytanie wywołuje szczery śmiech.

– I w środku, i z zewnątrz.

Wadimowi szkoda czasu na gadanie. Jedzie szukać szamana, a ciocia Kława zaprasza mnie do swojej zagrody. Na podwórzu siedzą przy stole trzy starsze Buriatki. Jest biały obrus, warzywa, chleb i duża butelka wódki. Prawie pusta.

– Obchodzimy właśnie jej urodziny.

Kława wskazuje na Buriatkę w kwiecistej bawełnianej sukience. Jubilatka robi mi miejsce obok siebie. Ma 80 lat, ale dobrze się trzyma. Czyste bajkalskie powietrze, czysta woda i czysta ekologicznie żywność to najlepszy eliksir młodości.

– Pierwszą setkę nalewamy dla ducha ognia i niesiemy ją do paleniska.

Kława chwyta napełniony kieliszek i idzie do drewnianej chałupy. Podchodzi do kaflowego pieca, który stoi w największej izbie. Otwiera drzwiczki i po kropelce opróżnia szkło. Przez cały czas wypowiada jakieś słowa po buriacku. W szamanizmie duch ognia jest jednym z najważniejszych bóstw, bo opiekuje się domostwem.

– Ugościłam go, żeby nam się wiodło – tłumaczy mi Kława z pełną powagą. – Bo jak mu nie nalejesz, to on się złości. I w chałupie słychać wtedy, jak się rozbija...

Tymczasem Wadim odnalazł szamana. Okazuje się, że odprawiał obrzęd we wsi. „Kropił” na urodzaj. Mężczyzna jest podpity. Na dodatek bardzo niewyraźnie mówi, bo w ogóle nie otwiera ust. Ma co najmniej siedemdziesiąt lat i nadwagę, dlatego ciężko się porusza. Wadim wyjmuje z kieszeni trzysta rubli i przystępuje do rzeczy.

– Wybieram się na ryby i na polowanie.

Szaman nie kryje oburzenia.

– Na polowanie kropię oddzielnie, a na połów oddzielnie – mamrocze pod nosem.

– To niech będzie tylko na polowanie

Wadim stawia na stole butelkę wódki, a czarownik rondelek z miejscowymi trawami. Wyjmuje zapałki i przypala je.

– Palenie tych ziół oczyszcza wszystko wokół od złych duchów – tłumaczy Wadim.

Szaman podnosi garnek i zaczyna nas okadzać dymem. Wydaje przy tym gardłowe dźwięki, które przypominają mruczenie. Po chwili stawia naczynie na ziemi i macha nad nim nogą. Wpada w trans. A może jest tylko dobrym aktorem?

Wadim nalewa wódkę do miedzianej miseczki. Zapełnia ją po brzegi.

– Co tak dużo? – denerwuje się szaman, bo pierwszą porcję, zgodnie z tradycją, musi wylać na ziemię; kolejne będzie wypijał.

Kiedyś buriaccy czarownicy wchodzili w stan ekstazy za pomocą ziół halucynogennych. Dziś służy im do tego alkohol. Zwyczaj picia wódki zakorzenił się tu w XVII wieku, po podbiciu tych ziem przez Rosjan.

Rytuał kropienia powtarza się kilka razy. Na koniec szaman podaje naczynie z wódką Wadimowi i mnie. Kiedy odmawiam, mówi ostro:

– Musisz!

Posłusznie moczę usta. Wódka jest obrzydliwie ciepła.

– Domyślam się, że to dochodowe zajęcie – ni to pytam, ni stwierdzam, patrząc na solidny dom szamana.

Jest parterowy, ale obszerny i zadbany. Czarownik nagle smutnieje. Przez zamknięte usta mamrocze, że ma pięcioro dzieci i za nic nie chce, by któreś zostało szamanem.

– To jest duże obciążenie – mówi łamiącym się głosem i zaczyna płakać jak bezradne dziecko.

Nawet Wadim jest zdziwiony.

– Doprowadziłaś szamana do łez – mówi do mnie z wyrzutem.

W drzwiach domu pojawia się żona czarownika. Starsza sympatyczna Buriatka.

– Łatwo być żoną szamana? – pytam.

– Nie – odpowiada zażenowana – bo on każdego dnia jest pijany...

Po „kropieniu” Wadim zaprasza mnie w gości. Jego dom stoi za wysokim drewnianym ogrodzeniem. Składa się z przeszklonej werandy i trzech izb. Na progu stoi ładna młoda kobieta w rybaczkach i obcisłej bluzce. Uśmiecha się przyjaźnie, odsłaniając złotą koronkę na zębie. To Irina, żona Wadima. Kiedyś pracowała jako ekspedientka w sklepiku, ale mąż kazał jej się zwolnić. Za dużo mężczyzn robiło u niej zakupy. Teraz siedzi w domu z dziećmi: ośmioletnią Julią i pięcioletnim Jegorem.

– Widzę, że mieszkacie nie najgorzej – zauważam, kiedy wchodzimy do środka.

W dużym pokoju stoją całkiem przyzwoite fotele, kanapa i dobry telewizor.

– Do Moskwy nam niewyobrażalnie daleko – odpowiada Irina.

I bynajmniej nie chodzi jej tylko o odległość ponad pięciu tysięcy kilometrów.

– A wie pani, że my mamy niedźwiedzia? – zaczepia mnie Julia.

– To prawda – potwierdza Irina.

Niedźwiedź okazuje się małym pięciomiesięcznym misiem. Wadim trzyma go w drewnianej komórce na łańcuchu. Ma gęstą brązową sierść, podłużny pyszczek i mocne łapy z ostrymi pazurami. Kamera wzbudza jego ciekowość, ale krótki postronek nie pozwala podejść bliżej. Niedźwiadek staje na dwóch nogach. Wygląda żałośnie. Jego matkę zabili kłusownicy. Łapy niedźwiedzia mają lecznicze właściwości. Robi się z nich lekarstwa.

– Rośnie jak na drożdżach.

Wadim podsuwa misiowi garnek z mlekiem i szybko się odsuwa. Zwierzak łapczywie rzuca się do jedzenia. Po chwili cały pyszczek ma umorusany na biało. Wadim najchętniej sprzedałby go do jakiegoś zoo. Dał już nawet ogłoszenie, ale na razie nikt się nie zgłosił.

– Zdarzyło ci się kiedyś strzelać do niedźwiedzia? – pytam, nie odrywając oczu od misia, który całą mordkę wepchnął do garnka.

– Oczywiście – odpowiada szczerze Wadim. – Ale do matki z małymi nigdy.

Bajkalskie niedźwiedzie są tak ufne, że w czerwcu wychodzą nad brzeg jeziora całymi rodzinami. Wszystko przez łakomstwo. Bo na początku lata na przybrzeżnych skałach pełno jest larw owadów, które misie bardzo lubią zlizywać.

Tymczasem Irina pakuje do przyczepy motocykla trzy sznurkowe dywany. Będzie je prać w pobliskiej rzece. Muszę to zobaczyć.

Jedziemy nad jeden z dopływów Bajkału. Do jeziora wpada ponad trzysta trzydzieści rzek. Wypływa tylko jedna: Angara. Bajkał to „największa studnia” słodkiej wody na Ziemi. Aż jedna piąta wszystkich zapasów świata. Gdyby wysechł, to na zapełnienie jego misy potrzeba by było czterystu lat.

Rzeczka, w której Irina robi pranie, jest płytka. Sięga ledwie po kolana. W sam raz dla dzieciaków. Julia i Jegor natychmiast wskakują do wody. Wrzeszczą wniebogłosy. Wcale im się nie dziwię. Woda jest niewiele cieplejsza niż w Bajkale. Ma tylko siedemnaście stopni.

Irina układa dywany na dnie i przyciska je kamieniami. W czasie kiedy się moczą, rozpala na brzegu ognisko i umieszcza nad nim czajniczek. Po robocie napijemy się świeżej herbaty. Z mlekiem. Po buriacku.

– Poczekaj, pomogę ci! – krzyczę do Iriny, która sama ciągnie na brzeg mokry dywan. Jest szybka i zręczna, jak jej mąż. Zanim zdążę podbiec, kobierce leżą już na trawie. Pomagam za to w szorowaniu. Na kolanach. W nadbajkalskich wioskach dywany czyści się zwykłym szarym mydłem i ryżową szczotką. Żadnych chemikaliów.

– Zimą z praniem jest gorzej, bo w domu nie ma wody i musimy ją nosić ze studni – mówi Irina. – A rzeka zamarza tak samo jak Bajkał – dodaje.

Bajkał jest skuty lodem niemal przez pół roku. Od grudnia do kwietnia. Pokrywa lodowa ma ponad metr grubości i może wytrzymać nacisk aż piętnastu ton. W czasie wojny rosyjsko-japońskiej w 1905 roku po zamarzniętym Bajkale przejeżdżały pociągi. Czasami jednak lód pęka i tworzy szczeliny. Szerokie na kilka metrów. Buriaci bez trudu potrafią je dostrzec, ale turyści nie. Na Bajkale co roku ktoś tonie w takich szczelinach.

– Dla miastowych to tu nie ma życia – śmieje się Wadim. – Bo albo w lesie się zgubią, albo od komarów spuchną.

Nie ma jednej Rosji

Nie ma lepszego miejsca na ucztę.


Fot. Janusz Kowalski

Wadim siedzi na pieńku przed leśniczówką i czyści lufę karabinu. Znów jesteśmy w tajdze. Kilkanaście minut temu przypłynęliśmy tu motorówką. Po drodze widzieliśmy z daleka nerpę. To jedyna słodkowodna foka na świecie. Do dziś nie wiadomo, jak trafiła do Bajkału, który jest oddalony od mórz o tysiące kilometrów. Foczka wynurzyła się tylko na chwilę i zdążyłam jedynie zauważyć jej szarobrunatny grzbiet. Futro nerp jest bardzo cenne. W czasach radzieckich robiono z niego czapki dla dygnitarzy. Wadim przyznaje mi się, że on też poluje na foki. Ich skóry sprzedaje moskwianom.

– My z tego żyjemy – mówi szczerze.

Leśniczówka, przed którą siedzimy, to mały drewniany domek niedaleko brzegu. Wadim wyrusza stąd zwykle na obchód lasu. Jest przecież gajowym.

– Łapię kłusowników – mówi poważnie.

– To przede wszystkim sam sobie powinieneś wlepić mandat – zauważam z ironią.

– Za co? Ja tam dużo nie strzelam – irytuje się Wadim. Najwyraźniej sam siebie nie zalicza do kłusowników.

– A na sobole polujesz? – pytam z nadzieją, że zaprzeczy. – Rzadko, bo za sobole płacą nam kopiejki.

Nie mogę w to uwierzyć. Jedwabiste gęste futro soboli kosztuje fortunę. I nie ma sobie równych. Na wystawie milionerów w Moskwie widziałam długi sobolowy płaszcz za blisko pięćset tysięcy dolarów. Wadim nie bardzo kojarzy, jaką wartość ma dolar, i muszę mu to przeliczyć na ruble. Wychodzi kilkanaście milionów. Tymczasem pośrednicy z Moskwy płacą mu za jedną skórkę po tysiąc rubli.

– Pojęcia nie miałem, że to takie cenne. U nas we wsi to co druga baba chodzi zimą w futrze z tajgi – mówi podekscytowany.

– Ale przecież sobole są pod ochroną prawa – zwracam mu uwagę.

– My tu mamy swoje prawa – stwierdza dobitnie.

W nadbajkalskiej tajdze kłusownicy polują na co się da. Na jelenie, sarny, świstaki i łosie, które osiągają tu znacznie większe rozmiary niż w Europie. Wadimowi trafił się kiedyś okaz ważący sto osiemdziesiąt kilogramów. Poroże miał jak łopaty.

– Powaliłem go jednym strzałem – chwali się.

To rzadkość, bo jak mówi, czasami dla upolowania jednego zwierza ładuje karabin nawet po kilka razy.

– Kiedyś oddałem aż czterdzieści pięć strzałów i ani razu nie trafiłem – śmieje się gorzko. – A jeden nabój to bochenek chleba. Krótko mówiąc, wywaliłem czterdzieści pięć bochenków chleba. To na półtora miesiąca jedzenia.

Dziś Wadim chce się zasadzić na zwierzynę przy wodopoju kilka kilometrów od brzegu. Ruszamy w górę lasu. Syberyjska tajga jest dwa razy większa niż amazońska puszcza Brazylii. I równie dzika. Im dalej od brzegu, tym robi się gęściej i goręcej. Kończą się brzozy i osiki, a zaczynają jodły, sosny, modrzewie. Wielkie i grube. Nadbajkalskie lasy są stare. Mają po dwieście lat. Rekordzistą tajgi jest drzewo, które liczy ponad tysiąc trzysta słojów. Każdy słój to jeden rok. Całe terytorium wokół Bajkału, podobnie jak samo jezioro, wpisane zostały na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

– Wadim, nie tak szybko! – krzyczę, bo nie mogę za nim nadążyć.

Jestem cała mokra od potu, który przyciąga owady jak lep. Mam dość, ale Wadim nie zważa na moje prośby. Spieszy się, bo do miejsca, w którym chce się przyczaić, trzeba iść co najmniej trzy godziny. W tajdze nie ma miejsca dla słabych.

Nagle dzieje się coś, co pokrzyżuje wszystkie plany. Wadim rzuca się w krzaki i na cały głos krzyczy „Stój!”. Podnosi karabin i oddaje dwa strzały w powietrze. Drętwieję. Zza drzew słychać odgłos łamanych gałęzi. Ktoś próbuje uciekać. Z Wadimem nie ma jednak szans. Chwilę później leśniczy jest przy nim. Uciekinier to młody drobny Buriat. Widać, że nieźle się wystraszył.

– Coś ty za jeden? – pyta surowo Wadim.

– Turysta – odpowiada mężczyzna, chowając za siebie dwururkę.

– Z bronią?

– Tak, bo trochę boję się chodzić po lesie – głupio tłumaczy kłusownik.

Wadim wyjmuje z kieszeni składaną legitymację.

– Możesz przeczytać: „Leśniczy parku narodowego”. Poproszę pozwolenie na broń – mówi ostrym służbowym tonem.

– Nie mam – mężczyzna patrzy błagalnym wzrokiem.

– No to, chłopie, wpadłeś. Broń oczywiście rekwiruję. – Wadim jest bezwzględny.

Mężczyzna dopiero teraz zauważa operatora, który podszedł bliżej.

– Nie filmujcie mnie! – krzyczy, zakrywając ręką obiektyw.

– Nie chowaj swojej mordy! – odpowiada wulgarnie Wadim.

Kłusownik pokornieje.

– Może jakoś obejdzie się bez kary? Każdy przecież chce żyć...

Robi mi się go żal. Ma podarte kalosze i zniszczoną kurtkę.

– Pracuje pan? – pytam łagodnym tonem.

– Nie, bo nic nie mogę znaleźć. A mam pięć osób na utrzymaniu – tłumaczy żałośnie. – Nie licząc żony – dodaje.

Na tę ostatnią wypowiedź reagujemy z Wadimem głośnym śmiechem. To rozładowuje atmosferę. Sprawa kończy się na pouczeniu, ale z planowanego polowania nici. Wracamy do wioski.

W Bolszoje Gołoustnoje co drugi Buriat hoduje barany. I to nie tylko na wełnę czy skóry. Przede wszystkim na mięso. Jego smak znają nawet buriackie niemowlęta, bo babcie zamiast smoczka dają im często do ssania barani tłuszcz. Wadim postanawia nas ugościć kolacją ze świeżej jagnięciny. Nawet nie próbuję odmawiać, bo Buriaci są bardzo gościnni i łatwo ich urazić. Nie mogę natomiast patrzeć, jak zarzyna barana. Zwykle robi to przed domem, ale tym razem wywozi zwierzę nad rzekę. Żeby oszczędzić nam widoku...

Godzinę później baranie mięso kończy się już gotować nad ogniskiem. W zwykłej wodzie z solą. Szykujemy stół na dworze. Nie ma lepszego miejsca na ucztę. Czuć woń palonego drewna i piękny intensywny zapach skoszonej trawy. Poza tym mamy wspaniały widok. Góry, rzeka, łąki, a za nimi brzeg jeziora.

– Mój zięć jest Polakiem. Kiedy tu przyjechał, to od razu zakochał się w Bajkale – mówi Nadieżda, sąsiadka Wadima, którą ten zaprosił na kolację.

Pani Nadia sama też ma polskie korzenie. Jak co piąty mieszkaniec Przybajkala. Bo w XIX wieku carskie władze masowo zsyłały tu Polaków za udział w powstaniach narodowych. Wśród nich był najsłynniejszy badacz Bajkału, Benedykt Dybowski. To on opisał maleńkiego półtoramilimetrowego skorupiaczka o nazwie episzura, który oczyszcza wodę w jeziorze. Stworzonka te przemieszczają się pionowo do wielkich głębokości i stanowią biologiczny filtr. Dzięki nim Bajkał wciąż jest krystalicznie czysty. Chociaż od 1966 roku zanieczyszcza go fabryka celulozy...

Siadamy do stołu. Wadim otwiera butelkę wódki.

– U nas jest taki zwyczaj, że na początek polewamy wokół trochę alkoholu, żeby ugościć duchy – tłumaczy.

Rytuał odbywa się w milczeniu. Od razu przypomina mi się szaman, ciocia Kława i nagrobek rybaka Kostka, który utopił się po kielichu.

– Czy wyobrażasz sobie życie w innym miejscu? – pytam Wadima.

– Oczywiście, że nie – odpowiada z egzaltacją. – Ja nie zamienię Bajkału na żadne inne miejsce na świecie.

– A czym jest dla ciebie Bajkał? – pytam, patrząc, jak łapczywie obgryza jagnięcą kostkę. Musi mu bardzo smakować.

– Wszystkim. Żywicielem, energią, wielką miłością i wrogiem.

Wadim ociera usta rękawem. Poważnieje i podnosi kieliszek.

– Wypijmy więc za to przepiękne stworzenie, jakim jest nasze jezioro Bajkał. Za to, żeby zawsze był zdrowy!

Toast w ustach Wadima brzmi prawdziwie i szczerze. I chociaż nie piję alkoholu, to przechylam kieliszek. Za Bajkał – trzeba!

Galina z domu „spokojnej” starości

Nie ma jednej Rosji



– Wszystko już wypili...

Marina z rezygnacją macha ręką. Na rozbebeszonym łóżku leży siwy staruszek. Coś mamrocze pod nosem. Spod brudnej kołdry wystają mu sine stopy. Na stole walają się puste musztardówki, miska z resztkami kapusty i mnóstwo niedopałków. Na drugim łóżku śpi na wznak zarośnięty mężczyzna. Ma amputowane obydwie dłonie.

– Inwalidzi, przystojniaczki – ironizuje milicjant.

To, co zobaczyłam w 2004 roku w Proszkowie na północy Rosji, przypomina film szalonego scenarzysty. Największy dom starców i inwalidów w Europie. Pod jednym dachem mieszka ponad sześćset osób. I to bardzo specyficznych. Wszystkie mają pogmatwane życiorysy, okaleczoną psychikę lub ciało. Pensjonariuszami Proszkowa są byli więźniowie, dawni bezdomni i najubożsi emeryci. Razem z nimi mieszkają chorzy z zaburzeniami psychicznymi i inwalidzi, których wyrzekły się rodziny. Internat zapewnia im tylko minimum niezbędne do życia. Głównym zajęciem większości pensjonariuszy jest picie bimbru. Pierwszy raz w życiu widziałam kilkaset pijanych osób naraz. Proszkowo to miejsce niezwykłe, gdzie – jak stwierdziła Marina, dyrektorka pensjonatu – najnormalniejszymi mieszkańcami są chorzy psychicznie...

Dom stoi na uboczu, z dala od ludzi, wśród lasów. Sześćset kilometrów od Moskwy. O jego istnieniu dowiedziałam się od znajomej rosyjskiej dziennikarki, która trafiła tam przez przypadek.

– Jak chcesz zobaczyć sceny jak z Na dnie Gorkiego, to koniecznie musisz pojechać do Proszkowa.

Pewnie, że chcę.

Jedziemy z ekipą filmową rozklekotanym minibusem. To UAZ z czasów radzieckich. Pierońsko twardy i niewygodny. Od podskakiwania wozu na dziurawej drodze bolą nas siedzenia, ale to nic. Jest piękny wiosenny poranek i zapowiada się fascynujący reportaż. Marina nie od razu zgodziła się na filmowanie pensjonatu. Kiedy zobaczyła naszą ekipę, wyraźnie się przestraszyła. Skoro przyjechała telewizja, to znaczy, że stoją za tym władze i szukają na nią haka. Długo musiałam jej tłumaczyć, że to nie tak.

Na teren ośrodka wjeżdżamy bez żadnego problemu. Stare ogrodzenie z siatki jest dziurawe i pełno w nim wyrw. Wokół dziedzińca stoją trzy dwupiętrowe pawilony. Na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem nieźle. Beżowa elewacja, duże okna. Tylko trawniki wokół są strasznie zaniedbane, pożółkłe i podeptane.

Mariny jeszcze nie ma, ale pensjonariusze są na nogach już od świtu, bo to dla nich ważny dzień. Dzień wypłaty rent i emerytur. Starszy mężczyzna z laską tłumaczy mi, że dziś wieczorem będzie tu jedna wielka balanga.

– Dobrze pani trafiła – znacząco puszcza oko.

Przed kamerę wpycha się młody chłopak na wózku. Ma bezwładne nogi i potwornego zeza.

– Ja wam wszystko opowiem, bo mieszkam tu już osiemnaście lat.

Chłopak łapie mnie za rękę, żebym tylko nie odeszła.

– Tu jest burdel – mówi dosadnie. – Tego się nie da opisać słowami.

Do kamery lgną kolejni pensjonariusze. Wszyscy chcą mówić. Nasza obecność to dla nich okazja, by pożalić się na swój zawiniony i niezawiniony los.

Tuż przed ósmą podjeżdża Marina służbowym mikrobusem. Jest ubrana dość skromnie, ale na tle mieszkańców internatu i tak wygląda jak gwiazda. Ma pantofle na obcasach, ciemną garsonkę i brązowy prochowiec, który pasuje do jej rudych włosów i orzechowych oczu. Energicznym krokiem wbiega do środka. Spieszy się, bo czekają już na nią pielęgniarki, by przedstawić sprawozdanie z nocnego dyżuru.

Wnętrze wygląda dużo gorzej niż fasada. Już w holu czuć woń taniej stołówki, brudnej bielizny i papierosów. Ten zapach będzie mnie prześladować jeszcze przez wiele dni. Niedomyta posadzka i burożółte ściany robią przygnębiające wrażenie. Żadnych kwiatów, żadnych obrazków, żadnej ławeczki czy stolika. Jest tu pustawo i ponuro.

Pensjonat utrzymuje się z dotacji państwowych i opłat pobieranych od pensjonariuszy. Każdy z nich oddaje na dom siedemdziesiąt pięć procent emerytury lub renty. Są to jednak sumy niewielkie, bo mieszkańcy Proszkowa to ludzie o najniższych dochodach. Samotni, porzuceni, niechciani.

– Na szóstym oddziale Bienkin i Gierasimow pobili się, będąc pod wpływem alkoholu. Żeby ich uspokoić, wezwałyśmy milicję – informuje Marinę młoda drobna kobieta w białym fartuchu.

Odprawa po nocnej zmianie odbywa się na korytarzu części biurowej. Pod ścianami na rozkładanych krzesłach siedzą właściwie same kobiety. Mężczyźni stanowią tylko kilka procent personelu.

– Na oddziale siedemnastym znów były problemy z Ariechową Jeleną. Stale skarży się na bóle, bez przyczyny płacze i śmieje się – raportuje kolejna pielęgniarka.

Opowieści dyżurnych nie robią na Marinie żadnego wrażenia. W Proszkowie spokojna noc nie zdarza się nigdy.

– Barbaro, niech pani podejdzie – zaczepia mnie wychudzona bezzębna kobieta, kiedy wychodzimy z zebrania.

W pensjonacie wszyscy już wiedzą, że tu jesteśmy i znają imiona całej naszej ekipy. Od pensjonariuszki czuć alkohol. Pewnie dlatego jest bardzo wylewna. Od razu przyznaje się, że odsiedziała kilka wyroków. Za chuligaństwo i za to, że stała na czatach podczas rozboju. W ośrodku jest blisko stu byłych więźniów. To co szósty pensjonariusz.

– Najniebezpieczniejsze miejsce w waszym domu jest pewnie tam, gdzie mieszkają byli skazańcy? – pytam pielęgniarkę, która przysłuchuje się z boku naszej rozmowie.

– Nie! – odpowiada zdecydowanie. – Czasami widzisz tak spokojnego staruszka, że nigdy nie pomyślałabyś, iż przesiedział na przykład dwadzieścia lat. Niedawno podczas libacji doszło tu u nas do zabójstwa – mówi zupełnie spokojnie, jakby to nie było nic nadzwyczajnego. – Kiedy przyjechał prokurator, wyszło na jaw, że sprawca już wiele razy siedział za kratkami. I to w najsłynniejszym więzieniu zwanym Władimirskim Centralem.

Byłam tam kiedyś na zdjęciach. To wyjątkowo mroczne miejsce. Zakład ma ponad dwieście dwadzieścia lat i zawsze należał do najcięższych więzień w Rosji. W czasach carskich i radzieckich przetrzymywano w nim dysydentów. Dziś więzi się tu najgroźniejszych kryminalistów. Głównie morderców. Przez cały okres odsiadki skazany ani razu nie dotyka stopami prawdziwej ziemi i nie widzi zieleni. We Władimirze nawet spacer odbywa się na dachu. Kierownictwo więzienia za wszelką cenę starało się pokazać mi rzeczywistość lepszą, niż jest. Przy czym były to pokazówki szyte grubymi nićmi. Cela, którą pozwolono mi sfilmować, tak pachniała świeżą farbą, że aż szczypało w oczy. Zabawnie brzmiały też wypowiedzi skazanych. Zabójca, któremu zostało jeszcze szesnaście lat, zapewniał mnie, że bardzo się cieszy. „Tu jest super!” – mówił, obserwując kątem oka, czy słucha go wartownik.

Rozmowę z pielęgniarkami przerywa głośne stukanie laską. Przy ścianie przesuwa się po omacku niewidomy staruszek w dresowej bluzie i spodniach od piżamy.

– Stołówka jest dalej – rzuca oschłym głosem pielęgniarka.

Kiedy widzi, że jest mi go żal, dodaje bez skrupułów:

– Oślepł, bo pił denaturat. Ale i tak trafi do miejsca, gdzie sprzedają wódkę.

– To mój pokój.

Znajoma pensjonariuszka koniecznie chce, żebym do niej zajrzała. Chyba liczy na parę groszy. Nie ma jednak odwagi poprosić, bo cały czas kręcą się przy nas pielęgniarki. Kobieta chwali swoje lokum i podkreśla, że jest jednym z najlepszych w całym internacie. W odróżnieniu od większości mieszka sama. W pokoju ma łóżko, stare drewniane krzesło, dwie obdarte szafki i stół. Pod sufitem wisi żarówka bez abażuru, a firanka trzyma się na krzywym pręcie.

– Ja tu mam nawet umywalkę i załatwiam się do niej.

Pensjonariuszka pokazuje mi pożółkły zlew schowany w małej wnęce. Pielęgniarka robi się czerwona na twarzy.

– Przecież dobrze wiesz, że to niehigieniczne!

– Jak to? – dziwi się kobieta.

– Od jak dawna pani pije? – zmieniam temat.

– Od osiemnastego roku życia. Dwa razy byłam na odwyku. Ale tak mnie wyleczyli, że kiedyś piłam szklankami, a teraz piję beczkami.

Kobieta ma pięćdziesiąt sześć lat, ale wygląda dużo starzej. Jak typowa alkoholiczka.

– I co, jesteś szczęśliwa? – kpi sobie pielęgniarka.

– Bardzo – odpowiada przekornie pensjonariuszka.

– Nie wierzę w to pani szczęście – wtrącam.

– A co to w ogóle jest szczęście? Nigdy go nie widziałam i nigdy już nie zobaczę.

Kobieta ukradkiem ociera łzy...

– Dzień dobry, dziewczęta.

Marina wchodzi do kuchni, w której pracuje kilka kobiet. Wałkują ciasto z mąki i wody. W całym pomieszczeniu czuć ostry zapach kiszonej kapusty. Nie ma żadnej wentylacji. Jest za to pełno karaluchów. Marina podchodzi do metalowego garnka i ogromną chochlą nabiera trochę buraczkowej zupy.

– To specjalnie na nasz przyjazd? – pytam, kiedy ze smakiem próbuje barszcz.

– Nie – odpowiada za nią szef kuchni w szarym spranym fartuchu. – Dziś na kolację będą pierożki z kapustą, kasza gryczana i mleko. A na obiad kotlet. Proszę skosztować.

Kucharz podaje mi kawałek mielonego mięsa na grubej pajdzie chleba. Kotlet jest twardy i przesiąknięty zapachem zjełczałego tłuszczu, ale nie wybrzydzam. Z jadalni przygląda mi się staruszek w wytartej futrzanej czapce uszance. Stoi jak wryty z rozdziawionymi ustami. Nie wytrzymuję jego wzroku i odwracam się.

– Wie pani, czym nas tutaj karmią? – zaczepia mnie bojowo nastawiony pensjonariusz, kiedy obok nie ma nikogo z personelu.

Wygląda zabawnie i żałośnie zarazem. Zabawnie, bo ma wielkie oprawki okularów w stylu Eltona Johna. A żałośnie, bo jest prawie niewidomy. Tak grubych soczewek nie widziałam nigdy wcześniej.

– Karmą dla kotów – odpowiada sam sobie. – Dla-ko-tów! – powtarza sylabami.

– To, co widziałam w kuchni, nie było takie straszne – oponuję.

Mężczyzna robi się purpurowy, w kącikach ust ma pianę.

– To znaczy, że pani czegoś nie zrozumiała! – mówi podniesionym głosem.

– Sasza, przestań! – uspokaja go sąsiadka z pokoju obok.

– Przecież nas tu karmią kapustą – denerwuje się pensjonariusz. – Samą kapustą.

Tuż przed dwunastą w głównym holu robi się tłok. Jedni podjeżdżają na wózkach, drudzy podchodzą o kulach, jeszcze inni wspierają się wzajemnie na swoich ramionach. Jest piękna pogoda, ale wszyscy mają grube ubrania. Kufajki, czapki, wełniane skarpety. Jakby czuli wyjątkowy chłód. Być może dlatego, że promienie słoneczne z trudem przebijają się przez brudne szyby. Pensjonariusze ustawiają się w kolejce pod metalowymi drzwiami. Są podekscytowani, ale cierpliwi. Nikt się nie przepycha, nie kłóci, nie narzeka. Na tę chwilę czekali cały miesiąc, to i jeszcze kilkadziesiąt minut wytrzymają. Już za moment rozpocznie się wypłacanie emerytur. A właściwie części emerytur, które zostają po odliczeniu opłat za internat.

Dokładnie w południe kasjerka uchyla drzwi i zaprasza pierwszego szczęśliwca. Jest nim otępiały zgarbiony staruszek. Ledwo sięga do wysokiej lady. Odbiera równowartość kilkunastu dolarów. Dwa razy pyta, dlaczego tak mało. Zniecierpliwiona urzędniczka krzyczy, że przecież zawsze na rękę dostaje tylko dwadzieścia pięć procent emerytury. Mężczyzna słabo słyszy. Nic nie rozumie.

– Co miesiąc muszę tłumaczyć to samo! – irytuje się kasjerka.

– Co pan sobie kupi za wypłatę? – pytam wysokiego dziarskiego mężczyznę, który przelicza odebrane pieniądze.

– Co ja za to mogę kupić? Kilo cukru i coś do palenia – odpowiada, wyciągając dłoń z kilkoma banknotami.

Po chwili promiennie się uśmiecha:

– Dziś mam siedemdziesiąte urodziny – chwali się.

Kiedy składam mu życzenia i ściskam dłoń, jest szczerze wzruszony.

– Jak pan będzie świętował?

Mężczyzna robi wymowny gest, pstrykając się palcem w szyję:

– My tu mamy tylko jeden sposób świętowania i to nasza jedyna radość...

– Luba, chciałaś coś ode mnie – Marina wbiega do czytelni na pierwszym piętrze.

Bibliotekarka pokazuje stos podartych książek:

– Tak, nie ma już co wypożyczać. Same strzępy.

Na dowód otwiera kryminał, z którego wypadają pomięte kartki.

– Przecież dopiero co kupowaliśmy książki – wzdycha Marina.

Bibliotekarka patrzy niepewnym wzrokiem na kamerę.

– To było sto lat temu – ripostuje nieśmiało i z ironią dodaje, że „na szczęście” nie ma za dużo czytelników. Po książki przychodzą zwykle nowi pensjonariusze. Z czasem przestają...

– Na przykład taka Ałła Filina. Jaka ona była kiedyś oczytana. I jak pięknie śpiewała – w głosie Luby słychać zachwyt. – Kiedy do nas trafiła, to widać było, że wcześniej żyła normalnie. Ale tu zaczęła wiązać się z różnymi chłopami i stoczyła się na dno.

Marina przytakuje.

– Był tu kiedyś harmonista, który jej przygrywał, a jak śpiewała, to wszyscy słuchali jej oniemiali. A teraz? To zwykła chuliganka i złodziejka.

Jak się okazuje, kobieta już od lat nie trzeźwieje. A śpiewa tylko wtedy, gdy ktoś jej postawi kolejkę. Bibliotekarka nie ma wątpliwości. Wszystko przez to, że ubogich samotnych ludzi umieszcza się pod jednym dachem z byłymi kryminalistami.

– Po co wybudowali taki wielki dom na sześćset osób? – pyta rozżalona.

I sama sobie odpowiada: To wszystko przez gigantomanię czasów radzieckich.

Wczesnym popołudniem pod internatem pojawia się kilku tajemniczych mężczyzn. Na widok kamery odwracają głowy. Są to pożyczkodawcy z okolicznych wiosek. Kiedy pensjonariuszom kończą się pieniądze, sprzedają im bimber na krechę. A w dniu wypłaty przychodzą odebrać dług z nawiązką. Nikomu nie przepuszczą.

– To jest biznes – usprawiedliwia ich pensjonariusz w poplamionym drelichu.

Mężczyzna przyznaje, że sam też korzysta z ich usług. Za kredyt trzeba im płacić kilka procent, ale nie ma wyboru.

– Bo gdzie tu znaleźć innych dealerów-killerów? – śmieje się, machając wytatuowanymi rękoma.

– Killerów to i tu na miejscu macie dosyć – żartuję.

– Tak, u nas zabijają się prawie każdego dnia – odpowiada rozbawiony.

Mężczyzna na każdym palcu ma tatuaż. To pamiątka po dwóch pobytach w więzieniu. Siedział za grabież. Jak wyszedł na wolność, nie miał dokąd pójść. Tylko Proszkowo go przyjęło.

– Sfilmujcie mnie. Ja nie ma mam nic do ukrycia.

Chłopak na wózku inwalidzkim podwija nogawki od spodni i pokazuje chorobliwie wykrzywione nogi. To ten sam, który zaczepiał mnie rano. Tym razem nie mam sumienia odejść. Prosi o chwilę uwagi tak błagalnym tonem, że aż czuję skurcz serca.

– Jestem podrzutkiem. Nie mam absolutnie nikogo. Nie mam się gdzie podziać. Będę tu musiał żyć do końca moich dni.

Inwalida mówi na jednym wydechu i nie stawia kropek. Jakby się bał, że zaraz przestanę go słuchać. Nie uspokaja się nawet wtedy, kiedy biorę go za rękę.

– Mogę wyrecytować swój wiersz: „Cóż, że nie widzę ciebie, mamo. Że nie mieszkamy razem tu. A łzy mi z oczu płyną same. Powiedz, dlaczego. Mamo, mów!”...

Marina odciąga mnie na bok.

– Jak go pożałujesz, to nie da ci spokoju – przestrzega. – Nad nimi nie można się litować.

Nie ma jednej Rosji

Jakby czuli wyjątkowy chłód.

Wracamy do budynku. Znów ten odór. Miałam nadzieję, że się do niego przyzwyczaję. Ale nie. Idziemy do sali kinowej. To chluba pensjonatu. Aula wygląda bardzo porządnie. Ma prawdziwy parkiet i kilka rzędów składanych krzeseł.

– Tu się odbywają koncerty i różne imprezy – wyjaśnia Marina i otwiera drzwi.

Nieruchomieję. To, co widzę, wygląda jak wyreżyserowana scena ze spektaklu Kantora. Na sali jest kilka par dziewcząt i kobiet. Wszystkie kołyszą się dziwacznie w takt powolnej muzyki zespołu Tatu. Mają wykrzywione twarze i nieruchomy wzrok. Są wyraźnie otumanione.

– Dostają leki uspokajające, bo to pensjonariuszki z zaburzeniami psychicznymi – tłumaczy mi Marina.

Kamera nie robi na nich większego wrażenia, ale mają świadomość, że są filmowane.

– Pokażą nas w telewizji – szepce młoda brunetka z nienaturalnie wytrzeszczonymi oczami.

– Żeby chociaż mój syn mnie zobaczył – odpowiada jej całkiem przytomnie partnerka, z którą tańczy.

– Zobaczy, na pewno cię zobaczy...

Obok kręcą się w kółko dwie staruszki w szarych służbowych fartuchach. Kiwają się jak w zwolnionym tempie. Raz..., dwa..., raz..., dwa... Podobnie tańczy para młodych dziewczyn. Jedna z nich przeraźliwie łka.

– Osoby z zaburzeniami psychicznymi to moi najbardziej ulubieni podopieczni – zwierza się Marina. – Bo są posłuszni i niczego nie chcą...

O trzeciej pensjonariusze dostają obiad. Jedzą na zmianę, bo stołówka może pomieścić tylko kilkadziesiąt osób. Każdy przychodzi z własną blaszaną miską i łyżką. Na stołach nie ma ani obrusów, ani serwetek. Niektórzy są już dobrze wstawieni. Zarośnięty mężczyzna ledwo trzyma się na nogach i brutalnie odpycha starszą panią. Kobieta pokornie ustępuje miejsca. Wie, że lepiej nie zadzierać. Do Proszkowa uciekła przed córką alkoholiczką. Zostawiła domek na wsi. Podobny był los pensjonariuszki, z którą dzieli pokój. Dzieci przepiły jej wszystkie oszczędności. Obie staruszki szukały spokoju, a trafiły z deszczu pod rynnę. Na pobyt w lepszym domu nie stać ich.

Dyrektorska jadalnia mieści się na zapleczu stołówki. Marina częstuje mnie sałatką warzywną i wątróbką z ziemniakami purée. W domu rzadko gotuje, bo mieszka sama. Jej mąż i dorosły syn od wielu lat pracują w Moskwie. W stolicy można zarobić kilka razy więcej niż na prowincji.

– Czy masz przyjaciół wśród pensjonariuszy?

Marina patrzy na mnie z nieukrywanym zdziwieniem.

– Jak zobaczysz dziś wieczorny obchód, to nie będziesz już o to pytać – odpowiada.

W ostatnim czasie tylko jeden podopieczny wzbudził jej szczerą sympatię. Był to pięćdziesięciotrzyletni mężczyzna przykuty do łóżka. Nigdy o nic nie miał pretensji. Kiedy zmarł, nie mogła powstrzymać łez.

– U nas umiera średnio osiem osób miesięcznie. Na tak dużą liczbę pensjonariuszy to niewiele – Marina lekko się uśmiecha. – Mieliśmy kiedyś kuratora z komitetu miejskiego w Nowgorodzie, który domagał się sprawozdań za każdy tydzień. I kiedy relacjonowałam mu, że ogólna liczba podopiecznych jest taka a taka i zmarło tylu a tylu, to on pytał: „A dlaczego tak mało? Trzeba zwalniać miejsce dla nowych”...

Po południu w pensjonacie zjawiają milicjanci i strażak. Jak co dzień będą pilnować porządku aż do samego rana. W dniu wypłaty emerytur ich dyżur jest zawsze bardzo ciężki.

– Gosza, otwieraj! – milicjant z całych sił wali pięścią w drzwi. Na próżno.

– A ja się zakodowałem i nie piję – woła do nas mężczyzna samotnie siedzący na korytarzu.

Jest jedynym pensjonariuszem, który ogląda telewizję w wydzielonym kąciku. A w zasadzie próbuje oglądać, bo dźwięk z odbiornika zagłuszają odgłosy libacji. Trzeźwy mężczyzna wzbudza zdziwienie i niedowierzanie Mariny. Dlatego podchodzi, by przyjrzeć mu się z bliska. Rzeczywiście, nie czuć od niego alkoholu.

– Jak widzisz, nawet w tym domu wariatów można się zakodować i nie pić – rzuca ironicznie pensjonariusz. – Sam jestem w szoku – dodaje.

Zdaniem Mariny, długo nie wytrzyma. W Proszkowie nie ma żadnej terapii antyalkoholowej.

Milicjant wyważa drzwi do zabarykadowanego pokoju. Przy stole siedzi kompletnie pijany inwalida na wózku.

– Odczepcie się, na Boga! – bełkocze pod nosem; za łóżkiem ukrył butelkę.

– To podróba!

Milicjant pokazuje do kamery flaszkę z resztką szarej cieczy. Kiedy zdejmuje kapsel, czuć duszący zapach terpentyny. Dlatego od razu wylewa płyn do umywalki.

– Gdyby to była oryginalna wódka kupiona w sklepie, to zostawilibyśmy ją – wyjaśnia.

Za kolejnymi drzwiami sytuacja się powtarza. Mężczyzna z rozbitym nosem próbuje schować bimber pod piżamę. Milicjant nie daje się oszukać. Od smrodu wylewanego samogonu robi mi się niedobrze.

Spokój jest tylko na jednym oddziale. To tzw. sekcja miłosierdzia. Bardziej przypomina szpital niż dom starców, bo przebywają tu najciężej chorzy. Sparaliżowana kobieta porzucona przez dzieci, samotna niewidoma staruszka, mężczyzna po udarze. W pokojach jest czyściej i jaśniej. Są zasłonki w oknach i kolorowa pościel. Oddział ma charakter eksperymentalny. Pielęgniarki, które tu pracują, zarabiają o jedną trzecią więcej niż pozostałe.

– Ja miałem mieszkanie z balkonikiem na piątym piętrze – opowiada mi pensjonariusz z sekcji miłosierdzia. Jest świeżo po amputacji nogi. – Wszystko było w porządku, dopóki nie stoczyłem się na dno i nie odmroziłem sobie stopy.

Pstryknięciem w szyję daje mi znak, że nie stronił od alkoholu. Boże, nawet na tym oddziale nie da się zapomnieć o pijaństwie. A już miałam na to nadzieję... Mężczyzna wyraźnie się ożywia. Z werwą opowiada mi dowcip, że w Rosji pije się przed posiłkiem i po posiłku, a najczęściej... zamiast niego.

– Ja jak łyknę szklaneczkę, to czuję się świetnie. Mam mocny organizm, chociaż nieraz go trułem. Kiedyś z dwoma kumplami wypiłem jakieś świństwo i oni zdechli, a ja żyję.

Miał szczęście. Z powodu zatruć skażonym alkoholem w Rosji umiera co roku prawie czterdzieści tysięcy osób. To więcej niż liczba radzieckich żołnierzy poległych w ciągu dziesięciu lat wojny w Afganistanie.

Tymczasem Marina razem z milicjantami zaczyna obchód na oddziale dla kobiet.

– Staruszki inwalidki piją nie mniej od mężczyzn – uprzedza.

We wszystkich pokojach zastajemy to samo. Resztki jedzenia na brudnym stole, odór bimbru i wymiocin. Widać kobiecy organizm gorzej trawi skażony alkohol. Niektóre zaczęły pić dopiero w Proszkowie.

– Inaczej się tu nie da – próbuje tłumaczyć się staruszka w brudnej koszuli nocnej.

– Co ty tam pyskujesz? – strofuje ją milicjant.

Kobieta od razu milknie.

– Odpoczywaj. Dla ciebie już czas na wypoczynek, tyle że wieczny – kpi brutalnie strażak.

W kolejnym pokoju mieszkają dwie niewidome kobiety. Wyglądają odrażająco. Mają potargane włosy, posiniaczone twarze i poplamione szlafroki. Milicjant siłą odbiera jednej z nich butelkę z resztką bimbru.

– Oddajcie mi to – błaga pensjonariuszka. – Tam już tak niewiele zostało. Tylko jeden kieliszek...

Milicjant jest nieugięty. Odpycha kobietę i wylewa wszystko do zlewu.

– Dlaczego to wylaliście? – pyta zrozpaczona.

– Żeby się pani nie otruła – próbuję ją uspokoić.

Pensjonariuszka podnosi głowę i nerwowo mruga powiekami, bo nie zna mojego głosu.

– To nie wy się otrujecie, tylko my – mówi po chwili.

Marina jest przekonana, że kobiety zdobędą zaraz nową butelkę.

– Dobrze je znam – stwierdza sarkastycznie.

Chyba jednak nie. Nawet nie wie, jak mają na imię, skąd się wzięły i co robiły wcześniej. Pensjonariusze w Proszkowie to ludzie bez przeszłości. I bez przyszłości...

– A tu jaka babunia! Ale nagrzana!

Milicjant wskazuje na staruszkę leżącą na podłodze w sąsiednim pokoju. Jej pijackie chrapanie słychać aż na korytarzu. Funkcjonariusz nie niepokoi jej. W końcu to dom spokojnej starości...

Mam już dość przekleństw i krzyków, które stają się coraz głośniejsze. Marina też. Wychodzimy.

– Teraz już chyba pani rozumie, dlaczego ten pensjonat leży na uboczu? – pyta kierowca minibusa, z którym jechałam również rano. – Lepiej udawać, że ich nie ma – dodaje cynicznie.

Marina mieszka kilkanaście kilometrów od pensjonatu. Ma dwa skromne pokoje z kuchnią.

– Napijesz się koniaku? – proponuje, ale widząc moją minę nastawia wodę na herbatę.

– Czy wyobrażasz sobie siebie w takiej sytuacji, w jakiej są twoi pensjonariusze? – pytam na koniec.

– Nie! Nie wyobrażam sobie i mam nadzieję, że Bóg mnie od tego uchroni...

Żenia i Rosja bez Putina

Nie ma jednej Rosji



– Rosja bez Putina!

Żenia Czirikowa skanduje te słowa dobitnie i z ogromnym przejęciem. Jest ładna i młoda. Jej stanowczy głos kontrastuje z filigranową posturą. W białej futrzanej czapce z pomponami wygląda jak nastolatka. Trochę zabawnie i niezbyt poważnie. A jednak. Żenia porywa tłum. Tysiące demonstrantów zaczynają krzyczeć razem z nią. Z całych sił.

– Putin to złodziej!

Jest luty 2012 roku. Miesiąc przed wyborami prezydenckimi i dwa miesiące po wyborach do parlamentu, które wygrała prokremlowska Jedna Rosja. Moskwa aż huczy od opowieści o fałszerstwach. O kupowaniu głosów, podmianach biuletynów, szantażowaniu wyborców. Takiej Rosji jeszcze nie widziałam. Wcześniej, kiedy byłam korespondentką w Moskwie, na wiece opozycji przychodziło po kilkaset osób. I zawsze było więcej milicji niż demonstrantów.

Dodzwonić się do Żeni to wielka sztuka. Jej telefon komórkowy jest stale zajęty. Udziela wywiadów, koordynuje akcje protestów, zdobywa informacje. Jeszcze kilka lat temu w ogóle nie interesowała się polityką, a Putin nawet jej się podobał. Dziś najłagodniej nazywa go „łobuzem”. Żenia ma trzydzieści sześć lat, dwa fakultety politechniczne, cięty język i niebywałą energię. Wychowuje dwie córki, pomaga mężowi prowadzić drobny biznes, aktywnie udziela się w opozycji, pisze blog. Według sondaży, jest jedną z najbardziej wpływowych kobiet w Rosji. Krótko mówiąc, nie ma lepszej osoby, która pozwoliłaby zrozumieć, dlaczego inteligenci zbuntowali się przeciwko Putinowi.

– Przyjeżdżajcie – mówi Żenia, kiedy wreszcie udaje mi się do niej dodzwonić. – Tylko od razu, bo wieczorem idę na akcję – dodaje tajemniczo i rozłącza się.

Łatwo powiedzieć. W zakorkowanej Moskwie nie da się dojechać „od razu”. Tym bardziej że miasto tonie w śniegu, a Żenia mieszka na obrzeżach, w Chimkach.

Na miejsce dojeżdżamy z ekipą filmową dopiero po siódmej wieczorem. Jest taki mróz i wiatr, że każdy myśli o tym, by jak najszybciej zaszyć się w domu. Każdy, tylko nie Żenia. Wybiega z klatki schodowej roześmiana i pełna energii. Ma na sobie białą puchową kurtkę, a na niej dużą plakietkę z portretem Putina i napisem: „Złodziej na Kremlu czy w więzieniu?”. Parę miesięcy wcześniej ostentacyjne noszenie takiej naklejki byłoby bardzo ryzykowne.

Krótkie powitanie i od razu ruszamy. Po drodze dołącza do nas grupka znajomych Żeni. Przed pobliską stacją metra będą wspólnie rozdawać ulotki i zachęcać ludzi do udziału w kolejnym proteście. Przeciwko fałszowaniu wyborów i powrotowi Władimira Putina na Kreml. Wiec ma się odbyć następnego dnia.

– Czwartego lutego odbędzie się miting „Za uczciwe wybory”. Przychodźcie!

Żenia staje kilka metrów od wyjścia z metra. W ręku trzyma garść ulotek. Większość ludzi nie zwraca na nią uwagi. Za to w ciągu pięciu minut zjawia się policja.

– Obywatele, proszę się odsunąć! Przeszkadzacie innym – młody oficer mówi stanowczym tonem, ale jest wyraźnie zdezorientowany.

Tym bardziej, że filmuje go operator. To znak czasu. Kiedyś nawet by z nami nie dyskutował. Robienie zdjęć mundurowym w ogóle nie wchodziło w grę. Zwłaszcza w okolicach metra, które jest obiektem strategicznym.

– Weź dla mamy – Żenia wciska ulotkę młodzieńcowi w markowej kurtce.

– Mama mieszka w innym mieście – odpowiada chłopak.

– To dasz dziewczynie – nie zraża się Żenia.

– Ale ja nie mam dziewczyny – mówi skonsternowany, a policjant, który stoi obok, parska śmiechem.

– O co pani chodzi? – pyta z zainteresowaniem starsza kobieta w sztucznym futrze.

– Chcę, żeby wybory były uczciwe – odpowiada Żenia.

Rozmowie zaczyna się przysłuchiwać kilku przechodniów.

– A ja uważam, że w ogóle szkoda pieniędzy na wybory – mówi kobieta. – Niech się sami wybierają. Jak w czasach radzieckich. Zamęczyli nas i tyle – dodaje.

Wokół Żeni robi się coraz goręcej. Pojawia się kilku nowych policjantów i grupka prokremlowskiej młodzieży z plakatami. Dużymi i wyraźnymi. Na czerwonym tle widnieją białe litery: „Czirikowa uważa, że bez pomocy USA nie da się zaprowadzić porządku w Rosji”. Plakat nawiązuje do wizyty Żeni w ambasadzie amerykańskiej. Razem z innymi opozycjonistami apelowała tam o niewydawanie wiz skorumpowanym rosyjskim dygnitarzom. W państwowej telewizji okrzyknięto ją za to zdrajczynią narodu.

– Walczymy o to, żeby urzędnicy nie rozkradali kraju i nie bogacili się naszym kosztem – tłumaczy z werwą Żenia. – To ich drażni, bo przeszkadzamy im w zarabianiu pieniędzy.

Sprawa wizyty w ambasadzie USA wywołuje lawinę emocji. Przechodnie dzielą się na dwa obozy. Nikt nie zważa na mróz. Nikt nie pamięta, że przed chwilą spieszył się do domu. Nikt nie reaguje na wezwanie policji, by nie tamować ruchu.

– Putin postawił Rosję na nogi! – krzyczy starszy mężczyzna w solidnym kożuchu, wyglądający jak dygnitarz z czasów radzieckich. – A tacy jak ona to zwykłe kanalie, które biegają do amerykańskiej ambasady – dodaje.

Jest tak podniecony, że aż drży mu głos.

– Co za bzdury pan tu opowiada? – oburza się młody chłopak. – Tacy jak ona walczą o naszą godność. Żeby już nigdy więcej Kreml nie fałszował wyborów!

Młodzieniec stara się powstrzymać emocje. Żeby rozładować atmosferę przypomina wpadkę telewizji, która rozśmieszyła niemal całą Rosję. Było to tuż po zakończeniu głosowania do Dumy. Stacja kontrolowana przez Kreml pokazała tablicę z wynikami, na której łączna suma głosów dawała ponad sto dwadzieścia procent! Sytuacja jak z popularnego dowcipu. Do Putina przychodzi jego asystent i mówi: „Mam dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Zła jest taka, że komunista Ziuganow dostał sześćdziesiąt procent głosów. A dobra, że wy Władimirze Władimirowiczu, dziewięćdziesiąt procent!”.

Zbiegowisko z każdą minutą się powiększa.

– Obywatelko, macie pozwolenie na pikietę? – pyta Żenię policjant.

W jej oczach pojawia się błysk. Jakby tylko na to czekała.

– Jutro odbędzie się legalny marsz opozycji i według prawa możemy go reklamować – odpowiada pewnym głosem. – Jeśli pan uważa, że nie, to proszę mnie aresztować! Ale uprzedzam, że sąd mnie uniewinni. Bo ja nie łamię przepisów, a pan mi przeszkadza! – mówi na jednym wydechu.

– Jak to przeszkadzam? – obrusza się policjant.

– Odgradza mnie pan od ludzi – Żenia pokazuje ręką, żeby się odsunął. Gapie wybuchają śmiechem. Ja też.

– A wy coście za jedni? – pyta mnie rozzłoszczony policjant, wskazując na kamerę. – Dokumenty proszę. Mówcie, kto za wami stoi i jakie macie zadanie? – dodaje groźnie.

Momentalnie poważnieję.

– Niby jakie zadanie? – szczerze się dziwię i skostniałymi od mrozu rękoma sięgam do torebki po akredytację.

– Przecież ktoś musiał was tu przysłać – mówi z pełnym przekonaniem oficer i dokładnie spisuje wszystkie moje dane.

Żeni nikt nie pyta o personalia. Jest dobrze znana policji, głównie z protestów ekologów. Bo od lat broni lasu w podmoskiewskich Chimkach, gdzie wycina się tysiące drzew w związku z budową autostrady do Petersburga. Wzdłuż trasy mają powstać hotele i restauracje. Żenia nie ma wątpliwości, że budowa leży w interesie biznesmenów związanych z Władimirem Putinem. Jej zdaniem, chodzi o miliardy dolarów.

– Wie pan po jakiej cenie kupowali las w Chimkach? – Żenia zwraca się do mężczyzny, który rozpoznał w niej znaną ekolożkę. – Po sto pięćdziesiąt dolarów za hektar – odpowiada sama sobie. – A wie pan, po jakiej sprzedają teraz? Po osiem tysięcy dolarów za jedną setną hektara. Złodzieje, powinni siedzieć w więzieniu! – Żenia robi się czerwona na twarzy. – A na mojej liście pierwszy jest Putin! – dodaje tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Putin? – dziwi się mężczyzna.

– Oczywiście – stwierdza kategorycznie. – Bo to on jest głównym skorumpowanym w naszym kraju! Słyszał pan o Arkadiju Rotenbergu? Otóż Arkadij Rotenberg ma firmę zarejestrowaną na Cyprze. I to on dostał koncesję na budowę trasy do Petersburga. A jak wiadomo, pan Rotenberg jest bliskim przyjacielem Władimira Putina.

Mężczyzna macha ręką i odchodzi.

– Jejku, ale ona ma gadane – zauważa operator, który zmarzł już na kość.

Żenia nie przestaje ani na sekundę.

– Dość robienia z nas surowcowego imperium! – krzyczy coraz głośniej. – To my podbijaliśmy kosmos! Potrafimy zarabiać intelektem! Nie jesteśmy gorsi od Europy!

Policja ma dość:

– Proszę stąd odejść! Nie przeszkadzajcie innym!

Tym razem oficer wydaje się zdeterminowany. Lepiej z nim nie zadzierać.

Godzina ósma rano następnego dnia. Spotkamy się z Żenią u niej w domu. Za trzy godziny razem pojedziemy na wiec opozycji do centrum Moskwy. Jestem równie podekscytowana jak ona. W liberalnym radiu „Echo Moskwy” od świtu trąbią, że zapowiada się akcja, jakiej nie było od lat. Ludzie skrzykują się głównie przez Internet. Bo to jest protest ludzi młodych, wykształconych, nowoczesnych.

Żenia zaprasza do kuchni na kawę. Pomieszczenie jest tak małe, że mieszczą się w nim dwie, góra trzy osoby.

– A w telewizji słyszałem, że Czirikowa dostaje pieniądze od USA. Widać Amerykanie kiepsko płacą – ironicznie śmieje się dźwiękowiec Sierioża.

Mieszkanie składa się z dwóch pokoi. To typowa „chruszczowka”. Pięćdziesiąt metrów, mała kuchnia, miniaturowa łazienka. Żadnych luksusów.

– Więcej nam nie potrzeba – odpowiada Żenia.

Ma ładne niebieskie oczy i krótkie blond włosy z zawadiacką grzywką. To nie jest typ ślicznej laleczki. Chociaż o mały włos zostałaby nią. Bo kiedy studiowała w Moskiewskim Instytucie Lotniczym, marzyła o wysokich obcasach i dobrych ciuchach.

– Byłam absolutnym kołtunem – śmieje się. – Dopiero Misza pokazał mi inny świat – dodaje.

Misza to jej mąż. Doktor nauk matematycznych. Razem prowadzą małą firmę. Zajmują się wyposażaniem sprzętu elektromagnetycznego w system ochrony. Wydaje mi się to tak skomplikowane, że nawet nie próbuję się w to zagłębiać.

Żenia pokazuje mi mieszkanie. Mały pokoik należy do jej córek: dziesięcioletniej Lizy i pięcioletniej Saszy. Lokum jest skromne, ale przytulne i kolorowe. Piętrowe łóżka, stolik, pudełko z zabawkami, a na ścianie rysunki i fotografie. Dziewczynki wyjechały na weekend do babci.

– W ubiegłym roku opieka społeczna próbowała mi je odebrać – Żenia z czułością dotyka dłonią zdjęcia córeczek. – Było to tuż po tym, jak na ręce Dmitrija Miedwiediewa złożyliśmy jedenaście alternatywnych wariantów budowy autostrady Moskwa–Petersburg, by ominąć las w Chimkach. W raporcie szczegółowo opisaliśmy, że wytyczanie trasy ma charakter korupcyjny. Kilka dni później zjawiła się u mnie opieka społeczna z lipnym donosem, że rzekomo zaniedbuję dzieci. Że nie daję im jeść, że je biję i że żyją w tragicznych warunkach...

Rozmowę przerywa telefon. Do Żeni dzwonią dziennikarze z radia „Swoboda”. Pytają o możliwość współpracy opozycji z Kremlem. Jej odpowiedź jest kategoryczna.

– Uważam, że powinniśmy wpływać na władzę i kontrolować jej działania, a nie z nią współpracować.

Duży pokój jest zawalony książkami. Stoją na regałach, na biurku, w szafce. To typowe dla inteligenckich domów w Rosji. Oprócz książek w oczy rzuca się wielkie akwarium z rybami morskimi. Są piękne, ale drapieżne. Żenia zdobyła dla nich egzotyczne rośliny i kamienie. Żeby czuły się jak na wolności.

– Jak to było z twoim stosunkiem do Putina? – pytam, patrząc na stos naklejek z portretem Władimira Władimirowicza i napisem: „Złodziej!”.

Żenia zaczyna się śmiać.

– Kiedy nie interesowałam się polityką, to nawet bardzo mi się podobał – wyznaje szczerze.

I od razu zaczyna się tłumaczyć, że na tle pijaka Jelcyna Putin wydawał się jej ideałem. Tym bardziej że w Rosji zaczęła się stabilizacja.

– Wszystko uległo zmianie, kiedy zaangażowałam się w walkę o ocalenie lasu w Chimkach – Żenia w okamgnieniu poważnieje. – Wtedy zetknęłam się z bezkarnością milicji, z korupcją urzędników i z bezprawiem. Mój znajomy, który krytykował budowę autostrady przez las, został tak pobity, że dziś jest inwalidą.

Żenia ma na myśli dziennikarza Michaiła Biekietowa. Mężczyzna z trudem kojarzy i nie mówi. Bandyci zmiażdżyli mu czaszkę, połamali żebra, uszkodzili organy wewnętrzne. Przeszedł kilka operacji głowy. Amputowano mu nogę i palce u ręki. W 2008 roku był redaktorem naczelnym gazety w Chimkach. Krytykował lokalne władze za korupcję i nieliczenie się z opinią mieszkańców. Sprawcy dopadli go pod domem. Jako korespondentka TVP robiłam o tym materiał. Sąsiedzi Biekietowa w ogóle nie chcieli rozmawiać. Być może dlatego, że mieli wyrzuty sumienia, bo nikt mu nie pomógł. Nieprzytomny leżał na ziemi prawie dwie doby. To cud, że przeżył. O komentarz poprosiłam wówczas Borysa Timoszenko z Fundacji Obrony Jawności. Spytałam go, czy bycie dziennikarzem w Rosji jest niebezpieczne.

– Bardzo bym chciał powiedzieć, że nie, ale nie mogę – usłyszałam...

W drzwiach pojawia się mąż Żeni. Misza jest średniego wzrostu szatynem, łagodnym jak baranek. Zupełne przeciwieństwo żony. Nieśmiałym głosem mówi, że czas już wychodzić na wiec. Z troską podaje Żeni grube skarpety.

Nie ma jednej Rosji

Policja ma dość.

Jest minus dwadzieścia stopni. Do tego wilgoć i wiatr. Mróz szczypie tak mocno, że ulice są puste. W centrum Moskwy to rzadkość. Żenia zaczyna się nawet niepokoić, czy mróz nie odstraszy chętnych. Niepotrzebnie. Na pół godziny przed mitingiem na miejscu zbiórki są już tysiące demonstrantów reprezentujących różne opcje. Liberałów, komunistów, nacjonalistów, radykalnych lewicowców i zielonych. Przechodzimy przez bramki do wykrywania metalu. Tłum gęstnieje z każdą minutą. Wielu uczestników ma białe kokardki. To symbol protestu przeciwko fałszerstwom podczas wyborów do Dumy. Parę tygodni wcześniej Putin kpił sobie, że białe wstążki kojarzą mu się z prezerwatywami.

– Słyszałaś nowy kawał? – pyta Żenię chłopak z tabletem w ręku, pewnie student. – Jak wrzucisz dwa głosy na Putina, to w promocji dostaniesz go na trzecią kadencję z rzędu.

Demonstranci wybuchają śmiechem. Nawet policjant, który stoi przy bramce, chichocze.

Kolumnę marszu otwiera grupa z ogromnym transparentem „Rosja bez Putina!”.

– Co zrobicie, jeśli Putin zwycięży? – zaczepiam chłopaków, którzy trzymają plakat.

Indagowani uważnie mi się przyglądają. Chcą wiedzieć, z jakiej jestem telewizji, bo do swoich stacji nie mają zaufania. Kiedy przekonują się, że przyjechałam z Polski, odpowiadają bez zastanowienia.

– Będziemy nadal wychodzić na wiece.

– A jeśli okaże się, że większość ludzi popiera Putina? – pytam dalej.

– Nawet jeśli liczenie głosów będzie uczciwe, to same wybory już z założenia nie. Bo jeden z kandydatów, czyli Putin, dopuścił tylko takich oponentów, którzy nie mogą z nim wygrać – tłumaczy mi młodzieniec.

I przypomina, że jedyny kandydat demokratycznej opozycji – Grigorij Jawliński został wyeliminowany w przedbiegach. Centralna Komisja Wyborcza zakwestionowała podpisy poparcia dla niego.

Konkurentami Putina w wyścigu na Kreml byli szefowie trzech parlamentarnych partii: komunista Ziuganow, socjalista Mironow i nacjonalista Żyrinowski oraz miliarder Prochorow. Żaden z kandydatów nie pozwolił sobie na zbyt ostrą krytykę faworyta...

– Oddajcie nasze głosy! – krzyczą demonstranci.

– A pan dlaczego nie skanduje? – Żenia zwraca się do mężczyzny, który zagadał się z partnerką. – Jest pan za Putinem? – strofuje go żartobliwie.

W tłumie dostrzegam kilku znanych dziennikarzy, między innymi Leonida Parfionowa, autora popularnej serii programów telewizyjnych o współczesnej Rosji. Jest też poeta Dmitirj Bykow, pisarz Borys Akunin, modna prezenterka i celebrytka Tina Kandelaki. Gdyby kilka miesięcy wcześniej ktoś mi powiedział, że dojdzie do takiego wiecu, postukałabym się w czoło.

Tempo wiecu staje się coraz szybsze. W pewnym momencie dziesiątki dziennikarzy rzucają się w kierunku grupy skupionej wokół wysokiego mężczyzny w puchowej kurtce. To wspomniany wyżej oligarcha Michaił Prochorow. Trzeci najbogatszy człowiek w Rosji. Ma osiemnaście miliardów dolarów.

– Michaile Dmitriewiczu, niech pan przejdzie do przodu! – przekrzykują się reporterzy.

Napierają z taką siłą, że powstrzymują czoło kolumny. Młoda kobieta w brązowym futrze jest oburzona. Prochorow wzbudza ogromną sensację nie tylko jako kandydat na prezydenta. Tym bardziej że w powszechnym odczuciu uchodzi za człowieka Kremla. W końcu ktoś, kto ma pałace, jachty i samoloty, rzadko pojawia się na ulicy. Zwłaszcza w tłumie. Ochraniarze ledwo sobie radzą. Prochorow ma dwa metry wzrostu i trudno go zasłonić. Wykorzystuję chwilę nieuwagi i staję dosłownie przed miliarderem. Z bliska wygląda bardzo młodo. W białej wełnianej czapce przypomina sportowca.

– W czym pan jest lepszy od Putina? – pytam go, nie zważając na ochroniarza, który próbuje mnie odepchnąć. – Proszę podać trzy przykłady!

Prochorow zaczyna się śmiać. Nie jest to dla niego zbyt wygodne pytanie, ale nie zbywa mnie.

– Po pierwsze mam bardzo bogatą biografię. Bo zaczynałem od zera, od rozładowywania wagonów – odpowiada, ruszając do przodu.

Oddziela nas wielki transparent z jego fotografią i napisem „Za uczciwie wybory”. Idę przed nim tyłem. Operator też. Na dodatek co chwila ktoś go trąca.

– Po drugie, Władimir Putin jest już za długo u władzy. Czas ustąpić miejsca młodym – kontynuuje Prochorow. – I po trzecie, dla mnie najważniejszy jest człowiek. A nie państwo – kończy miliarder.

– Żadnych pytań więcej! – krzyczy mężczyzna z otoczenia Prochorowa.

Jakby się obawiał, że ktoś może wyśmiać banalne hasła jego bossa. Wszyscy kandydaci na prezydenta obiecują troszczyć się o człowieka. Z Putinem na czele.

Tymczasem do Żeni dołączył prawnik Aleksiej Nawalny, najsłynniejszy bloger Rosji. Na jego stronie internetowej znaleźć można dziesiątki przykładów korupcji i malwersacji. To on nazwał rządzących „żulami i złodziejami”. I to on jest najpopularniejszą postacią protestów w Moskwie. Reporterzy przepychają się, żeby podejść do niego jak najbliżej. Bez przerwy pstrykają aparaty. Aleksiej zachowuje się jak profesjonalny model. Uśmiecha się, macha ręką do fotoreporterów. Jest wysoki, przystojny i ma charyzmę.

– Co będzie, jak wybory wygra Putin? – pytam go, wykorzystując fakt, że stoję obok.

– Tego nie można nazwać wyborami. Bo Putin sam sobie określi procent poparcia – ożywia się Nawalny; ma ładny tembr głosu i świetną dykcję. – Dlatego nie uznamy tych wyborów i będziemy domagać się nowych – stwierdza stanowczo.

Demonstranci biją mu brawo.

– Precz z żulami i złodziejami! – krzyczy starsza kobieta z portretem Putina przekreślonym czerwoną farbą.

– Precz! – powtarza tłum.

Z głośników rozlega się piosenka, która wywołuje wielki aplauz. To utwór o Putinie w wykonaniu byłych komandosów. Hit od tygodni bije rekordy popularności w Internecie: „Jesteś taki sam jak ja, jesteś człowiekiem, a nie Bogiem!” – śpiewają żołnierze, a wraz z nimi dziesiątki tysięcy demonstrantów – „Nie pozwolimy więcej łgać! Nie damy więcej kraść! Jesteśmy desantem wolności! Z nami Ojczyzna Matka!”.

Zbliżamy się do mostu w pobliżu Kremla. Stąd doskonale widać plac Błotny, gdzie za chwilę zaczną się przemówienia. Żenia jest coraz bardziej podekscytowana, bo to ona ma prowadzić cały wiec. Przed wejściem na scenę udziela ostatniego wywiadu.

– Myśli pani, że władze słuchają, o czym mówicie? – pyta ją młody dziennikarz.

– A jakże – odpowiada bez cienia wątpliwości. – W przeciwnym razie nie zwoływałyby w taki mróz konkurencyjnego wiecu poparcia dla Putina.

Manifestacja proputinowska odbywa się kilka kilometrów dalej. Wokół stoją setki autokarów. Z Moskwy, Tuły, Orła i innych miast. Demonstranci trzymają portrety Putina, flagi Rosji i plakaty. Solidne, na dobrym papierze. Przeważają hasła „Putin i nikt inny!”, „Putin to stabilizacja i dobrobyt!”, „Rosja głosuje na Putina!”. Na ogromnej scenie wrze.

– Nie dla pomarańczowej dżumy! – skanduje z pianą na ustach znany politolog Siergiej Kurginian.

Nie ma wątpliwości, o co chodzi. To nawiązanie do pomarańczowej rewolucji w Kijowie. I sugestia, że protesty opozycji doprowadzą do anarchii.

– Nas jest więcej! – krzyczy ile tchu w piersiach dziennikarz telewizji państwowej Michaił Leontiew.

Żenia śledzi relację z proputinowskiej akcji w Internecie przez komórkę.

– W radiu Swoboda jeden ze słuchaczy opowiadał, że w Sbierbanku, w którym pracuje, kierownictwo oficjalnie nakazało iść na miting poparcia dla Putina. Grożono, że jak ktoś nie pójdzie, to zostanie zwolniony z pracy – mówi z drwiną w głosie.

Młody chłopak, który przysłuchuje się rozmowie, przytakuje:

– U mnie w firmie aż sto pięćdziesiąt osób wysłali na tamten wiec – wtrąca.

– A z jakiej jesteś firmy? – interesuje się Żenia.

Chłopak widząc, że kamera nagrywa wypowiedź, wyraźnie się płoszy.

– To nie jest firma państwowa. Nie chciałbym wymieniać nazwy – mówi, spuszczając głowę; jakby się wstydził, że zabrakło mu odwagi.

– Rosja będzie wolna! – skanduje ze sceny znany opozycjonista Władimir Ryżkow.

Ludzie wypełniają cały plac. Jest taki ścisk, że operator z trudem utrzymuje kamerę. Większość reporterów stoi na wygodnym podwyższeniu dla prasy. My jednak wolimy zostać wśród ludzi. Tylko w tłumie można poczuć jedność, siłę i radość demonstrantów. Z bliska dobrze widać, że ludzie mają szczęśliwe twarze. Bez cienia ponuractwa, które na co dzień przeważa w metrze czy w autobusach.

– Nie tylko mieszkańcy Moskwy, ale także mieszkańcy ponad stu rosyjskich miast wyszli na ulice, by powiedzieć: „Chcemy uczciwych wyborów!” – Żenia jest doskonałym mówcą.

Tłum spontanicznie wtóruje każdemu jej hasłu:

– Rosja bez Putina!

Dzień wcześniej widziałam zupełnie inny świat. Żadnych dyskusji, żadnych politycznych sporów. Było to czterysta kilometrów od Moskwy, gdzie odwiedziłam kilka wsi. Na prowincji w wielu domach do tej pory nie ma ani gazu, ani wody, ale ludzie nie narzekają. Tam liczy się jedno: żeby nie było gorzej. Jak za Jelcyna, kiedy miesiącami nie dostawali pensji i emerytur.

– Tym w Moskwie, to się we łbach poprzewracało – mówiła mi siedemdziesięcioletnia Sofia Serafimowna z małej wioski pod Niżnym Nowgorodem. – Jak widzę te ich protesty, to od razu wyłączam telewizor.

Wiec trwa aż trzy godziny. Mimo mrozu. A może na przekór mrozowi... Manifestanci rozchodzą się w spokoju. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że prawie w ogóle nie widziałam policji. Kilka tygodni później, po tym jak Putin zostanie zaprzysiężony na prezydenta, mundurowi znów się uaktywnią. I znów poczują swoją siłę.

Żenia jest wykończona, ale zadowolona. Według organizatorów w manifestacji wzięło udział ponad sto tysięcy osób. Według władz trzy razy mniej. Jedno jest pewne: to był największy protest opozycji od kilkunastu lat. Na dodatek bez żadnych incydentów. Przyznała to nawet telewizja państwowa, która nie mogła zignorować tak ogromnej manifestacji.

– Czy dostrzegasz jakieś pozytywne cechy Putina? – pytam Żenię, kiedy siedzimy wieczorem w jej kuchni.

Popijamy gorącą herbatę z miodem. Wciąż nie możemy się rozgrzać. Misza z czułością patrzy na żonę. Jest dumny, że tak dobrze sobie poradziła na wiecu.

– Tak, dostrzegam – z przekorą odpowiada Żenia. – On doskonale umie mydlić ludziom oczy – śmieje się cynicznie.

– Najbardziej mnie wkurza, jak słyszę, że dla Putina nie ma alternatywy. To bzdura – wspiera żonę Misza. – Rosja to wielki kraj, mamy mnóstwo zdolnych ludzi. I wreszcie budzi się społeczeństwo obywatelskie – dodaje z entuzjazmem.

– Na kogo będziecie głosować? – moje pytanie znów wywołuje uśmiech na ich twarzach.

– Na kogokolwiek, byle nie na Putina – odpowiadają zgodnie.

– Rzucę monetą – mówi żartobliwym tonem Żenia. – Jak wypadnie orzeł, to zagłosuję na komunistę Ziuganowa; jak reszka, to na socjalistę Mironowa; a jak moneta zawiśnie w powietrzu, to na nacjonalistę Żyrinowskiego!

Przy tych ostatnich słowach oboje z Miszą wybuchają śmiechem. Cynicznym, złowrogim, sarkastycznym. Z takimi przeciwnikami Putinowi łatwo nie będzie.

Matuszka sekty Putina

Nie ma jednej Rosji



– Ja kocham Putina! Jak można nie kochać kogoś, kto stoi wyżej od nas?

Marija cedzi każde słowo. Jakby się bała, że mogę coś przepuścić. W białej chustce na głowie wygląda niewinnie i skromnie.

– W nim jest duch świętego. Dlatego siły ciemności nie chcą, by Putin był u władzy – dodaje.

Mówi z powagą, ale łagodnie się przy tym uśmiecha, odsłaniając naturalnie białe zęby. W jej wieku to rzadkość, bo skończyła sześćdziesiąt trzy lata. Widać, że kiedyś musiała bardzo dbać o siebie. Miała za co. W latach dziewięćdziesiątych należała do elity finansowej Niżnego Nowgorodu i nazywała się Swietłana Frałowa. Dziś każe o sobie mówić „matuszka (czyli mateczka) Marija”. Jest założycielką sekty, która wielbi Władimira Putina jako... nowe wcielenie świętego Pawła. I zbawcę Rosji.

Siedziba sekty znajduje się w wiosce Bolszaja Jelnia pod Niżnym Nowgorodem, czterysta kilometrów od Moskwy. Jest to solidny dwupiętrowy dom z jasnej cegły. Stoi przy samej drodze i od razu rzuca się w oczy, bo ma wieżyczki i złote kopuły z krzyżami. Jak cerkiew. Moskiewski Patriarchat stanowczo odcina się od matuszki Marii. Nazywa ją oszustką i stale podkreśla, że w przeszłości Frałowa siedziała w więzieniu za przekręty finansowe...

Podjeżdżamy z operatorem i dźwiękowcem pod samą bramę. Z bliska dom wygląda jeszcze bardziej okazale niż z daleka. Otacza go wysoki mur inkrustowany czerwonymi krzyżami. Jest luty i dużo śniegu, ale przed wejściem nie ma ani jednej zaspy. Wszystko uprzątnięte, lód skuty, droga posypana piaskiem.

– Żeby to odśnieżyć, ktoś musiał wstać w środku nocy – zauważa z podziwem operator Walentin. Spoglądam na zegarek. Dochodzi szósta rano. Jestem stremowana jak nigdy. Matuszka Marija rzadko wpuszcza dziennikarzy za ogrodzenie swojego domu i nie godzi się na dłuższe rozmowy. Dla nas zrobiła wyjątek.

Bramę otwiera wysoka, chuda kobieta ubrana na czarno. Jak mniszka. Wygląda demonicznie, ma ziemistą cerę i smętny wzrok. Żadnego uśmiechu, żadnej radości w oczach.

– Tak nie może pani wejść do matuszki – mówi na powitanie, spoglądając z dezaprobatą na moje dżinsy. – W spodniach absolutnie nie wolno.

Po chwili dodaje łagodniejszym tonem:

– Zaraz coś dla pani znajdę.

Na frontowej ścianie budynku wisi ogromna ikona. Jest to obraz Matki Boskiej, która unosi się nad kilkoma cerkwiami. Kiedy przechodzimy obok niej, mniszka skłania głowę i robi znak krzyża na piersi. Po prawosławnemu – z lewa na prawo.

– Nie macie tu ochrony? – zagajam.

– Nie! – ucina oschle. – Matuszka Marija mówi, że naszego domu strzegą niewidzialni łucznicy.

Matuszka chyba jednak nie do końca w to wierzy, bo na ścianie dostrzegam alarm.

Kobieta wprowadza nas bocznym wejściem do szatni. Każdy, kto tu przychodzi, musi zmienić obuwie. Pod wieszakami stoi w równiutkim rzędzie kilka par plastikowych klapek. Mniszka przynosi mi długą czarną wełnianą spódnicę i chustkę na głowę. Kiedy przebrana mam już na sobie odpowiedni strój, uśmiecha się i przedstawia:

– Na imię mi Serafima. Jestem pomocnicą matuszki.

Jak się później okaże, kobieta naprawdę nazywa się Ludmiła, ma wyższe wykształcenie i pracowała kiedyś w administracji prezydenta.

Na spotkanie z Mariją czekamy w pokoju gościnnym. Skromnym, ale niebiednym. Białe meble, kominek, kwietnik z minifontanną i mnóstwo ikon w złotych ramach. Jedna ze ścian wyklejona jest tapetą z widokiem morskiej plaży. Błękitna woda, palmy, złoty piasek. Kiedyś Marija często spędzała wakacje za granicą.

Kilkanaście minut po szóstej w drzwiach pokoju staje korpulentna kobieta w czarnym swetrze, długiej spódnicy i chustce na głowie. Z bliska Marija nie wygląda na swój wiek. Wita się ze mną dużo bardziej serdecznie niż Serafima, ale i patrzy podejrzliwie.

– W naszym klasztorze wszyscy zaczynają dzień już o piątej – zagaja rozmowę. – Od porannej modlitwy.

W budynku, który jest własnością Marii, mieszka kilka kobiet. Pomagają prowadzić dom i zarabiają na niego jako siostry w szpitalu. O przeszłości nie chcą mówić. Wszystkie są przyjezdne. Do „świątyni” Marii nie przychodzi ani jeden mieszkaniec wioski Bolszaja Jelnia.

– Dlaczego ludzie ze wsi nie przychodzą do was? – pytam, kiedy siadamy przy stoliku na tle egzotycznej tapety.

– Bo, jak mówi Ewangelia, trudno być prorokiem we własnym kraju – odpowiada krótko; nie wspomina natomiast, że duchowni z pobliskich cerkwi kategorycznie zabraniają odwiedzania jej domu.

– Twierdzi pani, że Putin to jest kolejne wcielenia świętego Pawła, tak? – w moim głosie na pewno słychać sceptycyzm.

Marija patrzy na mnie uważnie, zaciskając lekko wargi. Jakby żałowała, że się zgodziła na nagranie. Boże, żeby tylko się nie rozmyśliła.

– Tak, jest wcieleniem apostoła Pawła. I powtarza jego drogę – odpowiada po dłuższej chwili. – Jak wiadomo, Paweł nie od razu został apostołem. Zanim się nawrócił, najpierw był Szawłem, który prześladował chrześcijan. Urządzał nagonki na nich.

Dopiero teraz zauważam, że Marija ściska w ręku miniaturową Ewangelię w czerwonej oprawie.

– Putin też był Szawłem, kiedy pracował w KGB. Ale zmienił się. Bo spłynęła na niego łaska Ducha Świętego...

O boskości Putina można usłyszeć nie tylko w Bolszoj Jelni. W całej Rosji rekordy popularności bije piosenka nieznanego tadżyckiego wykonawcy, który wychwala Władimira Władimirowicza pod niebiosa. Teledysk ukazał się w Internecie przed wyborami prezydenckimi, które zapewniły Putinowi powrót na Kreml na trzecią kadencję. W ciągu paru miesięcy klip obejrzało kilka milionów osób. „To Bóg go zesłał. Czy pamiętacie, kiedy władzę dostał?”, pyta w rytmie disco piosenkarz. „Na początku wieku i tysiąclecia, on jest Bożym posłańcem!”. Scenerią klipu są bogate ulice Moskwy, która po rozpadzie Związku Radzieckiego przeobraziła się z siermiężnej socjalistycznej stolicy w światową metropolię. Jak przekonuje Tadżyk w teledysku, wszystko to zasługa Putina: „W.W. Putin uratował kraj, W.W. Putin broni go, W.W. Putin postawił Rosję na nogi i wciąż Rosję rozwija”.

Do pokoju, w którym siedzimy z Mariją, wchodzi kolejna mniszka. Tak samo chuda i tak samo blada jak Serafima. Mieszkanki domu jedzą tylko postne potrawy. Marchewkę, buraki, kapustę, miód i chleb, który same pieką. Kobieta przedstawia się jako Sofia. Kiedyś była mężatką i pracowała w kontroli skarbowej w Niżnym Nowgorodzie. Wszystko rzuciła, by zamieszkać u Marii i pracować na rzecz jej wspólnoty.

Sofia przynosi stos gazetek. Mają format A4 i po dwadzieścia stron.

– To jest nasze czasopismo „Świątynia Światła”. Kiedyś mieliśmy licencję na jego wydawanie, ale potem sąd nam ją odebrał. Podobno czegoś tam nie zapłaciliśmy. Marija nie chce się wdawać w szczegóły. Gazeta liczyła sobie pięć tysięcy nakładu. Ukazywały się w niej między innymi wywiady z nieżyjącymi ludźmi. Pod niektórymi widniał podpis: Ojciec Niebieski.

– Tu jest mój list do prezydenta.

Marija otwiera pismo na stronie z fotografią Putina i z namaszczeniem gładzi zdjęcie. Korespondencja pochodzi z 2004 roku. „Król Niebios wybrał mnie, żeby nieść słowo Boże, a pan dostał misję, żeby mi pomoc. Jest pan przecież jego apostołem” – pisała wówczas Marija. Kolejne akapity mówią o tym, że państwo i religia powinny kroczyć razem ramię w ramię; że ona leczy dusze, a Putin sprawuje rządy nad ciałami; że Bóg rozpościera nad nim swoje kochające i czułe ręce. Na końcu jest prośba o spotkanie. Wszystko na serio, oficjalnie, w urzędowym stylu. Równie poważnie wygląda odpowiedź z Moskwy: „Pani list został odnotowany i rozpatrzony. W związku z prośbą o przyjęcie przez prezydenta, informujemy, że w chwili obecnej nie ma takiej możliwości” – napisał urzędnik z administracji prezydenta. W zamian zaproponował rozmowę z pracownikami kancelarii Kremla.

– Ja wszystko zrozumiałam – mówi Marija, pokazując mi kolejne listy do Putina, bo wysłała ich kilka.

– To znaczy co? – pytam zszokowana tym, co zobaczyłam.

– Że trzeba się kontaktować z duchem Putina, a nie pisać listy, bo one do niego nie dochodzą – odpowiada matuszka. – Dlatego zaczęłam rozmawiać z nim w myślach. I bardzo dobrze nam to wychodzi.

– Ciekawe... Niech pani opowie, o czym konkretnie rozmawiacie – pytam, obserwując uważnie jej mimikę. Wciąż nie mogę rozszyfrować, czy gra, czy naprawdę w to wierzy.

– No na przykład kiedyś była taka sytuacja. Pan Bóg powiedział mi, że Rosja powinna szybko anulować dług Chinom. I Putin dokładnie tak postąpił. Po jakimś czasie oświadczył, że Rosja darowała Chinom część długu. Tak się wtedy ucieszyłam. Bo to znaczy, że mnie usłyszał – Marija promiennie się uśmiecha.

Władimir Putin nigdy oficjalnie nie wypowiedział się na temat sekty z wioski Bolszaja Jelnia. Za to Internet aż huczy od prześmiewczych komentarzy. „Miłość Putina do ludzkości podnosi średnią temperaturę o ponad dwa stopnie Celsjusza, powodując efekt cieplarniany” – pisze jeden z internautów. A inny dodaje: „Wzrok Putina przenika pięciometrową warstwę ołowiu. Dlatego prezydent nosi specjalne szkła kontaktowe”.

Marija prawie w ogóle nie wychodzi z domu. Kiedy się o tym dowiaduję, od razu wpadam w kiepski nastrój. Najlepsze reportaże powstają wtedy, kiedy bohater ciągle jest w ruchu i odwiedza wiele miejsc. Współczesny widz, zwłaszcza młody, lubi akcję. Serafima uspokaja mnie jednak, dając do zrozumienia, że nie będę mogła narzekać na brak ciekawych momentów.

– Takich nabożeństw, jakie odprawia matuszka, nie ma nigdzie.

Mniszka nie daje się wciągnąć w żadne rozmowy o Putinie.

– Dopóki matuszka nie da mi błogosławieństwa, nic na temat nie powiem – tłumaczy i ucieka do swojego pokoju.

Mieszka z innymi kobietami w oddzielnej przybudówce, chociaż dom Marii jest duży i okazały. Przywódczyni wspólnoty codziennie powtarza mniszkom, że dobra materialne się nie liczą. Jedyną własnością Serafimy są dwa białe kocięta. Kiedy tuli je do piersi, na jej ponurej twarzy pojawia się uśmiech.

Marija też lubi przyrodę. W swoim domu urządziła nawet ptaszarnię. Hoduje papugi, które mają całe oddzielne pomieszczenie na dole. Z drewnianymi domkami, huśtawkami, drzewkami. Pokoje Marii są na piętrze. Mieszka w nich razem z matką. Starsza pani nie chce się jednak pokazywać, bo nie akceptuje nowego życia córki.

– Dlaczego się pani tym zajęła? Przecież kiedyś wiodła pani normalne świeckie życie – pytam Mariję.

Właśnie częstuje mnie herbatą. W ładnych filiżankach, na ładnym obrusie. Czuję, że pierwsze lody zostały przełamane. Chociaż wcale nie ukrywam, że trudno mi uwierzyć w to, co mówi.

– To było akurat nienormalne życie – odpowiada, akcentując dobitnie słowo „nienormalne”.

Do połowy lat dziewięćdziesiątych Swietłana Frałowa była dyrektorem zaopatrzenia na kolei. W 1996 roku została oskarżona o oszustwa finansowe i na dwa lata trafiła do zakładu karnego.

– Pan Bóg posyła nas do więzienia, żebyśmy mogli uwolnić się od pokus – tłumaczy Marija. – To był cios w moją pychę i próżność. Bo wcześniej wszystko przychodziło mi bardzo łatwo. Chciałam pracować za granicą, pracowałam. Jeździłam po świecie, gdzie tylko zapragnęłam. Byłam tak rozdęta pychą, że potrzebny mi był potężny kopniak, by się ocknąć.

Marija godzi się pokazać jedno zdjęcie z lat dziewięćdziesiątych. Widać na nim sympatyczną kobietę w koronkowej ażurowej bluzce. Starannie pomalowane usta, wytuszowane rzęsy, ufarbowane na blond włosy. Fotografia pochodzi z okresu, gdy po odsiadce Marija otworzyła salon odzieżowy. Nie posiadała go długo, bo, jak twierdzi, zbankrutowała. Wtedy zajęła się bioenergoterapią i założyła wspólnotę religijną, którą nazwała patriotycznie: „Zmartwychwstanie Rusi”.

– W ostatnim czasie Rosja przeżywa bardzo burzliwy okres. Wokół Putina narosły ogromne emocje. Ogląda pani telewizję? – pytam jednym tchem.

Marija robi się blada.

– Chwileczkę, zakręciło mi się w głowie – mówi ledwo słyszalnym głosem.

Zamyka oczy. Po dłuższej chwili łapie oddech.

– Coś dziwnego się stało. Na moment utraciłam świadomość.

O dziewiątej Serafima idzie do dzwonnicy. Jest przerobiona z altanki w ogrodzie.

W pierwotnym założeniu dom miał być willą dla rodziny Frałowów. Marija ma dwóch dorosłych synów. Obaj założyli już rodziny i mieszkają w mieście. Jej mąż zmarł kilka lat temu. Serafima z całej siły pociąga za sznurki, które uruchamiają cztery mosiężne dzwony. To znak, że wkrótce zacznie się poranne nabożeństwo.

Dźwięk dzwonów słychać w całej wiosce.

– Tak jest codziennie – mówi mi starsza pani, która mieszka niedaleko domu Marii, szybko jednak dodaje, że jej to nie przeszkadza. – Wiem, że to jakaś sekta, ale nikt od nich nie chodzi po wsi – dodaje.

– A słyszała pani, że zdaniem matuszki Putin to nowe wcielenie apostoła Pawła?

– Boże! Jak to? – kobieta jest wyraźnie zdziwiona, ale nie chce tego komentować. – Ja tam nic nie wiem – ucina rozmowę i pospiesznie odchodzi.

– Nie mamy pojęcia, co się tam dzieje, ale kobieta nie może być duchownym – wtrąca się staruszka, która wraca z wiadrami ze studni.

W wiosce nie ma kanalizacji, a w niektórych domach także gazu.

– Mniszki z sekty jeżdżą do Niżnego Nowgorodu i tam zbierają pieniądze – opowiada mi kolejna mieszkanka Bolszoj Jelni. – Ilekroć jestem na przystanku autobusowym, który znajduje się przy tej ich, w cudzysłowie, „cerkwi”, to spotykam członkinie sekty z puszkami na datki.

Tymczasem w domu Marii zbierają się już ludzie na nabożeństwo. Najpierw wchodzi babcia z małym chłopcem, potem siwy długowłosy mężczyzna. Widać, że przyjechali z daleka, bo są bardzo zmarznięci. Oboje od razu wyciągają pieniądze i wrzucają do czterech puszek. Zostawiają też plastikowe torby z jedzeniem. Z jabłkami, kaszą i cukrem. Przed wejściem do sali modlitw zdejmują palta i zakładają kapcie. To Marija wprowadziła ten zwyczaj. Jak wiele innych. W jej chramie zamiast psalmów śpiewa się popularną radziecką piosenkę „Zawsze niech będzie słońce”.

Sala modlitw przypomina wnętrze cerkwi. Jest ikonostas, który oddziela ołtarz od nawy przeznaczonej dla wiernych, są obrazy i rzeźby prawosławnych świętych, mnóstwo świec. Według rosyjskiej prasy, wśród ikon wisiały tu kiedyś portrety Putina. Matuszka miała je zdjąć po tym, jak informacja o nich przedostała się do mediów. Marija nie komentuje tego...

– Teraz w Putinie jest duch apostoła Pawła – mówi, szykując się do nabożeństwa. – Ale on miał wiele wcieleń. W jednym był na przykład królem Salomonem. W innym ostatnim carem Rosji, Nikołajem – Marija z czułością spogląda na zdjęcia prezydenta w swojej gazetce. – Był też księciem Władimirem, a ja księżną Olgą, czyli jego babką. Wcześniej też mieliśmy ze sobą kontakt. Bo jak był królem Salomonem, to ja byłam królową Sabą. I między nami kwitła miłość – dodaje całkowicie poważnie.

Przerywamy nagranie, bo Marija musi się przebrać. Operator wykorzystuje tę chwilę, by pobiec do samochodu, po nową baterię do kamery. Wraca roztrzęsiony.

– Samochód nie chce odpalić. Co my teraz zrobimy na tej wsi? – woła przestraszonym głosem.

Jego panika udziela się dźwiękowcowi Sierioży. Przez kilkanaście minut wspólnie próbują walczyć z gaźnikiem. Bezskutecznie. Co się dzieje? Akumulator jest dobry, a samochód przed wyjazdem był na przeglądzie w autoryzowanym serwisie.

– Poproście matuszkę, żeby się za was pomodliła – radzi Serafima, która ze spokojem obserwuje zmagania chłopaków. – Ona wszystko może. Poza tym zna się na hipnozie, uzdrawianiu i kabale – dodaje.

– Dobrze, niech pani ją poprosi w naszym imieniu – odpowiadam na odczepnego.

Nie wiem dlaczego, ale kiedy to mówię, po skórze przechodzą mi ciarki...

O dziesiątej zaczyna się nabożeństwo. Do sali modlitw wchodzi Marija. Natchniona i odmieniona. Ma długą czarną suknię z białym koronkowym kołnierzem i białą tiarę z welonem.

– Dobry dzień, moje dziatki ukochane – mówi teatralnym głosem. – Niech będzie z wami światło, miłość, radość, pokój. Mądrość, piękno i harmonia – wylicza jednym tchem.

Na sali jest tylko kilka osób. Według Marii liczba ciał nie ma jednak znaczenia. Ważne są dusze. A tych, jak twierdzi, w jej chramie jest zawsze pełno. I to z całego świata, a nawet galaktyki...

Zebrani odmawiają wspólnie Ojcze nasz. Każdy ma przed sobą matę. Będą na nich klęczeć i bić czołem o podłogę. Liturgia jest mieszaniną obrzędów prawosławia, katolicyzmu i buddyzmu z domieszką okultyzmu. Uczestnicy modlitwy jednoczą swoją energię, by, jak mówią, przekazać ją Rosji i Władimirowi Putinowi.

– Dziatki, czy chcecie się pokajać za swoje czyny! – Marija gwałtownie zmienia tembr głosu.

Zebrani klękają na podłodze.

– Tak, chcemy! – odpowiadają chórem, a jedna z kobiet zaczyna głośno płakać.

– Przyznajcie się, czemu oddajecie pierwszeństwo: ciału czy duszy? – pyta coraz groźniej matuszka.

– Ciału! – znów zgodnie mówią zebrani.

– No właśnie, a dusza cierpi – strofuje ich Marija. – Jeśli nie będziemy pracować nad sobą, to nie przyjmiemy nauki miłości, do której nawołuje duch Putina.

Marija przechadza się między klęczącymi. Część ma złożone ręce jak do modlitwy i patrzy na nią wzrokiem pełnym miłości. Część dotyka czołami podłogi. Słychać głośny szloch. Nawet siwowłosy mężczyzna ma łzy w oczach.

– Duch Putina pragnie, żebyśmy żyli inaczej. Ale ludzie nie chcą pracować nad sobą! – grzmi dalej Marija. – I jeśli będzie tak dalej, to zostaniemy zmuszeni do zmiany, bo zaatakują nas Chińczycy.

Mały chłopiec, który przyszedł z babcią, chowa się za barierkę schodów. Nie wiem, czego bardziej się wystraszył: czy elektryzującego wzroku Marii, czy też ekstazy zebranych.

– A Chińczycy to silny wróg – kontynuuje wywód matuszka. – Bo ich żołnierze nie piją na umór tak jak nasi. Są niezwykle wytrzymali. I bardzo potrzebują ziemi.

Kobieta, która pierwsza zaczęła płakać, rzuca się matuszce do nóg. Ma cały sweter mokry od łez. Marija nie zważa na nią. Jest w transie. W czasie kazań potrafi znienacka zatańczyć, bo jak twierdzi, to anioły ją łapią za ręce...

Pop miejscowej cerkwi, ojciec Aleksandr, uważa, że trudno jednoznacznie powiedzieć, czy Marija wierzy w to, co mówi, czy tylko świetnie udaje. Bardzo prawdopodobne wydaje mu się jednak, że świadomie wykorzystuje imię prezydenta, by przyciągnąć uwagę do swojej sekty. Bo wie, że Władimir Putin cieszy się w Rosji dużą popularnością. Kiedy spytałam ojca Aleksandra, czy nie uważa, że to Cerkiew popełnia jakieś błędy i przez to ludzie szukają innych wspólnot religijnych, odpowiedział mi krótko:

– Błąd jest jeden. To siedemdziesiąt lat ateizmu i walki z Bogiem.

Wyznanie prawosławne deklaruje dziś dwie trzecie Rosjan, ale praktykuje tylko kilka procent. Większość nie zna ani Biblii, ani tradycji.

Kazanie trwa już drugą godzinę. Marija opowiada, że ludzie chciwi i grzesznicy skończą w przestrzeni kosmicznej. Że na planecie Pluton spotkała swojego teścia, który za ziemskie występki cierpi teraz straszliwe męczarnie. Że człowiekowi nie wolno zabić nawet komara. Że za darowanie życia myszy, którą znalazła w domu, osobiście jej podziękował król gryzoni w koronie.

– Żeby coś dostać, najpierw musimy dać – poucza Marija.

Serafima bije czołem o podłogę. Zapłakana wyznaje, że poprzedniego dnia zgrzeszyła. Bo kiedy wróciła z pracy w szpitalu, to nie chciało jej się sprzątać chramu.

– Proście Boga o przebaczenie! – woła Marija i znika za ołtarzem; w cerkwi kobieta nie ma prawa tam wchodzić.

Prawosławni duchowni wielokrotnie zwracali się do lokalnych władz o likwidację sekty. Nikt jednak nie udowodnił, że Marija narusza prawo. Wszystko odbywa się na terenie jej prywatnej posiadłości, a członkowie wspólnoty przychodzą tu dobrowolnie. Poza tym w wiosce mówi się, że jakoś niezręcznie nękać kogoś za miłość do Władimira Putina...

– Chrześcijanie nigdy nie chodzą na wiece protestu – Marija znów pojawia się w nawie – bo wiedzą, że wszystko zależy tylko od Boga. Dlatego trzeba się modlić, a nie buntować.

W tym momencie rozlega się głośne kichnięcie którejś z parafianek.

– Proszę, to na potwierdzenie, że mówię prawdę – natychmiast reaguje matuszka. – Tylko szatany chodzą na demonstracje!

Zimą 2012 roku w protestach przeciwko powrotowi Władimira Putina na Kreml brały udział dziesiątki tysięcy ludzi. Głównie inteligencja z dużych miast. Antyrządowe demonstracje po raz pierwszy pokazały wszystkie programy telewizji państwowej.

– Nie mogę na to patrzeć – mówi Marija. – Jak tylko biorę do ręki pilota od telewizora, to natychmiast pojawiają się na nim łzy.

Serafima i Sofia zgodnie przytakują. Pozostali żegnają się trzy razy, robiąc znak krzyża na piersi. Oczy matuszki robią się nagle mokre od łez. I to w ciągu sekundy. Płacze tak przejmująco, że robi mi się jej szczerze żal.

Nabożeństwo kończy się po trzech godzinach. Na pożegnanie wszyscy razem śpiewają: „Zawsze niech będzie słońce, zawsze niech będzie niebo, zawsze niech będzie mama, zawsze niech będę ja”. W sali modlitewnej jest kilkanaście emblematów słońca. Na ścianach, witrażach, obrazach.

Marija jest tak wyczerpana, że musi chwilę odpocząć. Przed wyjściem daje „parafianom” zgodę na udzielenie wywiadu. Otaczają mnie wianuszkiem i z ciekawością mi się przyglądają. Ja im też. Na ich twarzach nie widać już ani śladu uniesienia. Pytam o to, skąd przyjechali i jak się dowiedzieli o matuszce. Odpowiadają przytomnie i rzeczowo. Większość pochodzi z Niżnego Nowgorodu, ale także z Rostowa i spod Moskwy. Pierwszy raz trafili tu na zabiegi bioenergoterapii, bo wieść niesie, że Marija ma niezwykłą moc, że potrafi uzdrawiać.

– Matuszka pomodliła się w sprawie waszego samochodu – wtrąca nagle Serafima. – Teraz na pewno odpali – dodaje.

Nie ma jednej Rosji

Nabożeństwo kończy się po trzech godzinach.

Walentin, który co jakiś czas wybiegał na dwór i bezskutecznie próbował uruchomić silnik, patrzy na nią jak na szaloną. Jest realistą, ale na wszelki wypadek idzie sprawdzić. Razem z dźwiękowcem po cichu podśmiewamy się z niego. Po kilku minutach wraca jeszcze bardziej roztrzęsiony niż wtedy, gdy odkrył, że z samochodem coś jest nie tak.

– Odpalił od razu – mówi przerażony, a ja czuję jak włosy stają mi dęba.

Serafima patrzy na nas z satysfakcją. Od niechcenia zwraca uwagę, że w sklepach internetowych jest kilkadziesiąt książek wydanych przez Mariję. O uzdrawianiu, kosmicznej energii, magii, hipnozie. Matuszka mówi, że ukończyła specjalne kursy niebiańskie. Z ziemskich zaś ma dyplom wyższej uczelni technicznej.

Po południu Marija relaksuje się w ptaszarni. To jej ulubione miejsce wypoczynku. Ma tam specjalną kanapę. Skórzaną, w pomarańczowym papuzim kolorze, z poduszkami. Kiedy przygląda się swoim papużkom, przypomina dobroduszną babcię. Spod chustki wystają jej siwe kosmyki włosów.

– W świeckim życiu też tak pani lubiła ptaki? – pytam, przerywając jej dość brutalnie wypoczynek.

Nie obawiam się, że mnie skarci, bo czuję, że przekonała się do mnie. Stwierdziła nawet, że w poprzednim wcieleniu musiałyśmy być pokrewnymi duszami.

– Oczywiście, że tak – odpowiada z uśmiechem. – Bardzo lubiłam wszystkie zwierzęta. Na przykład szynszyle, które są takie piękne, a ludzie szyją sobie z nich futra. Ale, Barbaro, proszę usiąść – Marija wskazuje mi miejsce na kanapie.

– A w świeckim życiu nosiła pani futra? – drążę dalej.

– Nosiłam – przyznaje szczerze. – Miałam takie piękne rude futro z norek. Do samej ziemi – Marija pokazuje dłonią miejsce nad kostką. Ma prawie w ogóle niezniszczone ręce.

– Kiedyś należała pani do lokalnej elity, prawda?

– Można tak powiedzieć. Nigdy nie interesowałam się polityką, ale przypadkowo byłam świadkiem kuluarowych rozgrywek – dodaje. – Na przykład kiedy wyznaczali przewodniczącego Rady Miasta, choć to funkcja, na którą wybiera się podczas głosowania.

Kiedy Marija widzi moje zdziwienie, zaczyna opowiadać wszystko ze szczegółami. O tym, że były mer Niżnego Nowgorodu podczas pikniku na daczy razem z innymi notablami ustalali, kto będzie przewodniczącym Rady. I o tym, że wskazana przez nich osoba „wygrała” wybory.

– Bardzo się zdziwiłam, że rzecz odbywa się w ten sposób i że to akurat ten ktoś – szczerze przyznaje Marija. – Ale wtedy mer powiedział: „Jaka ty jesteś naiwna. Przecież to my będziemy za niego myśleć”. Wtedy zrozumiałam, że nie ma po co chodzić na wybory. I już nigdy więcej nie poszłam.

Marija nie poszła głosować nawet na Władimira Putina. Jego zwycięstwa była jednak całkowicie pewna. Jak większość Rosjan.

– Ja cały czas czuję, że duch Putina tu krąży.

Matuszka znów mówi natchnionym i zmienionym głosem.

Kiedy rozmawiałyśmy o jej świeckim życiu, czułam się tak, jakbym gawędziła z dobrą znajomą. Marija była otwarta i spontaniczna. Przyznała się nawet, że kiedy siedziała w areszcie pod zarzutem oszustw finansowych, śledczy proponowali, że ją zostawią w spokoju, jak da łapówkę.

– Swietłano Robertowna, zapłaćcie trzysta tysięcy dolarów i was wypuścimy – wspomina Marija słowa milicjantów; a po chwili dodaje trochę przestraszona – jejku, z nikim nie prowadziłam jeszcze takich rozmów jak z tobą, Barbaro. Nawet swoim parafianom się nie zwierzam.

O siódmej Serafima szykuje dla Marii lekką kolację. Placek marchewkowy, miód, herbata. Pojawia się też Sofia, która właśnie wróciła z pracy. Przez cały dzień harowała w szpitalu jako salowa. Dziewczyna ma wyższe wykształcenie prawnicze i mogłaby mieć dużo lepszą posadę, ale matuszka przekonała ją, że życie dla wspólnoty religijnej ma większą wartość niż pieniądze.

Przy kolacji znów wraca temat Putina. Marija wychwala prezydenta za to, że postawił Rosję na nogi. I ostro potępia opozycję.

– Jak można nie kochać kogoś, kto stoi wyżej od nas? – pyta z takim przejęciem, jakby ktoś obraził najbliższą jej osobę. – Przecież on jest jak kapitan statku. A my płyniemy na tym statku. I co? Mamy sprzeciwiać się kapitanowi, żeby utonąć?

W jej oczach kolejny raz pojawiają się łzy. Znów jest w transie.

– Co by pani chciała powiedzieć Putinowi? – pytam na koniec.

– Żeby był cierpliwy – podkreśla Marija. – Dzisiaj bardzo go krytykują, ale to dobrze. Bo jak atakują ciało, to oczyszcza się dusza. Pan Bóg przygotowuje Putina do wielkiego czynu.

Marija patrzy na mnie uważnie, jakby chciała sprawdzić, czy jej słowa robią na mnie wrażenie. Robią. Zwłaszcza jak pomyślę, że mówi to osoba wykształcona, przedsiębiorcza i błyskotliwa.

– Ja bardzo kocham Putina! – dodaje Marija. – I chciałabym, żeby go kochali nie tylko wszyscy Rosjanie, ale też wszyscy mieszkańcy naszej planety! I całego wszechświata...

Kiedy wychodzimy z domu Marii, jest już noc. W świetle księżyca wszystko wygląda jakoś demonicznie. A może nam się tylko zdaje? Z daleka słychać wycie wiejskich psów. W milczeniu wsiadamy z operatorem i dźwiękowcem do samochodu. Walentin przekręca kluczyk. Silnik odpala. Oddychamy z ulgą...

Galina z Katynia

Nie ma jednej Rosji



Od początku wiedziałam, że to będzie pasjonujący, ale trudny dla mnie reportaż. Nie przypuszczałam jednak, że dotknie mnie aż tak bardzo. I to zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Na samo wspomnienie czuję ciarki na plecach...

Jest koniec marca 2010 roku. Las Katyński tonie w śniegu. Wygląda bajecznie. Tak pięknych i soczystych drzew nie widziałam nawet w syberyjskiej tajdze. Nic dziwnego, że w latach trzydziestych ubiegłego wieku dygnitarze radzieckiej bezpieki wybrali to miejsce na ośrodek letniskowy. Idziemy z operatorem do zbiorowych mogił. Walentin, jak większość Rosjan, nie ma pojęcia o zbrodni katyńskiej.

– Strzał zawsze padał z bliska w tył głowy. Żeby nie marnować kul – opowiadam mu krótkimi dosadnymi zdaniami. – I bezpośrednio nad mogiłą. Żeby nie tracić czasu. Wszyscy wykonawcy mordu na polskich oficerach zostali nagrodzeni przez samego Stalina. Za perfekcję.

Moja opowieść robi na Walentinie duże wrażenie, a to dopiero początek.

– Nie oddalajcie się za bardzo, bo w tak mrocznym miejscu różne rzeczy się zdarzają.

Galina biegnie za nami w rozwianym długim kożuchu. Zręcznie omija nierówności terenu, chociaż pod śniegiem niczego nie widać. Ktoś inny już dawno by się wywrócił, ale ona zna tu każdy kąt, bo jest wicedyrektorem cmentarza katyńskiego.

– Nie śmiejcie się – mówi zadyszana. – Tu jest taka aura, że czasem ma się wrażenie, jakby ktoś patrzył zza drzew.

W miejscu katyńskiej kaźni wyobraźnia pracuje w dwójnasób. Pracownicom cmentarza nieraz przydarzyły się trudne do wyjaśnienia historie. Twierdzą na przykład, że kiedyś widziały, jak z lasu wychodzi młody mężczyzna. Był zmrok i dozorcy zamknęli już bramę. Dziewczyny postanowiły zbesztać spacerowicza za to, że tak późno pałęta się po cmentarzu. Jak tylko ruszyły w jego kierunku, zniknął...

Galina popędza nas, bo mamy z nią jechać do ostatnich świadków, którzy widzieli, co się działo w Katyniu. Są to mieszkańcy okolicznych wiosek. Przez kilkadziesiąt lat milczeli. Teraz mają ostatnią szansę, żeby powiedzieć, co widzieli. Galina spisała już kilka brulionów ich zeznań. Dziś jedziemy z nią do miejscowości Sieriebrianka, dziewiętnaście kilometrów od Katynia. Mieszka tu Dmitrij Chudych. Jako dziecko widział pierwszą ekshumację polskich oficerów w 1943 roku. Starszy pan nie był uprzedzony, że go odwiedzimy, ale przyjmuje nas serdecznie.

– Zapraszam do mojego pałacu – śmieje się, otwierając furtkę.

Chałupa jest drewniana. Składa się z dwóch izb. Dmitrij naprędce ogarnia kuchnię. Zbiera sterty ubrań zalegających na krzesłach, przeciera rękawem stół i wrzuca gałęzie do glinianego pieca. Przez cały czas krok w krok chodzi za nim młody kundelek.

– Do zwierząt trzeba się odnosić jak do człowieka – podkreśla Dmitrij.

Pies to jego jedyny towarzysz, bo emeryt jest wdowcem.

– Przydałaby mi się gospodyni, ale Rosjanki to tylko o milionerach dziś myślą – żali się, podciągając spodnie od dresu.

Jeszcze tylko muśnięcie grzebieniem po siwych włosach i możemy zaczynać nagranie.

W 1940 roku Dmitrij miał dziesięć lat. Jego ojciec pracował na kolei w pobliżu stacji Gniezdowo, dokąd przywożono polskich oficerów. W domu opowiadał po cichu, co widział.

– Polaków wyprowadzali z wagonów, wsadzali do ciężarówek, a potem wywozili do lasu – wspomina Dmitrij z ogromnym przejęciem. – I pewnie od razu ich rozstrzeliwali. No bo co mogli z nimi robić w lesie. Ciężarówki stale kursowały tam i z powrotem.

Galina notuje każde słowo i co chwilę pyta, czy ojciec Chudycha widział to na własne oczy. Emeryt za każdym razem potwierdza. Takich opowieści się nie zapomina.

– A co pan czuł, kiedy przez pięćdziesiąt lat słyszał pan w telewizji i czytał w gazetach, że Polaków zabili nie wasi, ale Niemcy? – pytam, patrząc Dmitrijowi prosto w oczy.

Mężczyzna nie odwraca oczu.

– Nie wierzyłem im i tyle. Ale kiedyś to nawet we śnie nie można było o tym mówić – tłumaczy.

Po chwili milczenia zwraca uwagę, że ludzie nie od razu zrozumieli, co się stało.

W 1943 roku do Sieriebrianki przyjechali Niemcy. Dmitrij dobrze pamięta ten dzień. Było wiosenne przedpołudnie. Podjechali ciężarówką. Najpierw poczuł strach. Tym bardziej że stanęli obok jego chałupy. Po kilku minutach przeważyła ciekawość. Razem z innymi dzieciakami wybiegł na drogę. Kiedy otoczyli samochód, przez megafon rozległ się komunikat. Niemcy apelowali, by pojechać z nimi obejrzeć ekshumacje Polaków: „Chodźcie zobaczyć, co komuniści zrobili z waszymi braćmi” – wzywali. Większość mieszkańców wioski nie zareagowała, ale Dmitrij pojechał. I to wbrew woli ojca.

– Tam czuło się straszny fetor – wspomina, wykrzywiając twarz, jakby właśnie poczuł smród. – Trupy leżały w kilku rzędach. Odkopywali je radzieccy jeńcy – dodaje.

Galina wypytuje o najdrobniejsze szczegóły. Także o to, ilu ludzi tam pracowało i jak byli ubrani. Emeryt z trudem odpowiada, bo sporo detali już zapomniał.

– Trzeba było mnie pytać trzydzieści lat wcześniej – mówi z wyrzutem. – Pamiętam, że razem z nami pojechała na ekshumację kobieta, która nazywała się Jabłonska – dopowiada. – Kiedy Rosjanie wyzwolili Smoleńsk, ta poleciała na milicję i zaczęła pytać: „Dlaczego zabiliście naszych braci?”. Zaraz potem ją zabrali. I więcej już się nie pojawiła.

Rozmowę zagłusza przeraźliwy gwizd pociągu. Kilkaset metrów od domu Dmitrija ciągną się tory kolejowe. Te same, po których wieziono na zagładę polskich jeńców. Pierwsze transporty jechały do Katynia trzeciego kwietnia 1940 roku, kiedy jeszcze leżał śnieg. Ostatnie – dwunastego maja. Gdy wiosna była już w pełni. Idziemy z Galiną po torach. Z jednej strony mamy pagórek, z drugiej drogę. Widok jest strasznie monotonny i ponury, ale polscy jeńcy patrzyli na to inaczej. W tym miejscu mogli się nawet czuć szczęśliwi.

– Widzieli, że jadą na zachód, dlatego mieli podstawy, by przypuszczać, że wracają do ojczyzny – mówi Galina.

Jest naprawdę poruszona. Dostała nawet wypieków.

– Według ostatnich raportów NKWD, sporządzonych, kiedy już trwała likwidacja obozów jenieckich, wśród Polaków panowało spore ożywienie i wszyscy bardzo chcieli trafić do transportu – podkreśla.

Stacja Gniezdowo wygląda dziś prawie tak samo jak wtedy. Parterowy budynek, okrągły zegar na fasadzie, napis z nazwą miejscowości nad wejściem. Wzdłuż całego peronu zalegają wysokie zaspy. W Polsce o tej porze roku rzadko kiedy leży jeszcze tyle śniegu, zwłaszcza kiedy świeci piękne wiosenne słońce. Nie ma ani jednego człowieka, ale czuję, jakby ktoś nas obserwował. Nie mylę się. Zza firanki pomieszczenia gospodarczego ukradkiem wygląda jakaś kobieta. Z drugiej strony patrzy na nas bezpański pies. Ma spuszczony ogon i stoi bez ruchu. Boi się.

– Wtedy też psy były przerażone – mówi Galina.

Kaci, którzy zabijali polskich oficerów, żalili się, że nawet bezdomne głodne kundle od nich uciekały. Bo byli cali przesiąknięci zapachem krwi.

– Oficerów wyprowadzano z wagonów po specjalnych drewnianych kładkach – Galina pokazuje mi miejsce, gdzie stawały pociągi. – Niektórzy próbowali rzucać kartki z jakimiś zapiskami, ale ochrona nie pozwalała nikomu ich podnosić. Zresztą na teren dworca i tak nie mógł dostać się nikt postronny.

Tuż obok stacji jest sklepik, do którego ludzie z wioski przychodzili wtedy po chleb. Wygląda jak typowy wiejski kiosk. Szwarc, mydło i powidło. Przy samym wejściu wódka i piwo, dalej bułki, cukier, herbata. Tęga sprzedawczyni w niebieskim stylonowym fartuchu wstaje zza lady, na której stoi stara mechaniczna waga. Z dwoma szalami i odważnikami. Obok leżą drewniane liczydła. Galina pyta o starszą panią, która podobno sprząta na stacji i mogła coś słyszeć o transportach z polskimi jeńcami. Ekspedientka twierdzi, że nikt taki tu nie pracuje.

– A co? Szuka pani kogoś do sprzątania? – pyta ożywiona. – Bo jak trzeba, to chętnie sobie dorobię – tłumaczy.

Kiedy dowiaduje się, o co nam chodzi, wspomina zmarłego wujka. Mężczyzna opowiadał jej, że widział, jak przywozili Polaków wagonami towarowymi i ładowali do więziennych ciężarówek.

– Tu wszyscy o tym wiedzieli – dodaje.

Najcenniejszy świadek mieszka kilkanaście kilometrów dalej. To Nina Filipowna Wojewodska, która widziała polskich oficerów z bliska tuż przed egzekucją. Miała wtedy dziesięć lat. Mąż jej starszej siostry pracował w bezpiece. I to on zabrał ją kiedyś na pilnie strzeżony dworzec w Gniezdowie. Żeby sobie popatrzyła na Polaków...

Galina rozmawiała z nią już kilka razy, ale starsza pani ciągle przypomina sobie nowe szczegóły.

– Będziesz pod wrażeniem, jak jej wysłuchasz – uprzedza mnie.

Idziemy do niej bez zapowiedzi. Drzwi otwiera mężczyzna w średnim wieku. To syn Niny Filipowny.

– Mama jest chora – mówi oschłym tonem i próbuje się nas pozbyć.

Nie wie na kogo trafił. Galina jest równie uparta jak ja.

Mieszkanie składa się z dwóch pokoi i strasznie w nim ciasno. Już przy wejściu dosłownie obijam się o lodówkę. Nina Filipowna leży na łóżku w malutkim pokoiku. Obok tapczanu stoi przedpotopowa drewniana szafa i wersalka. Na ścianie wisi wełniany wzorzysty dywan, a nad nim kilka rodzinnych czarno-białych fotografii. Czuć zapach kurzu i lekarstw. Staruszka z trudem siada na łóżku i zakłada kolorowy wzorzysty szlafrok.

– Córka mi go kupiła – mówi z dumą.

Zaczynamy od rozmowy o zdrowiu, bo Nina Filipowna narzeka na serce, reumatyzm, zawroty głowy, ból kręgosłupa, duszności i słaby wzrok. Dlatego nigdzie nie wychodzi i nie bardzo wie, co się dzieje na świecie. Dobrze natomiast pamięta wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat.

– Mąż mojej siostry Dusi miał specjalną przepustkę na dworzec w Gniezdowie – opowiada, cedząc słowa. – Kiedyś przyszedł i mówi: „Chodźcie popatrzyć sobie na Polaków”.

Staruszka szczerze przyznaje, że to była dla niej wielka atrakcja.

– Kto tam wtedy wiedział, jak wyglądają polscy oficerowie? Patrzyliśmy na nich jak na zwierzęta w zoo – tłumaczy zawstydzona.

Szwagier podprowadził ją pod same wagony. Polacy spoglądali zza małych zakratowanych okienek.

– Byli bardzo ładni – podkreśla, uśmiechając się sama do siebie. – Machali do nas rękoma. Coś tam pokazywali, ale ich nie rozumiałam – dodaje zafrasowana.

– A co ludzie we wsi wtedy mówili? Żałowali Polaków? – pytam.

– Żałowali. I to bardzo – odpowiada stanowczo. – Bo przecież tacy młodzi byli! Tacy czyści i tacy piękni!

Nina Filipowna chowa twarz w dłoniach. Ma spracowane ręce.

– Szkoda ludzi – mówi ze skruchą. – Ale cóż mogliśmy zrobić? Taki rozkaz wydał Stalin.

Drętwieję. Te słowa brzmią jak zgrzyt po szkle. Jest w nich niemoc, groza i poczucie winy.

Egzekucje odbywały się bez świadków, ale ludzie w okolicy domyślali się, po co bezpieka wywozi Polaków do lasu. Tym bardziej że nikomu nie wolno było tam wchodzić. Cały teren ogrodzony był wysokim płotem z drutami kolczastymi. Mieszkańcy domów położonych na skraju lasu nie mogli nie słyszeć strzałów.

– Gdy byłam dzieckiem, to nic nie rozumiałam, ale teraz ciągle myślę, za co ci młodzi zginęli – wzdycha ciężko staruszka.

Do pokoju zagląda jej syn. Proponuje przerwać nagranie i strofuje matkę, że za dużo mówi. Pani Nina macha na niego ręką. Nie! Ciągle ktoś każe jej milczeć. Kiedy wróciła z Gniezdowa, matka powiedziała:

– Padaj na kolana i przysięgaj, że do końca życia nikomu nie powiesz, co zobaczyłaś na dworcu!

I nie mówiła przez sześćdziesiąt pięć lat. Milczała nawet wtedy, gdy w 1990 roku Michaił Gorbaczow oficjalnie przyznał, że to była zbrodnia stalinowska. I wtedy, gdy w 1992 roku Borys Jelcyn ujawnił uchwałę komunistów o rozstrzelaniu polskich oficerów jako wrogów władzy sowieckiej. Milczała też w 2000 roku, kiedy otwarto polski cmentarz wojskowy w Katyniu. Strach przełamała dopiero po tym, jak ciężko zachorowała i nie wiadomo było, czy przeżyje.

– Ja do tej pory się boję – wyznaje Nina Filipowna.

A wszystko dlatego, że przed oczyma wciąż ma historię, jaka przydarzyła się stróżowi z poczty w Katyniu. Mężczyzna głośno mówił, że Polaków rozstrzelało NKWD.

– Jak władze dowiedziały się o tym, to go zabili – wspomina z przejęciem. – Żeby nie gadał tak jak ja teraz – dodaje.

Galina uspokaja ją, że to już nie te czasy, ale staruszka ma wątpliwości.

– Moja córka ciągle prosi: Nie opowiadaj tego więcej, bo ty umrzesz, a nam mogą jeszcze coś zrobić...

W drodze powrotnej rozmawiamy o strachu. Galina tłumaczy, że mieszkańcy okolic Katynia znają go wyjątkowo dobrze. Bo na terytorium elitarnego letniska dla bezpieki mordowano nie tylko Polaków. Najpierw stalinowcy wypróbowali to miejsce na swoich obywatelach. Egzekucje odbywały się tu już w 1937 roku. Czasami dzień w dzień. Kaci musieli wyrobić normę, bo władze odgórnie wyznaczały liczbę wrogów ludu do zgładzenia. I to z każdej grupy społecznej. Przeciwnik „czaił się przecież wszędzie”.

Według szacunków, w Katyniu mogło zostać zamordowanych dziesięć tysięcy obywateli radzieckich. Dokładnej liczby nie zna nawet dyrektor cmentarza, Igor Grigoriew.

– U nas mało kogo interesuje, ilu ludzi tu pogrzebano i kim byli – żali mi się nieśmiało. – Nie przeprowadzono ani jednej ekshumacji – podkreśla i poprawia krawat.

Trochę go ciśnie, ale z szacunku dla ofiar nie zdejmuje go. Stoimy przed wielkim prawosławnym krzyżem po rosyjskiej stronie cmentarza. Igor nie ukrywa, że polska część jest dla niego wzorem. Bo każdy zamordowany ma tabliczkę. Wszystkie szczątki zostały zbadane, policzone i złożone.

– W naszej części dosłownie chodzi się po trupach – mówi przygnębionym głosem.

Kiedy sprowadzono tu aparat do wykrywania kości, to obsługujący go mechanik łapał się za głowę. Urządzenie dzwoniło bez przerwy. Zbiorowe mogiły znajdują się już metr pod ziemią.

– Chodźmy stąd – mówię do operatora, bo widzę że jest blady jak trup. Ja zresztą też.

Galinę odnajdujemy w wagonie, który stoi przy wejściu na cmentarz. Jest to drewniana lora z zasuwanymi drzwiami i małym zakratowanym okienkiem. W środku ma piętrowe prycze i piecyk zwany burżujką. W takich wagonach przywożono do Gniezdowa polskich oficerów. Choć były i dużo gorsze. Więzienne albo towarowe, przeznaczone do transportu bydła.

– Jak chcesz poczuć atmosferę tego miejsca, to wchodź i zasuń drzwi! – woła do mnie Galina.

Chwilę później jestem już w środku. Czuję się jak intruz, bo pełno w nim różnych osobistych przedmiotów. Metalowe kubki, łyżki, żołnierski chlebak i flanelowa koszula w kratę. Trochę przybrudzona. Jakby przed chwilą zdjęta. To Galina zebrała te rzeczy. I niemal codziennie sprawdza, w jakim są stanie.

Szszuuu! Trzask zasuwanych drzwi brzmi przerażająco. W wagonie panuje półmrok. Nie mam klaustrofobii, ale nagle zaczyna brakować mi powietrza. Kiedy dostrzegam wiadro na nieczystości i wyobrażam sobie ten fetor, zbiera mi się na wymioty. Na dodatek wpadło mi do oka źdźbło ze słomy, którą wyłożone są prycze. Przysiadam na skraju leżanki, żeby wyjąć zadrę. Opieram rękę na desce i... czuję czyjeś włosy. Podrywam się z krzykiem.

– To peruka – uspokaja mnie Galina.

Serce wali mi jednak jak młot. Upiorne miejsce ten Katyń...

– Jak poznałaś prawdę o zbrodni katyńskiej? – pytam Galinę, udając, że wcale się nie wystraszyłam.

– W 1979 roku jako studentka pedagogiki Uniwersytetu Smoleńskiego pojechałam z grupą na praktyki do Łodzi – odpowiada ze sporym ożywieniem. – Któregoś wieczoru do naszego akademika przyszło kilku Polaków.

Galina uśmiecha się i kokieteryjnie odgarnia z czoła blond włosy. Musiała podobać się chłopakom, bo ma ładne regularne rysy twarzy.

– Jeden z nich zapytał mnie wtedy: „Czy wiesz, że Rosjanie rozstrzeliwali w Katyniu polskich oficerów?”.

Galina uznała to za prowokację. Była wtedy komsomołką i głęboko wierzyła w ideały socjalizmu. Dlatego natychmiast odparła, że polskich oficerów rozstrzelali Niemcy.

– Teraz, kiedy już zapoznałam się z dokumentami i sama zbieram świadectwa o tej zbrodni, z gorzką ironią wspominam, jak z pianą na ustach przekonywałam innych do swojej prawdy, która okazała się fałszem.

Galina zna historię niemal każdego z zabitych w Katyniu Polaków. Ponad cztery tysiące czterysta biografii. Wojskowych, lekarzy, prawników, nauczycieli. Leżą w ośmiu zbiorowych mogiłach. Największa ma kształt litery „T”. Znaleziono w niej szczątki dwóch i pół tysiąca ofiar. Dwanaście warstw ciał.

– Czekiści rozstrzeliwali od stu pięćdziesięciu do dwustu Polaków dziennie – mówi Galina, kiedy przechodzimy obok dołów śmierci. – Były enkawudzista Klimow wspominał, że po egzekucjach kaci myli ręce spirytusem i pili go, by zatrzeć w sobie straszne obrazy.

– A co najbardziej wstrząsnęło tobą, kiedy poznałaś prawdę o Katyniu? – pytam, choć nie jestem pewna, czy w historii tej zbrodni można cokolwiek wartościować.

– To, że z ułożenia niektórych ciał wynika, iż Polaków zmuszano, by padali przed śmiercią na kolana. A dla polskiego oficera to była wielka zniewaga i upokorzenie.

Za zbrodnię katyńską nikt nie został osądzony. W 2004 roku rosyjska prokuratura wojskowa umorzyła śledztwo i utajniła jego archiwa. Żaden z oprawców nigdy publicznie nie okazał skruchy. Trudno mi jednak uwierzyć, że po tym, co zrobili, mogli żyć spokojnie.

– Niektórzy do tej pory mówią, że to Niemcy zabili Polaków – oburza się starsza pani w sąsiedniej wiosce.

Kobieta stoi na ganku drewnianego domu i patrzy, jak jej mąż wyciąga wiadro ze studni. Z najwyższym trudem zachowuje równowagę, bo wokół zrobiło się lodowisko.

– Bzdury opowiadają! Tutaj ludzie wiedzą lepiej, bo widzieli – włącza się mężczyzna.

Ma czerwone od mrozu ręce. Na dodatek zmoczył sobie rękawy od kufajki i oblał spodnie. Musi mu być nieprzyjemnie, ale nie daje tego po sobie poznać.

– Tyle tylko, że każdy trzymał język za zębami, żeby go nie wsadzili – opowiada dalej. – Ja sam za gadulstwo siedziałem w łagrze. Na Kołymie. Od 46 do 53 roku – wyznaje.

Teraz rozumiem, dlaczego jest tak wytrzymały.

– A wszystko przez to, że kiedyś powiedziałem w złości, że jakby nas Niemcy okupowali, to byśmy lepiej żyli – tłumaczy. – Każdy by miał swoje gospodarstwo i pracował na siebie, a nie na państwo. Bo w państwie to tylko urzędnicy, co są u władzy, mają dobrze, a reszta bieduje.

Mężczyzna macha z rezygnacją ręką, podnosi wiadra i odchodzi.

Tymczasem Galina skończyła papierkową robotę. Z budynku administracyjnego znowu wyciągam ją do lasu, bo chcę nagrać początek reportażu. Musi być mocny. Dlatego wymyśliłam, że staniemy przy dołach śmierci i odtworzymy ostatnie sekundy życia polskich oficerów. Umawiamy się, że Galina pokaże na mnie, jak krępowano ofiarom ręce. Trochę to okrutne, ale widz od pierwszych chwil poczuje dramatyzm tej chwili. Walentin uważa, że to nie jest dobry pomysł. Przytacza rosyjski przesąd, że nie wolno niczego pokazywać na sobie. Nie słucham. Idziemy pod największą mogiłę. Dźwiękowiec wiesza na nas bezprzewodowe mikrofony. Zaczynamy.

– Rozstrzeliwali ich dokładnie w tym miejscu – mówi Galina.

Walentin filmuje nas przez zaspy śniegu na tle gęstych zielonych choinek. Piękny krajobraz kontrastuje z brutalną opowieścią.

– Jak to się odbywało? – pytam.

– Szybko i dla ofiar nieoczekiwanie – tłumaczy Galina. – Niektórych zmuszano do padania na kolana. Niektórym wiązano ręce.

Przekładam złączone dłonie za plecy. Jakbym miała na nich sznur.

– W ten sposób? – pytam.

– Właśnie tak – odpowiada. – Niektórym dodatkowo zarzucano pętlę na szyję. – Wyginam lekko głowę do tyłu.

– Mocniej! – poprawia mnie Galina.

Odchylam się jeszcze bardziej.

– A jak ktoś się wyrywał, to nakładano mu na głowę płaszcz.

W tym momencie dźwiękowiec zarzuca na obiektyw kurtkę. Później na montażu podłożę wystrzał.

– Jeszcze tylko brakuje, żebyś wpadła do dołu śmierci – mówi cynicznie Walentin.

Jest niepocieszony, że uparłam się przy swojej wersji początku. Jego zdaniem, to zła wróżba. Żeby zakończyć dyskusję, proszę go, by dograł jeszcze kilka ujęć mogił. W tym czasie, nie mówiąc nic nikomu, biegnę za krzyż, na którym wyryto nazwiska pomordowanych. Tuż za nim w specjalnym rowie wisi wielki dzwon. Umieszczenie go poniżej gruntu ma pokazać, że prawda nawet spod ziemi zawsze wyjdzie na jaw. Że zostanie usłyszana.

Podchodzę do rowu, by rozbujać dzwon. Staję na krawędzi pokrytej grubą warstwą śniegu. Wyciągam nogę, by popchnąć wysięgnik umocowany do mosiężnego kielicha. W tym momencie potykam się i jak długa spadam w dół. Ponad dwa i pół metra. Na kamień i lód. Trwa to ułamek sekundy, ale przez głowę przechodzą mi dziesiątki myśli. Walentin uprzedzał, że brakuje tylko, bym wpadła do rowu śmierci. Skąd wiedział? Czy uda mi się dokończyć reportaż? Co będzie, jeśli złamałam kręgosłup? Czy ten wypadek to przestroga? Dlaczego tak strasznie boli?

Walentin dobiega pierwszy.

– Czy możesz ruszać nogami? – pyta przerażony.

Wyję z bólu, ale je zginam. Pojawiają się też Galina i Igor. Przy ich pomocy wstaję i kuśtykam na jednej nodze do samochodu.

– To przeklęte miejsce. Przeklęte! – powtarza w amoku Walentin.

Kilkanaście dni później niedaleko Katynia rozbije się prezydencki samolot...

Jedziemy do szpitala rejonowego. Na ostrym dyżurze przyjmuje mnie starszy felczer. Przed nim leży standardowa ankieta z dziesiątkami rubryk.

– Gdzie doszło do wypadku? – pyta. – Na dworze czy w pomieszczeniu?

Jestem w szoku i bez zastanowienia odpowiadam:

– Spadłam z krzyża na cmentarzu.

Kiedy słyszę, jak to brzmi, zaczynam się w duchu śmiać. Na felczerze nie robi to jednak najmniejszego wrażenia.

– To znaczy, że na dworze – stwierdza z kamienną twarzą.

W ankiecie są tylko dwa warianty odpowiedzi, a poza tym nie takie rzeczy już widział.

Lekarz przyjmuje na pierwszym piętrze. Z trudem doczłapuję do końca korytarza i staję jak wryta. Widzę kamienne schody tak potwornie wyżłobione, że nawet sprawny człowiek może się na nich wywrócić. Na krzywych stopniach tłoczą się pacjenci. Większość porusza się o kulach, bo to przecież chirurgia urazowa. Najbardziej oblegane jest miejsce przy poręczy. Dochodzi nawet do przepychanek. Starszy pan wymachuje przedpotopową drewnianą kulą i bezlitośnie strofuje młodziaka, który szybciej dokuśtykał do uchwytu. Scena jak z filmów Barei.

– Przepraszam, gdzie tu jest winda? – zaczepiam przechodzącą obok pielęgniarkę.

Kobieta robi wielkie oczy:

– Winda? Winda jest tylko dla personelu – odpowiada naburmuszona.

To bardzo roztropne rozwiązanie. W końcu lepiej, żeby lekarze nie wchodzili po tych schodach, bo jak coś im się stanie, to nie będzie komu leczyć pacjentów. Patrzę na pielęgniarkę błagalnym wzrokiem i dyskretnie wsuwam jej banknot do kieszeni fartucha. Niech się dzieje, co chce, ale nie dam rady wejść. Kobieta zmienia ton.

– Dla pacjentów w ciężkim stanie wolno nam zrobić wyjątek – mówi, podsuwając mi ramię...

Diagnoza nie brzmi najlepiej. Mam naciągnięte więzadła, uszkodzoną łękotkę i płyn w kolanie. Lekarz robi mi punkcję, usztywnia nogę i zaleca leżenie. Muszę skrócić pobyt. Na szczęście została mi do nagrania tylko jedna rozmowa. W domu u Galiny.

Galina mieszka w Smoleńsku. Dwadzieścia kilometrów od Katynia. W dzielnicy willowej. Ma niewielki wolno stojący dom. Właśnie go remontuje, bo jej dwie dorosłe córki wyprowadziły się i zamieszkały ze swoimi partnerami.

– Strasznie za nimi tęsknię – żali się Galina.

Siedzimy w przytulnym saloniku i popijamy gorącą herbatę. Na ścianie wisi duża fotografia przystojnego bruneta. To mąż Galiny. Dzień wcześniej wyjechał w interesach, bo prowadzi własną firmę.

– Jak twoja rodzina odnosi się do tego, czym się zajmujesz? – pytam, bo widziałam, jak bardzo emocjonalnie podchodzi do pracy.

– Mąż lubi historię i dlatego mnie rozumie. Gorzej z córkami – uśmiecha się smutno. – One ciągle powtarzają: „Mamo, jak ty możesz tam pracować? To jest psychicznie nie do wytrzymania!”.

Galina przyznaje, że nieraz płakała, kiedy poznawała historię ofiar. Na przykład wtedy, gdy czytała list Krzysi i Stasia Mikuckich do Stalina. Dzieci prosiły, by wypuścił ich tatusia z niewoli. Prośba pisana była 28 maja 1940 roku. W tym czasie ich ojciec już nie żył.

– Są Rosjanie, którzy padają na kolana, kiedy poznają prawdę o Katyniu. Ale są też tacy, którzy nas atakują: „Jesteście fałszerzami historii! Co wy opowiadacie?” – Galina znów się ożywia.

Nie ma co się dziwić. Niedawno usłyszała od jednej ze zwiedzających cmentarz, że jest wrogiem ludu.

Na koniec rozmowy Galina zaskakuje mnie dziwną prośbą:

– Barbaro, pojedźmy teraz, kiedy jest już ciemno, do Lasu Katyńskiego. I nie pytaj na razie po co – mówi tajemniczo.

Z wrażenia wylewam herbatę, ale zgadzam się. Zapominam nawet, że piekielnie boli mnie noga. Czuję, że to będzie mocne zakończenie. Nie mylę się.

W nocy Las Katyński wygląda przerażająco. Według niektórych wersji egzekucji Polaków dokonywano także o zmroku. Jest strasznie cicho. Mam wrażenie, że słychać, jak bije mi serce. Galina zatrzymuje się niedaleko zbiorowych mogił. Walentin ustawia kamerę.

– Po co mnie tu przyprowadziłaś? – pytam drżącym głosem.

Galina bierze oddech i zaczyna odpowiadać, cedząc każde słowo. Jej twarz tonie w półmroku.

– Bo chcę powiedzieć wszystkim tym, którzy usprawiedliwiają zbrodnię katyńską, i wszystkim tym, którzy mają wątpliwości, że to było niesprawiedliwe i okrutne, że powinni przyjść do tego lasu właśnie wieczorem i posłuchać tej ciszy.

Galina na chwilę milknie. W jej oczach świecą się łzy.

– I wtedy poczują się tak, jakby za każdym drzewem ktoś stał i mówił: „Tak bardzo chciałem żyć”.

Galina zagryza wargi. Nie może powiedzieć nic więcej, bo coś ściska ją za gardło. Łzy w oczach ma też Walentin. I ja. Dziękuję Ci za to co robisz, moja rosyjska przyjaciółko.


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Zamiast wstępu

Lidia z potiomkinowskiej wioski

Julia – kreatorka mody z Moskwy

Erik – porywacz z Kaukazu

German – milioner z lasu

Karina – córka Rosji

Wasia z Dworca Jarosławskiego

Tasak – pogromca imigrantów

Jean – czarnoskóry radny z głubinki

Nadia – bodyguard VIP-ów

Sasza – sobowtór Lenina z Placu Czerwonego

Iskander – maszynista z moskiewskiego metra

Kiriłł – fotograf nocnej Moskwy

Wadim – myśliwy znad Bajkału

Galina z domu „spokojnej” starości

Żenia i Rosja bez Putina

Matuszka sekty Putina

Galina z Katynia


home | my bookshelf | | Nie ma jednej Rosji |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу