Book: Gloria victis (tom opowiadań)



Gloria victis (tom opowiadań)


Eliza Orzeszkowa Gloria victis (tom opowiadań)

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Nowoczesna Polska.


Gloria victis (tom opowiadań)


Oni

(R. 1863)

...Był w za­mknię­tym, ci­chym po­ko­ju wie­czór zi­mo­wy, dłu­gi, gdy ta daw­na zna­jo­ma mo­ja, z twa­rzą na świa­tło lam­py ob­ró­co­ną, z wnę­trza głę­bo­kiej za­du­my mó­wi­ła:

— Py­ta­nie two­je o mo­je wspo­mnie­nia, proś­by two­je, abym swo­je wspo­mnie­nia two­jej pa­mię­ci po­wie­rzy­ła, prze­no­szą „du­szę mo­ją utę­sk­nio­ną w wio­snę ową, w ów sen, w ową go­dzi­nę, któ­rą nie­gdyś ze­gar prze­zna­czeń wy­dzwo­nił wiel­kim gło­sem.

Wio­sna prze­mi­nę­ła, sen zgasł, go­dzi­na umar­ła i du­sze ludz­kie po­zo­sta­ły za ni­mi da­le­ko, wi­rem ży­cia co­raz da­lej uno­szo­ne, lecz wiecz­nie je po­mnę.

O, wio­sno! kto cię wi­dział w na­szym kra­ju,

Pa­mięt­na wio­sno............

Kto cię wi­dział, jak by­łaś.........

Ob­fi­ta we zda­rze­nia, na­dzie­ją brze­mien­na!

Ja cie­bie do­tąd wi­dzę, pięk­na ma­ro sen­na!

Prze­su­nę­ła mi się o wcze­snym po­ran­ku ży­cia jak sen zło­ty i krwa­wy, znik­nę­ła. Po świe­cie roz­la­ła się ciem­ność. W ciem­no­ści mia­łam du­szę wiecz­nie utę­sk­nio­ną i za sło­necz­ny­mi, zło­ty­mi sna­mi go­nią­cą — po po­lach, nad któ­ry­mi sta­ły ci­sze głu­che i ha­sa­ły po­nu­re wi­chry.

Chcesz okru­cha, mo­men­tu, frag­men­tu tej wio­sny. Do­brze. Po­słu­chaj!



I

Mia­łam lat dwa­dzie­ścia, lecz po­mi­mo mło­do­ści tak wcze­snej, dla przy­czyn, któ­re po­mi­jam, bo z mo­ją oso­bą tyl­ko by­ły w związ­ku, wie­dzia­łam o wszyst­kim, co się do­ko­ła dzia­ło i nikt z ni­cze­go ta­jem­ni­cy przede mną nie czy­nił. To tłu­ma­czy, że w mo­men­cie owym znaj­do­wa­łam się w tym do­mu i że by­łam świad­kiem sce­ny tej, o! bar­dzo uważ­nym i wzru­szo­nym.

Dom był jed­no­pię­tro­wy, ob­szer­ny, na bia­ło otyn­ko­wa­ny, ma­ją­cy przed so­bą dzie­dzi­niec bar­dzo roz­le­gły, a za so­bą wy­so­kie opar­cie drzew ogro­do­wych. Wszyst­ko, co ota­cza­ło dom ten i znaj­do­wa­ło się w je­go wnę­trzu, oznaj­mia­ło do­sta­tek wiel­ki i smak wy­kształ­co­ny. Pięk­nie tam by­ło, za­moż­nie, wy­twor­nie i do­tąd spo­koj­nie.

Ale te­raz anioł spo­ko­ju z zie­mi tej od­le­ciał i roz­la­ło się po niej wrze­nie głu­che, bo ta­jem­ni­cą okry­te, tym na­mięt­niej­sze i tym tra­gicz­niej­sze. By­ło to wrze­nie serc i głów w ko­tle nie­wo­li, pod po­kry­wą ta­jem­ni­cy.

W ob­szer­nym i ozdob­nym wnę­trzu do­mu to­czy­ły się gwar­ne roz­mo­wy trzy­dzie­stu oko­ło męż­czyzn róż­ne­go wie­ku i róż­nej po­wierz­chow­no­ści. Na dnie gwa­ru te­go czuć by­ło nie­wy­po­wie­dzia­ne, lecz nie­spo­koj­ne ocze­ki­wa­nie.

By­li to człon­ko­wie or­ga­ni­za­cji po­wstań­czej pa­ru po­wia­tów po­le­skich, ocze­ku­ją­cy na przy­by­cie jed­ne­go ze współ­o­by­wa­te­li swo­ich, któ­ry dziś przed ni­mi miał zło­żyć oświad­cze­nie, że przyj­mu­je do­wódz­two nad miej­sco­wym od­dzia­łem zbroj­nym lub że je od­rzu­ca.

Pra­wie po­wszech­ne by­ło zda­nie, że nie od­rzu­ci, ale pew­no­ści zu­peł­nej nie po­sia­dał nikt. Nikt z obec­nych nie znał go z bli­ska, wie­lu nie zna­ło go wca­le. Jed­nak od kil­ku już mie­się­cy imię je­go wy­ma­wia­ne by­ło w oko­li­cy bar­dzo czę­sto.

— On je­den mógł­by! — mó­wio­no. — On tyl­ko je­den!

I czo­ła mó­wią­cych po­wle­ka­ły się tro­ską, bo je­że­li on nie ze­chce, nikt w tych stro­nach nie po­tra­fi. A rę­kom nie­umie­jęt­nym, sztu­ce woj­sko­wej ob­cym, za­da­nie to po­wie­rzać...

Nie­trud­no by­ło przy­pusz­czać, że nie ze­chce, bo za­da­nie po­sia­da­ło wa­gę i gro­zę rze­czy nie­zmier­nie wy­so­kich i nie­bez­piecz­nych.

Ten, kto za­da­nia te­go miał się pod­jąć, mu­siał po­sia­dać ba­ry Atla­sa i ser­ce gar­dzą­ce mie­cza­mi Da­mo­kle­so­wy­mi. Mnó­stwem mie­czy na­je­żo­ne by­ło to za­da­nie i krwa­wi­ły się na nich na­pi­sy: Od­po­wie­dzial­ność, Mę­ka, Śmierć. Trze­ba by­ło po­rzu­cić wszyst­ko, co by­ło mi­łe, ko­cha­ne, spo­koj­ne, bez­piecz­ne, a pójść po­mię­dzy te mie­cze, w ich bły­ska­wi­ce i w ich mor­der­cze szczę­ki. Trze­ba by­ło zwy­cię­żyć al­bo zgi­nąć; trze­cie wyj­ście z ko­ła ich nie ist­nia­ło. Zwy­cię­żyć zaś ła­two nie bę­dzie; ow­szem, sto­kroć trud­niej ani­że­li po­przed­ni­kom, któ­rzy w epi­zo­dach mi­nio­nych tej już pra­wie stu­let­niej wal­ki — nie zwy­cię­ży­li. Więc trze­ba by­ło mieć gło­wę za­pa­lo­ną ta­kim po­ża­rem idei, aby w je­go bla­skach oślep­nąć cał­ko­wi­cie na sa­me­go sie­bie, na wszyst­ko, co nie jest przed­mio­tem tej idei i jej ofiar­nym oł­ta­rzem. Trze­ba by­ło w sa­mej na­wet klę­sce, zza za­słon cza­su do­strze­żo­nej, wi­dzieć krwa­we, lecz nie­śmier­tel­ne ziar­no przy­szłe­go zwy­cię­stwa i umieć na grób wła­sny pa­trzeć źre­ni­cą nie tyl­ko nie­wzru­szo­ną, lecz jesz­cze roz­ra­do­wa­ną przez myśl i na­dzie­ję, że kie­dyś, w po­ko­leń i cza­su od­da­li z ema­na­cji przez grób ten wy­zie­wa­nych po­wsta­nie krwią prze­la­ną unie­śmier­tel­nio­ny Ar­cy­zwy­cięz­ca, Duch.

Zda­rzać się wpraw­dzie mo­gło, że w ko­ło to wstę­po­wa­ło, w kra­ter ten wska­ki­wa­ło unie­sie­nie lek­ko­myśl­ne, unie­sie­nie mło­dzień­cze, nie zna­ją­ce fak­tów, liczb, moż­no­ści, nie­moż­no­ści, wzgar­dli­wie omi­ja­jąc wszyst­ko, co nie jest żą­dzą ser­ca, ma­rą wy­obraź­ni.

Ale o nim wie­dzie­li wszy­scy, że w si­le mę­skiej wie­ku bę­dąc, mło­dzień­cem już nie był, że wie­le wie­dział, umiał, że w rze­mio­śle woj­sko­wym był bie­gły. W tych stro­nach po­le­skich uro­dzo­ny, mło­dość da­le­ko stąd prze­pę­dził, w woj­nach brał udział, twar­de pra­wo że­la­za i licz­by znał. Puł­kow­nik jed­ne­go z uczo­nych dzia­łów ogrom­nej ar­mii, dro­gę miał przed so­bą da­le­ką, mo­że z wy­so­ki­mi szczy­ta­mi u kre­su. I na­gle roz­stał się z tą dro­gą, ze­rwał z prze­szło­ścią, wy­rzekł się przy­szło­ści, do ro­dzi­mej swej wsi po­le­skiej po­wró­cił, w niej osiadł. Nie­daw­no, za­le­d­wie przed mie­sią­ca­mi.

Nikt go tu z bli­ska nie znał, więc nikt nie wie­dział, na ja­ką mia­rę pierś je­go skro­jo­na. Bo po­sia­dać ro­zum, umie­jęt­ność, bie­głość w fa­chu, nie za­wsze zna­czy to być czło­wie­kiem ma­ją­cym ser­ce wiel­kie.

Kto wie, jak po­stą­pi?

Po­sel­stwo, przed nie­wie­lu dnia­mi do nie­go wy­sła­ne, od­po­wie­dzi sta­now­czej nie przy­wio­zło. Przy­rzekł, że dziś przed zgro­ma­dzo­ny­mi człon­ka­mi or­gni­za­cji sta­nie i po­sta­no­wie­nie swo­je oświad­czy.

Tym­cza­sem nie przy­jeż­dża.

Po­ra dnia już póź­na. Wła­ści­wie dzień już się skoń­czył. W sa­lo­nach służ­ba za­pa­li­ła lam­py. Ja­sne świa­tło roz­la­ło się po ob­ra­zach, sprzę­tach, kwit­ną­cych ro­śli­nach, ob­cią­ża­ją­cych sto­ły książ­kach, dzien­ni­kach, al­bu­mach. Przez kil­ka okien otwar­tych na wie­czór kwiet­nio­wy, dziw­nie ci­chy i cie­pły, wla­ty­wał za­pach nar­cy­zów i mie­szał się w po­wie­trzu z ja­snym świa­tłem lamp.

Ja­sno i won­nie by­ło w sa­lo­nach, jed­nak sta­wać się po­czę­ło chmur­nie i dusz­no.

Roz­mo­wy le­ni­wia­ły, gwar gło­sów przy­ci­chał, na czo­łach osia­da­ły chmu­ry.

Go­spo­darz do­mu, uro­dzi­wy i ro­sły bru­net w śred­nim wie­ku, z czo­łem wy­nio­słym i usta­mi przy­bie­ra­ją­cy­mi czę­sto za­rys mą­drych, lecz sar­ka­stycz­nych uśmie­chów, z kil­ku star­szy­mi go­ść­mi prze­cha­dzał się po sa­lo­nie, co­raz wię­cej mil­czą­cy i roz­tar­gnio­ny. Oni, ci go­ście, z po­bły­sku­ją­cą sre­brem si­wi­zną na gło­wach, kie­dy nie­kie­dy przy­sta­wa­li, przy­słu­chi­wa­li się cze­muś, zda­wa­li się na coś ocze­ki­wać.

Co chwi­la ktoś wy­su­wał się z sa­lo­nu, wy­cho­dził na ga­nek do­mu i w zmierzch ła­god­ne­go wie­czo­ru wpa­trzo­ny wy­tę­żał wzrok i słuch.

In­ni otwie­ra­li le­żą­ce na sto­łach dzien­ni­ki, al­bu­my, lecz ła­two by­ło zgad­nąć, że kart, na któ­re pa­trzy­li, nie wi­dzie­li, z my­ślą oko­ło cze­goś in­ne­go krą­żą­cą.

In­ni jesz­cze u otwar­tych okien sto­jąc za­mie­nia­li się pół­gło­śny­mi sło­wa­mi, czę­sto milk­nąc, w za­my­śle­niu.

Wśród tych u okien sto­ją­cych naj­wy­raź­niej dziś do­strze­gam szla­chet­ną twarz Wła­dy­sła­wa Or­sza­ka. Po­sta­wę miał cięż­ką nie­co, ru­chy po­wol­ne i mo­wę nie­co po­wol­ną, roz­waż­ną. Sta­rzej nad swo­je lat czter­dzie­ści wy­glą­da­ją­cy, oczy zmę­czo­ne i smut­ne wzno­sił ku gó­rze, ku za­wie­szo­nym za oknem mrocz­nym błę­ki­tom, a pod buj­nym, ciem­nym wą­sem ła­god­ny­mi je­go usta­mi po­ru­sza­ły le­d­wie do­strze­gal­ne drga­nia. Jak­by mo­dlił się. Mo­że. Świa­tło lam­py po­zła­ca­ło mu ciem­ne wło­sy i bro­dę na sze­ro­ką pierś spa­da­ją­cą.

Naj­młod­si z to­wa­rzy­stwa do nas, ko­biet, się zbli­ży­li. Nas, ko­biet, by­ło tyl­ko dwie. Go­spo­dy­ni do­mu, ład­na, wiot­ka, tro­chę tyl­ko ode mnie star­sza, tuż przy mnie na ma­łej ka­nap­ce sie­dzia­ła. Zbli­żył się do niej i do mnie bar­dzo wy­so­ki, atle­tycz­nie zbu­do­wa­ny bru­net, któ­re­go dla ry­sów rzym­skich i ce­ry po­łu­dnio­wej Scy­pio­nem cza­sem na­zy­wa­no. Po­wierz­chow­ność to by­ła czło­wie­ka śmia­łe­go, moc­ne­go w uczu­ciach i wo­li. Oczy pło­nę­ły jak czar­ne dia­men­ty, usta pod czar­nym wą­sem go­rza­ły pur­pu­rą. Przy nim nie­ba­wem sta­nął typ mło­dzień­czy zu­peł­nie od­mien­ny. Po­łu­dnie i pół­noc.

Po­sta­wa wy­smu­kła, ra­czej wą­tła niż sil­na, twarz bia­ła, wło­sy zło­te, we­so­łość nie­mal dzie­cin­na w błę­kit­nych oczach. Słyn­ny na sze­ro­ką oko­li­cę z na­mięt­no­ści my­śliw­skiej, ze zna­ko­mi­tej jaz­dy kon­nej, z wpra­wy strze­lec­kiej. Prze­szłość krót­ka bar­dzo, lecz w któ­rej nic nie za­po­wia­da­ło po­lo­tu ku gwiaz­dom lub po­cią­gu ku ot­chła­niom. Trze­ci, któ­ry się zbli­żył, jesz­cze pra­wie stu­dent, przez nas z po­wo­du po­kre­wień­stwa bli­skie­go po imie­niu Flo­ren­tym na­zy­wa­ny. Ze stu­diów uni­wer­sy­tec­kich przy­wiózł z so­bą de­mo­kra­tyzm go­rą­cy, za­wzię­ty, w my­śli, ser­cu i mo­wie wciąż jak­by pa­cierz od­ma­wia­ją­cy de­kli­na­cję: lud, lu­do­wi, dla lu­du, przez lud, w lu­dzie... Ogo­rza­ły, bar­czy­sty, łą­czył w so­bie z de­mo­kra­tycz­nym spo­so­bem my­śle­nia nie­co też de­mo­kra­tycz­ną, umyśl­ną ru­basz­ność ru­chów i sło­wa, gdy z sza­rych oczu pa­trza­ła na świat mięk­ka, li­to­ści­wa, wciąż ku wy­ży­nom wzla­tu­ją­ca du­sza ma­rzy­cie­la.

Sta­nę­li przed na­mi i za­czę­li mó­wić o nim.

— Spo­tka­łem się z nim, wi­dzia­łem go, to czło­wiek nie­zwy­kły, na wo­dza stwo­rzo­ny. Przy­rzekł, więc przy­je­dzie... Ta­cy lu­dzie, gdy coś przy­rzek­ną...

— Rzecz pro­sta, że przy­je­dzie. Czy do­wódz­two przyj­mie? nie wia­do­mo...

— Przyj­mie nie­za­wod­nie...

— Dla­cze­go nie­za­wod­nie?

Go­spo­darz do­mu zbli­żył się do żo­ny i z ci­cha rzekł:

— Jest już tak póź­no, że ka­za­łem po­da­wać wie­cze­rzę. Proś go­ści, Ste­fu­niu!

Wy­so­kie czo­ło prze­szy­wa­ła mu zmarszcz­ka nie­za­do­wo­le­nia i w za­ry­sie ust tkwił wy­raź­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek sar­kazm. Je­den ze sto­ją­cych przed na­mi mło­dzień­ców z drgnie­niem iro­nii w gło­sie za­py­tał:

— Pan już zwąt­pił?

— Zwąt­pi­łem.

— Ja nie.

— Ani ja.

Go­spo­darz za­wo­łał:

— Szczę­śli­wa mło­dość!

— Dla­cze­go szczę­śli­wa? — za­py­ta­ły trzy mło­de gło­sy, w któ­rych brzmie­niu czuć by­ło już roz­nie­ca­ją­cą się iskrę tych spo­rów, uraz, za­ża­leń, któ­re od ro­ku, mo­że wię­cej, wy­bu­cha­ły tu po­mię­dzy ludź­mi star­szy­mi a młod­szy­mi co dzień, co go­dzi­nę, go­rą­ce, cza­sem na­mięt­ne i gwał­tow­ne.

Go­spo­darz do­mu sym­pa­tii mło­de­go po­ko­le­nia nie po­sia­dał, o! nie, za iro­nię, za to, co na­zy­wa­ło ono chło­dem uczuć, mo­że tro­chę za du­mę czło­wie­ka wy­so­ko wy­kształ­co­ne­go i moż­ne­go. Tym ra­zem jed­nak znikł mu z ust bez śla­du wy­raz iro­nii.

— Dla­te­go — od­po­wie­dział — że mło­dość to wia­ra, któ­ra uszczę­śli­wia, gdy wąt­pie­nie bo­li.

Mó­wił szcze­rze. Z wy­ra­zu czo­ła i oczu znać by­ło, że go coś doj­mu­ją­co, głę­bo­ko bo­la­ło.

Wkrót­ce wcho­dzi­li­śmy wszy­scy do wiel­kiej sa­li ja­dal­nej, w któ­rej dłu­gi stół, okry­ty na­czy­nia­mi sto­ło­wy­mi, błysz­czał w rzę­si­stym świe­tle lamp i świec.

W głę­bi sa­li, na­prze­ciw drzwi, przez któ­re­śmy wcho­dzi­li, ry­so­wa­ła się na ja­snym tle ścia­ny ko­lum­na z czar­ne­go drze­wa, z okrą­głym wy­rżnię­ciem w gło­wi­cy. Był to sta­ro­świec­ki ze­gar, aż pod su­fit pra­wie wzno­szą­cy swe ob­li­cze wiel­kie, okrą­głe, bia­łe, czar­ny­mi zmarszcz­ka­mi wska­zó­wek prze­ora­ne. Wy­glą­dał jak sym­bol cza­su, z gó­ry i obo­jęt­nie spo­glą­da­ją­cy na ludz­kie za­cho­dy, nie­po­ko­je, lo­sy.

Był mo­ment krót­ki, w któ­rym ze­bra­ni, na znak go­spo­dy­ni do­mu ocze­ku­jąc, ota­cza­li stół w po­sta­wach sto­ją­cych. Ona, sto­jąc rów­nież, na kil­ka osób nie­co spóź­nia­ją­cych się ocze­ki­wa­ła. Po sa­li pły­nął nie­gło­śny szmer roz­mów, dwie na­sze ko­bie­ce suk­nie rzu­ca­ły na czar­ne tło ubrań mę­skich pla­my ja­sne i w bla­sku lamp świe­tli­ste.

W tym wła­śnie krót­kim mo­men­cie za okna­mi roz­legł się tur­kot kół. Szmer gło­sów roz­ma­wia­ją­cych umilkł, sa­lę za­le­gła ci­sza. Nikt nie usiadł. Po wszyst­kich twa­rzach roz­lał się wy­raz za­nie­po­ko­je­nia; nie­któ­re z nich tro­chę po­bla­dły.

Go­spo­darz do­mu śpiesz­nie do przed­po­ko­ju wy­szedł i po mi­nu­tach kil­ku już spóź­nio­ne­go go­ścia obec­nym przed­sta­wiał.

Po wiel­kiej sa­li, w rzę­si­stym świe­tle, wśród ci­szy zu­peł­nej i trzy­dzie­stu pa­ru oczu w jed­nym punk­cie utkwio­nych, roz­le­gło się imię i na­zwi­sko — Ro­mu­al­da Trau­gut­ta.

Jed­no­cze­śnie w głę­bi sa­li, pra­wie pod su­fi­tem, za­brzmiał me­ta­licz­ny, ba­so­wy dźwięk. Ze­gar z bia­łą twa­rzą w czar­nej ob­wód­ce ude­rzać za­czął go­dzi­nę. Dzie­sięć z ko­lei dźwię­ków me­ta­licz­nych, głę­bo­kich pły­nę­ło gó­rą, gdy do­ko­ła sto­łu brzmia­ły na­zwi­ska go­ści, z któ­ry­mi go­spo­darz do­mu przy­by­łe­go naj­póź­niej za­zna­ja­miał.

Przy­czy­na opóź­nie­nia z ła­two­ścią wy­ja­śnio­na zo­sta­ła: ja­kiś pro­sty i po­spo­li­ty wy­pa­dek w kil­ku­mi­lo­wej po­dró­ży po złych jesz­cze dro­gach wio­sen­nych.

Miał lat trzy­dzie­ści sześć i na wiek ten wy­glą­dał, wzrost śred­ni, bu­do­wę cia­ła wię­cej sprę­ży­stą i szczu­płą niż sil­ną, a w ru­chach ła­twych, pew­nych sie­bie, w po­sta­wie wy­pro­sto­wa­nej coś, co przy­po­mi­na­ło ty­py woj­sko­we. Od pierw­sze­go wej­rze­nia rzu­ca­ła się w oczy głę­bo­ka czar­ność je­go wło­sów tak ob­fi­tych, że dwie ich fa­le, jed­na nad dru­gą, wzno­si­ły się nad czo­łem śnia­dym, kształt­nym, prze­rżnię­tym od brwi aż pra­wie po wło­sy pio­no­wą li­nią głę­bo­kiej zmarszcz­ki. Oczy nie­ła­two by­ło do­strzec, bo okry­wa­ły je szkła oku­la­rów, lecz wśród owa­lu śnia­dej twa­rzy uwa­gę zwra­ca­ły usta bez uśmie­chu, spo­koj­ne i po­waż­ne. Mo­że ta po­wa­ga ust i ta zmarszcz­ka na czo­le przed­wcze­sna spra­wia­ły, że w po­wierz­chow­no­ści tej ude­rzał przede wszyst­kim wy­raz my­śli su­ro­wej, sku­pio­nej, ma­ło­mów­nej. Nic mięk­kie­go, gięt­kie­go, ugrzecz­nio­ne­go, nic z ła­two­ścią wy­le­wa­ją­ce­go się na ze­wnątrz. Tyl­ko myśl ja­kaś pa­nu­ją­ca, prze­ogrom­na, nie­ustan­nie w mil­cze­niu, w sku­pie­niu pra­cu­ją­ca i pod jej po­kła­dem ja­kiś ta­jem­ny upał uczuć, któ­ry na czo­le wy­pa­lił przed­wcze­sną zmarszcz­kę i go­rą­cym ko­lo­ry­tem po­wlókł mil­czą­cą twarz.

Znać by­ło, że da­le­ko chęt­niej mil­czał, ani­że­li mó­wił. Do roz­mo­wy o rze­czach po­tocz­nych, któ­ra to­czy­ła się w cza­sie wie­cze­rzy, mie­szał się rzad­ko i obo­jęt­nie, krót­ki­mi sło­wa­mi. W za­mian nie­po­dob­na by­ło nie do­strzec, że wzro­kiem ba­da ota­cza­ją­ce, świe­żo po­zna­wa­ne twa­rze. Mo­że w du­chu, go­tu­ją­cym się do speł­nie­nia jed­ne­go z naj­dra­ma­tycz­niej­szych ak­tów, ja­kie przez duch czło­wie­czy speł­nio­ny­mi byś mo­gą, za­py­ty­wał o war­tość i si­łę swo­ich w dra­ma­cie współ­ak­to­rów.

Ci­cho za od­cho­dzą­cą służ­bą po­za­my­ka­ły się drzwi sa­li; wszy­scy sie­dzie­li w mil­cze­niu do­ko­ła dłu­gie­go sto­łu, z któ­re­go zdję­te już by­ły okry­wa­ją­ce go wprzód na­czy­nia.

Go­spo­darz do­mu w po­sta­wie sto­ją­cej prze­ma­wiał.

Mó­wił o tym, że nie­daw­no jesz­cze prze­ciw­ny był roz­po­czy­na­ją­ce­mu się w kra­ju ru­cho­wi i po­wstrzy­my­wać go usi­ło­wał, nie dla­te­go, aby mniej od ko­go­kol­wiek pra­gnął wol­no­ści i szczę­ścia kra­ju, ale że po­ra nie zda­wa­ła mu się wy­bra­na traf­nie ani si­ły dość przy­go­to­wa­ne, ani szan­se zwy­cię­stwa rów­ne szan­som klę­ski, któ­ra je­że­li na­stą­pi, przy­nie­sie na­stęp­stwa wa­gi nie­obli­czal­nej, naj­pew­niej bar­dzo cięż­kiej. Mnie­mał, że cier­pli­we ocze­ki­wa­nie na mo­ment spo­sob­ny, na zbieg oko­licz­no­ści dla wal­ki po­myśl­ny, na po­więk­sze­nie sił i za­so­bów do niej, nie mniej jest war­te od rzu­ce­nia się w wal­kę ze szla­chet­nym i choć­by bo­ha­ter­skim za­pa­łem w ser­cu, lecz bez na­le­ży­tej orien­ta­cji w gło­wie, bez wa­gi w rę­ku i aryt­me­tycz­nej ta­bli­cy przed oczy­ma.

— Czci­cie­lem ro­zu­mu je­stem i tych szkie­łek mę­dr­ca, któ­re wy­śmie­wać ma pra­wo po­ezja, lecz któ­rych po­li­ty­ka sprzed oczu usu­wać nie po­win­na. Dla­te­go od­ra­dza­łem, wal­czy­łem z prą­dem, usu­wa­łem się na stro­nę. By­łem bia­ły...

Przy sło­wach ostat­nich pod­niósł gło­wę i śmia­łym spoj­rze­niem spo­tkał się z nie­chęt­ny­mi, iro­nicz­ny­mi uśmie­cha­mi, któ­re na kil­ka twa­rzy wy­stą­pi­ły.

— Nie sam je­den w zgro­ma­dze­niu tym je­stem, któ­rym tak my­ślał i na­zwę tę no­sił. Wszak znaj­du­ją się tu wspól­my­ślą­cy moi, nie­praw­daż?

Wy­żej jesz­cze pod­niósł gło­wę, na od­po­wiedź cze­kał. Po­waż­nie kil­ka gło­sów od­po­wie­dzia­ło:

— Tak.

Więc mó­wił da­lej:

— Te­raz ude­rzył już dzwon, wiel­ki dzwon hi­sto­rycz­ny i nie bia­łym, ale czar­nym był­by ten, kto by na dźwięk je­go głu­chy po­zo­stał. Ist­nie­je coś, co gdy raz nad po­wierzch­nię zie­mi wy­stą­pi, zgła­dzo­ne z niej być nie mo­że. Tym czymś jest fakt. Fakt zbroj­nej wal­ki stał się. Znacz­na część kra­ju w ogniu jej już stoi. Jak­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwa czy nie­po­do­bień­stwa mógł­by dla niej i przez nią spo­strze­gać ro­zum, on rów­nież wska­zu­je, że prze­ciw nie­bez­pie­czeń­stwom i nie­po­do­bień­stwom, prze­ciw hań­bie tak­że, któ­ra zu­chwa­łych a nie­do­łęż­nych okry­wa, orę­żem ra­tun­ko­wym mo­że być tyl­ko na­sza jed­ność. Mą­dry syn do­mu ostrze­ga przed roz­nie­ca­niem ognia nie­ostroż­nym i nie­wcze­snym, lecz kie­dy dom już go­re, sza­lo­ny był­by, wię­cej — prze­klę­ty był­by, gdy­by nad nim nie roz­to­czył ra­mion czyn­nych, ra­tu­ją­cych! Prze­ko­nań czło­wie­ka go­dzi­na każ­da od­mie­niać nie mo­że, ale w go­dzi­nie każ­dej in­ne być mo­gą obo­wiąz­ki. Obo­wiąz­ka­mi go­dzi­ny, któ­ra wy­bi­ła w kra­ju na­szym, są dla nas: jed­ność i ofiar­ność. W nich na­dzie­ja... Bez nich zgi­nie­my...

Wstrzy­mał się, z gło­wą spusz­czo­ną mil­czał, my­ślał. Ru­mień­ce na po­licz­ki, bla­ski go­rą­ce w oczy wstę­po­wać mu za­czy­na­ły.

— Są to przy­czy­ny, dla któ­rych, gdy fakt stał się i go­dzi­na no­we­go obo­wiąz­ku ude­rzy­ła, wstą­pi­łem do or­ga­ni­za­cji po­wstań­czej tej po­le­skiej zie­mi i na cze­le jej sta­ną­łem. I od mo­men­tu, w któ­rym ro­zum mój za­twier­dził ha­sło: jed­ność i ofiar­ność! sie­bie sa­me­go i wszyst­ko, co mo­je: dom, ma­ją­tek, w po­trze­bie wol­ność i ży­cie, si­ły ro­zu­mu, ja­ki­mi roz­po­rzą­dzam i pra­gnie­nie ser­ca naj­go­ręt­sze z tych, któ­rych za­zna­łem kie­dy­kol­wiek, zło­ży­łem na usłu­gi spra­wy.

U prze­ciw­ne­go koń­ca sto­łu za­brzmia­ły ci­che bra­wa, wy­szep­ty­wa­ne przez te sa­me usta, któ­re przed chwi­lą uśmie­cha­ły się iro­nicz­nie i nie­chęt­nie. Ale mó­wią­cy, na ten szmer przy­ja­zny, tak jak przed­tem na nie­przy­ja­zne uśmie­chy obo­jęt­ny, mó­wić koń­czył:

— W cha­rak­te­rze no­wo mia­no­wa­ne­go na­czel­ni­ka or­ga­ni­za­cji zie­mi po­le­skiej, w imie­niu jej i w obec­no­ści jej człon­ków, za­py­tu­ję pa­na Ro­mu­al­da Trau­gut­ta, czy przyj­mie do­wódz­two nad ufor­mo­wa­nym przez or­ga­ni­za­cję zbroj­nym od­dzia­łem tej zie­mi?

Nie­wy­so­ki, szczu­pły, wy­pro­sto­wa­ny i tyl­ko z po­chy­lo­nym nie­co czo­łem, na któ­rym upał we­wnętrz­ny wy­pa­lił pod fa­la­mi kru­czych wło­sów przed­wcze­sną zmarszcz­kę, wstał z krze­sła Ro­mu­ald Trau­gutt i od­po­wie­dział:

— Z da­le­kich stron po­wró­ci­łem tu z my­ślą, że usłu­gi mo­je mo­gą być te­raz po­trzeb­ne oj­czyź­nie. Za­wód, któ­re­mu się od­da­wa­łem, przy­spo­so­bił mnie do ofia­ro­wa­ne­go mi za­da­nia, więc je przyj­mu­ję.

Krót­kie to by­ło, pro­ste, skrom­ne, wy­po­wie­dzia­ne gło­sem ma­ją­cym brzmie­nie czy­ste i me­ta­licz­ne.

Do­ko­ła sto­łu wszy­scy po­wsta­li i po­chy­li­li się w mil­czą­cym ukło­nie, po czym sa­lę za­le­gła chwi­lo­wa ci­sza. Ci­sza serc, ob­le­wa­ją­cych się po­ta­jem­ny­mi łza­mi wzru­sze­nia i ci­sza gro­zy, któ­rą od­dy­cha­ją mo­men­ty wy­rocz­ne; i ta jesz­cze ci­sza, z ja­ką nad tym bied­nym świa­tem kę­dyś wy­so­ko wa­żą się na sza­lach prze­zna­cze­nia lo­sy lu­dzi i na­ro­dów.

Pierw­szy ci­szę prze­rwał Trau­gutt.

— Pro­szę or­ga­ni­za­cję o zda­nie spraw z dzia­łań dla ufor­mo­wa­nia od­dzia­łu przed­się­wzię­tych i do­ko­na­nych, z li­czeb­no­ści te­go od­dzia­łu, uzbro­je­nia i wszech­stron­nych za­so­bów je­go oraz o ma­py po­wia­tu i po­wia­tów są­sied­nich, czy­li to­po­gra­ficz­ne­go te­re­nu, na któ­rym roz­wi­jać się bę­dą przy­szłe dzia­ła­nia woj­sko­we.

Głos to był nie­co in­ny już od te­go, któ­rym prze­ma­wiał przed­tem. Po­brzmie­wa­ła w nim nu­ta roz­ka­zu, czuć by­ło czło­wie­ka, któ­ry z za­da­niem raz na sie­bie przy­ję­tym żar­to­wać nie bę­dzie i fa­chow­ca, któ­ry wie­dząc do­brze, cze­go żą­dać mu na­le­ży, żą­da­nia swe sta­wi bez próż­nych do­dat­ków i omó­wień.

Bar­dzo ry­chło zja­wi­ły się na sto­le ma­py mniej­sze i więk­sze, lecz przed ich roz­wi­nię­ciem z ko­lei mó­wić za­czy­na­li ci, któ­rzy peł­niąc w or­ga­ni­za­cji urzę­dy dzie­sięt­ni­ków i set­ni­ków zda­wa­li spra­wę ze zgro­ma­dzo­nych przez sie­bie dzie­siąt­ków i se­tek przy­szłych zbroj­nych par­ty­zan­tów, cy­fry nie­du­że zresz­tą, bo od­dzia­ły par­ty­zanc­kie z sa­mej na­tu­ry te­go ro­dza­ju woj­ny licz­ne być nie mo­gą, po­tem na­zwy bro­ni, ilo­ści jej i ga­tun­ki.

Wódz z twa­rzą ku mó­wią­cym pod­nie­sio­ną słu­chał; w szkłach, któ­re osła­nia­ły mu oczy, za­pa­la­ły się, przy­ga­sa­ły, mi­go­ta­ły od­bi­cia świa­tła, cza­sem py­ta­nia krót­kie za­da­wał, cza­sem zsu­wa­ły się mu brwi czar­ne i zmarszcz­ka na czo­le po­głę­bia­ła się wi­docz­nie. Raz tyl­ko po ry­sach mil­czą­cych prze­pły­nę­ła, wnet zni­ka­jąc, smu­ga ra­do­ści. By­ło to wte­dy, gdy prze­mó­wił na­czel­nik zor­ga­ni­zo­wa­nej w po­wie­cie pocz­ty oby­wa­tel­skiej, Wła­dy­sław Or­szak.

Jak zwy­kle ocię­ża­ły nie­co w po­ru­sze­niach, jak zwy­kle po­wo­li i roz­waż­nie mó­wić za­czął o po­trze­bie ota­cza­nia par­tii zbroj­nej pil­ną stra­żą tych, któ­rzy w do­mach po­zo­sta­ną, roz­cią­ga­nia do­ko­ła niej ta­kiej ni­by sie­ci dru­tów te­le­gra­ficz­nych, z męż­nych wo­li i serc wy­przę­dzio­nych, któ­re by świat z nią i ją ze świa­tem, i jesz­cze lu­dzi jed­no­myśl­nie z nią dzia­ła­ją­cych, a roz­pro­szo­nych po świe­cie — wią­za­ły.

Z twa­rzą nad wiek przy­wię­dłą, ła­god­ną, od któ­rej na pier­si spły­wa­ła ciem­na, gę­sta bro­da, z oczy­ma, w któ­rych zmę­czo­nym, lecz czy­stym błę­ki­cie by­ło coś z bo­le­snych upa­łów, któ­re dłu­go pło­nę­ły ta­jem­nie i bez­po­ży­tecz­nie, mó­wił o tym, gdzie, jak, przez ko­go prze­wo­żo­ne, prze­no­szo­ne bę­dą wia­do­mo­ści, ostrze­że­nia, żą­da­nia, wska­za­nia.

Ta­ka pocz­ta nie jest naj­po­drzęd­niej­szą czę­ścią roz­po­czę­te­go dzie­ła; ow­szem, jest je­go czę­ścią bar­dzo waż­ną. Mu­si być zwin­na, ostroż­na, umie­ją­ca la­tać i peł­zać, prze­śli­zgi­wać się i umy­kać. Ale zna­leź­li się lu­dzie do ro­bo­ty tej od­po­wied­ni i pan na­czel­nik prze­ba­czy, że nie sa­mych sta­rych do niej za­bra­no, lecz tak­że tro­chę mło­dych, któ­rzy już w par­tii słu­żyć nie bę­dą, do­pó­ki ona w oko­li­cach tych po­zo­sta­nie. Po­tem, gdy lo­sy wal­ki prze­nio­są ją w miej­sce in­ne, i ci z nią się po­łą­czą, ale tym­cza­sem do tej straż­ni­czej ro­bo­ty trze­ba tak­że tro­chę sił nie­ste­ra­nych i z za­pa­łem mło­do­ści od­da­nych spra­wie. Bo prze­cież...

— Bo prze­cież par­tia to ser­ca bi­ją­ce i krew go­rą­ca kil­ku se­tek lu­dzi, to... dziec­ko ma­rzeń na­szych, za­bie­gów, na­dziei, że raz prze­cie nie jak nie­wol­ni­cy z du­sza­mi za­bi­ty­mi, lecz jak ży­wi lu­dzie żyć bę­dzie­my. Trze­ba te­dy nad nią czu­wać, trze­ba krwa­wym za­pa­som jej tro­skli­wym czu­wa­niem do­po­ma­gać!...

Po­chy­lił twarz, któ­ra wraz z czo­łem po­gię­ła się w mnó­stwo fałd i zmarsz­czek, z ła­god­nej zwy­kle sta­jąc się po­sęp­ną. Z każ­dej jej zmarszcz­ki i z każ­dej jej fał­dy wy­glą­da­ły gorz­kie my­śli, cięż­kie smut­ki, dłu­go w mil­cze­niu i nie­mo­cy prze­żu­wa­ne. Po­wo­li, gło­sem głu­chym zno­wu mó­wić za­czął:

— Po­wie­dzia­łem: nie­wol­ni­cy z du­sza­mi po­za­bi­ja­ny­mi. Tak jest. Kie­dy rę­ce sku­te i usta za­kne­blo­wa­ne, to i du­sza zra­zu usy­pia, a po­tem mrze. By­li ta­cy, któ­rzy po­wia­da­li: „Cze­go wam brak? Spo­koj­nie so­bie ży­je­cie, w do­stat­kach... po co zdro­wą gło­wę pod ewan­ge­lię kła­dzie­cie?” Otóż to... zdro­wą gło­wę! Śmiech gorz­ki z ta­kie­go zdro­wia! Nic nam nie by­ło wol­no: ani czy­nić, ani gło­śno mó­wić, ani lu­du na­sze­go z jarz­ma nie­wo­li i ciem­no­ty wy­zwa­lać, ani ży­cia swo­je­go prze­ra­biać, po­lep­szać. Tyl­ko: jedz, pij, śpij i gnij! To wol­no. Nie­do­brze ci z tym? Po­win­no być do­brze, a je­że­li nie jest, to milcz! Je­że­li sark­niesz gło­śno lub pal­cem po­ru­szysz — na Sy­bir! I tak by­ło ty­le lat. Bo­że mój! Ty­le dzie­siąt­ków lat! By­li ta­cy, któ­rzy w tym bło­cie po­znaj­do­wa­li so­bie róż­ne roz­ko­sze i ni­mi się po­tru­li, ale by­li in­ni. Bo­że! Ty je­den wiesz, ile ci in­ni cier­pie­li! Jak im wła­sne my­śli pa­li­ły wnętrz­no­ści, jak z nich wła­sne si­ły i ocho­ty, do ni­cze­go nie uży­te, rzę­ża­ły za­du­sza­ne, cią­gle ko­na­ją­ce i ni­g­dy nie mo­gą­ce sko­nać! Naj­lep­sze la­ta ży­cia prze­cho­dzi­ły nam, jak ten dym sza­ry, któ­ry po zie­mi się czoł­ga, a gdy spró­bu­je wznieść się w gó­rę, zły wiatr za­raz o zie­mię go ci­śnie i po błot­ni­stej po­wierzch­ni jej roz­cią­gnie... Tak dłu­żej nie moż­na by­ło żyć. Ja wiem, że si­ły na­sze ma­łe, więc czer­wo­nym być nie śmia­łem. Ale i bia­łym nie by­łem tak­że, nie! Za wie­lem cier­piał, za wie­lem przy­słu­chi­wał się śmier­tel­ne­mu rzę­że­niu du­szy wła­snej i dusz bli­skich, abym bia­łym mógł być. A te­raz co do tej mo­ty­ki po­ry­wa­ją­cej się prze­ciw słoń­cu, to my­ślę, że... Bóg jest z na­mi i że spra­wa na­sza to spra­wa bo­ska. Te­dy... ja­ki tam ko­niec bę­dzie, to bę­dzie, po­win­ność swo­ją... po­win­ność swo­ją czyń­my.



Bar­dzo wzru­szo­ny, z drżą­cy­mi war­ga­mi i po­bla­dłym czo­łem na krze­sło opadł, cięż­ko od­dy­chał, a po krót­kim mil­cze­niu do­dał już tyl­ko:

— Pocz­ta oby­wa­tel­ska po­win­ność swo­ją speł­ni. Rę­czę.

Wte­dy to wła­śnie na mil­czą­cą twarz na­czel­ni­ka od­dzia­łu zbroj­ne­go spa­dła smu­ga ra­do­ści i choć pręd­ko zga­sła, oczy je­go, zza szkieł je osła­nia­ją­cych, tkwi­ły dłu­go w szla­chet­nych, smut­nych, przed­wcze­śnie uwię­dłych, zo­ra­nych ry­sach Or­sza­ka.

Te­raz roz­po­star­ło się na sto­le kil­ka map róż­nej wiel­ko­ści i wie­niec głów po­chy­lił się nad ni­mi, gdy w gwa­rze roz­mo­wy brzmia­ły licz­ne na­zwy dwo­rów, wsi, mia­ste­czek, uro­czysk.

Żad­na dro­ga że­la­zna wów­czas jesz­cze stron tych nie prze­bie­ga­ła i by­ło w nich tro­chę go­ściń­ców sze­ro­kich i mnó­stwo dróg, dro­żyn, któ­re w kie­run­ki róż­ne roz­bie­ga­ły się po nie­ści­gnio­nej okiem rów­ni­nie.

By­ły w tych stro­nach oko­li­ce ży­zne, lud­ne, fa­lu­ją­ce buj­ny­mi zbo­ża­mi, gę­sto strze­la­ją­ce ku nie­bu gru­pa­mi to­po­li, któ­re przy­ozda­bia­ły dwo­ry, i krzy­żów, któ­re stró­żo­wa­ły u wrót wio­sek.

I by­ły pust­ko­wia nie­mal bez­lud­ne, kę­pa­mi wil­got­nych łąk wy­sa­dza­ne, wo­da­mi mo­krza­deł świe­cą­ce, prze­ma­wia­ją­ce tyl­ko gło­sa­mi hu­lasz­czych wi­chrów lub wę­drow­nych pta­ków, dla stóp ob­ce­go przy­by­sza groź­ne śmier­tel­ną grzęź­lą trzę­sa­wisk.

I by­ły tam jesz­cze la­sy wiel­kie, głę­bo­kie, la­sy od­wiecz­ne, przez wie­ki to­po­rem nie­do­ty­ka­ne, wspa­nia­łe przy­byt­ki na­tu­ry sa­mot­nej i dzi­kiej, obłęd­ne la­bi­ryn­ty, z dro­ga­mi wia­do­my­mi tyl­ko zwie­rzom je za­miesz­ku­ją­cym i lu­dziom o ba­rach po­tęż­nych, wzro­ku by­strym, strza­łach cel­nych, któ­rzy nad ich nie­po­ka­la­ną ca­ło­ścią stró­żo­wa­li.

I był tam na ko­niec wśród wie­lu wód in­nych, przez na­tu­rę po zie­mi tej roz­la­nych, je­den szlak wo­dy nie­sze­ro­ki, przez rę­ce ludz­kie na po­wierzch­nię jej do­by­ty i na­zwa­ny Ka­na­łem Kró­lew­skim.

Pod­niósł się wie­niec głów znad map na sto­le roz­ło­żo­nych i po ustach roz­bie­gły się sło­wa:

— Za Ka­nał Kró­lew­ski! Do la­sów ho­rec­kich.

Tam par­tia udać się i obóz za­ło­żyć mia­ła.

Przed­tem jed­nak zgro­ma­dzić się mu­si. Z zie­mi roz­le­głej, z rów­ni­ny dla oka bez­gra­nicz­nej, z roz­sia­nych po niej dwo­rów, mia­ste­czek, chat le­śni­czych, za­gród drob­nosz­la­chec­kich, na jed­nym punk­cie zgro­ma­dzić się mu­si. Na punk­cie przed­sta­wia­ją­cym uła­twień naj­wię­cej, nie­bez­pie­czeństw naj­mniej.

Ro­mu­ald Trau­gutt pod­niósł znad ma­py twarz i wy­mó­wił:

— Dwór dziat­ko­wic­ki.

A po krót­kiej chwi­li, spoj­rze­niem po ze­bra­nych wio­dąc, za­py­tał:

— Czy wła­ści­ciel Dziat­ko­wicz jest tu­taj obec­ny?

— Tak; ja je­stem wła­ści­cie­lem Dziat­ko­wicz.

Trau­gutt mó­wić za­czął:

— Wła­dzy dyk­ta­tor­skiej nie po­sia­dam. Mie­nia i wol­no­ści lu­dzi na nie­bez­pie­czeń­stwo wy­sta­wiać bez do­bro­wol­ne­go zgo­dze­nia się ich na to nie mam pra­wa. Miej­scu, któ­re bę­dzie punk­tem zbor­nym par­tii i wła­ści­cie­lo­wi je­go za­gro­żą nie­bez­pie­czeń­stwa po­waż­ne. Dwór spa­lo­ny, ma­ją­tek za­bra­ny, wła­ści­ciel je­go uwię­zio­ny i su­ro­wo ka­ra­ny mo­że zo­stać. Zgro­ma­dze­nie się par­tii w Dziat­ko­wi­czach przed­sta­wia dla niej ko­rzy­ści znacz­ne, lecz któ­re wów­czas tyl­ko osią­gnię­te bę­dą, je­że­li wła­ści­ciel miej­sca te­go, z peł­ną wie­dzą o moż­li­wych na­stęp­stwach swe­go czy­nu, zgo­dzi się go do­ko­nać!

Już w po­ło­wie prze­mó­wie­nia te­go pod­niósł się z krze­sła ów wy­smu­kły, za­le­d­wie doj­rza­ły blon­dyn z bia­łą twa­rzą, we­so­ły­mi oczy­ma i drob­nym wą­sem zło­tym nad usta­mi, któ­re do­tąd zda­wa­ły się znać tyl­ko śmiech, pieśń i po­ca­łun­ki; ów my­śli­wiec na­mięt­ny, na sze­ro­ką oko­li­cę ze zna­ko­mi­tej jaz­dy kon­nej i strza­łów cel­nych słyn­ny, ów z prze­szło­ścią bar­dzo jesz­cze krót­ką, lecz w któ­rej nic nie za­po­wia­da­ło po­lo­tu ku gwiaz­dom lub po­cią­gu ku ot­chła­niom...

O! Od daw­na zszedł już z tej zie­mi w kra­inę nie­zna­ną, któ­ra tam kę­dyś po dru­giej stro­nie rze­ki ży­cia le­ży, zszedł z niej po dłu­gich cier­pie­niach wy­gna­nia, ubó­stwa, czy­sty do koń­ca, męż­ny do koń­ca, gwieź­dzie mło­do­ści swej i ot­chła­ni, któ­ra mu ży­cie po­żar­ła, bło­go­sła­wią­cy do koń­ca. Zszedł z tej zie­mi sa­mot­ny, bez­dziet­ny... i wol­no mi imię je­go wy­mó­wić, a to­bie je gło­śno po­wtó­rzyć. Mo­że na nie jak na mo­gi­łę spły­nie pro­mień ja­kie­go roz­rzew­nio­ne­go oka, któ­re sa­mo ko­cha gwiaz­dy i ot­chła­nie...

Pod­niósł się z krze­sła Gu­staw Ra­do­wic­ki i z oczy­ma jak dwa błę­kit­ne pło­mie­nie go­re­ją­cy­mi rzekł:

— Nie tyl­ko zga­dzam się, ale sko­ro to dla par­tii ma być ko­rzyst­ne, cie­szę się, że wła­śnie te mo­je ko­cha­ne Dziat­ko­wi­cze ko­rzy­ści tych do­star­czyć mo­gą. I w za­mian o jed­no tyl­ko pa­na na­czel­ni­ka pro­szę, aby mi by­ło po­zwo­lo­ne...

Zmie­szał się ja­koś, spu­ścił oczy, mo­że przed tkwią­cym w nim wzro­kiem na­czel­ni­ka. Jed­nak po chwi­li do­koń­czył:

— Aby mi by­ło po­zwo­lo­ne na­le­żeć w par­tii do od­dzia­łu jaz­dy...

Te­raz zno­wu za­śmia­ły mu się oczy i usta.

— Bo że bę­dę słu­żył w par­tii, to już daw­no po­sta­no­wio­ne i wia­do­me. Jak­że! Set­ni­kiem prze­cież je­stem. Stu lu­dzi chęt­nych do pój­ścia ze­bra­łem, a sam miał­bym nie pójść! To prze­cież przez gło­wę ni­g­dy mi przejść nie mo­gło. Ale pro­szę, aby mi wol­no by­ło słu­żyć w jeź­dzie, bo ja na ko­niu to do wszyst­kie­go, a pie­szo to ja­koś... tak ja­koś... Ale pro­szę tyl­ko — i jak pan na­czel­nik roz­ka­że, tak się sta­nie. Tyl­ko to jesz­cze po­wie­dzieć mu­szę, że mam ko­nia El Ra­szy­da, ta­kie­go, co to w sam raz... do ta­kiej służ­by w sam raz...

Zmie­szał się zno­wu, umilkł.

Na­czel­nik zaś z twa­rzą wciąż ku nie­mu pod­nie­sio­ną tkwił w nim wzro­kiem i na usta — pierw­szy raz, od­kąd tu przy­był — wy­kwi­tać mu po­czy­nał uśmiech. Wy­kwi­tał, bo dziw­nie świe­ży był, szcze­ry, per­ło­wy od rzę­du zę­bów bia­łych, któ­re w nim bły­snę­ły. Przy tym łu­na ra­do­ści twarz mu opły­nę­ła i z czo­ła spę­dzi­ła po­sęp­ną zmarszcz­kę. Z we­so­łym pra­wie ge­stem za­wo­łał:

— Ale ow­szem, zga­dzam się, aby pan słu­żył w jeź­dzie i na­wet...

Tu głos je­go na­brał to­nów zu­peł­nie we­so­łych.

— Po­nie­waż pan ma ko­nia El Ra­szy­da, co to w sam raz, mia­nu­ję pa­na swo­im ad­iu­tan­tem.

Aż po brze­gi zło­tych wło­sów z ra­do­ści za­ru­mie­nio­ny mło­dzie­niec przed na­czel­ni­kiem zło­żył głę­bo­ki ukłon i sia­da­jąc, ku wy­so­kie­mu bru­ne­to­wi, któ­re­go cza­sem Scy­pio­nem na­zy­wa­no, z po­ro­zu­mie­waw­czym ski­nie­niem gło­wy rzu­cił za­gad­ko­we sło­wa:

— A co, Fe­lik­sie! Wi­dzisz! I ja z to­bą...

Znać o czymś wąt­pi­li wspól­nie i znać, że tam­ten wy­bie­rał się tak­że do jaz­dy.

Ale te­raz wstał z krze­sła swe­go na­czel­nik:

— Skoń­czo­ne są na dzi­siaj na­ra­dy na­sze. Mów­cą nie je­stem. Mnie­ma­łem za­wsze, że sło­wem naj­wy­mow­niej­szym z tych, któ­ry­mi czło­wiek do świa­ta prze­ma­wiać mo­że, jest czyn. Jed­nak te­raz, gdy Bóg po­zwo­lił, że przy­stę­pu­ję do czy­nu, o któ­rym za­wsze ma­rzy­ło ser­ce mo­je, z ser­ca wy­ry­wa­ją mi się sło­wa, tyl­ko co przez pa­na Or­sza­ka po­wie­dzia­ne: „Spra­wa na­sza to spra­wa bo­ska”. To jest rów­nież praw­dą, co pan Or­szak po­wie­dział, że nie­wo­la za­bi­ja du­sze, a ja z tej praw­dy wy­pro­wa­dzam wnio­ski, że ni­ko­mu nie wol­no za­bi­jać dusz ludz­kich i od­wrot­nie: du­szom ludz­kim nie wol­no po­zwa­lać, aby kto­kol­wiek je za­bi­jał. Oto jest pra­wo na­sze do wal­ki, któ­rą przed­się­bie­rze­my i oto dla­cze­go spra­wa na­sza jest spra­wą bo­ską. Nie na pod­bo­je i nie po łu­py idzie­my, ale po od­biór wy­dzie­ra­ne­go nam do­bra bo­skie­go. Do­brem bo­skim — cno­ta ludz­ka, cno­ty nie ma bez wol­no­ści. Je­że­li wy­gra­my, wy­gra­ną na­szą bę­dzie zba­wie­nie du­szy na­ro­du, je­go czci i je­go do­cze­sne­go szczę­ścia; je­że­li prze­gra­my, rze­ką krwi przez nas prze­la­nej in­ni za­pły­ną do wol­no­ści. Ale ja­ki­kol­wiek bę­dzie nasz ko­niec, po­win­ność na­szą czyń­my. Z na­dzie­ją czy prze­ciw na­dziei, ale z praw­dą i z Bo­giem! My z praw­dą i ze spra­wie­dli­wo­ścią, więc z Bo­giem. W tym na­sza moc. My z Bo­giem.

Nie pa­trzał na ni­ko­go, spoj­rze­niem błą­dził w gó­rze i choć umilkł, war­gi mu we­wnętrz­ny­mi sło­wa­mi jesz­cze drga­ły, gdy twarz i po­sta­wę ob­le­wa­ła ja­kaś od zie­mi ode­rwa­na, ze słońc mi­stycz­nych wy­bły­sła eks­ta­za. W ta­kich eks­ta­zach wbrew ziem­skim ra­chu­bom ro­dzą się nie­złom­ni ksią­żę­ta czy­nu i z pie­śnią trium­fu w du­chu, wbrew mę­czar­niom cia­ła, umie­ra­ją mę­czen­ni­cy.

Wie­niec twa­rzy od wzru­szeń i znu­że­nia bla­dych ota­czał dłu­gi stół i w sa­li, któ­rą za­le­gło mil­cze­nie, ze­gar po­czął wy­bi­jać go­dzi­nę. Z bia­łe­go ob­li­cza w czar­nej ob­wód­ce, spod su­fi­tu pa­trzą­ce­go wy­pły­nę­ły czte­ry z ko­lei dźwię­ki me­ta­licz­ne, głę­bo­kie.

Czy oczy ludz­kie dłu­gim czu­wa­niem zmę­czo­ne by­ły, czy lam­py przy­ga­sa­ły, ale rzę­si­ste ich świa­tło zda­wa­ło się te­raz roz­pra­szać w ku­rza­wę mnó­stwa świe­cą­cych ato­mów, któ­re przed oczy­ma mi­go­ta­ły, drga­ły, ma­jąc li­nie ota­cza­ją­cych twa­rzy i przed­mio­tów. Pło­mie­nie do­pa­la­ją­cych się świec sta­ły w wy­so­kich kan­de­la­brach wiel­kie, ja­skra­we, z nit­ka­mi dy­mu u chwie­ją­cych się wierz­choł­ków. Po­wie­trze na­sy­co­ne od­de­cha­mi ludz­ki­mi, mo­że częst­szy­mi, niż to by­wa w mo­men­tach po­wsze­dnich, sta­ło się dusz­ne i go­rą­ce.

Ktoś zbli­żył się do jed­ne­go z okien, na oścież je otwo­rzył i za tym otwar­tym oknem uka­zał się dziw, cud: dziw­nie cud­ny i pięk­ny po­ra­nek wio­sen­ny.

Nie­po­ka­la­ny błę­kit nie­ba, ja­sna zie­lo­ność ogro­du osy­pa­na bry­lan­ta­mi ro­sy. Bia­łe gwiaz­dy nar­cy­zów nad tra­wa­mi, mnó­stwo fioł­ków w tra­wach, roz­ło­ży­ste ja­bło­nie w ró­żo­wym i gru­sze w bia­łym roz­kwi­ciu. Po­to­ki wo­ni i fa­le po­wie­trza na­po­jo­ne­go ro­są. I wszyst­ko od nie­ba do zie­mi, od szczy­tów drzew wy­so­kich do drob­nych traw i kro­pel ro­sy, w wiel­kim, peł­nym, zło­tym świe­tle słoń­ca wy­raź­ne, wy­pu­kłe, wy­od­ręb­nio­ne, ja­sne, po­zło­co­ne.

Od do­zna­nych wzru­szeń drżą­ce i wza­jem wspie­ra­ją­ce się o sie­bie, my, dwie ko­bie­ty, pra­wie dzie­ci, sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma pa­trza­ły­śmy to na ów raj­ski ob­raz za oknem, to na sa­lę na­peł­nio­ną świa­tłem żół­tym, sprosz­ko­wa­nym, mi­go­cą­cym, dym­nym i twa­rza­mi ludz­ki­mi o czo­łach zbruż­dżo­nych i zmę­czo­nych oczach...

Po­emat i dra­mat.

Raj i czy­ściec.

Po­go­da i bu­rza.



II

Kto wio­sny owej prze­sy­piał ca­łe no­ce? Kto znał wcze­sne i spo­koj­ne sny?

O póź­nej, noc­nej go­dzi­nie po gro­bli, któ­ra wśród dwu rzę­dów wierzb wzno­si­ła się nad dwo­ma roz­ło­ga­mi łąk, pę­dził na ko­niu czło­wiek sza­rą bur­ką owi­nię­ty. Ca­łą szyb­ko­ścią by­stre­go ko­nia pę­dził, u koń­ca gro­bli ob­szer­ny dwór okrą­żył, na dzie­dzi­niec je­go jak wi­cher wpadł i ko­nia przed gan­kiem do­mu osa­dził.

Na gan­ku sza­rza­ło w zmro­ku kil­ka po­sta­ci mę­skich i bie­la­ło kil­ka su­kien ko­bie­cych. Głos ja­kiś za­py­tał:

— Kto?

Jeź­dziec, z ko­nia za­ska­ku­jąc, od­po­wie­dział:

— Po­sła­niec.

Wszedł na ga­nek i ci­cho mó­wić za­czął:

— Par­tia z Dziat­ko­wicz ku la­som ho­rec­kim idzie i na dwie go­dzi­ny we dwo­rze, z któ­re­go po­sła­niec przy­by­wa, sta­nę­ła.

Na­czel­nik par­tii wzy­wa naj­bli­żej za­miesz­ku­ją­cych człon­ków or­ga­ni­za­cji, aby dla po­mó­wie­nia z nim o rze­czach waż­nych przy­by­li. Jak naj­prę­dzej, gdyż ani mi­nu­ty dłu­żej nad dwie go­dzi­ny par­tia się tam nie za­trzy­ma. Kil­ku ta­kich jak on po­słań­ców roz­le­cia­ło się w stro­ny róż­ne, je­mu tu pę­dzić co koń wy­sko­czy roz­ka­za­no. I tak sa­mo po­wra­cać z uwia­do­mie­niem, czy we­zwa­ni przy­bę­dą. Jest jesz­cze kart­ka do pa­ni...

Nie skoń­czył mó­wić, gdy już pa­ra lu­dzi, męż­czy­zna i ko­bie­ta, ku staj­niom przez dzie­dzi­niec bie­gła. W mo­im rę­ku sze­le­ści­ła kart­ka z pię­ciu sło­wa­mi:

„Przy­jeż­dżaj tak­że. Je­steś po­trzeb­na. Ste­fa­nia”.

Służ­bę sta­jen­ną bu­dzić? Stra­ta cza­su. Do po­wo­zu ko­nie za­kła­dać? Kto by tam te­raz my­ślał o po­wo­zach!

Kil­ka mi­nut upły­nę­ło i już przed staj­nią stał koń do li­nij­ki za­przę­żo­ny.

Nie wiesz, co to li­nij­ka? Ta­ka gład­ka, zwy­czaj­na de­ska, po­mię­dzy czte­re­ma ko­ła­mi po­ło­żo­na i suk­nem obi­ta. Nic wię­cej. Wą­skie to, nie­zmier­nie lek­kie, dla go­spo­da­rzy do jeż­dże­nia po dro­ży­nach i mie­dzach po­lnych... Ko­bie­ty rzad­ko tym jeź­dzi­ły, jed­nak cza­sem, w ta­kiej po­sta­wie, jak jeż­dżą na ko­niu.

To­wa­rzysz mój ujął lej­ce, ja za nim już sie­dzia­łam.

Trzy wior­sty dro­gi tyl­ko. Li­nij­ka na­sza jak strza­ła pru­ła po­wie­trze, tur­ko­cąc po twar­dej gro­bli, pra­wie do­ga­nia­jąc pę­dzą­ce­go przed nią na ko­niu po­słań­ca. Noc by­ła gwiaź­dzi­sta, tro­chę wietrz­na. Wierz­by lek­ko chwia­ły się i szem­ra­ły po obu stro­nach dro­gi.

Wpa­dli­śmy na wiel­ki dzie­dzi­niec la­tar­nia­mi oświe­tlo­ny, mro­wi­skiem ludz­kim po­kry­ty.

La­tar­nie na drze­wach, na słu­pach u ścian bu­dyn­ków i w czer­wo­na­wym ich świe­tle mro­wi­sko ludz­kie po­ru­sza­ją­ce się i gwar­ne.

Cza­ma­ry, blu­zy, krót­kie suk­ma­ny, sze­ro­kie pa­sy, skó­rza­ne, wy­so­kie obu­wia, czap­ki jak łan kwia­tów, ama­ran­to­we, sza­fi­ro­we, bia­łe. Na ple­cach strzel­by, u pa­sów pi­sto­le­ty. Du­ży pęk kos pio­no­wo w dłu­gie trzo­ny opra­wio­nych stał opar­ty o ścia­nę do­mu i w świe­tle la­tar­ni nad nim wi­szą­cej błysz­czał jak sta­lo­we słoń­ce. Ruch, gwar, szum ludz­kich kro­ków i gło­sów. Na­wo­ły­wa­nie, wy­dzwa­nia­ją­ce imio­na i na­zwi­ska, roz­ma­ite roz­mo­wy, tu i ów­dzie wy­bu­chy śmie­chu. W mrocz­nych głę­biach dzie­dziń­ca, pod go­spo­dar­ski­mi bu­dyn­ka­mi ko­nie rżą i par­ska­ją, ry­su­ją się męt­ne syl­wet­ki wo­zów i lu­dzi, w po­bli­żu do­mu, na prze­strze­ni naj­le­piej oświe­tlo­nej, po­brzę­ku­ją nad dłu­gi­mi sto­ła­mi na­czy­nia gli­nia­ne i szkla­ne.

Mnó­stwo po­sta­ci i twa­rzy; ogrom­na roz­ma­itość ich za­bar­wie­nia i wy­ra­zu. Są tu sy­no­wie do­mów za­moż­nych, dzie­ci do­stat­ku i ele­gan­cji, z nie­star­tym pięt­nem ich w po­ru­sze­niach i odzie­ży. Są mło­dzi ucze­ni, dzie­ci my­śli i wie­dzy, z nie­po­zby­tym ich świa­tłem na czo­łach i oczach. Są wszy­scy nie­mal straż­ni­cy la­sów o ba­rach sze­ro­kich, wzro­kach nie­co po­nu­rych, lecz by­strych, do prze­bi­ja­nia gę­stwin i mro­ków na­wy­kłych. Jest ca­ła mło­dzież za­gród drob­nosz­la­chec­kich, raź­na, śmia­ła, o uśmie­chach ła­twych i za­ma­szy­stych ru­chach. I jest jesz­cze nie­co po­sta­ci wą­tłych, naj­mniej wy­raź­nych, zda­ją­cych się być cie­nia­mi, któ­re idą za tam­ty­mi. Tych, z mia­ste­czek, gdzie­nie­gdzie ze wsi chłop­skich, z ja­kichś mo­że dróg lo­su obłęd­nych i nie­szczę­śli­wych, przy­wio­dły tu ha­sła, któ­re sen­ny­mi du­sza­mi wstrzą­snę­ły, na­dzie­je przy­szło­ści lep­szej, któ­re cza­rem spły­nę­ły na złą te­raź­niej­szość.

Kie­dy li­nij­ka na­sza przez tłum ten z wol­na się prze­su­wa­ła, z gan­ku do­mu zbie­gła i na­prze­ciw niej bie­gła wiot­ka, ład­na ko­bie­ta w bia­łej suk­ni, za rę­ce mnie z li­nij­ki ze­ska­ku­ją­cą po­chwy­ci­ła, mó­wiąc śpiesz­nie:

— Przy­je­cha­łaś? To do­brze! Da­ją zle­ce­nie mnie i to­bie, przez nas in­nym. Chodź pręd­ko!

We­szły­śmy ra­zem do wnę­trza do­mu, któ­re w po­rów­na­niu z dzie­dziń­cem wy­da­wa­ło się dziw­nie pu­ste i ci­che.

Sa­la ja­dal­na oświe­tlo­na by­ła, ale pu­sta. Ni­ko­go w niej nie by­ło. Tyl­ko bia­łe ob­li­cze ze­ga­ra pa­trza­ło na nią z wierz­choł­ka czar­nej ko­lum­ny i u otwar­tych okien wiatr po­ru­szał fi­ran­ka­mi.

W przy­le­głym sa­lo­nie kil­ku lu­dzi, przy jed­nym ze sto­łów sie­dząc, pół­gło­sem roz­ma­wia­ło. Za­raz w pro­gu rzu­ci­ły mi się w oczy kru­czo­czar­ne wło­sy Trau­gut­ta. Gdy­śmy się po­wo­li i tro­chę nie­śmia­ło zbli­ża­ły, on wła­śnie mó­wił:

— Sam nie chciał­bym te­go, ale jak­że ina­czej szpie­go­stwo, do­no­si­ciel­stwo ukró­cić? Pra­wa woj­sko­we dla po­stęp­ków ta­kich za­wsze i wszę­dzie ma­ją ka­rę śmier­ci. Jed­nak czy za­sto­so­wa­nie jej w tym przy­pad­ku nie po­cią­gnie ską­d­inąd na­stępstw dla spra­wy szko­dli­wych?

Go­spo­darz do­mu, z brwią zmarsz­czo­ną, od­po­wie­dział:

— W oko­licz­no­ściach, śród ja­kich się znaj­du­je­my, ob­jaw ener­gii i rzu­ce­nie po­stra­chu na ży­wio­ły nam nie­przy­ja­zne wy­da­ją mi się ko­niecz­ne...

— A ja — prze­rwał Or­szak — był­bym za oka­za­niem wspa­nia­ło­myśl­no­ści, któ­ra mo­że ująć nam ser­ca.

— Ide­olo­gia! — sark­nął go­spo­darz do­mu. — Od­wy­kli­śmy od ener­gicz­nych czy­nów i jak „mdłe pa­nien­ki” go­to­wi­śmy do­sta­wać spa­zmów na wi­dok kro­pli krwi.

— Zda­niem mo­im — ozwał się ktoś in­ny — sam pan na­czel­nik o lo­sie czło­wie­ka te­go roz­strzy­gać po­wi­nien. Tyl­ko. Do nas to nie na­le­ży.

— By­łoż­by to pi­ła­to­wym umy­wa­niem rąk? — z naj­sar­ka­stycz­niej­szym ze swych uśmie­chów rzu­cił go­spo­darz do­mu i mó­wił da­lej:

— Je­ste­śmy na­tu­ral­ny­mi do­rad­ca­mi na­czel­ni­ka i co do mnie, w cha­rak­te­rze do­rad­cy, gło­su­ję za oka­za­niem ener­gii, za rzu­ce­niem po­stra­chu, czy­li — za śmier­cią szpie­ga i do­no­si­cie­la.

By­li tak bar­dzo roz­mo­wą za­ję­ci, że za­le­d­wie te­raz nas spo­strze­gli.

Po krót­kich po­wi­ta­niach go­spo­darz do­mu bez żad­nej zwło­ki przed­sta­wił to, cze­go or­ga­ni­za­cja od nas żą­da­ła. By­ły to za­da­nia ma­ją­ce zwią­zek z po­trze­ba­mi eko­no­micz­ny­mi par­tii, wła­ści­wie z pew­ny­mi ich szcze­gó­ła­mi, któ­re te­raz do­pie­ro, po jej zgro­ma­dze­niu się, na jaw wy­stą­pić mo­gły i wy­stą­pi­ły. Trze­ba by­ło usu­nąć pew­ne bra­ki, za­dość­uczy­nić więk­szym niż ra­chu­by po­przed­nie wska­zy­wa­ły wy­ma­ga­niom, za­po­biec mo­gą­ce­mu zda­rzyć się nie­przy­go­to­wa­niu i nie­do­stat­ko­wi. Rze­czy tych drob­nych i za­ra­zem dość trud­nych ko­bie­ty do­ko­nać mo­gły z więk­szą niż męż­czyź­ni ła­two­ścią, z mniej­szym nie­bez­pie­czeń­stwem.

Szło nie o jed­ną ani o dwie ko­bie­ty, ale o ca­ły le­gio­nik ko­bie­cy, roz­trop­nie i traf­nie do­bra­ny. Na wzgląd ostat­ni kil­ka gło­sów na­cisk po­ło­ży­ło. Omył­ki w wy­bo­rze mo­gły po­cią­gnąć z so­bą na­stęp­stwa nie­obli­czo­ne.

Przy­mio­ta­mi le­gio­ni­ku, ma­ją­ce­go krzą­tać się po oko­li­cy roz­le­głej i nad któ­rą nie­za­wod­nie po wy­stą­pie­niu par­tii nie­przy­ja­ciel straż bacz­ną roz­cią­gnie, mu­sia­ły być: zwin­ność ru­chów, ich spo­kój i ich nie­ja­ko na­tu­ral­ność. Dru­ga ce­cha nie­zbęd­na: umie­jęt­ność uj­mo­wa­nia dla ro­bo­ty swo­jej serc i chę­ci ludz­kich. A trze­cie: umie­jęt­ność mil­cze­nia. I czwar­ta jesz­cze: od­wa­ga.

— I przy­tom­no­ści umy­słu w żad­nym wy­pad­ku nie tra­cić! — z przy­ja­ciel­skim ku nam uśmie­chem do­dał Or­szak.

Słu­cha­ły­śmy szczę­śli­we, prze­ję­te, sku­pio­ne; w pier­siach gra­ły nam bo­ha­ter­skie pie­śni, a po gło­wach już prze­la­ty­wa­ły my­śli: kto, gdzie, ja­kim spo­so­bem? Ku mó­wią­cym po­chy­lo­ne, w sło­wa ich za­słu­cha­ne, z ognia­mi na po­licz­kach, bez żad­nej o tym wie­dzy swo­jej moc­no ści­ska­ły­śmy się za rę­ce.

Wtem usły­sza­ły­śmy głos Trau­gut­ta. Spoj­rze­nie je­go zza szkieł oku­la­rów spo­czy­wa­ło na nas uważ­ne, prze­ni­kli­we, lecz nie su­ro­we; ow­szem, we­wnętrz­nym uśmie­chem roz­ja­śnio­ne. Do ota­cza­ją­cych rzekł:

— Pa­niom tym w zu­peł­no­ści za­ufać moż­na.

A po­tem do nas:

— Z uf­no­ścią po­wie­rza­my wam te na po­zór drob­ne, lecz w rze­czy­wi­sto­ści waż­ne in­te­re­sy pol­skie­go żoł­nie­rza.

I tak jak wów­czas, po mło­dzień­czym i en­tu­zja­zmu peł­nym oświad­cze­niu wła­ści­cie­la Dziat­ko­wicz, usta roz­kwi­tły mu świe­żym, szcze­rym i per­ło­wym uśmie­chem. Snadź uśmie­chy na tę twarz su­ro­wą naj­łac­niej wy­wo­łał wi­dok mło­do­ści, któ­ra na kształt świe­cy przed oł­ta­rzem pa­li­ła się przed ob­li­czem ide­ału pło­mien­nie i pro­sto.

Jesz­cze kil­ka za­py­tań, od­po­wie­dzi, prze­stróg, uwag i uczu­ły­śmy, że­śmy tu już nie­po­trzeb­ne.

Po­cią­ga­ła nas ku so­bie wiel­ka sa­la sto­ło­wa. Nie by­ła już pu­sta. Kil­ku­na­stu lu­dzi we­szło tu z roj­ne­go dzie­dziń­ca i nie­trud­no by­ło od­gad­nąć, że znaj­do­wa­li się pod wpły­wem wzru­sze­nia, mo­że na­wet wzbu­rze­nia, któ­re na wo­dzy trzy­ma­ne, ob­ja­wia­ło się jed­nak w szep­tach, ge­stach, wy­ra­zach twa­rzy.

By­li tam bli­scy zna­jo­mi na­si, to­wa­rzy­sze za­baw i za­jęć, krew­ni. Ude­rzy­ła nas zmia­na, któ­ra w nich za­szła. Wy­da­wa­li się wzro­stem wy­żsi i wy­ra­zem wię­cej mę­scy niż przed­tem. Po­sta­wy i po­ru­sze­nia ich na­bra­ły ener­gii i pro­sto­ty, oczy sta­łe­go i sil­ne­go bla­sku. Strzelb przy so­bie nie mie­li; tyl­ko u pa­sów po­bły­ski­wa­ły po­chwy kry­ją­ce w so­bie róż­ną krót­ką broń.

Był tam ze swym rzym­skim pro­fi­lem twa­rzy i wzro­stem wszyst­kie in­ne prze­no­szą­cym, Scy­pio­nem cza­sem zwa­ny, Fe­liks Jag­min, był Ra­do­wic­ki sza­fi­ro­wą kon­fe­de­rat­kę z fan­ta­zją u bo­ku trzy­ma­ją­cy, był de­mo­kra­ta ów za­cię­ty, świe­ży eks-stu­dent Flo­ren­ty, by­li Ar­tur i Hen­ryk Ro­niec­cy, sy­no­wie oj­ca, któ­ry za bia­łe­go ogło­szo­ny, przez to znie­lu­bio­ny, te­raz dwóch sy­nów miał w par­tii; ma­ły Tar­łow­ski, dziw­ny chło­pak, bia­ły i ró­żo­wy jak pa­nien­ka, bo­ta­ni­sta uczo­ny, a z do­brej wo­li na­uczy­ciel dzie­ci chłop­skich w po­bli­skim mia­stecz­ku; dwaj mło­dzi me­dy­cy, któ­rzy w par­tii funk­cję le­ka­rzy obo­zo­wych peł­nić mie­li; i in­ni jesz­cze, do­brze zna­ni, bli­scy...

Roz­ma­wia­li z so­bą gło­sa­mi przy­tłu­mio­ny­mi. Moż­na by­ło do­sły­szeć sło­wa:

— To nie­po­dob­na! To stać się nie mo­że.

— Pójdź­my! Przed­staw­my! Po­wiedz­my zda­nia na­sze!

— Od te­go roz­po­czy­nać? Ni­g­dy! By­ło­by to dla nas wsty­dem...

— Fał­szy­wym kro­kiem wzglę­dem lu­du...

— Kim­kol­wiek jest, czło­wiek ten po­cho­dzi z tu­tej­sze­go lu­du, na tej zie­mi się uro­dził.

I wie­le in­nych zdań ode­rwa­nych, z któ­rych nie­po­dob­na by­ło wy­ro­zu­mieć, o co cho­dzi, ale któ­re ob­ja­wia­ły uczu­cia za­tro­ska­nia, obrzy­dze­nia, nie­po­ko­ju, na wo­dzy trzy­ma­ne, po­wścią­ga­ne, jed­nak wy­bie­ga­ją­ce na ze­wnątrz w ge­stach ra­mion, w marsz­cze­niach brwi, w bły­skach oczu.

Za­mie­ni­ły­śmy z ni­mi przy­ja­ciel­skie uści­śnie­nia dło­ni i za­py­ta­ły­śmy, o co idzie, co sta­ło się lub ma się stać. Śmia­ło mo­gły­śmy za­py­ty­wać. Po­mię­dzy ni­mi i na­mi, wo­bec idei i dzia­łań w imię jej przed­się­bra­nych, pa­no­wa­ła rów­ność zu­peł­na.

Flo­ren­ty ca­ły w ogniu, z oczy­ma zmar­twio­ny­mi, jed­ną z nas za rę­kę po­chwy­cił.

— Chodź­cie! Po­ka­żę. I opo­wiem.

Szły­śmy z nim na dzie­dzi­niec. Po­szli za na­mi Ar­tur Ro­niec­ki i Ma­rian Tar­łow­ski.

Pręd­ko przez ten dzie­dzi­niec prze­brnąć by­ło te­raz nie­po­dob­na. Wszę­dzie gro­mad­ki i tłu­mi­ki ludz­kie, ru­sza­ją­ce się, roz­ma­wia­ją­ce.

Mnó­stwo po dro­dze przy­wi­tań, krót­kich roz­mów, próśb o do­bre ży­cze­nie na dro­gę, o do­brą pa­mięć dla od­cho­dzą­cych w dro­gę. W dro­gę bli­ską, a jed­nak da­le­ką i dla wie­lu bez­pow­rot­ną. Nie­raz oczy za­pie­kły nas od łez, kil­ka ra­zy spo­strze­gły­śmy w in­nych oczach szkli­stą ich po­wło­kę. Ale by­ły to se­kun­dy, po któ­rych wra­ca­ła raź­ność gwar­na i we­so­ła, w uczu­ciach wez­bra­nych, w wy­obraź­ni roz­ko­ły­sa­nej źró­dło swe ma­ją­ca.

Raz, gdy­śmy tak szły, wi­ta­jąc i ra­zem że­gna­jąc, ści­ska­jąc rę­ce lu­dzi, za­mie­nia­jąc z ni­mi krót­kie sło­wa, po dzie­dziń­cu roz­legł się huk prze­raź­li­wy. Jak­by coś ogrom­ne­go upa­dło i roz­bi­ło się na mnó­stwo szcząt­ków, jak­by mnó­stwo me­ta­lo­wych ostrzy wza­jem o sie­bie ude­rzy­ło. By­ły to ko­sy, któ­re wsku­tek nie wie­dzieć ja­kie­go wy­pad­ku ze­śli­znę­ły się po ścia­nie, o któ­rą by­ły opar­te, i upa­da­jąc syp­nę­ły w po­wie­trze garść dźwię­ków, tak sa­mo jak ich że­leź­ca ostrych. Pod­nie­sio­no je na­tych­miast i umiesz­czo­no na miej­scu uprzed­nim, gdzie zno­wu w świe­tle la­tar­ni roz­bły­sły jak sta­lo­we słoń­ca.

Ale przez wy­pa­dek ten, czy mo­że przez wra­że­nie na nie­któ­rych spra­wio­ne, wy­wo­ła­ny, roz­legł się w po­wie­trzu zbio­ro­wy wy­buch śmie­chu.

Jed­nak im wię­cej wraz z to­wa­rzy­sza­mi swy­mi od­da­la­ły­śmy się od do­mu, tym wię­cej tłum ludz­ki rzed­niał i tym wy­raź­niej w gwiaź­dzi­stym zmro­ku wy­stę­po­wa­ły przed na­mi ścia­ny bu­dyn­ków go­spo­dar­skich i ota­cza­ją­ce je roz­ło­ży­ste drze­wa. Ze sfe­ry świa­tła i ha­ła­su we­szły­śmy w sfe­rę cie­nia i względ­nej ci­szy. Na znacz­nej prze­strze­ni pa­li­ło się tu tyl­ko kil­ka la­tarń, w któ­rych świe­tle do­strzec by­ło moż­na syl­wet­ki osio­dła­nych ko­ni i w mil­cze­niu do­ko­ła nich po­ru­sza­ją­cych się nie­wie­lu lu­dzi. Gwiaz­dy za to wy­raź­niej niż tam iskrzy­ły się na nie­bie, wiatr sze­le­ścił w czar­nych drze­wach i od traw pod­no­si­ła się rzeź­wią­ca wil­goć ro­sy.

Pręd­ko obok nas idąc Flo­ren­ty opo­wia­dał:

— Za­le­d­wie wy­szli­śmy z Dziat­ko­wicz, dro­gę nam za­biegł chło­pak wiej­ski, mo­że trzy­na­sto­let­ni i ca­ły drżą­cy, prze­lęk­nio­ny, do Jag­mi­na, któ­ry z po­ło­wą jaz­dy na cze­le par­tii je­chał, ża­ło­snym gło­si­kiem wo­łać za­czął:



— Stój­cie, pa­nocz­ku, stój­cie! Za­trzy­maj­cie się, je­że­li Bo­ga ko­cha­cie!

Jag­min ko­nia po­wstrzy­mał, nam to sa­mo uczy­nić roz­ka­zał i z sio­dła po­chy­lił się ku chłop­cu, któ­ry mu ja­kąś za­pi­sa­ną kart­kę pa­pie­ru po­da­wał. Roz­wi­nął kart­kę, prze­czy­tał i nam po­ka­zał. By­ło to ni mniej, ni wię­cej, tyl­ko oznaj­mie­nie po­sy­ła­ne do woj­ska, że wy­szli­śmy z Dziat­ko­wicz, ilu nas jest, w ja­kim uda­je­my się kie­run­ku. Wszyst­ko wy­śle­dzo­ne, wy­szpie­go­wa­ne i do­no­szo­ne. My do chłop­ca:

— Kto je­steś?

— Słu­ga dzia­ko­wy.

— Gdzie miesz­kasz?

— U dzia­ka.

— Dla­cze­go nie u ro­dzi­ców?

— Nie mam ro­dzi­ców, po­mar­li.

— Kto ci tę kart­kę dał?

— Dziak.

Ka­zał dziec­ku co tchu z tą kart­ką do mia­stecz­ka biec i ofi­ce­rom ją od­dać. Wi­dzi­cie, gał­gan ja­ki! Nie chło­pak, ale dziak! Chło­pa­ka Jag­min na ko­nia pod­niósł, przed so­bą na sio­dle po­sa­dził i za­py­tu­je:

— Czy wiesz, co w tej kart­ce na­pi­sa­ne?

— Wiem — od­po­wia­da.

Sły­szał, jak dziak żo­nie swo­jej czy­tał.

— Dla­cze­goś nam ją od­dał?

Tu dzie­ciak roz­pła­kał się, zmę­czy­ły go już py­ta­nia, czy cze­goś zląkł się, Jag­min po wło­sach go po­gła­dził, w gło­wę po­ca­ło­wał i zno­wu:

— Dla­cze­goś nam ją od­dał? Nie bój się ni­cze­go. Do­brześ uczy­nił i dzię­ku­je­my ci za to, ale dla­cze­go?

Spu­ścił ku­dła­tą łbi­nę i tak ci­cho, że le­d­wie­śmy do­sły­szeć mo­gli:

— Jak zo­ba­czył was, to po­ża­ło­wał... Pó­ki nie wi­dział, to le­ciał tam, gdzie dziak ka­zał, a jak zo­ba­czył, to po­ża­ło­wał, bo... bo... dziak przed żo­ną swo­ją mó­wił, że oni was wszyst­kich jak kacz­ki wy­strze­la­ją...

— Miał po tro­chu ra­cję dziak! W czy­stym po­lu i nie­spo­dzie­wa­nie. Ale co o tym dziec­ku chłop­skim my­śli­cie? Ja­kie ser­ce zło­te? Ja­ka na­tu­ra tkli­wa!?

— Je­że­li nie kła­mał! — fleg­ma­tycz­nie ode­zwał się idą­cy za na­mi Ar­tur Ro­niec­ki.

Flo­ren­ty obu­rzył się.

— Że chłop­skie dziec­ko, to już za­raz kła­mać mia­ło! Wstydź się, Ar­tu­rze!

Tam­ten z jed­no­staj­ną wciąż fleg­mą od­po­wie­dział:

— Nie dla­te­go, że chłop­skie, ale dla­te­go, że ludz­kie dziec­ko, a te­mu, co mó­wią dzie­ci ludz­kie w ogó­le, nie­do­wie­rzać trze­ba...

— Tak­że fi­lo­zo­fia! A sam ca­ło­wa­łeś chłop­ca, aż mla­ska­ło...

— Sen­ty­ment we mnie obu­dził...

— W nas wszyst­kich.

Ode­brał go od Jag­mi­na Że­mir­ski, od Że­mir­skie­go tu obec­ny fi­lo­zof, od fi­lo­zo­fa ja go w ob­ro­ty wzią­łem, ode mnie ktoś in­ny. Dziw, że­śmy go na śmierć nie za­ca­ło­wa­li. Ośmie­lił się, pra­wie roz­swa­wo­lił, śmiać się za­czął i róż­nych czę­ści odzie­ży na­szej do­ty­kać:

— Ja­kie u was czap­ki ład­ne! A ja­kie pa­sy! A strzel­by, a jej! Weź­cie mnie z so­bą... strzel­bę daj­cie...

Roz­kosz nie ma­lec! Gdy­by był choć tro­chę star­szy! Ale bę­ben ta­ki! Za wcze­śnie go jesz­cze na ba­le z so­bą brać!

— Ale cóż z kart­ką?

— Jag­min za­wró­cił ko­nia i z nią do na­czel­ni­ka, a na­czel­nik jak z bi­cza trzasł, na­tych­miast: „ten, ten, ten, do dzia­ka niech ja­dą! Rę­ce i no­gi mu zwią­zać, oczy za­wią­zać, tu przy­wieźć! Marsz! Marsz!”. U nie­go wszyst­ko tak: w try­bie roz­ka­zu­ją­cym, w tem­pie szyb­kim. Dziak, be­stia, bli­ziu­teń­ko miesz­kał, wy­ciecz­ka kwa­dran­sa nie trwa­ła. Wrzesz­czał, klął, pluł, dra­pał, aż pi­sto­le­ty mu­sia­ły z po­chew wy­leźć. To po­mo­gło. No i jest tu­taj z na­mi.

Tu głos mu nie­co ścichł, spo­waż­niał:

— Po­wie­szo­ny ma być!

Za­drża­ły­śmy obie i usły­sza­ły­śmy za so­bą szcze­gól­ny dźwięk, wy­cho­dzą­cy z ust Ro­niec­kie­go, ja­kieś prze­cią­głe: pfu­uu! Wy­glą­da­ło to na po­wstrzy­ma­ną chęć splu­nię­cia.

A obok Ro­niec­kie­go idą­cy ma­ły Ma­rian Tar­łow­ski szep­nął:

— Zły po­czą­tek! Bądź co bądź... czło­wiek bez­bron­ny!

— Ci­cho, nie mów nic! Mo­że po­sły­szeć!

Sta­nę­li­śmy jak do zie­mi przy­ku­ci, w mil­cze­niu.

O kil­ka kro­ków przed na­mi stał pod roz­ło­ży­stym drze­wem pro­sty wóz chłop­ski w jed­ne­go ko­nia za­przę­żo­ny i w po­bli­żu wo­za sza­rza­ły o drze­wo opar­te dwie ro­słe po­sta­cie stró­żu­ją­cych nad nim ze strzel­ba­mi na ple­cach po­wstań­ców.

Na wo­zie wy­raź­nie w gwiaź­dzi­stym zmro­ku wi­dać by­ło cien­kie­go i wy­so­kie­go czło­wie­ka, w dłu­gim, aż pra­wie do stóp ubra­niu, z rę­ko­ma u pier­si owią­za­ny­mi i ze szma­tą bia­łe­go płót­na, któ­ra za­sła­nia­ła mu wraz z oczy­ma znacz­ną część twa­rzy. Gło­wę miał okry­tą tyl­ko gę­sty­mi, si­wie­ją­cy­mi wło­sa­mi, si­wie­ją­ca rów­nież bro­da opa­da­ła mu na zwią­za­ne sznu­ra­mi rę­ce. Splo­ty sznu­rów krę­pu­ją­cych no­gi uka­zy­wa­ły się spod skra­ju dłu­giej odzie­ży.

Je­że­li kie­dy czło­wiek ten — jak opo­wia­dał Flo­ren­ty — wrzesz­czał, pluł, klął, dra­pał, te­raz mu to już prze­szło. Te­raz już wie­dział, że znaj­du­je się na sa­mym dnie nie­do­li, że nic go nie ura­tu­je, że la­da chwi­la śmier­cią ohyd­ną zgi­nąć mu­si. Śmierć tę wi­dział mo­że pod przy­twier­dzo­ny­mi do źre­nic po­wie­ka­mi, wi­szą­cą i ko­ły­szą­cą się na tych sa­mych sznu­rach, któ­rych twar­de ob­rę­cze na no­gach i rę­kach swych uczu­wał. Mo­że tu­ła­ły się mu po gło­wie przy­po­mnie­nia róż­ne i z ser­ca wy­ci­ska­ły łzy, mo­że to ser­ce piekł ogień nie­na­wi­ści i po człon­kach roz­le­wa­ły się gry­zą­ce stru­mie­nie żół­ci; naj­pew­niej śmier­tel­ny strach kro­ple krwi ści­nał mu w so­ple lo­dów i włók­na ner­wów stę­żał w nie­me od prze­ra­że­nia stru­ny.

Co­kol­wiek czuł i my­ślał, był w tej chwi­li upo­sta­cio­wa­niem tej mę­ki, któ­ra nie ma ani gło­su, ani słów, ani ję­ków i tyl­ko jak wiatr nie­wi­dzial­ny cia­łem czło­wie­ka ko­ły­sze. Na wo­zie sie­dząc ko­ły­sał się nie­ustan­nie. Z si­wie­ją­cy­mi wło­sa­mi na gło­wie i u pier­si, z bia­łą chu­s­tą na twa­rzy to w tył, to na­przód od­gi­nał swą cien­ką i wy­so­ką po­stać, mia­ro­wo, nie­ustan­nie, w mil­cze­niu ka­mien­nym. Wi­dok zaś te­go mia­ro­we­go, po­wol­ne­go, wiecz­ne­go ko­ły­sa­nia się da­le­ko wię­cej, niż­by to zdzia­łać mo­gły krzy­ki i prze­kleń­stwa, pa­trzą­cym krew w ży­łach za­trzy­my­wał, w pa­mię­ci rył się na za­wsze.

Nie wszyst­kim jed­nak pa­trzą­cym. Je­den z tych, któ­rzy ze strzel­ba­mi na ple­cach pod drze­wa­mi sta­li, ode­zwał się gło­sem od śmie­chu na­brzmia­łym:

— Po­kło­ny wy­bi­ja... jak przed iko­ną!

Za­śmie­li się obaj. Le­śni straż­ni­cy to by­li, chwa­ty dziel­ne i chło­py uczci­we, lecz z nie­tknię­tą jesz­cze w du­szach pier­wot­ną si­łą nie­na­wi­ści, za­cię­te i mści­we, z tą si­łą, któ­ra po­dob­no w woj­nach za­pew­nia zwy­cię­stwo.

Ro­niec­ki z ci­cha ich upo­mniał:

— Nie trze­ba śmiać się z ni­ko­go, kto po­padł w nie­szczę­ście.

— Oho! A w ja­kie nie­szczę­ście szel­ma ten chciał nas wpro­wa­dzić!

Mó­wiąc to nie śmia­li się już, ra­czej war­cze­li. Oko za oko, ząb za ząb. Ze­msta strasz­li­wa, lecz kto na woj­nę idzie, mu­si ją z so­bą brać, a my i ci naj­bliż­si to­wa­rzy­sze na­si szli­śmy na woj­nę bez niej... Już nam by­ło nie­po­dob­na dłu­żej na mę­kę czło­wie­ka te­go pa­trzeć.

Wra­ca­li­śmy do do­mu śpiesz­nie, w mil­cze­niu. Raz tyl­ko to­wa­rzysz­ka mo­ja prze­mó­wi­ła:

— A cóż sta­ło się z chłop­cem? Je­że­li tam po­wró­ci, prze­śla­do­wać go bę­dą.

— Ale gdzie tam! Jag­min tu go na ko­niu swo­im przy­wiózł i stąd za­raz do ro­dzi­ców ode­słał, o opie­kę nad nim pro­sząc. Bę­dzie mu tam jak w nie­bie... syn pro­sił...

W sa­li ja­dal­nej, za­raz u drzwi, to­wa­rzy­szów na­szych wy­mów­ki i za­py­ta­nia spo­tka­ły:

— Gdzie­że­ście by­li? Cze­ka­my na was! Do na­czel­ni­ka idzie­my, ale bez cie­bie, Ar­tu­rze, nie moż­na. Ty prze­mó­wisz...

— Dla­cze­go ja?

— Boś naj­spo­koj­niej­szy, a tu trze­ba...

— Do­brze w gar­ści się trzy­mać. Ma­cie ra­cję. Po­ra­fię.

— Idź­my więc. Hi­sto­ria rze­czy­wi­ście przy­kra.

— Tar­łow­ski słusz­nie mó­wi: zły po­czą­tek!

— Pę­tli­cą wi­siel­czą rę­ce bru­dzić!

— Bez­bron­ne­go zwy­cię­żać...

— To jest syn chłop­ski!

— Jed­nej z chło­pa­mi wia­ry!

— Ob­ru­szy­my prze­ciw­ko so­bie lud!

— Chodź­my! Czas ucie­ka!

— Chodź­my!

Do sa­lo­nu we czte­rech we­szli i przed Trau­gut­tem, któ­ry wśród kil­ku człon­ków or­ga­ni­za­cji sie­dział, w po­sta­wach peł­nych usza­no­wa­nia sta­nę­li. Po­sta­wy ich by­ły usza­no­wa­nia peł­ne, ale w oczach, na czo­łach, na war­gach coś ta­kie­go im drga­ło, pa­li­ło się, mi­go­ta­ło, że wprzód, nim sło­wo z ust któ­re­go­kol­wiek wyjść mo­gło, Ro­mu­ald Trau­gutt ge­stem ener­gicz­nym ra­mię ku nim wy­cią­gnął i gło­wę pod­no­sząc rzekł:

— Niech pa­no­wie nie mó­wią. Pro­szę nie mó­wić nic. Wiem, o co idzie.

By­ło to by­stre prze­nik­nię­cie tych głów za­pa­lo­nych i tych nie­za­pra­wio­nych do po­słu­szeń­stwa wo­li; by­ło to przy­tom­ne za­po­bie­gnię­cie sło­wu ja­kie­muś, któ­re mo­gło z ust się ze­rwać, nio­sąc z so­bą ko­niecz­ność ka­ry i nie­po­dob­ne­go do na­pra­wie­nia nie­szczę­ścia.

Przez chwi­lę mil­czał, pro­sto w twa­rze ich pa­trząc, aż z tym sa­mym spo­ko­jem w gło­sie, któ­re­go miał peł­ne oczy i po­sta­wę, mó­wić za­czął:

— Idzie o czło­wie­ka, któ­ry do­pu­ścił się wzglę­dem nas szpie­go­stwa i do­no­si­ciel­stwa. Pra­wo woj­sko­we ma dla po­stęp­ków ta­kich ka­rę śmier­ci. Tym ra­zem jed­nak, z przy­czyn mnie wia­do­mych, uła­ska­wiam te­go czło­wie­ka. Niech od­wie­zio­ny bę­dzie o wiorst kil­ka od do­mu te­go i tam wśród po­la po­zo­sta­wio­ny. Za­sło­ny z oczu ani wię­zów z rąk i nóg nie zdej­mo­wać. Pa­no­wie Jag­min, Ra­do­wic­ki i Ro­niec­ki wóz z jeń­cem eskor­to­wać bę­dą i na­tych­miast po speł­nie­niu roz­ka­zu me­go tu po­wró­cą.

Na ze­ga­rek spoj­rzał:

— Par­tia wy­cho­dzi stąd za pół go­dzi­ny.

Trzej wy­mie­nie­ni przez na­czel­ni­ka mło­dzień­cy zło­ży­li głę­bo­kie ukło­ny i śpiesz­nie dom opu­ści­li. Czwar­ty, Flo­ren­ty, obok nas prze­cho­dząc do uszu nam szep­tem rzu­cił:

— Co za gło­wa! Z oczu nam awan­tu­rę wy­czy­tał i sam ni­by tak po­sta­no­wił.

Czy ni­by, czy istot­nie sam tak po­sta­no­wił, od­gad­nąć trud­no by­ło. Dłu­go sie­dział za­my­ślo­ny i mil­czą­cy. Go­spo­darz do­mu pierw­szy prze­rwał mil­cze­nie. Czuł się wi­docz­nie nie­za­do­wo­lo­ny, po ustach mu szpil­ki iro­nii bie­ga­ły.

— Bę­dziesz miał, pa­nie na­czel­ni­ku, ro­bo­tę dłu­gą i trud­ną.

— Z czym?

— Z po­skra­mia­niem fan­ta­zji na­szych, sen­ty­men­tów na­szych, war­chol­stwa na­sze­go. Śmiem za­py­tać: czy do­brze się sta­ło, że ustą­pi­łeś?

Pod­niósł gło­wę Trau­gutt i twar­do od­po­wie­dział:

— Nie ustą­pi­łem; osta­tecz­ną de­cy­zję tyl­ko po­wzią­łem.

Po­tem ła­god­niej już nie­co do­dał:

— Czło­wiek ten, do god­no­ści urzę­du cer­kiew­ne­go pod­nie­sio­ny, jest prze­cież chło­pem. Mło­dzień­cy ci mie­li słusz­ność. Nie od mor­do­wa­nia chło­pów za­czy­nać nam na­le­ży. Nie ustą­pi­łem przed ni­mi, ale zda­nie ich po roz­wa­dze po­dzie­li­łem.

Wstał z krze­sła. Od­bi­cia świa­tła w szkłach, któ­re na oczach miał, iskrzy­sto od ru­chu gło­wy za­pło­nę­ły.

— Ile­kroć zgod­nie z prze­ko­na­niem swo­im bę­dę mógł za­po­biec wy­bu­cho­wi war­chol­stwa, za­po­bie­gnę mu; ile­kroć prze­ko­na­niu me­mu w dro­dze on sta­nie, po­skro­mię go.

Przy ostat­nich sło­wach rę­ka je­go ru­chem po­mi­mo­wol­nym spa­dła na za­wie­szo­ne u pa­sa pi­sto­le­ty.

Trzej jeźdź­cy pod ga­nek do­mu pod­je­cha­li, z ko­ni za­sko­czy­li.

— Sie­dzi so­bie nie­da­le­ko dro­gi na za­go­nie — fleg­ma­tycz­nie opo­wia­dał Ro­niec­ki — i cze­ka, aż go kto prze­cho­dzą­cy al­bo prze­jeż­dża­ją­cy z pęt wy­zwo­li. Za­pew­ne sta­nie się to nie­ba­wem, a im póź­niej się sta­nie, tym dla nas le­piej bę­dzie. I jed­no tyl­ko mam do za­rzu­ce­nia eks­pe­dy­cji, to, że ja­kimś spo­so­bem opa­ska ku­pi­dy­no­wa z oczu mu się zsu­nę­ła i że nas uj­rzał, a uj­rzaw­szy po­znał.

— Cóż z te­go wy­nik­nąć mo­że?

— Ano to tyl­ko, że w ra­zie... oko­licz­no­ści nie­przy­ja­znych my na je­go miej­scu, jak le­śnik Grze­gorz się wy­ra­ża, za­dyn­da­my!

Po­szli na­czel­ni­ko­wi oznaj­mić, że roz­kaz je­go speł­nio­no.

La­tar­nie na dzie­dziń­cu i gwiaz­dy na nie­bie przy­ga­sły, wcze­sny świt wio­sen­ny roz­błę­kit­niać za­czy­nał po­wie­trze, gdy Trau­gutt w oto­cze­niu cy­wil­nych to­wa­rzy­szy swych na ga­nek do­mu wy­szedł. Za­raz tez po dzie­dziń­cu roz­legł się do­no­śny, me­ta­licz­ny głos je­go:

— W sze­re­gi for­muj się! Jaz­da na koń!

Śpiesz­nie Ra­do­wic­ki do wo­dza się zbli­żył i z usza­no­wa­niem mó­wił:

— Żoł­nie­rze za­py­tu­ją, czy wol­no im dzień i po­chód roz­po­cząć od­śpie­wa­niem hym­nu.

Wódz gło­wą znak po­twier­dza­ją­cy uczy­nił, ad­iu­tant zas z brze­gu gan­ku na ca­ły dzie­dzi­niec krzyk­nął:

— Śpie­wa­nie po­zwo­lo­ne!

Na dzie­dziń­cu od­by­wa­ły się szyb­kie, mil­czą­ce ru­chy. Dzie­sięt­ni­cy i set­ni­cy pie­cho­tę w sze­re­gi usta­wia­li, jaz­da wsia­da­ła na przy­pro­wa­dzo­ne od sta­jen ko­nie.

Trau­gutt za­wo­łał:

— Jag­min z po­ło­wą jaz­dy na­przód!

Prze­bie­gła przed gan­kiem garść jeźdź­ców na pięk­nych ko­niach, z sza­bla­mi u bo­ków, kon­fe­de­rat­ka­mi nas że­gna­jąc i u po­cząt­ku dro­gi, któ­ra z dzie­dziń­ca wy­cho­dzi­ła w po­le, jak wry­ta przed sze­re­ga­mi pie­szy­mi sta­nę­ła. Dru­ga, zu­peł­nie do tam­tej po­dob­na, sta­ła za dwo­ma nie­co wy­osob­nio­ny­mi i na sio­dłach nie­ru­cho­my­mi jeźdź­ca­mi. By­li ni­mi wódz par­tii i je­go mło­dy ad­iu­tant.

Chwi­la mil­cze­nia, ka­mien­nej ci­szy po­ran­nej w po­wie­trzu co­raz biel­szym od szyb­ko po­wsta­ją­ce­go dnia, aż na znak da­ny przez wo­dza sta­nął w strze­mio­nach mło­dy ad­iu­tant i w ci­che, bia­łe po­wie­trze rzu­cił okrzyk dźwięcz­ne­go gło­su:

— Na­przód! Marsz!

Wte­dy jak fa­la, któ­ra szum­nie, lecz po­waż­nie pły­nie, za­czę­li od­jeż­dżać, od­cho­dzić. Stą­pa­nia ludz­kie i koń­skie szem­ra­ły gło­sem przy­ci­szo­ne­go wia­tru i nad szu­mem tym wy­buch­nę­ła pieśń kil­ku­set pier­si mę­skich.

Z pie­śnią tą szli i je­cha­li po­wo­li, rów­no, w po­rząd­ku nie­zmą­co­nym, po­mię­dzy dwo­ma rzę­da­mi strze­li­stych to­po­li, na­prze­ciw ju­trzen­ce, któ­ra za to­po­la­mi szla­kiem ró­ża­nym da­le­ki skłon nie­ba po­wle­kła.

W bły­skach sło­necz­nych, któ­re na szla­ku ju­trzen­ki drgać po­czę­ły, pły­nę­ła nu­ta i brzmia­ły co­raz dal­sze sło­wa pie­śni.

Ga­nek do­mu pe­łen lu­dzi wez­brał sil­nym bi­ciem serc i szep­tem bła­gal­nym:

— Bo­że, bło­go­sław!

By­li tam ta­cy, któ­rzy ra­mio­na ze sple­cio­ny­mi dłoń­mi ku od­da­la­ją­cym się wy­cią­ga­li, i ta­cy, któ­rzy oczy za­sła­nia­li dłoń­mi. Or­szak w nie­bo pa­trzał. Z czo­ła go­spo­da­rza do­mu wy­nio­słość znik­nę­ła bez śla­du i prze­wle­kły się po nim chmu­ry cięż­kich my­śli, gdy usta, z któ­rych iro­nia bez śla­du znik­nę­ła, szep­ta­ły:

— Bo­że, zmi­łuj się!

...Nie po­bło­go­sła­wi­łeś, Bo­że! Nie zli­to­wa­łeś się, o, Bo­że! Dla­cze­go? Czy tam, w świa­tło­ści nie­bie­skiej, do­wie­dzą się o tym ci, któ­rzy tu ży­li i po­mar­li w pie­kiel­nej ciem­no­ści?



III

Kto wio­sny owej spo­strze­gał kwit­ną­ce ró­że? Kto słu­chał śpie­wów sło­wi­czych?

Dla kwia­tów i dla pie­śni, dla wio­sen­nych ma­rzeń, za­chwy­tów, spo­czyn­ków nie by­ło cza­su, wo­li, my­śli, pa­mię­ci. La­sy pło­nę­ły.

Z ho­rec­kich la­sów wy­la­ty­wa­ły częst­sze wie­ści i roz­la­ty­wa­ły się po prze­strze­ni sze­ro­kiej, bu­dząc w ser­cach i gło­wach głę­bo­kie i wier­ne echa.

Pocz­ta oby­wa­tel­ska w ener­gicz­nym rę­ku Wła­dy­sła­wa Or­sza­ka dzia­ła­ła nie­ustan­nie, wią­żąc po­wstań­ców ze świa­tem i lu­dzi po świe­cie roz­pro­szo­nych po­mię­dzy so­bą. Czło­wiek ten, któ­re­mu nada­rem­na tę­sk­no­ta do wy­so­kie­go ży­cia czy­nu stra­wi­ła ca­łą ra­dość mło­do­ści, z ra­do­ścią te­raz rzu­cił się w to ży­cie i wraz z gar­ścią po­moc­ni­ków swo­ich był wszę­dzie, do­wia­dy­wał się o wszyst­kim, ostrze­gał, do­ra­dzał, świat uwia­da­miał o tym, co dzie­je się w głę­bi la­sów, i głąb la­sów o tym, co czy­ni i przed­się­bie­rze świat.

Tym spo­so­bem po­zna­wa­ne, we­wnętrz­ne ży­cie obo­zu bu­dzi­ło uczu­cie ra­do­ści, nie wol­ne prze­cież od pew­ne­go uczu­cia gro­zy.

Kę­dyś tam, na oto­czo­nej od­wiecz­ny­mi drze­wa­mi roz­le­głej po­la­nie le­śnej od­by­wa­ły się ćwi­cze­nia woj­sko­we, nie­ustan­ne, pra­co­wi­te, pil­ne, ma­ją­ce ochot­ni­ków nie­umie­jęt­nych prze­mie­nić w żoł­nie­rzy sztu­ki swej świa­do­mych. Wzbu­dza­ło to dla wo­dza sza­cu­nek po­wszech­ny i przy opo­wia­da­niach o je­go cięż­kiej, nie­zmier­nej pra­cy wzbi­ja­ją­cy się do stop­nia czci. Ale za­ra­zem pa­no­wa­ła tam kar­ność tak su­ro­wa, na­wet sro­ga, że lu­dzi, do­tąd spra­wom woj­sko­wym ob­cych, zdu­mie­niem przej­mo­wa­ła. Ktoś tam — mło­dzie­niec za­le­d­wie do­ro­sły — już z roz­ka­zu wo­dza roz­strze­la­nym zo­stał. Ktoś in­ny był lo­su ta­kie­go bar­dzo bli­ski. Za brak po­słu­szeń­stwa. A po­słu­szeń­stwo ła­twe nie by­ło, nie! Re­gu­la­min pa­no­wał ko­sza­ro­wy czy klasz­tor­ny, z nie­złom­nym dla każ­dej go­dzi­ny prze­zna­cze­niem, z nie­ubła­ga­nym dla każ­de­go czło­wie­ka obo­wiąz­kiem, z ka­ra­mi, któ­re u szczy­tu mia­ły ka­rę śmier­ci dla każ­de­go, bez wzglę­du na to, czy bo­ga­ty był al­bo ubo­gi, uczo­ny al­bo pro­stak naj­młod­szy al­bo naj­star­szy. Wo­bec spo­so­bu ży­cia, ży­wie­nia się, uczyn­ków noc­nych, pra­cy wy­ma­ga­nej - zrów­na­nie się do­sko­na­łe sta­nów umy­sło­wo­ści, przy­zwy­cza­jeń. Uję­cie wszyst­kich wo­li w że­la­zną ob­ręcz obo­wiąz­ku, prze­cią­gnię­cie­cie nad wszyst­ki­mi gło­wa­mi nie­ugię­tej li­nii rów­no­ści. I groź­by cięż­kiej dla wszyst­kich, któ­rzy by tę ob­ręcz prze­kro­czyć, nad tę li­nię wzbić gło­wy pró­bo­wa­li.

Lu­dziom, do wra­żeń gwał­tow­nych, do czy­nów krwa­wych, do dni su­ro­wo spę­dza­nych nie na­wy­kłym, jak „mdłym pa­nien­kom” spro­wa­dza­ło to na skó­rę dresz­cze prze­ra­że­nia, ale mil­cze­li, cza­sem mó­wiąc tyl­ko. „Tak snadź trze­ba!” Nie­mniej wie­dzie­li wszy­scy, że tam, w głę­bi la­su obok wro­ga ze­wnętrz­ne­go czai się i gro­zi ten jesz­cze, któ­re­go czło­wiek każ­dy w sa­mym so­bie no­si.

Si­wi oj­co­wie ni­sko po­chy­la­li za­my­ślo­ne gło­wy i mat­ki ukrad­kiem łzy z oczu ocie­ra­ły Po za­cisz­nych ką­tach do­mów i w cie­ni­stych ale­jach ogro­dów pła­ki­wa­ły dziew­czę­ta. W księ­ży­co­we no­ce wi­dzieć by­ło moż­na u okien otwar­tych klę­czą­ce po­sta­cie z twa­rza­mi pod­nie­sio­ny­mi ku osre­brzo­ne­mu nie­bu al­bo u słu­pów gan­ko­wych wy­prę­ża­ją­ce się w po­wie­trzu osre­brzo­ne ra­mio­na z za­ła­ma­ny­mi dłoń­mi. Gdy po dłu­gich czu­wa­niach do­my usy­pia­ły, w ciem­nych po­ko­jach od­zy­wa­ły się krót­kie krzy­ki, nie­wy­raź­ne mo­wy, tę­skli­we wo­ła­nia. To krzy­cze­li, mó­wi­li, wo­ła­li lu­dzie śpią­cy.

Lecz w dni bia­łe, na miej­scach od­kry­tych, jaw­nie i gło­śno nikt nie wy­rze­kał nie pła­kał, nie bun­to­wał się prze­ciw ni­cze­mu. Du­ma wstą­pi­ła w gło­wy i za­bra­nia­ła im jaw­nej ża­ło­ści, a w pier­siach tkwi­ła i ża­łość ga­si­ła ta ra­dość ta­jem­ni­cze­go po­cho­dze­nia, któ­ra są­czy się z ofia­ry przed uko­cha­nym oł­ta­rzem za­bi­ja­nej i krew jej prze­mie­nia w oli­wę.

Zresz­tą na bia­da­nia, pła­ka­nia, szem­ra­nia cza­su nie by­ło.

Żwa­wo i pra­co­wi­cie po dwo­rach, dwor­kach, za­gro­dach wy­pie­ka­no ciem­ne chle­by, wy­ra­bia­no bia­łe se­ry, spo­rzą­dza­no za­so­by żyw­no­ści trwa­łej, odzie­ży roz­ma­itej.

Po­wo­zów na dro­gach pra­wie wca­le wi­dać nie by­ło, gę­sto w za­mian tur­ko­ta­ły wo­zy i wóz­ki, lek­kie a pa­kow­ne, wy­ska­ki­wa­ły z nich przed pro­ga­mi ni­skich do­mostw ko­bie­ty wy­smu­kłe i bia­łe, wpa­da­ły do świe­tlic, w któ­rych znad go­spo­dar­skich stat­ków pod­no­si­ły się na ich’ spo­tka­nie po­sta­cie ko­bie­ce in­ne nie­co, ru­mia­ne, tę­gie, ogo­rza­łe, lecz tak sa­mo jak tam­te ja­kimś słoń­cem świą­tecz­nym czy dusz­nym roz­grza­ne i roz­pro­mie­nio­ne.

By­wa­ło wte­dy w tych świe­tli­cach, czy­li po­ko­ikach, izbach, mnó­stwo gwa­ru zło­żo­ne­go z roz­mów, za­py­tań, opo­wia­dań, wzdy­chań, wy­krzy­ków, po­ca­łun­ków. Śmia­ły się z nas bar­czy­ste i sil­ne szlach­cian­ki, gdy­śmy obok nich nad stat­ka­mi go­spo­dar­ski­mi sto­jąc, do wspól­nej ro­bo­ty rę­ka­wy na szczu­płych ra­mio­nach za­wi­ja­ły; śmia­ły­śmy się ze szlach­cia­nek, gdy za­py­ty­wa­ły, czy też mło­dzi pa­no­wie, co są w par­tii, na ta­kim ciem­nym, choć i smacz­nym chle­bie po­prze­sta­wać ze­chcą. Śmia­ły­śmy się wszyst­kie ra­zem, ile­kroć ro­bo­ta ja­kaś bar­dzo się nam uda­ła al­bo nie uda­ła. A gdy­śmy ja­ką do­brą no­wi­nę bądź z la­su otrzy­ma­ną, bądź w ga­ze­tach wy­czy­ta­ną, przy­nio­sły i opo­wie­dzia­ły, zra­zu ra­dość po­wszech­na wy­bu­cha­ła, po­tem chwia­ła się w nie­po­ko­jach, wąt­pie­niach, aż prze­mie­nia­ła się w roz­rzew­nie­nie zło­żo­ne z ra­do­ści, nie­po­ko­jów, wąt­pień, na­dziei i wy­cią­ga­ły się ku so­bie wza­jem ra­mio­na wą­tłe i sil­ne, bia­łe i ogo­rza­łe, spo­ty­ka­ły się w po­ca­łun­kach usta... Jak pierw­si chrze­ści­ja­nie w Chry­stu­sie ko­cha­ły­śmy się w Pol­sce.

Za­trzy­my­wa­ły się rów­nież wo­zy i wóz­ki na­sze przed niż­szy­mi jesz­cze niż tam­te pro­ga­mi sie­dlisk le­śni­ków, sług dwor­skich, róż­nych lu­dzi ma­łych, te­raz dla oczu na­szych wiel­kich, dla serc dro­gich. Za­miesz­ki­wa­ły je ro­dzi­ny przez mę­żów, sy­nów, bra­ci opusz­czo­ne. Nie mo­gło być, by cia­łom ich chle­ba, a du­szom po­cie­chy bra­ko­wa­ło. Dzie­ci by­wa­ło tam mnó­stwo; na od­głos na­szych wóz­ków jak na spo­tka­nie do­brej no­wi­ny wy­la­ty­wa­ły z we­so­łym ha­ła­sem. Smut­ne żo­ny uśmie­cha­mi wdzięcz­ny­mi roz­ja­śnia­ły twa­rze, a sta­re mat­ki wle­pia­ły w nas źre­ni­ce spło­wia­łe, gdy war­gi jak uschłe li­ście drża­ły i sze­le­ści­ły szep­tem:

— Daj, Bo­że! Daj, Bo­że!

Po­tem wo­zy i wóz­ki na­sze, tak przed­mio­ta­mi róż­ny­mi na­peł­nio­ne, że aż od nich ko­lo­ro­we i pach­ną­ce, zwin­nie prze­ta­cza­ły się od dwo­ru do dwo­ru co­raz da­lej, co­raz da­lej, ku Ka­na­ło­wi Kró­lew­skie­mu, za ka­nał...

Cza­sem na znak przez Or­sza­ka lub po­moc­ni­ków je­go da­ny wszyst­ko za­trzy­my­wa­ło się, sta­wa­ło, słu­cha­ło: „Te­raz nie moż­na! Szpie­gi krą­żą! Woj­ska prze­cho­dą!” Al­bo: „Nie ty­mi dro­ga­mi! Tam­ty­mi! Tam­ty­mi! Bez­piecz­niej­sze!” Zwło­ki bo­la­ły; nie by­wa­ły też ni­g­dy dłu­gie. Za­wsze znaj­do­wa­ły się spo­so­by, je­że­li nie te co wprzó­dy, to in­ne. I zno­wu, cza­sem z ob­jaz­da­mi da­le­ki­mi, przez oko­li­ce wpierw nie zna­ne, brze­ga­mi łąk świe­cą­cych szkłem wod­nych roz­le­wów, skra­ja­mi la­sów obrze­ża­ją­cych bez­lud­ne ugo­ry, od dwo­ru do dwo­ru, co­raz da­lej...

Nie­raz w dro­dze za­pa­da­ły nad na­mi gwiaź­dzi­ste lub po­chmur­ne no­ce, nie­raz o si­nym świ­ta­niu mi­ja­ły­śmy ja­kieś do­mo­stwo ni­skie, z grzę­da­mi ja­skra­wych kwia­tów przed pro­giem i wo­ła­ły na nas stam­tąd zna­jo­me gło­sy, aby­śmy za­trzy­ma­ły się, od­po­czę­ły... By­wa­ły cud­ne wscho­dy słoń­ca na nie­bie, ró­ża­ne od ju­trze­nek, gdy­śmy, bez­sen­ne i spra­gnio­ne, pi­ły z gli­nia­nych kub­ków mle­ko pie­ni­ste, nad ob­la­ny­mi ro­są grzę­da­mi ogni­stych na­stur­cji i pi­wo­nii.

I tyl­ko — nie­ste­ty — wo­zy i wóz­ki na­sze nie za­trzy­my­wa­ły się ni­g­dy przed cha­ta­mi chłop­ski­mi.

Cha­ty te by­ły przed na­mi za­mknię­te — nie­ste­ty!

Za­my­ka­ły je przed na­mi róż­ni­ce wia­ry i mo­wy, błę­dy przod­ków na­szych — nie­ste­ty! Nie­ste­ty!

I by­ła to ska­ła, o któ­rą roz­bi­ła się na­wa na­sza, na strasz­li­we mo­rze wy­pusz­czo­na — nie­ste­ty!

Na któ­rej pięk­ny ża­giel nasz roz­darł się — nie­ste­ty!

Z któ­rej po krót­kim dniu sło­necz­nym spły­nę­ła na nas noc ciem­na, dusz­na, zim­na, nie­prze­by­ta — nie­ste­ty!

Za­mknię­ta przed na­mi cha­ta chłop­ska by­ła to ta ska­ła — nie­ste­ty! nie­ste­ty! nie­ste­ty!

Sta­cza­li bi­twy...

Ro­zu­miesz, że na­ocz­nym świad­kiem ich być nie mo­głam, a cho­ciaż wie­le, wie­le ra­zy słu­cha­łam opo­wia­dań o nich na­ocz­nych świad­ków, zro­zu­miesz, że dla ich ma­lo­wa­nia po­trze­ba rę­ki, do cze­go in­ne­go niż mo­ja za­pra­wio­nej.

Do cze­go za­pra­wia­ła się rę­ka mo­ja, ty wiesz! Na tym świe­cie bra­to­bój­czym, od zło­ści żół­tym i od krwi czer­wo­nym, za­pra­wia­ła się ona do zdej­mo­wa­nia z nie­ba wy­so­kich, czy­stych, ko­ją­cych błę­ki­tów. Sza­lo­na by­ła? To praw­da. Lecz nie wy­ma­gaj te­raz od niej farb czer­wo­nych.

To jed­nak po­wiem, że sto­czy­li kil­ka po­myśl­nych bi­tew z woj­ska­mi, któ­re ich po za­ro­ślach, cie­niach, la­bi­ryn­tach le­śnych szu­ka­ły, ści­ga­ły, tym no­wym dla sie­bie spo­so­bem wo­jo­wa­nia nie­cier­pli­wio­ne, roz­ją­trzo­ne.

Tak nie­raz kra­je in­ne bro­ni­ły się od nie­wo­li al­bo zrzu­ca­ły z sie­bie nie­wo­lę za tar­cza­mi swo­ich gór i skał. My­śmy gór­skich za­słon ani skal­nych wierz­choł­ków nie mie­li, tyl­ko tę jed­ną tar­czę zie­lo­ną, od­wiecz­ne gniaz­do ro­du, z któ­re­go te­raz ród uczy­nił so­bie twier­dzę, a ra­czej wie­le twierdz z osa­dzo­ny­mi w szu­mią­cych ścia­nach ich za­ło­ga­mi.

Drob­ne licz­bą mu­sia­ły być te za­ło­gi, aby przez tę drob­ność wła­śnie po­sia­dać lek­kość, ła­twość prze­no­sze­nia się z miej­sca na miej­sce, roz­la­ty­wa­nia się i zla­ty­wa­nia na kształt pta­ków, któ­re przed my­śliw­cem umy­ka­ją, a spo­sob­ność po­myśl­ną do­strze­gł­szy spa­da­ją na nie­go gro­ma­dą skrzy­dla­tą, dzio­ba­tą, za­wsze roz­le­cieć się i zno­wu zle­cieć go­to­wą.

Drob­ne za­ło­gi te z na­tu­ry być mu­sia­ły, ale tak­że i bar­dzo licz­ne. Aby star­czyć, aby sku­tecz­nie czo­ło sta­wić ogrom­ne­mu i w for­my re­gu­lar­ne ukształ­to­wa­ne­mu woj­sku, ilość ich mu­sia­ła­by być ogrom­na, mu­sia­ła­by po­wierzch­nię kra­ju usiać tak gę­sto, jak gę­sto gwiaz­dy usie­wa­ją sierp­nio­we nie­bo. By­ła nie­wiel­ka, by­ła za ma­ła. Skur­czy­ła ją, wzrost jej za­ta­mo­wa­ła, do sta­nu po­żo­gi sze­ro­kiej, zwy­cię­skiej nie do­pu­ści­ła — nie­ste­ty! — za­mknię­ta cha­ta chłop­ska.

W zie­lo­nej twier­dzy la­sów ho­rec­kich za­ło­ga oka­za­ła się dziel­na i męż­na. Ty­go­dnie upły­wa­ły, bi­twy by­ły sta­cza­ne, a ona nie prze­sta­wa­ła trwać, prze­ciw­nie, mia­ła nie­ba­wem wzro­snąć w licz­bę i si­łę przez po­łą­cze­nie się z in­ną jej po­dob­ną, któ­rą ze stron nie­zbyt da­le­kich wiódł ku niej...

Jak dzwo­nek, ra­do­sną wieść ogła­sza­ją­cy, za­brzmia­ło w ustach ludz­kich imię: Le­li­wa. By­ło to przy­bra­ne imię; ukry­wa­ło się pod nim in­ne, nam zresz­tą wia­do­me. Bił od imie­nia te­go blask pięk­nej sła­wy, szły przed nim opo­wie­ści do le­gend po­dob­ne. Ci i owi mó­wi­li, szep­ta­li: „Gdy się dwaj ta­cy wo­dzo­wie, gdy się dwa ta­kie od­dzia­ły po­łą­czą...” I upa­try­wa­li w tym po­łą­cze­niu za­wią­zek na­ro­do­we­go, re­gu­lar­ne­go woj­ska al­bo spo­dzie­wa­li się po nim ja­kie­goś czy­nu tak roz­gło­śne­go, zwy­cię­stwa tak po­tęż­ne­go, że jak bły­ska­wi­ca fir­ma­ment roz­świe­ci, jak prą­dem elek­trycz­nym ludź­mi wstrzą­śnie i wszyst­kich do wal­ki po­cią­gnie, mo­że na­wet cha­tę chłop­ską przed nią otwo­rzy.

Ta­kie by­ły ma­rze­nia — ale nie­chaj nie mó­wi nikt, że uro­je­nia. Nie­chaj nikt ma­rzeń wiel­kich z próż­ny­mi uro­je­nia­mi nie mie­sza, bo na dnie ich czę­sto­kroć spo­czy­wa praw­da, któ­rej tyl­ko twar­da tłocz­nia złej rze­czy­wi­sto­ści zi­ścić się nie da­ła. Du­sza ludz­ka, do wiel­ko­ści stwo­rzo­na, o niej w roz­tę­sk­nie­niu śni. Sny nie spraw­dza­ją się, lecz w nich jest praw­da, nie w wi­chrach, któ­re ku­rza­wy mar­ne z zie­mi pod­no­szą, z nich dla niej mo­gi­łę usy­pu­ją. Otwo­rzy się kie­dyś mo­gi­ła i wyj­dzie z niej zwy­cię­ska praw­da snów wiel­kich...

Gro­ma­dzi­ły się na­prze­ciw za­ło­dze twier­dzy ho­rec­kiej woj­ska licz­ne. Dla­cze­go aż tak licz­ne, przy­czyn by­ło wie­le. Wy­trzy­ma­łość jej i trwa­łość za­dzi­wia­ły, bu­dząc błęd­ne przy­pusz­cze­nia o jej licz­bie i za­so­bach; zwy­cię­stwa przez nią od­no­szo­ne upo­ka­rza­ły, gnie­wa­ły, ją­trzy­ły. Trze­ba raz z tym skoń­czyć. Po­chód Le­li­wy przez la­sy i mo­cza­ry, po­wol­ny i skry­ty, zu­peł­nie ta­jem­nym jed­nak ani cel je­go nie zna­nym zo­stać nie mógł. Nie­do­brze w za­mian zna­na, cie­nia­mi la­sów, pust­ko­wiem mo­cza­rów okry­ta by­ła od­dzia­łu te­go si­ła. Głę­bo­kie la­sy, bez­lud­ne pust­ko­wia, dro­gi tyl­ko przez klu­cze wę­drow­nych pta­ków wy­kre­śla­ne ta­jem­nic do­brze strze­gą, a w każ­dej ta­jem­ni­cy tkwi ziarn­ko gro­zy i na­rzę­dziem optycz­nym naj­wię­cej po­więk­sza­ją­cym przed­mio­ty jest ich ta­jem­ni­czość. Trze­ba te­dy prze­szko­dzić zla­niu się dwóch od­dzia­łów, któ­re gdy się do­ko­na, przed­sta­wi nie­wia­do­mą si­ły i ce­lów naj­bliż­szych. Na ko­niec, nie by­ło ta­kie­go ar­gu­so­we­go oka, któ­re by w każ­dym dniu i o każ­dej go­dzi­nie wie­dzieć mo­gło, czy już nie do­ko­na­ło się, wczo­raj mo­że, ubie­głej no­cy mo­że, przed go­dzi­ną mo­że... A je­że­li się to już sta­ło? Prze­ciw cy­frze nie­wia­do­mej wy­stę­po­wać mu­sia­ła cy­fra wiel­ka... Ta­kie by­ły przy­czy­ny, dla któ­rych prze­ciw za­ło­dze twier­dzy ho­rec­kiej wy­pra­wić mu­sia­no ilość woj­ska w sto­sun­ku do jej ilo­ści wiel­ką.

O tym, że tak być mia­ło, wie­dzie­li­śmy i wie­dział obóz. Nie dar­mo Or­szak i po­moc­ni­cy je­go pra­co­wa­li. Nie­wia­do­my tyl­ko po­zo­sta­wał dzień, w któ­rym woj­ska ku la­som ho­rec­kim przy­cią­gną.

Do dnia te­go spo­so­bio­no się w obo­zie; do na­stępstw je­go przy­spo­so­bić się mu­sia­ła or­ga­ni­za­cja.

W wy­pad­ku każ­dym prze­wi­dy­wa­na by­ła licz­ba znacz­na ran­nych, a w wy­pad­ku roz­pro­sze­nia znacz­niej­sza jesz­cze tych, któ­rzy schro­nie­nia krót­sze­go lub dłuż­sze­go po­trze­bo­wać bę­dą.

Oka­za­ła się ko­niecz­ność zgro­ma­dze­nia pew­ne­go za­so­bu chęt­nych sił ludz­kich w jak naj­więk­szym po­bli­żu miej­sca przy­szłej i za­pew­ne nie­da­le­kiej w cza­sie wal­ki.

Dwór z du­żym, mu­ro­wa­nym do­mem, tro­chę na ru­inę wy­glą­da­ją­cym, za­nie­dba­ny, smut­ny, pra­wie po­nu­ry w swych bia­łych brzo­zach i pra­wie czar­nych świer­kach. Miesz­kał w nim czło­wiek sa­mot­ny, od daw­na cięż­ką nie­mo­cą zło­żo­ny i pa­no­wa­ła to­wa­rzy­szą­ca zwy­kle nie­mo­cy i sa­mot­no­ści ci­sza.

Lecz w tym mo­men­cie ani cięż­ka nie­moc, ani or­szak jej z od­osob­nie­nia i smut­ku zło­żo­ny prze­szko­dą być nie mo­gły. Prze­ciw­nie, od­osob­nie­nie, za­nie­dba­nie, sła­wa gro­bu, w któ­rym prze­cią­gle do­go­ry­wa czło­wiek już pra­wie umar­ły, do­bro­czyn­nie usu­wa­ły po­dej­rze­nie, przy­pusz­cze­nie, że za­kraść się tu mo­gła ja­ka­kol­wiek fa­la wrzą­ce­go do­ko­ła po­to­ku.

Za­kra­dła się jed­nak i żad­nym gło­śnym ob­ja­wem nie zdra­dza­ła swe­go ist­nie­nia. Bia­łe brzo­zy i ciem­ne świer­ki zda­wa­ły się ocie­niać grób.

W po­ko­jach wy­so­kich, od daw­na za­nie­dba­nych, wśród sprzę­tów nie­licz­nych i ścian pra­wie na­gich zwin­nie krzą­ta­ły się ko­bie­ty, dłu­gie roz­mo­wy sta­cza­li męż­czyź­ni. Pierw­sze sta­le tu prze­by­wa­ły; dru­dzy zjeż­dża­li się, to roz­jeż­dża­li w spo­sób naj­mniej dla oczu i uszu ludz­kich wy­raź­ny.

Nad sto­ła­mi wzno­si­ły się sto­sy spo­rzą­dza­nych szar­pi, ban­da­ży, ro­dza­ju róż­ne­go bie­lizn i odzie­ży; u ścian bie­la­ły tro­skli­wie usła­ne po­ście­le; gdzie in­dziej wa­żo­no, mie­rzo­no, przy­spo­sa­bia­no ku­chen­ne i spi­żar­nia­ne za­so­by.

W noc chmur­ną i dżdży­stą ktoś do drzwi pro­wa­dzą­cych na ogród za­pu­kał.

— Kto tam?

Za szkla­ny­mi drzwia­mi sta­ła po­stać w ciem­no­ści czar­na, lecz głos zna­jo­my wy­mó­wił imię zna­ne. To je­den z prze­by­wa­ją­cych w obo­zie le­ka­rzy.

Pie­szo prze­szedł prze­strzeń dzie­lą­cą obóz od ka­na­łu, wpław prze­był ka­nał i przy­szedł tu, aby udzie­lić roz­po­rzą­dzeń czy wska­zó­wek ty­czą­cych się przy­szłych ran­nych.

Go­dzi­nę tyl­ko za­ba­wi i przed wscho­dem słoń­ca z po­wro­tem znaj­dzie się w obo­zie. Odzie­ży osu­szać nie bę­dzie, bo nie war­to czy­nić te­go przed po­wrot­nym wkrót­ce rzu­ce­niem się do wo­dy. Więc wo­dą ocie­ka­ją­cy, pi­jąc po­spiesz­nie roz­grze­wa­ją­cy na­pój mó­wi nam, co w do­mu znaj­do­wać się po­win­no, co czy­nić, jak so­bie w wy­pad­kach róż­nych ra­dzić, w ra­zie gdy­by ża­den z le­ka­rzy obo­zo­wych nie sta­wił się na chwi­lę od­po­wied­nią. Stać się to ła­two mo­że, dla tej choć­by przy­czy­ny, że ża­den mo­że już nie żyć. I o tym jed­nak po­my­śleć na­le­ży, aby nie­ży­ją­cych czy uwię­zio­nych ktoś ży­ją­cy i wol­ny za­stą­pił. Ko­go, skąd do za­stęp­stwa we­zwać? Za­raz też oznaj­mić, uprze­dzić: gdzie, kie­dy.

Przed wscho­dem słoń­ca mło­dy le­karz zno­wu Ka­nał Kró­lew­ski prze­pły­wał i ścież­ka­mi le­śny­mi ku obo­zo­wi dą­żył, a nie­wie­le póź­niej, o wcze­snym po­ran­ku nie­po­zor­na brycz­ka z dwie­ma sie­dzą­cy­mi na niej ko­bie­ta­mi prze­ta­cza­ła się od za­nie­dba­ne­go dwo­ru do mia­stecz­ka o mil kil­ka od­da­lo­ne­go.

Ró­żo­wej ju­trzen­ki dnia te­go na nie­bie nie by­ło, sza­re chmu­ry wschód słoń­ca za­sła­nia­ły, na piasz­czy­stej, nud­nej dro­dze dął wiatr sil­ny i bi­cza­mi zim­ne­go desz­czu sma­gał. W mgle desz­czo­wej kar­ło­wa­te so­śni­ny na żół­tych pia­skach wy­glą­da­ły ja­ło­wo i nędz­nie; po obu stro­nach dro­gi tu i ów­dzie wy­so­kie dzie­wan­ny, ca­łe w kwie­cie, przez wiatr mio­ta­ne, zda­wa­ły się roz­pa­czać i ocie­kać żół­ty­mi łza­mi. Czar­ne wro­ny na za­ro­śla zla­tu­jąc kra­ka­ły. Na ser­cu le­żał cię­żar nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia: mo­że w smut­ku na­tu­ry prze­czu­cie smut­ku, o! ja­kie­go smut­ku ży­cia!

W mia­stecz­ku pa­no­wał wiel­ki ruch, po­mi­mo że prze­stra­szo­na lud­ność ma­ło uka­zy­wa­ła się na mo­krych dnia te­go ulicz­kach. Ruch po­cho­dził od woj­ska, któ­re­go licz­ba znacz­na tyl­ko co tu przy­by­ła, a kie­dy odejść stąd mia­ła, nikt nie wie­dział. Nie za­raz jed­nak pew­no, bo ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze roz­ta­so­wy­wa­li się po do­mo­stwach; ple­cy żoł­nier­skie by­ły już bez tor­ni­strów, grzbie­ty koń­skie bez sio­deł. Sza­re od desz­czu po­wie­trze na­peł­nia­ły czer­wo­ne i żół­te pla­my mun­du­rów, syl­wet­ki zwie­rząt, wo­zów, ła­dun­ków na wo­zach, pa­no­wał za­męt i ha­sła ży­cia nie­spo­koj­ne­go, któ­re przy­sta­nąw­szy na chwi­lę, wzdę­ło się bu­tą i pew­no­ścią swo­jej nie­prze­mo­żo­nej si­ły.

Wśród pstro­ka­ci­zny woj­sko­wych ubrań i na­tło­ku śmia­łych ru­chów prze­su­wa­ły się, prze­bie­ga­ły po­sta­cie miesz­kań­ców, po­kor­ne, śpie­szą­ce, wy­lę­kłe, z twa­rza­mi po­bla­dły­mi; z wrza­wy gru­bych gło­sów wy­rzy­na­ły się pi­skli­we krzy­ki ko­biet i pła­cze nie­mow­ląt.

O po­łu­dniu dnia te­go przy­je­chał do nas Or­szak i oznaj­mił:

— Ju­tro!

Dla­cze­go aż ju­tro, sko­ro do miej­sca tak bli­skie­go już nad­cią­gnę­li? Cze­ka­ją za­pew­ne na nad­cią­gnię­cie in­nych...

Przed zmro­kiem na­czel­nik or­ga­ni­za­cji udał się do obo­zu dla po­mó­wie­nia z na­czel­ni­kiem par­tii. Pro­wa­dził go przez las, je­mu nie zna­ny, wy­bor­nie go zna­ją­cy sta­ry sto­larz An­to­ni, któ­ry sy­na miał w par­tii. Wczo­raj tu przy­szedł z mia­stecz­ka, w któ­rym warsz­tat swój po­sia­dał, z za­py­ta­niem, co tam z na­szy­mi sły­chać. A te­raz śmiał się pod bia­łym wą­sem i rę­ce za­cie­rał cie­sząc się: „Chłop­ca mo­je­go zo­ba­czę!”

Nie­wie­le przed pół­no­cą po­wró­ci­li i z twa­rzy na­czel­ni­ka or­ga­ni­za­cji wi­dać by­ło, że nie za­do­wo­lił go wy­nik roz­mo­wy. Z Or­sza­kiem i sta­rym Ro­niec­kim, któ­ry o póź­nym wie­czo­rze tu przy­był, dłu­go w noc po ci­chu roz­ma­wia­li. Zda­je się, że szło o to, aby Trau­gutt unik­nął bi­twy z si­łą tak prze­wa­ża­ją­cą, przez cof­nię­cie się w cią­gu no­cy da­lej, głę­biej w la­sy, któ­re łą­czy­ły się z ho­rec­ki­mi i że on na to się nie zgo­dził. Zda­je się, że przy­czy­ną nie­zgo­dze­nia się by­ły nie­do­god­no­ści grun­tu, któ­re przy­śpie­szo­nym po­cho­dem prze­by­wać wy­pa­da­ło­by i oba­wa, aby roz­kaz co­fa­nia się nie osła­bił od­wa­gi i uf­no­ści w sie­bie świe­że­go żoł­nie­rza.

Noc by­ła bez­sen­na i nie­spo­koj­na. Wie­le nie­po­ko­ju przy­czy­nia­ła Czer­nic­ka, żo­na nad­le­śne­go, któ­rej mąż, strze­lec wy­śmie­ni­ty, i syn dwu­dzie­sto­let­ni, je­dy­nak, by­li w par­tii. Go­spo­dy­ni do­sko­na­ła, ko­bie­ta pra­co­wi­ta i uczci­wa, by­ła nam tu w za­ję­ciach na­szych bar­dzo uży­tecz­na i lu­bi­ły­śmy ją, choć po kry­jo­mu uśmie­cha­ły­śmy się cza­sem z jej ga­da­tli­wo­ści nie­zrów­na­nej, gło­si­ku pi­skli­we­go i nie­zwy­kle wy­so­kiej a cien­kiej fi­gu­ry, u któ­rej szczy­tu ża­ło­śnie ja­koś ster­czał z ty­łu czasz­ki cie­niut­ki, czar­ny, spi­ral­nie zwi­nię­ty war­ko­czyk. Z tą Czer­niu­sią na­szą, we­so­łą zwy­kle, czyn­ną, raź­ną i aż nad­to mów­ną tej no­cy nie wie­dzieć, co się sta­ło. Wstą­pił w nią ja­kiś duch nie­po­ko­ju, stra­chu, tę­sk­no­ty, nad któ­rym nic za­pa­no­wać nie mo­gło. I był to duch w ga­da­tli­wej ko­bie­cie tej bar­dzo dziw­ny, bo jak grób mil­czą­cy i tyl­ko przy­mu­sza­ją­cy ją do cią­głe­go cho­dze­nia, snu­cia się do­ko­ła nas, pa­trze­nia w twa­rze na­sze ma­ły­mi, czar­ny­mi oczka­mi, z któ­rych wy­glą­da­ła ja­kaś nie­wy­sło­wio­na i żad­nym sło­wem nie wy­ra­ża­na mę­ka. Do spo­czyn­ku po­ło­żyć się nie chcia­ła, jeść ani mó­wić z na­mi nie chcia­ła, ro­bić nic nie mo­gła i tyl­ko z ża­ło­snym war­ko­czy­kiem swym u szczy­tu dłu­giej i cien­kiej fi­gu­ry, z drob­ną, żół­tą twa­rzą, w mę­ce nie­prze­mo­żo­nej skur­czo­na cho­dzi­ła wciąż, cho­dzi­ła, snu­ła się pod ścia­na­mi, do­ko­ła sto­łów, a za nią cho­dził po ścia­nach dłu­gi i cien­ki jej cień. Za­trzy­my­wa­ła się cza­sem u otwar­tych drzwi po­ko­ju, w któ­rym męż­czyź­ni roz­ma­wia­li i zda­je się, że pod­słu­chi­wa­ła ich roz­mo­wę... Ta przez dłu­gie go­dzi­ny noc­ne w mil­cze­niu gro­bo­wym cho­dzą­ca wciąż i cho­dzą­ca z mę­ką na twa­rzy po­stać przy­po­mi­na­ła nam owe­go na wo­zie ko­ły­szą­ce­go się wciąż i ko­ły­szą­ce­go dzia­ka. Mdla­ły i bo­la­ły od jej wi­do­ku wszyst­kie ner­wy.

Dzień wszedł sło­necz­ny, upal­ny, dusz­ny, ze szma­ta­mi chmur, prze­włó­czą­cy­mi się pod wy­iskrzo­nym nie­bem.

W po­ko­ju wy­so­kim pra­wie pu­stym kil­ka­na­ście osób, ko­biet i męż­czyzn, sta­ło u szczel­nie po­za­my­ka­nych okien pa­trząc przez wiel­kie, lecz męt­ne od za­nie­dba­nia szy­by na prze­cho­dzą­ce i prze­jeż­dża­ją­ce woj­sko.

Prze­jeż­dża­ło i prze­cho­dzi­ło sze­ro­ką, piasz­czy­stą dro­gą za bra­mą i ogro­dze­niem dzie­dziń­ca tak bli­sko, że moż­na by­ło wy­raź­nie do­strze­gać po­sta­cie od­dziel­ne, bar­wy ubrań i ko­ni.

Roz­ło­ży­ste ga­łę­zie drzew ro­sną­cych za okna­mi część szcze­gó­łów za­sła­nia­ły; roz­chy­lał je, to zno­wu łą­czył wiatr dość sil­ny i by­ło to tak, jak­by nie­wi­dzial­ne ja­kieś rę­ce roz­su­wa­ły, to za­su­wa­ły zie­lo­ne fi­ran­ki, przed ob­ra­zem ru­cho­mym, ja­skra­wym, błysz­czą­cym, prze­su­wa­ją­cym się dłu­go... dłu­go...

Szli i je­cha­li, szli i je­cha­li, z krót­ki­mi cza­sem prze­rwa­mi wśród od­dzia­łów. Ubra­nie ich w świe­tle sło­necz­nym iskrzy­ło się od barw i me­ta­li, bro­nie błysz­cza­ły, kro­ki mo­no­ton­ne szu­mia­ły, nie­kie­dy głu­cho grzmia­ły.

Si­ła. Si­ła licz­by i że­la­za. Si­ła wiel­ka. Nie set­ki już mniej­sze lub więk­sze, jak wprzó­dy, ale ty­sią­ce.

W po­ko­ju pa­no­wa­ło mil­cze­nie, szme­rem od­de­chów na­wet nie mą­co­ne, bo prze­cią­ga­ją­ca przed oczy­ma si­ła kła­dła się na od­de­chach, ta­mo­wa­ła je i dła­wi­ła gar­dła. W tym mil­cze­niu czyjś głos wy­mó­wił:

— Je­ne­rał!

Kil­ka po­wo­zów z wol­na to­czy­ło się po piasz­czy­stej dro­dze. Je­den z nich na­la­ny był ja­skra­wą czer­wo­no­ścią i za­świe­ci­ły w nim ja­kieś srebr­ne wło­sy. Kil­ka ru­mia­nych twa­rzy do­ko­ła tej srebr­nej gło­wy, mnó­stwo jeźdź­ców i ko­ni do­ko­ła po­wo­zu od po­zła­ca­nych brą­zów błysz­czą­ce­go.

By­ła chwi­la, w któ­rej zda­wać się mo­gło, że po­wóz sta­nie przed bra­mą dwo­ru — i krew w ży­łach za­sty­gła. Wy­sią­dą z po­wo­zu, wej­dą do do­mu, mo­że bę­dą szu­ka­li te­go, cze­go dom ten peł­ny, mo­że bę­dą za­py­ty­wa­li o to, o czym ustom na­szym mó­wić przed ni­mi za ce­nę ży­cia nie­po­dob­na...

Ale nie; to tyl­ko w grzą­skim pia­sku ko­ła po­wo­zu ob­ro­ty swe zwol­ni­ły. Stan­gret z ra­mio­na­mi w czer­wo­nych rę­ka­wach jak stru­ny wy­prę­żo­ny­mi przed pier­sią w czar­ny ak­sa­mit ubra­ną gwizd­nął, ko­nie okry­te mo­sią­dzem błysz­czą­cym i brzę­czą­cym ru­szy­ły prę­dzej, po­wóz mi­nął bra­mę, za nim w oto­cze­niu jeźdź­ców prze­su­nął się jesz­cze i jesz­cze je­den. Sztab je­ne­ral­ski. Za po­wo­za­mi peł­ny­mi lu­dzi mło­dych jesz­cze, jak na bal wy­stro­jo­nych, z oży­wie­niem ge­sty­ku­lu­ją­cych, zno­wu woj­sko pie­sze, kon­ne, po­tem jesz­cze bry­ki woj­sko­we na zie­lo­no po­ma­lo­wa­ne, ła­dun­ka­mi spię­trzo­ne i na ko­niec pro­ste wo­zy chłop­skie, po­trze­bom ja­kimś żoł­nier­skim słu­żyć za­pew­ne ma­ją­ce. Wie­le chłop­skich wo­zów; po­wo­żą ni­mi lu­dzie w sza­rych sier­mię­gach i ba­ra­nich cza­pach, nad twa­rza­mi ciem­ny­mi, ob­ro­sły­mi, obo­jęt­ny­mi, znu­dzo­ny­mi.

Do jed­no­staj­nie przed obu za­pa­śni­ka­mi za­mknię­tej cha­ty chłop­skiej za­pu­ka­ła si­ła, lu­dzi tych z niej wy­pro­wa­dzi­ła i za so­bą pro­wa­dzi­ła. Mil­czą­cy Sfinks le­ni­wie i obo­jęt­nie cią­gnął za ty­siąc­o­gło­wym ko­lo­sem, a zbio­ro­we ob­li­cze je­go spod czap ba­ra­nich zda­wa­ło się mó­wić: „Mu­szę!” i „Wszyst­ko mi jed­no!”

Na ko­niec opu­sto­sza­ła piasz­czy­sta dro­ga i nic już na niej nie by­ło oprócz tu­ma­nów ku­rza­wy żół­ty­mi strzę­pa­mi opa­da­ją­cej na po­bli­skie drze­wa.

Od­stą­pi­li­śmy do okien i usie­dli­śmy, gdzie ko­mu by­ło naj­bli­żej. Nikt nic nie mó­wił, zda­je się, że nikt ni­ko­go i nic do­ko­ła nie spo­strze­gał. My­śli w gło­wach mil­cza­ły, na ser­cach le­ża­ły bry­ły lo­du.

Słu­żą­cy uka­zał się we drzwiach otwar­tych i dziw­nie ci­chym gło­sem oznaj­mił po­da­ny obiad. Nikt dłu­go nie czy­nił naj­mniej­sze­go po­ru­sze­nia, a po­tem ktoś wstał i przy­mknął drzwi po­ko­ju, w któ­rym krzą­ta­ła się służ­ba i po­dzwa­nia­ły na­czy­nia sto­ło­we. Po­wsze­dnie wi­do­ki sta­ły się dla dusz nie­zno­śne, po­wsze­dnie po­trze­by w cia­łach umil­kły. Nic, tyl­ko ten ko­los, któ­ry tyl­ko co przed okna­mi prze­cią­gnął, tyl­ko ta si­ła że­la­zna, ogrom­na i przed oczy­ma, w uszach jej bły­ski, bar­wy, brzę­ki, tur­ko­ty, tę­ten­ty...

Zu­peł­nie nie­po­dob­na mi po­wie­dzieć, ile cza­su upły­nę­ło do tej chwi­li, do tej nie­spo­dzie­wa­nej tak ry­chło chwi­li, w któ­rej za do­mem, nie w bez­po­śred­niej je­go bli­sko­ści, ale w nie­wiel­kim od­da­le­niu ude­rzył w po­wie­trze stuk ogrom­ny — i my wszy­scy ze­rwa­li­śmy się na no­gi, z jed­nym u wszyst­kich okrzy­kiem:

— Strze­la­ją!

Po­tem krót­ki po­mię­dzy na­mi zgiełk za­py­tań, za­dzi­wień.

— Już! Tak ry­chło? Jak to? Gdzie tak bli­sko? Oni prze­cież w głę­bi la­su... a strza­ły u je­go brze­gów, nad ka­na­łem.

Po­środ­ku prze­strze­ni dzie­lą­cej dwór od ka­na­łu wzno­si­ło się wzgó­rze dość wy­so­kie, nie wie­dzieć jak wśród płasz­czy­zny tej po­wsta­łe. Na piasz­czy­stych je­go zbo­czach ro­sły so­śni­ny cien­kie i rzad­kie, krza­ki ja­łow­co­we, mchy i czom­bry.

Sze­ro­kim otwo­rem po­zo­sta­ły za na­mi drzwi do­mu, pust­ką sta­nę­ły po­ko­je do­mu; bie­gli­śmy ku wzgó­rzu i nie do­się­gli­śmy jesz­cze wierz­choł­ka, gdy las za­hu­czał po­tęż­nym, prze­cią­głym grzmo­tem.

Tak, las za­grzmiał. Bo gdy z tej stro­ny nie­da­le­kie­go i nie­sze­ro­kie­go szla­ku wo­dy nie­przej­rza­ną wstę­gą lu­dzi i ko­ni roz­wi­ja­ło się woj­sko, gdy na róż­nych punk­tach po­wierzch­ni wod­nej, bli­skich, dal­szych, da­le­kich, wi­dać by­ło prze­by­wa­ją­ce wo­dę je­go od­dzia­ły, stro­na tam­ta, prze­ciw­na, pu­sta by­ła i bez­lud­na. Nic tam nie by­ło krom nie­rów­ne­go w swej sze­ro­ko­ści pa­su łą­ki nad­brzeż­nej i za nią, po­gię­tej w za­głę­bie­nia i wy­pu­kło­ści, ciem­nej ścia­ny la­su.

W ciem­nej, nie­ru­cho­mej, mil­czą­cej ścia­nie la­su grzmia­ło i bły­ska­ło, po czym sta­wa­ła się ona zno­wu ciem­na, nie­ru­cho­ma, mil­czą­ca.

Bu­dzi­ła się w za­cza­ro­wa­nym pa­ła­cu swo­im strasz­na baśń...

Ja­kiś wśród nas przy­tłu­mio­ny głos wy­mó­wił:

— Par­tię na brzeg la­su przy­pro­wa­dził...

In­ny wnet do­dał:

— Prze­pra­wy przez ka­nał bro­ni...

— Nie, nie! Te­go do­ka­zać by nie po­tra­fił i wie o tym. Żoł­nie­rza swe­go na du­chu pod­no­si!...

Na­czel­nik or­ga­ni­za­cji do Or­sza­ka, Ro­niec­kie­go i in­nych star­szych rzekł:

— Oznaj­mia, że bi­twę przyj­mu­je...

Je­że­li w sło­wach tych by­ła iro­nia, to na wskroś przej­mo­wał ją ból.

Wiel­kie ma­sy zbroj­ne wo­bec nie­spo­dzian­ki, któ­ra je za­sko­czy­ła, spo­koj­ne by­ły i mil­czą­ce. Po­ru­sza­ły się z po­wol­no­ścią rze­czy cięż­kich, któ­re utrzy­my­wa­ne są przez do­sko­na­łe kar­by na li­niach sta­łych i pro­stych. Żad­na dro­bi­na nie od­ry­wa­ła się luź­nie od tej po­tęż­nej ca­ło­ści, ża­den za­męt nie ob­ja­wiał się w że­la­znym tym po­rząd­ku. Licz­ne i z od­da­la czar­ne jej od­dzia­ły na wie­lu jed­no­cze­śnie punk­tach prze­by­wa­ły wo­dę i prze­byw­szy ją okry­wa­ły szlak nad­brzeż­nej łą­ki.

A las na to wy­ła­do­wy­wa­nie się u stóp je­go si­ły na­je­żo­nej że­la­zny­mi ostrza­mi pa­trzał przez dość dłu­gie chwi­le w mil­cze­niach ka­mien­nych i zda­wać się mo­gło, że w nim nic nie ist­nia­ło krom drze­mią­cej w za­klę­tym pa­ła­cu ba­śni, aż zno­wu na­gle coś na zie­lo­nym je­go pod­ło­żu zry­wa­ło się z ogrom­nym stu­kiem, któ­ry ciem­ne śla­dy swo­je tu i ów­dzie na łą­ce i wo­dzie po­zo­sta­wiał.

Tu i ów­dzie na łą­kę i wo­dę upa­da­ło coś, co z od­da­le­nia mia­ło po­zór plam drob­nych, ciem­nych. Pod­no­szo­no to i skła­da­no na wo­zy chłop­skie, u któ­rych nie by­ło już po­woź­ni­ków.

Sfinks na od­głos grzmo­tów, roz­le­ga­ją­cych się u brze­gu la­su, roz­pro­szył się na gro­mad­ki, któ­re prze­strze­nią jak naj­więk­szą od te­go, co się dzia­ło, ży­cie wła­sne od­gra­dzać usi­ło­wa­ły. Kil­ka je­go ba­ra­nich czap za­bie­gło aż na na­sze wzgó­rze i zza cien­kich so­śnin wy­chy­la­ło ob­li­cze ciem­ne, wło­sem za­ro­słe, cza­sem cie­ka­we, cza­sem zło­śli­we, naj­czę­ściej obo­jęt­nie mó­wiąc: „Nie ob­cho­dzi­cie nas ani jed­ni, ani dru­dzy i wal­ka wa­sza nic nas nie ob­cho­dzi Wszyst­ko nam jed­no!”

Tak na to­czą­ce się po gór­skich wy­ży­nach bo­je Ateń­czy­ków z La­ce­de­moń­czy­ka­mi z przy­ziem­nych sie­dlisk swych spo­glą­dać mu­sie­li he­lo­ci.

Jesz­cze raz grzmo­tem prze­mó­wił las, jesz­cze i jesz­cze raz, aż umilkł.

Ze­rwa­ła się by­ła baśń z zie­lo­nej po­ście­li, krzyk­nę­ła i zno­wu opa­dła w za­klę­tą ci­szę. Te­raz w ta­jem­ne, głę­bo­kie jej pie­le­sze wpły­wa­ły szu­mią­ce, błysz­czą­ce po­to­ki. Na wie­lu jed­no­cze­śnie punk­tach wpły­wa­ły po­wo­li, zni­ka­ły, aż znik­nę­ły. Za ni­mi na ostat­ku wcią­gnę­ły w ciem­ną uci­szo­ną ścia­nę wo­zy z cza­pa­mi ba­ra­ni­mi i nic już nie by­ło.

Nic już nie by­ło prócz błę­kit­ne­go szla­ku wo­dy po­mię­dzy szla­ka­mi łąk zdep­ta­nych, chmur, któ­re na­brzmia­ły­mi szma­ta­mi cho­dzi­ły po nie­bie, i wia­tru, któ­ry ko­ły­sał wierz­chy cien­kich so­sen. Moc­ny za­pach pod­no­sił się od roz­rzu­co­nych po wzgó­rzu li­lio­wych plam czom­bru.

Dłu­go, bar­dzo dłu­go nie dzia­ło się nic wca­le. Gro­mad­ka lu­dzi na wzgó­rzu sto­ją­cych i sie­dzą­cych z rzad­ka za­mie­nia­ła się ci­chy­mi sło­wa­mi. Po­trze­by szep­ta­nia nie by­ło. Drob­ne pta­ki chy­ba, z trwo­gi po ja­łow­cach i so­snach umil­kłe, pod­słu­chi­wać by nas mo­gły. Lecz by­wa­ją wzru­sze­nia, któ­re nie­mo­cą do­ty­ka­ją gło­so­we stru­ny i mo­men­ty, w któ­rych czło­wiek, na głos Bo­ga ocze­ku­jąc, swo­je­go pod­nieść nie śmie.

Ktoś ci­cho za­py­tał:

— A te­raz gdzie... gdzie...

Ktoś in­ny pod­jął nie do­koń­czo­ne py­ta­nie:

— Gdzie spo­tka­ją się?

— Kę­dyś... w głę­bo­ko­ściach la­su. Ale nie za­raz! Nie za­raz!

— Ta­kiej cięż­kiej ma­sie zbroj­ne­go woj­ska po­su­wać się przez la­sy gę­ste...

Uśmie­chy wy­bie­gły na twa­rze.

— Nie­ła­two!

— Żoł­nierz na­wy­kły do pól otwar­tych la­su nie­na­wi­dzi...

— Do­wód­cy go nie zna­ją...

— Chło­pi dro­gi po­ka­zu­ją... pro­wa­dzą...

Uśmie­chy na twa­rzach po­ga­sły. Ser­ca prze­wier­cił ból. O, cza­sie, roz­no­si­cie­lu pomst spa­da­ją­cych na gło­wy nie­win­ne, naj­lep­sze! Ale czy ta po­msta i nad gło­wa­mi mści­cie­li tak­że nie roz­wie­si ca­łu­nu ciem­no­ści?

— Słu­chaj­cie! Słu­chaj­cie! Z ci­che­go ło­ża la­su zno­wu zry­wa­ją się za­klę­te ba­śnie i roz­ma­wiać z so­bą za­czy­na­ją! Za­mie­nia­ją się grzmo­ta­mi, dłu­gi­mi hu­ka­mi, któ­re na­stę­pu­ją po so­bie co­raz szyb­ciej, co­raz dłuż­sze i grzmo­tliw­sze.

Nie wi­dać nic, tyl­ko te dwa grzmo­ty, to­czą­ce się w głę­bi­nach la­su, świat so­bą na­peł­nia­ją...

Nie wi­dać nic; słuch tyl­ko pra­cu­je, a pra­ca to cięż­ka. Krew od niej we wszyst­kich pul­sach stu­ka, jak po­śpiesz­ne ude­rze­nia mło­tów.

Ktoś wśród nas z ci­cha tłu­ma­czy:

— Te mo­no­ton­ne, cięż­kie, jak­by zbi­te w so­bie hu­cze­nia, to ro­to­wy ogień woj­ska... a te krót­sze, słab­sze, jak­by z mnó­stwa drob­nych i szyb­ko po so­bie na­stę­pu­ją­cych stuk­nięć zło­żo­ne, to ogień na­szych...

— A po­dwój­ne, od­osob­nio­ne stuk­nię­cia czy sły­szy­cie? Taf, taf! — taf, taf. To nie dość wy­ucze­ni czy nie­sfor­ni — z du­bel­tó­wek!

Sły­chać krzyk. Tłum­ny, zgieł­kli­wy krzyk, ra­czej ogrom­ne krót­kie wrza­śnię­cie wzbi­ło się nad ścia­nę la­su, a wnet po nim po­to­czył się w je­go głę­bi ro­to­wy ogień dłuż­szy, po­tęż­niej­szy od po­prze­dza­ją­cych.

To woj­sko krzyk­nę­ło: hur­ra! Pchnię­to do bi­twy no­we ro­ty.

Wtem za na­mi, ob­ró­co­ny­mi w stro­nę la­su, głos ja­kiś do­no­śnie wy­mó­wił:

— Mó­dl­my się!

Obej­rze­li­śmy się wszy­scy. Za na­mi, po­mię­dzy dwo­ma cien­ki­mi pnia­mi so­sen sta­ła Czer­nic­ka. Wy­so­ka i cien­ka, twarz drob­ną i żół­tą wy­so­ko pod­no­si­ła ku nie­bu i wy­so­ko nad gło­wę pod­no­si­ły się jej ra­mio­na, na któ­rych chu­s­ta okry­wa­ją­ca ple­cy roz­pi­na­ła się jak dwa skrzy­dła z ni­ci czar­nych i żół­tych utka­ne, prze­świe­co­ne słoń­cem. Za­wo­ła­ła:

— Mó­dl­my się!

I upa­dła na zie­mię, z ra­mio­na­mi nad gło­wą wy­cią­gnię­ty­mi, czo­ło do mchu su­che­go przy­ci­ska­jąc. Chu­s­ta roz­ło­ży­ła się po obu jej stro­nach jak omdla­łe skrzy­dła i znad mchu głos sil­ny, głu­chym, głę­bo­kim stę­ka­niem pod­szy­ty, mó­wić po­czął:

— Chry­ste, usłysz nas! Chry­ste, wy­słu­chaj nas! Chry­ste z nie­ba Bo­że!...

W le­sie grzmia­ło nie­ustan­nie.

Kil­ka osób uklę­kło, in­ne zo­sta­ły w po­sta­wach sto­ją­cych.

W po­sta­wie sto­ją­cej zo­stał na­czel­nik or­ga­ni­za­cji i ro­sły, uro­dzi­wy, ze skrzy­żo­wa­ny­mi u pier­si ra­mio­ny, na tle nędz­ne­go drze­wa, o któ­re się opie­rał, po­dob­ny był do po­są­gu w my­ślach strasz­li­wych ska­mie­nia­łe­go. Strasz­li­we my­śli rżnę­ły mu czo­ło w mnó­stwo fałd i zmarsz­czek, że wy­da­wał się o dzie­siąć lat star­szy, ni­że­li był wczo­raj. Da­lej nie­co za nim, przez igla­stą za­sło­nę ga­łę­zi wi­dać tyl­ko dwie czasz­ki si­wy­mi wło­sa­mi okry­te i bar­dzo ku so­bie zbli­żo­ne. To Ro­niec­ki, bia­ły oj­ciec dwóch śmier­tel­nie mo­że już tam za­czer­wie­nio­nych sy­nów, i sto­larz An­to­ni. Snadź o czymś roz­ma­wia­ją, z ci­cha, lecz ży­wo, bo zza igla­stej za­sło­ny raz w raz uka­zu­ją się rę­ce ich to biel­sze, to ciem­niej­sze, czy­niąc dziw­ne ru­chy i ge­sty. Te rę­ce mó­wią, ża­lą się, trwo­żą, nie­na­wi­dzą...

W le­sie grzmia­ło nie­ustan­nie.

Tuż przy mnie z czo­łem do so­sny przy­ci­śnię­tym klę­cza­ła sio­stra Ma­ria­na Tar­łow­skie­go, mło­dziut­ka Aniel­ka. Ro­dzeń­stwo to na­zwa­no pa­rą ład­nych dzie­ci. Po­dob­no ład­ną, zło­to­wło­są dziew­czy­nę po­ko­chał był pięk­ny Jag­min. Te­raz zło­te wło­sy roz­sy­pa­ły się po dzie­cin­nie drob­nej jej ki­bi­ci, pro­fil twa­rzy za­sło­ni­ły i wi­dać by­ło tyl­ko dwie bar­dzo ma­łe rę­ce sple­cio­ne tak sil­nie, że aż krwią na­bie­głe, przy­ci­ska­ją­ce pierś wą­tłą i tak nie­ru­cho­mą, jak­by od­dech jej ustał i ży­cie w niej za­sty­gło. Po opa­dłym igli­wiu so­sno­wym za­sze­le­ści­ły lek­kie kro­ki. To Ste­fu­nia, ca­ła bla­da, szła do roz­cią­gnię­tej na zie­mi Czer­nic­kiej, przy niej uklę­kła i bia­łą rę­ką gła­dzić po­czę­ła jej wło­sy, spi­ral­ną li­nią war­ko­czy­ka ża­ło­śnie z ty­łu czasz­ki ku gó­rze ster­czą­ce. Zda­je się, że szep­ta­ła nad jej gło­wą ja­kieś sło­wa po­krze­pie­nia czy współ­czu­cia, któ­re za­pew­ne słu­chu jej nie do­cho­dzi­ły, bo od zie­mi szedł wciąż głos do­no­śny, głu­chym stę­ka­niem pod­szy­ty:

— Je­zu, słoń­ce spra­wie­dli­wo­ści, zmi­łuj się nad na­mi! Je­zu, Oj­cze przy­szłe­go wie­ku...

Po­waż­ny głos Or­sza­ka z wtó­rem kil­ku gło­sów ko­bie­cych od­po­wie­dział:

— Zmi­łuj się nad na­mi!

W le­sie grzmia­ło jesz­cze.

Ktoś kil­ka ra­zy krzyk­nął prze­raź­li­wie, po czym spa­zma­tycz­nie śmiać się i szlo­chać za­czął. To słu­żą­ca mo­ja, Ma­ryl­ka Ja­ro­szyń­ska, któ­rej trzej mło­dzi bra­cia by­li tam. Pod­no­si­ła ją z zie­mi, obej­mo­wa­ła, uspo­ka­ja­ła Kle­men­ty­na Ro­niec­ka, wy­smu­kła pan­na z pięk­ny­mi oczy­ma i my­ślą­cym czo­łem. Na po­moc im śpie­szy­ło kil­ku męż­czyzn...

W le­sie grzmia­ło cią­gle.

Klę­cza­łam na ko­bier­czy­ku li­lio­we­go czom­bru i ta­kież ko­bier­czy­ki, mniej­sze, więk­sze, po zbo­czu wzgó­rza zbie­ga­ły co­raz ni­żej, aż na bia­łe pia­ski, któ­re sła­ły się da­le­ko, pod szlak nad­brzeż­nej łą­ki. Na pia­ski i na łą­ki, od so­sen i wierzb kła­dły się cie­nie dłu­gie, uko­śne, jak by­wa zwy­kle o za­cho­dach słoń­ca. Słoń­ce ni­sko już sta­ło nad sa­mym la­sem, a wiel­ka twarz je­go, zło­ta, po­god­na, pa­trza­ła na nas obo­jęt­nie i spo­koj­nie, tak jak wte­dy ów ze­gar znad czar­nej ko­lum­ny, jak czas, wie­ku­ista i w wie­ku­isto­ści swo­jej nie­wzru­szo­na.

W le­sie grzmia­ło jesz­cze.

Zmrok za­pa­dał. Nie by­ło już nad la­sem słoń­ca. Wiatr spę­dził spod nie­ba chmu­ry i ucichł. Na nie­bie wy­stą­pi­ło tro­chę tyl­ko gwiazd bla­dych, jak w po­rach peł­ni księ­ży­co­wych by­wa zwy­kle.

W le­sie usta­ły grzmo­ty, lecz nie uczy­ni­ło się w nim zu­pe­nie ci­cho. Po głę­biach je­go bliż­szych, dal­szych, da­le­kich, szły i roz­cho­dzi­ły się gło­śne, to cich­sze, to za­le­d­wie echo­we po­gło­sy na­wo­ły­wa­nia, hu­ka­nia.

— He­ej-ha­aaa! Hoo-ho­oj! — wo­ła­ła tam baśń za­klę­ta, któ­ra dziś w sen i mil­cze­nie za­kląć się nie mo­gła.

Tu i ów­dzie, da­lej, bli­żej, jak­by ktoś ko­goś ści­gał, jak­by kto ko­go do ści­ga­nia na­glił. I wśród wo­łań tych ta­jem­ni­czych, prze­cią­głych, echo­wych, kie­dy nie­kie­dy grom­kie, krót­kie, po­dwój­ne wy­strza­ły: taf-taf! taf-taf!

Co wy­strza­ły te zna­czy­ły — nikt nie wie­dział. Co wo­ła­nia owe zna­czy­ły — nikt nie wie­dział.

Na­gle ro­ze­brz­miał w le­sie ta­ki sam jak pa­rę ra­zy już przed­tem krzyk gro­mo­wy, zbio­ro­wy, ra­czej wstrzą­śnię­cie. To żoł­nier­skie, wie­lo­ty­sięcz­ne: hur­ra!

Po­tem zno­wu ta­kie sa­me jak wprzó­dy wo­ła­nia, tyl­ko co­raz dal­sze, i ta­kie sa­me jak wprzó­dy stu­ki du­bel­to­we: taf-taf! taf-taf! Tyl­ko co­raz rzad­sze...

Wło­sy na gło­wach po­wsta­wa­ły.

Zza da­le­kie­go skrę­tu la­su uka­zy­wać się po­czął czer­wo­ny księ­życ w peł­ni. Go­dzi­na mu­sia­ła być już póź­na: mu­sia­ła być noc­na, gdyż księ­życ w tej po­rze wscho­dził oko­ło pół­no­cy. Po wo­dzie, po pia­skach, po wzgó­rzu roz­la­ło się czer­wo­na­we pół­świa­tło. Las ucichł zu­peł­nie.

Co się tam dzia­ło? Co się tam dzie­je? Nie­po­dob­na by­ło ani doj­rzeć, ani do­sły­szeć stąd rzu­ca­nia się ciał ludz­kich na wo­dy ka­na­łu; ku wo­dom tym prze­cież zwra­cał się z na­tę­że­niem nasz wzrok i słuch.

Księ­życ wy­ra­stał nad la­sem, aż sta­nął nad nim okrą­gły, ogrom­ny, czer­wo­ny.

W ci­szy, kę­dyś u skło­nu wzgó­rza coś za­szem­ra­ło po­mię­dzy so­sna­mi, nie­zro­zu­mia­le zra­zu, po­tem wy­raź­niej:

— Ma­mo! Ma­mo!

Szmer to był, szept, ra­czej po­wiew smut­ny, jed­nak usły­sza­ła go Czer­nic­ka i z krzy­kiem: „Sta­siek!” po­rwa­ła się spo­mię­dzy so­sen. Jak cień wy­so­ki i cien­ki, ze skrzy­dłem roz­wia­nej chu­s­ty za ple­ca­mi, w czer­wo­nym świe­tle zla­ty­wa­ła ze wzgó­rza i zla­ty­wał z nią ra­zem głos jej zdy­sza­ny, wo­ła­ją­cy:

— Sta­siek! A oj­ciec? Je­zu, Bo­że moc­ny! Co się sta­ło... Oj­ciec gdzie? Je­zu, przez mę­kę i krwa­wy pot Twój! Ty ży­jesz, Sta­siek! A oj­ciec! Co sta­ło się?... Mów...

Ale wy­smu­kły i bar­dzo bla­dy wy­ro­stek, w sze­ro­kim pa­sie na zmo­czo­nej odzie­ży, mó­wić nie mógł. Rę­kę pod­niósł do szyi owi­nię­tej szma­tą od krwi czer­wo­ną, za­chwiał się i w ra­mio­na mat­ki upadł...

Od ka­na­łu uka­zy­wać się za­czę­ły na łą­ce i pia­skach cie­nie ku nam dą­żą­ce, z od­da­le­nia drob­ne, w czer­wo­na­wym świe­tle czar­ne cie­nie ludz­kie...

...Je­zu, słoń­ce spra­wie­dli­wo­ści, Oj­cze przy­szłe­go wie­ku, kie­dyż wiek Twój i spra­wie­dli­wość nad świa­tem wzej­dą?


Ofi­cer

(R. 1863)

W pe­wien wie­czór zi­mo­wy, dłu­gi i sa­mot­ny, rze­kła do mnie daw­na bli­ska zna­jo­ma mo­ja:

— Do­brze; ży­cze­nie two­je speł­nię. Opo­wia­dać ci bę­dę o tych dzie­jach daw­nych, wi­dzia­nych, sły­sza­nych, od­czu­tych, prze­ży­tych, na dnie pa­mię­ci i na dnie ser­ca wiecz­nie ży­ją­cych. Stru­mień cza­su po nich pły­nął i pod wart­ki­mi je­go fa­la­mi bla­dły nie­kie­dy ich ob­ra­zy, lecz nie zni­ka­ły ni­g­dy; dziś po­wsta­ją tęt­nią­ce pul­sem chwi­li, któ­ra je zro­dzi­ła, roz­le­ga­ją­ce się krzy­ka­mi tra­ge­dii, po­ma­lo­wa­ne bar­wa­mi po­ezji tak głę­bo­kiej, jak głę­bo­ka by­ła ta ot­chłań ofiar i mąk...

Do­brze; ja to­bie w ci­szy i za­mknię­ciu ścian sa­mot­nych opo­wia­dać bę­dę dzie­je te i po­ka­zy­wać po­sta­cie, któ­re je stwo­rzy­ły, a ty sze­ro­ko ro­ze­mknij ścia­ny i dzie­je po­wtórz, a po­sta­cie po­każ sze­ro­kie­mu świa­tu.

Chwi­la spo­sob­na na­de­szła. Chwi­la po­trze­by na­de­szła. Niech ser­ca osty­ga­ją­ce dla oj­czy­zny przy­bli­żą się do te­go żuż­lu, któ­ry nie­gdyś spadł był na jej dro­gę, niech ode­tchną wo­nią je­go pie­ką­cą i gorz­ką.

To woń sa­me­go miąż­szu drze­wa spa­lo­ne­go na ofiar­nym sto­sie. Kto ją w płu­ca swe wcią­ga, te­go oczy na­peł­nią się łza­mi i ser­ce ude­rzy moc­no, a w tych łzach i w tym ude­rze­niu wskrze­śnie Mi­łość.

Nie dla po­tę­gi że­la­za i zło­ta Mi­łość, ani dla roz­ko­szy py­chy, ani dla trium­fal­ne­go wo­ła­nia na świat ca­ły: Ja! Ja! Ja! gdy dru­dzy grzę­zną w po­gar­dzie i nie­szczę­ściu.

In­na Mi­łość.

Ta, któ­rej za­ko­cha­ne oczy obej­mu­ją zie­mię oj­czy­stą, jak nad wszyst­ko w świe­cie ro­dzeń­sze, mil­sze ob­li­cze mat­ki;

któ­rej przy­wią­za­ne oczy wpa­tru­ją się w na­ród oj­czy­sty, jak w nad wszyst­kie in­ne bliż­sze, mil­sze gro­no ro­dzo­nych bra­ci;

któ­rej wier­ne oczy to­wa­rzy­szą bra­ciom na dro­gach cnót, nad któ­ry­mi roz­pa­la­ją po­chod­nie ra­do­ści;

któ­rej uwiel­bia­ją­ce oczy wzno­szą się ku dwom wiel­kim gwiaz­dom, no­szą­cym imio­na Spra­wie­dli­wość i Wol­ność;

któ­rej mą­dre oczy do­strze­ga­ją, że bez świa­tła tych dwóch gwiazd ciem­na mu­si być zie­mia i nie­szczę­śli­we mu­szą być jej na­ro­dy.

Opo­wia­dać ci bę­dę o lu­dziach, któ­rzy mie­li w so­bie mi­łość z ta­ki­mi oczy­ma i dla­te­go by­li miąż­szem swo­je­go oj­czy­ste­go drze­wa.

Dla­te­go rów­nież zgo­rze­li na ofiar­nym sto­sie.

Opo­wia­dać ci o tym bę­dę w ci­szy i za­mknię­ciu ścian sa­mot­nych, a ty sze­ro­ko ro­ze­mknij ścia­ny i do tych, któ­rzy za­prze­cza­ją ist­nie­niu w na­ro­dzie swym mi­ło­ści ku wiel­kim gwiaz­dom, krzyk­nij, że kła­mią!

I po­każ im tych, któ­rzy z mi­ło­ści dla wiel­kich gwiazd gi­nę­li wte­dy, gdy na prze­strze­ni roz­le­głej, ogrom­nej, nikt jesz­cze sa­mych imion ich z mi­ło­ścią wy­ma­wiać nie umiał lub nie chciał.

Oni mi­łość tę wzię­li ra­zem z krwią po­przed­ni­ków swo­ich i ra­zem ze swo­ją krwią prze­la­li ją w swych na­stęp­ców. Więc by­li i są w na­ro­dzie na­szym czci­cie­le gwiazd.

Wów­czas peł­ny ich był nasz kraj, ja spo­mię­dzy nich garść jed­ną tyl­ko zna­łam. O niej to­bie opo­wia­dać i ją po­ka­zy­wać bę­dę.

Lecz nie z po­rząd­ku, nie z ko­lei, nie we­dług do­sto­jeństw, nie we­dług dat.

Co po­wiew chwi­li do pa­mię­ci przy­nie­sie, co wy­obraź­nia naj­wy­raź­niej wy­ma­lu­je, co wy­szep­cze do ucha ten głos ta­jem­ni­czy, któ­ry skąd­ciś, z nie­po­ję­tych głę­bin czy wy­żyn, my­śli i sło­wa nam dyk­tu­je...



I

Dwór to był sta­ry, ze sta­rym, du­żym, ni­skim, bia­łym do­mem, ze sta­rym, wiel­kim, cie­ni­stym ogro­dem, z dzie­dziń­cem roz­le­głym, za­sa­dzo­nym drze­wa­mi, krze­wa­mi, kwia­ta­mi. Dwór to był po­le­ski, więc do­oko­ła i z bli­ska ota­cza­ły go sta­re, głę­bo­kie i wy­so­kie la­sy.

Od te­go dwo­ru nie­da­le­ko błę­kit­niał na zie­lo­nych łą­kach pas wo­dy, nie­gdyś tu dla ce­lów han­dlo­wych wy­ko­pa­ny i nie­wie­le dni mi­nę­ło, od­kąd par­tia po­wstań­cza pod wo­dzą Ro­mu­al­da Trau­gut­ta prze­by­ła ten Ka­nał Kró­lew­ski i po­grą­ży­ła się w głę­bo­ko­ści tych sta­rych, wy­so­kich la­sów. W po­cho­dzie swym dla wy­tchnie­nia i po­sił­ku za­trzy­ma­ła się by­ła w tym dwo­rze, a wkrót­ce po­tem o si­nym brza­sku jed­ne­go z pierw­szych dni czerw­co­wych miesz­kań­cy dwo­ru zbu­dze­ni zo­sta­li nad­pły­wa­ją­cym ku do­mo­wi szu­mem gło­sów ludz­kich z tę­ten­tu ko­pyt koń­skich, z tur­ko­tu wo­zów zło­żo­nym. Woj­sko nad­cho­dzi­ło. Mia­ło za­pew­ne w ślad za par­tią po­grą­żyć się w głę­bie ciem­ne­go la­su, lecz przed­tem jesz­cze za­trzy­mać się w tym miej­scu, któ­re tam­tej po­sił­ku i od­po­czyn­ku udzie­li­ło.

Nie wszy­scy jed­nak we dwo­rze spa­li, bo za­nim czar­ny w brza­sku po­ran­nym sznur lu­dzi i ko­ni ku bra­mie dzie­dziń­ca się zbli­żył, dwaj mło­dzi męż­czyź­ni z do­mu wy­bie­gli i bar­dzo śpiesz­nie skie­ro­wa­li się ku miej­scu, gdzie u szta­chet ota­cza­ją­cych dzie­dzi­niec stał osio­dła­ny koń. Bie­gnąc, za­mie­nia­li się krót­ki­mi sło­wa­mi.

— Czy wie­lu ich jest?

— Nie­wie­lu! Ro­ta pie­cho­ty, se­ci­na lub dwie Ko­za­ków.

— Wi­dzia­łeś do­brze?

— Oho! Z te­go da­chu i przez lu­ne­tę moż­na by pra­wie ich prze­li­czyć...

By­ły to więc cza­ty, z lu­ne­tą na naj­wyż­szym z da­chów dwo­ru czu­wa­ją­ce. Spra­wiał je mło­dzie­niec dwu­dzie­sto­kil­ku­let­ni, nie­wy­so­ki, lecz sil­nie i zgrab­nie zbu­do­wa­ny, w ru­chach i mo­wie nie­zwy­kle ży­wy. Dru­gi rów­nie mło­dy, ale wą­tlej­szy i po­wol­niej­szy, był wła­ści­cie­lem te­go dwo­ru. Obaj nie znaj­do­wa­li się tam w ciem­nych głę­biach la­su dla­te­go, że obec­ność ich tu wła­śnie by­ła po­trzeb­na.

U sa­me­go już osio­dła­ne­go ko­nia do­pa­dła ich mło­da dziew­czy­na, za­le­d­wie w bie­li­zny po­ran­ne ubra­na, z roz­rzu­co­ną na ple­cach gę­stwi­ną dłu­gich wło­sów.

— Ole­siu! — krzyk­nę­ła. — Tyl­ko ostroż­nym bądź! Pro­szę cię... w rę­ce im nie wpad­nij!

Chło­pak z no­gą w strze­mie­niu za­śmiał się świe­żo, mło­dzień­czo.

— Cha, cha, cha! Czy my­ślisz, że jak za­jąc jed­nym okiem na ko­niu spać bę­dę?

Dziew­czy­na za­śmia­ła się tak­że.

— Zmi­łuj się, otwie­raj do­brze oczy i uszy! — W śmie­chu jej i gło­sie drża­ły łzy. Z ko­nia już po­dał jej rę­kę.

— Bądź zdro­wa! Nie lę­kaj się! Prze­nie­sie mnie mój Pio­run choć­by przez pie­kiel­ne dro­gi.

Wła­ści­ciel do­mu mó­wił śpiesz­nie.

— Naj­gor­sze to, że la­su do­brze nie znasz. Gdy wy­je­dziesz z obo­zu, o pół wior­sty dwie dro­gi bę­dą...

— Wiem, wiem! Już mó­wi­łeś... jed­na na pra­wo, dru­ga na le­wo...

— Pa­mię­taj wziąć się na le­wo... gę­stwi­na tam za­raz bę­dzie i za nią mo­czar, któ­ry okrą­żysz... pa­mię­taj, dro­gą na le­wo... Tą, co na pra­wo...

— Oni iść bę­dą...

— Nie­wąt­pli­wie!...

— By­le­bym się nie spóź­nił..

— Oho! Za­ba­wią tu... Wszak­że re­wi­zja...

— A, praw­da!

— To po­trwa dłu­go!

Wy­pu­ścił ko­nia bocz­ny­mi wro­ta­mi dzie­dziń­ca na dro­gę przez drze­wa przy­sło­nię­tą i bli­skim kre­sem do­ty­ka­ją­cą la­su, a brat i sio­stra śpiesz­nie zwró­ci­li się ku do­mo­wi, któ­re­go drzwi na ga­nek ob­szer­ny wy­cho­dzą­ce ci­cho i szczel­nie za ni­mi się za­mknę­ły.

W tej sa­mej chwi­li czo­ło nad­cho­dzą­cej ko­lum­ny woj­sko­wej do­ty­ka­ło już sze­ro­kiej bra­my dzie­dziń­ca i nad ota­cza­ją­cy­mi go szta­che­ta­mi wznio­sły się w si­nych błę­ki­tach świ­ta­nia czar­ne ostrza ko­zac­kich pik.

Po nie­wie­lu mi­nu­tach dzie­dzi­niec na­peł­nił się tłu­mem lu­dzi, ko­ni i wo­zów. Z wo­zów z ka­ra­bi­na­mi na ra­mio­nach zsia­da­li żoł­nie­rze, gdy wśród szu­mu krzy­ków i po­ru­szeń ludz­kich do­no­śnie roz­le­ga­ły się roz­ka­zy do­wód­ców i przed każ­dym oknem oraz przed każ­dy­mi drzwia­mi do­mu sta­wał na ko­niu w wy­so­ką pi­kę uzbro­jo­ny Ko­zak.

Otwo­rzy­ło się jed­no, dru­gie, trze­cie okno do­mu, wyj­rza­ły przez nie i wnet ukry­ły się gło­wy ko­bie­ce i mę­skie. Roz­war­ły się cięż­kie, sta­ro­świec­kie drzwi na ga­nek z czte­re­ma gru­by­mi słu­pa­mi wy­cho­dzą­ce i na cze­le kil­ku­na­stu żoł­nie­rzy uzbro­jo­nych, w ob­szer­nej sie­ni przez mło­de­go go­spo­da­rza spo­tka­ni we­szli do do­mu dwaj ofi­ce­ro­wie. Re­wi­zja.

Szu­ka­li bro­ni, kul, pro­chu, lu­dzi ukry­tych, pa­pie­rów za­bro­nio­nych, odzie­ży po­dej­rza­nej, wszel­kich śla­dów i do­wo­dów współ­dzia­ła­nia i współ­czu­cia z ty­mi, za któ­ry­mi nie­ba­wem udać się mie­li w ta­jem­ni­cze i nie­na­wist­ne im głę­bo­ko­ści le­śne. O współ­dzia­ła­niu i współ­czu­ciu wąt­pić nie mo­gąc, szu­ka­li śla­dów ich i do­wo­dów, mo­że też dla sie­bie sa­mych ja­kichś wska­zań i świa­teł, a nie znaj­du­jąc, co­raz głę­biej, co­raz po­pę­dli­wej roz­ko­py­wa­li, roz­kru­sza­li, roz­ory­wa­li dom. Z ust ofi­ce­rów wy­pa­da­ły zwra­ca­ne do żoł­nie­rzy roz­ka­zy:

— Ode­rwać pod­ło­gę! Roz­bić za­mek! Po­roz­ry­wać po­kry­cie sprzę­tów! Wy­sy­py­wać zie­mię z wa­zo­nów! Prze­bić ścia­nę, któ­ra przy ude­rze­niu wy­da­je dźwięk głu­chy! Wy­sa­dzić drzwi, od któ­rych klucz kę­dyś za­gi­nął!

Stu­ka­ły mło­ty, roz­le­ga­ły się i w co­raz więk­szą wrza­wę wzra­sta­ły gru­be gło­sy, spod cięż­kich bu­tów, spod od­ry­wa­nych po­sa­dzek, z roz­dzie­ra­nych ostrzem pa­ła­szy ma­te­rii wzbi­ja­ły się pod ni­skie su­fi­ty po­ko­jów krztu­szą­ce i żół­te ku­rza­wy, ob­ra­zy ze ścian pa­da­ły na szcząt­ki sprzę­tów, ktoś kol­bą strzel­by ude­rzył w zwier­cia­dło, któ­re z trza­skiem błysz­czą­ce okru­chy po ru­inach roz­sy­py­wa­ło, ktoś in­ny z gru­bym śmie­chem roz­bi­jał dach for­te­pia­no­wy, aż roz­trza­ski­wał się na drza­zgi i kla­wia­tu­ra wy­da­wa­ła pod cio­sa­mi prze­raź­li­we krzy­ki i zgrzy­ty, u okien wa­li­ły się na ode­rwa­ne czę­ści po­sa­dzek wy­so­kie ole­an­dry, be­go­nie, ka­lie po­zba­wio­ne zie­mi, w któ­rej wzra­sta­ły. Wszyst­ko to spra­wia­li żoł­nie­rze zra­zu w mil­cze­niu i tyl­ko roz­ka­zom dwóch ofi­ce­rów po­słusz­ni, z co­raz gło­śniej­szy­mi wy­bu­cha­mi gło­sów roz­ją­trzo­nych al­bo drwią­cych, z co­raz za­ma­szyst­szy­mi roz­ma­cha­mi ra­mion, ubra­nych w gru­be i gru­by­mi bły­skot­ka­mi po­ły­sku­ją­ce rę­ka­wy mun­du­rów. Oprócz tych, któ­rzy za przy­wód­ca­mi swy­mi tu we­szli, wsu­wać się za­czę­li in­ni, zra­zu wa­ha­ją­cy się i ci­si, po­tem co­raz gło­śniej­si i śmiel­si. Tu i ów­dzie w pew­nym od­da­le­niu od ofi­ce­rów wy­bu­chać po­czę­ły gru­be śmie­chy; te i owe usta prze­żu­wa­ły przy­sma­ki we wnę­trzach sprzę­tów znaj­do­wa­ne, gdy głod­ne oczy z po­ły­ska­mi chci­wo­ści bie­ga­ły po ką­tach i sprzę­tach po­ko­jów upa­tru­jąc po­żą­da­nych łu­pów. W po­wie­trzu czuć by­ło roz­po­czy­na­ją­cą się swa­wo­lę żoł­dac­twa. Nie po­skra­mia­li jej, nie zda­wa­li się jej spo­strze­gać dwaj ofi­ce­ro­wie.

By­li to lu­dzie zu­peł­nie do sie­bie nie­po­dob­ni. Set­nik ko­zac­ki z wy­smu­kłą po­sta­cią uro­dzi­we­go mło­dzień­ca, ze sma­głą ce­rą i kru­czy­mi wło­sa­mi po­łu­dniow­ca, ru­chy miał spo­koj­ne i usta naj­czę­ściej mil­czą­ce, nie­kie­dy tyl­ko pod czar­nym wą­sem uśmiech­nię­te iro­nicz­nie lub od znu­dze­nia skrzy­wio­ne. Ogni­ste oko je­go od­ry­wa­ło się czę­sto od roz­glą­da­nych miejsc i przed­mio­tów, a bie­gło tam, kę­dy prze­su­nę­ła się suk­nia ko­bie­ca, szcze­gól­niej tam, gdzie u bo­ku si­wej ko­bie­ty w czar­nej suk­ni uka­zy­wa­ła się pięk­na, bia­ła dziew­czy­na, ze łza­mi nie­ru­cho­mo sto­ją­cy­mi w błę­kit­nych oczach.

Star­szy ran­gą i wie­kiem do­wód­ca ro­ty pie­szej, już mo­że czter­dzie­sto­let­ni, dość wy­so­ki, ale ple­czy­sty i cięż­ki, o gru­bych człon­kach cia­ła i gru­bej, choć dość kształt­nej twa­rzy, blon­dyn, z czo­łem biel­szym od po­licz­ków ogo­rza­łych i ru­mia­nych, ob­ja­wiał w po­ru­sze­niach, mo­wie, w wy­da­wa­nych roz­ka­zach po­pę­dli­wość tak gniew­ną i gor­li­wość tak gło­śną, ru­chli­wą, za­wzię­tą, że zda­wa­ły się go one wpra­wiać w chwi­lo­we obłę­dy. By­ły chwi­le, w któ­rych wła­sny­mi rę­ko­ma wy­ry­wał ze sprzę­tów zam­ki, rę­ko­je­ścią sza­bli ostu­ki­wał pod­ło­gi i ścia­ny, bie­gał, mio­tał się, krzy­czał wy­da­jąc co­raz no­we i co­raz su­row­sze roz­ka­zy, a si­we źre­ni­ce je­go pod ru­da­wy­mi brwia­mi na­bie­ra­ły obłęd­nych nie­po­ko­jów i po­ły­sków. Czę­sto też nie­spo­koj­ne te oczy z wy­ra­zem nie­mych za­py­tań za­ta­pia­ły się w obo­jęt­nej i nie­kie­dy tyl­ko iro­nicz­nej lub znu­dzo­nej twa­rzy młod­sze­go to­wa­rzy­sza. Zda­wa­ły się one wte­dy do twa­rzy tej wo­łać: „Czy wi­dzisz? Czy spo­strze­gasz? Patrz! Czy­nię wszyst­ko, cze­go po­trze­ba, wię­cej, niż po­trze­ba, wię­cej, niż ty czy­nisz... ja wier­ny służ­bie, gor­li­wy!”

Na dzie­dziń­cu roz­legł się, a ra­czej wśród gwa­ru obo­zu­ją­ce­go woj­ska jak grzmot po­to­czył się ogrom­ny wy­buch krzy­ków i śmie­chów. Mło­dy go­spo­darz do­mu w okno spoj­rzał i zwró­cił się do ofi­ce­rów.

— Pa­no­wie — rzekł — żoł­nie­rze ku­fy z wód­ką z go­rzel­nia­ne­go skła­du wy­ta­cza­ją...

Tak sztoż? — z po­gar­dli­wym na mó­wią­ce­go spoj­rze­niem ostro za­py­tał ko­zac­ki set­nik.

Mło­dzie­niec od­po­wie­dział:

— Upi­ją się, a lu­dzie pi­ja­ni pa­lą i za­bi­ja­ją...

Za­sta­na­wia­li się chwi­lę w mil­cze­niu, po czym z ust Ko­za­ka z prze­cią­głym syk­nię­ciem wy­pa­dło sło­wo:

Pust’!

Ale tym ra­zem na twa­rzy po­pę­dli­we­go i krzy­kli­we­go ka­pi­ta­na uka­zał się wy­raz wa­ha­nia i nie­pew­no­ści. Do ucha pra­wie rzu­cił to­wa­rzy­szo­wi py­ta­nie:

— Jak my­śli­cie?... Za­bro­nić? Mo­że być pło­cho... tam...

Pal­cem po­ru­szył ku stro­nie, w któ­rej za okna­mi wid­niał las.

Ko­zak z uśmie­chem na czer­wo­nych ustach od­rzu­cił:

Pust’! pi-jut! Mo­łod­ca­mi sta­nut!

Za la­sem słoń­ce już wscho­dzić mu­sia­ło, bo nad ró­ża­ną wstę­gą ju­trzen­ki wy­strze­li­ło na po­god­ne nie­bo kil­ka smug zło­te­go świa­tła. Re­wi­zja do­mu by­ła skoń­czo­na; po­zo­sta­wał ogród roz­le­gły, cie­ni­sty, w któ­rym wię­cej jesz­cze niż w ścia­nach do­mu rze­czy i lu­dzi ukry­wać się mo­gło. Ofi­ce­ro­wie ze znacz­ną licz­bą żoł­nie­rzy obu bro­ni uda­li się do ogro­du; w po­ko­jach do­mu za­pa­no­wa­ła swa­wo­la.

Z krzy­ka­mi i śmie­cha­mi żoł­nie­rze wy­próż­nia­li wnę­trze sprzę­tów i na­czyń, za­war­tość ich ukry­wa­jąc w odzie­ży lub wy­rzu­ca­jąc przez okna z trza­skiem otwie­ra­ne, na ota­cza­ją­ce dom tra­wy i kwia­ty. Te­raz pra­wie wszyst­kie te gru­be usta coś ja­dły al­bo pi­ły i wszyst­kie ra­mio­na by­ły czyn­ne, roz­ma­cha­ne, wza­jem ze so­bą mo­cu­ją­ce się, wy­prę­żo­ne al­bo chwyt­ne. W tu­po­cie stóp cięż­kich roz­le­ga­ły się trza­ski i brzę­ki rze­czy ła­ma­nych, roz­bi­ja­nych, spo­mię­dzy śmie­chów i swa­wol­nych krzy­ków wy­bu­cha­ły nie­cne sło­wa kar­czem­nych prze­kleństw i ła­jań.

Trwa­ło to dość dłu­go; po czym wnę­trze do­mu opu­sto­sza­ło, a w za­mian na dzie­dziń­cu wrzał co­raz wrza­skliw­szy i swo­bod­niej­szy gwar. Czuć by­ło, że w mro­wią­cym się tam tłu­mie lu­dzi wię­zy za­zwy­czaj go opa­su­ją­ce roz­luź­niać się i pę­kać po­czy­na­ją, że si­ły ja­kieś we­wnętrz­ne, nie­po­skro­mio­ne ga­szą w nim pier­wia­stek czło­wie­czy, a ze sfo­ry spusz­cza­ją zwie­rzę­cy. Sił tych dwie by­ło: pa­lą­cy wnę­trza kla­tek pier­sio­wych tru­nek i bu­dzą­cy roz­ją­trze­nie wi­dok bli­skie­go la­su. Gdy­byż to by­ło po­le otwar­te, ja­sne, po­spo­li­te, wszyst­kim wi­dzial­ne i zna­ne! Ale ta ścia­na ta­jem­ni­cza, ta za­gad­ka, te nie­zna­ne dro­gi wśród śmier­ci nie­wi­dzial­nie za­cza­jo­nej w mrocz­nym cie­niu... w gę­stwi­nach dla wzro­ku nie­prze­bi­tych... Ła­sko­ta­ło to pier­si i roz­ognia­ło mó­zgi za­dy­mio­ne opa­ra­mi wód­ki...

Słoń­ce wze­szło zza la­su i sta­nę­ło nad nim tar­czą wy­po­go­dzo­ną, zło­tą.

Część dzie­dziń­ca zaj­mo­wał na­tłok ko­ni osio­dła­nych i za­przę­żo­nych do wo­zów.

Gdzie in­dziej pod sta­ry­mi li­pa­mi i to­po­la­mi broń w ko­zły zło­żo­na two­rzy­ła wa­ły że­la­zny­mi ostrza­mi na­je­żo­ne. Pro­mie­nie słoń­ca we­so­ło igra­ły na po­wierzch­ni ba­gne­tów i fi­glar­nie mru­ga­ły w oczach ka­ra­bi­no­wych luf.

Na traw­ni­kach i na zdo­bią­cych je klom­bach kwia­to­wych blask słoń­ca wy­bie­lał do śnie­ży­stej bia­ło­ści ko­szu­le żoł­nie­rzy, któ­rzy z mun­du­rów ro­ze­bra­ni, mniej­szy­mi lub więk­szy­mi tłu­mi­ka­mi le­że­li do­ko­ła ko­tłów z wa­rzą­cą się stra­wą i do­ko­ła kuf wy­so­kich, na­peł­nio­nych wód­ką. Ko­tły wy­bu­cha­ły gę­sty­mi kłę­ba­mi pa­ry, a ku­fy wo­nią, któ­ra ga­si­ła w po­wie­trzu ja­śmi­no­we i re­ze­do­we za­pa­chy.

U stóp roz­kwi­tłych krza­ków ja­śmi­no­wych i ró­ża­nych tę­czo­wy­mi bla­ska­mi iskrzy­ły się szcząt­ki po­roz­bi­ja­nych szkieł i krysz­ta­łów. Mnó­stwo rąk ciem­nych nio­sło ku ustom peł­ne trun­ku na­czy­nia, aby je po­tem rzu­cać na po­de­pta­ne tra­wy i kwia­ty, gdzie, sub­tel­ne i wy­rzeź­bio­ne, roz­sy­py­wa­ły się ro­ja­mi bry­lan­to­wych iskier.

Je­zio­rem wy­iskrzo­nym, zbał­wa­nio­nym, peł­nym groź­nych po­mru­ków, nad któ­ry­mi wzbi­ja­ły się swa­wol­ne po­gwiz­dy i po­krzy­ki, zda­wał się być ten dzie­dzi­niec sze­ro­ko roz­ło­żo­ny przed do­mem ni­skim, dłu­gim, bia­łym, ze wszyst­ki­mi drzwia­mi i okna­mi sze­ro­ko roz­war­ty­mi i uka­zu­ją­cy­mi wnę­trze zbu­rzo­ne, peł­ne żół­tej ku­rza­wy i nie­roz­po­zna­wal­nych form rze­czy zruj­no­wa­nych i zbi­tych.

Na gan­ku zaś...

O je­den ze słu­pów gan­ku opar­ty ple­ca­mi stał mło­dy go­spo­darz do­mu po­śród żoł­nie­rzy, któ­rzy trzy­ma­li w rę­kach strzel­by z osa­dzo­ny­mi na nich ba­gne­ta­mi. Na war­cie tu po­sta­wie­ni, oto­czy­li te­go, ku któ­re­mu pcha­ły ich ciem­ne in­stynk­ty, przez mo­ment nie­bez­pie­czeń­stwa obu­dzo­ne i wzbu­dzo­ne. Wy­pi­ty tru­nek za­czer­wie­niał ich po­licz­ki i roz­ża­rzał źre­ni­ce pod groź­nie marsz­czą­cy­mi się czo­ła­mi. Z ust pa­da­ły sło­wa gróźb, prze­kleństw, na­trzą­sań się, ła­jań, co­raz gło­śniej­sze, grub­sze; i wśród co­raz za­pal­czyw­szych roz­ma­chów ra­mion co­raz szyb­ciej po­ru­sza­ły się w rę­kach ba­gne­ty.

Wy­smu­kły mło­dzie­niec stał wśród tej groź­nej wrza­wy nie­ru­cho­my, z bez­bron­ny­mi ra­mio­na­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na wą­tłej pier­si, ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię. Tro­chę pło­wych wło­sów spa­dło mu na po­bla­dłe czo­ło i kro­pla krwi wy­stą­pi­ła na cien­ką war­gę wśród mę­ki przy­gry­zio­ną. Na mę­kę tę skła­da­ły się uczu­cia roz­ma­ite. Oczy go­rza­ły mu spod spusz­czo­nych po­wiek gnie­wem tym krwaw­szym, że nie­mym, bo do mil­cze­nia zmu­szo­nym przez wła­sną nie­moc i bez­bron­ność. W za­mian dwie wciąż ku nie­mu prze­ci­ska­ją­ce się i wciąż przez żoł­nie­rzy od­py­cha­ne ko­bie­ty by­ły ca­łe trwo­gą, tą trwo­gą sza­lo­ną, któ­ra oczy roz­sze­rza, wszyst­ką krew rzu­ca do ser­ca, no­gi wpra­wia w drże­nie.

Gdy co­raz zwę­ża­ło się i za­ciem­nia­ło ota­cza­ją­ce mło­dzień­ca ko­ło żoł­nie­rzy i ba­gne­tów, si­wa ko­bie­ta w czar­nej suk­ni z wy­sił­kiem nad­ludz­kim przedar­ła się ku sy­no­wi i od­py­cha­na, ra­mio­na­mi ob­jąć go nie mo­gąc, roz­ta­cza­ła je za nim jak drżą­ce skrzy­dła, któ­re to opa­da­ły, gru­biań­skim pchnię­ciem w dół strą­ca­ne, to pod­no­si­ły się zno­wu, gdy usta tar­ga­ne kon­wul­sją po­stra­chu wy­szep­ty­wa­ły jed­no tyl­ko, wciąż jed­no sło­wo:

— Zmi­łuj­cie się! Zmi­łuj­cie się! Zmi­łuj­cie się!

Na­gle prze­raź­li­wym gło­sem krzyk­nę­ła:

— Za­bi­ja­ją!

Bo kil­ka na­raz ba­gne­tów już ostrza­mi opar­ło się o pierś i skrzy­żo­wa­ne ra­mio­na mło­dzień­ca.

Lecz w tej­że chwi­li pięk­na dziew­czy­na, w bia­łej, po­ran­nej odzie­ży, wy­so­ka i sil­na, przedar­ła się przez las uzbro­jo­nych ra­mion i obu rę­ko­ma chwy­ta­jąc mor­der­cze bro­nie, usi­ło­wa­ła od pier­si bra­ta je usu­wać. Nie zdo­ła­ła­by te­go do­ko­nać, lecz roz­sy­pa­ły się jej od gło­wy do ko­lan nie­dba­le przed­tem zwi­nię­te wło­sy zło­te i z sze­ro­kich rę­ka­wów odzie­ży wy­chy­li­ły się przed­ra­mio­na jak ala­ba­ster bia­łe.

Kil­ka gru­bych gło­sów śmiać się i wo­łać za­czę­ło:

Ech, kra­sot­ka! Bie­leń­ka­ja! Pre­lest’ ka­ka­ja! Pa­go­di! Do­sta­nie się i to­bie! At­stu­piś, a to po­ce­łu­ju!

Wte­dy sta­ło się coś nad­zwy­czaj­ne­go. Si­wa ko­bie­ta w czar­nej suk­ni jak ptak zle­cia­ła z gan­ku i le­cia­ła przez dzie­dzi­niec ku ogro­do­wi, z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, z twa­rzą jak chu­s­ta bia­łą, z jed­no­staj­nym wciąż, usta­wicz­nym, co­raz gło­śniej­szym wo­ła­niem:

— Gdzie ka­pi­tan? Gdzie ka­pi­tan! — Przed tym krzy­czą­cym wid­mem roz­stę­po­wa­ły się lub uchy­la­ły z dro­gi gro­ma­dy pi­ja­nych lu­dzi, aż u wej­ścia do ogro­du przed dwo­ma nad­cho­dzą­cy­mi ofi­ce­ra­mi sta­nę­ło i ze sple­cio­ny­mi u pier­si rę­ko­ma po­wta­rzać za­czę­ło po wie­le ra­zy, nie­skoń­cze­nie.

— Pa­nie ka­pi­ta­nie! Mo­je dzie­ci! Mo­je dzie­ci!

Te­raz i oni już z da­la do­strze­gli. Roz­pa­lo­ne od trun­ku i wzbu­rzo­nych na­mięt­no­ści twa­rze żoł­nie­rzy, ostrza ba­gne­tów ze wszech stron skie­ro­wa­ne ku opar­te­mu o słup gan­ku mło­dzień­co­wi, pięk­na dziew­czy­na, ca­ła w splą­ta­nych zło­tych wło­sach, szar­pią­ca się w ra­mio­nach rę­ka­wa­mi mun­du­ru okry­tych...

Dwaj róż­ni lu­dzie, dwa róż­ne wra­że­nia.

Po sma­głej twa­rzy ko­zac­kie­go set­ni­ka prze­le­cia­ły bły­ska­wi­ce uśmie­chów swa­wol­nych i sro­gich, czer­wo­ne usta nie­dba­le rzu­ci­ły do to­wa­rzy­sza sło­wa.

Ni­cze­wo sie­bie ba­rysz­nia! Sto­it ru­ska­go sał­da­ta!

Ale do­wód­ca ro­ty pie­szej słów tych nie sły­szał.

Sze­ro­ki­mi ra­mio­na­mi je­go wstrzą­snę­ło drgnie­nie i krew fa­lą gwał­tow­ną rzu­ci­ła się mu do biel­sze­go do po­licz­ków czo­ła.

Ech, czort waź­mi! Na­pi­liś! Nie­szcza­stje bu­diet! — wy­krzyk­nął i z twa­rzą, na któ­rej gniew wal­czył z prze­stra­chem, kro­ku przy­śpie­szył. Przy­śpie­szał go cią­gle, aż biec za­czął, bie­gnąc wpadł na wscho­dy gan­ko­we i za­ry­czał. Bo ry­cze­nie to by­ło ra­czej niż krzyk, grzmot to był gło­su prze­cią­gły i wy­rzu­ca­ją­cy z pier­si grad wy­ra­zów obe­lży­wych i gro­żą­cych. Jed­ną rę­ką pa­łasz z po­chwy do po­ło­wy wy­su­wa­jąc, dru­gą ku dzie­dziń­co­wi wy­prę­żał.

— Precz! Precz! Precz! Do wo­zów i ko­ni! Go­to­wać się do od­jaz­du!

Mi­nu­ta, dwie mi­nu­ty i ga­nek opu­sto­szał. Po twa­rzy ka­pi­ta­na ście­ka­ły stru­gi po­tu, ocie­rał je chust­ką, mru­cząc jesz­cze nie­zro­zu­mia­łe po­ła­ja­nia i prze­kleń­stwa. Wzru­sze­nie, któ­re­go do­znał i wy­si­łek, któ­re­go do­ko­nał, mu­sia­ły być wiel­kie.

Si­wa ko­bie­ta, kry­ją­ca do­tąd u czar­nej swej suk­ni wzbu­rzo­ną i roz­pła­ka­ną twarz cór­ki, zbli­ży­ła się te­raz do czło­wie­ka, któ­ry ura­to­wał ży­cie i cześć jej dzie­ci. Drżą­ca jesz­cze i jak pa­pier bla­da szep­nę­ła:

— Dzię­ku­ję.

On obur­kli­wie za­mru­czał:

Nie za czto! Nie za czto! To mo­ja po­win­ność!

Po­tem ru­chem po­ryw­czym zwró­cił się do mło­de­go go­spo­da­rza do­mu i gło­sem szorst­kim, ale nie pod­nie­sio­nym, nie gniew­nym, mó­wić za­czął:

Oj, wy bez­um­cy! Co wy na­ro­bi­li! Ot nie­szczę­ście! Ale sa­mi... sa­mi... sa­mi wy win­ni... bez­um­cy wy! Ślep­cy! Obłą­kań­cy!

Wstrzy­mał się, obej­rzał za sie­bie i uj­rzaw­szy sto­ją­ce­go w po­bli­żu set­ni­ka Ko­za­ków na nie­go i in­nych za­wo­łał, aby żoł­nie­rze go­to­wa­li się do od­jaz­du, aby za mi­nut dzie­sięć by­li na wo­zach i na ko­niach, roz­ka­zy­wał.

Set­nik, niż­szy ran­gą, pod­niósł rę­kę do czo­ła, sa­lu­to­wał, lecz w ce­lu speł­nie­nia roz­ka­zu nie od­szedł, ko­bie­ta zaś w czar­nej suk­ni, już nie­co uspo­ko­jo­na, zno­wu do ka­pi­ta­na prze­mó­wi­ła:

— Pa­nie! Ura­to­wał pan dzie­ci mo­je... od rze­czy strasz­nych. Pra­gnę wie­dzieć, ko­mu wdzięcz­ność je­stem win­na... ja­kie jest pa­na na­zwi­sko?

Rzecz dziw­na! Sło­wa te gło­sem ła­god­nym i od wzru­szeń do­zna­nych drżą­cym wy­mó­wio­ne jak­by czymś twar­dym czy ostrym w ka­pi­ta­na ugo­dzi­ły.

Zno­wu pod suk­nem mun­du­ru za­trzę­sły się je­go sze­ro­kie ra­mio­na i zno­wu fa­la krwi aż po brze­gi pło­wych wło­sów za­la­ła mu czo­ło. Z po­nu­rym bły­skiem oczu, szorst­ko i szyb­ko od­rzu­cił:

Na czto wam mo­ja fa­mil­ja? Co wam do te­go?

Set­nik ko­zac­ki, za­mia­ny słów tych słu­cha­jąc, miał na ład­nej, sma­głej twa­rzy uśmiech za­gad­ko­wy i przez ogni­ste oczy je­go, utkwio­ne w twa­rzy ka­pi­ta­na, prze­mknął błysk zja­dli­we­go szy­der­stwa. Po­tem zno­wu przed star­szym ran­gą to­wa­rzy­szem sta­nął w wy­pro­sto­wa­nej po­sta­wie, z rę­ką do czo­ła pod­nie­sio­ną.

— Mam ho­nor do­nieść, że żoł­nie­rze stra­wy jesz­cze nie zje­dli i że na­le­ży się im...

— Na ko­nie wsia­dać! Do wy­mar­szu! Słu­szat’! — krzyk­nął ka­pi­tan i set­nik z gan­ku za­wo­łał:

— Na koń! Marsz!

Ka­pi­tan na go­spo­da­rza do­mu ani na dwie sto­ją­ce przy nim ko­bie­ty nie spoj­rzał, czap­ki jed­nak, po­sęp­nie w zie­mię pa­trząc, uchy­lił, cięż­kim kro­kiem z gan­ku zszedł i na przy­go­to­wa­ne­go mu ko­nia wsiadł­szy, z wol­na po­mię­dzy ru­sza­ją­cy się tłum żoł­nie­rzy wje­chał.

W kil­ka mi­nut po­tem dzie­dzi­niec był już pu­sty. Jesz­cze ja­kiś za­póź­nio­ny wóz szyb­ko pod staj­nia­mi prze­je­chał, jesz­cze za szta­che­ta­mi, za bu­dyn­ka­mi prze­bie­gły jed­ne, dru­gie stra­że ko­zac­kie z po­ste­run­ków zjeż­dża­ją­ce, jesz­cze od od­da­la­ją­ce­go się i sznu­rem na dro­dze wy­cią­gnię­te­go woj­ska do­cho­dził po­szum gło­sów ludz­kich, z tur­ko­tem wo­zów i tę­ten­tem nóg koń­skich zmie­sza­ny, ale dzie­dzi­niec pu­sty był i nie by­ło w nim ni­ko­go oprócz zdep­ta­nych mu­raw, po­ła­ma­nych krze­wów i kwia­tów, błysz­czą­cych okru­chów, po­roz­bi­ja­nych na­czyń, ka­łuż roz­la­ne­go trun­ku i pod­no­szą­cych się nad tym wszyst­kim smro­dli­wych, ohyd­nych wy­zie­wów.

Pięk­na dziew­czy­na z roz­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi i na­brzmia­łą od pła­czu twa­rzą rzu­ci­ła się ku mat­ce, rę­ką na las wska­zu­jąc.

— Mam­ciu! Oleś tam! I oni tam po­szli! W rę­ce im wpad­nie! Za­bio­rą... mo­że za­bi­ją!...



II

Alek­san­der Awicz miał lat dwa­dzie­ścia pięć, bu­do­wę cia­ła kształt­ną i sil­ną, wy­ra­zi­ste ry­sy twa­rzy i wśród sma­głej ce­ry ciem­ne­go blon­dy­na pięk­ne, sza­fi­ro­we oczy.

Przed ro­kiem wró­cił ze sto­li­cy pań­stwa, gdzie ukoń­czył ja­kieś na­uki wyż­sze, do swej nie­du­żej, lecz ład­nie po­mię­dzy las i je­zio­ro rzu­co­nej wsi ro­dzin­nej, w któ­rej za­miesz­kał.

W ro­dzi­nie i sze­ro­kiej oko­li­cy na­zy­wa­no go we­so­łym Ole­siem.

Słusz­nie go tak na­zy­wa­no; bo i te­raz na­wet, gdy obóz po­wstań­ców opu­ścił, a w dro­dze, któ­rą miał przed so­bą, spo­tkać go mo­gły nie­bez­pie­czeń­stwa po­waż­ne, na twa­rzy je­go ocie­nio­nej dasz­kiem ma­łej czap­ki ma­lo­wa­ło się go­rą­ce, wez­bra­ne mo­wą ob­fi­tą i uśmie­chem we­so­łym wy­buch­nąć go­to­we ży­cie.

Rad był, że po­myśl­nie i w po­rę speł­nił wło­żo­ne na nie­go za­da­nie; rad był z te­go, co wi­dział i sły­szał w obo­zie; z upa­łu uczuć, któ­ry roz­lał się po świe­cie i go­rą­cym stru­mie­niem wle­wał się mu do pier­si, z róż­no­rod­nych na­dziei, któ­re w tej pier­si wy­gry­wa­ły ra­do­sne hej­na­ły, z tej pięk­nej dziew­czy­ny, któ­ra dziś o dnia brza­sku że­gna­ła go z trwo­gą ser­decz­ną, ze swo­ich lat dwu­dzie­stu pię­ciu, z wiel­kie­go ko­ła two­rów świe­żych, won­nych, ci­chych, któ­re go ota­cza­ło, gdy na swym ulu­bio­nym ko­niu wą­ską dro­ży­ną le­śną je­chał.

Są na­tu­ry ludz­kie po­dob­ne do wód sto­ją­cych, któ­re wszyst­ko, co je ota­cza, od­bi­ją w po­sta­ciach sen­nych, mdłych, nud­nych, mar­twych i ta­kie, w któ­rych jak w wart­kich po­to­kach świat roz­ła­mu­je się na ty­siąc świe­tli­stych, bar­wi­stych ob­ra­zów, na ty­siąc ognisk try­ska­ją­cych pro­mie­nia­mi i tę­cza­mi.

On miał na­tu­rę wart­kie­go po­to­ku; świat ty­sią­cem cza­ro­dziej­skich wi­dzeń od­bi­jał się w je­go sil­nej mło­do­ści i wraż­li­wym ser­cu, krze­sząc w nich we­so­łość. Wi­dzeń roz­wiać i we­so­ło­ści zga­sić ży­cie cza­su jesz­cze nie mia­ło.

Las w to let­nie przed­po­łu­dnie ci­chy był i cho­dzi­ły po nim tyl­ko szme­ry lek­kich wia­trów. Dro­ży­na w dłu­gich za­krę­tach bie­gła po­mię­dzy lesz­czy­na­mi, spo­śród któ­rych cie­ka­wie wy­glą­da­ły bia­łe i żół­te oczy kwia­tów. O gięt­kie prę­ty lesz­czy­ny i jej chłod­ne li­ście ocie­ra­ły się bo­ki ko­nia, któ­ry cza­sem we­so­ło par­skał. Nad lesz­czy­na­mi da­le­ko wzwyż i w głąb wzbi­ja­ły się igla­ste i li­ścia­ste drze­wa. Ży­wi­ca pach­nia­ła, pta­ki szcze­bio­ta­ły po­śród drzew.

Po gło­wie jeźdź­ca prze­wi­jał się ró­ża­niec my­śli, któ­re­go każ­dy pa­cio­rek miał in­ną bar­wę i z co­raz in­nej stro­ny trą­cał o ser­ce.

Do­brze tam dzie­je się w obo­zie. Zu­chy chłop­cy! Jak oni dziel­nie te wiel­kie tru­dy i nie­wy­go­dy zno­szą, jak nie ża­łu­ją ni­cze­go, co po­rzu­ci­li, nie tra­cą za­pa­łu i od­wa­gi! Tę­go też w rę­ku trzy­ma ich na­czel­nik! Cią­głe musz­try, ćwi­cze­nia. I — kar­ność! Prze­cież tam już dla ko­goś nie­po­słusz­ne­go dół by­li wy­ko­pa­li i roz­strze­la­ny miał zo­stać... tyl­ko mu in­ni wy­pro­si­li ży­cie. Co za czło­wiek! Jak stal har­tow­ny, a cza­sem tkli­wy jak ko­bie­ta. Za spraw­ne przy­wie­zie­nie wie­ści dzię­ko­wał mu dziś oczy­ma wię­cej niż usta­mi i moż­na by­ło wte­dy przez te oczy zo­ba­czyć, że du­sza je­go stoi w ogniu mę­ki...

Cóż? Nie dziw! Puł­kow­nik wojsk re­gu­lar­nych w rze­mio­śle wo­jen­nym uczo­ny wie za­pew­ne, jak bę­dzie trud­no. Par­ty­zant­ka... No, cóż ro­bić! Tak kra­wiec kra­je, jak ma­te­ria­łu sta­je...

Tu dro­ży­na, któ­rą je­chał, w gąsz­cze za­ro­śli wpa­dła i prze­pa­dła. Wstrzy­mał ko­nia, ro­zej­rzał się do­ko­ła. Las, las i tyl­ko las. A gdzież ten mo­czar, nad któ­ry miał przy­je­chać, aby okrą­żyw­szy go zna­leźć się na dro­dze sze­ro­kim i trud­nym ob­jaz­dem pro­wa­dzą­cej ku dwo­ro­wi? Czy tyl­ko po opusz­cze­niu obo­zu nie wziął się był na pra­wo za­miast na le­wo? Gło­wę miał tak peł­ną te­go, co w obo­zie wi­dział i sły­szał, że kto wie, czy nie po­peł­nił omył­ki ka­pi­tal­nej? Trze­ba zo­rien­to­wać się, po­my­śleć...

Sta­nął na strze­mio­nach, aby da­lej wzro­kiem się­gnąć. Ja­kieś tam w od­da­le­niu nie­du­żym prze­świe­tle­nie po­mię­dzy drze­wa­mi, któ­re roz­stę­pu­ją się przed ja­kąś smu­gą żół­to­zie­lo­ną. Mo­że to wła­śnie ta łą­ka błot­ni­sta... ten mo­cza­rek?

Z wol­na, wśród wy­so­kich so­sen, po sprę­ży­stych mchach je­chał ku prze­świe­tlo­ne­mu błę­ki­tem nie­ba punk­to­wi la­su i roz­wi­nął się w nim zno­wu ró­ża­niec my­śli.

Gorz­ka szko­da, że nie jest tam z ni­mi w obo­zie i cza­sem na­wet aż wstyd. Ale nie je­go w tym wo­la. Ta­ki był roz­kaz. Tro­chę lu­dzi mło­dych i od­da­nych mu­sia­ło zo­stać na swo­bo­dzie, aby par­tii słu­żyć w in­ny spo­sób. Ale i na nie­go po­ra przyj­dzie... Gdy par­tia prze­cho­dzić bę­dzie w oko­li­ce in­ne, wte­dy... Czy tyl­ko prze­cho­dzić bę­dzie? Czy do­trwa? Czy się nie roz­pro­szy? Na­tu­ral­nie, że prę­dzej lub póź­niej mu­si roz­pro­szyć się, lecz zgro­ma­dzi się zno­wu gdzie in­dziej i wte­dy... Ale co dziś bę­dzie? Co dziś się sta­nie? Dziś... za go­dzi­nę... za dwie... Gdy wy­jeż­dżał z obo­zu, wrza­ły tam przy­go­to­wa­nia. Po­le­je się krew... pad­ną tru­py... czy­je? Kto z przy­ja­ciół, krew­nych, to­wa­rzy­szy je­go do­ży­je ju­tra? Ja­ki bę­dzie wie­czór dnia dzi­siej­sze­go, te­go pięk­ne­go dnia? O, Bo­że! Ty stwa­rzasz ta­kie jak dzi­siej­szy dnie pięk­ne, ca­łe błę­kit­ne i zło­te, a lu­dzie rzu­ca­ją na nie czer­wo­ne pla­my!

Smu­tek jak cięż­ki ka­mień spadł mu na ser­ce, w któ­rym za­ki­piał nie­po­kój o wy­nik bli­skiej bi­twy zra­zu, a po­tem o da­le­ki ko­niec te­go wszyst­kie­go... Mło­da wia­ra w osta­tecz­ne zwy­cię­stwo spra­wy, sil­na wia­ra w po­win­ność, któ­ra, bądź co bądź, peł­nio­ną być mu­si, jak ko­lum­ny zło­tych do­mów przez po­dmuch wia­tru tar­gnię­te, za­chwia­ły się w po­dmu­chu wąt­pie­nia, któ­re ostrzem strasz­nie bo­lą­cym prze­szy­ło ser­ce.

Ży­cie nad ga­sze­niem we­so­ło­ści mło­dzień­czej pra­co­wać za­czy­na­ło...

Ale już przy­był tam, do­kąd po­mi­mo za­du­my cią­gle kie­ro­wał ko­nia i sta­nął u brze­gu nie­du­żej łącz­ki le­śnej. Nie jest ona tym mo­kra­dłem, któ­re spo­dzie­wał się tu zna­leźć. Gdzie tam! Su­cha i kwie­ci­sta, iskrzy się od ty­się­cy żół­tych ja­skrów, a brze­giem jej bie­gną bia­łe szla­ki po­ziom­ko­we­go kwie­cia. Wy­bie­ga też z niej w głąb la­su pa­rę dro­żyn wą­skich i cie­ni­stych.

Ze znie­cier­pli­wie­niem dło­nią w czo­ło się ude­rzył. Głup­stwo sta­ło się ka­pi­tal­ne! Źle po­je­chał! Od ra­zu pew­no po opusz­cze­niu obo­zu zmy­lił dro­gę.

Roz­gnie­wa­ny na sa­me­go sie­bie za­sta­na­wiał się, roz­glą­dał po ho­ry­zon­cie. Jed­na z dwóch dróg do la­su z łącz­ki wbie­ga­ją­cych bar­dziej od dru­giej zwra­ca­ła się w kie­run­ku dwo­ru. Wy­brał ją i po­je­chał zno­wu wą­skim pa­sem zie­lo­nym, po­śród ga­łę­zi drzew, któ­re co chwi­lę od­bi­ja­ły się mu o pierś i gło­wę, sma­ga­jąc bo­ki je­go ko­nia. Roz­ło­ży­ste, peł­ne wiel­kie­go li­ścia ra­mio­na gra­bów, klo­nów, dę­bów za­rzu­ca­ły mu przed wzro­kiem za­sło­ny nie­prze­nik­nio­ne, tak że nie­kie­dy o pa­rę kro­ków przed so­bą nic wi­dzieć nie mógł. Z do­łu dro­gi za to, spo­mię­dzy traw, któ­re ją po­ra­sta­ły, spo­mię­dzy prze­dzie­ra­ją­cych się przez ga­łę­zie smug sło­necz­nych uśmie­cha­ły się ku nie­mu po­ziom­ki doj­rza­łe, buj­ne, lśnią­ce wil­got­nym po­ły­skiem jak kro­ple czer­wo­nej ro­sy. Za­pach bił od nich świe­ży jak po­ra­nek, dzi­ki jak ten las.

Hej, hej, że­by tu by­ła te­raz je­go To­sia, toż by zbie­ra­ła te po­ziom­ki, toż by to by­ła ra­dość! Jak ży­wa sta­nę­ła mu przed wy­obraź­nią dziew­czy­na ko­cha­na, ca­ła w śmie­chu i słoń­cu chy­lą­ca się nad po­ziom­ka­mi, i zno­wu uśmiech pro­mien­ny roz­lał się mu po twa­rzy.

Gdy­by tak te­raz, w mo­rzu zie­le­ni, w tej ci­szy i w tej sa­mot­nej dzi­czyź­nie zna­leźć się z nią ra­zem, we dwo­je... bez te­go nie­po­ko­ju, któ­ry jak świ­der wkrę­ca się w ser­ce, bo...

Co tam z nią dzie­je się te­raz, z ni­mi wszyst­ki­mi, z tym dwo­rem, w któ­rym dziec­kiem, pa­cho­lę­ciem, mło­dzień­cem prze­żył ty­le go­dzin szczę­śli­wych? Gdy od­jeż­dżał, tam­ci nad­jeż­dża­li. Co uczy­ni­li? Cze­góż uczy­nić nie mo­gli? W ta­kich jak ten mo­men­tach złe sny sta­ją się ja­wą, ba­śnie praw­dą, nie­po­do­bień­stwa rze­czy­wi­sto­ścią. Co się tam dzie­je te­raz? Mo­że pło­mie­nie... mo­że kaj­da­ny... mo­że tru­py... Nie zda­rza­łoż się to gdzie in­dziej... nie­da­le­ko, nie­daw­no?

Po­chy­lił ni­sko twarz i wpadł w ot­chłań za­du­my drę­czą­cej jak zły sen... Pięk­ny koń gnia­dy stą­pał pod nim z wol­na, rów­no, ci­cho po mięk­kich tra­wach. Dłoń jeźdź­ca gła­ska­ła go nie­kie­dy po lśnią­cym, za­okrą­glo­nym grzbie­cie, wte­dy par­skał we­so­ło, zgrab­ną gło­wę jak­by w znak przy­ja­ciel­skie­go po­ro­zu­mie­nia pod­no­sząc, to opusz­cza­jąc i znać by­ło, że po­mię­dzy tym czło­wie­kiem a tym zwie­rzę­ciem pa­no­wa­ła za­ży­ła przy­jaźń...

Wtem do słu­chu jeźdź­ca przedar­ło się coś nie­wy­raź­ne­go, lecz wy­raź­nie ob­ce­go le­śnym szme­rom i od­gło­som. Jak­by tur­kot sła­by, jak­by głu­chy w od­da­le­niu tę­tent. Wiatr ani drze­wa tak nie szu­mią. Nie był to ża­den z gło­sów la­su... Mi­nu­ta, dwie i umil­kło to, usta­ło. Pta­ki w za­mian, nie wie­dzieć dla­cze­go, za­świer­go­ta­ły nad wą­ską dro­gą chó­rem pra­wie ogłu­sza­ją­cym, lecz nie­po­dob­na by­ło zgad­nąć, czy roz­we­se­lo­nym lub str­wo­żo­nym.

Za­trzy­mał ko­nia i po­czął wsłu­chi­wać się w ci­szę. Nic już w po­wie­trzu nie by­ło oprócz lek­kich szme­rów wia­tru po gę­stwi­nach i te­go szcze­bio­tu ptac­twa, któ­ry uci­szać się po­czy­nał.

Mo­że to oni kę­dyś nie­da­le­ko stąd prze­cho­dzą, prze­jeż­dża­ją?

Po raz pierw­szy ude­rzy­ła mu do gło­wy myśl, że mo­że się z ni­mi spo­tkać. Ude­rze­nie to by­ło zra­zu po­dob­nym do wrząt­ku, któ­ry by czło­wie­ka od stóp do gło­wy ob­lał. Ale pręd­ko osty­gać za­czę­ło. Przy­pusz­cze­nie nie zda­wa­ło się bar­dzo praw­do­po­dob­ne, bo las był ogrom­ny i tam­ta dro­ga mu­sia­ła znaj­do­wać się stąd da­le­ko. A je­że­li... Cóż? Gdzie drze­wa rą­bią, tam trza­ski le­cą! Na woj­nie jak na woj­nie! Uczy­nił to, co do nie­go na­le­ża­ło i jed­no tyl­ko głup­stwo po­peł­nił, dro­gę w le­sie zmy­lił... Ale prze­cież i koń ma­ją­cy czte­ry no­gi po­ty­ka się cza­sem; cóż więc on, któ­ry ma jed­ną tyl­ko gło­wę i w do­dat­ku aż go­tu­ją­cą się od róż­nych my­śli i nie­po­ko­jów!

Je­chał da­lej i my­ślał, co w wy­pad­ku spo­tka­nia uczy­ni. No, przede wszyst­kim po­pro­si pięk­nie Pio­ru­na, aże­by go jak na skrzy­dłach wia­tru od­niósł jak naj­da­lej... je­że­li bę­dzie moż­na, a je­że­li nie bę­dzie moż­na, to... to po­wie... cóż po­wie? Na po­lo­wa­nie wy­je­chał... Jak to? Bez strzel­by i ni­ja­kiej bro­ni? Więc na prze­jażdż­kę... ni­by tak so­bie... spa­ce­ru­je kon­no po le­sie, dla przy­jem­no­ści czy, jak mó­wi sta­ry wuj Kle­mens, dla „mo­cjo­nu”...

Uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie o po­czci­wym wu­ju, tro­chę też z po­my­słu kon­ne­go dla przy­jem­no­ści spa­ce­ro­wa­nia po le­sie w tej erze dzie­jów la­su, ale za­raz ogar­nę­ło go przy­kre uczu­cie nie­sma­ku. Kła­mać, za­pie­rać się, wy­krę­tów uży­wać! Wstręt­ne! I naj­le­piej nie my­śleć o tym, co się praw­do­po­dob­nie nie sta­nie.

Ko­niec dro­ży­ny, któ­rą je­dzie, już wi­dać. Do­ty­ka, jak się zda­je, ko­niec ten ja­kiejś sze­ro­kiej dro­gi, któ­rej jed­nak do­strzec nie­po­dob­na. I nic wca­le o pa­rę kro­ków na­przód wy­raź­nie do­strzec nie­po­dob­na zza tych za­słon ga­łę­zi­stych, co chwi­lę nad dro­ży­ną opa­da­ją­cych.

Zno­wu od­głos ja­kiś, ob­cy od­gło­som la­su. Jak­by w po­bli­żu po­wol­ne stą­pa­nie ko­nia, a da­lej, da­lej, jak­by po­szum przy­ci­szo­ny, ale nie drzew i nie wia­tru...

Hej! Źle z na­mi! Tam lu­dzie są! Ale ja­cy? Kto? No, cóż ro­bić? Raz ko­zie śmierć!

Pięk­ny gnia­dosz sze­ro­ko pier­sią roz­trą­cił, ro­ze­rwał gę­sty uploć gięt­kich ga­łę­zi gra­bo­wych, za ni­mi uka­za­ła się dro­ga sze­ro­ka i jeź­dziec wy­chy­la­ją­cy się z wą­skiej dro­ży­ny oko w oko spo­tkał się z dru­gim jeźdź­cem, któ­ry nad­je­chał dro­gą sze­ro­ką i szyb­kim, wpraw­nym ru­chem ko­nia swe­go przo­dem ku nie­mu ob­ró­cił.

Spo­tka­nie to by­ło tak na­głe i nie­spo­dzie­wa­ne, że oba ko­nie jak wry­te sta­nę­ły i obaj jeźdź­cy wza­jem w so­bie za­to­pi­li wzro­ki zmie­sza­ne, lecz nie­mniej prze­ni­kli­we i by­stre.

Czło­wiek ple­czy­sty, na twa­rzy ru­mia­ny, w mun­du­rze ofi­ce­ra ro­syj­skie­go, by­stro, po­dejrz­li­wie, po­sęp­nie pa­trzył spod brwi zje­żo­nych na mło­dzień­ca, któ­ry w po­sta­wie wy­pro­sto­wa­nej, sie­dząc na pięk­nym ko­niu, za­ta­piał w nim roz­iskrzo­ne oczy. Dwa roz­ło­ży­ste klo­ny wzno­si­ły nad ich gło­wa­mi głę­bo­ką ar­ka­dę z prze­świe­tlo­ne­go przez słoń­ce li­ścia.

Mil­cze­nie trwa­ło krót­ko: se­kun­dy; po czym ba­so­wy i obur­kli­wy głos ofi­ce­ra za­py­tał:

Kto wy ta­koj?

Z wiel­kim spo­ko­jem mło­dy jeź­dziec imię i na­zwi­sko swo­je wy­mó­wił.

At­ku­da?

Wy­mie­nił na­zwę ro­dzin­nej wsi swo­jej, nie­da­le­kiej stąd, w któ­rej prze­by­wał sta­le...

Si­we oczy ofi­ce­ra roz­trop­nym, ba­daw­czym spoj­rze­niem ogar­nia­ły go ca­łe­go, od stóp do gło­wy. Nie mógł my­lić się; w zwy­kłym, co­dzien­nym ubra­niu, bez bro­ni, bez śla­dów zmę­cze­nia w po­wierz­chow­no­ści wła­snej i ko­nia, na któ­rym je­chał, nie mógł to być po­wsta­niec. Więc cze­góż w oko­licz­no­ściach... ta­kich włó­czy się po le­sie? Ten ja­kiś dziw­ny gniew, po­sęp­ny i nie­ustan­ny, któ­ry zda­wał się być sta­łą je­go ce­chą, wez­brał mu w oczach i na twa­rzy.

— Cze­go szla­je­tieś po le­sie? Ro­zum po­stra­da­li­ście, czy nig­dy­ście go nie mie­li? Ej, ty, Bo­że mój, ka­ki­je bez­mo­zgły­je lu­di!

A po­tem z wy­bu­chem gło­su i roz­ka­zu­ją­cym ge­stem ra­mie­nia.

Ubi­raj­sia k’ czor­tu! Do do­mu jedź! Ska­rej! ska­rej!

Mło­dy jeź­dziec ukło­nem grzecz­nym czap­ki uchy­lił, po czym ko­nia na tę dro­ży­nę, któ­ra w to miej­sce przy­wio­dła go, za­wró­cił.

Oj, ty, Pio­ru­nie mój ko­cha­ny, prze­nieś­że ty mnie przez pie­kiel­ne dro­gi! Bo oto na sze­ro­kiej dro­dze, w pew­nym jesz­cze od­da­le­niu, lecz już bli­żej niż przed­tem tę­tent ko­ni sły­chać, tur­kot wo­zów...

Po­słusz­ny gło­so­wi i do­tknię­ciu pa­na swe­go po­niósł go Pio­run po dro­ży­nie le­śnej, przez za­sło­ny ga­łę­zi­ste, któ­re za nim roz­wie­ra­ły się, to za­my­ka­ły i niósł co­raz prę­dzej, ale krót­ko... bar­dzo krót­ko. Tuż, tuż w po­bli­żu roz­legł się tę­tent bie­gną­cych ko­ni, wśród zie­le­ni li­ścia za­mi­go­ta­ły czer­wo­ne ozdo­by ubrań i dłu­gie pi­ki za­ry­so­wa­ły czar­ne li­nie. Ko­za­cy prze­dzie­ra­li się przez las ku do­strze­żo­ne­mu jeźdź­co­wi, dro­gę mu za­jeż­dża­jąc. Na cze­le ich pę­dził set­nik, wy­smu­kły, zgrab­ny, pięk­ny w czer­wo­nych pa­sach ubra­nia, z czar­ny­mi oczy­ma roz­go­rza­ły­mi wśród śnia­dej twa­rzy...

Ja­każ słusz­ność tkwi­ła w dwa ra­zy po­wtó­rzo­nym wy­krzy­ku ofi­ce­ra: Ska­rej! Ska­rej! Mo­że gdy go wy­da­wał, prze­mknę­ła mu przez gło­wę myśl o tam­tych jak pta­ki chy­żych. Ale już cza­su na po­śpiech nie by­ło.

Stoj! Stoj! — roz­le­gło się i echa­mi roz­bie­gło się po ci­chym zie­lo­nym le­sie. Ze wszech stron oto­czo­ny sta­nąć mu­siał.

Ofi­cer ple­czy­sty i nie­co na swym cięż­kim ko­niu przy­gar­bio­ny ku na­je­żo­nej pi­ka­mi gru­pie jeźdź­ców po­wo­li nad­jeż­dżał.

Te­raz set­nik ko­zac­ki za­py­ty­wał:

Kto wy ta­koj?

Czy brzmie­nie gło­su, w któ­rym obok sro­go­ści czuć by­ło wzgar­dli­wą drwi­nę, czy na­mięt­ne oczy po­łu­dniow­ca, w któ­rych bły­ska­ła iskra zło­wro­ga — coś w tym czło­wie­ku i coś w tym py­ta­niu tar­gnę­ło du­mę poj­ma­ne­go mło­dzień­ca i dmuch­nę­ło na ża­rzą­cą się w nim iskrę gnie­wu. Gło­sem spo­koj­nym, lecz z okiem roz­pło­mie­nio­nym od­po­wie­dział:

— Je­stem czło­wiek!

Ko­zak z uśmie­chem, dzie­ląc sy­la­by wy­ra­zów, za­żar­to­wał:

Cze-ła-wiek! Nie mał­pa? Cha-ra-szo! Ale do­kąd je­dzie­cie?

— Przed sie­bie... w świat.

— W świat! Cha­ra­szo! Ale skąd?

— Ze świa­ta.

Dwa od­mien­ne ty­py, dwie ra­sy, dwie róż­ne, lecz rów­ne so­bie mło­dzień­cze uro­dy. U obu wzra­sta­ło, co­raz go­rę­cej ki­pia­ło to, co sta­rzy La­ty­ni wy­ra­zi­li w przy­sło­wiu: ho­mo ho­mi­ni lu­pus est. Oczy ich, jak szty­le­ta­mi po­je­dyn­ku­ją­ce się spoj­rze­nia­mi, na­bie­ra­ły po­ły­sków wil­czych.

— Ze świa­ta? Nie; nie ze świa­ta, ale od mia-tież-ni­kow... od mia-tież­ni-kow, do któ­rych jeź­dzi­li­ście z ostrze­że­niem...

Mó­wił z wol­na, dzie­lił sy­la­by wy­ra­zów, sło­wa sy­cza­ły mu w ustach, któ­rych uśmiech urą­gał, wy­zy­wał.

— Tak — od­po­wie­dział tam­ten — to praw­da. By­łem w obo­zie po­wstań­ców i stam­tąd ja­dę.

Sło­wa te wy­pa­dły mu z pier­si od bu­rzy uczuć wzdę­tej; sza­fi­ro­we czy, roz­iskrzo­ne, pa­trza­ły pro­sto w stro­nę prze­ciw­ni­ka.

W tej­że chwi­li zbli­żył się ku nie­mu do­wód­ca ro­ty pie­szej i ze zje­żo­ny­mi brwia­mi prze­mó­wił:

— Je­ste­ście aresz­to­wa­ni! Zsiądź­cie z ko­nia!

Miał na roz­kaz ich zsiąść z ko­nia! O! Gdy­by broń w rę­ku lub pod rę­ką, to­by w nich na­przód... po­tem w sie­bie... Nie miał bro­ni... i był jeń­cem.

Kie­dy ze­sko­czyw­szy z ko­nia ge­stem po­że­gnal­nym kładł dłoń na je­go szy­ję, usły­szał sło­wa po­wo­li i ze świ­stem z ust ko­zac­kie­go set­ni­ka wy­cho­dzą­ce.

Cha-ra­szo! Zna­cie dro­gę do mia-tież-ni­kow, to i nam ją po­ka­że­cie. Usiądź­cie na pierw­szym wo­zie i dro­gę po­ka­zuj­cie!

Je­niec od­wró­cił się i zno­wu w twa­rzy Ko­za­ka wzrok za­to­pił. Nie wy­glą­dał te­raz wca­le na we­so­łe­go Ole­sia. Bla­dy jak płót­no, czo­ło miał zmarsz­czo­ne i war­gi drżą­ce. Ty­mi drżą­cy­mi, zbla­dły­mi war­ga­mi, gło­sem od wzbu­rze­nia wię­zną­cym w gar­dle wy­mó­wił:

— Za­bić mnie mo­że­cie, ale nie ma­cie pra­wa lżyć mię przy­pusz­cze­niem, że mo­gę zo­stać zdraj­cą.

Czy złu­dze­nie to by­ło, czy rze­czy­wi­ście usły­szał, że ka­pi­tan ro­ty pie­szej ci­cho pod na­je­żo­nym wą­sem mruk­nął:

Ma­ła­diec!

A na czar­ne oczy set­ni­ka ko­zac­kie­go z wol­na ciem­ne po­wie­ki opa­dły i z usta­mi, któ­rych pięk­na li­nia wy­krzy­wi­ła się w uśmiech ni­by drwią­cy, ni­by zmie­sza­ny, chy­że­go ko­nia swe­go za­wró­ciw­szy, po­mknął na nim sze­ro­ką dro­gą ku nad­cią­ga­ją­cym wo­zom.

Na tę dro­gę wszedł rów­nież, z ko­nia zsiadł­szy, ple­czy­sty ka­pi­tan i obok jeń­ca, przed żoł­nie­rza­mi, któ­rzy dwa ko­nie pro­wa­dzi­li po­stę­pu­jąc, wciąż ku nie­mu twarz ob­ra­cał. Nie mó­wił nic, tyl­ko co chwi­lę na nie­go spo­glą­dał, od­wra­cał się i zno­wu spo­glą­dał; brwi i wą­sy je­go sta­wa­ły się mniej na­je­żo­ne, za­rys ust mniej twar­dy...

I nie by­ło wca­le złu­dze­niem to, co spod ru­da­wych wą­sów ci­chym po­mru­kiem wy­szło.

— Ach, bez­um­cy... miecz­ta­tie­li... nie­szczast­ny­ja żer­twy!...

Do­szli do wy­cią­gnię­te­go na dro­dze ta­bo­ru wo­zów. Ka­pi­tan oczy­ma po wo­zach po­wiódł i je­den z nich wska­zał jeń­co­wi. Sie­dzia­ło na nim pa­ru żoł­nie­rzy.

Twarz swą gru­bą i ru­mia­ną, od upa­łu spo­tnia­łą nad jeń­cem po­chy­la­jąc szep­nął:

Oste­re­gaj­tieś! Nie raz­dra­żaj­tie ich... bo... mo­że być bie­da!

Ostat­nie sło­wa wy­mó­wił po pol­sku.



III

Dro­gą dość sze­ro­ką, lecz na­je­żo­ną ko­rze­nia­mi drzew sta­rych, two­rzą­cy­mi sieć gru­bych i twar­dych gar­bów, po­wo­li i cięż­ko po­su­wał się ta­bor zło­żo­ny z kil­ku­dzie­się­ciu wo­zów na­peł­nio­nych żoł­nie­rza­mi. Przed każ­dym z żoł­nie­rzy ster­czał na po­go­to­wiu w rę­kach trzy­ma­ny ka­ra­bin z wpra­wio­nym weń ba­gne­tem. Na pierw­szym z wo­zów je­cha­li dwaj chło­pi po­nu­rzy i mil­czą­cy; prze­wod­ni­cy po tym ogrom­nym, peł­nym dróg, dro­żyn, za­ro­śli, ciem­no­ści, la­bi­ryn­cie le­śnym. Po­strach, za­pła­ta hoj­na, mo­że in­stynk­ty ja­kieś nie­na­wist­ne czy za­wist­ne, w mo­men­tach burz bu­dzą­ce się jak wi­chry, umie­ści­ły ich na tym prze­wod­ni­czą­cym wo­zie.

Z przo­du, z ty­łu, po bo­kach je­cha­li Ko­za­cy pi­ka­mi strą­ca­jąc z drzew desz­cze li­ści i nie­kie­dy wbie­ga­jąc do la­su, gdzie ko­py­ta ko­ni ich krze­sa­ły z su­chych mchów i ga­łę­zi gra­dy krót­kich trza­sków, a ozdo­by ubrań mi­go­ta­ły śród zie­le­ni jak bie­ga­ją­ce po niej czer­wo­ne pla­my.

Znad wo­zów ra­zem z tur­ko­tem kół głu­cho i czę­sto o ko­rze­nie drzew stu­ka­ją­cych pod­no­sił się przy­ci­szo­ny po­gwar gło­sów ludz­kich. Czy przy­ci­szał go roz­kaz przez do­wód­cę wy­da­ny lub tłu­mi­ły pra­cu­ją­ce w tych licz­nych pier­siach nie­pew­no­ści i gro­zy te­go la­su? Trud­no wie­dzieć, ale po­dob­ne to by­ło do groź­ne­go i za­ra­zem trwoż­ne­go po­mru­ku zwie­rza, któ­ry idzie na łup i roz­glą­da się, czy nie zo­ba­czy my­śliw­ców. My­śliw­cy ukry­wać się tu mo­gli za każ­dym za­krę­tem dro­gi, za każ­dą fi­ran­ką za­ro­śli, w każ­dym z nie­zli­czo­nych cie­niów, któ­re wśród drzew wy­so­kich sta­ły jak czar­ne ol­brzy­my, gdzie­nie­gdzie zło­ty­mi strza­ła­mi od słoń­ca prze­bi­ja­ne.

Las na­bie­rał co­raz wyż­sze­go, ści­ślej­sze­go pod­szy­cia i li­sto­wia, dro­ga z nie­znacz­nym skło­nem w dół opa­da­ją­ca sta­wa­ła się wil­got­na. Znik­nę­ła z jej po­wierzch­ni gar­ba­ta sieć ko­rze­ni, uka­za­ły się na­to­miast wy­żło­bie­nia w róż­nych kie­run­kach po­czy­nio­ne przez wo­dy, któ­re wio­sną mu­sia­ły tu roz­le­wać się sze­ro­ko, a te­raz nie­do­brze jesz­cze przez ma­jo­we cie­pła osu­szo­ne gdzie­nie­gdzie szkli­ły się w dłu­gich bruz­dach i dość głę­bo­kich wą­do­łach.

Wy­raź­nym by­ło zbli­ża­nie się do grun­tów ni­skich, mo­krych, któ­re mniej niż in­ne sprzy­ja­ją ro­ślin­no­ści wzwyż bu­ja­ją­cej, lecz za to z hoj­no­ścią ogrom­ną udzie­la­ją ży­cia jej two­rom niż­sze­go wzro­stu. Drze­wa sta­wa­ły się rzad­sze, niż­sze, cień­sze, po­krzy­wio­ne, sę­ka­mi osia­dłe, czer­nią ja­kąś po­wle­czo­ne, na­to­miast z obu stron dro­gi po­wsta­wa­ły nie już jak gdzie in­dziej za­ro­śla prze­zro­czy­ste, na wy­ło­my po­roz­ry­wa­ne, lecz nie­prze­rwa­ne i gę­ste na­tło­ki krza­ków i kar­ło­wa­tych czy nie­do­ro­słych drze­win.

Wóz prze­wod­ni­czą­cy skrę­cił w bok i opusz­cza­jąc sze­ro­ką dro­gę wje­chał na gro­blę wą­ską, z dwu stron głę­bo­ki­mi ro­wa­mi obrze­żo­ną. W ro­wach sta­ła wo­da bia­ła­wa, zie­lo­na­wą ple­śnią gdzie­nie­gdzie po­wle­czo­na; za ro­wa­mi wzno­si­ły się ścia­ny za­ro­śli, u gó­ry w nie­zli­czo­ne nie­rów­no­ści po­strzę­pio­ne, lecz od do­łu przed­sta­wia­ją­ce po­wierzch­nię ści­śli­wą, gę­sto z prę­tów, ga­łę­zi i nie­zli­czo­ne­go li­sto­wia zbi­tą i splą­ta­ną.

By­ły to nie­przej­rza­ne sze­re­gi i tłu­my lesz­czyn, ma­lin, ka­lin, je­żyn, ma­łych wierz­bin, ol­szyn i osin, bzów dzi­kich, łóz, si­to­wia, ol­brzy­mich aje­rów i ko­sać­ców, ja­kichś traw wy­so­kich i roz­czo­chra­nych, ja­kichś pa­so­żyt­nych pal­ców i wień­ców, któ­re to wszyst­ko opla­ta­ły, a z tych po­wi­kłań i uplo­tów, z ca­łej tej gę­stwi­ny li­nii i kształ­tów o ty­sią­cz­nych kie­run­kach i for­mach, w gó­rze i w do­le wy­chy­la­ły się bia­łe bal­da­chy bzów dzi­kich, li­lio­we kie­li­chy ko­sać­ców, żół­ta­we gwiaz­dy ja­kichś ro­ślin ba­gien­nych, męt­no­ścią bar­wy oznaj­mia­ją­ce zbli­ża­ją­ce się kró­le­stwo mar­twych wód i grzą­skich to­pie­lisk. Słoń­ce rzu­ca­ło na te ścia­ny zie­lo­ne i ukwie­co­ne po­zło­tę dla oczu przy­krą i olśnie­wa­ją­cą, wśród któ­rej wą­ski szlak gro­bli przy­po­mi­nał czar­ne­go wę­ża, któ­ry by na słoń­cu wy­grze­wał po­gar­bio­ną i gdzie­nie­gdzie męt­nie po­ły­sku­ją­cą skó­rę. Męt­ny­mi po­ły­ska­mi świe­ci­ła wo­da sto­ją­ca w wy­żło­bie­niach i ko­le­inach gro­bli.

Gdy wo­zy ta­bor skła­da­ją­ce wje­cha­ły na gro­blę, uno­szą­cy się nad ni­mi po­gwar gło­sów umilkł i sły­chać by­ło tyl­ko nie tur­kot, ale szum kół bar­dzo po­wo­li prze­su­wa­ją­cych się po roz­mię­kłym grun­cie, cza­sem kla­pa­nie wo­dy pod ko­py­ta­mi ko­ni, cza­sem na jed­nym z wo­zów wy­krzyk pi­ja­ny, lecz krót­ki. Z głów żoł­nie­rzy nie ulot­ni­ły się jesz­cze cał­ko­wi­cie opa­ry wód­ki w go­dzi­nach po­ran­nych z kuf owych we dwo­rze wy­pi­tej, lecz miej­sce, w któ­rym się zna­leź­li, głu­chym nie­po­ko­jem czy nie­wy­raź­nym prze­czu­ciem po­za­my­ka­ło im usta i w za­mian sze­ro­ko po­otwie­ra­ło oczy.

Ka­pi­tan wy­je­chał na czo­ło ta­bo­ru i sły­chać by­ło, jak z po­nu­ry­mi prze­wod­ni­ka­mi za­mie­niał sło­wa groź­bą brzmią­ce, to zno­wu w zna­ki za­py­tań za­gię­te. Oni od­po­wia­da­li:

— Ina­czej je­chać nie moż­na. In­nej dro­gi do nich nie ma. Jest kę­dyś in­na, ale jesz­cze gor­sza i... dal­sza...

Na wiel­kim, cięż­kim ko­niu, sam cięż­ki i po­nu­ry, po­wra­cał ofi­cer wzdłuż ta­bo­ru i wzrok je­go upadł na sie­dzą­ce­go wśród żoł­nie­rzy mło­de­go jeń­ca. Za­wró­cił ko­nia i obok wo­zu te­go je­chać za­czął.

Wtem sta­ło się coś tak prze­raź­li­we­go jak pio­run lub na­gła śmierć. We wzno­szą­cych się po obu stro­nach gro­bli ścia­nach zie­lo­nych roz­legł się grzmot wy­strza­łów i wy­pa­dły z nich ro­je ogni­stych bły­ska­wic. Spo­mię­dzy ja­dą­cych na cze­le Ko­za­ków pa­ru spa­dło z ko­ni, pod pa­ru in­ny­mi ko­nie upa­dły, na wo­zach też wi­dać by­ło cięż­kie po­sta­cie, wa­lą­ce się na wznak i broń z rąk wy­pusz­cza­ją­ce.

Za­sadz­ka; je­den z naj­strasz­niej­szych środ­ków przy­słu­gu­ją­cych woj­nom par­ty­zanc­kim.

Na wą­skiej gro­bli po­wstał ruch pe­łen za­mę­tu i pod­nio­sła się wrza­wa peł­na krzy­ków.

Żoł­nie­rze ze­ska­ki­wa­li z wo­zów i bez ła­du, za­rów­no jak bez wi­dzial­ne­go ce­lu, strze­la­li do za­ro­śli; prze­stra­szo­ne ko­nie skrę­ca­ły wo­zy, któ­re sta­jąc w po­przek dro­gi lub w po­ło­wie wy­wra­ca­jąc się do ro­wów, czy­ni­ły nie­moż­li­wym ja­kie­kol­wiek for­mo­wa­nie się żoł­nie­rzy w sze­re­gi lub od­dzia­ły; gib­cy Ko­za­cy na chy­żych swych ko­niach prze­ska­ki­wa­li ro­wy i usi­ło­wa­li wdzie­rać się w gę­stwi­ny, któ­re sta­wia­ły opór i z któ­rych co mi­nu­tę no­wym grzmo­tem i z no­wy­mi bły­ska­wi­ca­mi wy­pa­dał rój po­ci­sków; cia­ła ludz­kie po­ci­ska­mi do­się­gnię­te pa­da­ły na roz­mo­kłą zie­mię gro­bli, na ko­ła i brze­gi wo­zów, pod ko­py­ta roz­sza­la­łych ko­ni, do wo­dy, na­peł­nia­ją­cej ro­wy. Po­wie­trze na­peł­ni­ło się wrza­wą ludz­ką i zwie­rzę­cą, gro­ma­mi i grzmo­ta­mi strza­łów, kłę­ba­mi pro­cho­we­go dy­mu.

Wśród pie­kiel­ne­go te­go zgieł­ku i za­mę­tu ka­pi­tan z wiel­ką przy­tom­no­ścią i od­wa­gą gło­sem i ru­cha­mi usi­ło­wał w tę dziw­ną wal­kę wlać du­cha po­rząd­ku i jed­no­ści. Ale po­tęż­ny głos je­go, wy­rzu­ca­ją­cy z sze­ro­kiej pier­si sło­wa ko­men­dy, za­ta­piał się we wrza­wie, a for­mo­wa­ne przez nie­go sze­re­gi i od­dzia­ły wnet chwia­ły się i roz­pra­sza­ły, ra­żo­ne z przo­du i z ty­łu, zza obu ścian za­ro­śli ukry­wa­ją­cych wro­ga. Zzia­ja­ny koń je­go za wiel­ki był i za cięż­ki do ob­ra­ca­nia się na prze­strze­ni wą­skiej, wśród bez­ład­ne­go ści­sku lu­dzi i rze­czy. Pa­rę ra­zy tyl­ne no­gi je­go ze­śli­znę­ły się do ro­wu; pa­rę ra­zy sta­nął dę­bem przed na­gle upa­da­ją­cym tru­pem koń­skim czy ludz­kim. Po twa­rzy ka­pi­ta­na la­ły się stru­gi po­tu, w oczach świe­ci­ła roz­pacz, ku­le jak gwiż­dżą­ce psz­czo­ły la­ta­ły do­ko­ła gło­wy je­go i ra­mion. Jed­na roz­dar­ła mu rę­kaw mun­du­ru i dra­snąć mu­sia­ła ra­mię, lecz on nie zda­wał się czuć te­go ani spo­strze­gać; z szyb­ko­ścią, na ja­ką tyl­ko licz­ne prze­szko­dy po­zwa­la­ły, pę­dził ku gar­ści żoł­nie­rzy, któ­ra ple­ca­mi od­wró­ciw­szy się do po­la bi­twy, po­czy­na­ła biec ku po­cząt­ko­wi gro­bli. Za­biegł jej dro­gę, gło­sem gro­mił i bła­gał, ru­cha­mi pa­ła­sza za­chę­cał i na­pę­dzał, aż po­wró­ci­ła, aby zwięk­szyć na gro­bli za­męt ciał i huk wy­strza­łów, ku nie­wi­dzial­nym ce­lom kie­ro­wa­nych.

Część Ko­za­ków, pod wo­dzą set­ni­ka prze­sko­czyw­szy ro­wy, zdo­ła­ła prze­drzeć się w za­ro­śla i sły­chać tam by­ło wście­kłe krzy­ki, zgęsz­czo­ne strza­ły, z trza­skiem pę­ka­ją­ce pod na­po­rem koń­skich pier­si ga­łę­zie drzew­ne czy pod koń­ski­mi ko­py­ta­mi ko­ści ludz­kie.

Nie trwa­ło to wszyst­ko jesz­cze nad ćwierć go­dzi­ny, a już wo­dę w ro­wach sto­ją­cą i tra­wę nad ro­wa­mi tu i ów­dzie za­bar­wia­ła krwa­wa czer­wo­ność.

Alek­san­der stał na wo­zie, u któ­re­go dy­sz­la z szy­ją ru­chem mę­czeń­skim wy­krę­co­ną le­żał za­bi­ty koń. Bez­bron­ne rę­ce za­ci­skał oko­ło ja­kichś ster­czą­cych na wo­zie przed­mio­tów i ca­ły na­przód po­da­ny, wzrok sze­ro­ko roz­war­tych oczu wy­tę­żał ku zie­ją­cym ku­la­mi i ogniem za­ro­ślom. Zda­wać się mo­gło, że du­sza z nie­go wy­szła i znaj­do­wa­ła się po tam­tej stro­nie zie­lo­nej ścia­ny, po­mię­dzy ty­mi, któ­rych ku­le la­da chwi­lę za­dać mu mo­gły śmierć. Nie by­ło ta­kiej se­kun­dy, w któ­rej by nie mógł zgi­nąć i... myśl okrop­na! — zgi­nąć z rąk, któ­re ko­chał. Czy myśl ta prze­cho­dzi­ła mu przez gło­wę, do­ko­ła któ­rej ze świ­stem i gwiz­dem prze­la­ty­wa­ły ku­le? Czy mo­że nie miał w gło­wie żad­nej wy­raź­nej my­śli oprócz tej jed­nej, pa­lą­cej, że nie jest, że nie mo­że być tam... z ni­mi? Sam ni­g­dy w przy­szło­ści spra­wy przed so­bą zdać nie mógł. Ale co chwi­la pot zim­ny ob­le­wał mu czo­ło i od­dech za­trzy­my­wał się w pier­si w ocze­ki­wa­niu cze­goś nie­wy­raź­ne­go, nie­po­ję­te­go... wyj­ścia ich mo­że zza tej ścia­ny, któ­ra ich za­sła­nia­ła, skrzy­deł mo­że, któ­re by je­go do nich przez tę ścia­nę prze­nio­sły, śmier­ci mo­że. Na­gle za­drżał od stóp do gło­wy i trzę­są­cy­mi się war­ga­mi krzyk­nął:

— Apo­lek!

Z obłą­ka­ny­mi pra­wie po­bły­ska­mi oczu wpa­try­wał się w mło­dzień­ca, któ­ry ru­chem gib­kim wy­padł spo­mię­dzy za­ro­śli i u stóp ich na jed­no ko­la­no przy­klą­kł­szy, ze strzel­bą do oka przy­ło­żo­ną strze­lać po­czął. Zu­chwa­ły ten ry­ce­rzyk, w za­pa­le mło­dzień­czym nie dość za­pew­ne roz­ka­zom wo­dza po­słusz­ny, za­pra­gnął mo­że spo­tkać się oko w oko z ty­mi, z któ­ry­mi wal­czył, do­ko­nać wie­le, do­ka­zać wię­cej od in­nych. Wy­sko­czył zza osło­ny, na jed­no ko­la­no ukląkł, strze­lał... kar­ma­zy­no­wa kon­fe­de­rat­ka zsu­wa­ła się mu z ciem­nych wło­sów od­sła­nia­jąc gład­kie i ogo­rza­łe czo­ło, oczy nie­co zmru­żo­ne na­peł­nia­ła uwa­ga wy­tę­żo­na, a na usta pod drob­nym wą­sem wy­strze­li­wał uśmiech nie­mal chło­pię­cej prze­ko­ry. Na­gle za­wo­łał:

— Oleś! A ty tu skąd?

Do­strzegł sto­ją­ce­go na wo­zie jeń­ca, lecz na­tych­miast o nim za­po­mniał, zno­wu ze strzel­bą do oka przy­ło­żo­ną mie­rzył, strze­lał, aż sta­ła się z nim rzecz jak pio­run szyb­ka i śmier­tel­na.

Z za­ro­śli wy­padł set­nik ko­zac­ki na ko­niu, z któ­re­go uda krew cie­kła i któ­re­go już wspi­nał, aby rów z po­wro­tem na gro­blę prze­sko­czyć, gdy zu­chwa­ły ry­ce­rzyk w kar­ma­zy­no­wej czap­ce zmie­rzył do nie­go, wy­strze­lił i — Ko­zak, w pierś ku­lą ugo­dzo­ny, spadł z ko­nia, roz­cią­gnął się u stóp za­ro­śli. A w chwi­lę po­tem tak krót­ką, że w niej po­wie­ka ludz­ka za­le­d­wie mru­gnąć by zdo­ła­ła, z gro­bli na dru­gą stro­nę ro­wu prze­le­cia­ła ku­la in­na i utkwi­ła w czo­le ry­ce­rzy­ka, któ­ry padł tak­że...

Wów­czas Alek­san­der uczuł na twa­rzy go­rą­cy od­dech ko­nia, a tuż przy uchu je­go za­szem­rał cięż­ki szept ka­pi­ta­na:

Kto eto? Kto eto?

Stał na ko­niu bla­dy jak kre­da i pal­cem na za­bi­te­go po­wstań­ca wska­zu­jąc, z obłą­ka­ny­mi pra­wie oczy­ma mło­de­go jeń­ca za­py­ty­wał:

— Apo­lek? Ra­zwie eto Apo­lek? Apo­lek?

— Tak, Apo­lek.

Dwie pier­si: ofi­ce­ra i jeń­ca szyb­ko, z głu­chy­mi ję­ka­mi dy­sza­ły.

— Kar­ło­wic­kij?

— Kar­ło­wic­ki.

Boh moj! — krzyk­nął ka­pi­tan i był to krzyk prze­ra­że­nia, bó­lu, nie wie­dzieć jesz­cze ja­kie­go uczu­cia, ale któ­re pier­si roz­ry­wa­ło.

U stóp za­ro­śli, u brze­gu męt­nie po­ły­sku­ją­cej wo­dy, le­że­li nie­da­le­ko sie­bie na zie­lo­nej tra­wie roz­cią­gnię­ci dwaj uro­dzi­wi mło­dzień­cy, je­den czer­wo­nym, dru­gi czar­nym pa­sem prze­pa­sa­ni je­den z roz­dar­tą i skrwa­wio­ną odzie­żą na pier­si, dru­gi z czar­ną i sznu­rek krwi są­czą­cą pla­mą po­śród czo­ła. Gło­wy ich okry­te by­ły czar­ny­mi i ciem­ny­mi wło­sy, a czap­ki da­le­ko na zie­lo­ną tra­wę od­rzu­co­ne dwo­ma róż­ny­mi od­cie­nia­mi czer­wo­no­ści iskrzy­ły się w sło­necz­nym świe­tle. I prze­glą­da­ło się iskrą nie­ru­cho­mą świa­tło sło­necz­ne w szkle mar­twych ich oczu...


*



IV

Od dnia klę­ski, któ­rą w la­sach po­le­skich po­niósł od­dział pie­sze­go i kon­ne­go woj­ska, od dnia, w któ­rym wspól­nie z kil­ku to­wa­rzy­sza­mi po­legł w bi­twie Apo­lek Kar­ło­wic­ki, a Alek­san­der Awicz do wię­zie­nia znaj­du­ją­ce­go się w mie­ście naj­bliż­szym przez reszt­kę po­bi­te­go woj­ska od­wie­zio­ny zo­stał, kil­ka ty­go­dni upły­nę­ło.

Na świe­cie był już li­piec upal­ny i dusz­ny. Na sze­ro­kie po­la kła­dły się pod ści­na­ją­cym je sier­pem ob­fi­te zbo­ża i pły­nę­ły sze­le­sty zło­tej sło­my. W rze­kach, je­zio­rach, stru­mie­niach le­śnych i bro­dach łą­ko­wych wy­sy­cha­ły wo­dy; nad zło­ty­mi po­la­mi, nad żółk­ną­cy­mi w upa­le łą­ka­mi, nad la­sa­mi sto­ją­cy­mi w ka­mien­nych ci­szach, sze­ro­kie ko­ła pod wy­iskrzo­nym skle­pie­niem nie­ba za­ta­cza­ły uczą­ce się la­tać bo­cia­ny.

Trzy­pię­tro­wy gmach wię­zien­ny wzno­sił się nad ni­ski­mi dom­ka­mi mia­stecz­ka, jak wszyst­kie wię­zien­ne gma­chy po­nu­ry, na­gi, sczer­nia­ły, za­mknię­ty. U do­łu je­go, na dzie­dziń­cach i na pię­trach niż­szych roz­le­ga­ły się cza­sem ha­ła­sy, krzy­ki, roz­mo­wy, szczę­ki bro­ni, lecz okna rzę­du naj­wyż­sze­go, pod czer­wo­ny­mi gzym­sa­mi da­chu zda­wa­ły się przez otwo­ry krat że­la­znych od­dy­chać mil­cze­niem i sa­mot­no­ścią.

Im wy­żej, tym sa­mot­niej. Nie do­cho­dzi­ły tam z dzie­dziń­ców i piętr niż­szych żad­ne gło­sy ludz­kie i nie do­cho­dził ma­ły, ulicz­ny gwar mia­stecz­ka. Cza­sem tyl­ko sły­chać by­ło krót­kie roz­mo­wy zmie­nia­ją­cych się szyl­dwa­chów, wlo­ką­ce się kro­ki do­zor­ców lub zgrzy­ty klu­czy ob­ra­ca­nych w zam­kach otwie­ra­nych i za­my­ka­nych cel. Im wy­żej, tym pięk­niej. Z tych okien wy­so­ko wzbi­tych nad zie­mię wzrok mógł do­strze­gać tro­chę zło­te­go po­la, któ­re mia­stecz­ko ota­cza­ło, pa­sek la­su za po­lem i w po­łu­dnie czar­ne syl­wet­ki bo­cia­nów za­ta­cza­ją­ce pod nie­bie­skim błę­ki­tem sze­ro­kie ko­ła. Bo­cia­ny z od­da­la znacz­ne­go wy­da­wa­ły się bar­dzo ma­łe: w za­mian wiel­ka za­wsze twarz sło­necz­na co wie­czo­ra po skło­nie nie­ba spły­wa­ła za pa­sek la­su i za­pa­la­ły się po­tem nad nim zo­rze wie­czor­ne.

Im wy­żej, tym smut­niej. Na skra­wek prze­strze­ni wol­nej, na pta­ki skrzy­dla­te, na nie­bo i świa­tło nie­bie­skie pa­trząc, te wy­so­ko usa­dzo­ne okna wię­zien­ne zda­wa­ły się być oczy­ma na­la­ny­mi czar­no­ścią no­cy.

Za jed­nym z tych okien, w izbie wię­zien­nej jak wszyst­kie wię­zien­ne izby cia­snej, ni­skiej, sczer­nia­łej i po­nu­rej, Alek­san­der Awicz sie­dział pod ścia­ną na wą­skim zy­dlu i czy­tał. Przed nie­wie­lu dnia­mi po­siadł po­zwo­le­nie otrzy­ma­nia z ze­wnątrz kil­ku ksią­żek i nie wie­dział zu­peł­nie, cze­mu lub ko­mu tę ulgę w lo­sie swym miał przy­pi­sać.

Bo aż do tych dni ostat­nich su­ro­wość po­stę­po­wa­nia z nim rów­na by­ła cięż­ko­ści je­go prze­wi­nie­nia. Za je­go to wła­ści­wie spra­wą woj­sko po­nio­sło klę­skę od ostrze­żo­nych przed nim po­wstań­ców, czyn ten stwier­dził wła­snym wy­zna­niem, sa­me­mu w le­sie uczy­nio­nym i po kil­ka­kroć już po­wtó­rzo­nym przed ob­li­czem ko­mi­sji śled­czej. I za­cho­wa­nie się je­go przed tym zbio­ro­wym ob­li­czem do ła­god­no­ści skła­niać nie mo­gło. Na mnó­stwo za­da­wa­nych mu za­py­tań nie miał ni­g­dy od­po­wie­dzi żad­nej oprócz sta­łe­go po­twier­dze­nia czy­nu, któ­re­go do­ko­nał sam. Na­le­żał do naj­od­por­niej­szych, naj­tward­szych. Do naj­mniej mów­nych tak­że, bo czuł, że gdy raz otwo­rzy usta, wszak zno­wu jak pło­mień za­go­rzeć mo­że w unie­sie­niu ta­kim, z ja­kim set­ni­ko­wi ko­zac­kie­mu rzu­cił swo­je wy­zna­nie.

Zniósł wie­le — i cier­pie­nie prze­cią­gnę­ło po nim swój ry­lec i swój pę­dzel. Schudł i spło­wia­ło mu na twa­rzy mę­skie jej przed­tem za­bar­wie­nie. Na czo­le wy­ry­ły mu swe bla­de pięt­no dni głu­che i no­ce bez­sen­ne, w oczach od­bi­ła się tę­sk­no­ta oto­czo­na wspo­mnie­nia­mi i ustę­pu­ją­ca tyl­ko przed nie­po­ko­jem peł­nym gro­bo­wych widm. Jed­nak z mło­dzień­czych tych oczu blask i ogień nie zni­kły i na po­bla­dłe usta przy­po­mnie­nia rze­czy mi­nio­nych spro­wa­dza­ły nie­kie­dy uśmie­chy, z któ­rych la­da pro­mień ży­cia wy­krze­sać mógł daw­ny śmiech we­so­ły i pu­sty. Ale wy­sub­tel­niał i wy­du­chow­niał. W wy­szczu­plo­nym cie­le czuć by­ło ja­kąś sprę­ży­nę, któ­ra wy­pro­sto­wy­wa­ła je dum­nie i ja­kąś pieśń z nu­tą smęt­ną, lecz wzbi­ja­ją­cą się wy­so­ko.

Przez ma­łą, otwar­tą w oknie szyb­kę po­wiał wiatr i z lek­ka po­ru­szać mu za­czął na gło­wie ciem­no­pło­we wło­sy. Jak­by rę­ka ja­kaś opu­ści­ła mu na gło­wę orzeź­wia­ją­cą piesz­czo­tę, jak­by coś z ze­wnątrz na nie­go za­wo­ła­ło. Książ­ka wy­pa­dła mu z rę­ki. Po­rwał się, pra­wie swa­wol­nym ru­chem daw­ne­go Ole­sia na zy­del wsko­czył, przy oknie sta­nął, przez otwar­tą szyb­kę pa­trzeć za­czął. Pa­trzał na za­wie­szo­ną nad da­le­kim pa­skiem la­su twarz słoń­ca, ogrom­ną i ja­skra­wą, na szmat zło­te­go po­la, po któ­rym na kształt czar­nych kro­pel ro­iły się ma­lut­kie z od­da­le­nia istot­ki i głę­bo­ka bruz­da cier­pie­nia prze­rżnę­ła mu czo­ło.

W tej chwi­li w ogrom­nym zam­ku za­zgrzy­tał klucz i zza drzwi nie­co uchy­lo­nych ba­so­wy głos mę­ski za­py­tał:

Po­zwa­la­je­tie?

Ze zdzi­wie­niem wię­zień spoj­rzał na te­go grzecz­ne­go go­ścia, któ­ry przed wej­ściem do ce­li wię­zien­nej o po­zwo­le­nie wej­ścia do niej pro­sił.

Był nim ofi­cer dość wy­so­ki, bar­czy­sty i cięż­ki, z twa­rzą gru­bą, choć dość kształt­ną, z czo­łem od ru­mia­nych po­licz­ków biel­szym i ru­da­wy­mi nad nim wło­sa­mi. Srebr­na, wą­ska ta­śma z za­wie­szo­nym na niej pa­ła­szem uko­śną li­nią prze­pa­sy­wa­ła mu pier­si i ple­cy okry­te ob­ci­słym mun­du­rem.

Ce­la by­ła cia­sna; drzwi jej znaj­do­wa­ły się o kil­ka kro­ków od okna, u któ­re­go, z zy­dla ze­sko­czyw­szy, stał Awicz. Ofi­cer za­trzy­mał się o krok je­den przed drzwia­mi, któ­re za­mknę­ły się za nim i zno­wu klu­czem ob­ra­ca­nym w zam­ku za­zgrzy­ta­ły.

— Nie chciał­bym mie­szać — za­czął — i je­że­li nie w czas przy­cho­dzę...

Mó­wił nie­zmier­nie ze­psu­tą pol­sz­czy­zną.

— Ow­szem — wa­ha­ją­cym się gło­sem i wpa­tru­jąc się w go­ścia od­po­wie­dział wię­zień. — Wszak­że to pan był... tam... z woj­skiem?... Czy mo­że my­lę się?

Nie od­po­wia­da­jąc na za­py­ta­nie, gość spod ru­de­go wą­sa mru­kli­wie wy­mó­wił:

— Mam ho­nor re­ko­men­do­wać się: Apo­li­na­ry Kar­ło­wic­ki.

— Kar­ło­wic­ki?... Apo­li­na­ry? — z ru­chem naj­wyż­sze­go zdzi­wie­nia za­wo­łał wię­zień.

Skło­nił się ofi­cer.

— I Kar­ło­wic­ki, i Apo­li­na­ry. Dzi­wi się pan... nu, róż­ne słu­cza­je na świe­cie by­wa­ją...

— Krew­ny mo­że bied­ne­go Apol­ka?

Ofi­cer rę­ką po bia­łym czo­le po­wiódł.

— To był mój stry­jecz­ny brat. Je­go oj­ciec i mój oj­ciec by­li rod­ny­mi brać­mi.

W ce­li oprócz wą­skie­go zy­dla przy ścia­nie, któ­re­go je­den ko­niec wię­zien­ną po­ście­lą okry­ty na­śla­do­wał łóż­ko, znaj­do­wał się jesz­cze sto­łek drew­nia­ny i krzy­wy, brud­ny, z po­pę­ka­nych de­sek zbi­ty stół. Ofi­cer po­sta­wił sto­łek przy krzy­wym sto­le i usiadł.

– Ja przy­szedł, aby z pa­nem o nim po­mó­wić... ja te­go chłop­ca lu­bił... on mnie był do­rog... ja dziś tu w wię­zie­niu ca­ły dzień dy­żur­nym... więc po­my­ślał so­bie: pój­dę, roz­py­tam się o nie­go... kie­dy? ja­kim spo­so­bem? bo ja ni­g­dy nie spo­dzie­wał się... On w Mo­skwie uczył się. Dwa la­ta uczył się tam i do star­sze­go bra­ta na świę­ta wiel­ka­noc­ne po­je­chał. Nu da! Jak po­je­chał, tak i nie po­wró­cił. Oni tu swój ma­ją­tek gdzieś ma­ją... więc pan je­go pew­no zna­łeś? Czy pan je­go zna­łeś?

— Z bli­ska, miesz­ka­li­śmy w są­siedz­twie nie­da­le­kim.

Da! da! Jak tyl­ko mnie pan tam... w le­su, swo­je na­zwi­sko po­wie­dział, ja za­raz przy­po­mniał so­bie, że gdzieś je sły­szał, a po­tem i to przy­po­mniał, że od Apol­ka sły­szał... On mnie wszyst­ko opo­wia­dał, jak dziec­kiem był, ko­go znał, z kim ba­wił się... Ach, nie­szczast­nyj! jak on tam po­padł? Kto je­go na­mó­wił? Ta­ki mło­dy... i dobr! Ach, dobr! Ka­ko­je u nie­wo by­ło do­bro­je, czy­sto­je, diet­sko­je sierd­ce!

Zwie­sił gło­wę i ża­łość głę­bo­ka roz­la­ła się mu po twa­rzy. Przy tym wi­dać by­ło, że w chwi­li wzru­sze­nia na usta je­go ci­śnie się mo­wa, do któ­rej przy­wykł i w któ­rej był bie­gły. Pod­niósł po chwi­li gło­wę i spo­tkał się oczy­ma z utkwio­nym w nie­go zdzi­wio­nym wzro­kiem więź­nia. Iskra gnie­wu za­mi­go­ta­ła mu w chmur­nych oczach.

— Pan dzi­wisz się! Cze­go dzi­wić się? Dla­cze­góż to Apo­lek bra­tem mo­im być nie mógł. Na świe­cie róż­ne słu­cza­je by­wa­ją. Ot, dwóch rod­nych bra­ci by­ło, da­le­ko od sie­bie miesz­ka­li. Je­den zo­stał się przy ma­jąt­ku, a dru­gi go stra­cił i jak stra­cił, na służ­bę po­szedł... w twier­skiej gu­ber­ni słu­żył. Nu da! Tak Apo­lek był syn jed­ne­go bra­ta, a ja był syn dru­gie­go... die­dusz­ka nasz miał imię Apo­li­na­ry i nas oby­dwóch tak na­zwa­li. Ale stry­ja ja nie znał, bo on ra­no umarł i ja do te­go cza­su ni­g­dy tu nie przy­jeż­dżał, a te­raz uwy! ze swo­im puł­kiem przy­je­chał, że­by mia­tież uspo­ka­jać. I oto co zo­ba­czył! Apol­ka za­bi­te­go zo­ba­czył... chłop­ca, me­go mi­łe­go bra­ta!

Przy­wią­za­nie do po­le­głe­go po­wstań­ca, dziw­ne ja­koś w gru­bym czło­wie­ku tym, tkli­wie uj­mo­wa­ło mło­de­go więź­nia i za­cie­ka­wiał go ten ofi­cer z na­tu­rą, jak się zda­wa­ło, dość zło­żo­ną. Za­py­tał, ja­kim spo­so­bem mógł tak z bli­ska znać stry­jecz­ne­go bra­ta, sko­ro ni­g­dy do­tąd w kra­ju nie był. Ofi­cer z po­śpie­chem od­po­wie­dział:

— Już mó­wił, że on dwa la­ta był w Mo­skwie, a ja tam wte­dy z puł­kiem stał. Nu wot my gdzie­ścić spo­tka­li się... jed­no na­zwi­sko... py­ta się on mnie, czy nie krew­ny! A ja już wie­dział, kto on, i mó­wię: „Ja wasz stry­jecz­ny brat”. Tak on, sier­diecz­nyj, za szy­ję mnie ob­jął...

Za­trząsł mu się głos w gar­dle, gru­bym koł­nie­rzem mun­du­ru oto­czo­nym.

— Fa­mi­lii ja nie mam, ni­ko­go swe­go na swie­tie nie mam... krew ode­zwa­ła się... po­lu­bił bra­ta... I jak nie po­lu­bić? Ta­ki do­bry, sier­diecz­ny chło­pak. I kra­sa­wiec że on był! I on mnie po­lu­bił, choć cza­sem i sier­dził się na mnie, nu tam, za róż­ne głup­stwa, ale za­wsze po­tem przy­cho­dził i mó­wił... „Ty bied­ny... co ty wi­nien...”

Za­milkł, ra­mie­niem uczy­nił gest roz­pa­czy.

— Co tam już ga­dać! Co opo­wia­dać. Mi­nę­ło, pro­pa­to! Już je­go na świe­cie nie ma... Ale...

Wy­pro­sto­wał się, chmur­ne je­go oczy z wy­ra­zem proś­by utkwi­ły w twa­rzy więź­nia.

— Ale te­raz ja przy­szedł pa­na pro­sić, że­by pan mnie wszyst­ko o nim opo­wie­dział: jak się to sta­ło? Jak do te­go przy­szło? Kto go na­mó­wił?

Opo­wia­da­nie by­ło krót­kie. Nikt go nie na­ma­wiał i przy­szło do te­go w spo­sób pro­sty. Chło­pak był ży­wy, szla­chet­ny, ko­chał kraj, ko­chał ideę, uniósł go ten prąd, któ­ry uno­sił in­nych.

Ofi­cer słu­chał z gło­wą spusz­czo­ną, w zie­mię pa­trząc.

Głu­post’! — sark­nął.

— Co jest głu­po­stią? — uśmiech­nął się Awicz.

A wot, te wszyst­kie wa­sze idee i prą­dy!

— Wie­le by o tym mó­wić — z no­wym uśmie­chem rzu­cił wię­zień.

— Ja i chciał­by z pa­nem wie­le o tym po­mó­wić... chciał­by bar­dzo... Nu, ale to póź­niej, kie­dy ja tu in­sze­go dnia przyj­dę... a te­raz ot, co ja jesz­cze chcę pa­nu po­wie­dzieć...

Dło­nie na ko­la­nach oparł, łok­cie z fan­ta­zją nie­co roz­sta­wił; do chmur­nych oczu je­go za­błą­dził ni­kły uśmiech.

— Ja nie tyl­ko dla­te­go tu przy­szedł, aby o Apol­ka roz­py­tać się, ale i dla­te­go tak­że, nu da! dla­te­go, że­by się po­znać z pa­nem... wy mnie tam w le­sie po­do­ba­li się... Na ko­niu jeź­dzi­cie jak wo­jen­ny czło­wiek i wot, śmia­ło wy wte­dy w oczy ko­zac­kie­mu set­ni­ku pa­trzy­li; jak on wam tę gad­ką ni­zost’ po­wie­dział, to u was iskry po­sy­pa­ły się z oczu i od­po­wie­dzie­li­ście je­mu do­brze! Nu, i od­wa­ga to by­ła! Z go­ły­mi rę­ka­mi po­mię­dzy szty­ka­mi i pi­ka­mi! Ja wte­dy po­my­ślał so­bie: ma­ła­diec!

— I na­wet po­wie­dział to pan, sły­sza­łem — z wy­try­sku­ją­cą na twarz we­so­ło­ścią za­śmiał się wię­zień.

Nie­uże­li tak? Po­wie­dział? Nu, mo­że i po­wie­dział. Mnie wte­dy wszyst­ko we środ­ku prze­wra­ca­ło się, a jak we mnie wszyst­ko we środ­ku prze­wra­ca się, to ja wte­dy cza­sem sam do sie­bie ga­dam.

Śmiał się. Śmie­li się oby­dwaj.

— A cze­góż pa­nu wte­dy wszyst­ko prze­wra­ca­ło się we środ­ku?

Uczy­nił gest nie­chę­ci, spo­sęp­niał zno­wu.

— Dłu­go by o tym ga­dać. Mo­że kie­dy­kol­wiek póź­niej, jak in­sze­go dnia przyj­dę. Ale te­raz po­wiem jed­ną rzecz, że­by pa­na po­cie­szyć! Ja wi­dział, że pan ko­nie lu­bisz i te­go, na któ­rym pan je­cha­łeś, oczy­ma prze­pro­wa­dza­łeś na po­że­gna­nie, tak jak­byś z przy­ja­cie­lem że­gnał się. To pięk­ny koń i be­stia ro­zum­ny. Ja nie chciał­bym, że­by on w złym rę­ku zmar­no­wał się i dla­te­go po­pro­sił, że­by je­go mnie od­da­li. Tam­ten mój sta­ry już był i za cięż­ki. Nu, da! Ten koń u mnie jest te­raz i ja mo­gę pa­na po­cie­szyć, że on zdrów i że ja z nim ob­cho­dzę się jak z dziec­kiem.

Więź­nio­wi rze­czy­wi­ście oczy pa­li­ły się z ra­do­ści.

— Mój Pio­run! my­śla­łem, że za­bi­ty al­bo że go mę­czą, gło­dzą... Dzię­ku­ję pa­nu i za do­bre dla nie­go chę­ci, i za mi­łą o nim no­wi­nę. Lu­bi­łem... nie! ko­cha­łem to pięk­ne, ro­zum­ne zwie­rzę, w ogó­le prze­pa­dam za koń­mi!

— To tak jak ja! — za­wo­łał ofi­cer. — Od dzie­ciń­stwa za koń­mi prze­pa­da­łem i choć my z nie­bosz­czy­kiem oj­cem w mia­stecz­ku miesz­ka­li, to ma­łym bę­dąc za­wsze ad­na­koż choć szka­py ja­kiej do­pad­nę i le­cę na niej na mia­stecz­ko na zła­ma­nie kar­ku, tyl­ko że u nas w pie­szych puł­kach ofi­cer­skie ko­nie nie­tę­gie! Ot ten pań­ski... jak on na­zy­wa się? Pio­run? Do­brze, ja bę­dę go tak na­zy­wać... ta­kie ro­zum­ne zwie­rzę przy­wy­ka do swe­go... jak to po­wie­dzieć.

— Imie­nia!

Da, da! I jak na nie­go za­wo­łać tym imio­nem, do któ­re­go przy­wykł, to gło­wę od­wra­ca al­bo jak dziec­ko za czło­wie­kiem idzie. Ten pań­ski Pio­run to krwi an­gli­czań­skiej koń, praw­da?

— Pół­krwi — od­parł wię­zień.

— Ta­kie cza­sem naj­lep­sze.

Przez kil­ka mi­nut roz­ma­wia­li o róż­nych ra­sach ko­ni, ich przy­mio­tach i przy­wa­rach. Oży­wi­li się obaj. Wię­zień za­śmiał się raz gło­śno i we­so­ło; ofi­cer zmie­nił się do nie­po­zna­nia w tej po­ufa­łej ga­wę­dzie o przed­mio­cie wspól­nie ulu­bio­nym. Za­czął już na­wet z mniej­szą niż przed­tem trud­no­ścią mó­wić po pol­sku i cza­sem za­trzy­mu­jąc się wśród mó­wie­nia za­py­ty­wał: jak to po­wie­dzieć?...

— Prze­pra­szam pa­na, że za­py­tam — za­czął wię­zień — ale chciał­bym wie­dzieć, gdzie się pan uro­dził.

— Gdzie ja uro­dził się? W ma­jąt­ku oj­ca, w wi­leń­skiej gu­ber­ni, ale czte­ry la­ta miał, kie­dy oj­cu ten ma­ją­tek za dłu­gi sprze­da­li i on za­czął o służ­bę sta­rać się. Służ­bę pręd­ko on zna­lazł, ale aż w twier­skiej gu­ber­ni! I my tam wy­jeż­dża­li, kie­dy ja pię­ciu lat jesz­cze nie miał. Ale dla­cze­go pan mnie o to py­tał się...

— Tak... — z wa­ha­niem od­po­wia­dał Awicz. — Mó­wić... pan za­po­mniał!...

Ofi­cer rę­ką mach­nął.

— Ech! Jak ja dziec­kiem był, to w do­mu za­wsze po pol­sku mó­wił, ale je­de­na­ście lat miał, kie­dy do kor­pu­su oj­ciec od­dał... Już on wte­dy, przy­znać się, trosz­kę pił i był bar­dzo bied­ny, a w kor­pu­sie na rzą­do­wy szczot nic nie kosz­to­wa­ło... Tak ja tam i za­po­mniał... a po­tem gdzie by­ło przy­po­mi­nać? Jak z Apol­kiem czę­sto wi­dy­wał się, to trosz­kę so­bie przy­po­mniał, bo on ina­czej jak na swo­im rod­nym ję­zy­ku roz­ma­wiać nie chciał...

— Jak to swo­im, czy i nie pań­skim tak­że? Chy­ba mat­ka... prze­pra­szam, że jesz­cze za­py­tam, kim by­ła mat­ka pań­ska?

— Jak to kim?

— Ja­kiej na­ro­do­wo­ści?

Na­rod­no­sti? Ja­kiej­że ona mo­gła być? Tak sa­mo w wi­leń­skiej gu­ber­ni uro­dzi­ła się... Po­lka...

Wpół śmie­jąc się, wpół z przy­krym uczu­ciem Awicz za­wo­łał:

— Ano to pan z po­cho­dze­nia jest Po­la­kiem cał­ko­wi­tym!...

Spo­sęp­niał zno­wu ofi­cer.

Z pra­ischoż­dien­ja da... no, co zna­czy pra­ischoż­dien­je? Ot, po­wiem pa­nu, że ja, nim tu z woj­skiem przy­je­chał, ni­g­dy o ta­kich rze­czach nie my­ślał. Nie przy­wykł. A je­że­li kie­dy i po­my­ślał, to za­wsze tyl­ko ty­le, że ta­kie rze­czy po­łno ni­cze­wo nie zna­czą. I te­raz do­pie­ro ja za­czął o nich my­śleć... i za­czę­ło mnie zda­wać się, że one coś zna­czą.

Spoj­rzał na ze­ga­rek.

Ad­na­koż mnie po­ra! Za­sie­dział się ja u pa­na. Czy pan po­zwo­lisz mnie cza­sem przy­cho­dzić? Sym­pa­tju ja mam do pa­na i bar­dzo pa­na ża­łu­ję.

Ro­zej­rzał się po ce­li.

— Smut­no tu sie­dzieć... sa­me­mu... w nie­wy­go­dach? a?

— Nie­we­so­ło. Ale te­raz mniej smut­no, bo książ­ki czy­tać po­zwo­li­li i na­wet nie wiem, skąd ta ła­ska.

Dziw­ny uśmiech prze­wi­nął się po zmar­kot­nia­łej już przed­tem twa­rzy ofi­ce­ra. By­ło w nim fi­glar­no­ści tro­chę i we­wnętrz­ne­go trium­fu, któ­re jed­nak pręd­ko zga­sły. Na książ­kę le­żą­cą na zy­dlu spoj­rzał.

— Ja czy­tać nie przy­wykł... ale te­mu, kto przy­wykł...

— Te­mu, kto przy­wykł — pod­jął Awicz — książ­ka da­wać mo­że chwi­le szczę­ścia w nie­szczę­ściu...

— Nu, to do­brze, że pan ją te­raz masz!

Pod­niósł się ze stoł­ka. Wes­tchnął.

— Nie chce się iść! Ni­by to pan za­mknię­ty sie­dzisz, a ja po wol­nym świe­cie cho­dzę, a ad­na­koż mo­że pa­nu... jak to po­wie­dzieć... mo­że pa­nu i nie go­rzej niż mnie. Bo ja­ki to świat? Brzyd­ki, pod­ły świat... krew ludz­ka na nim się le­je... lu­dzie jed­ni dru­gich nie­na­wi­dzą... I naj­gor­sze to, że czło­wiek sam sie­bie nie ro­zu­mie i cza­sem sam na sie­bie chciał­by plu­nąć... To i nie chce się cza­sem po tym świe­cie cho­dzić!

Głę­bo­kie, gnę­bią­ce cier­pie­nie roz­la­ło się mu po twa­rzy.

— To przyjdź pan zno­wu kie­dy­kol­wiek, sko­ro ta mo­ja no­ra tak się pa­nu po­do­ba­ła — uprzej­mie rzekł Awicz.

Przyj­du... mnie moż­na do pa­na przy­cho­dzić. Ni­ko­mu nie moż­na, a mnie moż­na...

— Dla­cze­góż to?

Ofi­cer zni­żył głos.

— Ple­cy, wi­dzisz pan, mam! Wot, dla­cze­go.

— Jak to ple­cy? Co to?

Wot ta­kie ple­cy, co mnie od wszyst­kie­go bro­nią... Mnie dla­te­go i po tym nie­szczę­ściu w le­sie z rot­na­zwo ko­man­dir­stwa nie zrzu­ci­li. Dru­gi by tak po­le­ciał, że je­jej! A mnie on bro­nił, przez to ja i do pa­na przy­cho­dzić mo­gę, kie­dy tyl­ko ze­chcę...

O krok je­den stał przed Awi­czem, w po­sta­wie wa­ha­ją­cej się, z wy­ra­zem zmie­sza­nia na twa­rzy.

— I sam nie wiem — za­czął — czy mo­gę pa­nu rę­kę po­dać, czy nie mo­gę?

Awicz po­dał mu rę­kę, któ­rą dłoń ofi­ce­ra ob­ję­ła sil­nym, tro­chę drżą­cym uści­skiem. Coś na kształt usza­no­wa­nia i roz­czu­lo­nej nie­śmia­ło­ści od­ma­lo­wa­ło się w tej chwi­li na je­go twa­rzy.

Od­cho­dził. U drzwi od­wró­cił się jesz­cze.

— Wiesz pan co?... Ja my­śleć so­bie za­czy­nam, że ad­na­koż ta­kie rze­czy mu­si być wie­le zna­czą. Idziesz z woj­skiem na mia­tież­ni­kow i głaz na głaz spo­ty­kasz się z bra­tem... z bra­tem, któ­re­go jak swo­je ży­cie lu­bisz. I twe­go bra­ta za­bi­ja to woj­sko, któ­re­mu ty sam za­ko­men­de­ro­wał: strze­lać! Wot, co ta­kie rze­czy...

Głos mu się w gar­dle za­ła­mał. Szyb­kim ru­chem ob­ró­cił się ku drzwiom i z twa­rzą przy­ło­żo­ną do znaj­du­ją­ce­go się w nich okrą­głe­go otwo­ru krzyk­nął:

Atwa­rit’!

Brzmie­nie okrzy­ku te­go by­ło zno­wu gru­be, twar­de, ostre i przy­po­mi­na­ło Awi­czo­wi ka­pi­ta­na wy­krzy­ku­ją­ce­go sło­wa ko­men­dy na owej gro­bli.

Nie dziw, że w spo­sób ta­ki zno­wu prze­ma­wiać za­czy­nał, wszak­że z tej ce­li wię­zien­nej wy­cho­dził na świat wol­ny!



V

Pa­rę dni mi­nę­ło i zno­wu w po­rze nie­zwy­kłej cięż­ki klucz za­zgrzy­tał w gru­bym zam­ku, ale tym ra­zem za otwie­ra­ją­cy­mi się drzwia­mi głos ko­bie­cy mło­dy i świe­ży spy­tał:

— Czy moż­na?

Ach, To­si głos!

Alek­san­der jed­nym sko­kiem był już przy drzwiach.

— Ciot­ko! Ciot­ko dro­ga! Naj­mil­sza! Zło­ta!

Ca­ło­wał rę­ce si­wej ko­bie­ty w czar­nej suk­ni, a po­tem obie swo­je wy­cią­gnął ku pięk­nej dziew­czy­nie, któ­rej błę­kit­ne oczy sta­ły w bla­sku ra­do­ści i łez. Z ty­mi błysz­czą­cy­mi oczy­ma i fi­lu­ter­nym uśmie­chem na twa­rzy bled­szej i chud­szej niż przed­tem, z rę­ko­ma uwię­zio­ny­mi w je­go rę­kach, mó­wi­ła:

— Wi­dzisz, Ole­siu, wi­dzisz! Mu­sia­łeś jak za­jąc jed­nym okiem spać na ko­niu, bo wpa­dłeś im w rę­ce!

Po czym z oczu jej wy­pły­nę­ły łzy, któ­re je tak błysz­czą­cy­mi czy­ni­ły i wte­dy moż­na by­ło po­znać, że wie­le przez ty­go­dnie ostat­nie pła­ka­ła.

Ale ja­kim cu­dem, ja­kim cu­dem przyjść tu mo­gły, sko­ro ni­ko­mu nie po­zwa­la­ją. Tak, one sa­me te­go nie ro­zu­mie­ją. Od­ma­wia­no do­tąd i od­ma­wia­no po­zwo­le­nia na wi­dze­nie się z więź­niem i czy­nio­no to w spo­sób przy­kry, szorst­ki. Na­gle zmię­kło to, zła­god­nia­ło i po­zwo­li­li... na krót­ko wpraw­dzie, ale na­wet bez świad­ków. Dość jed­nak o tym. Ty­sią­ce rze­czy jest do po­wie­dze­nia. Miesz­ka­ją te­raz w po­bli­żu te­go mia­stecz­ka u krew­nych, bo dwór zruj­no­wa­ny...

— Jak to zruj­now­ny?

— W cza­sie re­wi­zji. — Opo­wie­dzia­ły o niej wszyst­ko.

Otóż dwór ra­zem z ma­jąt­kiem uległ urzę­do­we­mu opi­so­wi, któ­ry jest wstę­pem do kon­fi­ska­ty. Ka­za­no im stam­tąd wy­je­chać. Syn jed­nej, a brat dru­giej uwię­zio­ny, nie tu­taj, gdzie in­dziej go po­wieź­li, a one tam za nim je­chać jesz­cze nie mo­gą...

Te­raz mat­ka mó­wiąc o sy­nu roz­pła­ka­ła się, ale dwo­je mło­dych pa­trza­ło na sie­bie z nie­bem w oczach.

Po­tem o par­tii, któ­ra roz­pro­szy­ła się by­ła, lecz wkrót­ce zno­wu zgro­ma­dzi­ła się kę­dyś da­lej, o uwię­zio­nych i za­bi­tych, o wą­tłych na­dzie­jach, o okrop­nych trwo­gach, o ca­łej tej tra­ge­dii prze­raź­li­wej, któ­rej jed­nak echa do tych ścian nie prze­ni­ka­ły.

Z dwu par oczu mło­dych i za­ko­cha­nych nie­bo szczę­ścia znik­nę­ło, a po­wró­ci­ły do nich po­nu­re trwo­gi i prze­szy­wa­ją­ce ża­le zie­mi ze wszyst­kich ziem glo­bu naj­niesz­czę­śliw­szej.

Po­tem jesz­cze: jak ci tu jest? co ja­dasz? jak sy­piasz? cze­go ci trze­ba? Mo­że po­zwo­lą przy­słać! Mo­że po­zwo­lą zno­wu przyjść! Bę­dą do mia­stecz­ka przy­jeż­dża­ły, bę­dą pro­si­ły... Jak się skoń­czy? Bo­że mi­ło­sier­ny... jak się to wszyst­ko skoń­czy dla nie­go, dla nich, dla wszyst­kich, dla spra­wy?

I czas już ubiegł, ostrze­gło o tym pu­ka­nie do drzwi do­zor­cy.

Wsta­li wszy­scy tro­je z wą­skie­go zy­dla. Mat­ka wzię­ła za rę­kę cór­kę i z lek­ka ją ku mło­de­mu więź­nio­wi przy­bli­ża­jąc, drżą­cy­mi war­ga­mi mó­wi­ła:

— Od­da­ję ją to­bie, Ole­siu! Do­tąd by­łam prze­ciw­na... bo po­kre­wień­stwo bli­skie, a mał­żeń­stwa po­mię­dzy krew­ny­mi... po­dob­no... I jesz­cze jed­no: o czymś in­nym dla To­si ma­rzy­łam... Każ­da mat­ka ma dla dziec­ka swe­go ja­kieś ma­rze­nia... Wi­dzisz, spo­wia­dam się... Ale te­raz, mój Ole­siu, kie­dyś ty ta­ki nie­szczę­śli­wy i ta­ki dziel­ny syn oj­czy­zny... zo­stań­że i mo­im sy­nem... Gdy tyl­ko bę­dziesz wol­ny...

Nie mo­gła mó­wić da­lej od wzru­sze­nia, a oni obo­je przed nią klę­cząc ko­la­na jej obej­mo­wa­li.

Do­zor­ca, wciąż do drzwi pu­ka­jąc, sły­szał w ce­li wię­zien­nej płacz nie tyl­ko nie­wie­ści, lecz, jak mu się zda­wa­ło, i mę­ski tak­że.

Ode­szły. Wię­zień po­zo­stał sam. W gło­wie mu szu­mia­ło, w pier­si ser­ce jak­by wy­ro­sło, tak dła­wi­ło łza­mi co chwi­la wzbie­ra­ją­cy­mi. Wstyd pła­kać jak dziec­ko al­bo ko­bie­ta! Ma­zga­jem ni­g­dy nie był. Ow­szem, był prze­cież we­so­łym Ole­siem. Ale te­raz te kil­ka ty­go­dni mę­ki róż­nej, a po nich ta­ka ra­dość...

Czy tyl­ko bę­dzie wol­ny? W zu­peł­no­ści nie. Wy­rok na nie­go spaść ma­ją­cy mógł być tyl­ko mniej al­bo wię­cej sro­gi; wol­no­ści zu­peł­nej mu nie po­wró­cą. Wie­dział o tym, ale wie­dział też i o czymś in­nym, co mu ból wia­do­mo­ści tam­tej nie­mal w uczu­cie szczę­ścia za­mie­nia­ło. Wie­dział, że na żad­nej dro­dze i w żad­nej ot­chła­ni, w ża­den czas bu­rzy i w ża­den czas sło­ty nie opu­ści go ko­bie­ta, któ­rą ko­chał.

W kil­ka go­dzin po­tem ca­łe­go w ogniu, w ma­rze­niach, w nie­po­ko­jach zna­lazł go wcho­dzą­cy do ce­li ofi­cer. Zra­zu gło­wę tyl­ko przez uchy­lo­ne drzwi wsu­wa­jąc, za­py­tał:

— Czy nie mie­szam?

— Nie! Nie! Nie prze­szka­dza mi pan w ni­czym. Pro­szę wejść! Chcia­łem na­wet zo­ba­czyć się z pa­nem.

Wszedł po­wi­ta­niem tym wy­raź­nie ura­do­wa­ny i dość dziw­nie na twa­rzy je­go, naj­czę­ściej po­nu­rej, wy­glą­dał uśmiech fi­lu­ter­ny, z ja­kim py­tał:

— A co? Krew­ne pań­skie by­ły?

— By­ły, pa­nie, by­ły! Tak cie­szę się, że je wi­dzia­łem i tyl­ko się dzi­wię...

— Cze­mu pan się dzi­wisz?

— Że po­zwo­li­li...

Ofi­cer zno­wu na jed­nym w ce­li stoł­ku drew­nia­nym usiadł, dło­nie na ko­la­nach oparł i łok­cie z fan­ta­zją roz­sta­wił.

— Che, che, che — z ci­cha za­śmiał się — che, che, che!

A si­we oczy je­go w roz­go­rącz­ko­wa­nej twa­rzy więź­nia tkwią­ce mia­ły w so­bie coś jak­by opie­kuń­cze­go i za­ra­zem dum­ne­go; zda­wa­ły się cie­szyć je­go ra­do­ścią i za­ra­zem mó­wić: „A wi­dzisz, co ja mo­gę! A wi­dzisz, ja­ki ja!”

Wot kie­dy już do te­go przy­szło, to już pa­nu po­wiem, jak to by­ło.

Na gru­be drzwi za­mknię­te nie­spo­koj­ne wej­rze­nie rzu­cił i ku Awi­czo­wi po­chy­lo­ny szep­tał:

— Tu jest ta­ki czło­wiek, co na bar­dzo wy­so­kim post­ie stoi. To mój to­wa­rzysz z kor­pu­su i my już w kor­pu­sie bar­dzo je­den dru­gie­go lu­bi­li. A po­tem to ja raz z wiel­kie­go nie­szczę­ścia go wy­ra­to­wał. Mniej­sza o to, ja­kie to by­ło nie­szczę­ście i jak ja je­go ra­to­wał, ale choć on na wy­so­kim post­ie stoi i wie­le mo­że, a ja ma­ły so­bie czło­wiek, tak by­ło i on ni­g­dy o tym nie za­po­mniał. On mnie lu­bi, to mój praw­dzi­wy drug...

— To są ple­cy pań­skie i pan się do nich za mną wsta­wiał...

Po­ta­ku­ją­co gło­wą ski­nął.

— Ja na­wet skła­mał przed nim i po­wie­dział, że pan je­steś mój ple­mian­nik.

Alek­san­der był wzru­szo­ny.

— Dzię­ku­ję! Nie wiem, cze­mu przy­pi­sać...

Nu wot! Cze­mu przy­pi­sać? Ja pa­na po­lu­bił... kak to od ra­zu... jesz­cze tam w le­sie... pan Apol­ka zna­łeś i ja na­wet przy­po­mniał so­bie, co on mnie o pa­nu mó­wił...

— Nie, nie! To nie to... — z ży­wo­ścią za­prze­czył wię­zień. — Pan w ogó­le mu­sisz być... Mó­wi­ły mi prze­cież krew­ne mo­je, ja­kie nie­szczę­ścia stać by się mo­gły... że­by tam wte­dy pa­na nie by­ło!

— Mó­wi­ły, mó­wi­ły pa­nu o tym!

Oczy roz­bły­sły mu ucie­chą, któ­ra jed­nak pręd­ko zga­sła.

Nu, da! Ale co w tym osob­ne­go? Zwie­rzem by chy­ba trze­ba być...

— A jed­nak — nie bez pew­nej iro­nii prze­rwał Alek­san­der — gor­li­wym pan je­steś w swo­jej służ­bie. W cza­sie re­wi­zji owej sroż­szy pan był od to­wa­rzy­sza swe­go i po­tem, tam... na gro­bli... sam wi­dzia­łem, z ja­ką gor­li­wo­ścią, z ja­kim za­pa­łem...

Wy­pro­sto­wał się ofi­cer i z wiel­ką po­wa­gą w po­sta­wie i na twa­rzy prze­rwał:

— To był mój obo­wią­zek. Raz ja na służ­bę po­szedł, to już uczci­wie słu­żyć po­wi­nien. Ja z te­go chleb jem i po­wi­nien ro­bić to, za co mnie chleb ten da­ją, ina­czej ja był­bym zdraj­cą, a zdra­da to pa­skud­na rzecz, brud­na. Pan to sam ko­zac­kie­mu set­ni­ko­wi po­wie­dział i ja wten­czas pa­na po­lu­bił! To pan wiesz...

— Nie mo­gę od­mó­wić pa­nu słusz­no­ści. Tak jest, jak pan mó­wi — z ta­ką sa­mą po­wa­gą, z ja­ką mó­wił ofi­cer, od­po­wie­dział wię­zień.

Nu, da! Mnie ka­za­li zro­bić re­wi­zju, to ja po­wi­nien był ją zro­bić jesz­cze le­piej, jak­by ją in­ny ro­bił...

— Dla­cze­góż jesz­cze le­piej...

A wot wi­dzi­cie dla­te­go, że ja pol­skie­go pra­ischoż­dien­ja czło­wiek... to na mnie po­dej­rze­nie mo­że paść, że zdra­dzam... i po­dej­rze­wał mnie o to set­nik ko­zac­ki, to ja je­mu chciał po­ka­zać, że cze­si’ i so­wiest’ mo­je czy­ste. Ale bez­bron­nych za­bi­jać i... róż­ne tam po­szło­sti do­ka­zy­wać... nikt nie ka­że... to do służ­by nie na­le­ży. Nu, da! Do służ­by ofi­cer­skiej to na­wet na­le­ży, że­by te­go nie by­ło... Wi­dzisz pan, że ja i w jed­ną stro­nę, i w dru­gą stro­nę tyl­ko obo­wią­zek swój speł­niam...

Po­chy­lił twarz, za­my­ślił się.

— Zda­je się wszyst­ko do­brze... W woj­sku słu­żysz, na woj­nę idziesz, ro­bisz to, co na­czal­stwo ka­że, obo­wią­zek swój speł­niasz, ni­cze­go in­ne­go tu i być nie mo­że... a ad­na­koż... cięż­ko... jej, jej! Jak cięż­ko, ja­ki żal... Wszyst­ko prze­wra­ca się we środ­ku...

Ostat­nie sło­wa wy­ma­wiał z czo­łem opar­tym na dło­ni, szep­tem cięż­kim, ta­kim, jak­by prze­ma­wiał do zie­mi, w któ­rą wle­piał wzrok zmą­co­ny, po­nu­ry.

— Dla­cze­go tak cięż­ko? Cze­go ta­ki żal? — ze współ­czu­ciem i cie­ka­wo­ścią za­py­tał Awicz.

A wot, że­by ja sam o tym wie­dział, to był­by kon­tent. Zda­je się, co tu ta­kie­go? Głu­po­stiej na­ro­bi­li... mia­tież, bunt. Uspo­ko­ić trze­ba. Na to woj­sko i na to ja ofi­cer. Śmier­ci nie bo­ję się! Tru­sem mnie Pan Bóg nie stwo­rzył. Ad­na­koż ta­ki żal, ta­ki smu­tek, ta­ka ja­kaś we środ­ku trud­ność... My­ślę, ja my­ślę, co mnie ta­kie­go sta­ło się i nie ro­zu­miem.

Nie ro­zu­miał tych in­stynk­tów, któ­re pra­co­wać w nim za­czę­ły i tej iskry, któ­ra w nim spa­ła dłu­go, a te­raz roz­pa­lać się za­czy­na­ła w pie­ką­cy pło­mień.

— Po­ło­że­nie okrop­ne! — szep­nął Alek­san­der, po­tem z ży­wo­ścią za­wo­łał:

— Dla­cze­go pan wprzód, nim tu z woj­skiem przy­był, dy­mi­sji swej nie za­żą­dał?

Nic do­rów­nać by nie mo­gło zdu­mie­niu, z ja­kim ofi­cer oczy na nie­go pod­niósł.

— Do dy­mi­sji! — po­wtó­rzył z osłu­pie­niem. — W od­staw­ku! A co ja bym po­tem na świe­cie ro­bił?

By­ła w tym po­wie­dze­niu praw­da gorz­ka i twar­da. Co on by ro­bił w je­de­na­stym ro­ku ży­cia do kor­pu­su od­da­ny i ze wszyst­kich na tym świe­cie ro­bót zna­ją­cy tyl­ko służ­bę woj­sko­wą, ale za to, jak nie bez pew­nej chlu­by mó­wił, zna­ją­cy ją jak rzad­ko kto wy­bor­nie i lu­bią­cy ją, chlu­bią­cy się nią do­tąd... Tyl­ko te­raz coś ta­kie­go dziw­ne­go z nim się sta­ło...

W du­szę swą głę­bo­ko nie spo­glą­dał. Nie przy­wykł. By­ły chwi­le, że gniew ogrom­ny zry­wał się w nim prze­ciw tym bez­um­com, obłą­kań­com, któ­rzy te­mu wszyst­kie­mu by­li win­ni i gdy sam jed­nak w ofi­cer­skim miesz­ka­niu swo­im o nich my­ślał, zda­wa­ło mu się, że ich nie­na­wi­dzi, że ni­mi, że ich głu­po­tą gar­dzi, że z roz­ko­szą starł­by ich z po­wierzch­ni zie­mi. Ale trze­ba by­ło jed­ne­go tyl­ko spo­tka­nia, jed­ne­go wi­do­ku, jed­nej cza­sem o nich wie­ści za­sły­sza­nej, bo­ha­ter­skiej lub tra­gicz­nej, aby zno­wu ja­kieś sza­ta­ny draż­nią­ce i szar­pią­ce do wnę­trza je­go wstą­pi­ły. Po­mię­dzy sza­ta­na­mi ty­mi od­krył raz jed­ne­go, któ­re­mu na imię: wstyd. Ani cie­nia po­ję­cia nie miał o tym, cze­go by miał się wsty­dzić. Jed­nak ten to sza­tan wła­śnie wszyst­ką krew rzu­cił mu do twa­rzy, gdy w cza­sie owej re­wi­zji w owym dwo­rze ko­bie­ta wdzięcz­na mu za zba­wie­nie swych dzie­ci za­py­ta­ła go, jak się na­zy­wa. Kar­ło­wic­ki! Brzmie­nie te­go na­zwi­ska... Za nic w świe­cie nie zdo­łał­by go wów­czas gło­śno wy­mó­wić. A set­nik ko­zac­ki z iro­nią na nie­go pa­trzał, le­piej mo­że go ro­zu­mie­jąc niż on sam sie­bie!

Ani na chwi­lę już dnia te­go nie od­zy­skał tej ru­basz­nej i do­bro­dusz­nej we­so­ło­ści, któ­ra nie­kie­dy po­sęp­ną twarz je­go roz­ja­śnia­ła. Ba­wił też krót­ko, ale przed odej­ściem za­py­tał jesz­cze Alek­san­dra, czy ta pięk­na pan­na, któ­ra go dziś ra­zem ze swą mat­ką od­wie­dzi­ła, jest je­go na­rze­czo­ną.

Dziś wła­śnie od­by­ły się ich za­rę­czy­ny.

— Dziś? Gdzie? Tu? Jak to?

Awi­cza zdu­mie­nie je­go roz­śmie­sza­ło.

Cóż w tym dziw­ne­go? Ko­cha­ją się z so­bą od dzie­ciń­stwa, ale do­tąd mat­ka sprze­ci­wia­ła się ich chę­ciom z po­wo­du po­kre­wień­stwa i in­nych tam ja­kichś swo­ich chę­ci czy za­mia­rów... I dziś wła­śnie po­wie­dzia­ła, że już się nie sprze­ci­wia, że ich z so­bą za­rę­cza. Ofi­cer zno­wu był zdzi­wio­ny.

Wot kak! Wprzó­dy nie zga­dza­ła się, a te­raz kie­dy pan... zgu­bio­ny czło­wiek... zgo­dzi­ła się. Nu, eto już ta­kie... jak to po­wie­dzieć... bła­go­rod­stwo, że czło­wie­ko­wi aż w gło­wie krę­ci się. Ale jak­że to bę­dzie? Czy pan my­śli, że pa­na tak i pusz­czą stąd, bez żad­ne­go na­ka­za­nia? To być nie mo­że. Ze­ślą pa­na, gdzie gorz­ki pieprz ro­śnie i ma­ją­tek pew­no od­bio­rą...

Szczę­śli­wy uśmiech roz­lał się po twa­rzy więź­nia. Zni­żo­nym nie­co od roz­ma­rze­nia gło­sem od­po­wie­dział:

— Wiem o tym, ale i te­go rów­nież pe­wien je­stem, że na­rze­czo­na mo­ja nie opu­ści mnie ani w ubó­stwie, ani na wy­gna­niu i że w każ­dej ot­chła­ni, wśród każ­dej bu­rzy czy sło­ty ży­cia bę­dzie­my so­bie na­wza­jem po­mo­cą i zba­wie­niem.

Ofi­cer stał przez chwi­lę mil­cząc i w zie­mię pa­trząc. Po bia­łym je­go czo­le prze­pły­wa­ły po­wsta­ją­ce i zni­ka­ją­ce zmarszcz­ki. By­łyż to fa­le pod­no­szo­ne przez my­śli no­we, dziw­ne, w któ­re wpa­try­wał się, któ­re wy­ro­zu­mieć usi­ło­wał? I mo­że nie tyl­ko przez my­śli. Wy­raz roz­ma­rze­nia okry­wa­ją­cy twarz więź­nia i w je­go oczy wstą­pił. Od­bi­ła się w nich ja­kaś na­gle po­wsta­ła tę­sk­no­ta.

— Ślicz­nie pan to po­wie­dzia­łeś... wot po­ezja to praw­dzi­wa... praw­dzi­wa... i wia­ra w czło­wie­ka, któ­re­go lu­bisz...

A po­tem z wy­bu­chem zmie­sza­nych uczuć przy­jaź­ni i za­zdro­ści.

Nu, da! Szczę­śli­wy z pa­na czło­wiek!

— Choć zgu­bio­ny? — uśmiech­nął się Alek­san­der.

Nu, nie ze wszyst­kim zgu­bio­ny. Ale choć w bie­dę wpadł, ad­na­koż szczę­śli­wy!

Gdy od­cho­dząc szedł ku drzwiom, kro­ki je­go cięż­szy­mi zda­wa­ły się być niż zwy­kle.

Dość dłu­go po­tem nie po­wra­cał, aż przy­szedł zno­wu i za­raz po po­wi­ta­niu po­wie­dział, że czuł się nie­zdrów i że mu w ogó­le na cie­le i du­szy nie­do­brze. Więc po co, my­ślał so­bie, miał tu w uspo­so­bie­niu ta­kim przy­cho­dzić? My­ślał na­wet też i o tym, aby już wca­le nie przy­cho­dzić i obec­no­ścią swą więź­nio­wi nie mie­szać, nie do­ku­czać...

— Bo gdzie mnie do was? I co wam ze mną za za­ba­wa? Wy gór­ny czło­wiek, a ja zwy­czaj­nie, z ni­zmien­no­ści... (z ni­zin).

Ale nie mógł wy­trzy­mać. Coś go tu cią­gnie. Chciał­by o nie­któ­re rze­czy za­py­tać się, po­ga­dać o nich i je­że­li Awicz po­zwo­li, to jesz­cze ten raz...

Ależ ow­szem, ow­szem! Nie tyl­ko ten raz, lecz ile ra­zy tyl­ko ze­chce. Czyż nie od­dał je­mu i bli­skim mu oso­bom przy­sług waż­nych? Czy po­mi­mo wszyst­ko, co ich dzie­li­ło, nie by­li zwią­za­ni wspól­no­ścią zie­mi ro­dzin­nej i mo­że czymś wię­cej jesz­cze?...

— Czym­że? Czym­że? Ja­kie mię­dzy na­mi mo­że być po­do­bień­stwo? — na­glą­co do­py­ty­wał się ofi­cer. Wi­dać o to po­do­bień­stwo szło mu bar­dzo.

— Czy pan czu­je się szczę­śli­wy? — wza­jem­nie za­py­tał go Awicz.

Uczy­nił rę­ką gest gwał­tow­ny.

K czor­tu ta­ko­je szcza­stje!

— No, wi­dzisz pan! Je­den z nas w ta­ki spo­sób, dru­gi w ta­ki, a oby­dwaj...

— Ro­zu­miem już, ro­zu­miem i to jest praw­da! — po­nu­ro w zie­mię pa­trząc do­koń­czył ofi­cer.

Po­licz­ki je­go by­ły da­le­ko mniej niż przed­tem ru­mia­ne i peł­ne, na­wet ple­cy zda­wa­ły się mniej sze­ro­kie i mun­dur obej­mo­wał je mniej cia­sno.

Bar­dzo wy­raź­nie schudł i po­bladł. Awi­czo­wi rów­nież każ­dy ubie­ga­ją­cy dzień po­wle­kał twarz co­raz wi­docz­niej­szym pięt­nem wię­zien­nej mę­ki. Sza­fi­ro­we oczy je­go wy­da­wa­ły się ogrom­ne wśród wy­szczu­plo­nej twa­rzy, mło­de cia­ło, swo­bo­dy ru­chu po­zba­wio­ne, na­bra­ło po­ru­szeń ocię­ża­łych, pierś przy­zwy­cza­jo­na do po­wie­trza, prze­strze­ni sze­ro­kich i wol­nych chwi­la­mi z trud­no­ścią od­dy­cha­ła.

Przez kil­ka mi­nut na sie­bie pa­trzy­li, a po­tem jed­no­staj­nie, po­ro­zu­mie­waw­czo wstrzą­snę­li ku so­bie gło­wa­mi.

Ofi­cer na stoł­ku sie­dział, ale łok­ci z fan­ta­zją nie roz­sta­wiał, oparł je na ko­la­nach i gło­wę w obie dło­nie ująw­szy mó­wił:

— Ja o Apol­ku cią­gle my­ślę... W dzień jesz­cze nic, ale w no­cy to on cią­gle na­de mną stoi, tak jak ja je­go tam na tra­wie wi­dział, z tą czar­ną dziu­rą po­środ­ku czo­ła... Py­tam ja je­go... On był ro­zum­ny chło­piec, szko­ły skoń­czył i z dru­gie­go kur­su uni­wer­sy­tie­ta... To ja je­go py­tam się: „Ja­kim spo­so­bem ty, ta­ki ro­zum­ny chło­piec, nie wie­dział i nie ro­zu­miał...” Ale nie tyl­ko on! Wy wszy­scy z na­uką, z ro­zu­mem, ja­kim spo­so­bem mo­gli te­go nie wie­dzieć i nie ro­zu­mieć, że to bez­um­je jest — su­ma­sze­stwie, na­prze­ciw ta­kiej po­tę­gi sta­wać... Py­tam się ja je­go: „Po co ty, ko­cha­ny chłop­cze mój, z mo­ty­ką prze­ciw słoń­cu ska­kał?” On mnie nic nie od­po­wia­da, ale na dru­gą noc znów przy­cho­dzi, sta­je na­de mną z tą dziu­rą w czo­le i tyl­ko gu­ba­mi po­ru­sza, a mnie zda­je się, że te gu­by mó­wią: „Toż ty sam, bra­cie, za­ko­men­de­ro­wał żoł­nie­rzo­wi: strze­lać!”

Wten­czas ja do nie­go krzy­czę, że po­win­ność swo­ją speł­nił, a u nie­go zno­wu gu­by po­ru­sza­ją się i mó­wią: „Ty do­brze zro­bił, ale ty i pła­kać po mnie nie po­wi­nien, bo ja wro­giem był te­go, ko­mu ty przy­się­gał słu­żyć”. Nu, to i co, że do­brze zro­bił i że nie po­wi­nien pła­kać? Ja pła­czu, bo on do­rog mnie był, bo to by­ła mo­ja krew... I wy wszy­scy mo­ja krew, ja to po­czuł te­raz, kie­dy was po­znał...

Pod­niósł na­gle gło­wę, w twa­rzy Alek­san­dra zdzi­wio­ne i bo­le­ją­ce oczy za­to­pił.

— By­łeś pan kie­dy w Pe­ters­bur­gu?

Py­ta­nie by­ło nie­spo­dzie­wa­ne, od­po­wiedź twier­dzą­ca. Jak­że nie? Zna do­brze to mia­sto, czte­ry la­ta prze­był tam ucząc się, przed ro­kiem za­le­d­wie stam­tąd po­wró­cił. Ofi­cer wciąż zdu­mio­ny­mi oczy­ma na nie­go pa­trzał.

— Ja­kie bo­gac­twa? A? Ja­kie pa­ła­ce, wszyst­ko z dro­go­cen­nych ka­mie­ni bu­do­wa­ne? Mar­mur, gra­nit, ma­la­chit, zło­to wszę­dzie aż cie­ką. Ja­kie pa­ra­dy! A re­wie wo­jen­ne wi­dzia­łeś pan? A?

I bo­gac­two, i pa­ła­ce, i pa­ra­dy, i re­wie Awicz wi­dział i na­wet z bli­ska się im przy­pa­try­wał.

— A ja­kie są si­ły ar­mii na­szej, czy pan wiesz?

I pew­ny, że o tym przed­mio­cie wię­zień do­sta­tecz­nych wia­do­mo­ści po­sia­dać nie mógł, jął szcze­gó­ło­wo mu go wy­kła­dać. Ty­le to i ty­le kor­pu­sów, dy­wi­zji, puł­ków w pie­cho­cie i ka­wa­le­rii, na ta­kie i na ta­kie ro­dza­je i od­dzia­ły po­dzie­lo­na jest ar­ty­le­ria, a w każ­dym z od­dzia­łów znaj­du­je się ty­le i ty­le ar­mat, ko­ni i lu­dzi. Naj­dziel­niej­si wo­dzo­wie, czy­li je­ne­ra­ło­wie kor­pu­sów i dy­wi­zji, na­zy­wa­ją się tak a tak, ma­ją za so­bą ta­kie a ta­kie bi­twy zwy­cię­skie, do­świad­cze­nie woj­sko­we, wszyst­ko, cze­go po­trze­ba, aby każ­de­go nie­przy­ja­cie­la, choć­by naj­sil­niej­sze­go, po­bić, zgnieść, zmiaż­dżyć...

Dłu­go opo­wia­dał, wy­li­czał, wy­ja­śniał, a im dłu­żej mó­wił, tym go­ręt­sza sta­wa­ła się je­go mo­wa. W uczu­ciu po­sza­no­wa­nia, do czci po­su­nię­te­go wzglę­dem tej po­tę­gi oręż­nej, któ­rą sło­wa­mi ma­lo­wał, w uczu­ciu chlu­by, że sam czą­stecz­kę tej po­tę­gi sta­no­wił, zni­kać się zda­wa­ły i milk­nąć te zgry­zo­ty, zwąt­pie­nia i ża­le, od któ­rych jed­nak wy­szczu­pla­ły i po­bla­dły mu po­licz­ki, któ­re spro­wa­dza­ły mu no­ce bez­sen­ne, z wid­mem za­bi­te­go bra­ta sto­ją­cym u wez­gło­wia.

W za­mian po­czy­nał go ogar­niać gniew, któ­ry nim rzu­cał i przez gar­dło je­go krzy­czał w cza­sie re­wi­zji owej w owym dwo­rze.

Po­czął bie­gać po ce­li wię­zien­nej, brwi na­je­ża­jąc, ra­mio­na­mi roz­ma­chu­jąc.

— I wy, wy, garść lu­dzi nie­wo­jen­nych, ma­ła garść, bez ar­mii, bez ar­mat, bez kre­po­sti, bez sław­nych wo­dzów, bez skar­bu, prze­ciw ta­kiej po­tę­dze wy­stą­pi­li! Wied’ eto bez­um­je jest, su­ma­sze­stwie, sa­mo­ubij­stwo, czort zna­jet, szto ta­ko­je... I że­by to głu­pie lu­dzie ro­bi­li, ciem­ne, ale nie! Mię­dzy ty­mi, co ro­bi­li, ma­ło głu­pich i ciem­nych. Sam kwiat na­ro­du... sa­mo je­go świa­tło... Ja te­go zro­zu­mieć nie mo­gę i ja by was za to... czort po­bie­ri, ka­rał, do tur­my sa­dzał, zsy­łał...

Na­gle zno­wu na stoł­ku siadł i w oby­dwie rę­ce gło­wę schwy­cił.

— Oj, Apo­lek ty, Apo­lek, bra­cie ty mój nie­szczę­śli­wy! Ty mnie na tam­tym świe­cie nie prze­kli­naj za to, że ja tak mó­wię! Mnie skorb­no, ża­łost­no, mnie strasz­no, mnie wszyst­ko we środ­ku prze­wra­ca się, kie­dy ja to mó­wię... Ty był ro­zum­niej­szy ode mnie, na­ukę miał... a te­raz każ­dej no­cy do mnie przy­cho­dzisz... Cze­mu ty mnie nie po­wiesz, co ty my­ślał, w co ty ufał, co to­bą ru­ko­wo­di­ło, kie­dy to ro­bi­li?

W chwi­li gdy tak py­tał, dłoń ła­god­na z bra­ter­ską po­ufa­ło­ścią spo­czę­ła mu na ra­mie­niu.

— Ja po­wiem ci o tym, bra­cie Apol­ka, co nim rzą­dzi­ło, kie­dy on to ro­bił. On ko­chał oj­czy­znę i wol­ność. Czy ty wiesz, co to oj­czy­zna? Czy ty wiesz, co to wol­ność? Nie! Ani jed­nej, ani dru­giej tyś na­wet nie wi­dział. I jesz­cze: on nie­na­wi­dził nie­wo­li. Czy ty wiesz, co to nie­wo­la? Nie, tyś ni­g­dy nie uczuł, czym jest ona, boś sam był jej słu­gą. I jesz­cze: on ko­chał daw­ną chwa­łę na­ro­du swe­go. Czy ty wiesz, ja­ką by­ła ta chwa­ła? Nie: to­bie nikt nie uka­zał ani jed­ne­go pro­mie­nia jej ko­ro­ny; ani jed­ne­go strzę­pa jej pur­pu­ry. Więc zro­zu­mieć nie mo­żesz, co w nie­rów­ną tę wal­kę pchnę­ło Apol­ka, co w nią pchnę­ło nas wszyst­kich, ja­kie bu­rze sza­le­ją w pier­si czło­wie­ka dep­ta­ne­go sto­pą prze­mo­cy i ja­kie nie­po­ko­na­ne za­pa­ły zry­wa­ją go spod tej sto­py, aby wy­pro­sto­wać się, gło­wę pod­nieść, ra­mio­na wy­prę­żyć i stać się z ra­ba czło­wie­kiem, czło­wie­kiem wol­nym... To są pra­wa na­tu­ry, któ­re w nas prze­mó­wi­ły, to wo­la Bo­ga, któ­ry każ­de­mu z lu­dzi i z na­ro­dów dał du­szę osob­ną i wol­ną, to krzyk na­szej du­szy do świa­ta, do zie­mi, do nie­ba, że ży­je­my i że ży­ją­cych nikt nie ma pra­wa wtrą­cić do mo­gi­ły. Zgi­nie­my — do­brze, ale ten krzyk nasz, krwią i łza­mi ocie­kły, zo­sta­nie w po­wie­trzu i tym, co po nas przyj­dą, umrzeć nie da i sen­nych zry­wać bę­dzie z pu­cho­wych po­ście­li, i sta­nie się snem czar­nym i snem zło­tym na­ro­du, i chłosz­czą­cym go do wiecz­nej wal­ki bi­czem, a wte­dy do­pie­ro prze­brzmi, kie­dy zwy­cię­ży — idea.

Ale czyś ty my­ślał kie­dy, co to jest idea? Nie; ty mó­wisz: idee to głu­post’. Więc nie ro­zu­miesz te­go, że idee to si­ła po­tęż­niej­sza od two­jej pie­cho­ty i ka­wa­le­rii, od two­ich ar­mat i sław­nych je­ne­ra­łów, bo woj­sko ich to naj­lep­sze ludz­kie gło­wy i ser­ca, a po­lem ich bi­tew to wie­ki. Dziś po­ci­ska­mi ar­mat­ni­mi na proch star­ta idea od­ro­dzi się ju­tro i jej być mu­si prę­dzej czy póź­niej zwy­cię­stwo osta­tecz­ne, i ona jest ro­zu­mem wyż­szym nad cy­frę two­jej ar­mii, nad two­je pe­ters­bur­skie gra­ni­ty i ma­la­chi­ty, nad two­je szy­der­stwa i gnie­wy — bo jest sa­mą praw­dą świa­ta i Bo­ga.

Upadł na zy­del Alek­san­der zmę­czo­ny, wzru­szo­ny i szyb­ko dy­sza­ła mu pierś wy­szczu­pla­ła w po­wie­trzu wię­zien­nym, a o krok przed nim sie­dzą­cy na stoł­ku pod­niósł twarz z czo­łem bla­dym i si­wy­mi oczy­ma, któ­re pod ru­da­wy­mi brwia­mi go­rza­ły jak żuż­le.

— Ja zro­zu­miał... Mo­że nie wszyst­ko, ale wie­le z te­go, co pan mó­wi­łeś, ja zro­zu­miał. Tak jest. Idea to nie głu­post’. Mo­że wy al­bo wa­sze na­śled­ni­ki i zro­bią tak, że na świe­cie żyć bę­dzie le­piej. A te­raz ja ot co po­wiem! Nie pan je­steś czło­wie­kiem zgu­bio­nym, choć pa­na Sy­bir cze­ka, ale ja... dla­te­go, że o ta­kich rze­czach ni­g­dy nie my­ślał, nie wie­dział... ja czło­wiek zgu­bio­ny... Że­by i je­ne­ra­łem zo­stał, to czu­ję!... że ad­na­koż zgu­bio­ny! — Pod­niósł się ze stoł­ka, na ze­ga­rek spoj­rzał.

A wsio ta­ki na służ­bę trze­ba.

Wstrzą­snął sil­nie rę­ką więź­nia.

— Dzię­ku­ję pa­nu! Dzię­ku­ję! Dzię­ku­ję!

Za co tak go­rą­co i dłu­go dzię­ko­wał! Czy za roz­ja­śnia­nie przed nim ciem­no­ści, w któ­re wpa­try­wał się prze­stra­szo­ny­mi oczy­ma? Czy za obu­dza­nie mu w gło­wie my­śli wyż­szych nad ba­gne­ty, ar­ma­ty, ma­la­chi­ty, gra­ni­ty i woj­sko­we re­wie? Czy mo­że za to bra­ter­skie ty, któ­re w gło­sie Alek­san­dra za­brzmia­ło mu echem gło­su Apol­ka?

W dniach na­stęp­nych jesz­cze kil­ka ra­zy uka­zał się w ce­li wię­zien­nej, na krót­ko jed­nak, bo miał ja­kieś waż­ne za­ję­cia służ­bo­we, któ­re mu czas za­bie­ra­ły. Roz­ma­wia­li jed­nak ze so­bą, choć za­wsze nie­dłu­go, o rze­czach róż­nych, po­wsze­dnich i nie­po­wsze­dnich, ofi­cer więź­nio­wi tro­chę o ży­ciu swo­im opo­wia­dał, o ofi­cer­skim ży­ciu, któ­re po­za czyn­no­ścia­mi służ­bo­wy­mi wy­peł­nia­ły kar­ty, ko­bie­ty, hu­lan­ki. On ty­le tyl­ko, że pi­ja­kiem nie był. Zresz­tą wszyst­ko tak jak in­ni...

— Pod­łe ży­cie! — rzekł raz. — Co tak żyć, to mo­że i le­piej tak jak Apo­lek...

Po­tem Awicz przez czas ja­kiś go nie wi­dy­wał, aż dnia pew­ne­go...



VI

Dnia pew­ne­go ka­pi­tan Apo­li­na­ry Kar­ło­wic­ki wy­szedł od przy­ja­cie­la swe­go sto­ją­ce­go na wy­so­kim post­ie jak­by ogłu­szo­ny i ośle­pły, tak prze­ra­żo­ny i zgnę­bio­ny. Coś czar­ne­go wi­sia­ło mu przed oczy­ma, coś cięż­kie­go le­ża­ło mu na gło­wie, coś strasz­ne­go wstrzą­sa­ło je­go ser­cem.

Na świe­cie sier­pień już był; nad zie­mią w żół­te ścier­ni­ska ubra­ną czas pły­nął w sza­cie czar­nej i skra­ja­mi jej tu i ów­dzie za­cze­piał o su­cho na błę­ki­tach nie­ba wy­ry­so­wa­ne li­nie szu­bie­nic.

La­sy opu­sto­sza­ły i gło­sy oręż­nych bo­jów prze­sta­ły już prze­ra­żać ptac­two zbie­ra­ją­ce się już do je­sien­nych od­lo­tów; na­to­miast za­lud­ni­ły się i prze­lud­ni­ły wię­zie­nia; za­lud­ni­ły się i prze­lud­ni­ły że­la­zne wo­zy uwo­żą­ce gro­ma­dy ludz­kie w kra­iny nie­przej­rza­nych od­da­li i nie­zgłę­bio­nych cier­pień.

Za­dzwo­ni­ły po mia­stach i dro­gach kaj­da­ny, roz­bie­gło się po sze­ro­kim kra­ju sło­wo: ka­tor­ga.

Sta­ły smu­kłe to­po­le wło­skie nad da­cha­mi dwo­rów wiej­skich i w ci­chej po­go­dzie sierp­nio­wej mil­czą­ce słu­cha­ły roz­le­ga­ją­cej się u stóp ich szum­nie, dum­nie, zwy­cię­sko mo­wie do­tąd nie słu­cha­nej, mo­wie ob­cej.

Czy to­po­le te by­ły wyż­sze od czar­no i su­cho na błę­ki­cie nie­ba ry­su­ją­cych się li­nii szu­bie­nic? I czy spo­środ­ka niw w żół­te ścier­ni­ska ob­le­czo­nych pa­trza­ły one na te li­nie, któ­re wzno­si­ły się u ni­skich ścian mia­ste­czek i u wy­so­kich mu­rów miast?

Każ­de mia­stecz­ko i każ­de mia­sto po­sia­da­ło swo­je szu­bie­ni­ce. Sta­ły się one to­wa­rzysz­ka­mi lu­dzi, wi­do­kiem ich oczu, przed­mio­tem my­śli i za­pra­wą chle­ba.

Od wiel­ko­rząd­cy kra­ju do miast i mia­ste­czek przy­był roz­kaz, aby w każ­dym z nich pew­na licz­ba lu­dzi do­sta­ła na szy­je po­wro­zy. Nie­zbęd­nie i jak naj­ry­chlej.

Licz­ba tych przed­mio­tów naj­wyż­szej ka­ry i po­msty ści­śle zo­sta­ła dla każ­de­go z miast i mia­ste­czek ozna­czo­na. Tu mia­ło ich być trzy, tam pięć, ów­dzie dzie­sięć itd. Wy­bór na­le­żał do tych, któ­rzy na każ­dym miej­scu ba­da­li i do­śle­dza­li wi­ny. Po­wie­dział o otrzy­ma­nym roz­ka­zie ka­pi­ta­no­wi Kar­ło­wic­kie­mu przy­ja­ciel je­go wy­so­ko po­sta­wio­ny i o tym rów­nież, że na mia­stecz­ko, w któ­rym się znaj­do­wa­li, przy­pa­dło przy­szłych wi­siel­ców trzech.

Na ko­go wy­bór pad­nie, przy­ja­ciel nie wie­dział, lecz to z ża­lem po­wie­dzieć mu­si i do te­go daw­ne­go swe­go współ­to­wa­rzy­sza przy­go­to­wać, że paść on mo­że po­mię­dzy in­ny­mi na ple­mian­ni­ka te­goż współ­to­wa­rzy­sza, to jest Alek­san­dra Awi­cza.

— Jak to? Bóg z to­bą! To być nie mo­że! To tyl­ko dla tych, co z woj­ska ucie­kli al­bo tam co strasz­ne­go... Ale on...

On! Przez nie­go to, przez nie­go wła­ści­wie zgi­nę­ła ca­ła pra­wie ro­ta woj­ska, za­bi­ty zo­stał mło­dy i zdol­ny ofi­cer ko­zac­ki, spadł na woj­sko ta­ki wstyd.

— Zro­zu­miej­że ty, Apo­li­nar, że to wi­na ogrom­na, a twój krew­ny po­więk­sza ją jesz­cze po­sta­wą, ja­ką wo­bec ko­mi­sji za­cho­wu­je. Wy­zna­je wpraw­dzie swo­je prze­stęp­stwo, lecz że po­peł­nił je, nie oka­zu­je ani cie­nia ża­lu. I nic wię­cej oprócz te­go, że je po­peł­nił, wy­ja­wiać nie chce. Skry­ty jest, har­dy, po­pę­dli­wy. Wy­my­ka­ją się mu cza­sem wo­bec sę­dziów sło­wa nie­oględ­ne, któ­re wpraw­dzie po­wstrzy­mu­je pręd­ko, ale któ­re gdy raz pad­ną, już ich w pa­mię­ci nie za­trzeć. Sę­dzio­wie go nie lu­bią i uwa­ża­ją za jed­ne­go z naj­nie­bez­piecz­niej­szych, naj­szko­dliw­szych. Są przy tym obar­cza­ją­ce go ze­zna­nia lu­dzi po­stron­nych. Sze­rzył bunt, na­ma­wiał do nie­go in­nych, zgro­ma­dzał broń, służ­ba je­go do­wo­zi­ła do obo­zu mia­tież­ni­kow żyw­ność... Bar­dzo, bar­dzo jest praw­do­po­dob­ne, że wy­bór sę­dziów po­mię­dzy in­ny­mi i na nie­go tak­że pad­nie. Zro­zu­miej­że, Apo­li­nar, że ja nie je­stem człon­kiem ko­mi­sji, że to do mnie nie na­le­ży i że po­wta­rzam tyl­ko, com sły­szał od in­nych, a po­wta­rzam dla­te­go, że cie­bie jak swo­ją du­szę lu­bię i chcę, abyś o tym, co moc­no za­bo­li, do­wie­dział się z ust życz­li­wych. Otóż to bie­da mieć krew­nych po­mię­dzy ta­ki­mi... i jesz­cze ich lu­bić! Ja cie­bie ża­łu­ję, ga­łub­czyk, i wszyst­ko, co w mo­cy mo­jej, czy­nić bę­dę, aby się to od­mie­ni­ło, aby to nie na­stą­pi­ło. Ale wszech­mo­gą­cy prze­cież nie je­stem i je­że­li na­wet od szu­bie­ni­cy go wy­krę­cę, to już od ka­tor­gi za nic... Je­że­li nie na szu­bie­ni­cę, to do ka­tor­gi mu­si pójść... Je­że­li nie za prze­stęp­stwo swo­je, to za har­dość i za­mknię­tość, za to, że sę­dziów swo­ich źle dla sie­bie uspo­so­bił. Na to już nic ja po­ra­dzić nie mo­gę...

Nie był przy­ja­ciel na wy­so­kim post­ie sto­ją­cy czło­wie­kiem złym, był na­wet czło­wie­kiem wdzięcz­nym i li­to­ści­wym.

Jed­no jesz­cze dla krew­ne­go przy­ja­cie­la uczy­nić mo­że. Upro­si człon­ków ko­mi­sji, aby go raz jesz­cze przed so­bą po­sta­wi­li i spró­bo­wa­li, czy się nie upa­mię­ta, czy nie zmięk­nie, czy nie wy­ja­wi róż­nych tam rze­czy, o któ­re do­tąd nada­rem­nie go za­py­ty­wa­li. Mo­gło­by to ich uła­go­dzić i nie­co dla nie­go zjed­nać...

— Już ja tak zro­bię, że on jesz­cze raz do ko­mi­sji we­zwa­nym zo­sta­nie, a ty, Apo­li­nar, po­pra­cuj nad nim, że­by spo­kor­niał, zmiękł, wy­ja­wił...

Po­dzię­ko­wał ofi­cer swe­mu wy­so­ko po­sta­wio­ne­mu przy­ja­cie­lo­wi za je­go przy­jaźń, za je­go do­bre chę­ci, ale dłu­go mó­wić nie mógł, bo coś go za gar­dło chwy­ta­ło i za czasz­kę, tak że mo­wę i my­śli miał zmą­co­ne. Ty­le tyl­ko, że jesz­cze za­py­tał:

— Jak pręd­ko na­stą­pić to mo­że?

— Co?

— Nu, jak pręd­ko bę­dzie­cie wie­szać?

Żach­nął się przy­ja­ciel.

Pa­mi­łuj, Apo­li­nar! Czyż to ja?

— Nie, nie ty, nie ty, ga­łub­czyk, ale jak pręd­ko?

— Za ty­dzień, za dzie­sięć dni naj­da­lej. W roz­ka­zie stoi: ry­chło!

— Do­brze. A to we­zwa­nie do ko­mi­sji?

— Mo­że za dni pięć al­bo sześć... nie prę­dzej, bo oni tam ro­bo­ty ma­ją pro­past’!

— Po­zwo­lisz do­wia­dy­wać się?

— Jak­że! Na­tu­ral­nie.

— Co dzień?

— Co dzień, Apo­li­nar, ja k two­im usłu­gam i jesz­cze... ni­g­dy dość nie od­pła­cę...

Scho­dził ze scho­dów wy­so­ko po­sta­wio­ne­go przy­ja­cie­la jak ogłu­szo­ny i ośle­pły i gdy na uli­cę wy­szedł, jesz­cze ciem­ność czer­wo­na przed oczy­ma mu wi­sia­ła. Do­bry był przy­ja­ciel dla nie­go i dla je­go ple­mian­ni­ka, ale spra­wie­dli­wie rzekł, że wszech­mo­cy w rę­ku swym nie dzier­żył.

Za­po­mniał ka­pi­tan Kar­ło­wic­ki o tym, że skła­mał przed przy­ja­cie­lem i że Awicz krew­nym je­go nie jest. Pa­rę ra­zy na­zwał go w my­śli swo­im ple­mian­ni­kiem, a nie­ustan­nie czuł, że go ser­ce i gło­wa bo­lą, jak by­wa tym, któ­rzy idą za po­grze­bem naj­droż­szych krew­nych. I jesz­cze go­rzej, bo o po­grze­bie, że na­stą­pi, choć przez dzień czy przez dwa już wia­do­mo, a to spa­dło tak nie­spo­dzie­wa­nie. Wie­dział i przed­tem, że bie­dy ja­kieś stać się mu­szą. Pew­no ma­ją­tek od­bio­rą, na Sy­bir wy­ślą; jed­nak nic by to jesz­cze... Ta­ki zuch i bez ma­jąt­ku, i na wy­gna­niu... zwłasz­cza z tą na­rze­czo­ną... Z wy­gna­nia lu­dzie wra­ca­ją... Ale szu­bie­ni­ca! Ka­tor­ga al­bo szu­bie­ni­ca! I wy­bie­raj tu, czło­wie­ku, co gor­sze, a co lep­sze! Jed­no i dru­gie jak po­czwa­ry w oczy mu pa­trzą. Szu­bie­ni­cę wi­dzi tak wy­raź­nie, jak­by rze­czy­wi­ście przed nim sta­ła i dzwo­nie­nie kaj­dan sły­szy. I stuk mło­tów tak­że, świst ba­tów... Czort zna­jet, ja­ki to świat! Ja­kie lu­dzie! Ja­kie ży­cie na­sze!

Prze­szedł uli­ce mia­stecz­ka, nic i ni­ko­go nie wi­dząc, aż wy­szedł w po­le. Tu po­wie­wy wia­tru nie­co go otrzeź­wi­ły. Sta­nął, na ze­ga­rek spoj­rzał, po­my­ślał: mo­że ja­kie obo­wiąz­ki służ­bo­we? Mo­że do nich po­wra­cać trze­ba? Nie; na szczę­ście dziś wszyst­ko już wy­peł­nił, co do wy­peł­nie­nia by­ło i aż do koń­ca dnia miał czas wol­ny. Po­szedł więc da­lej dro­gą bie­le­ją­cą po­śród żół­tych ścier­nisk i wkrót­ce ple­czy­sta po­stać je­go ze zwie­szo­ną gło­wą znik­nę­ła w po­bli­skim le­sie.

Wie­czór zbli­żał się i nad la­sem tyl­ko już rą­bek tar­czy sło­necz­nej wi­dać by­ło, gdy do mia­stecz­ka po­wra­cał. Kil­ka go­dzin prze­pę­dził sam je­den w my­ślach sa­mot­nych, kę­dyś tam cho­dząc po dro­gach le­śnych lub sie­dząc na oba­lo­nych kło­dach, pod pa­ra­so­la­mi so­sen, przy świer­go­cie ptac­twa, w za­pa­chu wil­got­nych mchów.

Czy to sa­mot­ność i na­tu­ra tchnę­ły w nie­go spo­kój i uko­je­nie? Bo ry­sy miał uko­jo­ne, kark wy­pro­sto­wa­ny i krok spo­koj­ny, rów­ny. Szedł pręd­ko i gdy zna­lazł się na uli­cach mia­stecz­ka, iść za­czął jesz­cze prę­dzej. Szedł pro­sto w kie­run­ku wię­zie­nia.

Gdy tyl­ko za­mknę­ły się za nim drzwi ce­li Awi­cza, bez sło­wa po­wi­ta­nia za­py­tał:

— Gdzie miesz­ka na­rze­czo­na pań­ska?

— Ależ ona i mat­ka jej dziś tu by­ły! — we­so­ło za­wo­łał Awicz.

— To mo­że jesz­cze w mia­stecz­ku?

— Nie; od­je­cha­ły stąd pro­sto do do­mu...

— A gdzie ten dom? Gdzie ten dom? Jak na­zy­wa się ten ma­ją­tek? Ile wiorst stąd? — sy­pał py­ta­nia­mi ofi­cer i te­raz zno­wu moż­na by w oczach je­go do­strzec mę­kę du­szy, go­rącz­kę cia­ła.

Awicz ucie­szo­ny no­wym wi­dze­niem się z na­rze­czo­ną śmiał się.

— Na co pa­nu te wia­do­mo­ści? I co zna­czą te py­ta­nia? Niech­że pa­nu nie przy­cho­dzi do gło­wy za­ko­chać się w mo­jej na­rze­czo­nej...

— Żar­tu­je­cie, a ja ser­jo­zno...

Upadł na sto­łek ra­czej, niż na nim usiadł. Rę­ką po­wiódł po czo­le.

— Ja zmę­czo­ny! Ale ot co jest... po die­łam służ­by mnie na wieś po­sy­ła­ją. Mo­że tam gdzie bli­sko na­rze­czo­na pań­ska miesz­ka. Chciał­bym wstą­pić, po­zna­jo­mić się, usza­no­wa­nie jej i jej mat­ce zło­żyć...

Awicz uprzej­mie od­po­wie­dział:

— Ow­szem, ow­szem! Ra­de bę­dą pa­nu. Ciot­ka mo­ja ma za­wsze łzy w oczach, kie­dy o pa­nu wspo­mi­na. „Ry­czał — mó­wi — to ry­czał i obrzy­dli­wie żoł­nie­rzy ła­jał, ale od strasz­nych nie­szczęść wy­ra­to­wał!” I za to, że wi­dy­wać mnie mo­gą, bar­dzo pa­nu są wdzięcz­ne. Ucie­szą się, gdy je pan od­wie­dzi. Nie masz pan przy so­bie no­tat­ni­ka i ołów­ka, to bym na­zwę ma­jąt­ku za­pi­sał, bo trud­na do za­pa­mię­ta­nia i mo­żesz pan za­po­mnieć al­bo prze­krę­cić.

Miał przy so­bie ja­kiś ze­szy­cik przy peł­nie­niu służ­by po­trzeb­ny i po­dał go ra­zem z ołów­kiem Awi­czo­wi. Ten miał już pi­sać, ale wstrzy­mał się i na­my­ślał.

— Mo­że tę na­zwę i któ­rę­dy tam je­chać po ro­syj­sku pa­nu za­pi­sać... ła­twiej pan wy­czy­ta... mo­że w ja­kim po­śpie­chu.

Po­twier­dza­ją­co ski­nął gło­wą i uważ­nie pa­trzał na Awi­cza kre­ślą­ce­go w ma­łym ze­szy­cie słów kil­ka po ro­syj­sku.

— Pan te­go ję­zy­ka nie­na­wi­dzisz?

— Ję­zyk miał­bym nie­na­wi­dzić? A cóż on wi­nien. Czy to on pod­bi­ja, bie­rze w nie­wo­lę, krzyw­dzi, gnę­bi?

Uśmiech­nę­ły się po­waż­ne dziś usta ofi­ce­ra.

Nu, da! ale lu­dzi, co tym ję­zy­kiem ga­da­ją, to pan pew­no użas kak nie­na­wi­dzisz.

Awicz ra­mio­na­mi wzru­szył.

— Nie wszyst­kich. Tych, któ­rzy mi mat­kę mor­du­ją i bra­ci drę­czą, nie­na­wi­dzę, ale tych, co ży­ją gdzieś tam da­le­ko ani my­śląc o tym i żad­nej ko­rzy­ści z te­go nie od­no­sząc, tyl­ko ża­łu­ję, bo złość jak jad prze­ni­ka­jąc ca­ły or­ga­nizm i w nich prze­ciec mo­że. Wiesz pan co...

Tu ze­rwał się z zy­dla i z ener­gicz­ny­mi ge­sta­mi koń­czył:

— Z mo­ją na­tu­rą nie­na­wiść się nie go­dzi. Ja bym wo­lał wszyst­kich lu­dzi ko­chać, ze wszyst­ki­mi być w zgo­dzie... Cóż, kie­dy ta­ki jesz­cze świat!

— Ta­ki jesz­cze świat! — jak echo po­wtó­rzył ofi­cer. Ale wię­zień o rze­czach bo­lą­cych dziś dłu­go mó­wić nie chciał. Był ca­ły ró­żo­wy od dzi­siej­sze­go wi­dze­nia się i od dzi­siej­szej roz­mo­wy. Wzrok je­go upadł na szyb­kę w oknie otwar­tą.

— Ja­ka cud­na zo­rza! — za­wo­łał. — Spójrz pan!

Nad pa­sem la­su sła­ły się istot­nie pur­pu­ry zo­rzy już pra­wie je­sien­nej, ja­skra­wej, a smęt­nej. Pod­szy­wa­ły je ognie przy­sło­nię­te, ta­jem­ni­cze i wy­pły­wa­ło znad nich je­zio­ro bla­de­go zło­ta.

Dwie pa­ry za­my­ślo­nych oczu ludz­kich przez okien­ko wię­zien­ne pa­trza­ło na tę pysz­ną ozdo­bę nie­ba. Wię­zień po chwi­li mó­wić za­czął:

— Czy pan nic na tę zo­rzę pa­trząc oprócz niej nie wi­dzisz? Czy pa­nu nic na po­wierzch­ni jej się nie przed­sta­wia? Ja wi­dzę. Mnie się przed­sta­wia tu, na tym zło­tym je­zio­rze, dom mój ro­dzin­ny nad je­zio­rem sto­ją­cy, mo­ja ko­cha­na Je­zior­na, któ­rej już mo­że ni­g­dy nie zo­ba­czę. Nie­du­że to, nie wspa­nia­łe, ale ta­kie mi­łe, dro­gie, z każ­dym ner­wem me­go cia­ła, z każ­dą stru­ną mej du­szy zwią­za­ne. Oto tu, nad tą fio­le­to­wą chmur­ką, stoi dom nie­wiel­ki jak na­sze wszyst­kie, bia­ły i z gan­kiem, tam da­lej to­po­le wło­skie, a tam sta­ry wiąz po­środ­ku dzie­dziń­ca, po któ­rym bie­gnie pies, Ne­stor, ulu­bie­niec mo­jej nie­boszcz­ki mat­ki...

Za­śmiał się ja­koś z ci­cha i z ko­lei wska­zał na pas ciem­ne­go fio­le­tu, w da­le­kich głę­biach na­la­ny pło­mien­nym ogniem.

— A na tym pa­sie ciem­nym i w głę­bi go­re­ją­cym, wiesz pan, co wi­dzę? Cha­tę sy­bir­ską da­le­ką, da­le­ką, pod świa­tła­mi pół­noc­nej zo­rzy sto­ją­cą i na pro­gu jej nas dwo­je... A pan co wi­dzisz? Czy nic wca­le? To być nie mo­że! Po­wiedz pan szcze­rze...

Umilkł w po­ło­wie wy­ra­zu i wzrok szyb­ko z zo­rzy na to­wa­rzy­sza prze­niósł, zdzi­wio­ny gwał­tow­nym je­go ru­chem. Ofi­cer gwał­tow­nie cof­nął się od okien­ka i oczy za­krył rę­ką, któ­ra drża­ła. I on zo­ba­czył coś na zło­tym je­zio­rze zo­rzy. Zo­ba­czył su­cho za­ry­so­wa­ne na nim czar­ne li­nie...

Rę­kę od oczu odej­mu­jąc za­czął spiesz­nie:

— To nic! To nic! Oczy od pa­trze­nia na tę świa­tłość za­bo­la­ły. Mnie już czas iść. Ze trzy dni bę­dę jeź­dził po służ­bie i pa­na nie zo­ba­czę. Bądź pan zdrów!

Był już przy drzwiach. Za­trzy­mał się jesz­cze.

— Bądź zdrów! — po­wtó­rzył.

A po­tem przez okrą­głe okien­ko we drzwiach:

Atwa­rit’!

Ale mniej ja­koś gło­śno i twar­do niż zwy­kle.

Z ła­two­ścią otrzy­mał trzy­dnio­wy urlop i u koń­ca do­pie­ro dnia trze­cie­go do mia­stecz­ka po­wró­cił. Za­raz po­szedł do wy­so­ko po­sta­wio­ne­go przy­ja­cie­la.

— Do­ku­czam ci ja, go­łub­czyk, ale to już ostat­ni raz... Po­tem ni­g­dy już nie bę­dę. Cóż z tym we­zwa­niem me­go ple­mian­ni­ka do ko­mi­sji? kie­dy?

— Ju­tro wie­czo­rem!

Ra­dość bły­snę­ła mu w oczach.

— Wie­czo­rem! To do­brze, do­brze!

— Z cze­go ty tak ucie­szył się, Apo­li­nar?

— Ca­ły dzień jesz­cze mieć bę­dę do na­ma­wia­nia...

— Na­ma­wiaj, na­ma­wiaj, aby upo­ko­rzył się. Od te­go za­le­ży wszyst­ko.

— Ale, dro­gi, uczyń ty mi jesz­cze jed­ną ła­skę. Niech ja je­go sam do ko­mi­sji pro­wa­dzę. Nie żoł­nie­rze, ale ja sam. Z żoł­nie­rza­mi, wi­dzisz, jak bę­dzie szedł, to w nim zno­wu zbun­tu­je się pol­ska i szla­chec­ka du­sza, a ze mną, to co in­ne­go. Ja go jesz­cze przez dro­gę do ostat­nie­go mo­men­tu... ro­zu­miesz? Ostat­nie wra­że­nie.

— Ro­zu­miem! Jak ty, ad­na­koż, Apo­li­nar, zmi­zer­niał i ja­ka pie­czal w two­ich oczach! Ja cie­bie ża­łu­ję. Po­pro­szę, aby ci da­li bu­ma­gu... pa pri­ka­zan­ju...

Ka­pi­tan Kar­ło­wic­ki ob­jął ra­mio­na­mi współ­to­wa­rzy­sza lat chło­pię­cych, nie wie­dzieć dla­cze­go po­pa­trzał na nie­go dłu­go, dłu­go i na ko­niec ser­decz­nie go uca­ło­wał.

— Bóg niech bę­dzie z to­bą! Bóg niech bę­dzie z to­bą! Ja to­bie z ser­ca dzię­ku­ję... za wszyst­ko!

— Co to­bie? Jak­byś do­kąd wy­jeż­dżał i że­gnał się! Ale praw­da, że tu te­raz ży­jąc ro­zum po­stra­dać moż­na. Uża­sy ta­ki­je! Już ja po­słał proś­bę, aby mnie stąd prze­nie­śli, choć na Kam­czat­kę, by­le gdzie in­dziej. Nie mo­gę dłu­żej wy­trzy­mać i rąk swo­ich w tym wszyst­kim ma­rat’ nie chcę.

Z dziw­nie uspo­ko­jo­ną, wy­po­go­dzo­ną twa­rzą wy­szedł ka­pi­tan od przy­ja­cie­la swe­go. Tar­gał go przed­tem nie­po­kój, czy to we­zwa­nie do ko­mi­sji nie wy­pad­nie w go­dzi­nach dzien­nych, choć miał na­dzie­ję, że sta­nie się to wie­czo­rem, bo ko­mi­sje, ogrom­ną ilo­ścią po­sie­dzeń obar­czo­ne, dnia­mi i no­ca­mi pra­co­wa­ły. Te­raz upew­nił się o czymś dla sie­bie bar­dzo waż­nym i to mu da­wa­ło wy­gląd czło­wie­ka za­do­wo­lo­ne­go. I jesz­cze, nie­wie­le o tym my­śląc, czuł w głę­bi ra­dość, że przy­ja­ciel wy­so­ko po­sta­wio­ny, ten do­bry, ko­cha­ny czło­wiek, chce kraj ten opu­ścić i rąk swych uża­sa­mi ty­mi nie ma­rat’.

Na­ma­wiać Awi­cza, aby spo­kor­niał, zmiękł, wy­ja­wił to, co ko­mi­sja za­py­ty­wać bę­dzie, ani my­ślał. Wie­dział na­przód, że na­ma­wia­nie skut­ku by nie osią­gnę­ło, a po­tem nie chciał, aby za ce­nę choć­by ży­cia je­go i swe­go, nie chciał, aby się tak sta­ło. Chęt­nie tyl­ko w my­śli spra­wę so­bie z te­go zda­wał, ale czuł bar­dzo wy­raź­nie, że gdy­by się tak sta­ło, gdy­by Awicz upo­ko­rzył się, zmiękł, po­czął wy­ja­wiać, by­ło­by to dla nie­go czymś ta­kim jak za­ćmie­nie słoń­ca lub roz­sy­pa­nie się w proch tych kształ­tów, któ­ry­mi za­chwy­ca­ły się je­go oczy.

Jed­nak po­mi­mo że z prze­pro­wa­dze­nia więź­nia do miej­sca po­sie­dzeń ko­mi­sji nie za­mie­rzał czy­nić ta­kie­go użyt­ku, o ja­kim przy­ja­cie­lo­wi mó­wił, ra­dość mil­czą­ca, ale głę­bo­ka na­peł­ni­ła mu oczy, gdy przy­obie­ca­ną bu­ma­gę wziął do rę­ki. Scho­wał ją za mun­du­rem u pier­si i jesz­cze kę­dyś na kra­niec mia­stecz­ka po­szedł, kę­dyś dość dłu­go ba­wił, aż na ko­niec, go­dzi­nę ozna­czo­ną nie­co wy­prze­dza­jąc, udał się do wię­zie­nia. Wcho­dząc do ce­li Awi­cza rzekł od ra­zu:

— Je­steś pan we­zwa­ny do ko­mi­sji i ja mam pa­na tam za­pro­wa­dzić.

Na więź­nia wia­do­mość ta wy­war­ła wra­że­nie przy­kre. Nie spo­dzie­wał się jej; my­ślał, że śledz­two za­sta­ło już ukoń­czo­ne. Ale je­że­li trze­ba, to trze­ba! Cze­go ci lu­dzie chcą jesz­cze od nie­go? Cze­go się po nim spo­dzie­wa­ją? Po­win­ni by­li prze­cież zro­zu­mieć, że nie wy­tło­czą z nie­go ani jed­ne­go sło­wa wię­cej nad to, co już po­wie­dział. Pręd­koż to na­stą­pi? Dziś? Ju­tro? Za­raz? Ofi­cer upro­sił, by mu po­zwo­lo­no tam go za­pro­wa­dzić, bo mo­że prze­cież nie tak przy­kro bę­dzie, jak z feld­fe­blem i żoł­nie­rza­mi?

Alek­san­der ze wzru­sze­niem rę­kę mu ści­snął.

— Ja­ki ty do­bry dla mnie, bra­cie!

Nu, co tam! Co tam! Ja by dla cie­bie Boh zna­jet szto!...

Dziw­ne u lu­dzi by­wa­ją cza­sem prze­czu­cia, te uprze­dza­ją­ce wy­pad­ki rzu­ty du­szy. W tej chwi­li dwaj ci lu­dzie po raz pierw­szy za­czę­li so­bie mó­wić: ty!

Nu — rzekł ofi­cer — czas nam w dro­gę!

Przez otwór w drzwiach za­wo­łał:

Sma­try­tiel!

We­zwa­ny do­zor­ca na­tych­miast wszedł do ce­li; Kar­ło­wic­ki pa­pier zza mun­du­ra wy­ję­ty mu po­ka­zał:

Po pri­ka­zan­ju...

Wy­szli obaj z ce­li, prze­szli róż­ne ko­ry­ta­rze i wscho­dy, przed wyj­ściem z bu­dyn­ku Kar­ło­wic­ki zno­wu ko­muś pa­pier po­ka­zy­wał. Szyl­dwa­chy wszyst­kie rot­ne­go do­wód­cy sa­lu­to­wa­li.

Gdy zna­leź­li się na uli­cy, ofi­cer więź­nia pod ra­mię ujął i kro­kiem iść za­czął. Alek­san­der ode­tchnął peł­ną pier­sią.

— Ach — rzekł — po­wie­trzem świe­żym od­dy­chać choć przez chwi­lę, co za roz­kosz! Ale dla­cze­go idzie­my tak pręd­ko?

I nie dał to­wa­rzy­szo­wi cza­su na od­po­wiedź, bo so­bie o czymś przy­po­mniał.

— Ale, ale! Wi­dzia­łeś na­rze­czo­ną mo­ją i jej mat­kę! By­łeś u nich? Jak ma­ją się? Co tam sły­chać?

Ulicz­ki mia­sta by­ły ciem­ne i pra­wie pu­ste; kie­dy nie­kie­dy tyl­ko dwaj spiesz­nie idą­cy lu­dzie spo­ty­ka­li się z nie­po­zor­ny­mi, śpie­szą­cy­mi, obo­jęt­ny­mi na wszyst­ko, co ich sa­mych nie ota­cza­ło, prze­chod­nia­mi. Jed­nak ofi­cer do szep­tu pra­wie głos zni­żył od­po­wia­da­jąc:

— Two­ja na­rze­czo­na to cud ko­bie­ta! Od­waż­na, dla cie­bie na wszyst­ko go­to­wa. Wot Po­lki to ka­ki­ja! Ja daw­niej żad­nej nie znał! My z nią wie­le, wie­le mó­wi­li o róż­nych tam... na­ra­dza­li się i ja to­bie po­wiem, że u niej nie tyl­ko kra­sa­ta i ser­ce, ale i ro­zum...

Mó­wiąc przy­śpie­szał co­raz kro­ku.

— Cze­go my tak bie­gnie­my? — za­dzi­wił się zno­wu Alek­san­der.

— Tak trze­ba! — od­po­wie­dział ofi­cer i w gło­sie je­go za­brzmia­ła nu­ta wy­da­ją­ce­go roz­ka­zy ka­man­di­ra.

U koń­ca wą­skiej ulicz­ki wi­dać już by­ło jed­no­pię­tro­wy bu­dy­nek, w któ­rym za­sia­da­ła ko­mi­sja. Wszyst­kie okna bu­dyn­ku te­go by­ły oświe­tlo­ne, przed gan­kiem pa­li­ła się la­tar­nia i w świe­tle jej po­ły­ski­wa­ły bro­nie szyl­dwa­chów.

Jesz­cze kil­ka, jesz­cze kil­ka­na­ście kro­ków i ofi­cer na­głym ru­chem skrę­cił w ja­kieś cia­sne, brud­ne przej­ście po­mię­dzy ja­ki­miś wpół roz­wa­lo­ny­mi le­pian­ka­mi i płot­ka­mi, więź­nia za so­bą po­cią­ga­jąc.

— Co to? Do­kąd? Gdzie idzie­my?

— Milcz! — szep­nął ofi­cer i jak­kol­wiek szept to był, za­brzmiał w nim twar­dy, nie­mal groź­ny roz­kaz.

Ra­mie­niem jak że­la­zną ob­rę­czą opa­sy­wał ra­mię więź­nia.

Le­pian­ki i płot­ki sta­wa­ły się rzad­sze, moż­na by­ło wśród zmro­ku do­strzec uka­zu­ją­ce się za ni­mi po­le.

Ra­mię Alek­san­dra po­mi­mo że­la­zne­go uści­sku ofi­ce­ra drżeć za­czę­ło.

— Co to jest? Do­kąd mnie pro­wa­dzisz? Co chcesz uczy­nić?

Nie od­po­wia­dał i po mi­nu­cie zna­leź­li się już za mia­stecz­kiem.

Wie­czór był dość póź­ny i po­mi­mo gwiazd usie­wa­ją­cych nie­bo ciem­ny, bo szma­ty chmur tu­ła­ły się pod gwiaz­da­mi, gna­ne i roz­ga­nia­ne przez wiatr, któ­re­go pra­wie je­sien­ne po­dmu­chy z lek­ka szu­mia­ły po gład­kim po­lu.

Na wą­skiej ścież­ce prze­rzy­na­ją­cej po­le, tu i ów­dzie ro­sną­cy­mi nad nią krza­ka­mi ocie­nio­nej, ofi­cer zwol­nił kro­ku i szep­tem mó­wić za­czął:

— Ty nie wiesz, że to­bie gro­zi śmierć... na szu­bie­ni­cy al­bo ka­tor­ga. Ja o tym do­wie­dział się i nie mógł prze­cież z rę­ko­ma za­ło­żo­ny­mi cze­kać. Ja po­je­chał do two­jej na­rze­czo­nej i my z nią wszyst­ko uło­ży­li. Ty bę­dziesz wol­ny...

— Wiel­ki Bo­że! — wy­krzyk­nął Alek­san­der.

— C... c... c...icho! — za­sy­czał ofi­cer i na­rze­kać za­czął. — Oj ty Bo­że mój! Ja­ki pył­ki cha­rak­ter! Tu trze­ba jak my­szy ci­cho... a on krzy­czy! Słu­chaj i nie mów nic! Ja wszyst­ko po­wiem...

Szyb­ko idąc z gło­wą ku gło­wie to­wa­rzy­sza przy­bli­żo­ną, mó­wił:

— Przez las ten prze­le­cisz wiorst trzy, za la­sem bę­dzie ka­re­ta sze­ściu koń­mi za­przę­żo­na, z dwie­ma da­ma­mi.

Po­tem jesz­cze mnó­stwo szcze­gó­łów i na ko­niec:

— O świ­cie w dru­giej gu­ber­ni już znaj­dziesz się, a tam gra­ni­ca aw­stryj­ska nie­da­le­ko, bę­dą ta­cy lu­dzie, co to­bie...

Jesz­cze tro­chę szcze­gó­łów i wska­zań!

Alek­san­der nie od­po­wia­dał, ogłu­szo­ny, wstrzą­śnię­ty, do utra­ty od­de­chu po­cią­ga­ny na­przód przez to­wa­rzy­sza, któ­ry zno­wu kro­ku nie­zmier­nie przy­śpie­szył.

Już znaj­do­wa­li się bli­sko la­su. Pod la­sem na tle zmierz­chu za­ry­so­wa­ły się syl­wet­ki osio­dła­ne­go ko­nia i czło­wie­ka za uzdę go trzy­ma­ją­ce­go. Do­strze­gł­szy nad­cho­dzą­cych czło­wiek lej­ce na szy­ję ko­nia za­rzu­cił i jak­by pod zie­mię za­padł, tak w mgnie­niu oka znik­nął. A koń z gło­wą ku nad­cho­dzą­cym ob­ró­co­ną za­rżał na­gle, krót­ko.

— Pio­run! Mój Pio­run! — krzyk­nął Awicz i rzu­cił się na szy­ję pięk­ne­go zwie­rzę­cia, a ono zgrab­ny pysk na ra­mie­niu mu po­ło­żyw­szy wy­da­wa­ło chra­pa­nia ury­wa­ne, w któ­rych czuć by­ło piesz­czo­tę i ra­dość.

Ale po­mię­dzy wi­ta­ją­cych się przy­ja­ciół wmie­sza­ło się ra­mię rę­ka­wem mun­du­ru okry­te, głos nie­cier­pli­wy roz­ka­zu­ją­co wy­mó­wił:

— Dość te­go! Wsia­dać na koń!

Ale te­raz w po­sta­wie Alek­san­dra tkwił wy­raz opo­ru.

— Nie chcę... a ty? Od­po­wiesz prze­cie za mnie, prze­ze mnie zgi­niesz! Za nic w świe­cie. Wra­caj­my, wra­caj­my co naj­prę­dzej!

Z po­błaż­li­wym uśmie­chem ofi­cer gło­wą wstrzą­snął.

Wot! Ni­by to ro­zum­ny, a dziec­ko! Czyż ty my­ślał, że ja i dla sie­bie ra­tun­ku nie ob­my­ślił? Ja zdra­dził, ja prze­ciw obo­wiąz­kom i pra­wu służ­by po­stą­pił, ja przy­ja­cie­la oszu­kał. To jak­że ja mógł­by tu­taj po­zo­stać? Ja tak sa­mo jak ty uciek­nę.

— Czy po­dob­na! Więc ra­zem! Cze­muż nie ra­zem?

Po­trzą­snął zno­wu gło­wą ofi­cer, lecz na znak prze­cze­nia.

— Nie moż­na ra­zem. Ja so­bie in­ną dro­gę pry­du­mał. A ty o mnie bądź spo­koj­ny. Ani na ka­rę, ani na hań­bę ja nie dam się. Za ćwierć go­dzi­ny i mnie, tak jak cie­bie, już tu nie bę­dzie.

Wi­dząc, że Alek­san­der w wa­ha­ją­cej się jesz­cze po­sta­wie przy ko­niu stoi, dłoń na ra­mie­niu mu po­ło­żył. Oczy je­go z głę­bo­kim, bo­le­snym bła­ga­niem, z bli­ska za­ta­pia­ły się w oczach Awi­cza.

— Sia­daj! Pręd­ko! I leć! Zrób mi tę ła­skę. Ja wróg oj­czy­zny...

W pier­si mu coś za­łka­ło.

— Niech to przy­naj­mniej zro­bię, że jej do­bre­go sy­na wy­ra­tu­ję! Niech to przy­naj­mniej ja... dla oj­czy­zny...

Awicz roz­two­rzył ra­mio­na. Spo­ili się w uści­sku sil­nym, lecz krót­kim. Ofi­cer na­pę­dzał:

— Prę­dzej! Prę­dzej!

Ej, Pio­ru­nie, ko­niu mój ko­cha­ny, prze­nieś­że ty mnie na wia­tro­wych skrzy­dłach przez pie­kiel­ne pro­gi!

W po­lu w po­bli­żu la­su, pod roz­ło­ży­stą gru­szą dzi­ką ofi­cer wsłu­chi­wał się w tę­tent ko­nia, któ­ry od­da­lał się, cichł w le­sie, aż ucichł zu­peł­nie. Wy­jął ze­ga­rek zza mun­du­ru, ni­sko po­chy­lił się nad nim, doj­rzał po­mi­mo zmro­ku go­dzi­nę i mi­nu­tę. Już od pię­ciu mi­nut po­wi­nien być tam ra­zem z więź­niem, nic to! Jesz­cze pięć mi­nut spo­koj­nie cze­kać bę­dą. Oparł się ple­ca­mi o drze­wo, któ­re­go roz­ło­ży­ste ga­łę­zie okry­wa­ły go gru­bym cie­niem i pa­trzał na szma­ty chmur prze­pły­wa­ją­ce pod gwiaz­da­mi. Prze­pły­wa­ły bar­dzo pręd­ko i po­dob­ne by­ły do ogrom­nych pta­ków z po­szar­pa­ny­mi cia­ła­mi i skrzy­dła­mi. Gwiaz­dy to uka­zy­wa­ły się, to zni­ka­ły. Bez­brzeż­na sa­mot­ność roz­le­wa­ła się po gład­kim po­lu i po gę­stym zmro­ku, w któ­rym sam je­den z sze­le­stem lek­kim la­tał chłod­na­wy wiatr.

Czło­wiek pod dzi­ką gru­szą sto­ją­cy zno­wu przy­bli­żył do oczu ze­ga­rek!

Te­raz już tam nie­po­ko­ić się za­czę­li... Do kie­sze­ni mun­du­ru się­gnął i w kil­ka se­kund po­tem pod roz­ło­ży­sty­mi ga­łę­zia­mi drze­wa huk­nął re­wol­we­ro­wy wy­strzał.

Jed­no­cze­śnie po­stać w zmro­ku nie­wy­raź­na, lecz ciem­na i cięż­ka, ru­nę­ła u stóp drze­wa na zro­szo­ne tra­wy . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

...Ej, ser­ce czło­wie­cze, ja­kie ty pso­ty sro­gie nie­kie­dy pła­tasz tym, któ­rzy w ude­rze­nia two­je nie wsłu­chi­wa­li się ni­g­dy...

Ej, krwi, od ro­du oj­czy­ste­go w dzie­dzic­twie otrzy­ma­na, jak ty cza­sem obo­jęt­nie po ży­łach czło­wie­czych krą­żysz, aż wzbu­rzysz się i za­pło­niesz zgry­zo­tą śmier­tel­ną!

Ej, ty nie­wol­ni­ku bied­ny, któ­re­mu pal­ce ziem­skie­go pa­na ugnio­tły du­szę w kształt dla nie­go po­żą­da­ny, coś uczy­nił, gdy ta du­sza ock­nę­ła się i krzyk­nę­ła, że ta­ką pra­gnie zo­stać, ja­ką stwo­rzył ją Pan Nie­bie­ski?


He­ku­ba

(R. 1863)



I

Sta­ra nie by­ła jesz­cze; nie mia­ła wię­cej nad lat czter­dzie­ści i w pierw­szej mło­do­ści swej ład­na być mu­sia­ła, bo wy­raź­ne śla­dy te­go po­zo­sta­ły w zgrab­nym ry­sun­ku twa­rzy jej, nie­po­spo­li­cie pięk­nych oczach, w ob­fi­to­ści wło­sów, te­raz jesz­cze do ko­lan dłu­gich i bar­wę go­re­ją­ce­go zło­ta ma­ją­cych.

Ale nie w gło­wie by­ły jej mło­dość i pięk­ność; dba­ła o nie jak o pią­te ko­ło u wo­zu. Gdy jej ktoś z są­sia­dów żar­tem raz po­wie­dział: „Pa­ni Te­re­sa, gdy­by ład­nie ubra­ła się i ucze­sa­ła, a krocz­kiem tro­chę mniej za­ma­szy­stym chcia­ła cho­dzić, to by jesz­cze ślicz­ną ko­biet­ką być mo­gła!” — zdzi­wi­ła się zra­zu, po­tem się roz­gnie­wa­ła i są­sia­da ofuk­nę­ła.

— Tak­że kon­cept! Niech­że mi pan Igna­cy gło­wy głup­stwa­mi nie za­wra­ca, a po­wie le­piej, czy po­ży­czy mi te­go gro­chu za za­siew, po któ­ry przy­je­cha­łam, czy nie po­ży­czy, bo je­że­li nie, to sia­dam na brycz­kę i ja­dę! Cza­su nie mam!

Wiecz­nie cza­su nie mia­ła, śpie­szy­ła, bie­gła, o coś sta­ra­ła się, coś pil­ne­go do czy­nie­nia mia­ła. Co czy­ni­ła? Bo­że wiel­ki! Ani wy­li­czyć, ani opo­wie­dzieć! Wszyst­ko, co czy­nić trze­ba by­ło ma­jąc fol­war­czek ma­lut­ki, dzie­ci sze­ścio­ro i mę­ża, któ­ry był na­przód hu­la­ką i mar­no­traw­cą, po­tem próż­nia­kiem i pie­cze­nia­rzem, a po­tem umarł i ją wdo­wą po­zo­sta­wił.

Nie­któ­rzy na pra­co­wi­tość jej fe­no­me­nal­ną, ru­chy ener­gicz­ne, na oczy błysz­czą­ce, a nie­kie­dy aż go­re­ją­ce spo­glą­da­jąc ma­wia­li: „Co za tem­pe­ra­ment!” I mie­li słusz­ność. Nie­zwy­kłość tem­pe­ra­men­tu by­ła tym wła­śnie, co lo­sa­mi jej za­rzą­dzi­ło.

Nie­gdyś osiem­na­sto­let­nią, ład­ną, dość po­saż­ną i sze­ro­ko spo­krew­nio­ną bę­dąc, tak się by­ła w są­sie­dzie nic­po­niu za­ko­cha­ła, że per­swa­zje ani wzbra­nia­nia żad­ne nie po­mo­gły.

— Hu­la­ka — mó­wio­no jej — próż­niak, ba­ła­mut, ban­krut!

A ona:

— Nie ma na świe­cie anio­łów. Każ­dy czło­wiek ma wa­dy i on je ma tak­że. Ale ja go z wa­da­mi i po­mi­mo wad ko­cham i ni­g­dy, aż do gro­bo­wej de­ski, ko­chać nie prze­sta­nę!

A kie­dy mat­ka i naj­bliż­si krew­ni sta­now­czo mał­żeń­stwu te­mu opie­rać się pró­bo­wa­li, oświad­czy­ła, że w ra­zie sta­wia­nia jej dal­szych prze­szkód z do­mu uciek­nie, ani do­my­śla się, ja­kim spo­so­bem i kie­dy uciek­nie, z wy­bra­nym swo­im w ja­kim ustron­nym ko­ściół­ku ślub weź­mie, a po­tem mat­kę i krew­nych o prze­ba­cze­nie po­pro­si. Że prze­ba­czą, to dla niej wąt­pli­wo­ści nie ule­ga, bo ją ko­cha­ją prze­cież — i jak jesz­cze! A w do­dat­ku szczę­ście jej prze­pra­szać ich za nią bę­dzie. Bo ona po­mi­mo wszyst­kich prze­po­wied­ni czar­nych i kra­kań kru­czych ani na chwi­lecz­kę o przy­szłym szczę­ściu swym nie wąt­pi.

Zna­jąc ją wszy­scy wie­dzie­li, że to, co mó­wi, mo­że próż­ną groź­bą nie być. Tak ży­wa i śmia­ła by­ła, tak dziel­nie mat­ce w go­spo­dar­stwie do­po­ma­ga­ła, tak ocho­czo do każ­dej za­ba­wy al­bo ro­bo­ty sta­wa­ła, że ko­za­kiem-dziew­czy­ną ją na­zy­wa­no. Mo­gła bar­dzo ła­two uczy­nić to, na co in­ne stwo­rze­nie, po­tul­ne i nie­śmia­łe, zdo­być by się nie po­tra­fi­ło.

Przy tym zda­wa­ło się na­wet, że ten ko­śció­łek ustron­ny i ta­kie na dro­dze nie­zwy­kłej zło­że­nie do­wo­du mi­ło­ści wy­bra­ne­mu po­sia­dać dla niej mo­gły urok pe­wien, po­etycz­ny czy ro­man­tycz­ny, bo za po­ezją w ogó­le prze­pa­da­ła i po­mi­mo nie­zwy­kłej ży­wo­ści swej do ma­rzy­ciel­stwa mia­ła skłon­ność. Du­żo za pół­noc nie­raz w po­ema­cie ja­kimś za­czy­tać się umia­ła al­bo na pięk­nie za­cho­dzą­ce słoń­ce, na ład­ny wi­do­czek le­śny, na łą­kę bo­ga­to roz­kwi­tłą za­pa­trzyć się tak, że jak ze snu bu­dzić ją by­ło trze­ba, a gdy wy­bra­ny za­sia­dał do for­te­pia­nu i gło­sem bar­dzo mi­łym śpie­wać za­czy­nał: „Stój, po­cze­kaj, mo­ja dusz­ko, skąd drob­niuch­ną strzy­żesz nóż­ką” al­bo: „Dwa go­łę­bie wo­dę pi­ły, a dwa ją mą­ci­ły”, do naj­ciem­niej­sze­go w po­ko­ju ką­ci­ka usu­wa­ła się i po świe­żej jak jutrz­nia jej twa­rzy ci­chu­teń­ko spły­wać za­czy­na­ły per­li­ste łzy.

Mat­ce, krew­nym, przy­ja­ciół­kom, wszyst­kim, któ­rzy ją przed złym wy­bo­rem i lo­sem ostrze­ga­li, ma­wia­ła:

— Od ru­iny ma­jąt­ko­wej po­sa­giem swym go wy­ra­tu­ję, do po­rząd­ne­go ży­cia przy­zwy­czai się, bo mnie ko­cha. A czyż mo­że być na świe­cie szczę­ście więk­sze, wyż­sze, jak wy­ra­to­wać, uszczę­śli­wić, uszla­chet­nić, udo­sko­na­lić czło­wie­ka ko­cha­ne­go.

I gdy to mó­wi­ła, piw­ne źre­ni­ce jej sy­pa­ły zło­ty­mi skra­mi, a po­licz­ki prze­mie­nia­ły się z płat­ków ja­śmi­no­wych w pą­so­we ró­że.

Nie by­ło ra­dy. Po­bra­li się i po krót­kiej prze­rwie, któ­ra zda­wa­ła się urze­czy­wist­niać ma­rze­nia ko­za­ka-dziew­czy­ny, w ser­cu, w gło­wie, w spo­so­bie ży­cia jej wy­bra­ne­go wszyst­ko po­szło po daw­ne­mu. Tak jak daw­niej po­czął próż­nia­czyć, w kar­ty grać, na hucz­ne po­lo­wa­nia jeź­dzić, róż­nym pa­niom i nie pa­niom gło­wy za­wra­cać, jej po­sag i reszt­ki ma­jąt­ku swe­go ga­lo­pem roz­trwa­niać.

Uszla­chet­nie­nie i udo­sko­na­le­nie ko­cha­ne­go czło­wie­ka nie uda­ły się, czy i szczę­ście tak­że? Na­tu­ral­nie, ale te­go do­my­ślać się tyl­ko by­ło moż­na, bo pa­ni Te­re­sa po­mi­mo praw­do­mów­no­ści i wie­lo­mów­no­ści swej o lo­sie swym i wszyst­kim, co on jej przy­niósł, jak grób czy ka­mień mil­cza­ła. By­łaż w mil­cze­niu tym am­bi­cja, skarg i uża­lań się nie zno­szą­ca, czy po­mi­mo wszyst­kie­go trwa­ją­ce ko­cha­nie? Jed­no i dru­gie za­pew­ne, lecz mo­że wię­cej dru­gie niż pierw­sze. Mo­że pa­ni Te­re­sa na­le­ża­ła do tych na­tur głę­bo­kich, w któ­re gdy raz ko­cha­nie za­pad­nie, to go ani gorz­kie łzy za­wo­du za­lać, ani pa­lą­ce że­la­zo bó­lu wy­piec nie są zdol­ne.

I to tyl­ko wi­dzie­li wszy­scy, że jak przed­tem mę­ża, tak po­tem dzie­ci, gdy na świat przy­cho­dzić za­czę­ły, ko­cha­ła z czu­ło­ścią i tro­skli­wo­ścią nie­zmier­ną, en­tu­zja­stycz­nie, bez gra­nic. Ina­czej wi­dać ko­chać nie umia­ła i ta­ka wła­śnie mi­łość mu­sia­ła być ko­niecz­nym i wierz­choł­ko­wym wy­kwi­tem jej na­tu­ry.

Spro­wa­dzi­ła też mi­łość ta w jej ży­ciu dal­szym na­stęp­stwo dość oso­bli­we.

Kie­dy osta­tecz­nie ma­jąt­ko­wo zruj­no­wa­ni ona i mąż jej z troj­giem już dzie­ci za­miesz­ka­li w fol­warcz­ku ma­lut­kim, je­dy­ną już ich wła­sność sta­no­wią­cym, pa­ni Te­re­sa wnet obej­rza­ła się po nie­du­żych ka­wał­kach po­la, łą­ki, la­su, po za­bu­do­wa­niach go­spo­dar­skich, po ra­chun­kach dzier­żaw­cy, któ­ry im w ma­łym dom­ku miej­sca ustę­po­wał i za­bra­ła się do pra­cy.

Zro­zu­mia­ła, że wiosz­czy­na ta, w ci­chą sa­mot­ność rów­nin po­le­skich rzu­co­na, sta­no­wi­ła warsz­tat je­dy­ny, na któ­rym wy­prząść i wy­tkać trze­ba by­ło byt tych, któ­rych ko­cha­ła, że ten do­mek pod sło­mia­ną strze­chą, po­mię­dzy sta­re li­py i gru­sze wtu­lo­ny, mu­si stać się opo­ką dla stóp drob­nych, dla dłu­giej przy­szło­ści jej dzie­ci i że ona jed­na tkać na warsz­ta­cie, opo­kę przed skru­sze­niem się ucho­wać po­tra­fi. Po­moc­ni­ka, tym bar­dziej wy­rę­czy­cie­la, nie mia­ła, nie! Więc do warsz­ta­tu i opo­ki za­bra­ła się sa­ma żwa­wo, ener­gicz­nie i roz­po­czę­ło się dla niej ży­cie twar­de, szorst­kie, jak wór siecz­ką na­peł­nio­ne dro­bia­zga­mi, któ­re tak jak źdźbła siecz­ki by­ły dla do­tknię­cia ostre i kłu­ją­ce, dla oczu szpet­ne i przy­kre.

On, licz­nych i mniej al­bo wię­cej ma­jęt­nych krew­nych ma­jąc, jeź­dził od dwo­ru do dwo­ru, tu ty­go­dnie, tam mie­sią­ce ba­wiąc się i ba­wiąc, dla oby­cza­jów gład­kich i hu­mo­ru we­so­łe­go wszę­dzie mi­le wi­ta­ny i wi­dzia­ny, za­wsze jesz­cze pa­niom po­do­ba­ją­cy się i przy­po­do­bu­ją­cy, ład­nie śpie­wa­ją­cy, na po­lo­wa­niach umie­ją­cy strze­lać cel­nie, a po­tem o nich naj­śmiesz­niej­sze aneg­do­ty opo­wia­dać.

Do do­mu za­glą­dał kie­dy nie­kie­dy, w zgrab­nych ra­mio­nach dzie­ci przez czas ja­kiś po­huś­tał, żo­nę piesz­czo­ta­mi i czu­ło­ścia­mi osy­pał, a po­tem po­zie­wać z nu­dy, wy­cią­gać się w ca­łej dłu­go­ści na sprzę­tach, nad nie­szczę­ścia­mi swy­mi bia­dać za­czy­nał, aż po nie­dłu­gim cza­sie na­stę­po­wa­ła po­ra hu­mo­ru pie­kiel­ne­go, po­sęp­no­ści gro­bo­wej, fu­ka­nia na wszyst­ko i wszyst­kich, cza­sem na­wet gróźb ry­chłej, a bo­daj na­wet sa­mo­bój­czej śmier­ci, aż na ko­niec dłu­żej już ży­cia w tej no­rze, w tej dziu­rze, w tym czyść­cu ziem­skim wy­trzy­mać nie mo­gąc, od­jeż­dżał zno­wu, aby po ty­go­dniach lub mie­sią­cach po­wró­cić na dnie nie­dłu­gie. I zda­rzy­ło się, że ni­g­dy już nie po­wró­cił. W do­mu da­le­ko miesz­ka­ją­cych krew­nych sro­dze na po­lo­wa­niu prze­zię­biw­szy się — umarł. Pa­ni Te­re­sa zaś dłu­go po nim z twa­rzą od pła­czu spuch­nię­tą cho­dzi­ła. Pa­trzą­cy wów­czas na nią ma­wia­li po­mię­dzy so­bą: „Ma też ko­go tak dłu­go i wie­le opła­ki­wać!” Ona jed­nak pła­ka­ła dłu­go i wie­le. Ta­ka już by­ła...

Zresz­tą jak przed­tem, tak i w dal­szym cią­gu cho­dzi­ła po po­lach, do­zo­ro­wa­ła ro­bot­ni­ków, stró­żo­wa­ła nad or­ką, młóc­ką, za­sie­wem, sia­no­ko­sem, żni­wem, do­glą­da­ła in­wen­ta­rza, z po­mo­cą pa­ru dzie­wek ogro­dy upra­wia­ła, nie­rzad­ko wła­sno­ręcz­nie go­to­wa­ła stra­wę, a w dłu­gie no­ce zi­mo­we szy­ła odzież dla sie­bie i dzie­ci. O pierw­szych brza­skach dzien­nych, na mróz, deszcz, śnie­ży­cę, wi­chu­rę czy na raj­skie od ros świe­żych i świ­tań błę­kit­nych po­ran­ki let­nie, pierw­sza wy­cho­dzi­ła z do­mu, aby nie­licz­ną cze­ladź bu­dzić, wraz z nią ro­bo­ty dzien­ne roz­po­czy­nać. Oprócz te­go czę­sto do są­sied­nich wsi i mia­ste­czek jeź­dzi­ła, wszyst­ko, co trze­ba by­ło, sprze­da­jąc, ku­pu­jąc, bra­ki róż­ne za­peł­nia­jąc, stra­tom za­po­bie­ga­jąc, o mnó­stwo dro­bin te­go twar­de­go by­tu do­bi­ja­jąc się z tru­dem, z tar­giem, z tro­ską, od któ­rych nie­raz po­ty per­li­ste na czo­ło jej wy­stę­po­wa­ły. W do­dat­ku zu­peł­nie już nie wia­do­mo, ja­kim spo­so­bem czy ja­kim cu­dem zdo­ła­ła śród te­go wszyst­kie­go trzech sy­nów z ko­lei do szkół przy­go­to­wać i wy­słać, cór­kę ja­ko ta­ko wy­edu­ko­wać i dwo­je dzie­ci naj­młod­szych, drob­nych jesz­cze, do­glą­dać...

Cóż dziw­ne­go, że od lat wie­lu już w spo­sób ta­ki ży­jąc — stra­ci­ła for­mę. By­ło to wy­ra­że­nie jed­ne­go z są­sia­dów, któ­ry pa­trząc raz na nią przez po­kój idą­cą, z ci­cha rzekł do obec­nych:

— Pa­ni Te­re­sa zu­peł­nie stra­ci­ła for­mę...

I praw­dzi­we to by­ło do te­go stop­nia, że gdy szła, to z pew­ne­go od­da­le­nia trud­no by­ło po­wie­dzieć na pew­no, czy to ko­bie­ta al­bo męż­czy­zna idzie, a z bli­ska zno­wu każ­dy nic o niej nie wie­dzą­cy dłu­go na­my­ślać by się mu­siał przed za­de­cy­do­wa­niem, do ja­kie­go sta­nu spo­łecz­ne­go i po­zio­mu cy­wi­li­za­cyj­ne­go nie­wia­sta ta na­le­ży.

Nie by­ła wca­le oty­ła, a jed­nak w pa­sie, ra­mio­nach i ca­łej so­bie by­ła gru­ba. Po­cho­dzi­ło to ze zgru­bie­nia czy roz­ro­stu mu­sku­łów, któ­re wciąż mo­co­wa­ły się z chło­dem, go­rą­cem i fi­zycz­nym tru­dem, a nada­wa­ło jej po­zór bry­ło­wa­ty, cięż­ki, dziw­nie zno­wu sprze­cza­ją­cy się z ży­wo­ścią i ener­gią ru­chów. Po daw­nych ja­śmi­nach i ró­żach jej twa­rzy śla­du już nie po­zo­sta­ło i ogo­rza­łą, zgru­bia­łą skó­rą po­wle­czo­na twarz ta za­cho­wa­ła tyl­ko pięk­ny za­rys ust i czo­ła, a tak­że te du­że, w nie­po­spo­li­cie pięk­ną opra­wę uję­te oczy, któ­rych piw­ne źre­ni­ce te­raz jesz­cze umia­ły w chwi­lach wzru­sze­nia czy za­my­śle­nia sy­pać zło­ty­mi skra­mi lub świe­cić jak gwiaz­dy.

Ale do te­go stra­ce­nia przez pa­nią Te­re­sę for­my wię­cej jesz­cze od zgru­bia­ło­ści mu­sku­łów i twa­rzy przy­czy­nia­ło się ubra­nie. Był­że to był dla wy­twor­nych i stroj­nych są­sia­dek skład dzi­wów nad dzi­wa­mi w tym ubra­niu, któ­re ni­g­dy nic wie­dzieć nie chcia­ło o mo­dzie i ele­gan­cji, a wie­dzia­ło tyl­ko o ta­nio­ści i wiecz­nym bra­ku cza­su! Więc spód­ni­ce ja­kieś zbyt krót­kie, a co gor­sza, z jed­nej stro­ny dłuż­sze, z dru­giej krót­sze, ka­fta­ny ja­kieś źle skro­jo­ne i z pier­wot­ną pro­sto­tą uszy­te, bu­ty gru­be i stu­ka­ją­ce, chust­ka na gło­wie za­miast ka­pe­lu­sza. I tyl­ko wło­sy... Do tych pa­ni Te­re­sa sła­bość snadź mia­ła, bo za­wsze lśnią­ce i w gład­ki war­kocz za­ple­cio­ne, zwi­ja­ły się z ty­łu jej gło­wy na kształt ogrom­ne­go wę­ża, któ­ry by miał bar­wę mie­nią­cej się w bla­sku słoń­ca łu­ski kasz­ta­na.

Za­pra­co­wa­ła się pa­ni Te­re­sa, za­nie­dba­ła sa­mą sie­bie i „stra­ci­ła for­mę”, lecz nie zda­wa­ło się to ją mar­twić ani za­wsty­dzać, ani zra­żać do by­wa­nia kie­dy nie­kie­dy w do­mach są­siedz­kich, do bra­nia udzia­łu w licz­nych na­wet ze­bra­niach to­wa­rzy­skich. Był w niej po­ciąg do ży­cia to­wa­rzy­skie­go; we­so­ła po­mię­dzy ludź­mi by­wa­ła, mów­na. Gdy z bry­czusz­ki w dwa ma­łe ko­ni­ki za­przę­żo­nej przed do­mem są­sia­dów wy­siadł­szy, kro­kiem swo­im za­ma­szy­stym i stu­ka­ją­cym, w suk­ni z jed­nej stro­ny krót­szej, z dru­giej dłuż­szej, do pięk­ne­go, wy­kwint­ne­go, lud­ne­go sa­lo­nu wcho­dzi­ła, na ustach mia­ła uśmiech sze­ro­ki, któ­ry rząd zę­bów jak per­ły bia­łych od­sła­niał, a na po­wi­ta­nie rę­ce obec­nych tak moc­no w stward­nia­łych od pra­cy dło­niach ści­ska­ła, że nie­któ­rzy aż z bó­lu sy­ka­li. Na ka­na­pie al­bo ja­kim pa­rad­nym fo­te­lu ją po­sa­dzić zu­peł­nym by­ło nie­po­do­bień­stwem.

Wy­krę­ca­ła się od za­pro­sin, za­wie­ru­sza­ła się po­mię­dzy to­wa­rzy­stwem, gdzie to tu, to ów­dzie sły­chać by­ło, jak ca­ło­wa­ła się z pa­nia­mi, żar­to­wa­ła z pa­nów, o róż­nych rze­czach i spra­wach roz­pra­wia­ła gło­sem przy­zwy­cza­jo­nym do prze­ma­wia­nia w po­lu, w ogro­dach, w sto­do­le, więc zbyt do­no­śnym i nie­kie­dy wpa­da­ją­cym w to­ny tak gru­be, że trud­no by­ło z da­la roz­róż­nić, czy to jest mę­skie al­bo nie­wie­ście mó­wie­nie.

Ale u sie­bie w do­mu, w Lesz­czyn­ce swo­jej, gdy nikt ob­cy na nią nie pa­trzał, mie­wa­ła czę­sto czo­ło zmar­twio­ne, a oczy peł­ne za­du­my czy tę­sk­no­ty. Nie­raz gdy w go­rą­ce żni­wa po dniu na skwa­rze sło­necz­nym spę­dzo­nym z po­la do do­mu po­wra­ca­ła, krok jej za­ma­szy­stość swą utra­cał i po­wol­ny sta­wał się, zmę­czo­ny, a wzrok ku gó­rze pod­nie­sio­ny błą­kał się po ob­ło­kach przez let­ni przed­wie­czerz ma­lo­wa­nych i zło­co­nych. Zba­cza­ła nie­co z dro­gi wprost do ma­łe­go dwor­ku pro­wa­dzą­cej, wcho­dzi­ła na łącz­kę przy­droż­ną i tam wśród mie­tlic roz­czo­chra­nych i ko­ni­czyn kwit­ną­cych sia­da­ła.

Roz­czo­chra­ne mie­tli­ce, ko­ni­czy­ny wy­so­kie, gro­na­mi bia­łych pe­reł ob­wie­szo­ne, szcza­wie o po­tęż­nych, czer­wo­nych ki­tach ogar­nia­ły ją i za­sła­nia­ły aż po szy­ję, tak że nad tą to­pie­lą pu­szy­stą i róż­no­barw­ną wi­dać by­ło tyl­ko jej gło­wę z buj­nym, ogni­stym war­ko­czem i z twa­rzą od zno­ju wil­got­ną. Lek­kie wia­try przed­wie­czor­ne mu­ska­ły wte­dy tę twarz uzno­jo­ną, a przed oczy­ma od zmę­cze­nia przy­ga­sły­mi po­wsta­wa­ła nad nie­da­le­kim la­sem zo­rza wie­czor­na, zło­ta i ró­żo­wa. I pa­trza­ły wte­dy oczy te na za­wie­sza­ją­cą się po­mię­dzy nie­bem i zie­mią za­sło­nę świetl­ną, pa­trza­ły, po­dzi­wia­ły, mo­dli­ły się, wiel­bi­ły, aż po­czy­na­ły na­bie­rać od niej bla­sku, aż po­wra­ca­ły od nich si­ła i ra­dość ży­cia, aż ma­rzą­ce, smut­ne, roz­mo­dlo­ne, za­chwy­co­ne, nad gę­stwi­ną mie­tlic, ko­ni­czyn i szcza­wi — świe­ci­ły jak gwiaz­dy.

Zda­rza­ło się rów­nież, że w no­ce zi­mo­we, za do­mem bia­łe od śnie­gu, w do­mu ci­che od po­wszech­ne­go uśpie­nia, ogar­nia­ły ją za­du­my do fal gorz­kich, po­sęp­nie szem­rzą­cych po­dob­ne.

Dzie­ci w przy­le­głym po­ko­ju spa­ły spo­koj­nie, a ona w iz­deb­ce swo­jej u je­dy­ne­go jej okna przy świe­tle ma­łej lam­py odzież ich na­pra­wia­ła. Wy­so­ki stos bia­łych płó­cien wzno­sił się przed nią na sto­le, wiatr za okna­mi szu­miał, cza­sem ga­łąź wia­trem po­ru­szo­na su­cho i twar­do w szy­bę za­stu­ka­ła lub świerszcz ode­zwał się pod pie­cem.

Z gło­wą pod świa­tłem lam­py po­chy­lo­ną szy­ła, lecz nie­raz igła wy­su­wa­ła się z jej pal­ców i czo­ło na dłoń opa­da­ło. Z czo­łem i oczy­ma za­kry­ty­mi dło­nią sia­dy­wa­ła nie­ru­cho­mo i tyl­ko cza­sem, jak­by cze­muś dzi­wu­jąc się bez­den­nie lub nad czymś bo­le­śnie bia­da­jąc, gło­wą po­wo­li wstrzą­sa­ła lub w obie stro­ny ko­ły­sa­ła. Dzi­wo­wa­łaż się tak lo­so­wi wła­sne­mu? Bia­da­łaż nad omył­ką w dniach kwit­ną­cej mło­do­ści po­peł­nio­ną?

Nie­kie­dy tak­że wśród ta­kiej za­du­my noc­nej z ust jej wy­cho­dzić po­czy­na­ły nu­ty piosn­ki sta­rej: „Dwa go­łę­bie wo­dę pi­ły...” Ni­g­dy wię­cej nad ten po­czą­tek piosn­ki nie za­nu­ci­ła, opa­mię­ty­wa­ła się za­raz, mil­kła... By­łoż to echo od wio­sny ży­cia w tę noc zi­mo­wą przy­wia­ne, echo i od­błysk mi­ło­ści je­dy­nej w ży­ciu, za­wie­dzio­nej, zdep­ta­nej?...

Ale w są­sied­nim po­ko­ju jed­no z dzie­ci nie­spo­koj­nie po­ru­szy­ło się na po­sła­niu, dru­gie wśród snu krzyk­nę­ło.

Pa­ni Te­re­sa, w mgnie­niu oka na no­gach, bie­gła ku sy­pial­ni dzie­cię­cej, a gdy po chwi­li, prze­ko­naw­szy się, że nic złe­go nie za­szło, po­wra­ca­ła, oczy jej, usta, twarz ca­ła ja­śnia­ły od bło­gie­go uśmie­chu.

— Ro­ba­ki mo­je, kwiat­ki, bry­lan­ty, po­cie­chy, skar­by mo­je!

Wśród licz­nych jej zna­jo­mych by­li ta­cy, w któ­rych bu­dzi­ła sza­cu­nek lub po­dziw i ta­cy, któ­rych ba­wi­ła al­bo nu­dzi­ła, któ­rzy też ją po tro­chu wy­śmie­wa­li. Dość po­wszech­nie zresz­tą przy­cze­pia­no do niej na­zwę Vi­ra­go. Ży­cie zaś in­ną jesz­cze na­zwą ob­da­rzyć ją mia­ło...



II

Tej wio­sny syn naj­star­szy pa­ni Te­re­sy, dwu­dzie­sto­let­ni stu­dent od pa­ru lat w da­le­kiej sto­li­cy prze­by­wa­ją­cy, ra­zem ze skow­ron­ka­mi do Lesz­czyn­ki zle­ciał i już z po­wro­tem nie od­le­ciał. Gdy­by pa­ni Te­re­sa do po­wro­tu go na­ma­wia­ła, nie usłu­chał­by pew­nie, ale ona nie czy­ni­ła te­go i raz go tyl­ko obur­kli­wie, krót­ko za­py­ta­ła:

— Cóż bę­dzie, Ju­lek? Nie po­je­dziesz?

— Nie, ma­tuch­no — od­po­wie­dział. — Nie po­ja­dę...

Czo­ło jej zbie­gło się w dwie gru­be zmarszcz­ki i przez chwi­lę sta­ła ze wzro­kiem w zie­mię wbi­tym, po­sęp­na i zgnę­bio­na. Po­tem jed­nak gło­wę pod­nio­sła i spo­koj­nym gło­sem już rze­kła:

— Ano! Cóż ro­bić? Kie­dy ina­czej być nie mo­że...

— Nie mo­że, ma­tuch­no!

— Ja to i sa­ma wiem. A kie­dy ina­czej być nie mo­że, to i ba­sta!

Do go­spo­dar­stwa ode­szła. Ale kie­dy z pę­kiem klu­czy w rę­ku szła przez ma­ły dzie­dzi­niec do świr­na, w któ­rym róż­ne za­pa­sy żyw­no­ścio­we się mie­ści­ły, krok jej cięż­szy i po­wol­niej­szy był niż zwy­kle.

Bóg je­den tyl­ko wie­dział, z ja­ki­mi trud­no­ścia­mi, prze­szko­da­mi, tro­ska­mi zdo­ła­ła ona sy­na te­go do szkół przy­go­to­wać, w szko­łach utrzy­mać, do sto­łecz­ne­go uni­wer­sy­te­tu wy­słać. Pa­rę ra­zy ktoś z krew­nych do­po­mógł nie­co i oto za lat trzy Ju­lek skoń­czo­nym me­dy­kiem zo­sta­nie, a ja­kim bę­dzie me­dy­kiem i ja­kim czło­wie­kiem, to już ona jed­na tyl­ko wie­dzieć mo­gła, któ­ra go naj­le­piej ze wszyst­kich lu­dzi zna­ła i ty­le już dzi­wów o je­go zdol­no­ściach, o je­go du­szy, o je­go przy­szło­ści wy­ro­iła. W ro­je­niach tych zresz­tą wca­le nie wszyst­ko by­ło uro­je­niem i po­wszech­ne zda­nie w oko­li­cy pa­no­wa­ło, że pa­ni Te­re­sie syn naj­star­szy do­brze się udał. W zi­mie, któ­ra tę wio­snę po­prze­dzi­ła, są­sie­dzi czę­sto sły­sze­li ją ma­wia­ją­cą:

— Oho! Niech no tyl­ko Ju­lek na­uki skoń­czy i na wła­snych no­gach sta­nie, to już ja o przy­szłość Jan­ka, Ol­ka, Broń­ci i Lu­dwin­ki spo­koj­na bę­dę. Choć­bym i oczy za­mknę­ła, choć­by na Lesz­czyn­kę nie­uro­dza­je i in­ne klę­ski spa­dły, on zgi­nąć im nie da!

— A dla­cze­góż to pa­ni — ktoś raz za­uwa­żył — wszyst­kie dzie­ci wy­mie­nia­jąc, o pan­nie In­ie za­po­mi­na?

Na to py­ta­nie ra­dość na twa­rzy jej zga­sła i oczy nie­spo­koj­nie za­czy­na­ły mi­go­tać.

— In­ka! No, cóż In­ka! Osiem­na­ście lat koń­czy, już do­ro­sła...

— Za mąż ry­chło ją pa­ni wy­da, co?

— Mo­że... pew­nie... na to prze­cież ro­sną dziew­czę­ta...

— Pa­trzeć tyl­ko, jak chło­piec ja­kiś po­rwie ją od pa­ni... Jak­że, ta­kie ślicz­no­ści...

— A pew­nie, że ślicz­na jest! co praw­da, to praw­da! — roz­pro­mie­nia­ła się zno­wu pa­ni Te­re­sa, lecz wnet z no­wym za­nie­po­ko­je­niem oczu i czo­ła do­da­wa­ła:

— Tyl­ko że ta ślicz­ność tak sa­mo nam ko­bie­tom nie­szczę­ście jak szczę­ście spro­wa­dzać mo­że. At! W rę­ku Bo­ga los ludz­ki! Jak Bóg da!...

Znać by­ło, że wspo­mnie­nie o ślicz­nej In­ce nie­po­kój w niej bu­dzi­ło, ale dla­cze­go, ni­ko­mu o tym nie mó­wi­ła. Wła­ści­wie dziew­czy­nie tej, za któ­rą gdy tyl­ko się gdzie­kol­wiek uka­za­ła, pa­no­wie jak sło­necz­ni­ki za słoń­cem się ob­ra­ca­li, na imię by­ło: Mi­cha­li­na, ale ona imię to zbyt la­da ja­kim znaj­du­jąc, gdy tyl­ko do­ro­sła, za­czę­ła wszę­dzie, gdzie tyl­ko mo­gła, na­zy­wać się i pod­pi­sy­wać: Ina. Dla do­go­dze­nia jej wszy­scy tak sa­mo na­zy­wać ją za­czę­li, bo do­ga­dzać jej każ­dy czuł po­trze­bę, mus nie­mal. Nie by­łaż ślicz­na?

Dzień był kwiet­nio­wy, bar­dzo po­god­ny i cie­pły. Wio­sny tej kwie­cień przy­szedł na świat ta­ki, ja­ki za­zwy­czaj maj przy­cho­dzi. Przed­wcze­sne upa­ły do­pie­kać za­czy­na­ły i wszyst­ko przed­wcze­śnie roz­zie­le­nia­ło się, roz­kwi­ta­ło. W Lesz­czyn­ce sza­re ścia­ny ma­łe­go do­mu ob­le­wał blask słoń­ca, na strze­chę mchem błę­kit­na­wym po­pla­mio­ną li­py kła­dły peł­ne li­sto­wia ga­łę­zie, przed kil­ku ma­ły­mi okna­mi kwi­tło na grzę­dach tro­chę nar­cy­zów i pi­wo­nii. Na ma­łym dzie­dziń­cu bu­do­wel­ka­mi go­spo­dar­ski­mi oto­czo­nym i w znacz­nie więk­szym ogro­dzie owo­co­wym i wa­rzyw­nym pa­no­wa­ła ci­sza, któ­rą na­peł­niał nie­zmier­ny, ra­do­sny gwar ptac­twa. Mnó­stwo te­go pie­rza­ste­go dro­bia­zgu gnieź­dzi­ło się tu w ga­łę­zi­stych drze­wach i me­ta­licz­nym szcze­bio­tem jak wi­nem mu­su­ją­cym na­peł­nia­ło cza­rę krysz­ta­ło­we­go czy­ste­go po­wie­trza.

Jul­ka ani In­ki nie by­ło w do­mu. On te­raz czę­sto pusz­czał się na wy­pra­wy po są­siedz­twie i ca­łym po­wie­cie, ją są­siad­ki na dość dłu­go za­bra­ły, aby im w ja­kichś pil­nych zbio­ro­wych ro­bo­tach po­ma­ga­ła. Pa­ni Te­re­sa szła z ogro­du wa­rzyw­ne­go, gdzie kil­ka ko­biet wiej­skich ja­kąś zie­le­ni­nę na za­go­nach roz­sa­dza­ło, a dwie kil­ku­let­nie dziew­czyn­ki, w krót­kich su­kien­czy­nach, wy­so­ko na­gie ich no­żę­ta od­kry­wa­ją­cych, krok w krok za nią wśród agre­sto­wych krza­ków drep­ta­ły. Nie­zwy­kle za­my­ślo­na pa­ni Te­re­sa zda­wa­ła się nie sły­szeć dwóch cien­kich gło­si­ków, któ­re tuż za nią, to po ko­lei, to ra­zem wo­ła­ły:

— Mam­ciu! Ma­mu­siu! Ma­tuch­no! Mam­ciu!

My­śla­ła. Jak on te­raz, ten Ju­lek, czę­sto wy­jeż­dża z do­mu, jak się po­mię­dzy roz­ma­ity­mi ludź­mi po wsiach i po mia­stecz­kach krę­ci, a gdy po­wra­ca, ja­ki mu cza­sem żar pa­li się w oczach. Za­wsze miał ta­kie oczy błysz­czą­ce, ale te­raz to tak zu­peł­nie, jak­by kto ża­ru w nie na­sy­pał... Nic ni­g­dy o tym, gdzie był i co ro­bił, nie mó­wi, na­wet przed mat­ką. Tak i po­win­no być; ona do nie­go o to żad­nej pre­ten­sji nie ma, ale sa­ma do­my­śla się, że snadź już, już... po­ra nad­cho­dzi... Oj, cięż­ka po­ra... Tak się boi, tak się okrop­nie boi...

— Mam­ciu! Ma­mu­siu! Ma­tuch­no!

Nie sły­szy. Wes­tchnę­ła gło­śno.

Za oj­czy­znę, za wol­ność, pro­sta to rzecz i na­tu­ral­na. Ona to do­brze ro­zu­mie. Ona tak sa­mo my­śli i czu­je jak Ju­lek. Czy chcia­ła­by, aby on my­ślał i czuł ina­czej? Nie! Broń Bo­że! Za tchó­rza i za gał­ga­na mia­ła­by go, gdy­by tak by­ło. Wo­la­ła­by do gro­bu go po­ło­żyć ni­że­li wi­dzieć tchó­rzem i gał­ga­nem. Już daw­no po­wie­dzia­ła so­bie, że ina­czej być nie mo­że i — ba­sta! Ale na ser­cu ma ta­ki cię­żar, ta­ki okrop­ny cię­żar.

— Mam­ciu! Ma­mu­siu! Ma­mecz­ko!

Nie sły­szy. Idzie co­raz po­wol­niej i gło­wa jej, sztyw­ną, mu­śli­no­wą chu­s­tą przed upa­łem osło­nię­ta, co­raz ni­żej na pierś opa­da.

Co z te­go bę­dzie? Co bę­dzie? Za­miar wiel­ki i świę­ty, tak, świę­ty! Ale sku­tek ja­ki? Po­wia­da­ją, że je­śli nikt nie po­mo­że... ale to jest głu­pie ga­da­nie. Po­móc to po­mo­gą, bo al­boż to lu­dzie na świe­cie z ka­mie­nia są al­bo z bło­ta, aby wi­dząc ta­ką spra­wę świę­tą, ta­kie mę­czeń­skie tar­ga­nie się, nie uję­li się, nie ra­to­wa­li? W Bo­gu na­dzie­ja, że tak bę­dzie, jak mło­dzi Ko­niec­cy oneg­daj mó­wi­li. In­ter­wen­cja mo­carstw na­stą­pi i wszyst­ko do­brze pój­dzie. Ale tym­cza­sem... ku­le... A gdy­by jed­na z nich... w Jul­ka... O, nie daj Bo­że! O, nie po­zwól! Pod Two­ją opie­kę i obro­nę ucie­ka­my się, świę­ta Bo­ża Ro­dzi­ciel­ko!

— Ma­mo! Ma­tuch­no! Ma­mo!

Na ko­niec usły­sza­ła, a ra­czej uczu­ła cze­pia­ją­ce się suk­ni jej czte­ry łap­ki.

— Cze­go chce­cie?!

Dwie drob­ne twa­rze, ru­mia­ne, py­za­te, pod­no­si­ły się ku niej i jed­na ze śmie­chem, dru­ga z na­dą­sa­niem rze­kły:

— Jeść chce się!

Spla­snę­ła dłoń­mi i krzyk­nę­ła:

— A praw­da! Toż to wy dziś nic jesz­cze nie ja­dły! Toż ja o was za­po­mnia­łam. A bied­nień­kie wy mo­je, mi­leń­kie... głod­ne... Chodź­cie prę­dzej, chodź­cie do do­mu, chodź­cie...

Raź­nie już, sze­ro­kim kro­kiem iść za­czę­ła, a przed nią dwa ma­leń­stwa szyb­ko po zie­lo­nej tra­wie bo­sy­mi stop­ka­mi prze­bie­ra­ły, wkrót­ce też przez bocz­ne drzwi do­mu do ma­łej sion­ki wbie­gły. Ale pa­nią Te­re­sę wejść tam za ni­mi ma­ją­cą w pro­gu ogar­nę­ły i pra­wie nad zie­mię unio­sły mę­skie ja­kieś ra­mio­na i nim opa­mię­tać się zdo­ła­ła, po sion­ce ją okrę­ciw­szy, do przy­le­głe­go po­ko­ju wal­co­wym kro­kiem wcią­gnę­ły. Przy tym głos mło­dzień­czy, we­so­ły wo­łał:

— Dzień do­bry mam­ci! Dzień do­bry ma­tuch­nie! Jak ma­tuch­na ma się?

I krę­cąc się z nią jesz­cze po po­ko­ju, śmiał się:

— Cha, cha, cha!

A ona zdy­sza­na i z twa­rzą w ogniu krzy­cza­ła:

— Puść, Ju­lek! Ach, ty swa­wol­ni­ku, wa­ria­cie, nic­po­niu! Puść, mó­wię, bo tchu już nie zła­pię...

I tak sa­mo jak on śmia­ła się:

— Cha, cha, cha!

Aż gdy wy­pu­ścił ją z ob­jęć, ku drzwiom od kuch­ni sko­czy­ła i krzyk­nę­ła:

— Te­le­żu­ko­wa! Daj ma­leń­kim śnia­da­nie.

I wnet do sy­na po­wró­ci­ła z usta­mi peł­ny­mi za­py­tań.

— No, jak­że masz się? Ty­dzień cię w do­mu nie by­ło. Da­le­ko jeź­dzi­łeś? Skąd te­raz przy­je­cha­łeś? Co się tam na sze­ro­kim świe­cie dzie­je?

On ją kil­ka ra­zy w obie rę­ce po­ca­ło­wał, po czym, na sta­rej ka­nap­ce usiadł­szy, z mi­ną uro­czy­ście na­stro­jo­ną mó­wić po­czął:

— Uczyn­ki mi­ło­sier­ne co do cia­ła: głod­ne­go na­kar­mić, spra­gnio­ne­go na­po­ić... a do­pie­ro gdy się te­go do­ko­na, przyj­dą tam­te, co do du­szy: nie wie­dzą­ce­go uwia­do­mić, py­ta­ją­ce­mu od­po­wie­dzieć...

— No, no, już ro­zu­miem! Za­raz na­kar­mię i na­po­ję! Oj, ty, swa­wol­ni­ku ma­ły!

I już ku drzwiom od kuch­ni śpie­szy­ła, ale gdy oko­ło nie­go szła, za rę­kę ją po­chwy­cił i z ocza­mi ku niej pod­nie­sio­ny­mi, gło­sem zni­żo­nym rzekł:

— A po­tem pój­dzie­my do po­ko­ju ma­my na roz­mo­wę po­waż­ną. Mam do po­wie­dze­nia ma­mie coś bar­dzo waż­ne­go...

Ona zbla­dła na twa­rzy i oczy jej zmą­ci­ły się, jak gdy kto ka­mień na wo­dę rzu­ci.

— Coś waż­ne­go... — po­wtó­rzy­ła szep­tem.

Ale wnet uspo­ko­iła się.

— Do­brze, po­mó­wi­my, tyl­ko ci do zje­dze­nia co­kol­wiek przy­nio­sę.

Sam po­zo­staw­szy Ju­lek z ka­nap­ki się ze­rwał i ma­ły po­kój szyb­ko wzdłuż i wszerz prze­bie­gać za­czął, drob­ne­go wą­si­ka po­krę­ca­jąc, z gło­wą po­chy­lo­ną, za­my­ślo­ny. Jed­nak po­mi­mo za­my­śle­nia spod drob­ne­go wą­si­ka ład­nym te­no­rem za­nu­cił: „Ci­cho, ci­cho, ktoś nad­cho­dzi, ser­ce mó­wi...” I urwał. To­nę­ła piosn­ka mło­dzień­cza w fa­lach my­śli szum­nie i tłum­nie to­czą­cych się przez gło­wę.

Swa­wol­ni­kiem był od dzie­ciń­stwa naj­mniej­sze­go aż do­tąd, ale ma­ły to nie był by­naj­mniej. Wzrost wpraw­dzie mier­ny miał, ale bar­ki sze­ro­kie, w sto­sun­ku do wzro­stu na­wet za sze­ro­kie, co tro­chę krę­pym go czy­ni­ło; jed­nak z kształ­tów i ru­chów bi­ła mu ta­ka rześ­kość i ży­wość, że zgrab­ny się wy­da­wał, a przede wszyst­kim za do­sko­na­łe upo­sta­cio­wa­nie zdro­wia i si­ły mógł ucho­dzić. Po mat­ce wziął czu­pry­nę gę­stą, ład­ny wy­krój czo­ła i pięk­ne piw­ne, błysz­czą­ce oczy, lecz na ra­zo­wym chle­bie ma­cie­rzyń­skim po­licz­ki mu nie­co za­nad­to spulch­nia­ły, tak że okrą­głe i ru­mia­ne przy­po­mi­na­ły py­za­tych anio­łów na ob­ra­zach nie­kie­dy ma­lo­wa­nych. Z twa­rzy tej ogień mło­do­ści go­rą­cej, na­mięt­nej aż try­skać się zda­wał.

Nie tak wy­glą­dał, gdy w zi­mie mi­nio­nej ca­łe sze­re­gi no­cy spę­dzał w tru­piar­ni, gdzie bla­dy od bez­sen­no­ści z cie­ka­wo­ścią na­mięt­ną ba­dał na cia­łach, któ­re śmierć roz­kła­da­ła, ta­jem­ni­ce ludz­kie­go ży­cia. Ale te­raz nie znać by­ło na nim ani tych no­cy pra­co­wi­tych i po­nu­rych, ani in­nych wrzaw­li­wych, któ­re w izbie stu­denc­kiej, w ob­ło­kach ty­to­nio­we­go dy­mu spę­dzał na na­mięt­nych spo­rach i roz­pra­wach z tłu­mem ko­le­gów. Te­raz wszyst­kie pra­ce, wszyst­kie przed­mio­ty spo­rów i roz­praw, wszyst­kie dą­że­nia i za­mia­ry jak drob­ne świecz­ki po­ga­sły przed bla­skiem jed­nej my­śli, jed­nej na­dziei, jed­ne­go za­mia­ru i ce­lu.

Wnet po wcze­snym i krót­kim obie­dzie rzekł do mat­ki:

— Mo­że do ma­my po­ko­ju na roz­mo­wę pój­dzie­my, bo tam bęb­ny naj­mniej prze­szka­dzać bę­dą...

— Ja­kie tam bęb­ny! Ja­nek i Olek za­raz zno­wu do wio­ski al­bo do la­su po­le­cą...

— Są jesz­cze dwa mniej­sze bę­ben­ki...

— No, te ro­ba­ki... nic jesz­cze nie ro­zu­mie­ją! Ale idź do me­go po­ko­ju, a ja tyl­ko Te­le­żu­ko­wej coś po­wiem i tam przyj­dę...

Nie­ba­wem wcho­dzi­ła do te­go po­ko­ju, któ­ry był wła­ści­wie iz­deb­ką wą­ską, o jed­nym na ogród wy­cho­dzą­cym oknie, a tuż za nią wy­so­ki próg prze­stą­pi­ły Broń­cia i Lu­dwin­ka. Dwa też cien­kie gło­si­ki za­dzwo­ni­ły:

— Ma­tuch­no! Ma­mu­siu! Mam­ciu!

— Cze­go chce­cie?

Z oczy­ma na mat­kę pod­nie­sio­ny­mi chwi­lę mil­cza­ły, a po­tem naj­spo­koj­niej i naj­po­waż­niej w świe­cie od­po­wie­dzia­ły:

— Ni­cze­go!

Z mat­ką i przy mat­ce być chcia­ły tyl­ko, a przy tym lu­bi­ły nie­zmier­nie tę iz­deb­kę, do któ­rej wstęp bez niej z po­wo­du ra­chun­ków stół do pi­sa­nia okry­wa­ją­cych, był im wzbro­nio­ny.

Mo­gły­by so­bie z tych pa­pie­rów za­baw­ki po­wy­kra­wać lub na wiatr je pu­ścić.

— No, kie­dy ni­cze­go, to idź­cie stąd so­bie! Do Te­le­żu­ko­wej idź­cie!...

Z za­dar­ty­mi głów­ka­mi ucze­pi­ły się czwor­giem rą­cząt spód­ni­cy mat­czy­nej i Broń­cia, bru­net­ka śnia­da, ża­ło­śnie, a Lu­dwin­ka, lnia­no­wło­sa i ró­żo­wa, z gniew­nym tu­pa­niem nó­żek, jed­no­gło­śnie za­wo­ła­ły:

— Nie­eeeee!

Ju­lek po­chy­lił się i w mgnie­niu oka jed­ną na jed­no ra­mię, dru­gą na dru­gie po­chwy­ciw­szy, znad zie­mi je pod­niósł.

— E! Niech ro­bacz­ki tro­chę so­bie przy Te­le­żu­ko­wej po­peł­za­ją! Tu nie­po­trzeb­ne!

Śmie­jąc się z iz­deb­ki je wy­no­sił, a one śmia­ły się tak­że gło­śno i na­gie, dłu­gie, ogo­rza­łe ich no­żę­ta ko­ły­sa­ły się w po­wie­trzu, z ra­mion bra­ter­skich zwi­sa­jąc.

Pa­ni Te­re­sa tym­cza­sem sta­nę­ła przy otwar­tym oknie, za któ­rym rósł wy­so­ki i gę­sty krzak bzu już roz­kwi­tać po­czy­na­ją­ce­go. Krzak ten tak za­sła­niał okno, że nic prze­zeń wi­dać nie by­ło oprócz ka­wał­ka błę­ki­tu nie­bie­skie­go za naj­wyż­szy­mi szyb­ka­mi.

Kie­dy Ju­lek po­wra­ca­jąc drzwi za so­bą za­mknął, iz­deb­ka zda­wa­ła się być szczel­nie przed wszel­kim okiem i uchem ludz­kim ukry­ta.

— Cóż, co mi masz do po­wie­dze­nia? — rzu­ci­ła się ku sy­no­wi pa­ni Te­re­sa.

Po­bla­dłą twarz i zmą­co­ne źre­ni­ce jej wi­dząc, uspo­ka­jać ją po­czął:

— Nie to, nie to jesz­cze, co ma­ma my­śli. I to przyj­dzie, na­tu­ral­nie, ale nie te­raz jesz­cze. Te­raz coś in­ne­go, ale tak­że waż­ne­go.

I tu, u otwar­te­go okna sto­jąc, po­czął mó­wić dość gło­śno, bo i po cóż miał­by szep­tać, sko­ro ni­ko­go w po­bli­żu nie by­ło i nikt pod­słu­chi­wać ani my­ślał.

Czy tyl­ko nikt? Coś jed­nak za krza­kiem bzo­wym za­sze­le­ścia­ło i coś ciem­ne­go wśród gę­sto splą­ta­nych ga­łę­zi za­sza­rza­ło. Ale pa­ni Te­re­sa i Ju­lek uwa­gi żad­nej na to nie zwró­ci­li. Ma­łoż to skrzy­deł pta­sich za okna­mi trze­po­ce, a by­łoż im w tej chwi­li do przy­glą­da­nia się grom barw i świa­teł w krza­kach?

Tym­cza­sem po dru­giej stro­nie bzo­we­go krza­ku dwie po­sta­cie chło­pię­ce, jed­na nie­do­ro­sła, a dru­ga wca­le jesz­cze dzie­cin­na, w po­sta­wach wy­prę­żo­nych i ze ska­mie­nia­ły­mi od wy­tę­żo­nej uwa­gi twa­rza­mi pod­słu­chi­wa­ły.

Tak sa­mo jak Broń­cia i Lu­dwin­ka, Ja­nek i Olek po­szli je­den w mat­kę, dru­gi w oj­ca. Wło­sy ciem­ne i zło­te, jed­no­staj­nie krót­ko przy­strzy­żo­ne, oczy piw­ne i błę­kit­ne, jed­no­staj­nie w tej chwi­li od cie­ka­wo­ści na­mięt­nej roz­bły­słe, ce­ry jed­no­staj­nie przez wio­sen­ne wia­try i upa­ły opa­lo­ne. Tyl­ko że star­szy wy­smu­kły był i wy­da­wał się sprę­ży­sty, gib­ki, a z twa­rzy bla­da­wej wraż­li­wy i za­pal­czy­wy, u młod­sze­go zaś krę­pość czy przy­sa­dzi­stość kształ­tów łą­czy­ła się z ru­mia­no­ścią, po­wle­ka­ją­cą py­za­te, zu­peł­nie jesz­cze dzie­cin­ne po­licz­ki. Zresz­tą lat nie­speł­na pięt­na­ście i trzy­na­ście, sta­re ja­kieś, już za krót­kie i za cia­sne mun­dur­ki szkol­ne, sto­py bo­se, śla­dy świe­żej wę­drów­ki po dro­gach piasz­czy­stych i pod­ło­żach le­śnych na so­bie ma­ją­ce.

Z kil­ku­go­dzin­nej wę­drów­ki po wsi chłop­skiej i le­sie po­wró­ciw­szy, za­raz spo­strze­gli, że po­mię­dzy mat­ką i Jul­kiem coś jest, ja­kiś se­kret, nie­po­kój. Przy sto­le obia­do­wym mat­ka mniej niż zwy­kle mó­wi­ła, na­wet ich za nie­zgrab­ne je­dze­nie gde­rać za­po­mi­na­ła, a Ju­lek za­my­ślał się czę­sto i ani ra­zu z nich nie za­żar­to­wał. Oni od daw­na już cze­goś do­my­śla­li się, coś w po­wie­trzu czu­li, o czymś z za­sły­sza­nych roz­mów po­mię­dzy star­szy­mi wie­dzie­li. W szko­łach jesz­cze, tam w mie­ście, skąd na świą­tecz­ne wa­ka­cje do do­mu przy­je­cha­li, wie­le już o tym, co ma stać się, po­mię­dzy ko­le­ga­mi mo­wy by­ło. A dla­cze­go po przej­ściu wa­ka­cji świą­tecz­nych mat­ka do mia­sta i szko­ły wró­cić im nie po­zwo­li­ła? Oho! Sły­sze­li do­brze, jak raz do Jul­ka po­wie­dzia­ła: „W cza­sach ta­kich kto wie, co z dzieć­mi stać się mo­że. Niech le­piej w do­mu zo­sta­ną”. Ju­lek za­uwa­żył, że rok cza­su w szko­le stra­cą, a ona od­po­wie­dzia­ła: „Niech le­piej rok stra­cą, a ży­wi i ca­li zo­sta­ną!” Ot, co za­szło! Aby ży­wi i ca­li zo­sta­li! In­ni to ma­ją pra­wo roz­po­rzą­dzać się swo­im ży­ciem i swo­ją ca­ło­ścią, a oni niech przy far­tusz­ku ma­mi­nym sie­dzą i hań­bą choć­by okry­wa­ją się, zdraj­ca­mi kra­ju zo­sta­ją, by­le­by... Bo zdraj­cą kra­ju jest i hań­bą okry­wa się ten, któ­ry te­raz... A skąd­że pew­ność, że Ju­lek ży­wy i ca­ły zo­sta­nie? Jed­nak za­mie­rza czy­nić to, co mu ser­ce czy­nić roz­ka­zu­je, ku cze­mu cią­gnie go przy­kład wszyst­kich bo­ha­te­rów rzym­skich i pol­skich, a ma­ma na to zga­dza się... Dla­cze­góż to je­mu wol­no, a im nie? Wzglę­dem star­sze­go bra­ta coś na kształt za­zdro­ści uczu­li i od daw­na już kro­ki je­go śle­dzić, roz­mo­wom przy­słu­chi­wać się za­czę­li. Ale na pod­słu­chi­wa­nie zdo­by­wa­li się dziś po raz pierw­szy. Jak­że moż­na by­ło nie do­być się, sko­ro tuż za pro­giem sto­jąc nie­chcą­cy usły­sze­li by­li, jak Ju­lek mó­wi: „Do ma­my po­ko­ju na roz­mo­wę pój­dzie­my, bo tam bęb­ny naj­mniej prze­szka­dzać nam bę­dą!” Na te sło­wa w star­szym aż coś za­go­to­wa­ło się, za­wrza­ło. „Sły­szysz, Olek? — bęb­ny!” A Ol­ko­wi łzy za­krę­ci­ły się w błę­kit­nych oczach. Ci­cho jak my­szy ma­ły dom do­ko­ła obie­gli, na ław­ce pod krza­kiem bzu przy­sie­dli i w stro­nę okna do iz­deb­ki mat­czy­nej słuch wy­tę­ży­li. Ja­nek wy­prę­żył się jak stru­na i ku mat­czy­ne­mu oknu ca­ły wy­gię­ty, rę­ką kur­czo­wo brzeg ław­ki ści­skał, Olek zaś zgar­bił się, na­pu­szył i ru­mia­ne po­licz­ki tak wy­dął, jak gdy cza­sem na roz­kaz mat­ki ogień w sa­mo­wa­rze roz­dmu­chi­wał.

Słu­cha­li. Jak­kol­wiek Ju­lek nie zni­żał bar­dzo gło­su, jed­nak po­mi­mo wo­li mo­że zni­żał go nie­co, więc wszyst­kie­go, co mó­wił, sły­szeć nie mo­gli i w słuch im wpa­da­ły cza­sem zda­nia nie­ca­łe, cza­sem wy­ra­zy ode­rwa­ne:

„Dziś po za­cho­dzie słoń­ca... wprost do Dę­bo­we­go Ro­gu... tu nie za­ja­dą...”

A po­tem za­py­ta­nie mat­ki: „Wie­le tam te­go bę­dzie?”

I od­po­wiedź Jul­ka: „Sza­bel... re­wol­we­rów... kos...”

Jan­kiem od stóp do gło­wy dreszcz wstrzą­snął. Jed­ną rę­ką ści­ska­jąc brzeg ław­ki, dru­gą bra­ta za ko­la­no po­chwy­cił.

— Sły­szysz, Olek? Sły­szysz?

Ten drżeć za­czął jak w fe­brze.

— Aha! szab... szab... szab... le...

— Ciiii-cho!

Mat­ka mó­wi­ła zno­wu:

— Mo­ty­ki do ko­pa­nia zie­mi wziąć trze­ba...

A Ju­lek:

— Ja z Te­le­żu­kiem. Czy on w do­mu?

— Pew­nie... po­wiem mu...

Chwi­la mil­cze­nia, po czym zno­wu Ju­lek mó­wi:

— Tyl­ko z chłop­ca­mi... że­by nie wi­dzie­li...

— E! Tak­że! głup­stwo! Bła­zen­ki te, co oni...

— Niech ma­ma tak... niech ma­ma tak nie... oni i bar­dzo na­wet... spo­strze­gam...

— Nie mo­że być! Swa­wo­le im jesz­cze w gło­wie i Ja­nek w książ­kach ca­ły...

— No, no! Tak się ma­mie... ma­te­riał pal­ny...

— Spać im iść ka­żę... dla two­jej spo­koj­no­ści...

Tu drzwicz­ki z iz­deb­ki mat­ki do po­ko­ju dzie­cin­ne­go pro­wa­dzą­ce prze­cią­gle za­skrzy­pia­ły i jed­no­cze­śnie dwa cien­kie gło­si­ki roz­le­gły się tak do­no­śnie, że aż za oknem sły­chać by­ło:

— Mam­ciu! Ma­tuch­no! Ma­mo!

— Ot, już tam i wje­cha­ły ma­łe — sark­nął Ja­nek. — Wszyst­kie­mu ko­niec bę­dzie. Zmy­kaj­my!

Chył­kiem ze­rwaw­szy się z ław­ki, w po­bli­skiej gę­stwi­nie drzew i krza­ków zni­kli. Tam, za gę­stą za­sło­ną z zie­le­ni na zie­mi sie­dząc, dłu­go, za­wzię­cie po­mię­dzy so­bą szep­ta­li. Nad ich gło­wa­mi bli­sko ku so­bie po­chy­lo­ny­mi i czo­ła­mi w sro­gich na­my­słach, jak u sta­rych lu­dzi zmarsz­czo­ny­mi, mło­da zie­lo­ność li­ści po­wie­wa­ła i na za­bój śpie­wa­ły pta­ki.

Pa­ni Te­re­sa z iz­deb­ki swej wy­pa­dła, dwa „ro­bacz­ki” za drob­ne rę­ce nie pro­wa­dząc, ale cią­gnąc.

— Niech dzie­ci grzecz­ne bę­dą... bo do ką­ta iść ka­żę i krze­sła­mi po­za­sta­wiam! Pro­szę mi za­raz gdzie­kol­wiek spo­koj­nie usiąść i ksią­żecz­kę z pie­śnia­mi czy­tać, a za mną te­raz nie ła­zić... bo prze­pę­dzę... do ką­tów...

Wie­dzia­ły „ro­bacz­ki” czy jak je Ju­lek na­zy­wał „bę­ben­ki”, że gdy mat­ka ta­kim to­nem prze­ma­wia­ła, żar­tów nie ma. Ci­chut­ko więc wy­su­nę­ły się z do­mu i na wschod­ce ma­łe­go gan­ku do drew­nia­ne­go słup­ka przy­tu­lo­ne, nad książ­czy­ną drob­ne gło­wy po­chy­li­ły tak, że aż pra­wie ze­tknę­ły się z so­bą ich ogo­rza­łe czo­ła i zmie­sza­ły się wło­sy lnia­ne i bru­nat­ne.

Książ­czy­na w okład­ce zsza­rza­łej i zmię­tej an­ty­kiem by­ła, sta­rym do­ku­men­tem ro­do­wym, w któ­ry z roz­ko­szą wczy­ty­wa­ły się nie­gdyś oczy pa­ni Te­re­sy, gdy by­ła dziec­kiem, po­tem Jul­ka w tej­że po­rze ży­cia, po­tem Jan­ka i Ol­ka. Spa­da­ła w dzie­dzic­twie z mat­ki na dzie­ci, z dzie­ci star­szych na młod­sze, by­ła pierw­szym dru­kiem, któ­ry oczy ich po­zna­wa­ły, pierw­szą opo­wie­ścią, któ­ra im w krwi i mó­zgu za­tli­wa­ła iskrę przy­szłe­go pło­mie­nia. Te­raz na ko­la­nach Broń­ci otwar­ta, po­żół­kły­mi kar­ta­mi od­bi­ja­ła na tle spło­wia­łej su­kien­czy­ny z ró­żo­we­go per­ka­lu.

Broń­cia nie bez pew­nej jesz­cze trud­no­ści czy­tać za­czę­ła:

— Mie­czy-sław Sta­ry...

— Nie chcę Mie­ci­sla­wa... — prze­rwa­ło jej ka­pry­śne sark­nię­cie Lu­dwin­ki.

Cier­pli­wie star­szy „ro­ba­czek” kil­ka kar­tek prze­rzu­cił i za­czął:

— Wła­dy­sław Ja...

Ale młod­szy prze­rwał zno­wu:

— Nie chcę Wla­di­sla­wa...

— No to cze­go chcesz?

Po­rwa­ła Lu­dwin­ka książ­czy­nę z ko­lan sio­stry i na swo­ich ją roz­ło­żyw­szy, z wy­dę­ty­mi od wy­sił­ku war­ga­mi przez chwi­lę kar­ty prze­wra­ca­ła. Po czym za­czę­ła z wiel­kim tru­dem i ją­ka­niem:

— L-e-le-s-i-e-k — Le­siek.

— Daj!

— „Przez dwo­ra­ków opusz­czo­na He­le­na w stro­ju nie­dba­łym...”

Du­ży ptak furk­nął spod ni­skie­go da­chu i nad gło­wa­mi dzie­ci prze­mknąw­szy, lo­tem strze­li­stym po­mknął w dal.

— Ja­skół­ka!

Nie wie­dzieć cze­go po­rwa­ły się i nie wie­dzieć cze­go na ca­łe gar­dzioł­ka śmie­jąc się po­bie­gły w tę sa­mą stro­nę, w któ­rą ja­skół­ka ule­cia­ła.

A pa­ni Te­re­sa pierw­szy raz w ży­ciu za­pew­ne zda­wa­ła się o sa­mym ist­nie­niu naj­młod­szych swych dzie­ci za­po­mi­nać. W ką­cie dzie­dziń­ca, po­mię­dzy sza­ry­mi ścia­na­mi sto­dół­ki i świr­na, z chło­pem bar­czy­stym i ro­słym, w si­wą sier­mię­gę ubra­nym roz­ma­wia­ła. Był tak ro­sły, że aby w twarz mu pa­trzeć, gło­wę wy­so­ko pod­no­sić mu­sia­ła, więc z wy­so­ko pod­nie­sio­ną gło­wą, z rę­ko­ma zwy­kłym so­bie ru­chem na kłę­bach opar­ty­mi, mó­wi­ła o czymś dłu­go, ci­cho, a oczy jej w cie­niu sza­rej sto­dół­ki jak iskry błysz­cza­ły.

Chłop dłu­giej jej mo­wy wy­słu­chał mil­cząc, z twa­rzą nad jej gło­wą po­chy­lo­ną. Na twa­rzy je­go gru­bej, w gru­be fał­dy po­gię­tej, gę­stym wło­sem si­wie­ją­cym z do­łu za­ro­słej, nie od­bi­ja­ło się wra­że­nie żad­ne. Nie­ru­cho­ma, za­spa­na jak­by czy le­ni­wa, po­dob­na by­ła do rzeź­by z gru­be­go ka­mie­nia, któ­ry bar­wą swą chleb ra­zo­wy przy­po­mi­nał. Jed­nak z bli­ska moż­na by­ło do­strzec, że z tej nie­mej, ciem­nej twa­rzy chło­pa oczy spo­glą­da­ły na pod­nie­sio­ną ku nie­mu gło­wę pa­ni Te­re­sy mięk­ko ja­koś i przy­chyl­nie, a za­ra­zem nie­co z iro­nią. Rzecz dziw­na! Pod krza­czy­sty­mi, ob­wi­sły­mi brwia­mi si­we oczy chło­pa bły­ska­ły iskrą iro­nii. Po dłu­gim, mil­czą­cym słu­cha­niu, bez żad­ne­go po­ru­sze­nia w po­sta­wie, tak sa­mo ci­cho, jak ona mó­wi­ła, a przy tym po­wo­li, sen­li­wie ja­koś czy le­ni­wie prze­mó­wił:

— Ej, pa­ni! Szczo z to­ho bu­de? Czy wy to tyl­ko ro­zum­nie i do­brze ro­bi­cie? Czy z te­go bie­dy wiel­kiej dla was nie bę­dzie? Czy wy dzie­ci swo­ich...

Nie po­zwo­li­ła mu do­koń­czyć, ale po­ryw­czo szep­tać za­czę­ła:

— Te­le­żuk te­go nie ro­zu­mie! Ja to Te­le­żu­ko­wi kie­dy­kol­wiek wy­tłu­ma­czę! Tak już sta­ło się i ina­czej być nie mo­że, a kie­dy ina­czej być nie mo­że — to i ba­sta! Ja Te­le­żu­ko­wi jak przy­ja­cie­lo­wi wszyst­ko po­wie­dzia­łam i jak przy­ja­cie­la pro­szę... ale kie­dy Te­le­żuk nie chce, to i nie trze­ba... to my sa­mi...

Już unio­sła się ob­ra­zą czy am­bi­cją, ca­ła ru­mień­cem ob­la­ła się i ruch do odej­ścia uczy­ni­ła, ale chłop po­ufa­le za rę­kaw jej suk­ni ujął.

— Za­cze­kaj­cie, pa­ni! Ot, wy za­wsze ta­ka pręd­ka! Jak do do­bro­ści, tak i do zło­ści pręd­ka!

Po ustach jak­by z ciem­ne­go ka­mie­nia wy­rżnię­tych uśmiech mu się prze­śli­znął po­błaż­li­wy i wnet znik­nął. Znik­nę­ła też z oczu iskra iro­nicz­na.

— Co ja so­bie my­ślę, to my­ślę, ale zro­bię, jak ka­że­cie... Ja wszyst­ko zro­bię, co ka­że­cie... ja wasz pod­da­ny...

Pa­ni Te­re­sa aż żach­nę­ła się, aż krzyk­nę­ła:

— Głu­pi Te­le­żuk jest ze swo­im pod­dań­stwem! Naj­pierw to, że nie ma już pod­dań­stwa, a po­tem, czy, kie­dy jesz­cze by­ło, ja Te­le­żu­ka za pod­da­ne­go uwa­ża­łam czy za przy­ja­cie­la, a? Niech Te­le­żuk ze­łże, że za pod­da­ne­go... a?

On rę­ką wzgar­dli­wie mach­nął.

— Et, z ba­bą ga­dać, wo­dę mleć. Czy ja o ta­kim pod­dań­stwie ga­dał? Ja w pod­dań­stwo do was po­szedł wte­dy, kie­dy­ście wy rę­ka­mi wła­sny­mi z żo­ny i dzie­ci mo­ich za­ra­zę sro­gą ście­ra­li...

Pa­ni Te­re­sa ża­ło­snym ru­chem rę­ce roz­ło­ży­ła.

— Cóż, kie­dy nie uda­ło się!

— Z żo­ną uda­ło się... z ni­mi nie... ale ja od te­go cza­su wasz słu­ga, wasz pies... Cze­go tyl­ko ode mnie chce­cie, to zro­bię... bądź­cie spo­koj­ni... co so­bie my­ślę, to my­ślę, ale zro­bię...

— Niech Te­le­żuk nic so­bie nie my­śli, do­pó­ki ja nie wy­tłu­ma­czę. Kie­dy­kol­wiek wszyst­ko opo­wiem i wy­tłu­ma­czę. Ale tyl­ko...

Z no­gi na no­gę prze­stę­po­wa­ła, my­ślą ja­kąś za­nie­po­ko­jo­na.

— Niech tyl­ko Te­le­żuk ni­ko­mu o tym nie mó­wi, ni­ko­mu a ni­ko­mu...

Chłop ze wzgar­dli­wo­ścią nie­wy­po­wie­dzia­ną ra­mio­na­mi wzru­szył.

— Ot, pa­ni ni­by to, a kie­dy ba­ba, to ta­ki i dur­na!

Od­wró­cił się i już od­cho­dził, sil­ny, ro­sły, z po­chy­lo­ną ka­mien­ną twa­rzą. Ona, z rę­ka­mi opar­ty­mi o bio­dra, śmie­jąc się, za nim pa­trza­ła. Wró­cił jesz­cze.

A ko­łyż to bu­de? — krót­ko za­py­tał.

— Gdy tyl­ko ściem­nie­je...

— Gdzie te czte­ry wiel­kie dę­by?

— Aha. Ja tam już bę­dę.

W Du­bo­wym Ro­hu?

— Aha!

Dzień do­bie­gał do koń­ca, słoń­ce za­szło, zo­rza wie­czor­na za­ga­sła, na bez­mie­sięcz­nym nie­bie świe­ci­ły gwiaz­dy.

Nie­sze­ro­ką dro­gą, po­śród po­la do bli­skie­go la­su pro­wa­dzą­cą dwo­je lu­dzi szło szyb­kim kro­kiem i za­mie­nia­ło się nie­licz­ny­mi sło­wa­mi.

— Czy by­łeś w Lu­bi­no­wie?

— By­łem... a jak­że! Tam my czę­sto...

— In­ka tam jest?

— A jest.

— Wi­dzia­łeś ją?

— Na­tu­ral­nie; jak­że mógł­bym nie wi­dzieć! Ona prze­cież za­wsze mię­dzy ró­wie­śni­ca­mi jak li­lia mię­dzy... jak­że tam... niech bę­dzie mię­dzy... tra­wa­mi.

— Tak­że bred­nie! Po­wie­dział­byś le­piej, co ona tam ro­bi?

— Cóż In­ka mo­że ro­bić? Każ­de­go, kto się na oczy jej na­wi­nie, ko­kie­tu­je!

— Ju­lek!

— No i cóż ta­kie­go? Al­boż ma­ma sa­ma o tym nie wie? Zresz­tą one tam wszyst­kie kon­fe­de­rat­ki dla nas szy­ją, ko­szu­le je­dwab­ne i róż­ne tam róż­no­ści... oprócz te­go śpie­wa­ją so­bie, szcze­bio­czą.

Ko­bie­ta wes­tchnę­ła gło­śno.

— Ju­lek...

— Co, ma­mo?

— Że­byś ty ze mną o sio­strze choć raz se­rio po­roz­ma­wiał!

— Kie­dy bo, mo­ja ma­mo, o In­ce trud­no jest mó­wić se­rio.

— Głup­stwo! Dla­cze­góż to?

— Bo w niej sa­mej ni­cze­go se­rio nie ma. Dziew­czy­na pu­sta, w pięk­no­ści swej, jak na­sza szlach­ta oko­licz­na mó­wi, za­du­fa­na i w Lesz­czyn­ce nu­dzi się pie­kiel­nie, a jak w świat wy­le­ci, to so­bie fru­wa. Psy­cho­lo­gia nie­trud­na i nie­oso­bli­wa.

— Aha! Ale bie­da oso­bli­wa mo­że być...

— Ja­ka tam bie­da! Za mąż pój­dzie — i już.

Umil­kli. Z obu stron dro­gi, w zbo­żu już do­brze pod­ro­słym, prze­bie­ga­ły ci­che sze­le­sty, szme­ry, mo­że cho­dy glist i kre­tów al­bo pod­lo­ty pta­ków nad świe­żo uwi­te gniaz­da. Las był już bli­sko; w ciem­nej ścia­nie je­go coś ćwirk­nę­ło, gwizd­nę­ło i na chwi­lę umil­kło, aż po zmro­ku gwiaź­dzi­stym, nad po­lem ci­cho szem­rzą­cym roz­legł się gło­śny, dźwięcz­ny, prze­czy­ście srebr­ny trel. Roz­legł się, pół mi­nu­ty trwał i umilkł.

Ju­lek pod­niósł gło­wę.

— Sło­wik! — szep­nął i w szep­cie tym jak w zwier­cia­dle ludz­kie­go ser­ca od­bi­ła się ta­jem­ni­czość wie­czo­ru, gwiazd, ciem­ne­go la­su i sło­wi­cze­go tre­lu.

— Wcze­śnie w tym ro­ku sło­wik... — za­czę­ła pa­ni Te­re­sa i nie do­koń­czy­ła.

— Oj, ten rok! Ten rok! Ten rok!

Sło­wa te jak z po­dmu­chem wia­tru wy­szły z jej pier­si z cięż­kim, trzę­są­cym się wes­tchnie­niem.

A w tej­że chwi­li, w le­sie zno­wu, lecz w dal­szej je­go głę­bi, w in­nej stro­nie, za­brzmiał ta­ki sam jak przed­tem trel sre­brem dzwo­nią­cy, przez od­da­le­nie od tam­te­go cich­szy i tak jak tam­ten umilkł, a buj­ne ru­nie po obu stro­nach dro­gi i u brze­gów ich ma­ja­czą­ce w zmro­ku drob­ne twa­rze kwia­tów zda­wa­ły się w nie­ru­cho­mo­ści słu­chać, cze­kać.

— Sły­szysz, Ju­lek? Ten dru­gi to wła­śnie tam za­śpie­wał...

— W Dę­bo­wym Ro­gu?

— Gdzie te czte­ry naj­star­sze dę­by ro­sną...

— Ma­ma i w ciem­no­ściach dę­by te roz­po­zna?

— Oj, oj! Ile ra­zy ja tam by­łam. Ile ja tam...

Mia­ła już po­wie­dzieć — prze­pła­ka­łam! Ale wstrzy­ma­ła się, umil­kła. Za­wsze wstyd ja­kiś czy har­dość nie­po­ko­na­na wstrzy­my­wa­ły ją od gło­śne­go wspo­mnie­nia o prze­la­nych kie­dy­kol­wiek łzach. Więc mil­cząc szła da­lej i tyl­ko my­śla­ła o tym, ile ra­zy w dnie let­nie al­bo i je­sien­ne bie­gła tą dro­gą, wpa­da­ła do te­go la­su i ku owym dę­bom dą­ży­ła, aby w gę­stym cie­niu ich li­sto­wia ukryć do­lę swo­ją i z nich wy­cie­ka­ją­ce łzy. „Dwa go­łę­bie wo­dę pi­ły...” Mój Bo­że! ileż ra­zy, gdy piosn­ka ta gło­sem ko­cha­nym śpie­wa­na prze­brzmia­ła dla niej — wciąż jed­nak brzmiąc dla in­nych — je­den z go­łę­bi wił się z bó­lu i pła­czu na mchach szma­rag­do­wych, u po­tęż­nych stóp czte­rech naj­star­szych w tym le­sie dę­bów!

Te­raz szła ku te­mu miej­scu ucie­czek swych od oczu i uszu ludz­kich z my­ślą ukry­cia w nich cze­goś in­ne­go niż łzy i szlo­cha­nia.

We­szli do la­su i gdy szyb­ko szli na­przód, omi­ja­jąc pnie drzew i gę­ste splo­ty ga­łę­zi przed so­bą roz­chy­la­jąc, ogar­nia­ły ich miej­sca­mi ciem­no­ści gru­be, a miej­sca­mi, tam gdzie roz­stę­po­wa­ły się nie­co drze­wa, zmro­ki prze­zro­czy­ste, z lek­ka przez gwiaz­dy roz­świe­tlo­ne i u do­łu, przy sa­mej zie­mi, usia­ne drob­ny­mi twa­rza­mi, któ­re zda­wa­ły się pa­trzeć na gwiaz­dy. By­ły to ane­mo­ny ob­fi­cie i buj­nie roz­kwi­tłe, te nar­cy­zy le­śne, któ­re no­ca­mi na­wet od­rzy­na­ją się od ciem­no­ści bie­lą śnie­ży­stą. Dwa sło­wi­ki to tu, to tam ode­zwa­ły się z ko­lei, ale krót­ki­mi nu­ta­mi, któ­re wnet mil­kły. Jak­by pró­bo­wa­ły tyl­ko swych in­stru­men­tów mu­zycz­nych, jak­by je na­stra­ja­ły...

Wtem przed dwoj­giem lu­dzi przez las idą­cych sta­nę­ła grub­sza, gęst­sza, wyż­sza niż gdzie­kol­wiek in­dziej ciem­ność i z ciem­no­ści tej gru­by, stłu­mio­ny szept za­wo­łał:

— Pa­ni! Pa­ni! Toż to tu!...

— Te­le­żuk? Tak, tak! To tu­taj! A tur­ko­tu nie sły­sza­łeś jesz­cze? Czy od stro­ny Dziat­ko­wicz tur­ko­tu nie sły­chać?

I sta­nę­ła jak wry­ta; o pa­rę kro­ków od niej sta­nął też jak wry­ty Ju­lek. W ciem­no­ści zaś ozwał się ten sam co wprzó­dy gru­by szept:

— Ot i ja­dą!

Słu­cha­li. W da­le­kiej jesz­cze głę­bi la­su to­czył się tur­kot po­wol­ny, ko­ła ja­kieś z głu­chy­mi stu­ka­mi ude­rza­ły o wy­sta­ją­ce nad zie­mią ko­rze­nie drzew czy o wy­sta­ją­ce nad mcha­mi le­śny­mi ka­mie­nie.

Słu­cha­li i w tur­kot ten po­wol­ny, a co­raz bliż­szy, wy­raź­niej­szy wsłu­cha­ni, nie usły­sze­li kil­ku sze­le­stów, któ­re ozwa­ły się w po­bli­żu.

Kę­dyś w po­bli­żu, w za­ro­śli lesz­czy­no­wej, zła­ma­ła się z głu­chym trza­skiem ga­łąź na­dep­ta­na czy­jąś sto­pą, za­raz po­tem ktoś bar­dzo ostroż­nie, jed­nak nie bez sze­le­stu prze­śli­znął się wśród lesz­czyn i gdy­by oczy dwoj­ga nie­ru­cho­mych lu­dzi nie by­ły wy­tę­żo­ne w stro­nę, od któ­rej zbli­żał się tur­kot, mo­gły­by do­strzec dwie ma­łe po­sta­cie, dwa ra­czej ma­łe cie­nie, któ­re wy­śli­znąw­szy się spo­mię­dzy lesz­czyn, szyb­kim jak myśl ru­chem za­nu­rzy­ły się w pa­da­ją­cą od drzew po­tęż­nych ciem­ność.

Jed­no­cze­śnie Ju­lek na spo­tka­nie tur­ko­tu zu­peł­nie już nie­da­le­kie­go po­sko­czył i po le­sie ro­ze­szło się trzy­krot­nie po­wtó­rzo­ne, krót­kie, lecz prze­ni­kli­we gwizd­nię­cie.

U stóp gru­bej, wy­so­kiej ciem­no­ści, któ­ra prze­strzeń po­mię­dzy czte­re­ma po­tęż­ny­mi dę­ba­mi za­war­tą na­peł­nia­ła, za­trzy­mał się wóz dwu­kon­ny, wy­so­ko czymś na­ła­do­wa­ny i ktoś wy­smu­kły, zgrab­ny, sprę­ży­stym ru­chem mło­dzień­czym z nie­go ze­sko­czyw­szy, w mgnie­niu oka przed pa­nią Te­re­są się zna­lazł.

— Pan Gu­staw — szep­nę­ła — pan sam?

— Na­tu­ral­nie, że sam. To naj­bez­piecz­niej. Ta­kie­go Te­le­żu­ka, jak pa­ni, nie mam.

W rę­kę ją na po­wi­ta­nie po­ca­ło­wał.

— Ju­lek, do ro­bo­ty! A! I Te­le­żuk jest! Tym le­piej! We trzech prę­dzej pój­dzie!

We trzech! Za­pew­ne! Bez pa­ni Te­re­sy ra­cho­wał mło­dzie­niec z wo­zem na­ła­do­wa­nym przy­by­ły. Jesz­cze te­go świat nie wi­dział, że­by ona, gdy ro­bo­ta pil­na by­ła, sa­ma lub we­spół z in­ny­mi do niej się nie za­bra­ła.

— Te­le­żuk! Ile ry­dli przy­nio­słeś?

— Czte­ry, pa­ni.

— Ot, spryt­ny! Wziął je­den i dla mnie.

Chłop spo­koj­nie od­po­wie­dział:

— Wia­do­mo.

I dźwi­gnął z wo­zu gru­bą więź przed­mio­tów ja­kichś, szczel­nie w coś owi­nię­tych, któ­re gdy w sil­nych ra­mio­nach je pod­no­sił, me­ta­licz­nie i ostro szczęk­nę­ły.

Nie­da­le­ko stam­tąd, za gru­bym pniem dę­bo­wym, ja­kiś ma­ły cień, przy­siadł­szy do zie­mi, za­szep­tał:

— Sły­szysz, Olek?

A zza są­sied­nie­go pnia szept in­ny, jak liść na wie­trze drga­ją­cy, od­po­wie­dział:

— Sza... sza... szab... le!...

By­ło to tak, jak­by dwa ma­łe ro­ba­ki po ostrych koń­czy­nach traw prze­peł­za­ły i nie mo­gli te­go usły­szeć lu­dzie krzą­ta­ją­cy się oko­ło wo­zu, tym bar­dziej że w tej­że chwi­li, kę­dyś bli­sko, jak zdrój z pod­zie­mia, wy­try­snął z ciem­no­ści roz­gło­śny, peł­ny już te­raz śpiew sło­wi­ka.

Czte­ry sta­re, naj­star­sze w le­sie dę­by spla­ta­ły w gó­rze li­ścia­ste ga­łę­zie i by­ła to jak­by ka­pli­ca na­peł­nio­na ciem­no­ścią, ze stro­pem gdzie­nie­gdzie ucęt­ko­wa­nym zło­ty­mi oczy­ma gwiazd. Uno­si­ła się nad tą ciem­ną ka­pli­cą nie­prze­rwa­na pieśń sło­wi­cza, a na pod­ło­żu jej po­ru­sza­ły się syl­we­ty czwor­ga lu­dzi i kie­dy nie­kie­dy po­brzę­ki­wał me­tal. Po­brzę­ki­wa­nia te to dłuż­sze, to krót­sze, to mniej, to wię­cej ostro, zda­wa­ły się to­wa­rzy­szyć sło­wi­czej pie­śni, tak jak akor­dy in­stru­men­tu mu­zycz­ne­go to­wa­rzy­szą ludz­kie­mu śpie­wo­wi. Cza­sem jesz­cze wy­da­wać się to mo­gło roz­mo­wą to­nów pod­nie­bie­skich, czy­stych, wol­nych, wzlot­nych, z przy­ziem­ny­mi, ostry­mi, groź­ny­mi zgrzy­ta­mi.

Oku we wnę­trze tej ka­pli­cy pa­trzą­ce­mu trze­ba by­ło tyl­ko oswo­ić się z ciem­no­ścią, aby roz­po­znać ro­bo­tę po­ru­sza­ją­cych się w niej lu­dzi. Wy­ko­py­wa­li do­ły, po­grą­ża­li w nie przed­mio­ty z wo­zu zdej­mo­wa­ne i na­kry­wa­li je war­stwa­mi zie­mi peł­nej ziół i mchu. Wi­dać by­ło sze­ro­kie chwi­la­mi roz­ma­chy ra­mion pa­ni Te­re­sy i sil­nie w jej rę­kach ude­rza­ją­ce o zie­mię na­rzę­dzie pra­cy.

Pra­co­wa­li w mil­cze­niu, cza­sem tyl­ko kil­ku sło­wa­mi prze­ry­wa­nym.

— Niech ma­ma od­pocz­nie!

— Tak­że ga­da­nie! Na tam­tym świe­cie wszy­scy wiecz­ny od­po­czy­nek mieć bę­dzie­my!

A po­tem szept przy­by­łe­go z wo­zem mło­dzień­ca:

— Oj, zmę­czy­łem się!

I od­po­wiedź pa­ni Te­re­sy:

— Tak­że dziw! Rącz­ki do ro­bo­ty nie przy­zwy­cza­jo­ne!

Po­tem, pra­cy nie prze­ry­wa­jąc, tro­chę zdy­sza­nym gło­sem mó­wi­ła:

— A ja po­wiem, że nie szko­dzi­ło­by pa­nom, oj, nie szko­dzi­ło­by do­brze so­bie cza­sem po­ma­chać sie­kie­rą czy tam ko­są al­bo nad płu­giem ob­lać się ta­kim po­tem, że­by z nim ra­zem wszyst­kie głup­stwa, a to i grze­chy z ko­ści i du­szy po­wy­cho­dzi­ły...

Dwa mło­dzień­cze gło­sy za­śmia­ły się, a ona w od­po­wiedź śmie­cho­wi te­mu sark­nę­ła:

— Nie ma cze­go śmiać się: praw­dę mó­wię!

Że­laź­co ry­dla głę­bo­ko w zie­mię po­grą­ża­jąc do­da­ła:

— Nie do Jul­ka to mó­wię... on od dzie­ciń­stwa do ro­bo­ty na­wykł...

— Do mnie pa­ni to mó­wi?

— A pew­nie! Ma­łoż to grzesz­ków: po­lo­wan­ka, ba­li­ki, ko­ni­ki, pie­ski, za­wra­ca­nie głó­wek dziew­czę­tom... No, czy nie by­ło? Niech pan Gu­staw sam po­wie... ma­łoż to te­go by­ło?...

On po krót­kim od­po­czyn­ku zno­wu do ko­pa­nia zie­mi się zbie­ra­jąc od­po­wie­dział:

— Już nie bę­dzie.

Nie żart ani żal, ani smu­tek, lecz uro­czy­sta po­wa­ga w od­po­wie­dzi tej brzmia­ła. Czuć w niej by­ło po­tęż­ny wiew cza­su, któ­ry w da­le­kość nie­zmie­rzo­ną od­niósł od lu­dzi ba­li­ki, ko­ni­ki, pie­ski i dziew­czę­ce głów­ki.

— Ty, Jul­ku, do do­mu te­raz nie wró­cisz, ale ze mną po­je­dziesz... po­trzeb­nyś!

— We­dle roz­ka­zu, pa­nie set­ni­ku!

Dłu­go pra­co­wa­li. Już i dru­gi sło­wik kę­dyś tam da­lej na do­bre się roz­śpie­wał, i ko­nie u wo­zu znie­cier­pli­wio­ne dłu­gim sta­niem par­ska­ły i cza­sem wy­da­wa­ły krót­kie rże­nia, gdy pa­ni Te­re­sa, na­rzę­dzie pra­cy na zie­mię rzu­ca­jąc, rze­kła:

— Skoń­czo­ne! Te­raz wy so­bie jedź­cie, a ja z Te­le­żu­kiem do do­mu po­wró­cę.

Te­le­żuk zbie­rał ry­dle i w ja­kimś krza­czy­stym schro­nie­niu po­mię­dzy dę­ba­mi je skła­dał.

— Nie za­bie­rzesz te­go do do­mu?

— Ot! Że­by jesz­cze nie śpią­cy lu­dzie zo­ba­czy­li! Już ja le­piej wiem, kie­dy po to przyjść trze­ba. Bądź­cie spo­koj­na, pa­ni.

Po kil­ku mi­nu­tach ni­ko­go już po­mię­dzy sta­ry­mi dę­ba­mi nie by­ło. W głę­bi la­su od­zy­wał się cza­sem tur­kot wo­zu co­raz słab­szy i dal­szy. Na dro­dze, po­śród pól od la­su bie­gną­cej, dwo­je lu­dzi po­śpiesz­nie szło ku ma­ja­czą­ce­mu w swych gru­szach i li­pach dwor­ko­wi.

Wte­dy z gę­stwin lesz­czy­no­wych, zza po­tęż­nych pni dę­bów, wy­sko­czy­ły dwa ma­łe cie­nie ludz­kie i rzu­ciw­szy się ku so­bie, szyb­ko, na­mięt­nie za­szep­ta­ły:

— Te­raz, Olek! Te­raz al­bo ni­g­dy! Zie­mia świe­żo po­ru­szo­na, od­ko­pać ła­two...

— I ry­dle są...

— Wi­dzia­łem, gdzie scho­wał.

— I ja! I ja!

— Sza­bel nie moż­na — za du­że, ale pi­sto­le­ty...

— I kin­dża­ły...

— A jak­że... Na­bo­je do pi­sto­le­tów też...

— Tyl­ko, Olek, z ca­łej si­ły ko­pać... z ca­łej si­ły...

— Bo dru­gi raz już tak nie zda­rzy się...

— Już ty mnie nie ucz, Ja­nek, jak sam...

— Chodź­myż prę­dzej!

— Prę­dzej, prę­dzej!

Znik­nę­li w ciem­nej ka­pli­cy dę­bo­wej i nic już w le­sie sły­chać nie by­ło oprócz dwu pie­śni sło­wi­czych, któ­re to­ny i tre­le za­chwy­co­ne, roz­ma­rzo­ne, ro­man­tycz­ne, to ra­zem, to na prze­mian rzu­ca­ły pod świe­cą­ce nad ciem­nym, nad ci­chym la­sem gwiaz­dy.



III

Ze wsi chłop­skiej, do któ­rej do­bry ka­wał dro­gi był z Lesz­czyn­ki, a w któ­rej dziś ro­bot­ni­ków do pil­nej ja­kiejś ro­bo­ty go­spo­dar­skiej za­ma­wia­ła, pa­ni Te­re­sa bie­gła dro­ży­ną po­lną bez tchu pra­wie i ca­ła po­tem ob­la­na, bo ra­nek dusz­ny był i upal­ny. Zdy­sza­na, z po­licz­ka­mi go­rą­co za­ru­mie­nio­ny­mi, ze wzro­kiem za­kło­po­ta­nym, do kuch­ni bocz­ny­mi drzwia­mi do­mu wpa­dła i wnet za­wo­ła­ła:

— Te­le­żu­ko­wa! A ma­leń­kie gdzie?

Ko­bie­ta w chłop­skim ubra­niu, od ku­chen­ne­go ognia twa­rzy nie od­wra­ca­jąc, od­po­wie­dzia­ła:

— Z Jul­kiem w po­le po­szli...

— A chłop­cy?

— W sa­dzie sie­dzą... czy­ta­ją...

— Je­dli co?

— Ojej! Mo­że wy, pa­ni, co zje­cie?

— Nie chcę! Nie mam cza­su! Do obia­du za­cze­kam...

Nie mia­ła cza­su na je­dze­nie; mu­sia­ła w ra­chun­ko­wej książ­ce coś za­pi­sać, bo po­tem za­po­mni, do ogro­du, gdzie dziew­czę­ta wa­rzy­wa peł­ły, zla­tać, do lo­chu, gdzie dziś udój bez niej po­sta­wi­li, sko­czyć...

Więc jak wi­cher gło­śno za so­bą drzwi za­my­ka­jąc pa­rę izb prze­bie­gła ku tej, któ­ra na­zwę jej po­ko­ju no­si­ła, dą­żąc, gdy wy­pad­kiem na okno otwar­te spoj­rzaw­szy, jak do zie­mi przy­ku­ta sta­nę­ła i oczy­ma, w któ­rych to gniew, to żal iskry za­pa­lał, na ogród za oknem otwar­tym zie­le­nie­ją­cy pa­trza­ła...

Po ogro­dzie...

Ja­każ to księż­nicz­ka czy da­ma wiel­ko­świa­to­wa lub dwor­ska w sza­cie bia­łej, czar­ny­mi cęt­ka­mi na­kra­pia­nej, srebr­ną ob­rę­czą prze­pa­sa­nej prze­cha­dza się po tym bied­nym ogro­dzie bez alei cie­ni­stych, bez dróg gra­co­wa­nych, bez kwia­tów wy­szu­ka­nych? A mo­że jest to ja­kieś zja­wi­sko za­ziem­skie, któ­re na chwi­lę tyl­ko tu zle­cia­ło, bo wśród sta­rych drzew owo­co­wych i agre­sto­wych krza­ków, miej­sca­mi wśród zielsk dzi­kich, prze­su­wa się po­wo­li, nie­dba­le, ni­g­dzie nie dą­żąc, na nic nie spo­glą­da­jąc, cza­sem tyl­ko bia­łą rącz­ką zry­wa­jąc z krza­ku li­stek, któ­ry wnet roz­tar­gnio­nym czy znie­chę­co­nym ge­stem z pal­ców wy­pusz­cza. Na wy­dep­ta­nej wśród tra­wy ścież­ce stop­ki ład­ny­mi pan­to­fel­ka­mi okry­te ostroż­nie sta­wia, aby ni­mi ja­kie­go ka­mycz­ka czy twar­dej kęp­ki tra­wy nie do­tknąć, ale że suk­ni bia­łej w czar­ne krop­ki nie pod­no­si, więc ma­low­ni­czo wle­cze się za nią ona po tra­wie, jesz­cze tu i ów­dzie po­bły­sku­ją­cej ro­są. Po­ły­sku­je też na niej opa­su­ją­ca ki­bić ta­śma srebr­na i w ja­snym zło­cie wło­sów kunsz­tow­nie utre­fio­nych jak ogni­ska bla­sków iskrzą się gwiaz­dy z po­le­ro­wa­nej sta­li wy­ro­bio­ne.

Pa­ni Te­re­sa w krót­kiej, sza­rej spód­ni­cy i mu­śli­no­wej chu­ście na gło­wie, z twa­rzą od po­tu błysz­czą­cą i ży­ła­mi tak od upa­łu na­brzmia­ły­mi, że zda­wa­ło się, iż wnet krew z nich wy­try­śnie, sta­ła przed otwar­tym oknem jak w zie­mię wry­ta i pa­trza­ła, aż sko­czy­ła do okna i tak gło­śno, że po ca­łym ogro­dzie się roz­le­gło, za­wo­ła­ła:

— In­ka! In­ka!

Stroj­na głów­ka księż­nicz­ki czy za­ziem­skie­go zja­wi­ska bia­łą jak li­lia twa­rzycz­kę ob­ró­ci­ła ku do­mo­wi i gło­sik srebr­ny, de­li­kat­ny, słod­ki od­po­wie­dział:

— Idę, mam­ciu, idę!

By­ła bia­ła jak li­lia, w każ­dym po­ru­sze­niu wiot­kiej ki­bi­ci de­li­kat­na i ła­god­na; do­sko­na­le na­kre­ślo­ny owal jej twa­rzy przy­po­mi­nał ma­don­ny na ob­ra­zach ma­lo­wa­ne, usta po­rów­nać moż­na by­ło do de­li­kat­nie za­ró­żo­wio­ne­go płat­ka ró­ży, oczy pod zło­ty­mi rzę­sa­mi i dłu­gi­mi, sen­ny­mi jak­by po­wie­ka­mi mia­ły ła­god­ny blask ciem­nych sza­fi­rów i ma­rzą­ce spoj­rze­nie wy­gna­ne­go na zie­mię anio­ła.

Gdy w ubo­żuch­nej iz­deb­ce, ba­wial­nią zwa­nej, sta­nę­ła, zda­wać się mo­gło, że po­mię­dzy bia­ło tyn­ko­wa­ne i nie­co zsza­rza­łe jej ścia­ny, po­mię­dzy sta­re, z żół­te­go drze­wa sprzę­ty, na pod­ło­gę z gru­bych de­sek, pod su­fit z cięż­kich be­lek — anioł zle­ciał.

— Dzień do­bry, ma­mu­siu!

I po­gar­nę­ła się ku zgru­bia­łej, czer­wo­nej, na gru­bą, sza­rą spód­ni­cę opusz­czo­nej rę­ce mat­czy­nej, któ­rą jed­nak pa­ni Te­re­sa po­ryw­czym ru­chem cof­nę­ła.

— Nie ca­łuj mnie w rę­kę! Nie na czu­ło­ści cię za­wo­ła­łam! Nie! Có­żeś się tak, le­d­wie wczo­raj do do­mu po­wró­ci­szy, za kró­lew­nę za­raz prze­bra­ła? Su­kien­ka naj­lep­sza ze wszyst­kich, ja­kie masz, dla­te­go pew­nie spra­wio­na, abyś ją ran­ka­mi po mo­krej tra­wie cią­ga­ła. I skąd u cie­bie te błysz­czą­ce srebr­no­ści się wzię­ły... ten pa­sek... te szpil­ki, coś ich so­bie we wło­sy po­na­ty­ka­ła... Ja ci ich nie da­łam, sa­ma pew­no nie ku­pi­łaś... aż oczy mnie od nich bo­lą! Skąd je wzię­łaś?

Gdy pa­ni Te­re­sa mó­wić za­czy­na­ła, ry­sy mło­dej dziew­czy­ny na mgnie­nie oka zmą­ci­ły się i ro­ze­dr­ga­ły, a oczy by­stro bły­snę­ły. Ale by­ło to tyl­ko mgnie­nie oka, po któ­rym z aniel­ską ła­god­no­ścią w gło­sie i uśmie­chu od­po­wie­dzia­ła:

— Ten pa­sek, mo­ja mam­ciu, od Kle­mu­ni Ko­niec­kiej do­sta­łam, a te szpil­ki da­ro­wa­ła mi To­sia Awi­czów­na...

— Tak­że że­bracz­ka! — za­wo­ła­ła pa­ni Te­re­sa — jak Bo­ga ko­cham, że­bracz­ka! Od czło­wie­ka do czło­wie­ka cho­dzi i jał­muż­nę do wor­ka zbie­ra... Nie wstyd ci te bły­skot­ki od bo­gat­szych pa­nien przyj­mo­wać, aby cię za po­zba­wio­ną am­bi­cji...

— To są, mam­ciu, przy­ja­ciół­ki mo­je i ma­ma sa­ma...

Ale pa­ni Te­re­sa skoń­czyć jej nie da­ła i czer­wo­ne rę­ce w pię­ści za­ci­ska­jąc mó­wi­ła, ra­czej krzy­cza­ła:

— Oj, jak­bym ja ci tę fry­zu­rę na gło­wie roz­cze­sa­ła, gład­ko w war­kocz pro­sty za­plo­tła! Jak­bym ja z cie­bie te błysz­cza­dła wy­że­bra­ne i tę su­kien­kę świą­tecz­ną, a u do­łu już za­flą­dra­ną ścią­gnę­ła i w per­ka­lo­wą spód­nicz­kę cię ubraw­szy do ro­bo­ty ja­kiej za­sa­dzi­ła! A praw­dę po­wie­dziaw­szy i z ty­mi przy­ja­ciół­ka­mi twy­mi zro­bi­ła­bym to sa­mo. Ża­ło­bę na­ro­do­wą no­szą!... Oprócz czar­ne­go i bia­łe­go ko­lo­ru żad­nych no­sić nie wol­no, zło­tych rze­czy no­sić nie wol­no... ale za to te czar­ne i bia­łe gał­gan­ki po­pa­trzeć tyl­ko ja­kie i za­miast zło­tych ca­cek, srebr­ne, sta­lo­we... Tak­że ża­ło­ba! Po oj­czyź­nie... po wol­no­ści... po tych, co na pew­ną pra­wie śmierć idą, ża­ło­ba... A ty pan­ny świa­to­we i z po­sa­ga­mi na­śla­du­jesz... to, co one w sa­lo­nach i par­kach swo­ich, ty w tych izbach i po­mię­dzy ty­mi po­krzy­wa­mi ro­bisz... o tym tyl­ko my­ślisz, że­by we wszyst­kim do nich być po­dob­na i w stro­ju, i w mi­nach i... w nic­nie­ro­bie­niu.

Aż za­chły­snę­ła się z za­pa­łu, aż za­chry­pła od krzy­ku i na chwi­lę umil­kła, a głos dziew­czę­cy, jed­no­staj­nie za­wsze ci­chut­ki i de­li­kat­ny, za­czął zno­wu:

— Ma­ma sa­ma...

Za­trzę­sła się pa­ni Te­re­sa od dwu tych słów po raz już dru­gi usły­sza­nych. Snadź do­tknę­ły w niej one ja­kie­goś punk­tu, któ­ry nie­po­ko­ił, bo­lał...

— Co: ja sa­ma? — krzyk­nę­ła. — Dla­cze­go po­wta­rzasz cią­gle: „Ma­ma sa­ma”? Co: ja sa­ma?

— Ma­ma sa­ma chcia­ła, abym ja do tych pa­nien by­ła po­dob­na, kie­dy mnie na edu­ka­cję do pań­stwa Awi­czów od­da­ła...

Praw­da! To praw­da! Raz je­den pa­ni Te­re­sa po­zwo­li­ła so­bie unieść się próż­no­ścią, próż­no­ścią za to ślicz­ne nad ży­cie ko­cha­ne dziec­ko swo­je, za­pra­gnę­ła dla niej upięk­szeń in­nych jesz­cze niż te, któ­ry­mi przy­oble­kła ją sa­ma na­tu­ra i gdy ta po­czci­wa Awi­czo­wa po­wie­dzia­ła raz do niej: „Od­daj mi Mi­cha­lin­kę (jesz­cze wte­dy Mi­cha­lin­ką ją wszy­scy na­zy­wa­li) na czas ja­kiś... z mo­ją To­sią niech uczy się przy gu­wer­nant­kach...” nie wy­trzy­ma­ła, od­da­ła... a te­raz ona mó­wi... „Ma­ma sa­ma...” I spra­wie­dli­wie mó­wi...

Od­wró­ci­ła się ple­ca­mi do cór­ki, twa­rzą do okna, w rę­kach, któ­re ochło­nę­ły już od upa­łu i przy­bla­dły, mię­ła koń­ce mu­śli­no­wej chust­ki i głę­bo­ko zmę­czo­nym wzro­kiem pa­trza­ła w ogród. Po­czu­cie spra­wie­dli­wo­ści usta jej za­mknę­ło. A w oczach i po ustach In­ki prze­mknął fi­glar­ny, mo­że na­wet zło­śli­wy uśmie­szek, lecz znik­nął na­tych­miast, gdy z jed­no­staj­ną za­wsze sło­dy­czą mó­wić za­czę­ła:

— Ja, mo­ja mam­ciu, do in­ne­go niż tu oto­cze­nia, do in­ne­go spę­dza­nia cza­su przy­wy­kłam... ja mam w so­bie ta­kie po­trze­by, ta­kie gu­sta... tro­chę sub­tel­niej­sze, wyż­sze... I czyż to mo­ja wi­na, że je­stem bied­ną dziew­czy­ną...

Gło­wa pa­ni Te­re­sy w sztyw­nej bia­łej chu­ście tak ni­sko opa­dła, jak­by ją kto z ty­łu czasz­ki ku do­ło­wi po­pchnął. To praw­da. Cóż ona win­na te­mu, że oj­ciec ma­ją­tek roz­trwo­nił, a mat­ka po­zwo­li­ła jej na­brać tych po­trzeb i gu­stów, któ­re przy ma­jąt­ku to jesz­cze ja­ko ta­ko... choć za­wsze... ale bez ma­jąt­ku...

— Je­zus Ma­ria! A toż co? Co ty ro­bisz, In­ka? Ja gnie­wam się... daj mi po­kój!

Bo In­ka po na­głym umilk­nię­ciu mat­ki, gło­wę jej na pierś opa­da­ją­cą uj­rzaw­szy, ru­chem jak myśl szyb­kim ku niej po­sko­czy­ła i obu ra­mio­na­mi gru­bą ki­bić jej ob­jąw­szy, ślicz­ną twa­rzycz­kę swą do jej ra­mion, pier­si, po­licz­ka przy­tu­lać i po­ca­łun­ka­mi okry­wać je za­czę­ła.

— Niech mam­cia nie gnie­wa się, mo­ja mam­ciu, niech się już mam­cia na mnie nie gnie­wa! Szpil­ki te z wło­sów po­wyj­mu­ję, pa­sek z sie­bie zdej­mę... tyl­ko suk­ni tej nie zdej­mę, bo jak zbru­dzi się, to Te­le­żu­ko­wa wy­pie­rze...

— Sa­ma wy­pie­rzesz! — groź­nym jesz­cze to­nem burk­nę­ła pa­ni Te­re­sa, ale roz­gnie­wa­ny przed­tem wy­raz jej twa­rzy top­niał, zni­kał.

— No, do­brze już, do­brze! Sa­ma wy­pio­rę! Al­boż to raz pra­łam... so­bie i nie so­bie... Tyl­ko już te­raz niech zgo­da bę­dzie... mo­ja mam­ciu zło­ta, bry­lan­to­wa, ko­cha­na...

Łasz­czą­cy­mi się, mięk­ki­mi, ko­ci­mi ru­cha­mi przy­tu­la­ła się do mat­ki, okrę­ca­ła się do­ko­ła niej, ze ślicz­ną głów­ką w tył wy­gię­tą, swy­mi sza­fi­ro­wy­mi, ma­rzą­cy­mi oczy­ma w twarz jej pa­trza­ła...

Ach! Te jej oczy sza­fi­ro­we, ze spoj­rze­niem ma­rzą­cym, czu­łym, spod dłu­gich, jak­by sen­nych, jak­by roz­ko­szą wiecz­nie upo­jo­nych po­wiek... Oj, te jej tak nie­gdyś na­mięt­nie, bez­pa­mięt­nie ko­cha­ne oj­cow­skie oczy! Co one jej przy­po­mi­na­ły! Ja­kie chwi­le, ja­kie złu­dy, ja­kie upo­je­nia ni­g­dy nie za­po­mnia­ne one jej przy­po­mi­na­ły! Wy­da­ło się w tej chwi­li pa­ni Te­re­sie, że ona to dziec­ko, to wła­śnie, naj­wię­cej, naj­na­mięt­niej spo­mię­dzy wszyst­kich swo­ich dzie­ci ko­cha i sa­ma nie wie­dzia­ła jak, kie­dy ra­mio­na jej w szorst­kich rę­ka­wach ka­fta­na oto­czy­ły ła­bę­dzią szy­ję cór­ki, a usta po­ca­łun­ka­mi osy­py­wać za­czę­ły czo­ło ala­ba­stro­we i tę fry­zu­rę ja­sno­zło­tą, któ­rą przed chwi­lą tak bar­dzo pra­gnę­ła roz­cze­sać i w pro­sty war­kocz za­pleść. In­ka śmia­ła się, a pa­ni Te­re­sie ten ci­chut­ki, piesz­czo­tli­wy, we­so­ły śmie­szek wpły­wał do ser­ca stru­gą roz­to­pio­ne­go mio­du i w gło­wie obu­dzał myśl: „Niech już tam! Mło­dziut­kie to ta­kie i ślicz­ne, ła­god­ne, ko­cha­ne!”

Wtem tuż za oknem ozwa­ły się dwa cien­kie gło­si­ki dzie­cin­ne:

— Ma­much­no! Mam­ciu! Ma­mu­siu!

I jed­no­cze­śnie mło­dzień­czy głos mę­ski wo­łał:

— A cóż to za czu­ło­ści i ro­man­se ma­ma tu z In­ką wy­pra­wia! Aż za­zdrość bie­rze pa­trząc... No, czy ja nie­praw­dę cza­sem mó­wię, że ma­ma In­kę naj­wię­cej z nas wszyst­kich ko­cha!

Sze­ro­ki, bło­gi uśmiech roz­wie­rał usta i ca­łą twarz pa­ni Te­re­sy ob­le­wał. Pierś jej za­trzę­sła się od gło­śne­go, szczę­śli­we­go śmie­chu.

— Nie­praw­da! — wo­ła­ła. — Nie­praw­da, bo ja z wa­mi wszyst­ki­mi je­stem ko­bie­tą nie­szczę­śli­wą, nie wie­dząc ni­g­dy, któ­re z was wię­cej, a któ­re mniej ko­cham... Raz zda­je się, że to, a dru­gi raz, że tam­to, i na któ­re pa­trzę, to zda­je się wię­cej ko­cham... Ot, wiecz­nie kło­po­ty z wa­mi!

Ju­lek tym­cza­sem dwie ma­łe sio­stry z zie­mi pod­niósł i na otwar­tym oknie po­sa­dził, a one wnet ucze­pi­ły się suk­ni mat­czy­nej, roz­sy­pu­jąc po niej przy­nie­sio­ne z po­la pę­ki traw i kwia­tów. Szcze­bio­ta­ły przy tym, o prze­chadz­ce ze star­szym bra­tem od­by­tej opo­wia­da­jąc, a i on tak­że coś tam o ru­ni zbo­żo­wej, o tra­wach na łą­ce już wy­so­kich mó­wił. Blask sło­necz­ny obej­mo­wał ich wszyst­kich płasz­czem zło­tym, kwia­ty po­lne pach­nia­ły, pod oka­pem da­chu świe­go­ta­ło na za­bój ptac­two, na ra­mie­niu pa­ni Te­re­sy, iskrząc się sta­lo­wy­mi gwiaz­da­mi w zło­tych wło­sach, z wdzię­kiem opie­ra­ła się ślicz­na głów­ka In­ki. A sa­ma pa­ni Te­re­sa, kwia­ta­mi po­lny­mi osy­pa­na, sło­necz­nym bla­skiem ob­la­na, mia­ła po­zór isto­ty żyw­cem do nie­ba wzię­tej i w ra­ju prze­by­wa­ją­cej. Jed­nak po chwi­li za­nie­po­ko­iła się nie­co i oczy­ma za­czę­ła po ogro­dzie cze­goś szu­kać.

— Gdzieś tam w ogro­dzie Ja­nek i Olek...

Ju­lek śmie­chem wy­buch­nął:

— Ha, ha, ha! Mam­ci do peł­ne­go ro­man­su Jan­ka i Ol­ka już za­bra­kło!

Do sióstr ma­lut­kich zwró­cił się:

— Niech ro­bacz­ki po­le­cą, chłop­ców wy­szu­ka­ją i tu przy­pro­wa­dzą...

— A pew­no! Pew­no! — raj­sko śmia­ła się pa­ni Te­re­sa. — Cóż to oni gor­sze­go od was? Co gor­sze­go?

Ro­bacz­ki już z okna ku zie­mi swo­je na­gie, dłu­gie, ogo­rza­łe no­żę­ta spusz­cza­ły, aby na wy­szu­ka­nie bra­ci le­cieć, gdy z dru­giej stro­ny do­mu, na dzie­dziń­cu, roz­legł się tur­kot za­jeż­dża­ją­cej przed ga­nek brycz­ki. In­ka drgnę­ła.

— Pan Gu­staw przy­je­chał.

— Skąd wiesz, że to pan Gu­staw?

— Wczo­raj wi­dzia­łam go...

Ju­lek na­gle śmiać się prze­stał.

— Tak, ma­mo, to on być mu­si... wczo­raj już spo­dzie­wa­łem się...

Od­biegł na spo­tka­nie go­ścia, od­bie­gła, wło­sów swych dłoń­mi do­ty­ka­jąc i do są­sied­niej izby wśli­znę­ła się In­ka, ro­bacz­ki w zie­le­ni ogro­du zni­kły, a pa­ni Te­re­sa przez pa­rę mi­nut sa­ma jed­na sta­ła jesz­cze u otwar­te­go okna jak ska­mie­nia­ła, jak ze snu raj­skie­go obu­dzo­na do rze­czy­wi­sto­ści strasz­nej... Prze­strach spę­dził z jej twa­rzy go­rą­ce przez chwi­lę ru­mień­ce; bó­lem skrzy­wi­ły się usta raj­sko przed chwi­lą ro­ze­śmia­ne.

Pan set­nik przy­je­chał...

I za­raz po wy­sko­cze­niu z brycz­ki, Jul­ka pod ra­mię wziąw­szy, do ogro­du z nim po­szedł. Tam, ci­cho i ży­wo roz­ma­wia­jąc, cho­dzi­li po dzi­kich tra­wach i wy­dep­ta­nych ścież­kach, aż zza krza­czy­stej za­ro­śli, któ­ra ogród owo­co­wy od wa­rzyw­ne­go od­dzie­la­ła, wy­cho­dząc uj­rze­li na­przód Jan­ka, któ­ry na zie­mi sie­dząc zda­wał się za­to­pio­ny w czy­ta­niu roz­war­tej na ko­la­nach książ­ki, a po­tem Ol­ka le­żą­ce­go na tra­wie z twa­rzą ku nie­bu ob­ró­co­ną i tak śpią­ce­go, że aż z lek­ka so­bie po­chra­py­wał. Gdy ko­ło nich prze­cho­dzi­li, Ja­nek przed go­ściem czap­ki uchy­lił i wnet zno­wu w czy­ta­niu się za­nu­rzył, a Olek nie tyl­ko nie obu­dził się, ale gło­śniej jesz­cze za­chra­pał. Mi­nę­li ich, Ju­lek na chłop­ców uważ­nie po­pa­trzył.

Brze­giem wa­rzyw­ne­go ogro­du przez chwi­lę jesz­cze szli, aż w in­ną stro­nę skrę­ci­li i po­mię­dzy drze­wa­mi zni­kli. Wte­dy Olek po­rwał się z tra­wy i do star­sze­go bra­ta przy­sko­czył. Błę­kit­ne oczy zda­wa­ły się mu aż wy­ska­ki­wać z or­bit, głos trząsł się.

— Sły­sza­łeś, Ja­nek? Sły­sza­łeś? Już, ju... ju­tro wy... wy... wy­cho­dzą...

Ale Ja­nek gnie­wał się cze­goś na bra­ta.

— Głu­pi je­steś z tym uda­wa­niem śpią­ce­go... czyż kto mo­że uwie­rzyć, że o tej po­rze... A Ju­lek pew­no do­my­ślił się, że uda­jesz...

Krę­py, py­za­ty Olek wy­pro­sto­wał się jak roz­gnie­wa­ny ko­gut.

— No i co, je­że­li do­my­ślił się? Czy to on mój pan i wład­ca? A co usły­sza­łem za to, le­żąc przy sa­mych krza­kach, jak oni za krza­ka­mi szli, to usły­sza­łem... A ty nic nie sły­sza­łeś... nie wiesz...

— Cze­go nie wiem?

— A te­go, do­kąd pój­dą.

Ze­rwał się na rów­ne no­gi Ja­nek.

— A tyś sły­szał? Wiesz? Do­ką­dże? Do­kąd?

— Aha! A scy­zo­ryk, ten no­wy od Jul­ka, od­dasz mi? To po­wiem...

Ja­nek do kie­sze­ni się­gnął i bo­ha­ter­skim ru­chem przed­miot żą­da­ny bra­tu od­da­jąc, to­nem wzgar­dli­wej nie­co wyż­szo­ści rzekł:

— Masz i mów.

Wte­dy Olek ku sa­me­mu uchu je­go na­chy­lo­ny szep­nął:

— Do la­sów ho­rec­kich...

I w tej­że chwi­li za­kło­po­tał się cze­goś czy za­wsty­dził.

— Ale ten scy­zo­ryk — za­czął — to weź go so­bie, Jan­ku, na po­wrót... ja tyl­ko żar­to­wa­łem... ja nie sprze­daw­czyk ani już ta­ki chci­wiec spod ciem­nej gwiaz­dy...

Na płacz mu się pra­wie ze­bra­ło.

— Ma­zgaj je­steś i ty­le — od­parł Ja­nek — ten scy­zo­ryk i bez te­go już bym ci dziś da­ro­wał. My te­raz in­ne scy­zo­ry­ki ma­my, praw­da? Ot, po­ga­daj­my, jak zro­bić, że­by cel nasz osią­gnąć. Cel nasz wiel­ki i w tym tyl­ko bie­da, że my je­ste­śmy ma­li... Ma­li! — po­wtó­rzył i za­śmiał się z iro­nią.

— Ehe! — do­dał Olek. — Moż­na być ma­łym, a od­wa­gę mieć więk­szą niż u nie­jed­ne­go z wiel­kich. Ale oni te­go ni­g­dy nie zro­zu­mie­ją...

— Oni nas nie ro­zu­mie­ją i ni­g­dy zro­zu­mieć nie bę­dą mo­gli! My dla nich ro­ba­ki... nie­wol­ni­ki...

Tak wy­rze­kał chło­pak o szczu­płej, sma­głej, wraż­li­wej twa­rzy i wy­smu­kłym, wy­bu­ja­łym wzro­ście. Spo­sęp­niał przy tym, schmu­rzył się, zmarsz­czy­ło mu się czo­ło pod gę­stwi­ną krót­ko ostrzy­żo­nych wło­sów. Olek bli­sko przy nim na tra­wie usiadł, ra­mię na szy­ję mu za­rzu­cił i po­cie­szał:

— Ja z to­bą! My ra­zem... nie tyl­ko bra­cia, ale i przy­ja­cie­le... nie­praw­daż, Ja­nek!

— Tak, tak, Ol­ku! — oży­wił się i roz­pro­mie­nił Ja­nek — na wal­kę, na czyn męż­ny, choć­by na śmierć ra­zem, ale nie na hań­bę, nie na hul­taj­skie ży­cie i gni­cie, wte­dy gdy in­ni...

Pan Gu­staw tym­cza­sem po skoń­czo­nej roz­mo­wie z Jul­kiem wi­tał na ma­łym gan­ku do­mu pa­nią Te­re­sę i jej cór­kę. Zdzi­wi­ła się ślicz­na In­ka na wi­dok za­my­ślo­nej i mil­czą­cej twa­rzy są­sia­da, za­wsze we­so­łe­go, mów­ne­go i przez gło­wę jej za­raz prze­mknę­ła myśl: „Brzyd­ko dziś ucze­sa­łam się i w tym koł­nie­rzy­ku nie bar­dzo mi do twa­rzy, dla­te­go pew­no ta­ki obo­jęt­ny...” Ale pa­ni Te­re­sa zu­peł­nie in­nej przy­czy­nie zmia­nę w pa­nu Gu­sta­wie za­szłą przy­pi­sać mu­sia­ła, bo jak­by no­gi po­słu­szeń­stwa jej od­mó­wi­ły, cięż­ko na ław­ce usia­dła i da­rem­nie drże­nie gło­su po­ha­mo­wać usi­łu­jąc, go­ścia, aby ko­niom do staj­ni odejść po­zwo­lił i do obia­du z ni­mi za­siadł, pro­sić za­czę­ła. Ale on bar­dzo cze­goś roz­tar­gnio­ny i do roz­mo­wy nie uspo­so­bio­ny, bra­kiem cza­su wy­ma­wia­jąc się, już chciał ją że­gnać.

— Tak­że po­śpiech! — we­so­łej swej ru­basz­no­ści pró­bu­jąc za­wo­ła­ła, lecz nie uda­ła się ru­basz­ność ani we­so­łość i już tyl­ko zgnie­cio­nym jak­by gło­sem po­pro­si­ła, aby choć tro­chę, choć chwi­lecz­kę z ni­mi po­sie­dział.

Chcia­ła wi­docz­nie po­wie­dzieć mu o czymś czy o coś go za­py­tać, a on na zmą­co­ne oczy jej i twarz przy­bla­dłą pa­trząc, po­słusz­nie na ław­ce usiadł.

— Ot — za­czę­ła — chcia­ła­bym wie­dzieć zda­nie pa­na... bo Ko­niec­cy mło­dzi nie­daw­no tu do Jul­ka przy­jeż­dża­li... obaj: Hen­ryk i Ar­tur i mó­wi­li o in­ter­wen­cji mo­carstw, że bę­dzie... że na pew­no bę­dzie... A pan jak o tym my­śli? Bo wi­dzi pan, ja ko­bie­ta pro­sta, pra­cu­ją­ca, nic wca­le o ta­kich rze­czach... a jed­nak to jest rze­czą bar­dzo waż­ną ta in­ter­wen­cja... więc jak pan, pa­nie Gu­sta­wie, o tym my­śli?

Mło­dzie­niec wy­smu­kły, zło­to­wło­sy, z ład­nym owa­lem twa­rzy nie­wie­ścio­bia­łej i błę­kit­ny­mi oczy­ma, dziw­nie za­my­ślo­ny­mi dziś i ra­zem roz­go­rza­ły­mi, zmie­szał się nie­co i po chwi­li z wa­ha­niem w gło­sie od­po­wie­dział:

— Czy ja wiem, dro­ga pa­ni. Mó­wią nie­któ­rzy, że ta in­ter­wen­cja bę­dzie... Mło­dzi Ko­niec­cy w to wie­rzą, a oj­ciec ich nie wie­rzy. I wszy­scy tak sa­mo: jed­ni wie­rzą, a dru­dzy nie wie­rzą. Jed­nak wię­cej jest wie­rzą­cych niż nie­wie­rzą­cych... to mo­że i bę­dzie... Ja tam nie wiel­ki po­li­tyk i nie wódz, tyl­ko żoł­nierz... Wo­dzo­wie po­win­ni rze­czy ta­kie do dna zgrun­to­wać i wszyst­ko na pew­no ob­li­czyć... a my co? Na nas wo­ła­ją: „Idź­cie!” Ser­ce i ho­nor mó­wi nam: iść! Idzie­my... i na... Bo­żą wo­lę!

Rę­ce pa­ni Te­re­sy kur­czo­wo się za­ci­snę­ły.

— O, Bo­że! — za­szep­ta­ła i na mło­de­go są­sia­da za­pa­trzy­ła się z ja­kąś czci peł­ną po­ko­rą. Zna­ła go, od kie­dy dziec­kiem i pa­cho­lę­ciem był, wi­dy­wa­ła na ba­li­kach, na ko­ni­kach ślicz­nych, u bo­ku pa­nie­nek naj­ład­niej­szych... a te­raz... ta­ki mło­dy — dwa­dzie­ścia czte­ry la­ta mu chy­ba, nie wię­cej — i bo­ga­ty... po­rzu­ca wszyst­ko, idzie, a tak mu oczy go­re­ją i czo­ło bia­łe wzno­si się męż­nie, dum­nie, gdy mó­wi: „Idzie­my!” Sza­cun­kiem głę­bo­kim, mi­ło­ścią pierś roz­pie­ra­ją­cą zdję­ta z ław­ki po­wsta­ła i ge­stem bło­go­sła­wią­cym ra­mio­na przed sie­bie wy­cią­ga­jąc rze­kła:

— Niech­że wam Bóg bło­go­sła­wi... niech bło­go­sła­wi!

I mia­ła w tej chwi­li pa­ni Te­re­sa „for­mę”, na­by­ła w tej chwi­li for­my nie­wia­sty męż­nej, któ­ra trwo­gę wła­sną pod no­gi wziąć, a rze­czom pod­nie­bie­skim, wiecz­nym, wiel­kim bło­go­sła­wić umie.

Pan Gu­staw w obie bło­go­sła­wią­ce rę­ce ją ca­ło­wał i ra­zem że­gnał się. Cza­su nie miał, od­je­chać mu­siał. Ona ci­cho go za­py­ta­ła:

— Kie­dy?

— Ju­tro — rów­nie ci­cho od­po­wie­dział.

Sło­wa te do­sły­sza­ła In­ka i gdy pan Gu­staw rę­kę na po­że­gna­nie jej po­da­wał, aniel­sko w twarz mu pa­trząc wy­szep­ta­ła:

— Kon­fe­de­rat­kę pa­na sa­ma wła­sną rę­ką uszy­łam... sza­fi­ro­wa z bia­łym ba­ran­kiem...

Uśmiech­nął się i po­dzię­ko­wał, ale obo­jęt­nie ja­koś, z roz­tar­gnie­niem. Aniel­skie spoj­rze­nia tak pięk­nej jak In­ka dziew­czy­ny dziś wła­dzy nad nim nie mia­ły. Ona spo­strze­gła to i ró­żo­we usta jej wy­dę­ły się jak u zmar­twio­ne­go dziec­ka, a przez gło­wę prze­wi­nę­ła się myśl: „Ja­cy oni te­raz zro­bi­li się nud­ni!... Nie­zno­śni!...”

Pa­ni Te­re­sa zaś, jak­by nic waż­ne­go nie za­szło i zajść nie mia­ło, już śpie­szą­cym się, sze­ro­kim swym kro­kiem do do­mu wcho­dzi­ła.

— Głod­ni mu­si­cie być... po­ra jeść obiad... pój­dę po­móc Te­le­żu­ko­wej, aby prę­dzej by­ło...

Za­le­d­wie ode­szła, In­ka ob­ró­ci­ła się ku Jul­ko­wi, któ­ry mil­cząc przy słu­pie gan­ku stał i wdzięcz­nie ku nie­mu po­chy­lo­na wpa­try­wa­ła się w nie­go z wy­ra­zem ta­kie­go po­dzi­wu i uwiel­bie­nia, jak­by z nie­ba tyl­ko co zle­ciał, jak­by nad­przy­ro­dzo­nym zja­wi­skiem w tej chwi­li jej się wy­da­wał, aż na­gle ra­mio­na ku nie­mu wy­cią­ga­jąc za­wo­ła­ła:

— O, bo­ha­te­rze mój! Bra­cie! Ja­każ to du­ma, ja­kie szczę­ście mieć bra­ta bo­ha­te­ra, bra­ta, któ­ry...

Nie mo­gła do­koń­czyć, bo on śmie­jąc się, za pod­nie­sio­ne rę­ce ją po­chwy­cił i ku do­ło­wi je skła­nia­jąc, tro­chę we­so­ło, a tro­chę z iry­ta­cją w gło­sie mó­wić za­czął:

— Nie pleć, In­ka, nie de­kla­muj! Bo­że dro­gi! Toż ty i mnie już na­wet ko­kie­to­wać za­mie­rzasz! Dla wpra­wy za­pew­ne, co? Ale daj po­kój! Te­raz na ta­kie rze­czy nie po­ra! Ot, le­piej po­mów­my z so­bą po­waż­nie... Mam z to­bą o czymś po­waż­nym do po­mó­wie­nia... chodź!

Po­cią­gnął ją ku ław­ce i gdy obok sie­bie usie­dli, z gło­wą ku jej gło­wie po­chy­lo­ną mó­wić za­czął:

— Słu­chaj, In­ecz­ko, to, co ci te­raz po­wiem, waż­ne jest jak obo­wią­zek naj­święt­szy, jak su­mie­nie, jak bo­skie i ludz­kie pra­wo. Kie­dy... odej­dę, ma­ma bę­dzie bar­dzo nie­spo­koj­na, bar­dzo smut­na... Ra­zem ze mną odej­dzie od niej naj­star­sze jej dziec­ko, już zu­peł­nie doj­rza­łe, któ­re już przy­ja­cie­lem jej być mo­gło, po­moc­ni­kiem, a w po­trze­bie opie­ko­wać się nią i ją bro­nić... po mnie ty przy niej zo­sta­niesz... naj­star­sza... Mo­ja In­ko, przej­mij się ty tą my­ślą, że po­cie­chą, po­mo­cą, a w ra­zie... nie­szczę­ścia ja­kie­go... wspar­ciem i opie­ką jej być po­win­naś...

Tu In­ka mo­wę mu prze­rwa­ła.

— O, Jul­ku! Ja ko­chać umiem, ja ko­chać pra­gnę, ja po­świę­ce­nie uwiel­biam i u nóg ma­my le­żeć bę­dę...

— Zno­wu de­kla­mu­jesz! Któż tu o po­świę­ce­niu i o le­że­niu u nóg mó­wi. To twój obo­wią­zek, In­ko. Bo po­myśl tyl­ko, czym ma­ma dla nas by­ła... jak ko­cha­ła nas, jak za na­mi prze­pa­da­ła... Gdy­by nie jej pra­ca, za­bie­gi, sta­ra­nia, by­li­by­śmy w nę­dzy i w ciem­no­cie po­grą­że­ni... Ona to wy­ży­wi­ła nas i wy­kształ­ci­ła... Te­raz, In­ko, w tym cięż­kim dla niej przej­ściu ty jej choć w czę­ści wy­płać się z dłu­gu wdzięcz­no­ści. Nie o le­że­nie u nóg jej idzie, ale nie martw jej ni­czym, po­ma­gaj jej, młod­szy­mi dzieć­mi zaj­mij się... strzeż, aby jej nie mar­twi­ły... Szcze­gól­niej Jan­ka i Ol­ka... miej na oku...

W sie­ni za otwar­ty­mi drzwia­mi ozwa­ło się wo­ła­nie pa­ni Te­re­sy:

— Dzie­ci! Dzie­ci! Na obiad chodź­cie!

Ale te­raz In­ka, prze­ry­wa­jąc mo­wę bra­ta, z twa­rzą smut­nie spusz­czo­ną, mó­wi­ła:

— Mój Jul­ku! Ty nie ro­zu­miesz mnie, ty mnie ni­g­dy zro­zu­mieć nie chcia­łeś... Ja prze­cież ni­czym ma­my nie mar­twię... Ja kie­dy je­stem w do­mu, to wszyst­ko, co trze­ba, ro­bię, choć te wiecz­ne za­cho­dy i kło­po­ty, ca­łe to ży­cie w Lesz­czyn­ce... Czyż ty, Jul­ku, nie ro­zu­miesz te­go? Mo­je my­śli, mo­je ma­rze­nia... Czyż ty te­go nie ro­zu­miesz? Mnie trze­ba in­ne­go ży­cia...

— Ależ ro­zu­miem, ro­zu­miem — prze­rwał Ju­lek i wsta­jąc z ław­ki mó­wił jesz­cze:

— Po de­kla­ma­cji na­stą­pi­ła de­kli­na­cja za­im­ka oso­bo­we­go: ja, mnie, dla mnie. Ej! Nie­wy­so­ko, In­ko, i nie­da­le­ko le­cą my­śli i ma­rze­nia two­je. Nic tu mó­wie­nie two­je nie po­mo­że, bo ser­dusz­ko two­je uszek nie ma! Chodź­my le­piej na obiad!

Wkrót­ce po obie­dzie Ju­lek bra­ci młod­szych za­wo­łał, aby z nim na prze­chadz­kę w po­le po­szli. Chłop­com, gdy usły­sze­li to wo­ła­nie, aż oczy za­błysz­cza­ły i Olek na­gle jak pi­wo­nia za­czer­wie­nio­ny do Jan­ka szep­nął:

— Mo­że nam co waż­ne­go po­wie, mo­że na ko­niec prze­ko­nał się, że my nie... bęb­ny i przy­naj­mniej wie­dzieć o wszyst­kim po­win­ni­śmy.

A Ja­nek z przy­bla­dłą nie­co twa­rzą wy­pro­sto­wał się i od­po­wie­dział:

— Mo­że po­wie, abym z nim szedł...

Olek za­trząsł się ca­ły.

— A ja? A ja? A ja?

Star­szy z uczu­ciem wyż­szo­ści zra­zu na młod­sze­go spoj­rzał, ale po­tem coś tkli­we­go za­świe­ci­ło mu w oczach i ru­chem opie­kuń­czym, nie­mal oj­cow­skim dłoń swą szczu­płą i ner­wo­wą na gło­wie Ol­ka po­ło­żył.

— Bądź spo­koj­ny, Olek, ja cię nie opusz­czę... ja je­mu po­wiem, że al­bo my obaj z nim, al­bo... bez nie­go!

Olek uczy­nił z ra­mion dwa łu­ki nad gło­wą roz­war­te i wy­so­ko nad zie­mię dwa ra­zy pod­sko­czył.

Zza wę­gła do­mu Ju­lek za­wo­łał:

— Cze­muż nie idzie­cie, chłop­cy? Chodź­cie prę­dzej!

Po­szli dro­gą po­lną ku wio­sce sza­rze­ją­cej w od­da­li, za wio­skę da­le­ko...

Po dwóch al­bo i trzech go­dzi­nach chłop­cy z dłu­giej prze­chadz­ki po­wra­ca­li, ale bez star­sze­go bra­ta. Nie­da­le­ko już dwor­ku spo­tka­li się z Te­le­żu­kiem i Ju­lek za­wró­ciw­szy się z nim ku la­so­wi po­szedł, bra­ciom mó­wiąc, aby bez nie­go szli do do­mu.

Za­my­śle­ni by­li obaj i wy­da­wa­li się bar­dzo czymś zmar­twie­ni. Po odej­ściu Jul­ka nic zra­zu do sie­bie nie mó­wi­li, tyl­ko Ja­nek znie­cier­pli­wio­nym ru­chem no­gi co mo­ment ka­my­ki z dro­gi zrzu­cał, a Olek z po­licz­ka­mi, jak do roz­dmu­chi­wa­nia sa­mo­wa­ra wy­dę­ty­mi, na po­do­bień­stwo mie­cha gło­śno sa­pał, cza­sem wzdy­chał.

Po chwi­li star­szy ze znie­cier­pli­wie­niem w gło­sie sark­nął:

— Cze­go tak sa­piesz i wzdy­chasz... aż miech ko­wal­ski w oczach sta­je! Nic tu wzdy­cha­nie nie po­mo­że... za­sta­no­wić się trze­ba, po­my­śleć...

— Aha! — jęk­nął młod­szy, a star­szy z za­my­śle­niem mó­wił da­lej:

— Bo nie moż­na po­wie­dzieć, aby Ju­lek zu­peł­nie słusz­no­ści nie miał... Ma­ma jest bar­dzo za­cną ko­bie­tą i cięż­ko na nas pra­co­wa­ła i pra­cu­je. Dla ta­kich ma­tek jak ona dzie­ci ma­ją obo­wiąz­ki, to praw­da, te­mu zu­peł­nie za­prze­czyć nie moż­na... co?

W od­po­wie­dzi Olek za­szep­tał:

— Ja ma­mę bar­dzo ko­cham...

A Ja­nek z po­wa­gą wiel­ką za­czął zno­wu:

— Przy­pu­ść­my, że o ko­cha­nie tu nie idzie... i ja do ma­my przy­wią­za­ny je­stem... bar­dzo... ale tu dwie mi­ło­ści ze so­bą wal­czą... ro­zu­miesz? Prze­cie i Ju­lek ma­mę ko­cha, a jed­nak... wi­dać w nim in­na mi­łość tę zwy­cię­ży­ła, a w ta­kim ra­zie dla­cze­góż by i w nas zwy­cię­żyć nie mia­ła... Ale tu, wi­dzisz, idea obo­wiąz­ku za­cho­dzi... zro­zu­miej to... i-de-a, rzecz naj­waż­niej­sza w świe­cie. Ju­lek prze­ma­wiał do mnie w imię i-de-i, obo­wiąz­ku, te­go obo­wiąz­ku, któ­ry nam roz­ka­zu­je...

— Ehe! — trium­fu­ją­co ja­koś za­wo­łał Olek — a dla oj­czy­zny to obo­wiąz­ku nie ma? A? Je­że­li tu mi­łość i tam mi­łość, to i z obo­wiąz­kiem tak sa­mo... tu obo­wią­zek i tam obo­wią­zek... A z cze­go­śmy po­wsta­li — pra­wił da­lej, krę­pą po­stać swą pro­stu­jąc i py­za­tą, roz­ru­mie­nio­ną twarz wy­so­ko pod­no­sząc — je­że­li nie z tej zie­mi? Co nas ogrze­wa­ło, je­że­li nie to słoń­ce? Skąd wszyst­kie uczu­cia i my­śli na­sze, je­że­li nie od tych przod­ków, któ­rzy... no, ty sam wiesz, co to oj­czy­zna! Wszyst­ko, co by­ło i co jest... z cze­go na­sze cia­ło i na­sza du­sza... ty sam wiesz... A my ni­by to obo­wiąz­ków dla niej nie ma­my! Śmiech po­wie­dzieć! Je­że­li po­mię­dzy dwie­ma mi­ło­ścia­mi okrop­ny los nas po­sta­wił, to tak sa­mo i mię­dzy dwo­ma obo­wiąz­ka­mi... A? Czy nie tak?

— Tak — po chwi­li za­sta­no­wie­nia zgo­dził się Ja­nek — i ty to bar­dzo do­brze wy­ro­zu­mo­wa­łeś... Na­wet nie spo­dzie­wa­łem się... Ale tym go­rzej dla nas. Je­ste­śmy po­sta­wie­ni w po­ło­że­niu — tra­gicz­nym!

Na bla­dej, ner­wo­wej twa­rzy je­go i w piw­nych oczach roz­lał się wy­raz cier­pie­nia. Olek, tak wy­mow­ny przed chwi­lą, za­milkł i smut­nie zwie­sił gło­wę. Z chmu­ry na­brzmia­łej bły­ska­wi­ca­mi i gro­ma­mi, któ­ra nad kra­jem ca­łym sta­ła, ode­rwał się ciem­ny ob­łok, spły­nął na te gło­wy dzie­cin­ne, wkradł się pod ich czasz­ki wi­chrem szu­mią­cym, ogniem bły­ska­wi­co­wym...

Przed sa­mą już bra­mą dwor­ku Olek pod­niósł gło­wę i rzekł:

— Bru­tus dwóch ro­dzo­nych sy­nów za­bił...

Ja­nek po­my­ślał chwi­lę.

— To praw­da; ale sy­no­wie Bru­tu­sa zdraj­ca­mi oj­czy­zny by­li, a ma­ma...

Olek do­koń­czyć mu nie dał.

— I Ti­me­le­on za­bił ro­dzo­ne­go bra­ta...

— Brat Ti­me­le­ona ty­ra­nem był, a ma­ma... Spró­buj­że za­bić ma­mę! czy mógł­byś... a?

Ol­kiem jak­by dresz­cze lo­do­wa­te od stóp do gło­wy wstrzą­snę­ły i aż krzyk­nął:

— Co ty wy­ga­du­jesz, Ja­nek. Wiesz, ty cza­sem by­wasz okrop­ny...

— Ano wi­dzisz! Na nic się nam nie zda­dzą Bru­tu­sy i Ti­me­le­ony. Po­ło­że­nie jest zu­peł­nie in­ne i na świe­cie każ­dy za sie­bie my­śleć mu­si. Mu­si­my, Ol­ku, wie­le za­sta­na­wiać się i my­śleć, Jul­ko­wi cał­ko­wi­cie słusz­no­ści od­mó­wić nie moż­na...

— A dla­cze­góż on sam... — za­szep­tał jesz­cze upar­ty Olek, ale zo­ba­czy­li idą­cą na­prze­ciw nich mat­kę i tak jak ni­g­dy przed­tem po­gar­nę­li się ku niej śpiesz­nie i piesz­czo­tli­wie. Na­wet Ja­nek, do piesz­czot za­zwy­czaj nie­skłon­ny, z po­wa­gą, opie­kuń­czym jak­by ge­stem ra­mie­niem ją oto­czył. Ale ona wy­raz twa­rzy mia­ła roz­tar­gnio­ny i oczy głę­bo­ko zmą­co­ne. Z roz­tar­gnie­niem za­py­ta­ła:

— A gdzie Ju­lek?

Po­wie­dzie­li, że z Te­le­żu­kiem ku la­so­wi po­szedł.

— No, to idź­cie do do­mu, a ja na spo­tka­nie Jul­ka pój­dę...

Wie­dzia­ła, dla­cze­go z Te­le­żu­kiem po­szedł i wie­dzia­ła, że jesz­cze do do­mu po­wró­ci, ale ser­ce jej pa­li­ła ta­ka ża­łość i tę­sk­no­ta, że w do­mu ani do­ko­ła do­mu miej­sca so­bie zna­leźć nie mo­gła i te­raz na spo­tka­nie sy­na przez po­la jak wi­cher po­gna­ła, aby go choć o ćwierć go­dzi­ny prę­dzej zo­ba­czyć... przez tę ćwierć go­dzi­ny jesz­cze na nie­go po­pa­trzeć...

Po­wró­ci­li ra­zem, kie­dy już do­brze po za­cho­dzie słoń­ca by­ło i pa­ni Te­re­sa za­raz do Te­le­żu­ko­wej po­wie­dzia­ła:

— Daj dzie­ciom wie­cze­rzę i ma­leń­kie niech po wie­cze­rzy za­raz idą spać. My z Jul­kiem...

Nie do­koń­czyw­szy po­szła z sy­nem do swe­go po­ko­ju, któ­re­go drzwi z we­wnątrz na za­suw­ki po­za­my­ka­ła.

I nikt nie wi­dział ani sły­szał, co oni tam z so­bą przez te ostat­nie go­dzi­ny mó­wi­li, jak się że­gna­li...

In­ka na ma­łym gan­ku sie­dzia­ła, z twa­rzą na dłoń opusz­czo­ną, z po­czu­ciem krzyw­dy po­no­szo­nej w ser­cu. Do­tąd wszyst­ko, co się wko­ło niej dzia­ło, zaj­mo­wa­ło ją, cie­szy­ło, na­wet wy­obraź­nię jej roz­pa­la­ło, tak że ota­cza­ją­cym wy­da­wać się mo­gło i ona sa­ma naj­moc­niej prze­ko­na­na by­ła, że uczu­cia po­wszech­ne są rów­nież i jej uczu­cia­mi.

Przy zbio­ro­wym do­ko­ny­wa­niu przy­go­to­wań roz­ma­itych, a w licz­nym gro­nie ró­wie­śnych lub nie­co za­le­d­wie star­szych od niej ko­biet ba­wi­ła się wy­bor­nie; ruch go­rącz­ko­wy, któ­ry w oko­li­cy za­pa­no­wał, stwa­rzał licz­ne spo­sob­no­ści do ze­brań gwar­nych, do roz­mów oży­wio­nych, śród któ­rych je­że­li nie czym in­nym, to pięk­no­ścią swo­ją ja­śnia­ła i po­cią­ga­ła. Ale od pew­ne­go cza­su za­czę­ła uczu­wać, że w oczach ludz­kich przy­ga­sa, ma­le­je, że mło­dzi pa­no­wie zaj­mo­wać się nią prze­sta­ją, że w ogó­le coś w po­wie­trzu ota­cza­ją­cym ogrom­nie ją prze­ra­sta, ga­si, rzu­ca ja­kiś cień czy tłu­mik na jej dziw­nie buj­ne i nie­cier­pli­we na­dzie­je, pra­gnie­nia. I oto po­wró­ci­ła do Lesz­czyn­ki i ani wie, kie­dy zno­wu wy­je­chać stąd bę­dzie mo­gła... a tu za­wsze nie raj, o! nie! Lecz te­raz, gdy Ju­lek odej­dzie i ta­kie zmar­twie­nie w do­mu za­pa­nu­je... I za co to wszyst­ko na nią spa­da? Dla­cze­go to wła­śnie jej mło­dość ma być przy­tło­czo­na, za­tru­ta ty­mi wszyst­ki­mi po­wa­ga­mi, oba­wa­mi, utra­pie­nia­mi...

Drzwi do­mu na ga­nek pro­wa­dzą­ce ze stu­kiem się otwo­rzy­ły i wy­pa­dła z nich pa­ni Te­re­sa, a za nią wy­szedł Ju­lek, któ­ry za­trzy­mał się przed sio­strą, po rę­kę jej się­gnął i tak moc­no ją ści­snął, że aż tro­chę za­bo­la­ło. Głę­bo­kim przy tym wej­rze­niem w twarz jej pa­trzał, ale ani jed­ne­go sło­wa nie wy­rze­kł­szy zbiegł z gan­ku do­pę­dza­jąc mat­kę, któ­ra już przez dzie­dzi­niec gna­ła ku staj­ni, przed któ­rą Te­le­żuk ko­nia do ma­łe­go wóz­ka za­przę­gał. Gwiaz­dy na nie­bie świe­ci­ły...

In­ka po­wo­li do wnę­trza do­mu we­szła. Jak­że ina­czej, o! jak­że ina­czej po­że­gna­nie z bra­tem so­bie wy­obra­ża­ła! Gdy przed­tem na myśl jej przy­cho­dzi­ło, że ono kie­dyś na­stą­pi, nie wie­dzieć dla­cze­go przed wy­obraź­nią jej sta­wał ry­cerz z pę­kiem piór nad gło­wą, któ­ry sio­strę do pier­si przy­ci­skał, mó­wiąc do niej o ja­kichś rze­czach wznio­słych, po­etycz­nych.

...A tu bez sło­wa, z tym tyl­ko uści­śnie­niem rę­ki, ta­kim sil­nym, że aż pier­ścio­nek, któ­ry od To­si Awi­czów­ny w pre­zen­cie do­sta­ła, bo­lą­co jej w pa­lec wpił się... I ten jed­no­kon­ny, brzyd­ki wó­zek z Te­le­żu­kiem w ba­ra­niej cza­pie na gło­wie...

Wó­zek z Te­le­żu­kiem w ba­ra­niej cza­pie na gło­wie za bra­mą już tur­ko­tał; pa­ni Te­re­sa od staj­ni do do­mu z po­wro­tem gna­ła. W po­ło­wie dzie­dziń­ca na­gle sta­nę­ła, uczu­ciem, któ­re zna­ła już nie­co, ale któ­re­mu pod­dać się nie chcia­ła, ogar­nię­ta. By­ło to ta­kie uczu­cie, jak­by si­ła ja­kaś nie­wi­dzial­na po­ry­wa­ła ją i usi­ło­wa­ła o zie­mię ci­snąć. Zry­wa­ło się w niej pra­gnie­nie rzu­ce­nia się na zie­mię, ude­rze­nia o nią czo­łem, wy­szar­pa­nia z niej rę­ka­mi gar­ści pia­sku czy tra­wy. Do­świad­cza­ła już by­ła te­go ra­zy pa­rę nie­gdyś, nie­gdyś w daw­nych swo­ich bó­lach ser­decz­nych; po­tem, gdy ze śmier­cią te­go, któ­ry je spra­wiał, bó­le ser­decz­ne prze­mi­nę­ły i to ją opu­ści­ło, a te­raz zno­wu... Ach! Z ra­mio­na­mi roz­krzy­żo­wa­ny­mi na zie­mię paść i czo­łem o nią bić... Ale nie! Nie uczy­ni te­go! Męż­na mu­si być i roz­sąd­na... Jesz­cze prze­cież nic ta­kie­go... jesz­cze Ju­lek ży­wy i zdro­wy kę­dyś tam do Dziat­ko­wicz je­dzie... jesz­cze mo­że Bóg tar­czą obro­ny swej... Ach, tak! pad­nie na zie­mię i czo­łem o zie­mię ude­rzy, ale... przed Bo­giem, przed Chry­stu­sem na krzy­żu...

Znów biec za­czę­ła, do do­mu wbie­gła, pa­rę izb prze­bie­gła i w swo­jej iz­deb­ce przed za­wie­szo­nym na ścia­nie kru­cy­fik­sem sta­rym, któ­ry pa­miąt­ką po dziad­ku jej był, zra­zu na klęcz­ki, a po­tem z ra­mio­na­mi roz­krzy­żo­wa­ny­mi jak dłu­ga na zie­mię upa­dła.

Gwiaz­dy na nie­bie świe­ci­ły, kil­ka zło­tych oczu przez ma­łe okno pa­trza­ło na ciem­ną po­stać ko­bie­cą roz­cią­gnię­tą na zie­mi przed bie­le­ją­cą na czar­nym krzy­żu po­sta­cią Chry­stu­sa. W głę­bo­kim zmro­ku iz­deb­ki roz­cho­dził się szmer mo­dli­twy pół­gło­śnej, żar­li­wej, jak po­wie­wa­mi wi­chru wes­tchnie­nia­mi prze­ry­wa­nej, aż na­gle umilkł.

Pa­ni Te­re­sa prze­sta­ła się mo­dlić, pod­nio­sła znad zie­mi gło­wę, uklę­kła, pod­nio­sła się z klę­czek, po­wsta­ła i szyb­ko jak wiatr z iz­deb­ki wy­pa­dła. Gdy mó­wi­ła i wo­ła­ła: „Chry­ste, zmi­łuj się!”, uczu­ła na­gle ogrom­ne, ogrom­ne pra­gnie­nie uj­rze­nia in­nych swo­ich dzie­ci. Tam­ten od­je­chał, o, Chry­ste! mo­że na za­wsze! Ale te in­ne po­zo­sta­ły przy niej i ona zo­ba­czyć je mu­si, za­raz, na­tych­miast, spoj­rzeć na nie, po­pa­trzeć na nie mu­si. Zda­wa­ło się jej, że umrze al­bo nie wie­dzieć, co się z nią sta­nie, je­że­li za­raz, na­tych­miast ich nie uj­rzy, nie prze­ko­na się, że są zdro­wi i ca­li, że są przy niej, że je po­sia­da...

Wy­pa­dła z iz­deb­ki swo­jej wprost do tej, w któ­rej za­zwy­czaj sy­pia­li i uczy­li się Ja­nek i Olek.

— A toż co? — krzyk­nę­ła.

Ma­łe łóż­ka chłop­ców, w któ­rych by­ło im już od dość daw­na tro­chę za krót­ko i tro­chę za cia­sno, pu­ste by­ły. Po­ście­le na­wet z nich zni­kły... Pa­ni Te­re­sa w mgnie­niu oka zna­la­zła się w kuch­ni.

— Te­le­żu­ko­wa! — za­wo­ła­ła — gdzie są chłop­cy? Dla­cze­go po­ście­li ich...

Chłop­ka w czer­wo­nym, okrą­głym czep­ku na gło­wie szy­ła przy świe­tle ma­łej lamp­ki; pod­nio­sła znad ro­bo­ty okrą­głą, do­bro­dusz­ną twarz i we­so­ło od­po­wie­dzia­ła:

— Ot, po­wy­cią­ga­li so­bie sien­ni­ki do ogro­du i pod li­pą spać się po­kła­dli. Noc­ka cie­pła; nic im to nie za­szko­dzi.

Ależ na­tu­ral­nie! Cóż im mo­że za­szko­dzić, że noc prze­śpią pod gwiaź­dzi­stym nie­bem, w prze­czy­stym po­wie­trzu ogro­du? Al­boż jed­ną noc tak prze­spa­li? I zda­je się, że w ogro­dzie tym nie ma jed­ne­go ta­kie­go drze­wa, u któ­re­go stóp nie pró­bo­wa­li­by w cią­gu dzie­ciń­stwa swe­go urzą­dzać po­dob­nych noc­le­gów. Ale pa­ni Te­re­sa mu­sia­ła ich zo­ba­czyć, mu­sia­ła ko­niecz­nie wie­czo­ru te­go na nich śpią­cych czy czu­wa­ją­cych po­pa­trzeć. Wy­szła te­dy do ogro­du i dłu­go szu­kać nie po­trze­bo­wa­ła. O kil­ka­na­ście kro­ków od do­mu uj­rza­ła po­śród tra­wy, na po­ścioł­kach szczu­płych, u stóp li­py roz­ło­ży­stej, sza­rze­ją­ce w nie­ru­cho­mo­ści ich po­sta­cie.

Zbli­ży­ła się. Spa­li. Ja­nek od­dy­chał rów­no i ci­cho, Olek gło­śno sa­pał i z lek­ka po­chra­py­wał. Po­chy­lo­na pa­trzy­ła na ich nie­wy­raź­nie ry­su­ją­ce się twa­rze, słu­cha­ła ich sen­nych od­de­chów, aż na zmą­co­ne i zmar­twio­ne dziś ry­sy wy­pły­wać po­czął uśmiech.

— Ro­ba­ki mo­je! Bry­lan­ty! Skar­by mo­je — gło­śnym szep­tem wy­mó­wi­ła i po­wol­nym ge­stem nad gło­wa­mi chłop­ców znak krzy­ża uczy­niw­szy, spo­koj­niej­szym już kro­kiem ku do­mo­wi ode­szła. W my­śli jej przez od­jazd Jul­ka wzbu­rzo­nej i roz­wi­chrzo­nej po­rząd­ko­wać się, roz­wid­niać zno­wu za­czę­ło! Cóż? Tam­te­go nie ma, ale te są... Są i bę­dą. Ro­ba­ki jesz­cze ma­łe. Je­den, dwa, trzy, czte­ry, pięć... Jesz­cze pięć bry­lan­tów, pięć skar­bów po­zo­sta­ło przy niej! Szła do iz­deb­ki, w któ­rej In­ka we­spół z ma­ły­mi sio­stra­mi sy­pia­ła.

A gdy za­mknę­ły się za nią drzwi do­mu, Ja­nek i Olek ży­wym ru­chem na swych po­ścioł­kach pod li­pą usie­dli.

— Sły­sza­łeś? — za­py­tał star­szy.

— Aha! My­śla­ła, że śpi­my, i mó­wi­ła: „Bry­lan­ty, skar­by mo­je!” a po­tem...

— Prze­że­gna­ła nas! Bło­go­sła­wi­ła... Jed­nak, wiesz... Olek...

I za­milkł.

— Co, Jan­ku?

— Ej, nic! Tak so­bie tyl­ko po­my­śla­łem...

— Co po­my­śla­łeś?

— Ot, po­my­śla­łem, co by to by­ło jed­nak... gdy­by ma­ma tak nas wszyst­kich trzech... wszyst­kich trzech...

— Co?

— Stra­ci­ła!

Roz­pacz­nym ru­chem Olek buch­nął na swą po­ścioł­kę i za­szep­tał:

— Bie­da! Bie­da! Bie­da! Pew­no! Szko­da ma­my!

Ale bar­dzo wkrót­ce mru­kli­wym to­nem ozwał się:

— Po co ma za­raz tra­cić? Czy to każ­dy, kto idzie na woj­nę, mu­si być za­bi­ty?

— Mu­si, nie mu­si, ale mo­że — roz­wa­żał Ja­nek.

— A gdy­by i tak — zry­wa­jąc się zno­wu, za­wo­łał Olek. — A pa­mię­tasz, co Ka­ta­rzy­na So­bie­ska sy­nom swo­im po­wie­dzia­ła, gdy szli na woj­nę? Z tar­cza­mi al­bo na tar­czach po­wra­caj­cie! Tak i my... Z tar­cza­mi al­bo na tar­czach do ma­my po­wró­ci­my.

— Głu­pi je­steś! Żad­nych tarcz te­raz w woj­skach nie ma, to jed­no, a dru­gie, że gdy­by i by­ły, nikt by nas na nich ma­mie od­no­sić ani my­ślał... Ty wiecz­nie z ty­mi swy­mi hi­sto­rycz­ny­mi przy­kła­da­mi... Ot, myśl­my le­piej, jak zro­bić, co wy­brać... co po­świę­cić...

Te­raz obaj pod li­pą sie­dzie­li i obaj czo­ła na dło­nie spu­ści­li. My­śle­li, wal­czy­li. Był w nich za­czerp­nię­ty z ota­cza­ją­cej at­mos­fe­ry żar uczuć eg­zal­to­wa­nych, błą­dzi­ły we krwi spad­ko­we po przod­kach in­stynk­ty ry­cer­skie; ma­ja­czył na dnie dzie­ciom wła­ści­wy in­stynkt na­śla­dow­czy; zry­wa­ła się wy­obraź­nia ku przy­go­dom, wra­że­niom, czy­nom nad­zwy­czaj­nym. To z jed­nej stro­ny, a z dru­giej wy­rzu­tem do­kucz­li­wym gry­zła ser­ca sło­wa­mi star­sze­go bra­ta z co­dzien­nej drzem­ki obu­dzo­na mi­łość dla mat­ki, pła­kał w ser­cach li­to­śny nad nią żal.



IV

Daw­no już, przed dzie­się­ciu czy je­de­na­stu la­ty, kie­dy naj­młod­szych „ro­bacz­ków” pa­ni Te­re­sy na świe­cie jesz­cze nie by­ło, a naj­star­szy le­d­wie do szkół się wy­bie­rał, oko­li­cę, w któ­rej znaj­do­wa­ła się Lesz­czyn­ka, na­wie­dził gość okrut­ny. Po dro­gach prze­rzy­na­ją­cych po­la, po za­go­nach pod wio­sen­ną siej­bę za­ora­nych, u ciem­nych ścian la­sów cho­dzić po­czę­ła strasz­na pa­ni, aż pra­wie do nie­ba wy­so­ka, w sza­cie czar­nej, z twa­rzą tru­pią, bie­le­ją­cą wśród czar­nych prze­słon, któ­re da­le­ko za nią roz­wie­wa­ły się jak ol­brzy­mia cho­rą­giew czy chu­s­ta. Kę­dy prze­szła, po­wie­trze sta­wa­ło się za­pra­wio­ne wo­nią tru­pów i za­pa­lo­nych grom­nic; któ­re­go z sie­dlisk ludz­kich do­tknę­ła swo­ją chu­s­tą czy cho­rą­gwią, tam pod strze­cha­mi czy da­cha­mi znaj­do­wa­ły się tru­py, a w oknach chat czy do­mów bły­skać po­czy­na­ły te świa­teł­ka smut­nie mi­go­cą­ce, któ­re dniem i no­cą pa­lą się przy cia­łach zmar­łych.

Na imię prze­raź­li­wej tej pa­ni by­ło: Za­ra­za.

Od dość już daw­na po­dob­no cho­dzi­ła po ca­łym kra­ju, te­raz tu przy­szła i cho­rą­gwią czy chu­s­tą swą dwor­ku w Lesz­czyn­ce do­tknę­ła.

A zda­rzy­ło się, że wów­czas wła­śnie w izbie do ma­łe­go dom­ku już przez pa­nią Te­re­sę przy­bu­do­wa­nej miesz­kał z ro­dzi­ną tak sa­mo jak u pa­ni Te­re­sy licz­ną chłop na­zy­wa­ją­cy się Pa­nas Te­le­żuk.

Pa­rob­kiem był i za­ra­zem fur­ma­nem, i za­ra­zem jesz­cze naj­star­szym w go­spo­dar­stwie po­moc­ni­kiem by­łe­go dzier­żaw­cy fol­war­ku; pa­ni Te­re­sa zna­la­zła go tu do Lesz­czyn­ki przy­by­wa­jąc i za­trzy­ma­ła. Gdy­by na­wet na mo­cy po­sia­da­ne­go wów­czas pra­wa nie za­trzy­my­wa­ła, po­zo­stał­by z wo­li wła­snej, bo w ro­dzin­nej cha­cie je­go aż trzech bra­ci star­szych z ro­dzi­na­mi licz­ny­mi sie­dzia­ło i ta izba wid­na, ob­szer­na, któ­rą przy­bu­do­wa­ła dla nie­go pa­ni Te­re­sa... ta izba uszczę­śli­wia­ła go, wprost uszczę­śli­wia­ła, z te­go po­wo­du, że prze­stron­nie i we­so­ło w niej by­ło czwor­gu je­go dzie­ciom.

Chłop to był wte­dy mło­dy, ale jak wszy­scy chło­pi po­le­scy wię­cej mil­czą­cy ani­że­li mów­ny, w ru­chach ocię­ża­ły, w wej­rze­niu po­sęp­ny. Wy­so­ki wzrost je­go, sil­ne ba­ry, śnia­da ce­ra twa­rzy ude­rza­ły si­łą fi­zycz­ną zdro­wą i wiel­ką, lecz du­sza zda­wa­ła się mieć wzrost przez coś wy­pa­czo­ny, bo z jed­nej stro­ny uka­zy­wa­ła się ogni­sta i buj­na, a z dru­giej sen­na i le­ni­wa. Tą stro­ną du­szy Te­le­żu­ko­wej, któ­ra wy­ro­sła naj­buj­niej, za­pa­ła­ła naj­go­rę­cej, by­ła mi­łość ro­dzi­ciel­ska. Z Na­st­ką swo­ją oże­nił się wbrew wo­li bra­ci, któ­rzy w pry­my go dać, czy­li z dzie­dzicz­ką cha­ty i ro­li oże­nić usi­ło­wa­li, i żył z nią w zgo­dzie wiel­kiej, w czę­stych szep­ta­niach po­uf­nych, we wspól­nych nad wszyst­kim na­ra­dach, nie­mniej zda­rza­ło się, że i do niej tak sa­mo jak do in­nych lu­dzi ca­ły­mi dnia­mi sło­wa żad­ne­go nie prze­mó­wił al­bo w złej chwi­li wy­krzy­czał ją i na­wet pięść nie by­le ja­ką na ple­cy jej opu­ścił.

Ale z dzieć­mi... O! To już by­ło wca­le co in­ne­go. To już był ta­jem­ni­czy zdrój ja­kiś, z któ­re­go la­ły się mu do ser­ca, więc też i z twa­rzy, z oczu, z ru­chów i mo­wy wy­try­ski­wa­ły raź­ność, ży­wość, we­so­łość i czę­sto, dziw­na w tym cięż­kim, twar­dym chło­pie, nie­wie­ścia czu­łość, skow­roń­cza po­lot­ność i śpiew­ność.

Czwo­ro ich miał; star­sze już gę­si al­bo owce pa­sły, młod­sze spód­ni­cy mat­czy­nej jesz­cze się trzy­ma­ły; ale on wszyst­kie, i star­sze, i młod­sze, po każ­dym po­wro­cie od ro­bo­ty na rę­kach aż do ni­skie­go su­fi­tu pod­no­sić i pod­rzu­cać mu­siał, a po­tem je so­bie na ko­la­nach, na ra­mio­nach sa­dzał i huś­tał, i przy­śpie­wy­wał im, i gwa­rzył z ni­mi, a kie­dy na kark, na grzbiet, na gło­wę nie­mal mu wła­zi­ły, śmiał się tak gło­śno, że śmiech ten aż ca­ły dwo­rek na­peł­niał od­gło­sem ser­decz­nej, jak pierś chłop­ska sze­ro­kiej ra­do­ści. W nie­dzie­lę i świę­ta za bra­mę dwor­ku je wy­pro­wa­dzał i na ja­kimś bli­skim ka­wał­ku pa­stwi­ska al­bo ugo­ru moż­na go by­ło wi­dzieć, jak le­żał na wznak, wszyst­kie je na so­bie ma­jąc, huś­tał je na ra­mio­nach i no­gach i ga­dał do nich, a cza­sem zry­wał się i w po­sko­kach, od któ­rych zie­mia trząść się zda­wa­ła, uga­niać się z ni­mi po­czy­nał. Po­tem, kie­dy od­da­lał się od dzie­ci al­bo kie­dy one się od­da­la­ły, wra­ca­ły mu zno­wu do cia­ła ru­chy le­ni­we czy sen­li­we, do warg mil­cze­nie chęt­ne, a do roz­trop­nych oczu obo­jęt­ność lub też po­sęp­ność wej­rze­nia.

Pa­ni Te­re­sa od pierw­sze­go po­zna­nia się z nim po­lu­bi­ła go za tę nie­zwy­kłą mi­łość oj­cow­ską, a on po­lu­bił ją, jak się zda­wa­ło, od tej chwi­li, gdy da­ła mu na miesz­ka­nie za­miast uprzed­niej, cia­snej i ciem­nej, izbę no­wą, prze­stron­ną i ja­sną. Hu­la­łyż bo po niej, hu­la­ły dzie­cia­ki je­go, sta­jąc się co­raz tłust­sze i ru­miań­sze, a i Na­st­ka w pa­ła­cu ta­kim ży­jąc po­kra­śnia­ła, po­wa­gi jak­by a ra­zem i we­so­ło­ści na­bra­ła, tak że czę­ściej niż daw­niej po­czął za nią, gdy przez izbę prze­cho­dzi­ła, ocza­mi wo­dzić. Szczę­śli­wa zda­wa­ła się być ta ro­dzi­na chłop­ska, szczę­śliw­sza niż ta, któ­ra obok niej nie w jed­nej, ale w kil­ku izbach miesz­ka­ła, i ro­zu­miał to do­brze Te­le­żuk. Ot, o pa­ni Te­re­sie ma­wiał do żo­ny: „Pa­ni ona ni­by to, a nie­szczę­śli­wa. Swe­go tak jak nie wi­dzi ni­g­dy, a na de­ty­ny swo­je pra­cu­je, ho­ru­je”.

Mo­gło się zda­wać, że jak ona je­go za szcze­gól­ną mi­łość oj­cow­ską po­lu­bi­ła, tak on ją za jej nie­szczę­ście i za to, że na de­ty­ny swo­je ho­ro­wa­ła, usza­no­wał i tak­że po­lu­bił.

Wtem strasz­na pa­ni z tru­pią twa­rzą aż do nie­ba się­ga­ją­cą na­de­szła i do­tknę­ła koń­cem roz­wia­nej chu­s­ty swej do­mu w Lesz­czyn­ce, a wła­ści­wie tej je­go izby, któ­rą Te­le­żuk z ro­dzi­ną za­miesz­ki­wał. Na­peł­ni­ła się wów­czas izba ta ję­ka­mi, krzy­ka­mi, zsi­nia­ły­mi i wi­ją­cy­mi się w bó­lach cia­ła­mi i je­den tyl­ko oj­ciec ro­dzi­ny na no­gach po­zo­stał, oso­wia­ły, zmar­twia­ły, bez­rad­ny. Jak w ka­mień ob­ró­co­ny, dnie i no­ce w naj­ciem­niej­szym ką­cie izby na ła­wie prze­sia­dy­wał, sze­ro­ko roz­war­ty­mi oczy­ma na krzą­ta­nie się pa­ni Te­re­sy oko­ło cho­rych pa­trzał. Bo za­krząt­nę­ła się ona oko­ło nich z ener­gią so­bie wła­ści­wą, z nie da­ją­cą się ni­czym zra­zić li­to­ścią go­rą­cą i czyn­ną. O le­ka­rza w za­ką­cie tym by­ło tak trud­no, że pra­wie nie­po­dob­na, pie­lę­gnia­rek ja­kich­kol­wiek sa­ma na­zwa by­ła tam nie­zna­na. Ale pa­ni Te­re­sa mia­ła ja­kąś książ­czy­nę w wy­pad­kach po­dob­nych do­rad­czą, ja­kąś szaf­kę z fla­szecz­ka­mi i przy­rzą­da­mi lecz­ni­czy­mi, wie­dzia­ła więc, co czy­nić, i czy­ni­ła nie­zmor­do­wa­nie, od­waż­nie. Od­wa­gi po­trze­bo­wa­ła wię­cej jesz­cze niż ener­gii, bo i roz­trop­ność wła­sna, i ja­kaś ba­wią­ca wte­dy u niej sta­ra krew­na ostrze­ga­ły ją przed nie­bez­pie­czeń­stwem prze­nie­sie­nia tru­ją­ce­go od­de­chu strasz­nej pa­ni z izby Te­le­żu­ko­wej do pier­si wła­snych dzie­ci. Ale roz­trop­no­ści swo­jej i prze­stro­gom sta­rej krew­nej po krót­kim na­my­śle sta­now­czej od­po­wie­dzi udzie­li­ła:

— Tak­że pa­skudz­two! Że­bym ja dla swe­go stra­chu lu­dzi w nie­szczę­ściu ta­kim nie ra­to­wa­ła!

A strach w niej jed­nak był, o, był! I ona jed­na tyl­ko wie­dzia­ła, ja­kich śmier­tel­nych dresz­czów peł­ny. Więc też dzie­ci swo­je na wszyst­kie stro­ny oka­dza­ła, ocie­ra­ła, za­po­bie­gaw­czy­mi środ­ka­mi po­iła, sta­rą krew­ną za­kli­na­ła, aby je przed wszyst­kim, co za szko­dli­we ucho­dzi­ło, strze­gła i zno­wu do tam­tych wra­ca­ła, go­dzi­na­mi ca­ły­mi zsi­nia­łe i po­kur­czo­ne cia­ła roz­cie­ra­jąc, roz­grze­wa­jąc, lecz­ni­cze pły­ny wa­rząc i w usta spie­czo­ne wle­wa­jąc.

Przy­szło do te­go, że sa­me­mu Te­le­żu­ko­wi, któ­ry prze­cież zdrów był, prze­mo­cą nie­mal, z krzy­kiem i gnie­wem po­ży­wie­nie wma­wia­jąc pra­wie wkła­dać do ust mu­sia­ła, bo u koń­ca tych dni strasz­li­wych, gdy dwo­je dzie­ci je­go już w tru­mien­kach z izby wy­nie­sio­no, ska­mie­niał on do ostat­ka, mo­wę jak­by utra­cił i oczy miał jak so­wa we dnie, czer­wo­ne i nie­przy­tom­ne.

Po­tem uci­chło wszyst­ko; Te­le­żu­ko­wie w swo­jej wid­nej, ob­szer­nej izbie we dwo­je już tyl­ko po­zo­sta­li i raz, gdy pa­ni Te­re­sa krzą­ta­ła się do­ko­ła łó­że­czek Jul­ka i In­ki, któ­rych we­lon strasz­nej pa­ni z lek­ka do­tknął, do po­ko­iku, w któ­rym się znaj­do­wa­ła, we­szli. Świą­tecz­nie ubra­ni by­li obo­je i wy­ra­zy twa­rzy mie­li świą­tecz­ne, uro­czy­ste. Spoj­rzaw­szy na nich pa­ni Te­re­sa po­my­śla­ła:

„Masz to­bie! Przy­szli pew­nie pro­sić, abym ich od służ­by uwol­ni­ła. Nie mo­gą pew­no wy­trzy­mać tu, gdzie ich nie­szczę­ście ta­kie...”

A oni zbli­ży­li się, przed nią sta­nę­li i obo­je ru­chem jed­no­staj­nym po­kło­ni­li się jej ni­sko, aż do stóp, tak że pra­wie zie­mi czo­ła­mi do­tknę­li.

— Tak­że po­kło­ny! — za­wo­ła­ła. — Wie­le już ra­zy Te­le­żu­ko­wi mó­wi­łam, aby ni­g­dy...

Ale on, jak­by słów jej nie sły­sząc, po­wo­li, zgnie­cio­nym gło­sem mó­wić za­czął:

— My przy­szli po­dzię­ko­wać wam, pa­ni, że na­sze dzie­ci nie bez ra­tun­ku po­umie­ra­li i że Na­st­ka przy ży­ciu zo­sta­ła...

— Co tam! Co tam!... — z oczy­ma, któ­re łza­mi na­bie­gły, prze­rwać chcia­ła, ale on jak­by zno­wu jej nie sły­szał.

— My przy­szli po­wie­dzieć, że my przy was do śmier­ci... jak psy osta­niem i do­bra wa­sze­go, dzie­ci wa­szych... pa­ni...

Nie do­koń­czył, bo w pier­si jęk­nę­ło mu coś strasz­li­wie i głos w szlo­chu się za­ła­mał, a Na­st­ka to już pła­czem aż ryk­nę­ła i chcia­ła zno­wu do stóp pa­ni Te­re­sy czo­łem przy­paść, ale ona wpół ją schwy­ci­ła i w po­licz­ki wy­ca­ło­wa­ła, a po­tem je­go gło­wę obu rę­ka­mi do sie­bie przy­cią­gnę­ła i — tak­że wy­ca­ło­wa­ła.

— Bied­nień­kie wy mo­je! Ko­cha­nień­kie! Nie­szczę­śli­we! Dzie­ci tak po­tra­cić! Czy ja nie ro­zu­miem...

O, jak ro­zu­mia­ła! Łzy jej zmie­sza­ły się ze łza­mi Na­st­ki, bo on, Te­le­żuk, nie pła­kał, tyl­ko na twa­rzy po­sta­rza­łej miał już tę ma­skę z za­sty­głe­go jak­by prze­ra­że­nia i cier­pie­nia skle­jo­ną, któ­ra po­zo­stać mia­ła na niej na za­wsze.

Przed odej­ściem rzekł jesz­cze:

— My z wa­mi, pa­ni, do śmier­ci... i co tyl­ko bę­dzie trze­ba... co tyl­ko ska­że­te, zro­bim...

Do­trzy­ma­li obiet­ni­cy. Zo­sta­li, wszyst­ko, co trze­ba by­ło, ro­bi­li, po­moc­ni­ka­mi jej, wy­rę­czy­cie­la­mi, do­rad­ca­mi sta­li się, ra­zem z nią dzie­ci jej ho­do­wa­li. By­li ca­łą jej służ­bą, in­nej nie mia­ła i nie po­trze­bo­wa­ła, a kto wie, czy pod cię­ża­rem trosk swo­ich i twar­dej swej pra­cy nie ugię­ła­by się nie­raz, gdy­by nie oni... Du­sza chłop­ska, tak sa­mo jak ze stro­ny mi­ło­ści ro­dzi­ciel­skiej, uka­za­ła się by­ła w tym wy­pad­ku buj­nie i pięk­nie wy­ro­słą ze stro­ny wdzięcz­no­ści... Cóż dziw­ne­go, że pa­ni Te­re­sa w kil­ka dni po od­jeź­dzie Jul­ka przy­szła wie­czo­rem do kuch­ni i na­prze­ciw Te­le­żu­ków za sto­łem sie­dzą­cych na ła­wie usia­dła. Na­st­ka, jak zwy­kle o tej po­rze by­wa­ło, szy­ła, a on coś z drew­na pił­ką i młot­kiem maj­stro­wał. Wi­dząc ją wcho­dzą­cą za­py­tał:

— A szczo, pa­ni? Mo­że po­trze­ba cze­go...

— Ni­cze­go mi nie po­trze­ba, ni­cze­go ja od was nie chcę — ci­cho ja­koś od­rze­kła pa­ni Te­re­sa i do­da­ła: — Przy­szłam po­ga­dać z wa­mi...

Zmie­ni­ła się nie­co przez te dni pa­rę, przy­mi­zer­nia­ła na twa­rzy i spo­wol­nia­ła w ru­chach.

— Mę­ka ta­ka — za­czę­ła — nie­po­kój ta­ki, miej­sca so­bie w do­mu do­brać nie mo­gę, ro­bo­ty żad­nej do koń­ca zro­bić nie mo­gę... Nic nie wiem, co się tam dzie­je... mu­szę ju­tro do pa­na Or­sza­ka po­je­chać, on pew­no wie, mo­że już bi­twa ja­ka by­ła... po­je­dzie­my ju­tro, Te­le­żuk, do pa­na Or­sza­ka...

Do­bre, pa­ni, po­je­dziem — od­po­wie­dział chłop i gło­wę znad ro­bo­ty pod­nió­sł­szy, po raz pierw­szy, od­kąd przy­szła, na nią po­pa­trzył, a po­pa­trzyw­szy za­czął:

— Oj, bie­dy wy so­bie na­ro­bi­li­ście, pa­ni, bie­dy! I na szczo he­to? Wy­rósł wam sy­nek jak ten dą­bek gła­dziu­sień­ki, jak ten mło­dzień­czyk na ob­ra­zie w cer­kwi ma­lo­wa­ny, a wy je­go po­sła­li tam, gdzie śmierć i zgu­bie­nie... Nie prze­szko­dzi­li, nie za­bro­ni­li...

Dziw to był, że Te­le­żuk mó­wił tak wie­le i snadź przed­miot roz­mo­wy bar­dzo już do­pie­kał, sko­ro do ta­kie­go roz­ga­da­nia się go skło­nił. I mó­wił­by dłu­żej jesz­cze, gdy­by mu Na­st­ka na­gle bar­dzo i z fer­wo­rem w mo­wę nie wpa­dła:

— A toż! — rę­kę z igłą i ni­cią wy­so­ko pod­no­sząc za­wo­ła­ła. — Już my z Pa­na­sem cią­gle o tym ga­da­my i ga­da­my... Co wam, pa­ni, sta­ło się? Toż wy dzie­ci swo­je za­wsze lu­bi­li, toż wy za ni­mi prze­pa­da­li i świa­ta nie wi­dzie­li, a te­raz po­zwo­li­li, nie prze­szko­dzi­li sy­no­wi na zgu­bę iść! Ta­kie­go go­łąb­ka mi­łe­go, ta­kie­go mo­łoj­czy­ka kra­sne­go wy z cha­ty swo­jej tam, gdzie strze­la­ją i rą­bią, wy­gna­li...

I ga­da­ła, ga­da­ła w fer­wor co­raz więk­szy wpa­da­jąc, aż ro­bo­tę z ko­lan na zie­mię zrzu­ci­ła, aż po­rwa­ła się z ła­wy, cze­goś do pie­ca po­le­cia­ła i zno­wu na ła­wę wró­ci­ła, ra­mio­na­mi roz­ma­chu­jąc, la­men­tu­jąc, pa­ni Te­re­sie za zgu­bie­nie sy­na wy­rzu­ty czy­niąc. Znać by­ło, że ona te­go ho­łub­czy­ka mi­łe­go, te­go mo­łoj­czy­ka kra­sne­go nie na żar­ty sa­ma lu­bi­ła. I nie dziw! We­spół z mat­ką ho­do­wa­ła go, strze­gła, gdy był ma­ły, a gdy do­rósł, przy­jaz­da­mi je­go ze szkół do do­mu cie­szy­ła się, ni­g­dy ina­czej jak zdrob­nia­łym imie­niem go nie na­zy­wa­jąc i z prze­ko­ma­rza­nia się z nią we­so­łe­go chłop­ca, z fi­glów, któ­re jej pła­tał, do roz­pu­ku się śmie­jąc. Te­raz za to pła­ka­ła... Łzy jak groch sy­pa­ły się na twarz jej okrą­głą, ru­mia­ną, na osła­nia­ją­cą pierś sza­rą ko­szu­lę.

Pa­ni Te­re­sa wy­rzu­tów czy­nio­nych jej przez czas ja­kiś w cier­pli­wym mil­cze­niu słu­cha­ła, ale wi­dać by­ło, że si­li­ła się na tę cier­pli­wość. I dłu­go wy­trzy­mać nie mo­gła. Mu­sia­ła prze­cież tym lu­dziom do­brym, ale ciem­nym, tym po­moc­ni­kom i przy­ja­cio­łom swo­im ko­cha­nym, ale nic nie ro­zu­mie­ją­cym, wy­tłu­ma­czyć, wy­ja­śnić. O zgu­bę sy­na, o zgu­bę Jul­ka ją ob­wi­nia­li! Mo­głaż pod cię­ża­rem te­go ob­wi­nie­nia śmia­ło w oczy im pa­trzeć? Aż w sto­py i w gar­dło piec ją za­czę­ło. Ze­rwa­ła się z ła­wy, krzyk­nę­ła:

— Słu­chaj­że, Na­st­ka! Umilk­nij­że! Tak­że roz­ga­da­ła się! Wy te­go nie ro­zu­mie­cie! Wy o tym nic nie wie­cie! Po­słu­chaj­cież! Wy­tłu­ma­czę, opo­wiem!

Na­st­ka umil­kła i uszu nad­sta­wi­ła. Nie dla­te­go umil­kła, aby krzy­ku pa­ni Te­re­sy zlę­kła się, ale dla­te­go, że cie­ka­wość ją zdję­ła. Z na­tu­ry by­ła wszel­kich opo­wia­dań i no­win, wszyst­kie­go, co tyl­ko mó­wio­ne być mo­gło, cie­ka­wa bar­dzo. Ale i Te­le­żuk, choć z po­zo­ru ni­cze­go nie­cie­ka­wy, wzrok w twa­rzy pa­ni Te­re­sy utkwił, a ona, wi­dząc ich uspo­ko­jo­nych i słu­cha­ją­cych, mó­wić za­czę­ła o po­cząt­kach, przy­czy­nach i ce­lach wszyst­kie­go, co się w tej chwi­li tu i na prze­strze­ni ca­łe­go kra­ju sta­wa­ło i dzia­ło. Z po­cząt­ku nie­ła­two to jej szło. Od umie­jęt­no­ści ja­kie­go­kol­wiek na­ucza­nia lu­dzi i wy­kła­da­nia im przed­mio­tów abs­trak­cyj­nych o sto mil by­ła od­le­gła, a do dłu­gich za­sta­na­wiań się nad przed­mio­ta­mi ty­mi i do­bie­ra­nia dla nich od­po­wied­nich słów i wią­zań ogrom­nie nie­na­wy­kła.

Jed­nak z za­so­bu na­uk dzie­cin­nych, z licz­nych za­sły­szeń, z czy­tań czę­stych nie­gdyś, a po­tem choć rzad­kich, lecz zda­rza­ją­cych się kie­dy nie­kie­dy, wy­do­być mo­gła wia­do­mo­ści ilość znacz­ną, a z ser­ca, przez któ­re ra­zem z krwią prze­pły­wa­ły uczu­cia pew­ne­go rzę­du, po­la­ły się jej i na usta wy­bie­gać za­czę­ły co­raz ob­fit­sze, czę­sto dla niej sa­mej nie­spo­dzie­wa­ne sło­wa. Gdy tyl­ko za­czę­ła mó­wić, od mo­wy wła­snej za­czę­ła pło­nąć. Kró­lo­wie, ry­ce­rze, bo­ha­te­rzy, po­eci, po­tę­ga, świet­ność, sła­wa; a po­tem klę­ski, upad­ki, nie­do­le, krzyw­dy sro­gie, dep­ta­nie lu­dzi przez lu­dzi, gwał­ce­nie praw bo­skich i ludz­kich — wszyst­ko, co nio­sła z so­bą nie­wo­la, wszyst­ko, czym nę­ci, za­chwy­ca, ja­śnie­je wol­ność... I mó­gł­że tu być wy­bór? I mo­głoż być wa­ha­nie? I mo­głaż sy­na od­wra­cać od swo­ich wła­snych świę­to­ści? I mo­głaż do­ra­dzać mu pod­łość, sob­ko­stwo, tchó­rzo­stwo? Nie! Tak jak się sta­ło, stać się mu­sia­ło — i ba­sta! Nie jest wy­rod­ną mat­ką, nikt od Te­le­żu­ko­wej le­piej o tym nie wie, ale nie mo­że też być wy­rod­ną cór­ką, a jest prze­cież cór­ką oj­czy­zny tak jak wszy­scy, któ­rzy z ło­na jej po­wsta­li i na nim ży­ją, są jej dzieć­mi... I tak da­lej, i tak da­lej mó­wi­ła, pra­wi­ła, opo­wia­da­ła, prze­ko­ny­wa­ła, w za­pa­le cza­sem zry­wa­ła się z ław­ki i w po­sta­ci sto­ją­cej ra­mio­na roz­kła­da­ła sze­ro­ko al­bo w gó­rę je pod­no­si­ła, al­bo ze sple­cio­ny­mi rę­ko­ma przed sie­bie wy­cią­ga­ła. Wte­dy na ścia­nie ku­chen­ki ma­łą lam­pą sła­bo oświe­tlo­nej po­wsta­wał za nią cień jej chwie­ją­cy się czar­ny i pa­te­tycz­ne ge­sty jej po­wta­rzał.

Aż z twa­rzą w ogniu, od mó­wie­nia i za­pa­łu za­dy­sza­na, umil­kła. Ze wzro­kiem znie­ru­cho­mia­łym i roz­war­ty­mi usta­mi na­gle ja­koś umil­kła. Roz­pło­mie­nio­ne jej oczy dłu­go nie wi­dzia­ły do­ko­ła nic, nic, w we­wnętrz­ne wi­zje swo­je za­pa­trzo­ne, aż na­gle za­ba­czy­ły, że Na­st­ka spa­ła. Na przed­ra­mio­na skrzy­żo­wa­ne na sto­le gło­wę spu­ści­ła i usnę­ła. Od jak daw­na spa­ła, nie wia­do­mo, lecz nie od pa­ru mi­nut za­pew­ne, bo sen jej wy­da­wał się głę­bo­ki...

Te­le­żuk nie spał, ale czy dłu­giej mo­wy pa­ni Te­re­sy słu­chał, czy nie słu­chał, od­gad­nąć by­ło­by nie­po­dob­na, tak nie zmie­nio­ne w swej zwy­kłej nie­ru­cho­mo­ści, tak żad­nym bły­skiem w po­sęp­no­ści swej nie roz­ja­śnio­ne by­ły ry­sy je­go twa­rzy. Zmę­czo­ny tyl­ko wy­da­wał się, bo prze­pra­co­wał dzień ca­ły i po­ra by­ła póź­na. Cięż­kim też ru­chem po­wstał z ła­wy i ocię­ża­le rę­kę ku wło­som nio­sąc rzekł:

— Spać po­ra, pa­ni! A toż i świ­tać nie­za­dłu­go za­cznie!

Żo­nę za ra­mię po­trzą­snął.

— Na­st­ka! Spać się kład­nij!

I tyl­ko gdy ku drzwiom izby swo­jej z po­chy­lo­ną twa­rzą zwró­cił się, na krót­ką, na kró­ciut­ką jak se­kun­da chwi­lę w sen­nym oku je­go bły­snę­ła iro­nia.

Z tej stro­ny, ze stro­ny, o któ­rej pa­ni Te­re­sa tak dłu­go dziś pra­wi­ła, du­sza chłop­ska po­sia­da­ła wzrost stłu­mio­ny, by­ła śle­pa, głu­cha, nie­ma...

Pa­ni Te­re­sa sta­ła chwi­lę jesz­cze po­środ­ku kuch­ni, z czo­łem na­gle w kil­ka fałd zmarsz­czo­nym i wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, a za nią stał na ścia­nie czar­ny cień jej i z po­chy­lo­ną tak­że gło­wą w zie­mię pa­trzał.

Wzię­ła po­tem lamp­kę ze sto­łu i przy­świe­ca­jąc nią so­bie do sy­pial­ni có­rek po­szła. Ma­leń­kie spa­ły głę­bo­ko w bia­łych po­ścioł­kach swych, ró­żo­we i spo­koj­ne, In­ka, na wpół ro­ze­bra­na, w głę­bi iz­deb­ki wą­skiej i dłu­giej przed lu­ster­kiem wło­sy so­bie na lo­ki za­wi­ja­ła, pa­sem­ka ich do­ko­ła szmat­ków pa­pie­ru okrę­ca­jąc.

Mnó­stwo już bia­łych pa­pie­ro­wych strą­ków ster­cza­ło nad po­ło­wą jej gło­wy, gdy z dru­giej po­ło­wy na ob­na­żo­ne, ala­ba­stro­wo bia­łe ra­mię zło­ta fa­la spły­wa­ła swo­bod­nie i ob­fi­cie. By­ła tak w za­ję­ciu swym po­grą­żo­na, że wej­ścia mat­ki nie spo­strze­gła, zaś pa­ni Te­re­sa w pro­gu ze swo­ją lamp­ką sto­jąc i na nią pa­trząc z po­li­to­wa­niem drwią­cym tro­chę, a tro­chę ża­ło­snym, gło­wą wstrzą­sa­ła.

— Tak­że ro­bo­ta! — gło­śno burk­nę­ła i cof­nę­ła się z pro­gu ze stu­kiem drzwi za so­bą za­my­ka­jąc.

Na­za­jutrz do Wła­dy­sła­wa Or­sza­ka o dwie mi­le od Lesz­czyn­ki miesz­ka­ją­ce­go po­je­cha­ła. Przed wy­jaz­dem do cór­ki rze­kła:

— Mu­szę po wia­do­mość po­je­chać... Ra­dy so­bie ina­czej nie dam... Ju­lek mó­wił, abym się w każ­dej po­trze­bie do pa­na Or­sza­ka uda­wa­ła i że on za­wsze naj­wię­cej o wszyst­kim wie­dzieć bę­dzie. A ty, In­ka, nie siedź z za­ło­żo­ny­mi rącz­ka­mi; wy­ręcz mnie, ma­leń­kich po­pil­nuj, su­kien­kę Lu­dwin­ki na­praw... wczo­raj ją po­roz­dzie­ra­ła.

Na brycz­kę pa­rą ko­ni za­przę­żo­nych i przez Te­le­żu­ka po­wo­żo­ną sia­dła i po­je­cha­ła, a nie­wie­le przed wie­czo­rem wró­ci­ła z twa­rzą w ogniu i rę­ko­ma, któ­re gdy mu­śli­no­wą chu­s­tę swą z gło­wy zdej­mo­wa­ła, wi­docz­nie drża­ły. Do spo­ty­ka­ją­cej ją na gan­ku In­ki rzu­ci­ła się z ła­god­nym szep­tem:

— La­da dzień... już la­da dzień... ju­tro, po­ju­trze... mo­że ju­tro...

— Co, ma­mo? Co?

In­ka tak­że wia­do­mo­ści nie tyl­ko cie­ka­wa by­ła, ale na­mięt­nie ocze­ki­wa­ła, po­żą­da­ła. Jak­że! W tej głu­szy, w tej mo­no­to­nii, w tej nu­dzie że­by choć ja­kie­kol­wiek uroz­ma­ice­nie, wra­że­nie.

— Cóż, mam­ciu? Co? Co bę­dzie la­da dzień, mo­że ju­tro?

Pa­ni Te­re­sa wy­bu­chła:

— Bi­twa!... już ku la­som ho­rec­kim woj­sko idzie...

I dziw­nie ja­koś na miej­scu się za­krę­ciw­szy, jak wi­cher wle­cia­ła do do­mu, gdzie bie­gły na jej spo­tka­nie dwa cien­kie ra­do­sne gło­si­ki.

— Ma­ma po­wró­ci­ła! Ma­mo! Ma­mecz­ko! Mam­ciu! — A w tej sa­mej chwi­li, na gan­ku, z któ­re­go In­ka ze­szła, aby po­wol­nym, znie­chę­co­nym kro­kiem po ogro­dzie błą­dzić, Ja­nek i Olek przy­su­nę­li się ku so­bie, ca­li drżą­cy i tak na twa­rzach po­ble­dli, że ru­mia­ne­go Ol­ka za­le­d­wie by w tej chwi­li po­znać by­ło moż­na. Sta­li za In­ką, gdy mat­ka z brycz­ki wy­sia­dła, sły­sze­li, co mó­wi­ła.

— Wo... woj­sko już idzie! — trzę­sąc się jak w fe­brze szep­tał Olek.

A Ja­nek ze spusz­czo­ną twa­rzą mil­czał i tyl­ko szczu­pły­mi pal­ca­mi miął kar­ty trzy­ma­nej w rę­ku książ­ki. Gdy twarz pod­niósł, oczy mu tak błysz­cza­ły, jak nie­raz u pa­ni Te­re­sy w chwi­lach za­pa­łu by­wa­ło. Ju­lek i on odzie­dzi­czy­li po mat­ce te piw­ne oczy, któ­re wśród pew­nych sta­nów psy­chicz­nych prze­mie­nia­ły się w za­rze­wia go­re­ją­ce. Chło­pię­cą, smu­kłą, sprę­ży­stą po­stać swą wy­pro­sto­wał i z po­wa­gą tak wiel­ką, że nie­mal uro­czy­ście rzekł:

— Te­raz, Ol­ku, al­bo ni­g­dy. Pójdź! Po­ga­da­my!

Tej no­cy nikt w Lesz­czyn­ce do­bre­go snu nie miał. Pa­ni Te­re­sa wpraw­dzie z przy­zwy­cza­je­nia i zmę­cze­nia usnę­ła oko­ło pół­no­cy, lecz wkrót­ce po­tem z po­ko­iku jej wy­cho­dzić po­czę­ły i po ca­łym do­mu się roz­cho­dzić ja­kieś dziw­ne, sen­ne, prze­cią­głe na­wo­ły­wa­nia czy przy­zy­wa­nia. Żad­ne­go imie­nia, żad­ne­go wy­raź­ne­go sło­wa w dźwię­kach tych z uśpio­nej pier­si wy­cho­dzą­cych roz­róż­nić nie by­ło po­dob­na, ale na­brzmia­ły­mi one by­ły ta­ką ża­ło­ścią i tę­sk­no­tą, tak tę­sk­nie, po­sęp­nie, prze­wle­kle roz­cho­dzi­ły się po ciem­nych izbach, że In­ka, jak co­dzien­nie by­wa­ło, do póź­na za­wi­ja­niem lo­ków za­trud­nio­na, ze­rwa­ła się sprzed lu­ster­ka i z lamp­ką w rę­ku do iz­deb­ki mat­ki po­bie­gła. Pa­ni Te­re­sa mia­ła zwy­kle sen twar­dy i nie prze­bu­dzi­ło jej wej­ście cór­ki, któ­ra zo­ba­czyw­szy ją uśpio­ną i po iz­deb­ce ro­zej­rzaw­szy się, zno­wu przed lu­ster­ko swe wró­ci­ła, ale już do za­wi­ja­nia lo­ków na­wet ocho­ty po­zba­wio­na. Ze stu­kiem lamp­kę na sto­le po­sta­wiw­szy, gniew­nym ru­chem wzię­ty do rę­ki grze­bień od­rzu­ca­jąc za­szep­ta­ła:

— Bo­że mój! Ja nie wy­trzy­mam! Że­by to od tych wszyst­kich smut­ków gdzie­kol­wiek uciec moż­na by­ło! Bo­że mój! Ja­ka ja nie­szczę­śli­wa... nie­szczę­śli­wa!

Oczy mia­ła peł­ne łez, któ­re też dwo­ma sznur­ka­mi po pięk­nej twa­rzy po­pły­nę­ły, pięk­niej­szą jesz­cze ją czy­niąc. Pa­trza­ła też na od­bi­te w lu­ster­ku swo­ją pięk­ność i swe łzy.

— I po co mi ta pięk­ność? Co mi z niej? Po co mi ona... w tej dziu­rze... wśród tych smut­ków?...

Gdy tak z za­ła­ma­ny­mi rę­ko­ma i dwo­ma sznur­ka­mi łez na po­licz­kach szep­ta­ła, w tej sa­mej chwi­li z iz­deb­ki pa­ni Te­re­sy zno­wu wy­pły­nę­ło i po ciem­nym do­mu roz­pły­nę­ło się sen­ne, prze­cią­głe, tę­sk­ne bez­brzeż­nie, ża­ło­sne wo­ła­nie czy bła­ga­nie.

Ko­go tak przez sen przy­zy­wa­ła czy bła­ga­ła? Sy­na, któ­ry la­da dzień w ogniu bi­twy zna­leźć się miał, czy Bo­ga, któ­re­go ukrzy­żo­wa­ny ob­raz w głę­bo­kim zmro­ku męt­nie bie­lał?

Te­le­żuk tak­że wcze­śniej niż zwy­kle, bo u sa­me­go po­cząt­ku świ­ta­nia z po­ście­li wstał i Na­st­ki nie bu­dząc drzwia­mi do ogro­du pro­wa­dzą­cy­mi z do­mu wy­szedł. Cze­goś nie­spo­koj­ny być mu­siał, bo nie­zwy­kle sze­ro­kim kro­kiem po­szedł ku li­pie, pod któ­rą chłop­cy od nie­daw­na noc­leg so­bie za­ło­ży­li, a na roz­po­star­tych u stóp drze­wa po­ścioł­kach ni­ko­go nie uj­rzaw­szy sta­nął jak wry­ty, je­den tyl­ko prze­cią­gły dźwięk z ust wy­da­jąc:

— Aaaa!

Przed no­cą wi­dział, na wła­sne oczy wi­dział, jak po­kła­dli się tam do snu i bli­scy uśnię­cia się zda­wa­li, a te­raz... Wsta­li snadź wśród no­cy i do­kąd­ściś po­szli. Do­kąd? Nie za­sta­na­wiał­by się nad tym Te­le­żuk w in­nym cza­sie, bo ma­łoż to do­kąd nie­do­ro­śli chłop­cy ta­cy la­tać mo­gą! Ale te­raz miał po­dej­rze­nie pew­ne i oba­wy... nie­do­brze okre­ślo­ne... nie­ja­sne, ale miał. Po­wsta­ły w nim one już wte­dy, gdy z Jul­kiem i dziat­ko­wic­kim pa­nem broń w Dę­bo­wym Ro­gu za­ko­pa­ną od­ko­pu­jąc spo­strzegł, że zie­mia po­ru­szo­ną by­ła, że ktoś tu po nich z ry­dlem oko­ło niej cho­dził... A po­tem Ju­lek i dziat­ko­wic­ki pan z wiel­kim zdzi­wie­niem spo­strze­gli, że pu­dło z pi­sto­le­ta­mi od­bi­te i że w nim dwóch pi­sto­le­tów bra­ku­je. A po­tem jesz­cze i dwóch no­ży ja­kichś, co to ich pa­no­wie szty­le­ta­mi czy kin­dża­ła­mi na­zy­wa­li, za­bra­kło... Ale dłu­go o tym nikt wte­dy nie mó­wił; cza­su nie by­ło... Tyl­ko zno­wu kie­dy Jul­ka do Dziat­ko­wicz wiózł, pro­sić on je­go za­czął, aby chłop­ców na oku miał, aby przed wła­snym dzie­ciń­stwem strzegł ich, bo kto wie, ja­kie głup­stwa do gło­wy przy­cho­dzić im mo­gą... Wszyst­ko to Te­le­żuk miar­ko­wał so­bie w gło­wie, jed­no do dru­gie­go przy­kła­da­jąc, aż te­raz za­nie­po­ko­ił się i wszyst­kie ką­ty ogro­du ob­szedł­szy, sze­ro­ki­mi kro­ka­mi ku wsi chłop­skiej po­szedł. Ba­wił dość dłu­go, a po­wró­cił snadź z po­wzię­tą wia­do­mo­ścią ja­kąś, bo z wiel­kim po­śpie­chem ko­nia do wo­zu za­ło­żyw­szy, ni­ko­go w do­mu ze snu nie bu­dząc, za bra­mę dwor­ku wy­je­chał i skie­ro­wał się w stro­nę la­sów ho­rec­kich. O tym, co te­raz dzia­ło się i dziać się mia­ło w tych la­sach, od pa­ni Te­re­sy wie­dział. Ko­nia za­przę­ga­jąc i po­tem na wo­zie sie­dząc, czę­sto z ust wy­da­wał dźwięk prze­cią­gły:

— Aaaaa! Aaaaa!

Dzi­wie­nie się wiel­kie i zgry­zo­ta w tym dźwię­ku brzmia­ły. I wy­glą­dał Te­le­żuk na wo­zie swym po­nu­ro, cza­sem tyl­ko gniew­nie.

— Oj, dał­by ja im za to, dał­by!

Bi­czem w po­wie­trzu sze­ro­ko za­mach­nął, zno­wu gło­wę na pierś opu­ścił i w po­sęp­ny ka­mień kształt czło­wie­ka na wo­zie ma­ją­cy za­stygł.

A oni, gdy Te­le­żuk w po­goń za ni­mi z Lesz­czyn­ki wy­jeż­dżał, już Ka­nał Kró­lew­ski wpław prze­pły­nąw­szy ku ho­rec­kie­mu dwo­ro­wi zmie­rza­li.

Nie wy­trzy­ma­li te­dy, po­szli. Na wieść o bli­skiej bi­twie, o woj­sku już nad­cho­dzą­cym, roz­bu­ja­ła się ich wy­obraź­nia tak sze­ro­ko i moc­no, krew w ży­łach chło­pię­cych za­wrza­ła tak go­rą­co, że wszyst­kie in­ne uczu­cia umil­kły, wa­ha­nia usta­ły. Śród no­cy, pod li­pą, w świe­tle po­bły­sku­ją­cych zza jej ga­łę­zi gwiazd naj­now­szą odzież skó­rza­ny­mi pa­ska­mi prze­wią­za­ną i nie­ko­niecz­nie ca­łe obu­wie przy­wdzie­li, pi­sto­le­ty i kin­dża­ły za odzie­żą scho­wa­li i wszyst­ko to rę­ko­ma z nie­cier­pli­wo­ści drżą­cy­mi uczy­niw­szy, ci­chut­ko ode­szli.

Do par­tii po­szli.

A je­że­li na­czel­nik nie ze­chce ich tam przy­jąć? Mo­że i on tak jak in­ni bęb­na­mi ich na­zwie, do do­mu wra­cać ka­że?

Myśl to by­ła pio­ru­nu­ją­ca, ale otrzą­snę­li się z niej pręd­ko.

Nie, tak być nie mo­że! Na­czel­nik wiel­kim czło­wie­kiem jest, a lu­dzie wiel­cy wszyst­ko wie­dzą i ro­zu­mie­ją. On ich zro­zu­mie; on im po­wie: „Zo­stań­cie, ry­ce­rze mło­dzi! Walcz­cie z na­mi i z na­mi zwy­cięż­cie lub zgiń­cie!”

Zwy­cię­żyć al­bo zgi­nąć! Co za czar w trzech tych wy­ra­zach! I na­czel­nik wy­po­wie je do nich nie­za­wod­nie, a Ju­lek za­wsty­dzi się, że choć brat i — bo­ha­ter, tak, bo po­mi­mo wszyst­ko bo­ha­te­rem jest jed­nak, ich zro­zu­mieć nie po­tra­fił i — oce­nić! Tak; nie po­tra­fił on oce­nić w nich ta­kiej sa­mej od­wa­gi i ta­kie­go sa­me­go rzu­tu do bo­ha­ter­stwa, ja­kie w nim by­ły. Te­raz prze­ko­na się.

Dro­gę do dwo­ru ho­rec­kie­go do­brze zna­li. Gdy In­ka czte­ry la­ta z pan­ną Awi­czów­ną się uczy­ła, mat­ka jeź­dzi­ła tam czę­sto i ich z so­bą cza­sem za­bie­ra­ła. Nie­zbyt da­le­ka to zresz­tą by­ła dro­ga. Trzy mi­le nie­speł­na. Roz­kosz­nie ją w kil­ka go­dzin prze­by­li, bo cud­ne by­ły świe­żość i ja­sność po­ran­ku i cud­niej­szy­mi jesz­cze na­peł­nia­ją­ce je uczu­cia. Czu­li się krzep­cy, sil­ni, lek­cy, na­de wszyst­ko wol­ni.

Zda­wa­ło się im, że oko­wy ja­kieś z nich opa­dły i że le­cą, nie idą, ale wprost na nie­wi­dzial­nych skrzy­dłach le­cą ku przy­go­dom nad­zwy­czaj­nym i za­dzi­wia­ją­cym, ku czy­nom po­tęż­nym, do któ­rych prę­ży­ły się ich ra­mio­na i za­ci­ska­ły drob­ne pię­ści, ku słoń­cu ja­kie­muś wi­ru­ją­ce­mu w od­da­le­niu ogrom­nym i roz­rzu­ca­ją­ce­mu na świat ca­ły olśnie­wa­ją­ce, cza­ru­ją­ce ko­lo­ry i bla­ski.

Mie­li za­miar przejść ko­ło dwo­ru ho­rec­kie­go w spo­sób ta­ki, aby przez ni­ko­go tam spo­strze­że­ni nie zo­stać i w po­bli­żu dwo­ru te­go, w miej­scu do­brze im zna­nym do la­su wejść. Lecz z pew­nej już od­le­gło­ści do­strze­gli, że we dwo­rze dzie­je się coś nie­zwy­kłe­go... Ja­kiś tłum lu­dzi na dzie­dziń­cu roz­le­głym, ja­kieś bły­ski me­ta­lo­we w po­wie­trzu, ja­kaś wrza­wa gru­bych gło­sów. Za za­sło­ną krza­czy­stych wierzb, któ­re ścież­kę po­lną obrze­ża­ły, zbli­ży­li się jesz­cze nie­co, wzrok wy­tę­ża­jąc i jed­no­cze­śnie za­szep­ta­li:

— Żoł­nie­rze! Woj­sko!

Z ła­two­ścią do­my­śleć się mo­gli, że woj­sko to wkrót­ce pójść mia­ło tam, do­kąd i oni dą­ży­li. Jed­no­cze­śnie z tym do­my­słem uczu­li ob­le­wa­ją­ce ich od stóp do gło­wy go­rą­co. Go­rą­co za­pa­łu i nie­cier­pli­wo­ści. Ach! Zna­leźć się już tam — zna­leźć się co prę­dzej tam, gdzie bę­dzie wal­ka, nie­bez­pie­czeń­stwo, po­le do urze­czy­wist­nie­nia ma­rzeń tak dłu­go snu­tych, am­bi­cji tak dłu­go skry­wa­nych, bo przez lu­dzi nie zro­zu­mia­nych i po­nie­wie­ra­nych. Ty­le jed­nak roz­wa­gi im zo­sta­ło, że zro­zu­mie­li po­trze­bę odej­ścia stąd jak naj­szyb­sze­go i prze­do­sta­nia się do la­su w miej­scu od te­go od­le­głym. Tak uczy­ni­li. Jak my­szy po­lne po za­go­nach i mie­dzach, pod krza­ka­mi i drze­wa­mi, głę­bią ro­wów u brze­gów pól prze­śli­znę­li się, prze­smyk­nę­li i da­le­ko, tam do­kąd już z ho­rec­kie­go dwo­ru ża­den błysk ani od­głos nie do­cho­dził, do la­su wbie­gli. Tu zzia­ja­ni, bez tchu pra­wie, ca­li jesz­cze od prze­pra­wy przez wo­dę mo­krzy, na mchy le­śne pod so­sna­mi upa­dli.

— Ot, szczę­ście! — szyb­ko i gło­śno od­dy­cha­jąc za­wo­łał Olek.

Ja­nek nic nie od­po­wie­dział, ale na bla­da­wej twa­rzy, ku prze­zie­ra­ją­cym przez so­sny błę­ki­tom nie­bie­skim zwró­co­nej, miał wy­raz eks­ta­zy. Po­rwał się też wkrót­ce z zie­mi.

— Chodź­my!

Olek, choć nie­co cięż­szym ru­chem, na no­gach sta­nął.

— Chodź­my!

Do­brze! Lecz w któ­rą stro­nę la­su skie­ro­wać się im wy­pa­da? Wie­dzie­li, że był ogrom­ny i łą­czył się z la­sa­mi in­ny­mi, a w ja­kim punk­cie je­go znaj­du­je się to, ku cze­mu dą­żą, skąd­że im wie­dzieć? Pierw­sza to by­ła tro­ska, któ­ra po opusz­cze­niu Lesz­czyn­ki na nich spa­dła, lecz nie przy­wią­zy­wa­li do niej wa­gi wiel­kiej. Olek za­wo­łał:

— Ot, wiel­kie rze­czy! Bę­dzie­my la­sem iść, iść, iść, aż znaj­dzie­my...

— Za­pew­ne! Nie po­ło­wą ku­li ziem­skiej prze­cież jest ten las! Coś prze­cież doj­rzy­my czy usły­szy­my, co nam wska­zów­ki ja­kiejś udzie­li.

Po­szli i — szli, szli, szli... po ścież­kach przez trzo­dy wy­dep­ta­nych i po mchach sprę­ży­stych, tra­wach wy­so­kich, wrzo­so­wi­skach su­chych, po dro­gach nie­sze­ro­kich, w mnó­stwo ko­le­in wy­rzeź­bio­nych, po­mię­dzy ko­lum­na­da­mi wy­nio­słych so­sen i świer­ków, przez gę­stwi­ny za­ro­śli i wi­klin, nad któ­ry­mi ko­na­ry od­wiecz­ne roz­po­ście­ra­ły sta­re jak sam ten las drze­wa li­ścia­ste, ga­łę­zi­ste, jak cza­ry wi­nem mu­su­ją­cym, ptac­twem świe­go­cą­cym na­peł­nio­ne... przez te świer­go­ty ptac­twa i me­ta­licz­ne, chó­ral­ne brzę­cze­nie owa­dów, przez roz­cią­gnię­te od krza­ku do krza­ku zło­te smu­gi sło­necz­ne, przez spa­da­ją­ce od splą­ta­nych ko­na­rów płach­ty czar­nych cie­niów — szli, szli, szli.

Ma­li, wiel­ko­ścią oto­cze­nia po­mniej­sze­ni, jak u zmę­czo­nych i za­ra­zem śpie­szą­cych się by­wa, szczu­płe cia­ła na­przód po­chy­la­jąc, z dasz­ka­mi cza­pek głę­bo­ko na oczy osu­nię­ty­mi wy­nu­rza­li się z cie­niów głę­bo­kich, prze­by­wa­li osło­necz­nio­ne po­la­ny, za­ta­pia­li się w gąsz­czach za­ro­śli, wy­nu­rza­li się z nich na ścież­ki lub dro­gi, po któ­rych prze­smy­ki­wa­li się na kształt za­ję­cy, któ­re na wid­nych prze­strze­niach zdwa­ja­ją szyb­kość bie­gu, in­stynk­tem gna­ne ku cie­niom, schro­nie­niom, za­sło­nom.

Nie sły­sze­li szcze­bio­tu ptac­twa ani brzę­cze­nia owa­dów, nie spo­strze­ga­li wy­chy­la­ją­cych się ze­wsząd kwia­tów ani zry­wa­ją­cych się spod stóp ich mo­ty­li, nie uczu­wa­li grzęź­nię­cia stóp w pa­gór­kach mrów­czych ani czer­wo­nych szram, któ­ry­mi im ja­łow­ce i świer­ki zna­czy­ły twa­rze i rę­ce.

Szli, szli, szli, głu­si i śle­pi, a jed­nak ze wszyst­ki­mi si­ła­mi istot swych sku­pio­ny­mi we wzro­ku i słu­chu. Sku­pio­ny­mi i wy­tę­żo­ny­mi aż do bó­lu, aż do za­pie­ra­nia od­de­chu w pier­si, aż do obe­zmy­śle­nia wy­tę­żo­ny­mi, w ocze­ki­wa­niu, w po­szu­ki­wa­niu na­mięt­nym pra­wie do sza­łu, upra­gnie­niu ja­kie­goś od­gło­su, prze­bły­sku, cze­goś, cze­go­kol­wiek, co po­wie­dzia­ło­by im, oznaj­mi­ło, wska­za­ło: tam! tam! tam! idź­cie, zleć­cie po­mię­dzy zbroj­nych, od­waż­nych, bo­ha­ter­skich z okrzy­kiem: „I my, i my!”

Okrzy­kiem tym, w mia­rę jak czas upły­wał, pier­si ich co­raz wię­cej na­brzmie­wa­ły. Pot per­li­sty wy­stę­po­wał na czo­ła, ob­le­wał po­licz­ki, u Jan­ka co­raz bled­sze, u Ol­ka co­raz czer­wień­sze i czę­sto tak wy­dę­te, jak by­wa­ło, gdy na roz­kaz mat­ki ogień w sa­mo­wa­rze roz­dmu­chi­wał.

I nic, nic, nic. Żad­ne­go od­gło­su ani bły­sku, ani ko­lo­ru, któ­ry by oznaj­miał, uka­zy­wał.

O po­łu­dniu Olek za­ję­czał.

— Siądź­my tro­chę...

I upadł na zie­mię pod roz­ło­ży­stym drze­wem. Ja­nek nie­chęt­nie sta­nął przy nim. Star­szy i sprę­żyst­szy, mniej czuł zmę­cze­nie. Ale w za­mian uczuł, że jest głod­ny.

— Olek, daj chle­ba!

Chło­pak na­głym ru­chem po­sta­wę le­żą­cą na sie­dzą­cą zmie­nił i obu dłoń­mi po bo­kach się ude­rzył. Zmie­sza­niem za­mi­go­ta­ły mu błę­kit­ne oczy.

— Za­po­mnia­łem wziąć!... — za­ję­czał.

Ale Ja­nek ze spo­ko­jem przy­jął smut­ną tę jed­nak wia­do­mość.

— No, cóż ro­bić? Nic dziw­ne­go, żeś za­po­mniał... Ta­ke­śmy się śpie­szy­li.

Obok bra­ta na tra­wie usiadł.

— Tro­chę gło­du! Co to zna­czy? Czy tak jesz­cze na woj­nach by­wa?

A Olek do­dał:

— Spar­ta­nie to nie­raz i bez woj­ny po trzy dni nic nie ja­da­li, aby tyl­ko har­tu...

Wy­pro­sto­wał się na­gle.

— Sły­szysz, Ja­nek?

— Sły­szę... sły­szę... słu­chaj­my!

Cóż usły­sze­li? Ja­kieś w od­da­le­niu pew­nym szem­ra­nie i nie­wy­raź­ny, przez od­da­le­nie tłu­mio­ny po­gwizd... Od­zy­wa­ło się to i mil­kło, ale od tła in­nych po­szu­mów i po­brzmie­wań la­su od­ska­ki­wa­ło.

— Mo­że to...

— Mo­że tam...

I ze­rwa­li się na rów­ne no­gi. W kie­run­ku nie­wy­raź­ne­go szem­ra­nia i po­gwiz­dy­wa­nia po­szli i szli, szli, szli, aż przy­szli na do­lin­kę ma­łą, u brze­gu któ­rej wy­try­ski­wał nie wie­dzieć skąd stru­myk wo­dy sre­brzy­stej, per­li­stej, przez do­lin­kę pły­nął i szem­rał, brzę­czał, jak­by mo­wę ludz­ką, spiesz­ną, ta­jem­ni­czą na­śla­do­wał. Nad stru­my­kiem zaś ro­sły w miej­scu pew­nym do gro­ma­dy zbie­gnię­te brzo­zy bia­ło­ko­re, a w li­sto­wiu ich wil­gi żół­te ska­ka­ły i gwiz­da­ły.

Uklę­kli nad stru­mie­niem, pi­li wo­dę sre­brzy­stą, per­li­stą, po­tem nią twa­rze i rę­ce omy­li i da­lej po­szli.

Dość póź­na po­po­łu­dnio­wa go­dzi­na zna­la­zła ich sie­dzą­cych na dy­wa­nie z traw, jak pła­ta­mi śnie­gu usy­pa­nym kęp­ka­mi kwie­cia po­ziom­ko­we­go. Gdy­byż to by­ły ja­go­dy! Ogrom­nie przed­wcze­snym tej wio­sny wszyst­ko by­ło w na­tu­rze i kwiat ten był przed­wcze­snym, ja­go­dy też zda­rza­ły się już tu i ów­dzie, ale w tym miej­scu ich nie by­ło, a im głód do­skwie­rał. Wczo­raj we wzru­sze­niu nie­zmier­nym wie­cze­rzy do ust wziąć nie mo­gli. Już prze­szło do­bę ca­łą nie je­dli. Jed­nak ni­by umo­wie ja­kiejś po­słusz­ni o gło­dzie nie mó­wi­li ani sło­wa. Co do znie­sie­nia przy­szło, od­waż­nie mu­szą znieść i broń Bo­że nie ję­czeć ani na­rze­kać po bab­sku! Oprócz gło­du zmę­cze­nie we wszyst­kich człon­kach czu­ją, boć od pół­no­cy wciąż idą i idą. Przez otwo­ry nie­zu­peł­nie ca­łe­go obu­wia na­bra­li peł­no ciał ob­cych, igieł so­sno­wych, żwi­ru, któ­re kłu­ją i do krwi ra­nią spie­czo­ne sto­py. Ale to wszyst­ko nic. Te wszyst­kie rze­czy cie­le­sne męż­nie i w mil­cze­niu znio­są. Zmar­twie­nie cięż­kie i tro­ska gry­zą­ca ich w tej chwi­li, to błą­ka­nie się po le­sie już tak dłu­gie. Od wcze­sne­go ran­ka aż do­tąd błą­ka­ją się i — nic! Mo­że od ce­lu swe­go od­da­la­ją się co­raz, za­miast do nie­go się przy­bli­żać? Bie­da! Co tu ro­bić? Że­by choć czło­wie­ka ja­kie­go zo­ba­czyć, za­py­tać!

— Że­by to, tak jak daw­niej by­wa­ło, pu­stel­ni­cy po la­sach miesz­ka­li! — wes­tchnął Olek i da­lej snuł ma­rze­nia.

— Ta­ki pu­stel­nik przy­jął­by nas w swo­jej le­pian­ce czy ja­ski­ni, na­kar­mił­by i dro­gę nam po­ka­zał... A te­raz co? Nie ma na świe­cie pu­stel­ni­ków.

— Za to le­śni­cy są, tyl­ko że żad­ne­go spo­tkać ja­koś nie mo­że­my; dla­te­go pew­no, że pra­wie wszy­scy w par­tii.

— Szczę­śli­wi!

— Aha! Im nikt nie bro­nił. Ow­szem, wo­ła­li ich, uła­twia­li.

I zno­wu: co tu ro­bić? W któ­rą stro­nę iść, w któ­rą nie iść!

Na po­cie­chę czy dla uspo­ko­je­nia pi­sto­le­ty zza odzie­ży po­wyj­mo­wa­li i dłu­go oglą­da­li je ze stron wszyst­kich.

— Ślicz­ne — za­de­cy­do­wał Olek.

— Co tam, że ślicz­ne! Waż­ne to, że do­sko­na­le nio­są...

— Uhu! Jak to ja wte­dy do tej wie­wiór­ki tra­fi­łem...

W le­sie, da­le­ko od lesz­czyn­ko­we­go dwor­ku po wie­le­kroć już bro­ni tej pró­bo­wa­li pu­ka­jąc z niej i pu­ka­jąc. Olek raz wie­wiór­kę za­bił. Na­boi też wy­da­li na to spo­ro, lecz mie­li przy so­bie za­pas ich jesz­cze znacz­ny.

— A scy­zo­ry­ki?

W dzie­cin­nych rę­kach, nie­daw­no wo­dą sre­brzy­stą, per­li­stą omy­tych, uka­za­ły się z po­chew do­by­te, sze­ro­kie, w po­ło­wie za­krzy­wio­ne no­że. Pro­mień słoń­ca w sta­lo­wej po­wierzch­ni ich zło­ci­ście za­błysz­czał. Błysk ten jak­by pod­rzu­cił ich w gó­rę.

— Idź­my!

Po­szli zno­wu, ale szli wol­niej niż wprzó­dy. Tu i ów­dzie zza drzew prze­rze­dzo­nych wi­dzie­li tar­czę sło­necz­ną, już du­żo ku za­cho­do­wi pod­su­nię­tą. Gdzie in­dziej kry­ła się ona przed ni­mi za gę­stwi­na­mi nie­prze­nik­nio­ny­mi, przez któ­re na nich, na tra­wy, krza­ki i w po­wie­trze sy­pał się zło­ty desz­czyk roz­py­lo­nych iskie­rek sło­necz­nych. Wśród jed­nej wła­śnie z gę­stwin ta­kich o słuch ich obi­ło się coś nad­zwy­czaj­ne­go, grzmot nie grzmot, tur­kot nie tur­kot, coś co głu­cho po­to­czy­ło się la­sem, w od­da­le­niu znacz­nym, nie­wy­raź­ne, po­tęż­ne, to­czy­ło się czas ja­kiś — aż umil­kło i po chwi­li nie­dłu­giej, po dwu mi­nu­tach mo­że, zno­wu się po­to­czy­ło.

Wśród prze­ra­sta­ją­ce­go ich al­bo do szyi im się­ga­ją­ce­go li­sto­wia krza­ków, nad któ­ry­mi z ko­lei li­sto­wie drzew roz­po­ście­ra­ło pu­łap za­le­d­wie przej­rzy­sty, sta­li jak w zie­mię wry­ci, słu­cha­li, aż Olek krzyk­nął:

— Strz... strz... strze­la­ją!

— Strze­la­ją! — po­twier­dził Ja­nek i bez po­ro­zu­mie­nia się, bez sło­wa, na­gle, jed­no­myśl­nie, z jed­no­staj­ną szyb­ko­ścią przez gę­stwi­nę, w któ­rej od­głos grzmo­tu ich zna­lazł, w stro­nę od­gło­su te­go biec za­czę­li. Ra­mio­na­mi, któ­re na­bra­ły sprę­ży­sto­ści i mo­cy, roz­gar­nia­li, roz­ry­wa­li przed so­bą uplo­ty ga­łę­zi­ste, roz­dzie­ra­li je swy­mi cia­ła­mi, prze­ska­ki­wa­li no­ga­mi, któ­re zda­wa­ły się być w tej chwi­li ze sta­li i ela­sty­ki utwo­rzo­ne.

Dasz­ki cza­pek zsu­nę­ły się im pra­wie na oczy, po­licz­ki przez liść szorst­ki wciąż chla­sta­ne okry­ły się czer­wo­ny­mi pla­ma­mi, szra­ma­mi i spod szram, spod plam prze­glą­da­ły bla­do­ścią, wiel­ką bla­do­ścią sza­lo­ne­go za­pa­mię­ta­nia w jed­nej my­śli, w jed­nym dą­że­niu. Był to szał. Te­raz to już szał ich niósł, pod­rzu­cał, świe­cił im w nie­przy­tom­nych pra­wie oczach, świ­stał i rzę­ził w od­de­chu tak gło­śnym i śpiesz­nym, iż zda­wa­ło się, że wnet, wnet szczu­płe ich pier­si ro­ze­rwie. Wszyst­ko, co w na­tu­rze chło­pię­cej jest po­ry­wem do przed­wcze­snych, lecz wa­bią­cych czy­nów, wszyst­ko, co jest w niej upo­rem, am­bi­cją i wszyst­ko, co we krwi i du­szach chłop­ców tych by­ło gór­nym mi­ło­wa­niem i ma­rze­niem, w tej chwi­li, w chwi­li bez­przy­tom­ne­go bie­gu w stro­nę usły­sza­nych od­gło­sów bi­twy ki­pia­ło w nich, sza­la­ło...

Ale pod sza­łem, w cia­łach ich nie­do­ro­słych, zgłod­nia­łych, tu­łacz­ką wie­lo­go­dzin­ną umę­czo­nych, pra­co­wa­ło coś in­ne­go jesz­cze; pra­co­wa­ło w nich i ogar­nia­ło je stop­nio­we, prze­zwy­cię­ża­ne, prze­mi­ja­ją­ce, po­wra­ca­ją­ce, aż na ko­niec nie­po­dob­ne do prze­zwy­cię­że­nia — mdle­nie. Mdleć im po­czę­ły ra­mio­na i no­gi, mdlał, rwał się, dła­wił od­dech, przed oczy na­su­wa­ła się mgła czer­wo­no cęt­ko­wa­na.

— Nie mo­gę! — za­ję­czał Olek, bo ko­la­na ugię­ły się pod nim i jak dłu­gi ru­nął na zie­mię, u stóp so­sny wy­nio­słej, wy­nio­słej.

Ja­nek nie rzekł nic i nie upadł, ale usiadł obok le­żą­ce­go bra­ta z oczy­ma zga­sły­mi, bar­dzo bla­dy.

Te­raz ota­cza­ły ich so­sny wy­nio­słe, wy­nio­słe, bar­dzo rzad­ko roz­sta­wio­ne. Wspa­nia­łą ko­lum­na­dą sta­ły na pod­ście­li­sku gład­kim, tak jak naj­gład­sza po­sadz­ka gład­kim i od opa­dłe­go igli­wia pło­wo lśnią­cym.

Pło­wo lśni­ła gład­ka po­sadz­ka la­su pod uko­śnie kła­dą­cy­mi się na nią smu­ga­mi sło­necz­ne­go świa­tła, a gło­wi­ce ko­lumn sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi ko­ro­na­mi ga­łę­zi zda­wa­ły się wpie­rać w błę­kit­ne nie­bo. Ci­sza tu pa­no­wa­ła.

Po ci­szy głę­bo­kiej, czy­stej, won­nej, wśród rzad­ko roz­sta­wio­nych na pło­wo lśnią­cej po­sadz­ce ko­lumn zło­ta­wych, to­czy­ły się nie­zbyt od­da­lo­ne, dość na­wet bli­skie grzmo­ty... Grzmo­ty strze­la­nia zbio­ro­we­go. A po­mię­dzy ni­mi, w prze­stan­kach krót­kich, stu­ki strza­łów po­je­dyn­czych.

— Bi­twa! — za­szep­tał Ja­nek.

— Bi... bi... bit...

Ol­ko­wi od­dech marł w pier­si, nie mógł wy­ra­zu do­koń­czyć.

— Bli­sko gdzieś!

— Bli­sko.

— Leć­my!

Po­rwa­li się z zie­mi, zno­wu biec za­czę­li i nie­du­żą prze­strzeń prze­bie­gł­szy zno­wu na zie­mię upa­dli.

— Jesz­cze tro­chę — za­szep­tał Ja­nek — jesz­cze tro­chę od­po­cząć...

Po­wie­ki opa­da­ły mu na oczy, przed któ­ry­mi błą­ka­ły się szma­ty mgły męt­nej, w czer­wo­ne krop­ki. Ale mi­nu­ta ca­ła nie upły­nę­ła jesz­cze, gdy przez tę mgłę uj­rzał coś ta­kie­go, co mu człon­ki wy­pro­sto­wa­ło i krew ca­łą do ser­ca rzu­ci­ło.

— Wi­dzisz? Wi­dzisz, Olek, wi­dzisz? tam!

— Wi­dzę! Wi­dzę! Wi­dzę!

I ten sie­dział już wy­pro­sto­wa­ny, a oczy pło­nę­ły mu jak ogni­ki błę­kit­ne.

Wi­dzie­li gro­mad­kę jeźdź­ców, któ­ra wy­ło­ni­ła się skąd­ciś od stro­ny grzmo­tów, spo­śród gę­stwin i bie­gła ko­lum­na­dą wid­ną, na luź­nych prze­strze­niach, po smu­gach sło­necz­nych, le­żą­cych na po­sadz­ce pło­wo lśnią­cej. Głu­cho po mchu i igli­wiu tęt­ni­ły ko­py­ta ich ko­ni, ja­skra­wo mi­go­ta­ły w zło­tej mgle sło­necz­nej jak krew czer­wo­ne ozdo­by ich ubrań, wy­so­ko bły­ska­ły ostrza ich dłu­giej, nad ubra­ny­mi w czer­wień gło­wa­mi ster­czą­cej bro­ni... Nie­wie­lu ich by­ło; dzie­się­ciu, dwu­na­stu. Drob­ny od­dział woj­sko­wy, mo­że z roz­ka­zem kę­dyś po­sła­ny, mo­że straż sta­no­wi­sko zmie­nia­ją­ca.

Pod jed­ną z ko­lumn za­szem­rał szept chło­pię­cy wez­bra­ny, zdy­sza­ny:

— Ko­za­ki!

A po se­kun­dach kil­ku dru­gi szept bez­przy­tom­ny, gwał­tow­ny:

— Strze­laj­my!

Na jed­no ko­la­no przy­klę­kli obaj, czap­ki z głów im po­spa­da­ły, war­gi trzę­sły się, oczy pło­nę­ły, w rę­kach bły­ska­ły pi­sto­le­to­we lu­fy.

— Ja­nek! Ra­zem!... ra­zem... czy już?

Tam­ten to­nem ko­men­dy woj­sko­wej gło­śno, uro­czy­ście mó­wił:

— Strze-lać!

Jak dwa ka­mie­nie w prze­zro­czy­stą wo­dę i w ci­szę ko­lum­na­dy głę­bo­ką, czy­stą, won­ną, pa­dły dwa strza­ły.

Ko­nie ko­zac­kie sta­nę­ły zra­zu jak wry­te, a po­tem zwró­ci­ły się w stro­nę strza­łów.

Nie wi­dzie­li i nie by­li­by za­pew­ne do­strze­gli dwóch drob­nych po­sta­ci przy zie­mi sza­rze­ją­cych w od­da­le­niu. Te­raz na ko­niach chy­żych, ko­lum­ny zło­ta­we wy­mi­ja­jąc le­cie­li ku nim...

Za­ko­tło­wa­ło się, za­hu­cza­ło, za­stu­ka­ło u stóp so­sny wy­nio­słej. Ku­lą w ra­mię ugo­dzo­ny Olek na igli­co­wą po­ściel upadł. Ja­nek stał śmier­tel­nie bla­dy, ale wy­pro­sto­wa­ny i tyl­ko po­wie­ki mru­ga­ły mu pręd­ko, pręd­ko nad oczy­ma jak­by ośle­pio­ny­mi krwi­stą czer­wie­nią ubrań tych jeźdź­ców, któ­rzy z ko­ni ze­sko­czyw­szy oto­czy­li go ko­łem hu­czą­cym, cia­snym. W hu­cze­niu mo­wy ich gniew wrzał, ale tak­że i śmiech po­brzmie­wał... Śmiech gru­by, mo­że nie­na­wist­ny i mo­że wzgar­dli­wy, jed­nak nie da­ją­cy w peł­ni wez­brać gnie­wo­wi. Ja­kie­goż to nie­przy­ja­cie­la tu na­po­tka­li? Ta­kiż to za­sadz­kę tu na nich uczy­nił! Rze­mie­nie na­ha­jek pa­rę ra­zy świ­snę­ły w po­wie­trzu i na szczu­płe ple­cy nie­przy­ja­cie­la opadł­szy ku zie­mi zwi­sły, pi­sto­le­ty utkwi­ły za czer­wo­ny­mi pa­sa­mi.

— Cha, cha, cha, cha!

Ale nie wszy­scy śmia­li się, nie­któ­re z twa­rzy wą­sa­tych i ciem­nych by­ły sro­gie i groź­ne. Do­wód­ca za­wo­łał:

— Brać ich! Na koń z ni­mi! Do na­czal­stwa!

Lecz w tej­że chwi­li z pier­si Jan­ka wy­darł się krzyk ra­do­ści ta­ki, z ja­kim isto­ta ludz­ka na zgu­bę swą oko w oko pa­trzą­ca wi­ta ra­tu­nek, zba­wie­nie. Uj­rzał prze­ci­ska­ją­cą się przez mun­du­ry ko­zac­kie sier­mię­gę chłop­ską i za­świe­ci­ła mu wśród ko­zac­kich twa­rzy bla­da, bar­dzo bla­da, lecz nie­wstrzą­śnię­ta, tak jak za­wsze nie­ru­cho­ma, nie­ma twarz Te­le­żu­ka. Wę­żo­wym skrę­tem Ja­nek wy­śli­znął się z rąk, któ­re już po­rwać go mia­ły, i jed­nym sko­kiem zna­lazł się przy chło­pie, rę­ce na szy­ję mu za­rzu­cił, do pier­si je­go pier­sią przy­lgnął.

A on, w si­wej sier­mię­dze, zdjął z si­wie­ją­cych wło­sów cza­pę ba­ra­nią i ra­mie­niem pa­cho­lę ogar­nia­jąc, ni­sko aż do sa­mej zie­mi po­kło­nił się te­mu spo­śród żoł­nie­rzy, w któ­rym do­my­ślił się zwierzch­ni­ka.

— Od­daj­cie mi, pa­nie, te de­ty­ny! To ma­łe jesz­cze... głu­pie!

O! gdy­by to nie był chłop! Za wsta­wien­nic­two ta­kie dał­by w okup wie­le. Ale z chło­pa­mi oględ­nie, nie­mal mi­ło­śnie po­stę­po­wać przy­ka­za­no. Od chłop­skich ple­ców na­haj­ce ko­zac­kiej — wa­ra!

Więc tyl­ko głos nie­cier­pli­wy za­py­tał:

— Kto ty ta­ki?

On z po­kło­nem zno­wu aż do zie­mi ni­skim:

— Ja chłop.

A po­tem gło­sem po­wol­nym mó­wił jesz­cze:

— Ja nie mia­tież­nik, ja chłop. I oni nie mia­tież­ni­ki, oni — dzie­ci.

— Two­je? — krzyk­nął do­wód­ca.

Gło­wą prze­czą­co wstrzą­snął.

— Nie mo­je... ale mat­kę ma­ją...

Rę­kę do wło­sów pod­niósł; coś wy­po­wie­dzieć chciał, sło­wa przy­cho­dzi­ły mu z trud­no­ścią. Jed­nak za­czął:

— Ona nie pa­ni... z bie­dą ży­je, na nich pra­cu­je, ho­ru­je.

Do­wód­ca cier­pli­wość tra­cąc krzyk­nął:

— No, to i ją do tur­my, na Sy­bir... czort niech ją weź­mie.

A do pod­wład­nych zwró­cił się:

— Brać ich!

Se­kund kil­ka i już obaj zna­leź­li się na sio­dłach, ra­mio­na­mi żoł­nie­rzy, któ­rzy na nie wsko­czy­li, ogar­nię­ci.

Te­le­żuk raz jesz­cze u strze­mie­nia do­wód­cy aż do zie­mi się po­chy­lił.

— Zli­tuj­cie się... pa­nocz­ku... — za­czął.

Ale nad pod­no­szą­cą się znad zie­mi gło­wą je­go za­brzmiał okrzyk:

— Pójdź precz! Precz!

Gdy­by nie był chło­pem! Był nim, więc nie­tknię­ty po­zo­stał i wi­dział jeźdź­ców od­bie­ga­ją­cych wśród so­sen rzad­ko roz­sta­wio­nych, na ko­niach zgrab­nych i lek­kich, w ró­żo­wym py­le po­świa­ty sło­necz­nej. Przez mgnie­nie oka zo­ba­czył na rę­ka­wie odzie­ży Ol­ka wiel­ką pla­mę ko­lo­ru krwi­ste­go, a po­tem twarz Jan­ka bla­dą jak płót­no, ob­la­ną desz­czem łez. Znad ra­mie­nia ko­zac­kie­go zwra­ca­ła się ku nie­mu twarz Jan­ka wo­ła­jąc:

— Te­le­żuk, po­wiedz ma­mie...

Za­głu­szył cien­ki głos chło­pię­cy tę­tent od­bie­ga­ją­cych ko­ni. Te­le­żuk stał chwi­lę z gło­wą w na­my­śle czy w ża­lu ko­ły­szą­cą się w obie stro­ny, aż ru­chem nie­spo­dzia­nie u nie­go szyb­kim rzu­cił się ku sto­ją­ce­mu opo­dal swe­mu wo­zo­wi.

Siadł na wóz, wstrzą­snął lej­ca­mi i peł­nym kłu­sem nie­wiel­kie­go, lecz do­brze do­glą­da­ne­go ko­nia pu­ścił się za gro­mad­ką jeźdź­ców. Z po­sta­wy na­przód po­da­nej, ze wzro­ku przed sie­bie wy­tę­żo­ne­go, ze spo­so­bu, w ja­ki ko­nia do po­śpie­chu na­gląc roz­ma­chi­wał bi­czem, od­gad­nąć by moż­na, że za zni­ka­ją­cy­mi mu już z oczu jeźdź­ca­mi ślad w ślad je­chać, a w po­trze­bie choć­by śla­dów ich szu­kać, choć­by da­le­ko, naj­da­lej, do­ga­niać ich za­mie­rza...

Dwa, mo­że na­wet trzy dni prze­mi­nę­ło po sto­czo­nej w la­sach ho­rec­kich bi­twie. Pa­ni Te­re­sa sie­dzia­ła w kuch­ni na ła­wie i słu­cha­ła opo­wia­da­nia sto­ją­ce­go przed nią Te­le­żu­ka. Tyl­ko co do Lesz­czyn­ki po­wró­cił. Na­st­ka z twa­rzą od pła­czu opu­chłą uj­rza­ła go przez okno przed sta­jen­kę pod­jeż­dża­ją­ce­go i do izb przy­le­głych prze­raź­li­wie krzyk­nąw­szy: „Pa­ni, Pa­nas po­wró­cił!” z sza­lo­nym śmie­chem ra­do­ści na spo­tka­nie je­go z do­mu wy­pa­dła. W do­mu da­ły się sły­szeć gło­śne stuk­nię­cia drzwi, gło­śne, po­śpiesz­ne kro­ki i do kuch­ni wbie­gła pa­ni Te­re­sa. Jed­no­cze­śnie w drzwiach prze­ciw­le­głych uka­zał się Te­le­żuk ku­rzem da­le­kiej snadź dro­gi okry­ty, na twa­rzy zmi­ze­ro­wa­ny i wię­cej niż kie­dy po­nu­ry; z bi­czem w rę­ku stał przed sie­dzą­cą na ła­wie ko­bie­tą i gło­sem po­wol­nym, mo­wą jak­by sen­ną opo­wia­dał.

Do­my­ślił się, do­kąd chłop­cy po­le­cie­li, we wsi pa­ro­bek ja­kiś wi­dział ich po pół­no­cy prze­cho­dzą­cych, i w któ­rą stro­nę po­szli, po­wie­dział; po­go­nił za ni­mi, w dro­dze nie do­go­niw­szy, do obo­zu po­wstań­cze­go je­chał, dłu­go od­na­leźć go nie mógł, po le­sie wiel­kim błą­dził, strze­la­nie usły­szaw­szy, ku miej­scu, z któ­re­go do­cho­dzi­ło, je­chał i ot, na co tra­fił! Za­bra­li chłop­ców. Pro­sił: „Od­daj­cie! Toż to de­ty­ny!” Nie po­słu­cha­li i ra­zem z ni­mi do na­czal­stwa po­le­cie­li. On za ni­mi gnał — do­gnał, na­czal­stwa pro­sił: „Od­daj­cie, toż de­ty­ny jesz­cze nie­wy­ro­słe, głu­pie!” Nie po­słu­cha­li. Da­lej po­wieź­li. On za ni­mi. Z mia­stecz­ka do mia­stecz­ka. Gdzie sta­wa­li, on tak­że sta­wał i — pro­sił: „Od­daj­cie! Puść­cie! Toż to de­ty­ny! Mat­kę ma­ją!” Tak aż do po­wia­to­we­go mia­sta, o dzie­sięć mil stąd za­je­chał, ale tu już pro­sić nie mógł, bo do na­czal­stwa go nie do­pusz­czo­no. Ty­le tyl­ko, że do­wie­dział się... chłop­cy w tur­mie po­sa­dze­ni... Jak roz­bój­ni­ki czy ko­nio­kra­dy w tur­mie sie­dzą... Szczob ich!

Resz­ty roz­po­czę­te­go prze­kleń­stwa gło­śno nie do­po­wie­dział i nie wia­do­mo by­ło, ko­go prze­kli­nał: de­ty­ny, któ­re ty­le bie­dy na­czy­ni­ły, al­bo tych, któ­rzy próśb je­go ty­lo­krot­nych nie po­słu­cha­li, lecz gdy prze­staw­szy mó­wić, na okno, za któ­rym w zie­lo­no­ści ma­jo­wej pta­ki ćwier­ka­ły, nie­ru­cho­mo pa­trzeć za­czął, oczy miał tak sa­mo jak po stra­cie wła­snych dzie­ci ni­by u so­wy we dnie krwią za­szłe i osłu­pia­łe.

Wszyst­ko, co tyl­ko wie­dział, opo­wie­dział, oprócz te­go, że Olek, gdy go na sio­dło bra­no, miał na rę­ka­wie odzie­ży wiel­ką pla­mę krwi­ste­go ko­lo­ru, oczy za­mknię­te i twarz tak bla­dą, jak by­ła u je­go nie­bosz­czy­ka Wa­syl­ka, gdy go do so­sno­wej tru­mien­ki skła­da­no. Te­go jed­ne­go tyl­ko nie po­wie­dział. Mat­ki ża­ło­wał.

Pa­ni Te­re­sa wy­słu­cha­ła po­wol­nej mo­wy je­go w nie­ru­cho­mo­ści ka­mien­nej, żad­nym sło­wem, żad­nym ru­chem jej nie prze­ry­wa­jąc.

Co przez te ostat­nie dni i no­ce prze­nio­sła, tro­chę opo­wia­da­ły o tym po­licz­ki jej przy­chu­dłe i ob­wi­słe, po­wie­ki na­brzmia­łe i za­czer­wie­nio­ne, czo­ło głę­bo­ko zo­ra­ne, ale wszyst­kie­go opo­wie­dzieć nie mo­gły.

Ach, te dni i te no­ce, kie­dy Ja­nek i Olek zni­kli, i Te­le­żuk kę­dyś prze­padł, kie­dy o bi­twie i o Jul­ku nie by­ło wie­ści żad­nej, kie­dy go­dzi­na­mi ca­ły­mi bie­ga­ła, do­kąd tyl­ko mo­gła, w po­szu­ki­wa­niu sy­nów znik­nio­nych, kie­dy po wia­do­mo­ści o sy­nu za­gro­żo­nym, sa­ma so­bie po­wo­żąc, jeź­dzi­ła do Or­sza­ka i w do­mu go nie zna­la­zł­szy bez wia­do­mo­ści po­wró­ci­ła.

Te­raz słu­cha­jąc opo­wia­da­nia Te­le­żu­ka, koń­ca­mi pal­ców, ru­chem pręd­kim, cią­głym sku­ba­ła, po­szar­py­wa­ła fał­dę swo­jej szorst­kiej spód­ni­cy. Wzrok mia­ła na opo­wia­da­ją­ce­go pod­nie­sio­ny i usta nie­co roz­war­te.

Te­le­żuk po chwi­lo­wym mil­cze­niu rzekł jesz­cze:

— Jedź­cie, pa­ni, do mia­sta. Was mo­że do na­czal­stwa do­pusz­czą... Was mo­że po­słu­cha­ją... wam mo­że od­da­dzą...

Trzę­są­cy­mi się war­ga­mi wy­szep­ta­ła:

— Tak­że hi­sto­ria!

I na­gle ru­chem ży­wym pod­nio­sła się z ła­wy.

— Tak! tak! Je­chać trze­ba. Ro­ba­ki mo­je ra­to­wać... Za­raz, za­raz... Że­by tyl­ko cze­go­kol­wiek o Jul­ku się do­wie­dzieć!... Ale to nic! Tam do­wiem się pew­nie. Mój Te­le­żu­ku! Pa­rę ko­ni do brycz­ki... Za­raz... Tyl­ko rze­czy tro­chę upa­ku­ję... ich i swo­je... w jed­nych ko­szu­lach tam...

Śpiesz­nym kro­kiem szła przez kuch­nię i na­gle uczu­ła, że zno­wu tak jak po od­jeź­dzie Jul­ka coś ją chce o zie­mię ci­snąć... Ta sa­ma moc we­wnętrz­na, któ­ra z prze­szy­tych bó­lem pier­si ludz­kich wy­wo­łu­je krzy­ki, ję­ki, wy­rze­ka­nia gło­śne, nią dziw­nie ja­koś za­krę­ca­ła na no­gach i na zie­mię usi­ło­wa­ła ci­snąć. Nie krzy­cza­ła, nie łka­ła, nie wy­rze­ka­ła, ale ach! ra­mio­na­mi roz­krzy­żo­wa­ny­mi na zie­mię paść i czo­łem o nią bić! Lecz nie uczy­ni te­go, nie. Tak­że głup­stwo! Jesz­cze prze­cież nic ta­kie­go...

Do iz­deb­ki swo­jej wbie­gła z gło­wą peł­ną my­śli, skąd pie­nię­dzy na dro­gę wziąć, gdy wzrok jej spo­tkał się ze sto­ją­cą u okna po­sta­cią In­ki. Jak po­sąg bo­le­ści pe­łen wdzię­ku sta­ła u okna z za­ła­ma­ny­mi na suk­nię rę­ko­ma, ale z ró­żo­wy­mi usta­mi wy­dę­ty­mi gniew­nie i sza­fi­ro­wy­mi oczy­ma po­ły­sku­ją­cy­mi ostro... ostro. Gniew ją na młod­szych bra­ci po­ry­wał. Jesz­cze i oni. Jesz­cze i te­go trze­ba by­ło, aby do resz­ty pie­kło z ży­cia uczy­nić! Wzdry­gnę­ła się ca­ła, pod­nie­sio­ny głos mat­ki usły­szaw­szy.

— In­ka! Co tak sto­isz jak ma­lo­wa­na! Sły­sza­łaś prze­cie, co się sta­ło. Je­chać mu­szę. Za­raz... Do wsi po­bie­gnę, do aren­da­rza, pie­nię­dzy na dro­gę do­stać... a ty rze­czy mo­je i chłop­ców złóż!

Dziew­czy­nie twarz roz­bły­sła ja­kąś na­głą na­dzie­ją czy ra­do­ścią.

— Ma­my i chłop­ców rze­czy? Prze­cież mo­je tak­że! Prze­cież i ja z ma­mą po­ja­dę...

— Ty? A po co? Że­by koszt utrzy­ma­nia się w mie­ście po­więk­szyć? Przy kim, pod czy­ją opie­ką ma­leń­kie zo­sta­ną?

— Te­le­żu­ko­wa opie­ko­wać się ni­mi bę­dzie.

Twarz pa­ni Te­re­sy, przed­tem nie­co przy­bla­dła, ogni­ście się za­czer­wie­ni­ła. Już i w tych pa­ru dniach śmier­tel­nej dla niej mę­ki wszyst­kie zło­ści ją chwi­la­mi bra­ły na tę kró­lew­nę w wiecz­nych lo­kach na gło­wie, z wiecz­nie opusz­czo­ny­mi na suk­nię rę­ko­ma, ta­ką obo­jęt­ną na wszyst­ko, co się dzia­ło, ta­ką bez­czyn­ną, ta­ką w sa­mym na­wet spo­so­bie po­cie­sza­nia czy uspo­ka­ja­nia jej nie­zręcz­ną i nie­na­tu­ral­ną.

Przy­szła by­ła na przy­kład raz do iz­deb­ki mat­ki i jak dłu­ga przed nią na zie­mię upa­dła. Pa­ni Te­re­sa zlę­kła się.

— Co ty ro­bisz! In­ka! Co to­bie?...

A ona twa­rzycz­kę ślicz­ną znad zie­mi pod­no­sząc szep­tać po­czę­ła:

— Ja u nóg ma­my le­żeć bę­dę... Do­pó­ki Ja­nek i Olek do do­mu nie wró­cą... Czyż ja ma­mie za­stą­pić ich nie mo­gę? Czyż ja nie mo­gę być dla ma­my wszyst­kim... wszyst­kim... Gło­wę na ko­la­nach ma­my po­ło­żę...

— Tak­że ro­man­se! — za­wo­ła­ła pa­ni Te­re­sa. — Po­trzeb­ne mi two­je le­że­nie u nóg i mam ja te­raz czas gło­wę two­ją na ko­la­nach trzy­mać. Wstań i puść mię, bo do pa­na Or­sza­ka za­raz ja­dę, o Jul­ku cze­go­kol­wiek do­wie­dzieć się... A ty, ot, le­piej za­miast na zie­mi le­żeć i bzdur­stwa pleść, idź ma­leń­kich w ogro­dzie po­szu­kaj i na­gląd­nij, aby so­bie cze­go nie zro­bi­ły...

Tak dzia­ło się wczo­raj czy przed­wczo­raj, a te­raz pa­ni Te­re­sa ca­ła w ogniu, z ge­sta­mi roz­gnie­wa­ny­mi do cór­ki mó­wi­ła, że w do­mu zo­stać mu­si, Te­le­żu­ko­wej w go­spo­dar­stwie i do­glą­da­niu ma­leń­kich po­ma­gać, ją w wie­lu rze­czach, któ­re ina­czej za­nie­dba­niu ule­gną wy­rę­czać. Ale nie­dłu­go mó­wi­ła, bo i na ala­ba­stro­wą twarz In­ki wy­bi­ły się ru­mień­ce go­rącz­ko­we, a głos ze słod­kie­go i przy­ci­szo­ne­go stał się ostry i do­no­śny, gdy mó­wić, a ra­czej wo­łać za­czę­ła, że nie zo­sta­nie tu za nic, za nic, że za brycz­ką mat­ki jak pies po­bie­gnie, ale w tej dziu­rze sa­ma jed­na z ty­mi chło­pa­mi nie zo­sta­nie.

— Ja nie wiem, cze­go ma­ma ode mnie chce. Ja nie wiem, za co mię ma­ma nie lu­bi! Ja ku­char­ką ani niań­ką być nie mo­gę! Ja nie do te­go stwo­rzo­na! Mnie i tak ży­cie to obrzy­dło! Je­że­li ma­ma mnie z so­bą nie weź­mie, to chy­ba zwa­riu­ję al­bo umrę...

Za­ła­my­wa­ła rę­ce, z miej­sca na miej­sce prze­bie­ga­ła, dziw­ne spoj­rze­nia z roz­iskrzo­nych oczu na mat­kę wy­rzu­ca­jąc. Mie­sza­ły się w tych spoj­rze­niach gniew, żal i coś na kształt nie­chę­ci, mo­że do stop­nia nie­na­wi­ści czy wstrę­tu po­su­nię­tej. Po raz pierw­szy w ser­cu In­ki uczu­cia te wzglę­dem mat­ki ozwa­ły się tak wy­raź­nie. Za­wsze w naj­taj­niej­szej głę­bi my­śli swo­ich uwa­ża­ła ją za ko­bie­tę try­wial­ną, gru­bym po­spo­li­to­ściom ży­cia od­da­ną, wznio­słym ma­rze­niom nie­do­stęp­ną. Ale te­raz, z tym swo­im przy­wią­za­niem do tych bęb­nów, któ­re ty­le złe­go na­czy­ni­ły, a obo­jęt­no­ścią dla niej, z ty­mi swy­mi rę­ko­ma gru­by­mi, z tym swo­im gru­bym gło­sem, z tą twa­rzą jak­by w po­cie cier­pie­nia ską­pa­ną bu­dzi­ła w niej uczu­cie bar­dzo do wstrę­tu, do fi­zycz­ne­go wprost wstrę­tu po­dob­ne. Jed­nak, rzecz dziw­na, po­my­słem ja­kimś na­gle w gło­wie po­wsta­łym ude­rzo­na opa­no­wa­ła się, ła­mać rę­ce i gniew­nie po po­ko­ju rzu­cać się prze­sta­ła, do mat­ki przy­pa­dła i obej­mu­jąc ją mięk­ki­mi, okrą­gły­mi, ko­ci­mi ru­cha­mi owi­jać się do­ko­ła niej za­czę­ła. I w oczy jej zno­wu słod­ki­mi, ma­rzą­cy­mi oczy­ma za­glą­da­ła, i gło­sem zno­wu słod­kim, przy­ci­szo­nym pro­si­ła.

— Tak­że umi­zgi — obur­kli­wie za­czę­ła pa­ni Te­re­sa, ale znać by­ło, że już mię­kła.

Gdy tam­tych nie ma, niech­że ta z nią bę­dzie. Przy tym cza­sy ta­kie nie­spo­koj­ne. Bóg tyl­ko wie, ja­cy lu­dzie włó­czyć się po wsiach mo­gą i mło­dziuch­ne to stwo­rze­nie bez opie­ki tu zo­sta­wiać... czy bez­piecz­nie? A głów­na rzecz to, że jej sa­mej w tym nie­szczę­ściu z chłop­ca­mi lżej bę­dzie choć jed­no to dziec­ko swo­je mieć przy so­bie...

— No do­brze już, do­brze! Co ro­bić? Pew­no, że ma­leń­kich i go­spo­dar­stwa nikt le­piej od Te­le­żu­ko­wej... No, to już jedź ze mną... rze­czy skła­daj! Ja tym­cza­sem do aren­da­rza po­le­cę...

Ale nie po­le­cia­ła, bo od stro­ny dzie­dziń­ca roz­legł się tur­kot kół i za­nim In­ka z ba­wial­nej izby wy­biec zdo­ła­ła, wszedł do niej Wła­dy­sław Or­szak.

Po­waż­ny, z twa­rzą szla­chet­ną i zmę­czo­ną, o ru­chach i sło­wach po­wol­nych, a du­szy ogni­stej i czyn­nej, or­ga­ni­za­tor i na­czel­nik pocz­ty oby­wa­tel­skiej wszedł do izby o żół­tych, sta­rych sprzę­tach i bel­ko­wa­nym, ni­skim su­fi­cie, bla­dy, ze wzro­kiem zmą­co­nym. Za­trzy­mał się u pro­gu, twarz po­chy­lił, mo­że w ukło­nie po­wi­tal­nym, mo­że w zmie­sza­niu. Pa­ni Te­re­sa rzu­ci­ła się ku go­ścio­wi.

— By­łam wczo­raj u pa­na... w do­mu nie za­sta­łam... żo­na pa­na... pa­ni Ka­ro­li­na, nic nie wie­dzia­ła... Cóż bi­twa? Ju­lek?

Obu rę­ka­mi rę­kę je­go trzy­ma­ła, krzy­czą­cy­mi z gło­du oczy­ma w twarz mu pa­trząc. On gło­sem przy­tłu­mio­nym mó­wić za­czął:

— Bi­twa po­myśl­na... ale Ju­lek...

— Co? — krzyk­nę­ła pa­ni Te­re­sa.

— Z obo­wiąz­ku przy­je­cha­łem oznaj­mić... ra­nio­ny...

— Je­zus, Ma­ria!

Te­raz on obie rę­ce jej w dło­nie swe ujął i moc­no je ści­skał.

— Ra­nio­ny cięż­ko...

Pa­ni Te­re­sa sze­ro­ko otwo­rzo­ny­mi oczy­ma pa­trza­ła mu w twarz, któ­ra pod jej wej­rze­niem w oto­cze­niu ciem­ne­go za­ro­stu bla­dła. I oczy mę­skie, znu­żo­ne po­wle­kły się szkli­wem.

Po izbie roz­legł się prze­raź­li­wy ko­bie­cy krzyk:

— Za­bi­ty!

Za­prze­cze­nia nie by­ło.

Wy­rwa­ła rę­ce z rąk Or­sza­ka i przez izbę szła, nie wie­dzieć w ja­kim ce­lu ku drzwiom iz­deb­ki swo­jej, oczy­ma su­chy­mi, z usta­mi roz­war­ty­mi szła, aż w po­bli­żu drzwi tych na zie­mię upa­dła. Te­raz to już nie opar­ła się mo­cy we­wnętrz­nej i na­wet o opie­ra­niu się jej nie po­my­śla­ła. Ru­nę­ła jak dłu­ga z ra­mio­na­mi roz­krzy­żo­wa­ny­mi, z pal­ca­mi tak wpi­ty­mi w de­skę gru­bej pod­ło­gi, jak­by jej w niej po­grą­żać, jak­by ją ni­mi roz­dzie­rać usi­ło­wa­ła. Gło­wa jej czo­łem o pod­ło­gę ude­rzy­ła i po­tem nie­ru­cho­mą po­zo­sta­ła, a tyl­ko z pier­si do­by­wać się po­czął dźwięk bez słów, nie­ustan­ny, dziw­ny, do te­go po­dob­ny, ja­ki wy­da­je cza­sem nad roz­ło­ga­mi bia­łych śnie­gów wy­ją­cy wiatr zi­mo­wy...

Or­szak do In­ki mó­wił:

— Od­jeż­dżam... mu­szę. Za go­dzi­nę naj­da­lej przy­je­dzie tu żo­na mo­ja, któ­rą mat­ka pa­ni po­wa­ża i ko­cha, a tę­dy do mia­stecz­ka prze­jeż­dżać bę­dzie, bo... brat jej uwię­zio­ny...

Ob­fi­ty­mi łza­mi ob­la­na by­ła te­raz twarz In­ki, gdy do­ko­ła mat­ki na zie­mi le­żą­cej bie­ga­ła, pro­sząc, mo­dląc się pra­wie, aby wsta­ła, usia­dła, roz­pa­czać prze­sta­ła. Sa­ma w tej chwi­li uczu­ła ból i prze­ra­że­nie. Ser­ce jej uszka tro­chę po­ka­za­ło. Ju­lek za­bi­ty! Ju­lek nie ży­je! Jul­ka już ni­g­dy nie zo­ba­czy! Na chwi­lę zni­kła so­bie z oczu i ser­ca. Desz­czem łez pła­cząc, co czy­nić, nie wie­dząc, bie­ga­ła wciąż do­ko­ła roz­cią­gnię­tej na zie­mi mat­ki, schy­la­jąc się nad nią, do­ty­ka­jąc jej, pro­sząc...

Ale pa­ni Te­re­sa po­ru­sze­nia naj­lżej­sze­go nie czy­ni­ła. Jak kło­da ścię­te­go drze­wa le­ża­ła wciąż z czo­łem wpar­tym w pod­ło­gę, z pal­ca­mi w nią wpi­ty­mi i tyl­ko to wy­cie przy­tłu­mio­ne, mo­no­ton­ne, nie­ustan­ne...

Aż w drzwiach izby, żo­nę gło­śno za­wo­dzą­cą na stro­nę usu­wa­jąc, uka­zał się Te­le­żuk. Do żo­ny rzekł:

— Ma­leń­kie wy­szu­kaj... przy­pro­wadź...

Nad pa­nią Te­re­są sta­nął i mo­wą jak zwy­kle po­wol­ną, tyl­ko gło­sem nie­co pod­nie­sio­nym mó­wić za­czął:

— Pa­ni! A toż Jan­ka i Ol­ka ra­to­wać trze­ba... A toż Olek to na­wet i ku­lą utra­fio­ny...

Nad zie­mią ochry­pły, zdła­wio­ny głos krzyk­nął:

— Je­zus, Ma­ria!

I cięż­kie cia­ło ko­bie­ce, w sza­rej, szorst­kiej suk­ni, z roz­ple­cio­ny­mi na ple­cach wspa­nia­ły­mi wło­sa­mi, nad zie­mię dźwi­gać się po­czę­ło. Z nie­szczę­ścia i prze­ra­że­nia jed­ne­go pod­no­si­ło je in­ne nie­szczę­ście i prze­ra­że­nie. Te­le­żuk ujął je w dwie wiel­kie dło­nie i sta­nąć na no­gach mu do­po­mógł.

— Olek ra­nio­ny?

— A toż..

— Cięż­ko?

— Pew­no nie, bo ot tu!

Na ra­mie­niu swym uka­zał miej­sce, gdzie odzież chłop­ca mia­ła czer­wo­ną pla­mę.

— Wy­zdro­wie­je... Bóg da... Ale to de­ty­na... kie­dy bo­li, to mat­ki wo­ła... i Ja­nek bar­dzo pła­kał...

— Ro­ba­ki! Skar­by mo­je! Te­le­żuk! Ko­nie za­kła­daj! In­ka, skła­daj rze­czy!

Wtem dwie drob­ne istot­ki przez Te­le­żu­ko­wą do izby we­pchnię­te, dwa cien­kie, ża­ło­sne cze­goś gło­si­ki:

— Mam­ciu! Ma­tuch­no! Ma­mu­siu!

Wszyst­ki­mi czte­re­ma łap­ka­mi ucze­pi­ły się szyi mat­ki i do twa­rzy jej drob­ne gło­wy przy­tu­la­jąc, z jed­nej stro­ny ciem­ny­mi, z dru­giej ja­sny­mi jak len wło­sa­mi ocie­ra­ły po­to­ki le­ją­cych się po niej łez.



V

W mia­stecz­ku po­wia­to­wym szła do miesz­ka­nia do­stoj­ni­ka, prze­wod­ni­czą­ce­go ko­mi­sji są­do­wej, z proś­bą o po­zwo­le­nie wi­dy­wa­nia się z sy­na­mi uwię­zio­ny­mi i wy­glą­da­ła dziw­nie. Na tle uli­cy ma­ło­mia­stecz­ko­wej, ale sze­ro­kiej i lud­nej, ni­ski­mi do­mo­stwa­mi osta­wio­nej, ale róż­no­rod­nych ty­pów i stro­jów ludz­kich peł­nej, wy­glą­da­ła dziw­nie.

Bo ni­g­dy przed­tem uli­ce mia­stecz­ka te­go lud­no­ści tak roz­ma­itej i tak licz­nej jak te­raz nie mia­ły. Wi­dać, sły­chać i czuć tu by­ło zmie­sza­nie ple­mion, sta­nów, ję­zy­ków, ki­pie­nie na­mięt­no­ści, za­la­tu­ją­cy z prze­strze­ni sze­ro­kich wiew wal­ki i gro­zy.

Peł­no przy­wo­dzą­cych na pa­mięć woj­sko­we pa­ra­dy i ba­le ubrań ofi­cer­skich: błysz­czą­ce mun­du­ry i orę­że, bia­łe rę­ka­wicz­ki, po­sta­wy but­ne, sre­brem ostróg i ostrza­mi pa­ła­szy brzę­czą­ce; gdzie­nie­gdzie prze­wiąz­ki czar­ne, pod­trzy­mu­ją­ce w bi­twach nad­we­rę­żo­ne ra­mio­na lub osła­nia­ją­ce na czo­łach nie­do­brze jesz­cze zgo­jo­ne ra­ny.

Peł­no stro­jów ko­bie­cych, z piór, kwia­tów sztucz­nych u żon, ma­tek, przy­ja­ció­łek ofi­ce­rów i po­czy­na­ją­cych na­pły­wać ze stron da­le­kich urzęd­ni­ków.

Licz­ni miesz­kań­cy wsi o twa­rzach ogo­rza­łych, wło­sach si­wie­ją­cych, i licz­niej­sze nad miesz­kań­ców ich miesz­kan­ki w suk­niach o tej go­rą­cej po­rze let­niej bia­łych, za­stę­pu­ją­cych su­ro­wo te­raz ści­ga­ną i ka­ra­ną czar­ność ża­ło­by na­ro­do­wej. Oj­co­wie, bra­cia, żo­ny, sio­stry więź­niów, co­raz licz­niej z sze­ro­kiej oko­li­cy na­pły­wa­ją­cych.

Wśród mun­du­rów błysz­czą­cych, je­dwa­biów sze­lesz­czą­cych, su­kien róż­no­barw­nych i bia­łych pa­ni Te­re­sa szła wą­skim chod­ni­kiem tak sa­mo jak w Lesz­czyn­ce cho­dzić by­ła zwy­kła, więc wła­ści­wie nie szła, ale pę­dzi­ła, rę­ka­mi bez rę­ka­wi­czek z po­śpie­chu tro­chę roz­ma­chu­jąc, w suk­ni czar­nej i czar­nym rów­nież, od­wiecz­nym ja­kimś, pła­skim, wciąż na tył gło­wy zsu­wa­ją­cym się ka­pe­lu­szu.

Przed chwi­lą za­le­d­wie do mia­stecz­ka przy­je­cha­ła, In­kę w na­ję­tej na­pręd­ce iz­deb­ce do­mu za­jezd­ne­go zo­sta­wi­ła, a sa­ma, już roz­wie­dziaw­szy się, do­kąd i do ko­go iść jej wy­pa­da, pę­dzi­ła śród lu­dzi nie wi­dząc ich, nie sły­sząc ani na­wet spo­ty­ka­nych nie­kie­dy zna­jo­mych spo­strze­ga­jąc.

Nie do lu­dzi, nie do przy­glą­da­nia się im ani do od­da­wa­nia ukło­nów te­raz jej by­ło! Go­rzał w niej, piekł ją w pier­si, sto­py jej znad zie­mi pod­ry­wał ogień żą­dzy i nie­po­ko­ju: żą­dzy uj­rze­nia sy­nów, nie­po­ko­ju o to, czy uj­rzeć ich bę­dzie jej wol­no. A spodem pły­nę­ły my­śli drżą­ce o los tych za­gro­żo­nych i my­śli roz­pacz­ne o tam­tym... na wie­ki stra­co­nym. I dla­te­go tyl­ko my­śli roz­pacz­ne o tam­tym nie ci­ska­ły ją o zie­mię, że krzy­żo­wa­ły się z ni­mi i upa­dać jej nie da­wa­ły my­śli drżą­ce o tych...

Wtem mę­ska po­stać dro­gę jej za­stą­pi­ła i gru­by głos przy sa­mej pra­wie twa­rzy jej prze­mó­wił:

— Po­zwól­cie, ba­ry­nia (pa­ni)! Wy w trau­rie (w ża­ło­bie).

Chcia­ła usu­nąć na­trę­ta i pę­dzić da­lej, lecz ciem­ne pal­ce po­li­cjan­ta przed­ra­mię jej uję­ły tak sil­nie, że sta­nąć mu­sia­ła.

— A toż co? Cze­go pan chce ode mnie?

— Wy w czar­nej suk­ni! W czar­nych suk­niach cho­dzić nie do­zwo­lo­no.

Ach, tak! Sły­sza­ła o tym, ale wy­le­cia­ło jej to z gło­wy. Przy­po­mnia­ła so­bie te­raz.

— Tak­że hi­sto­ria! A kie­dy ja in­nej suk­ni nie mam!

Jak wi­cher od­wró­ci­ła się, za­nim po­li­cjant opa­mię­tać się zdo­łał, od­bie­gła i do pierw­sze­go lep­sze­go skle­pi­ku wpa­da­jąc za­wo­ła­ła:

— Wstąż­ki daj­cie! Ko­lo­ro­wej! Naj­ko­lo­row­szej! Prę­dzej!

— Naj­ko­lo­row­szej? To mo­że czer­wo­nej?

— Niech bę­dzie czer­wo­na! Wszyst­ko jed­no!

Ku­pi­ła wstąż­kę bar­dzo sze­ro­ką, a tak czer­wo­ną, że na jej wi­dok wszyst­kie by­ki ze wście­kło­ścią ro­gi by ku niej na­sta­wia­ły i skle­ciw­szy z niej na­tych­miast ko­kar­dę wiel­ko­ści ol­brzy­miej u szyi ją so­bie do suk­ni przy­pię­ła. No­si­ła ją od­tąd sta­le i na uli­cach mia­stecz­ka z da­la już, z da­la po tym punk­cie ja­skra­wym po­znać moż­na by­ło, że ona to idzie.

Wo­bec czer­wo­no­ści mo­ty­la roz­pi­na­ją­ce­go u jej szyi ogrom­ne skrzy­dła zni­kał sprzed oczu ludz­kich nad­zwy­czaj­ny kształt jej przed­wiecz­ne­go, pła­skie­go ka­pe­lu­sza, zni­kał nie­zwy­kły rów­nież w pier­wot­nej pro­sto­cie swej krój jej czar­nej suk­ni, lecz nie zni­ka­ła, ow­szem, wi­docz­niej­sza i wy­pu­klej­sza sta­wa­ła się ma­ska tra­gicz­na, po­czy­na­ją­ca twarz jej ob­le­kać. Na tył gło­wy wciąż zsu­wa­ją­cy się ka­pe­lusz od­kry­wał czo­ło, któ­re bruz­dy zgry­zot we wsze stro­ny ryć po­czy­na­ły i pod któ­rym wiel­kie, piw­ne oczy by­wa­ły cza­sem aż do dna zmą­co­ne, ucie­ka­ją­ce ja­kieś, stra­chli­we i roz­mi­go­ta­ne, a cza­sem ogniem po­sęp­nym i sta­łym go­re­ją­ce, przy­wo­dzi­ły na myśl po­chod­nie po­grze­bo­we.

Wie­le już dni od przy­by­cia jej do mia­stecz­ka upły­nę­ło.

Na po­wie­trze go­rą­ce, na blask słoń­ca zło­ci­sty sze­ro­ko otwar­te by­ło okno w miesz­ka­niu prze­wod­ni­czą­ce­go ko­mi­sji są­do­wej, a że dom był jed­no­pię­tro­wy, ni­ski, prze­chod­nie ulicz­ni wi­dzieć mo­gli w ciem­na­wej głę­bi po­ko­ju pa­ła­ją­cą czer­wo­ną ko­kar­dę pa­ni Te­re­sy. Wi­dzieć też mo­gli, jak z sze­ro­ki­mi ge­sta­mi rąk ogo­rza­łych mó­wi­ła o czymś do męż­czy­zny, któ­re­go tyl­ko wzrost wy­so­ki, kru­czy za­rost sma­głe­go pro­fi­lu i błysz­czą­ce ozdo­by ubra­nia w głęb­szym cie­niu po­ko­ju wi­dzieć by­ło moż­na.

Wy­so­ki, w ob­ci­słym mun­du­rze, zgrab­ny i wy­kwint­ny, twarz miał po­łu­dniow­ca, wśród kru­cze­go za­ro­stu owal­ną i sma­głą, a w czar­nych jak noc oczach pło­mie­ni­stość po­łu­dnio­we­go słoń­ca.

Sy­nem Kau­ka­zu, czer­kie­skim knia­ziem był, w ży­łach swych miał zmie­sza­ną krew dwóch na­ro­dów, zwy­cię­skie­go i zwy­cię­żo­ne­go, ale w ustach mo­wę i w ser­cu uczu­cia zwy­cięz­ców. Do­stoj­ni­kiem był, to­pór gnie­wu i ka­ry trzy­ma­ją­cym nad du­żą prze­strze­nią zie­mi po­ża­rem ob­ję­tej i przez nie­szczę­ście ora­nej co­raz szyb­ciej, głę­biej. No­sił ty­tuł knia­zia i lud­ność tej zie­mi, na­zwi­sko je­go rzad­ko wy­ma­wia­jąc, mó­wi­ła o nim wprost i tyl­ko: kniaź.

Dość czę­sto pa­ni Te­re­sa do knia­zia przy­cho­dzi­ła, o po­zwo­le­nie wi­dy­wa­nia się z sy­na­mi, o moż­ność za­spo­ka­ja­nia róż­nych ich po­trzeb pro­sząc, o bieg i moż­li­wy ko­niec spra­wy za­py­tu­jąc.

Nie bar­dzo umia­ła pro­sić. Cza­sem mó­wi­ła:

— Zmi­łuj­cie się, ksią­żę, toż to dzie­ci...

Lecz wnet z to­nu proś­by wpa­da­ła w ton wy­rzu­tu al­bo prze­ko­ny­wać usi­łu­ją­cej praw­do­mów­no­ści.

— Ja mat­ka! Do mnie tyl­ko dzie­ci, do­pó­ki nie do­ro­sną, na­le­żeć po­win­ny! Ja bro­ni im nie da­wa­łam i do par­tii iść nie ka­za­łam, bo to jest głup­stwo, aby dzie­ci w ta­kie rze­czy się wda­wa­ły, ale sko­ro uczy­ni­ły to głup­stwo, ja jed­na uka­rać mam pra­wo, mnie od­dać ich trze­ba, bo mnie jed­nej Bóg dał pra­wo, i nie tyl­ko Bóg, ale ta pra­ca mo­ja, te mo­je zgry­zo­ty, kło­po­ty, któ­re ja dla nich...

Tu spo­strze­gła, że z wez­bra­ne­go ser­ca skar­ga wy­bu­chać za­czy­na, więc po­wścią­gnę­ła się, mil­kła, ale nie mo­gła za­ta­mo­wać dro­gi łzom, któ­re w oczach jej sta­wa­ły, szkli­ste.

Wy­so­ki, wy­twor­ny kniaź, oczu z niej nie spusz­cza­jąc, pół­słów­ka­mi od­po­wia­dał. Wi­docz­ne by­ło, że za­dzi­wia­ła go i mo­że po tro­chu ba­wi­ła. Ta twarz tra­gicz­na, nad tą co mo­ment prze­krzy­wia­ją­cą się ko­kar­dą czer­wo­ną, ta gło­wa śmia­ło pod­nie­sio­na, z oczy­ma oszklo­ny­mi po­wstrzy­my­wa­ną z ca­łej si­ły łzą... Przy­pa­try­wał się jej, mó­wić po­zwa­lał.

Mo­wę jej ro­zu­miał. Dwo­ma róż­ny­mi ję­zy­ka­mi roz­ma­wia­li ze so­bą, ale ro­zu­mie­li się wza­jem­nie. Ra­mio­na krzy­żu­jąc na pier­si i mru­żąc z lek­ka swe po­łu­dnio­we oczy mó­wił:

— Młod­szym sy­nom nie da­wa­li­ście bro­ni, sa­mi wzię­li, ale star­sze­mu da­li­ście ją... bo dla star­sze­go to nie by­ło głup­stwo... co? cha, cha, cha!

Śmiał się z lek­ka, nie­zbyt zło­śli­wie, ow­szem, lek­ko­myśl­nie ra­czej i lek­ce­wa­żą­co. W jej oczach łzy jak na za­klę­cie na­gle osy­cha­ły. Ze spusz­czo­ną twa­rzą, po­nu­ro i krót­ko rze­kła:

— Sam wziął, nie bro­ni­łam!

— I źle zro­bi­li­ście! — żar­to­wał jesz­cze kniaź. — Ot, i zgi­nął star­szy syn wasz...

Pod­nio­sła gło­wę i prze­rwa­ła:

— Za do­brą spra­wę, za świę...

I nie mo­gła do­koń­czyć wy­ra­zu, bo po­łknię­te łka­nie gar­dło jej zdła­wi­ło.

Kniaź od­wró­cił się i urzę­do­wym to­nem za­py­tał, po co dziś przy­szła i cze­go od nie­go żą­da­ła.

In­nym zno­wu ra­zem za­uwa­żył:

— At­mos­fe­ra w do­mu wi­dać ta­ka by­ła, sko­ro mal­czu­ga­ny (mal­cy) ta­cy zro­bić to mo­gli... Nu, sa­mi przy­zna­je­cie, ja­ka tam u was w do­mu at­mos­fe­ra być mu­sia­ła... a?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi:

— At­mos­fe­ra? A ja­każ w mo­im do­mu at­mos­fe­ra być mo­gła? Wia­do­mo, że pol­ska. Czy chiń­ska mia­ła być al­bo an­giel­ska? Tak­że pre­ten­sja! Po­lką je­stem i dzie­ci mo­je w at­mos­fe­rze pol­skiej ho­do­wa­ły się... Ale do wal­ki wy­stę­po­wać to tym ro­ba­kom ma­łym nie po­ra jesz­cze by­ła...

Kniaź zno­wu ku ogrom­ne­mu biur­ku swe­mu od­wró­cił się i urzę­do­wym to­nem gło­su mó­wić za­czął.

Te­raz pa­ni Te­re­sa przed sie­dzą­cym sę­dzią sy­nów swo­ich sto­jąc mó­wi­ła:

— Bo niech tyl­ko ksią­żę za­sta­no­wi się i sam po­wie. Ksią­że jest prze­cie czło­wie­kiem cy­wi­li­zo­wa­nym, a mo­że i do­brym... Czy ja wiem? W każ­dym na­ro­dzie lu­dzie i źli, i do­brzy by­wa­ją. Pro­szę po­my­śleć i po­wie­dzieć, czy to jest spra­wie­dli­wie i czy to jest ład­nie dzie­ci w tur­mach za­my­kać, ja­kieś śledz­twa są­do­we nad ni­mi za­pro­wa­dzać? Prze­cież ani nie dla roz­bo­ju, ani dla hu­lan­ki, nie dla pie­nię­dzy ani dla swa­wo­li, ale ze szla­chet­ne­go ser­ca, na ofia­rę... za spra­wie­dli­wość...

Brwi knia­zia, jak kru­cze pió­ra czar­ne, drgnę­ły, roz­dę­ły mu się nie­co cien­kie, wraż­li­we noz­drza, z ust pur­pu­ro­wych wy­szło syk­nię­cie gniew­ne. Ze sprzę­tu, na któ­rym w po­sta­wie nie­dba­łej sie­dział, wstał i wy­pro­sto­wa­ny iro­nicz­nie mó­wić za­czął:

— Za wie­le mó­wi­cie i... za śmia­ło! Pa­trz­cie, aby­ście sa­mi nie zna­leź­li się tam, gdzie są wa­sze ma­łe gie­ro­je (bo­ha­te­rzy).

Ru­chem tak na­głym, że aż czer­wo­ny mo­tyl u szyi jej pod­sko­czył, pa­ni Te­re­sa gło­wę w tył od­rzu­ci­ła i za­wo­ła­ła:

— A je­że­li znaj­dę się tam, gdzie są dzie­ci mo­je, to i cóż? Tak­że groź­ba! Drę­czy­cie in­nych, dręcz­cie i mnie. Go­to­wa je­stem. O dzie­ci swo­je lę­kam się, nie o sie­bie!

Ale w chwi­li gdy to mó­wi­ła, spoj­rze­nie knia­zia po­bie­gło za otwar­te okno i nie­pręd­ko już po­wró­cić do niej mia­ło. Spo­tkać się mu­sia­ło z czymś bar­dzo mi­łym i po­cią­ga­ją­cym, bo ra­zem z uwa­gą cał­ko­wi­cie się od niej od­wró­ci­ło.

Z wy­ra­zem za­chwy­ce­nia, mo­że roz­ko­cha­nia, naj­pew­niej po­żą­da­nia na­mięt­ne­go kniaź pa­trzał na sto­ją­cą po­śród wą­skie­go chod­ni­ka In­kę. Za otwar­tym oknem po­stać jej uka­zy­wa­ła się jak ob­raz bla­skiem sło­necz­nym wy­ma­lo­wa­ny, ra­ma­mi oto­czo­ny.

Na tle sło­necz­ne­go bla­sku sta­ła pięk­na dziew­czy­na w wio­śnie ży­cia, w śnież­nej bie­li suk­ni, w ja­snym zło­cie wło­sów, w za­du­mie ma­rzą­cej, smęt­nej i nie­wy­mow­nie słod­kiej.

Wię­cej niż li­nie ry­sów i kształ­ty ki­bi­ci ude­rzał w niej i oczy ludz­kie do niej przy­ku­wał ten wy­raz sło­dy­czy nie­wy­mow­nej, de­li­kat­no­ści nie­mal roz­wiew­nej, smęt­ku ma­rzy­ciel­skie­go. Zda­wać się mo­gło, że tuż, tuż skrzy­dła ro­ze­pnie i do nie­ba ule­ci al­bo śpie­wem aniel­skim ro­ze­brz­mi, al­bo z tę­sk­no­ty za ra­jem łza­mi bry­lan­to­wy­mi za­pła­cze.

Na wyj­ście mat­ki z do­mu te­go cze­ka­ła. Nie wie­dzieć dla­cze­go na­par­ła się dziś iść z mat­ką. Dla pa­ni Te­re­sy wła­ści­wie by­ło to: nie wie­dzieć dla­cze­go; ona wie­dzia­ła.

— Za­cze­kam na uli­cy wyj­ścia ma­my stam­tąd...

Cze­ka­ła. Sta­ła na chod­ni­ku i po­wol­nym ru­chem wznie­sio­nych ku gó­rze źre­nic ści­ga­ła bia­łe kwia­ty pły­wa­ją­ce po błę­kit­nym mo­rzu, nie­mniej wie­dzia­ła i czu­ła, że przez otwar­te okno pa­trzą na nią, lgną do niej, ogniem ją ob­le­wa­ją oczy mę­skie, czar­ne i pło­mien­ne, pięk­ne oczy.

Ru­mie­niec czer­wień­szy, niż po de­li­kat­no­ści ce­ry i kształ­tów jej spo­dzie­wać by się moż­na, co chwi­lę aż po brze­gi wło­sów twarz jej po­wle­kał i zni­kał, aby po chwi­li jak zo­rza wy­pły­nąć zno­wu — ró­żo­we usta cza­sem drga­ły. Kniaź ru­mień­ce i drgnie­nia wzro­kiem chwy­tał, spo­mię­dzy warg pur­pu­ro­wych bły­ska­ły mu w uśmie­chu bia­łe zę­by. Wie­dział, że ona wie o nim, choć na nie­go nie pa­trzy, tak jak ona czu­ła nie pa­trząc, że on ją po­chła­nia wzro­kiem. By­ła to roz­mo­wa bez słów. Nie po raz pierw­szy po­mię­dzy In­ką i knia­ziem się zda­rza­ła.

Wnet po przy­jeź­dzie swym do mia­stecz­ka In­ka ude­rzo­na zo­sta­ła po­sta­cia­mi, ubra­nia­mi, wie­lu ce­cha­mi lu­dzi, któ­rym po­dob­nych nie wi­dy­wa­ła do­tąd ni­g­dy. W mun­du­rach ob­ci­słych, wy­pro­sto­wa­ni i mnó­stwem świe­cą­cych ozdób błysz­czą­cy, mie­li w so­bie ten ro­dzaj ele­gan­cji i gra­cji, któ­ry za­wsze i wszę­dzie lu­dziom woj­sko­wym to­wa­rzy­szy, ale któ­ry dla jej oczu był no­wy zu­peł­nie, nie­po­dob­ny zu­peł­nie do te­go ich ro­dza­ju, wśród któ­re­go wzro­sła.

Ru­chy ich, brzmie­nia gło­sów, śmie­chy roz­le­ga­ją­ce się czę­sto na uli­cy i we wnę­trzach do­mostw, mia­ły w so­bie tę śmia­łość — i we­so­łość, z ja­ki­mi cho­dzi po świe­cie i pa­trzy na świat — si­ła. Si­ła orę­ża po­brzę­ku­ją­ce­go o ka­mie­nie bru­ku i rzu­ca­ją­ce­go w świe­tle sło­necz­nym po­ły­ski jak stal ostre i jak zło­to świet­ne. Si­ła ogro­mu, któ­ry zwy­cię­żał nie­raz i był pew­ny, że zwy­cię­ży zno­wu. Si­ła ciał za­har­to­wa­nych w musz­trach, nie roz­sła­bio­nych w my­śle­niu, któ­re ca­łe i z chci­wo­ścią po­da­ją się ku ra­do­ści ży­cia i je­go roz­kosz­nym uży­ciom. I jesz­cze: ja­kiś roz­mach sze­ro­ki, ja­kaś hu­lasz­cza swo­bo­da i zwy­cię­ska, trium­fu­ją­ca du­ma.

W sze­ro­ko od cie­ka­wo­ści otwar­te oczy dziew­czy­ny rzu­ca­ły się, wy­obraź­nię jej ku so­bie cią­gnę­ły no­wość, eg­zo­tycz­ność, bły­sko­tli­wość, pew­ne­go ro­dza­ju ma­low­ni­czość. Bił w nią stam­tąd po­wiew ja­kiś nie­ro­zu­mia­ny, nie­na­zwa­ny, lecz upal­ny, wo­ni ja­kichś, ra­do­ści nie­zna­nych, i nie­na­zwa­nych pe­łen...

Za­czę­ła ro­ić.

W cia­snej, brzyd­kiej, dusz­nej iz­deb­ce za­jezd­ne­go do­mu, w upa­le no­cy let­nich, obok mat­ki po ca­ło­dzien­nych tru­dach i wzru­sze­niach śpią­cej, za­czę­ła ro­ić.

„To są ry­ce­rze. Ry­cer­skie po­sta­wy i ubio­ry.”

Przy­po­mi­na­ła so­bie Jul­ka do par­tii od­jeż­dża­ją­ce­go, pro­stą je­go odzież pa­sem skó­rza­nym ob­ję­tą i wó­zek jed­no­kon­ny z po­wo­żą­cym Te­le­żu­kiem w ba­ra­niej cza­pie. Ta­kie to by­ło pro­ste, po­spo­li­te, pro­za­icz­ne.

Przy­po­mi­na­ła so­bie roz­mo­wy i twa­rze pa­na Gu­sta­wa, mło­dych Kor­nec­kich, Jul­ka i in­nych jesz­cze z tej mło­dej gro­mad­ki, któ­rą zna­ła. Ta­cy w cza­sach ostat­nich za­my­śle­ni by­wa­li, po­waż­ni, po­waż­ny­mi roz­mo­wa­mi za­ję­ci i ta­kie to by­wa­ło smut­ne... nud­ne!

A ci są tak we­se­li, pew­ni sie­bie i na tak szczę­śli­wych wy­glą­da­ją, jak­by żad­ne nie­szczę­ścia ani nie­bez­pie­czeń­stwa, ani smut­ki, ani nu­dy na świe­cie nie ist­nia­ły.

Do­brze też im pew­nie na świe­cie!

Nie­któ­rzy wpraw­dzie no­szą czar­ne opa­ski na czo­łach. Ra­nie­ni snadź w bi­twie... mo­że tej sa­mej, w któ­rej Ju­lek! Ile ra­zy przy­po­mni so­bie o nim, ser­ce jej uszka po­ka­zu­je i oczy sta­ją się wil­got­ne. Ale bo i po co to lu­dziom woj­ny so­bie wy­ta­czać i na­wza­jem za­bi­jać, mę­czyć? Wie­dzia­ła wpraw­dzie do­kład­nie, wie­dzia­ła, po co i o co ta woj­na, lecz wszyst­kie in­ne my­śli tłu­mi­ła w niej myśl:

„A ja co te­mu wszyst­kie­mu win­na je­stem? Za co ja mam po­ku­to­wać?”

I ser­ce z uszka­mi głę­bo­ko do wnę­trza wtu­lo­ny­mi mil­kło, a gło­sy in­ne, nie­zro­zu­mia­ne, nie­na­zy­wa­ne, z gwał­tem, z gnie­wem, z nie­cier­pli­wo­ścią wo­ła­ły:

„Mnie wszyst­ko jed­no! Ja chcę ży­cia, ra­do­ści, świet­no­ści! Ja chcę szczę­ścia!”

Tak ro­iła śród no­cy, a z ra­na w świe­żo ku­pio­nym, ład­nym ka­pe­lu­si­ku uli­cą mia­stecz­ka bie­gła. Do­tąd udrę­cze­niem jej by­ło, że ta­kie­go nie mia­ła; uczu­cie wsty­du, wprost cier­pie­nia do­tkli­we spra­wiał jej ten, w któ­rym przy­je­cha­ła ze wsi.

O tym, aby od mat­ki no­wy otrzy­mać, my­śleć by­ło nie­po­dob­na. Więc po krót­kim wa­ha­niu po­szła do jed­nej z to­wa­rzy­szek star­szych, ma­jęt­niej­szych i z naj­wdzięcz­niej­szym przy­mi­le­niem się swym po­pro­si­ła: „Po­życz”. Nie spo­tka­ła się z od­mo­wą i te­raz w ka­pe­lu­si­ku no­wym i ślicz­nym ze skle­pu, w któ­rym na­by­ła go, wy­bie­gła, gdy ude­rzy­ły ją, wprost jak dwa pło­mie­nie ude­rzy­ły w nią i wa­rem ją ob­la­ły oczy idą­ce­go na­prze­ciw niej męż­czy­zny, jak noc czar­ne oczy wśród sma­głej twa­rzy, pod kru­czy­mi brwia­mi pa­ła­ją­ce. Jak do­tknię­cie że­la­za roz­pa­lo­ne­go spoj­rze­nie to w po­licz­ki ją za­pie­kło. Sły­sza­ła, czu­ła, że on z dro­gi swej za­wró­cił i szedł za nią. Wie­dzia­ła, kim był. Pa­rę już ra­zy z da­le­ka go by­ła do­strze­gła. On mo­że po raz pierw­szy spo­strzegł ją i za­uwa­żył. Ale jak za­uwa­żył! Śle­piec chy­ba nie do­strzegł­by wy­try­słe­go mu na twarz wy­ra­zu za­cie­ka­wie­nia i na­głej eks­ta­zy mi­ło­snej.

Idąc i za so­bą sły­sząc stą­pa­nie je­go rów­ne, sil­ne, my­śla­ła:

„Ja­ki wy­so­ki, zgrab­ny. I ten mun­dur je­go, zda­je się, że aż iskrzy się, aż pa­ła...”

Iskrzy­ły się, pa­ła­ły w bla­sku sło­necz­nym ozdo­by bo­ga­te­go mun­du­ru knia­zia.

Kniaź! Nie zna­ła do­tąd lu­dzi ty­tu­ły ta­kie no­szą­cych, bo ich w ro­dzin­nej oko­li­cy jej nie by­ło. Cza­rem po­wia­ło na nią od wy­ra­zu te­go. Nie my­śla­ła o tym, skąd czar po­cho­dził. Po­cho­dził z wy­obra­że­nia o bo­gac­twie, po­tę­dze, z nie­po­spo­li­to­ści rów­nież i no­wo­ści. Nie­raz już przed­tem czu­ła cie­ka­wość, jak wy­glą­dać mo­że czło­wiek ma­ją­cy ty­tuł księ­cia. Te­raz wie­dzia­ła. Był mło­dy, pięk­ny, świet­ny.

Aż do bra­my za­jezd­ne­go do­mu, w któ­rym z mat­ką miesz­ka­ła, szedł za nią. Chciał mo­że do­wie­dzieć się, gdzie miesz­ka, i dłu­żej na nią pa­trzeć. Sły­sza­ła wciąż za so­bą kro­ki je­go rów­ne, sil­ne, cza­sem ostro­gą srebr­ną po­brzę­ku­ją­ce. U bra­my do­mu sta­nę­ła i pro­fi­lem ku uli­cy ob­ró­co­na nie na nie­go spoj­rza­ła, lecz kę­dyś w gó­rę, w gó­rę. Mia­ła z tym spoj­rze­niem wy­raz tę­sk­no­ty nie­wy­mow­nej, czy­sto­ści aniel­skiej i wie­dzia­ła o tym. On zaś, na chod­ni­ku przy­sta­nąw­szy, pa­trzał wprost na nią, śmia­ło i cie­ka­wie, z za­chwy­ce­niem. Trwa­ło to bar­dzo krót­ko, mo­że pół mi­nu­ty, lecz za­dzierz­gnę­ło po­mię­dzy ni­mi nić, któ­rej on znik­nąć nie po­zwo­lił. Kil­ka już ra­zy od­tąd zna­lazł się na jej dro­dze i słu­cha­ła po­tem roz­le­ga­ją­cych się za nią stą­pań je­go rów­nych, sil­nych, z lek­ka i cza­sem sre­brem ostro­gi po­brzę­ku­ją­cych. Kil­ka już ra­zy po­licz­ki jej ob­la­ły się wa­rem, gdy oczy na se­kun­dę, na czas mru­gnię­cia po­wie­ki spo­ty­ka­ły się z je­go czar­nym, pło­ną­cym spoj­rze­niem. I ksią­żę­cym. I spły­wa­ją­cym na nią spo­śród świet­ne­go mun­du­ru.

Ale nie za­mie­ni­li się do­tąd sło­wem żad­nym. By­ła to do­tąd nie­ma gra szu­ka­ją­cych się na­wza­jem wzro­ków i wy­obraź­ni, krzy­żu­ją­cych się z so­bą ni­ci, któ­re elek­trycz­no­ścią na­po­jo­ne... Lecz po cóż gry ta­kie opo­wia­dać? Rzecz to po­wsze­dnia i po­wszech­na, po­spo­li­ta i na wszyst­kich szcze­blach ży­we­go stwo­rze­nia zna­na. In­ce jed­nak wy­da­wa­ło się przy­go­dą nad­zwy­czaj­ną, trium­fem upa­ja­ją­cym, przed­sma­kiem czy prze­bły­skiem cze­goś nad wszyst­ko mi­łe­go i upra­gnio­ne­go...

Te­raz uj­rza­ła mat­kę opusz­cza­ją­cą miesz­ka­nie knia­zia. Z zu­peł­nie pra­wie wy­gła­dzo­ny­mi na czo­le zmarszcz­ka­mi, z ra­do­ścią w oczach do cór­ki przy­pa­dła.

— Chodź­my! Chodź­my! Jak­że dłu­go cze­kać na mnie mu­sia­łaś. Ale cie­szę się! Przy­rzekł wy­dać roz­po­rzą­dze­nie, aby Olek przez pa­rę ty­go­dni jesz­cze w szpi­ta­lu po­zo­stał. Wzmoc­ni się tro­chę chło­pak w wy­go­dach lep­szych i mo­że prze­sta­nie lę­kać się tak okrop­nie ce­li wię­zien­nej. I co­dzien­nie z oby­dwo­ma wi­dy­wać się nam po­zwo­lił. Tak, mnie i to­bie. Ja na­wet dla cie­bie nie pro­si­łam. Sam po­wie­dział: „Mo­że i dla cór­ki po­zwo­le­nie weź­mie­cie; trze­ba, aby sio­stra bra­cisz­ków gie­ro­jów od­wie­dzi­ła”. Nie ro­zu­miem, skąd on wie, że ty na świe­cie je­steś. Ale zresz­tą nic dziw­ne­go, oni wszyst­ko o nas wie­dzą.

Po drob­nych ustach In­ki uśmie­szek się prze­wi­nął. Nie spo­strze­gła go pa­ni Te­re­sa, my­śla­mi i tro­ska­mi swy­mi za­ję­ta.

— Do szpi­ta­la, do Ol­ka te­raz po­le­cę, po­wiem mu, że go jesz­cze ani dziś, ani ju­tro do tur­my nie we­zmą, a po­tem do­wiem się, co z Jan­kiem dziś... bo wczo­raj ta­ki był ja­kiś zde­spe­ro­wa­ny, po­sęp­ny, że aż mnie strach zim­ny ob­lał. A ty pój­dziesz ze mną do bra­ci?

— Nie, mam­ciu, pa­ni Awi­czo­wej i To­si przy­rze­kłam, że dziś u nich... że dziś u nich w szy­ciu ja­kimś po­mo­gę...

— Kie­dy przy­rze­kłaś, to do­trzy­maj i do­brze, że choć tro­chę ro­bo­tą ja­kąś się zaj­miesz... Idź­że do To­si w tę stro­nę, a ja do Ol­ka pój­dę w tam­tą...

U zbie­gu dwóch ulic sta­nę­ły; pa­ni Te­re­sa rze­kła jesz­cze:

— Wiesz, In­ka, ten kniaź, to mo­że i nie­zły czło­wiek? Nie wy­trzy­ma­łam dziś i mo­że za­nad­to pro­sto z mo­stu praw­dy mu na­ga­da­łam, aż na­sro­żył się — ple­ca­mi do mnie, a twa­rzą do okna się od­wró­cił. Ale pręd­ko ja­koś zła­god­niał i z wiel­ką grzecz­no­ścią wszyst­ko, o co pro­si­łam, zro­bił.

Przez oczy i usta In­ki zno­wu uśmiesz­ki prze­le­cia­ły, ale pa­ni Te­re­sa już na nią nie pa­trza­ła; pę­dzi­ła w stro­nę szpi­ta­la wię­zien­ne­go.

By­ła już tam nie­raz. Wkrót­ce po przy­by­ciu tu­taj zna­la­zła się w tej sa­li wid­nej, du­żej, gdzie na sze­re­gach po­ście­li szczu­płych le­ża­ły sze­re­gi po­sta­ci w bia­łe płót­na owi­nię­tych, sztyw­nych. Sztyw­ność ciał i cia­sność obej­mu­ją­cych je opa­sek czy­ni­ły je po­dob­ny­mi do mu­mii na dnie sar­ko­fa­gów wy­cią­gnię­tych, lecz w bia­łym świe­tle, któ­re sa­lę przez nie osło­nię­te okna za­le­wa­ło, jak wy­pu­kło­rzeź­by z żół­te­go wo­sku od­rzy­na­ły się od bie­li­zny po­ście­li twa­rze z ry­sa­mi przez wy­chud­nię­cie za­ostrzo­ny­mi i oczy­ma pa­ła­ją­cy­mi go­rącz­ką lub bó­lem. I jak nad mu­mia­mi, gdy dźwi­gnię­te są w gó­rę wie­ka sar­ko­fa­gów, uno­si­ły się nad po­sta­cia­mi ty­mi wo­nie mdłe, ckli­we, wo­nie ziół i mi­ne­ra­łów na le­ki prze­ro­bio­nych, za­pra­wio­ne z lek­ka za­pa­chem krwi.

Ra­nie­ni w zbroj­nych wal­kach z oby­dwóch stron wal­czą­cych.

Na jed­nej z po­ście­li le­ża­ła po­stać od wszyst­kich in­nych mniej­sza, w wy­szczu­ple­niu swym i spo­wi­ja­ją­cej ją bie­liź­nie zu­peł­nie ma­ła; z da­le­ka już po­znać moż­na by­ło, że dzie­cin­na. Wy­chu­dła by­ła, twarz mia­ła żół­tą, z ry­sa­mi wy­ostrzo­ny­mi i oczy­ma, któ­re śród nich błę­kit­no­ścią tur­ku­sów świe­ci­ły.

Gdy pa­ni Te­re­sa po raz pierw­szy do sa­li tej wcho­dzi­ła, dziec­ko to krzyk­nę­ło: „Ma­ma!” i ru­chem na­mięt­nym pa­dło w ob­ję­cia, któ­re je dłu­go obej­mo­wa­ły, ko­ły­sa­ły, do pier­si tu­li­ły bez słów. A po­tem:

— Ro­ba­ku mój! Skar­bie mój! Dziec­ko ty mo­je nie­szczę­śli­we, naj­mil­sze! A có­że­ście wy naj­lep­sze­go ra­zem z Jan­kiem uczy­ni­li! Czyż ja mo­głam przy­pusz­czać, aby wam to w gło­wach po­wstać mo­gło! Toż dzie­cia­ki z was jesz­cze, si­ły nie ma­ją­ce, nic o ta­kich rze­czach nie wie­dzą­ce i nie umie­ją­ce... Ach, złe wy dzie­cia­ki, nie­go­dzi­we, że­by ta­ką bie­dę na sie­bie i na mnie...

On, rę­ce jej po­ca­łun­ka­mi po­że­ra­jąc, ze szlo­cha­mi szep­tał:

— Niech ma­mu­sia nie gnie­wa się, niech ma­mu­sia prze­ba­czy... my mam­cię nie­szczę­śli­wą uczy­ni­li, ale my­śmy my­śle­li, nam zda­wa­ło się, my w so­bie czu­li...

Z no­wą mo­cą w ra­mio­na go schwy­ci­ła, już po­cie­sza­jąc, szep­cąc:

— Pod­rzu­ci­ło was coś w gó­rę, bie­da­ki mo­je, jak te li­stecz­ki, któ­re wiatr pod­rzu­ca ku nie­bu wy­so­kie­mu, ku pięk­nej gwieź­dzie was pod­rzu­ci­ło... ale przed­wcze­śnie, ale nada­rem­nie! Chwa­ła Bo­gu, że ży­je­cie! Do­ro­śnie­cie i wte­dy... A ja na was nie gnie­wam się, nie! Za pod­łe chę­ci, za pod­łe po­stęp­ki ja bym was ka­ra­ła, prze­klę­ła... A tak to tyl­ko nie­do­ro­słość ro­zum­ków wa­szych... nie­szczę­ście...

I za­raz:

— Jak­że tam z ra­ną two­ją? Czy bar­dzo bo­li? Ach, ty ro­ba­ku mój, bie­da­ku, dzie­cia­ku nie­go­dzi­wy, naj­droż­szy...

Ra­na, któ­rą Olek otrzy­mał, śmier­tel­na nie by­ła, jed­nak by­ła cięż­ka. Coś mu w ra­mie­niu ku­la ko­zac­ka po­rwa­ła czy zgru­cho­ta­ła, tak że do­tąd nie wia­do­mo by­ło, czy kie­dy­kol­wiek cał­ko­wi­tą wła­dzę w nim od­zy­ska; przy tym na ko­niach ko­zac­kich, na wo­zach trzę­są­cych bez opa­trun­ku dzie­sięć mil wie­zio­ny, krwi mnó­stwo utra­cił i mat­czy­ne tyl­ko oczy po­znać w nim te­raz mo­gły py­za­te­go, ru­mia­ne­go chłop­ca, któ­ry gdy po­licz­ki wy­dął i sa­pać po­czął, sa­mo­war czy miech ko­wal­ski obec­nym się przy­po­mi­nał, a gdy się z cze­go cie­szył, to z ra­mio­na­mi w pół­krąg nad gło­wą wy­cią­gnię­ty­mi na ło­kieć wy­so­ko pod­ska­ki­wał.

Ina­czej wca­le niż Olek po­wi­tał mat­kę Ja­nek.

W ce­li wię­zien­nej, któ­rą z to­wa­rzy­szem da­le­ko od sie­bie star­szym po­dzie­lał, zna­la­zła go mil­czą­cym, za­mknię­tym w so­bie, nie po dzie­cin­ne­mu ja­koś po­nu­rym i smut­nym. Rę­ce mat­ki uca­ło­wał, ale nie prze­pra­szał, o nic i o ni­ko­go nie za­py­ty­wał, mó­wił ma­ło i nie­chęt­nie, w zie­mię al­bo kę­dyś w stro­nę ze zmarszcz­ką na czo­le chło­pię­cym pa­trzał. Za­ciął się, za­ska­lił się w uczu­ciu i my­śli, że uczy­nił do­brze, że uczy­nić tak był po­wi­nien i że tyl­ko nie uda­ło się. Żą­dłem w ser­cu, go­ry­czą w pier­si, wsty­dem na twa­rzy nie­uda­nie się to mu osia­dło. Cza­sem wy­glą­dał tak, jak­by na­gle śru­ba bó­lu wkrę­cać się mu w ser­ce za­czy­na­ła; z ust wy­krzy­wio­nych syk­nię­cie wy­cho­dzi­ło, wzrok sta­wał się osłu­pia­ły al­bo błęd­ny.

Raz po­ka­zał mat­ce czer­wo­no­si­ne prę­gi i pla­my, któ­re na szyi, rę­kach, ple­cach miał od ko­zac­kich na­ha­jek i żoł­nier­skich kolb, a po­ka­zaw­szy roz­pła­kał się gło­śno. Lecz wnet po­wścią­gnął płacz.

— Niech ma­ma nie my­śli, że ja z bó­lu! Nie bar­dzo bo­li, i o ból mniej­sza! Ale jak oni... oni... jak oni... śmie­li mnie bić.

Ca­ła krew ude­rzy­ła mu do twa­rzy, szczu­płe rę­ce za­ci­ska­ły się w pię­ści tak moc­no, że się pa­znok­cie w dło­nie aż wpi­ły.

Pa­ni Te­re­sa per­swa­do­wa­ła.

— Mo­je dziec­ko! Wy­ście prze­cie strze­la­li do nich; cóż dziw­ne­go...

Po­ryw­czo prze­rwał:

— Ja wiem! Ja wiem! Na woj­nie jak na woj­nie! I gdy­by mnie by­li ra­ni­li tak jak Ol­ka al­bo i za­bi­li... ale bić... bić... mnie nie mie­li pra­wa! Ja nie nie­wol­nik!

Pa­ni Te­re­sa dziw­nie się uśmiech­nę­ła. Bo­le­śniej­szy­mi by­wa­ją cza­sem uśmie­chy nad ję­ki. Z tym uśmie­chem a z czo­łem w mnó­stwo fałd zbie­głym sy­na w ra­mio­nach trzy­ma­jąc nad gło­wą mu szep­ta­ła:

— Tyś nie­wol­nik... bied­ny ro­bacz­ku mój! Otóż to, żeś nie­wol­nik ty... nie­wol­nik...

Nie­pręd­ko od­wa­ży­ła się po­wie­dzieć mu o tym, co sta­ło się z Jul­kiem. Chło­pak zbladł bar­dzo i war­gi tak drżeć, że aż la­tać mu za­czę­ły. Od­wró­cił się i z czo­łem do wię­zien­ne­go mu­ru przy­ci­śnię­tym na­mięt­nie szep­tał:

— Szczę­śli­wy Ju­lek! Ko­cha­ny, bied­ny Ju­lek, szczę­śli­wy, szczę­śli­wy!

O te­go sy­na swe­go pa­ni Te­re­sa wię­cej jesz­cze nie­po­ko­iła się niż o tam­te­go. Tym, któ­rzy ją o sy­nów za­py­ty­wa­li, od­po­wia­da­ła:

— Ja­nek cię­żej od Ol­ka ra­nio­ny... we­wnętrz­ną ra­nę ma, uta­jo­ną, ale ja ją wi­dzę... Ach, gdy­bym go do Lesz­czyn­ki i... gdy­bym ich obu do Lesz­czyn­ki za­wieźć mo­gła... W mig obaj by wy­zdro­wie­li... a tak... Bóg je­den wie... Bóg je­den chy­ba... obro­ni...

Lesz­czyn­ka! Pa­lą­cą tę­sk­no­tą try­ska­ją­ce ma­rze­nie o ra­ju, wśród te­go brud­ne­go, za­ku­rzo­ne­go, ka­mie­nia­mi wy­sła­ne­go, dusz­ne­go mia­stecz­ka, w tej sa­li szpi­tal­nej...

Za­ogni­ła się ja­koś dnia pew­ne­go ra­na Ol­ka, do­ku­czać za­czę­ła, go­rącz­kę spro­wa­dzi­ła. Pa­ni Te­re­sa w go­dzi­nie prze­pi­sa­nej na spo­sób ża­den od dziec­ka cier­pią­ce­go ode­rwać się nie mo­gąc o moż­ność po­zo­sta­nia przy nim przez noc ca­łą straż i służ­bę szpi­tal­ną ubła­ga­ła. Po­wie­dzieć moż­na, że wy­pła­ka­ła so­bie tę krót­ką noc let­nią, któ­ra na za­cho­dach oko­ło cho­re­go, na ci­chych szep­ta­niach z nim jej ze­szła, aż on usnął, a ona w sa­li stę­ka­ją­cy­mi od­de­cha­mi śpią­cych i mdły­mi za­pa­cha­mi le­ków na­peł­nio­nej, przy od­sło­nię­tym oknie sie­dząc i na szmat nie­ba po­ran­ne­go pa­trząc na­gle ja­koś i strasz­nie do Lesz­czyn­ki za­tę­sk­ni­ła.

Te­raz tam wzbi­ja­ją się znad zie­mi mgły po­ran­ne, jak­by kre­py bia­łe roz­wle­ka­ją się w po­wie­trzu, zni­ka­ją, a na­prze­ciw okna jej iz­deb­ki, jak raz na­prze­ciw te­go okna wy­stę­pu­je z ciem­nej prę­gi la­su ru­bi­no­wa wstę­ga jutrz­ni...

Drze­wa w ogro­dzie sto­ją jak z ka­mie­ni wy­ku­te, tak nie­ru­cho­me, jak w nie­ru­cho­mość za­klę­te i wsłu­cha­ne, w coś wsłu­cha­ne, choć nic nie sły­chać i ci­sza pa­nu­je ta­ka, że sze­lest pta­sie­go skrzy­dła szu­mem wi­chru wy­dać się mógł­by. Ale pta­ki śpią jesz­cze... Nie­mym po­wie­trzem prze­la­tu­ją tyl­ko lek­kie chłod­ki — dresz­cze świ­tu.

O! Przez mi­nu­tę, przez jed­ną, ode­tchnąć tam­tym po­wie­trzem po­ran­nym, prze­czy­stym...

I raz choć­by spoj­rzeć na łan zo­ra­nej zie­mi, co pod prę­gą la­su i pod wstę­gą zo­rzy wy­cią­ga dłu­gie, ciem­ne za­go­ny... na drze­wa, któ­rych li­sto­wie od wy­stę­pu­ją­ce­go zza jutrz­ni słoń­ca do­sta­je zło­tych pod­sze­wek... na ro­sę, któ­ra po źdźbłach tra­wy, po ziar­nach pia­sku, po li­ściach po­czy­na drgać, bły­skać i grać...

Ach, ze­brać, ach, zgar­nąć w ob­ję­cia dzie­ci, wszyst­kie dzie­ci, któ­re jej po­zo­sta­ły, i zna­leźć się z ni­mi w Lesz­czyn­ce. Ja­kie ma­rze­nie raj­skie, ja­kie pra­gnie­nie pie­ką­ce, roz­cią­ga­ją­ce cia­ło i du­szę na tor­tu­rach tę­sk­no­ty nie­skoń­czo­nej!...

Roz­ma­rzy­ła się pa­ni Te­re­sa u okna sa­li szpi­tal­nej sie­dząc, roz­tę­sk­ni­ła się tę­sk­no­tą nie­skoń­czo­ną i przez trwa­nie go­dzi­ny do­świad­cza­ła mę­ki gło­du, któ­ry na­sy­co­ny, i pra­gnie­nia, któ­re na­po­jo­ne być nie mo­gło.

Ale był to w ży­ciu jej tu­tej­szym jak­by sen, krót­ki sen i ra­zem pie­kiel­ny. Rze­czy­wi­stość twar­da, sro­ga, po­chła­nia­ła ją, po­ry­wa­ła, po bru­ku mia­stecz­ka wciąż z miej­sca na miej­sce no­si­ła.

Te­raz nio­sła do Ol­ka do­brą no­wi­nę, że jesz­cze czas ja­kiś w szpi­ta­lu zo­stać bę­dzie mu wol­no. Bo nie wie­dzieć dla­cze­go dzie­ciak po­czął ogrom­nie lę­kać się tur­my. Nie był w niej jesz­cze, nie wie­dział, jak wy­glą­da, i stwo­rzył o niej so­bie wy­obra­że­nie ja­kieś fan­ta­stycz­ne, strasz­ne. Mo­że dla­te­go, że był fi­zycz­nie sła­by, al­bo że wy­obraź­nią je­go wstrzą­snę­ła owa sce­na le­śna i po­tem jaz­da dziw­na, fan­ta­stycz­na, na ko­niu ko­zac­kim, w zmro­kach za­pa­da­ją­cej no­cy. Tu­lił się do mat­ki z bła­ga­niem:

— Tyl­ko niech mnie tam nie za­bie­ra­ją... niech mię nie za­bie­ra­ją do wię­zie­nia!...

A In­ka, u zbie­gu dwóch ulic z mat­ką się roz­staw­szy, nie w kie­run­ku miesz­ka­nia pa­ni Awi­czo­wej i jej cór­ki po­szła, ale w tym, któ­ry do pew­nej ma­ło uczęsz­cza­nej prze­chadz­ki pu­blicz­nej pro­wa­dził.

Nie mia­ła ocho­ty naj­mniej­szej to­wa­rzy­szyć mat­ce do wię­zie­nia i szpi­ta­la. Ma­łych bra­ci ża­ło­wa­ła cza­sem, że cier­pią, ale by­ły to chwi­le prze­lot­ne; w ogó­le zaś nie czu­ła szcze­gól­nej do nich tę­sk­no­ty, a w za­mian ta­kie miej­sca udrę­czeń i smut­ku jak wię­zie­nie i szpi­ta­le bu­dzi­ły w niej od­ra­zę ta­ką, ja­kiej do­świad­czać mu­si ry­ba do su­che­go pia­sku lub ja­kiej nie­któ­rzy lu­dzie na wi­dok krwi i ran do­świad­cza­ją. Od at­mos­fe­ry cier­pie­nia czy­ni­ło się jej mdło, nud­no, sła­bo i za­raz po gło­wie cho­dzić za­czy­na­ły my­śli, że wszyst­ko to ja­kieś nie­po­trzeb­ne, nie­ład­ne, nie­zno­śne i że ona jest wca­le do cze­go in­ne­go stwo­rzo­na. Do cze­go mia­no­wi­cie by­ła stwo­rzo­na, do­kład­nie te­go przed so­bą nie okre­śla­ła, ale nie­raz wi­dok fru­wa­ją­cych pta­ków i la­ta­ją­cych mo­ty­li na­su­wał jej myśl: „Szczę­śli­we, wol­ne! Ba­wią się so­bie w bla­sku sło­necz­nym, na kwia­tach!”

Dziś dą­ży­ła na spo­tka­nie umó­wio­ne, za­cie­ka­wia­ją­ce i przy­jem­ne; spóź­nić się mo­gła, więc przy­śpie­sza­ła kro­ku, a oczy jej przy tym nie­zwy­kle błysz­cza­ły.

Ta no­wa zna­jo­ma jej, na któ­rej spo­tka­nie spie­szy, to bar­dzo, bar­dzo mi­ła ko­bie­ta, mo­że naj­mil­sza ze wszyst­kich zna­nych jej do­tąd ko­biet. Po­zna­ła ją wczo­raj na prze­chadz­ce.

Bo jak w Lesz­czyn­ce po wpół­dzi­kim ogro­dzie, tak tu­taj po nie­du­żym, już pra­wie za­miej­skim par­ku czę­sto błą­dzi­ła, bez ce­lu, kro­kiem po­wol­nym, cza­sem list­ki z krza­ków smęt­nym ru­chem zry­wa­jąc, ro­jąc, na każ­dą po­stać spo­ty­ka­ną sze­ro­ko oczy cie­ka­we a prze­ślicz­ne otwie­ra­jąc.

I wczo­raj wła­śnie, gdy po dłu­gim ta­kim wśród drzew błą­dze­niu na ław­ce pod drze­wem usia­dła, zbli­ży­ła się do niej ta pa­ni, któ­ra przed­tem kil­ka ra­zy na dro­gach i dróż­kach par­ku z nią się roz­mi­ja­jąc z bar­dzo mi­łym uśmie­chem jej się przy­pa­try­wa­ła.

Nie bar­dzo już mło­da, ale czer­stwa i żwa­wa, tro­chę za­nad­to oty­ła, jed­nak zgrab­na, w ślicz­nie zro­bio­nej suk­ni z sze­lesz­czą­cej ce-su-czy, gę­sto ko­ron­ka­mi przy­ozdo­bio­nej. Na czar­nych wło­sach ka­pe­lu­sik zło­żo­ny z kwia­tów bzu, nad któ­ry­mi ma­łe, bia­łe piór­ka bar­dzo lek­kie, jak ni­ci srebr­nej pa­ję­czy­ny po­wie­wa­ły. We­so­ło się sta­wa­ło od sa­me­go wi­do­ku tej twa­rzy okrą­głej, ru­mia­nej, do­bro­dusz­nej, jej oczu jak dwie czar­ne pe­reł­ki świe­cą­cych, jej li­lio­wych bzów na gło­wie, pió­rek nad ni­mi po­la­tu­ją­cych i zło­tej bi­żu­te­rii wśród ko­ro­nek mi­go­cą­cej.

Na ław­ce obok Iny usia­dła i wnet ku niej z ogrom­nie mi­łym uśmie­chem się zwra­ca­jąc, ogrom­nie uprzej­mym gło­sem prze­mó­wi­ła:

— Po­zwól­cie za­zna­jo­mić się! Ja was daw­no już spo­ty­kam i pa­trząc na was dzi­wię się, że w ta­kim brzyd­kim mia­stecz­ku ta­ką jak wy pięk­ność zo­ba­czyć moż­na.

Go­rą­cym ru­mień­cem twarz Iny spło­nę­ła i w pier­si uczu­ła roz­le­wa­ją­cą się po niej roz­kosz. Tak już daw­no, daw­no nikt na nią uwa­gi nie zwra­cał i nic po­dob­nie mi­łe­go jej nie mó­wił. Z ci­cha, ale uprzej­mie od­po­wie­dzia­ła, że nie miesz­ka sta­le w tym mia­stecz­ku, że ze wsi z mat­ką przy­je­cha­ła.

Nie­zna­jo­ma za­śmia­ła się swo­bod­nie, gło­śno.

— Wiem, wiem! Ja na­wet wiem, jak się na­zy­wa­cie i kto jest wa­sza mat­ka. Ją tak­że wi­du­ję na uli­cy. Ot, moż­na po­wie­dzieć, że cór­ka do mat­ki nie­po­dob­na! Wy przy swej mat­ce jak knia­hi­ni (księż­na) przy chłop­ce wy­glą­da­cie...

Z pew­nym za­nie­po­ko­je­niem i zmie­sza­niem Ina prze­rwa­ła:

— Mo­ja ma­ma za­ję­ta bar­dzo za­wsze... na ubie­ra­nie się i nic ta­kie­go nie ma cza­su... ale bar­dzo za­cna jest, do­bra.

— Ależ ja nie o tym... nie o tym... — z ener­gicz­nym ge­stem bro­ni­ła się nie­zna­jo­ma. — Ona pew­no naj­lep­sza... to na­wet wi­dać... Tyl­ko wy na jej cór­kę nie stwo­rzo­na... Ta­ka de­li­kat­na, bia­ła z kro­szecz­ny­mi (drob­niut­ki­mi) rącz­ka­mi i nóż­ka­mi... pro­sto knia­hi­ni, czu­do! (wprost księż­na, cud!).

Oczka­mi świe­cą­cy­mi jak czar­ne pe­reł­ki po ca­łej po­sta­ci In­ki wo­dzi­ła, wy­raz po­dzi­wu i za­chwy­ce­nia twarz jej okry­wał. By­ło w tym po­dzi­wie i w tym za­chwy­ce­niu coś dziw­nie i szcze­rze na­iw­ne­go.

Je­że­li w za­zna­ja­mia­niu się z In­ką i mia­ła ubocz­ny cel ja­kiś, to jed­nak nie­wąt­pli­wie spra­wia­ło ono jej sa­mej ży­wą przy­jem­ność. Mó­wi­ła oka­le­czo­ną i wy­ra­za­mi ob­cy­mi ła­ta­ną pol­sz­czy­zną, tak jak mó­wią ci, któ­rzy nie­do­kład­nie jej się wy­uczy­li al­bo nie­gdyś ja­ko oj­czy­stej uży­wa­li, a po­tem za­po­mnie­li. Z dal­sze­go cią­gu roz­mo­wy oka­za­ło się, że by­ła to dla nie­zna­jo­mej mo­wa wpó­łoj­czy­sta. Śmie­jąc się, mó­wi­ła:

— Ja trosz­kę Po­lka. U mnie oj­ciec ru­ski był, a mat­ka Po­lka. Tak mnie trosz­kę cza­sem i cią­gnie do Po­la­ków...

Po twa­rzy In­ki roz­lał się wy­raz zdzi­wie­nia.

— Wy za­dzi­wi­li się! Cze­góż wy tak za­dzi­wi­li się! Nu, już wiem! Te­go, że mo­ja mat­ka by­ła Po­lka, a za ru­skie­go po­szła. Cha, cha, cha, cha! U was pre­draz­su­dok (prze­sąd) jest, że tak że­nić się al­bo za mąż wy­cho­dzić nie trze­ba... Nu, głu­post’ to, pu­stia­ki! (głup­stwo, drob­nost­ki). Bied­ną dziew­czy­ną by­ła i kie­dy ją do­bry los spo­ty­kał, cze­mu by z nie­go sko­rzy­stać nie mia­ła? I cza­sy wte­dy spo­koj­niej­sze by­ły, ale to wszyst­ko jed­no. W każ­dym cza­sie pre­draz­sud­ki to głu­post’ i tyl­ko żyć lu­dziom prze­szka­dza­ją. Ad­na­koż (jed­nak­że) trze­ba, abym wam po­wie­dzia­ła, jak się na­zy­wam i kto ja ta­ka.

Po­wie­dzia­ła ja­kieś na­zwi­sko i po­pro­si­ła, aby In­ka ją He­le­ną Iwa­nów­ną na­zwa­ła. A mąż jej w woj­sku słu­ży i jest ad­iu­tan­tem knia­zia Bo­ry­sa El­pi­do­ro­wi­cza.

Oczy In­ki bły­snę­ły i zu­peł­nie po­mi­mo wo­li, z na­głym oży­wie­niem twa­rzy po­wtó­rzy­ła:

— Knia­zia!

Gło­śno, swo­bod­nie za­śmia­ła się zno­wu He­le­na Iwa­nów­na.

— Wie­cie, kto to kniaź Bo­rys! Za­uwa­ży­li­ście go! Nic dziw­ne­go! On u nas pierw­szy kra­sa­wiec (pięk­ność mę­ska) w ca­łym woj­sku! A ja­ki do­bry, mi­ły czło­wiek! Z mę­żem mo­im jak brat z bra­tem ży­je i ja sa­ma du­szę za nie­go... Ale po­zwól­cie do­wie­dzieć się, jak wa­sze imię.

— Ina.

He­le­na Iwa­nów­ną ucie­szy­ła się cze­goś tak bar­dzo, że aż w rę­ce bia­ły­mi rę­ka­wicz­ka­mi ocią­gnię­te kla­skać za­czę­ła.

— A co? Tak on mnie i mó­wił. On, zna­czy się kniaź, sły­szał raz, jak mat­ka na was imie­niem tym wo­ła­ła, a ja sprze­cza­łam się i mó­wi­łam, że ta­kie­go imie­nia nie ma...

War­ga­mi, któ­re tro­chę drża­ły, In­ka szep­nę­ła:

— Kniaź mó­wił o mnie...

— A wy my­śli­cie, że on nie mó­wi o was? My z mę­żem już ca­łą nie­dzie­lę (ty­dzień) śmie­je­my się z nie­go, że o ni­czym in­nym jak tyl­ko o was mó­wić nie mo­że. Bo­gi­nią was na­zy­wa: C’est une dées­se! mó­wi. Wczo­raj spo­tkał się z wa­mi na uli­cy i za­raz do mnie przy­szedł. „Wie­cie, He­le­no Iwa­nów­no — mó­wi — że gdy­by ją do Pe­ters­bur­ga za­wieźć i na wiel­kim świe­cie po­ka­zać, wszyst­kim by gło­wy po­zaw­ra­cać mo­gła”. A je­mu sa­me­mu to już i do­brze za­wra­ca się od was w gło­wie. Nu, ale ja so­bie ga­dam i ga­dam a mnie do do­mu czas! Po­zwól­cie do­wie­dzieć się, jak imię wa­sze­go oj­ca?

— Oj­ciec mój od daw­na już nie ży­je. Na imię by­ło mu Ju­lian.

Bied­niaż­ka wy! (bied­niacz­ka) tak ra­no (wcze­śnie) bez oj­ca zo­sta­li­ście i... i z ta­ką mat­ką! Nu, tak do wi­dze­nia, Ino Ju­lia­nów­no. A kie­dy zo­ba­czy­my się? Mo­że ju­tro znów na spa­cer tu przyj­dzie­cie? I ja przyj­dę. Po­ga­da­my so­bie i ja zno­wu na wa­sze licz­ko cud­ne po­pa­trzę. A o któ­rej go­dzi­nie? U mnie o tej po­rze cza­su naj­wię­cej...

Umó­wi­ły się, że na­za­jutrz zej­dą się zno­wu na tym miej­scu, o go­dzi­nie czwar­tej, a te­raz już nie­co póź­niej jest i Ina śpie­szy... śpie­szy... Coś ją pcha, na skrzy­dłach nie­sie ku tej wy­stro­jo­nej, we­so­łej ko­bie­cie, któ­ra wczo­raj mó­wi­ła jej rze­czy tak mi­łe, tak mi­łe, że aż spać w no­cy nie mo­gła. Jak­by jej kto wśród ci­szy noc­nej do ucha szep­tał sło­wa: C’est une dées­se! A po­tem: ”O ni­czym wię­cej jak tyl­ko o was mó­wić nie mo­że”. I jesz­cze: Bo­rys! Bo­rys! Kniaź Bo­rys! Ślicz­nie imię to brzmi...

Za­sze­le­ści­ła po­mię­dzy drze­wa­mi je­dwab­na suk­nia He­le­ny Iwa­nów­ny, in­na niż wczo­raj i jesz­cze ład­niej­sza, jak srebr­ne pa­ję­czyn­ki roz­wie­wa­ły się na ka­pe­lu­szu jej ma­łe, bia­łe piór­ka, gdy uj­rzaw­szy Inę na jej spo­tka­nie bie­gła. Kacz­ko­wa­tym kro­kiem bie­gła i z uśmie­chem ra­do­snym rę­ce Iny po­chwy­ciw­szy w oba po­licz­ki ją uca­ło­wa­ła. Moż­na by z po­wi­ta­nia te­go wno­sić, że zna­ją się od daw­na i ko­cha­ją się ser­decz­nie. Ale też nie uda­ną i nie ob­łud­ną by­ła ser­decz­ność He­le­ny Iwa­nów­ny. Ru­basz­na i na­iw­na, by­ła ona, ow­szem, sa­mo­rzut­na, szcze­ra. Po­trzeb­na na coś He­le­nie Iwa­nów­nie by­ła Ina, nie­wąt­pli­wie, ale że po­do­ba­ła się jej i bu­dzi­ła w niej sym­pa­tię, to rów­nież by­ło nie­wąt­pli­we.

— Przy­szli­ście! Jak to do­brze! My­śla­łam już, że mo­że nie przyj­dzie­cie, i za­czy­na­ło mi ro­bić się smut­no! Ja was po­lu­bi­ła! Od pierw­sze­go spoj­rze­nia po­lu­bi­ła ja was za wa­szą mło­dość, za wa­szą pięk­ność, za wa­szą ja­kąś ta­ką... aniel­ską... Już nie wiem, jak po­wie­dzieć! Na was pa­trzeć to tak sa­mo jak miód słod­ki jeść. Za wa­mi wszy­scy prze­pa­dać mu­szą! Po­wiedz­cie praw­dę: wie­lu już męż­czyzn za wa­mi się włó­czy­ło? Wie­lu na was że­nić się chcia­ło? Mo­że już że­ni­cha... prze­pra­szam... na­rze­czo­ne­go ma­cie? A? Po­wiedz­cie!

Pod czu­łym, we­so­łym i ra­zem by­strym, świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem czar­nych, świe­cą­cych oczek ru­mie­ni­ła się Ina, ale za­ra­zem czu­ła nie­opi­sa­ną bło­gość. Czu­ła, że jest przez tę ko­bie­tę lu­bio­na, po­dzi­wia­na, uwiel­bia­na. Z ci­chym też uśmiesz­kiem szep­nę­ła:

— Nikt jesz­cze nie oświad­czył się o mnie i na­rze­czo­ne­go nie mam. Osiem­na­ście lat do­pie­ro ze­szłej zi­my skoń­czy­łam.

— Toż to mło­dość! Bo­że mój! Ja­ka to ślicz­na rzecz ta­ka pierw­sza, ran­na (wcze­sna) mło­dość! Wy, Ino Ju­lia­nów­no, je­ste­ście jak kwiat, co jesz­cze nie­zu­peł­nie z pucz­ka (pą­ka) się roz­wi­nął... Ale za­wszeż jak to być mo­że, aby­ście że­ni­cha, prze­pra­szam... na­rze­czo­ne­go jesz­cze nie mie­li? Was już od mat­ki po­rwać by­li po­win­ni... Wy już po­win­ni być nie­wie­stą (na­rze­czo­ną) al­bo i żo­ną ja­kie­go pol­skie­go pa­na, wiel­kie­go pa­na... bo wam trze­ba w zło­cie cho­dzić, ka­re­ta­mi jeź­dzić, na wiel­kim świe­cie błysz­czeć... Ja­kim spo­so­bem sta­ło się, że tak nie jest jesz­cze? Po­wiedz­cie?

In­ka z ci­cha i z wdzię­kiem wiel­kim hi­sto­rię oko­li­cy swej w la­tach ostat­nich opo­wia­dać za­czę­ła. Ża­ło­ba na­ro­do­wa od lat dwóch... tań­ców ani in­nych we­so­łych ze­brań żad­nych nie by­wa­ło. A po­tem wszy­scy co­raz wię­cej za­ję­ci być po­czę­li rze­cza­mi po­waż­ny­mi, pu­blicz­ny­mi i nikt o za­ba­wach ani róż­nych... ta­kich rze­czach wca­le nie my­ślał...

He­le­na Iwa­nów­na z po­li­to­wa­niem ża­ło­snym i ra­zem wzgar­dli­wym gło­wą wstrzą­sać za­czę­ła.

— O mia­tie­żu (o bun­cie) my­śle­li... do mia­tie­ża przy­go­to­wy­wa­li się... do nie­szczę­ścia swe­go... do zgu­by swo­jej...

I za­czę­ła ubo­le­wać nad nie­roz­wa­gą, nad sza­leń­stwem tych, któ­rzy gło­wa­mi swy­mi mur prze­bić pró­bo­wa­li, któ­rzy z mo­ty­ką na woj­nę prze­ciw­ko słoń­cu wy­bra­li się, któ­rzy zdro­we szy­je do­bro­wol­nie pod ostry miecz wy­cią­ga­li, bo Ro­sja to mur, to słoń­ce, to miecz... a oni co? Wa­ria­cja ja­kaś chy­ba do nich przy­stą­pi­ła! I po co? O co? Za co?

Ina nie­śmia­ło szep­nę­ła:

— Za oj­czy­znę!

Zo­staw­cie! (daj­cie po­kój), Ino Ju­lia­nów­no! — za­śmia­ła się He­le­na Iwa­nów­na. — Wy ta­ka mło­dziut­ka, po­wta­rza­cie, co­ście sły­sze­li... wie­rzy­cie w to, w co wam wie­rzyć przy­ka­za­no, a tym­cza­sem na sze­ro­kim świe­cie, któ­re­go nie zna­cie...

Mó­wić za­czę­ła o tym, że na sze­ro­kim świe­cie wszy­scy ro­zum­ni lu­dzie od daw­na już w ta­kie pre­draz­sud­ki (prze­są­dy) wie­rzyć prze­sta­li. Zie­mia wszę­dzie jest jed­na­ko­wa i słoń­ce jed­na­ko­we i czło­wiek szczę­śli­wy al­bo nie­szczę­śli­wy być mo­że tak sa­mo w jed­nym kra­ju jak i w in­nym. Ot, na przy­kład mat­ka jej: Po­lką uro­dzi­ła się, za ru­skie­go po­szła i cóż jej złe­go sta­ło się? Nic wca­le. Na­prze­ciw(prze­ciw­nie). We­so­ło so­bie ży­cie prze­ży­ła i ją, cór­kę swo­ją, przed śmier­cią do­brze za mąż wy­da­ła. Al­bo kniaź Bo­rys El­pi­do­ro­wicz. Prze­cież oj­ciec je­go Czer­kie­sem był i za mło­du na­wet do zbun­to­wa­nych na­le­żał, ra­zem z Sza­mi­lem prze­ciw­ko Ro­sji wo­jo­wał, ale po­tem do ro­zu­mu przy­szedł, wia­rę ru­ską przy­jął, na ru­skiej oże­nił się, wiel­kim ge­ne­ra­łem zo­stał i ot, syn je­go o czer­kie­stwie swo­im już i za­po­mniał! Ta­kich lu­dzi na świe­cie peł­no jest i to są ro­zum­ni lu­dzie. Bo je­że­li na­wet i do­pusz­czać (przy­pusz­czać) po­ję­cie oj­czy­zny, to prze­cież do wiel­kiej, sil­nej, szczę­śli­wej przy­jem­niej i wy­god­niej jest na­le­żeć niż do ma­łej, sła­bej, upo­ko­rzo­nej (pod­bi­tej). Trze­ba tyl­ko ro­zum mieć, a za­raz po­ka­że się, że wszyst­kie te pre­draz­sud­ki to tyl­ko mę­ki róż­ne lu­dziom za­da­ją, a cza­sem na­wet i zgu­bę im przy­no­szą, jak te­raz na przy­kład tym, któ­rzy ten bez­ro­zum­ny mia­tież pod­nie­śli...

Mó­wi­ła z prze­ję­ciem się, z za­pa­łem. Znać by­ło, że we wszyst­ko, co mó­wi, bar­dzo szcze­rze i bar­dzo na­iw­nie wie­rzy. Ma­łe, bia­łe piór­ka trzę­sąc się nad jej ka­pe­lu­szem sło­wom jej po­ta­ki­wać się zda­wa­ły. A Ina w mil­cze­niu, nie po­ta­ku­jąc i nie za­prze­cza­jąc, słu­cha­ła. Za­prze­czać od­wa­gi by mo­że nie mia­ła, bo He­le­na Iwa­nów­na wy­da­wa­ła się jej ko­bie­tą ro­zum­ną i świat do­brze zna­ją­cą, ale i chę­ci nie czu­ła, bo sło­wa sły­sza­ne zgod­nie ja­koś od­po­wia­da­ły te­mu, o czym prze­lot­ne, lę­kli­we i nie­ja­sne my­śli przez wła­sną jej gło­wę prze­la­ty­wa­ły. Mil­cza­ła i ze smut­nie po­chy­lo­ną twa­rzą osku­by­wa­ła list­ki z ze­rwa­nej przed­tem ga­łąz­ki krze­wu. Aż na za­trud­nio­nych tą ro­bo­tą drob­nych jej rę­kach spo­czę­ła pulch­na, bia­łą rę­ka­wicz­ką ocią­gnię­ta dłoń He­le­ny Iwa­nów­ny.

— Cze­go wy ta­ka smut­na, Ino Ju­lia­nów­no! Wam do twa­rzy z tym smut­kiem, ale mnie was żal i ja by chcia­ła po­cie­szyć was, roz­we­se­lić! I kniaź za­uwa­żył, że u was wy­raz twa­rzy ta­ki smut­ny cza­sem, smut­ny. Wczo­raj on do mnie mó­wił: „Ona, He­le­no Iwa­nów­no, z tym swo­im smut­kiem tak wy­glą­da, jak an­gieł (anioł), któ­re­mu do nie­ba ule­cieć chce się... Ale ja by zo­ba­czyć żą­dał, jak ona śmie­je się... Mnie cie­ka­wość bie­rze zo­ba­czyć, jak ona wy­glą­da, kie­dy ją we­so­łość opa­nu­je, kie­dy szczę­ście na twa­rzy jej za­świe­ci”. Nu, to wy, Ino Ju­lia­nów­no jak kie­dy je­go spo­tka­cie, uśmiech­nij­cie się, we­so­ło uśmiech­nij­cie się... on ta­ki szczę­śli­wy bę­dzie... Ale co to? Wi­dzi­cie? Ja­kie to przy­sło­wie pol­skie... mo­ja mat­ka czę­sto je po­wta­rza­ła... O wil­ku mo­wa, a wilk...

Umil­kła i roz­pro­mie­nio­na z uśmie­chem sze­ro­kim ku nad­cho­dzą­ce­mu knia­zio­wi przy­ja­ciel­sko i po­ro­zu­mie­waw­czo gło­wą wstrzą­sać za­czę­ła.

Wśród drzew ma­łe­go par­ku w świet­nym mun­du­rze, wy­pro­sto­wa­ny, wy­so­ki, zgrab­ny, iskrzą­cy się i błysz­czą­cy, szedł kro­kiem swo­im rów­nym, sil­nym, z lek­ka sre­brem ostro­gi brzę­czą­cym i w po­bli­żu dwóch ko­biet na ław­ce sie­dzą­cych zna­lazł się, rę­kę ku czo­łu w ukło­nie woj­sko­wym pod­niósł. Ale na He­le­nę Iwa­nów­nę, któ­rą ukło­nem tym wi­tał, nie pa­trzył. Spod brwi kru­czych czar­ne je­go spoj­rze­nie w twa­rzy Iny utkwio­ne by­ło z ta­kim wy­ra­zem, jak­by ją nim prze­bić, spa­lić lub wchło­nąć w sie­bie pra­gnął.

A ona z oczy­ma ku nie­mu pod­nie­sio­ny­mi, z łu­ną ru­mień­ca na twa­rzy uśmiech­nę­ła się. Uśmiech to był fi­glar­ny tro­chę i rzew­ny, tro­chę nie­śmia­ły i za­lot­ny. Je­mu zaś na twarz spro­wa­dził bły­ska­wi­cę ra­do­ści, w któ­rej za­ja­śnia­ła, za­drga­ła i roz­bły­sła wza­jem­nym uśmie­chem ko­ra­lo­wych warg. Nie za­trzy­mał się jed­nak, kro­ku na­wet nie zwol­nił, po­szedł da­lej i wkrót­ce za drze­wa­mi znik­nął.

He­le­na Iwa­nów­na, ca­ła ja­kaś ro­ze­śmia­na, ro­ze­dr­ga­na, szep­ta­ła:

— Dla­te­go nie za­trzy­mał się i przy nas nie usiadł, że je­mu nie wy­pa­da. Na ta­kim wy­so­kim post­ie (sta­no­wi­sku) znaj­du­je się, że ostroż­ny być mu­si i na każ­dy swój krok zwa­ża­ją­cy. Ale prze­szedł tę­dy, to tyl­ko dla­te­go, aże­by na was spoj­rzeć. Je­mu tę­dy dro­ga ni­g­dzie nie pro­wa­dzi, tyl­ko sły­szał ode mnie, że wy tu o tej po­rze... Ale cze­go wy tak po­ble­dli­ście, go­łąb­ko? Cze­go wy ta­ka sta­li­ście się ble­dziut­ka? Ser­dusz­ko wi­dać za­bi­ło moc­no? Co? Po­wiedz­cie szcze­rze. Ja ni­ko­mu nie po­wiem... Po­lki skry­te są, wiem o tym, i dum­ne... one o lu­bie­niu swo­im nie­ła­two mó­wią... ale wy in­na niż wszyst­kie... mło­dziut­ka, szcze­ra, ta­ka pro­sta... po­wiedz­cie, za­bi­ło moc­no ser­dusz­ko? Po­do­ba się wam nasz kniaź kra­so­wiec, co? Co?

Ina rze­czy­wi­ście po­bla­dła tak, jak­by krew wszyst­ka do ser­ca jej zbie­gła. Z twa­rzą po­chy­lo­ną i pier­sią szyb­ko dy­szą­cą od­szep­nę­ła:

— Tak. Bar­dzo!

A He­le­na Iwa­nów­na, ni­sko ku niej po­chy­lo­na, mó­wić za­czę­ła, że cóż w tym dziw­ne­go, że to ta­kie pro­ste, na­tu­ral­ne i na­wet ślicz­ne, po­etycz­ne, wzru­sza­ją­ce. Obo­je mło­dzi, pięk­ni! On, choć mło­dy, ta­ką ka­rie­rę już zro­bił, tak wy­so­ko sta­nął i sta­nie wy­żej jesz­cze, bo tu, w mia­stecz­ku tym i w tym kra­ju nie zo­sta­nie dłu­go, nie! La­da ty­dzień, la­da dzień mo­że otrzy­ma we­zwa­nie do sto­li­cy na sta­no­wi­sko wyż­sze... A ja­ki do­bry! Do­pó­ty sta­rał się, pro­sił, pi­sał, do­pó­ki i dla mę­ża He­le­ny Iwa­nów­ny miej­sca wyż­sze­go i zno­wu u bo­ku swe­go nie otrzy­mał. I oni więc obo­je ra­zem z nim do sto­li­cy wy­ja­dą la­da dzień, la­da ty­dzień, cze­go zresz­tą He­le­na Iwa­nów­na bar­dzo pra­gnie, bo tu żyć nie­we­so­ło. Co za po­rów­na­nie z ży­ciem w ta­kim Pe­ters­bur­gu! Nu, ale jej po­ra do do­mu po­wra­cać...

Wsta­ła z ław­ki.

— Ach! Jak mnie trud­no roz­sta­wać się z wa­mi! Nu, po­lu­bi­łaż ja was! Ot, wie­cie co? Chodź­cie wy do mnie! Od­wiedź­cie mnie! Za­pro­wa­dzę was do miesz­ka­nia swe­go! Chodź­cie, du­szeń­ka, go­łąb­ka!

Ser­decz­nie, moc­no rę­ce Iny w swo­ich ści­ska­ła, w oczy jej czu­le pa­trząc.

Ni­g­dy mo­że ni­cze­go Ina nie pra­gnę­ła tak go­rą­co jak pójść z tą ko­bie­tą i słu­chać ją mó­wią­cą o jej pięk­no­ści i... o knia­ziu. Jed­nak wa­ha­ła się.

— Nie wiem do­praw­dy... bo gdy­by ma­ma do­wie­dzia­ła się... gdy­by zna­jo­mi...

Śmie­chem zno­wu we­so­łym i tro­chę urą­gli­wym wy­bu­chła He­le­na Iwa­nów­na.

— Mat­ki bo­icie się! Te­go, co zna­jo­mi o was po­wie­dzą! Głu­post’, bro­ście (po­rzuć­cie) wy te głu­po­ści, Ino Ju­lia­nów­no! U was, Po­la­ków, pre­draz­su­dok pro­past’! Jak za­cznie­cie: A Pan Bóg? A oj­czy­zna? A mat­ka i oj­ciec? A grzech? A ksiondz? A lu­dzie? To czło­wiek w tym ca­łe swo­je szczę­ście uto­pić mo­że! Bro­ście to wszyst­ko! Chodź­cie do mnie! Po­ka­żę wam dwie suk­nie, któ­re mi mąż w siur­pryz (nie­spo­dzian­ka) z Pe­ters­bur­ga spro­wa­dził. Ni­ko­go te­raz nie bę­dzie u mnie. We dwie so­bie po­ga­da­my. Cze­ko­la­dy fi­li­żan­kę wy­pi­je­cie. Chodź­cie!

Ina ru­chem na­głym, z oczy­ma na­gle roz­iskrzo­ny­mi, ra­mię na szy­ję jej za­rzu­ci­ła i mięk­ki­mi swy­mi, ko­ci­mi ru­cha­mi; ca­ła przy­tu­la­jąc się do niej, za­szep­ta­ła:

— Pa­ni dla mnie ta­ka jest do­bra, do­bra! Nikt dla mnie tak do­brym nie jest jak pa­ni! U nas wszy­scy czym in­nym za­ję­ci i ja za­wsze sa­ma jed­na... sa­ma jed­na... ma­rzę... tę­sk­nię... I mnie nikt nie ro­zu­mie... Pa­ni jed­na mnie zro­zu­mia­ła... Z pa­nią tak mi­ło, tak we­so­ło, przy­jem­nie. Pój­dę! Niech już tam so­bie, co chce, bę­dzie! Pój­dę z pa­nią! Chodź­my!



VI

Praw­dę mó­wi­ła In­ie He­le­na Iwa­nów­na, że la­da dzień lub ty­dzień kniaź na sta­no­wi­sko woj­sko­we in­ne mia­no­wa­ny i do sto­li­cy pań­stwa we­zwa­ny miał zo­stać.

Nie­wie­le dni mi­nę­ło, od­kąd Ina po raz pierw­szy no­wą zna­jo­mą swą od­wie­dzi­ła, gdy po mia­stecz­ku roz­bie­gła się wieść, że kniaź bar­dzo wkrót­ce ma je opu­ścić, a na urzę­dzie, przez nie­go do­tąd spra­wia­nym, za­stą­pi go ktoś in­ny.

I wnet nad my­ślą, wy­obraź­nią, na­dzie­ja­mi i oba­wa­mi mnó­stwa lu­dzi po­tęż­nie za­pa­no­wał krót­ki wy­raz: kto?

W mo­men­tach głę­bo­kich skłó­ceń, burz­li­wych zbał­wa­nień uczuć i spraw ludz­kich, gdy spo­mię­dzy nich zni­ka spo­koj­na po­stać pra­wa, a z mie­cza­mi za­pę­dli­wy­mi w czer­wo­nych rę­kach za­wi­sa­ją nad ni­mi gniew i ze­msta, wa­gi nie­zmier­nej na­bie­ra rę­ka oręż gnie­wu i ze­msty dzier­żą­ca.

By­wa­ją wów­czas rę­ce wię­cej al­bo mniej czer­wo­ne; ta­kie, któ­re za­bi­ja­ją, i ta­kie, któ­re tyl­ko ra­nią, ta­kie, któ­re wy­ta­cza­ją mo­rza łez i krwi, i ta­kie, spod któ­rych wy­le­wa­ją się tyl­ko ich stru­mie­nie.

I by­wa­ją rów­nież na zie­mi ta­kie mo­men­ty i miej­sca, w któ­rych ra­ny sro­gie miast śmier­tel­nych, stru­mie­nie łez i krwi miast ich mo­rza — wy­da­ją się szczę­ściem.

Spo­mię­dzy czer­wo­nych rąk, któ­re te­raz nad kra­jem tym za­wi­sły, rę­ka knia­zia nie by­ła naj­czer­wień­sza. By­ła ona od wie­lu in­nych mniej za­cię­ta i mści­wa.

Mo­że dla­te­go, że pły­nę­ła w niej krew lu­du nie­daw­no jesz­cze wol­ne­go i wol­ność swą mi­łu­ją­ce­go al­bo że kie­ro­wa­ło nią ser­ce w stro­nę ra­do­ści ży­cia ca­łe prze­chy­lo­ne, jej tyl­ko na­mięt­nie po­żą­da­ją­ce, a we wszyst­kim in­nym wi­dzą­ce je­dy­nie dro­gi, któ­re do niej wio­dły.

Nie by­ła to już wio­sna, lecz był to już pra­wie schy­łek la­ta. By­ła to po­ra od­lo­tów na­dziei, na­lo­tów klęsk.

Mu­ry gma­chu wię­zien­ne­go roz­sa­dza­ła licz­ba miesz­kań­ców co­raz wzbie­ra­ją­ca, więc prze­le­wa­no ją do bu­dyn­ków in­nych, licz­nych, ba­gne­ta­mi zbroj­nych stra­ży na­je­żo­nych. Deszcz wy­ro­ków spa­dał na da­chy tych bu­dyn­ków i wy­pro­wa­dzał spod nich lu­dzi na Sy­bir, do ka­tor­gi, na szu­bie­ni­cę. Pa­dał deszcz ten spod rąk sę­dziów. Tu­taj sę­dzią naj­wyż­szym był do­tąd kniaź, a te­raz...

Kto? Ja­ki? Co zmia­na przy­nie­sie?

Dla tłu­mu głów osi­wia­łych i głów nie­wie­ścich, któ­re się tu do­ko­ła wię­zień zbie­gły, by­ła to za­gad­ka ocie­ka­ją­ca krwią. I by­ło to wid­mo cze­goś nie­wia­do­me­go, na któ­rym ser­ca i wy­obraź­nie upa­try­wa­ły mniej al­bo wię­cej gę­ste pla­my krwi. Ser­ca drża­ły, wy­obraź­nie bu­ja­ły po po­lach gro­zy.

Pa­ni Te­re­sa mia­ła do­tąd na­dzie­ję, że chłop­cy od­da­ni jej zo­sta­ną. Kniaź był dla niej uprzej­my, co­raz wię­cej na­wet uprzej­my, a przy tym roz­tar­gnio­ny, czymś da­le­kim za­ję­ty.

— Śledz­two jesz­cze nie skoń­czo­ne — mó­wił — bądź­cie cier­pli­wi; gdy śledz­two skoń­czo­ne bę­dzie, zo­ba­czy­my, co z wa­szy­mi ma­ły­mi gie­ro­ja­mi ro­bić...

I za­raz o czym in­nym bar­dzo wi­docz­nie my­śleć za­czy­nał. Nie przy­wią­zy­wał do po­stęp­ku dzie­ci tych wa­gi zbyt wiel­kiej...

„Mo­że sam bra­ci młod­szych, ma­łych jesz­cze ma — my­śla­ła pa­ni Te­re­sa — al­bo po pro­stu ser­ce do­bre. Cze­muż by nie? W każ­dym na­ro­dzie zda­rza­ją się lu­dzie źli i lu­dzie do­brzy...”

A te­raz ten no­wy ja­kiś przy­je­dzie... przed sa­mym wy­ro­kiem wła­śnie. Ja­kiś czło­wiek no­wy, nie­wia­do­my, nie­zna­ny, ob­cy, mo­że nie­na­wi­dzą­cy, mo­że okrut­ny wy­rok na Jan­ka i Ol­ka wy­da­wać bę­dzie.

W gło­wie jej się od my­śli tej mą­ci­ło i żą­dło bó­lu tak w ser­ce kłu­ło, pie­kło, że ni­g­dzie dłu­go ustać ani usie­dzieć nie mo­gąc, prę­dzej jesz­cze niż zwy­kle od zna­jo­mych do zna­jo­mych bie­ga­ła po wia­do­mo­ści, po ra­dy.

Wia­do­mo­ści? Ja­kież? Nikt jesz­cze nic nie wie­dział. A ra­dy? Jed­na tyl­ko by­ła: cze­kać cier­pli­wie.

Pa­ni Te­re­sa w gniew wpa­da­ła.

— Tak­że ra­da! Cier­pli­wa mam być, kie­dy mi dzie­ci w oczach nik­ną!

Istot­nie, do nie­ru­cho­mo­ści i za­mknię­cia wię­zien­ne­go, do na­peł­nia­ją­ce­go ce­le wię­zien­ne wiecz­ne­go zmro­ku nie­na­wy­kli chłop­cy w oczach ni­kli, na kształt kwia­tów po­wie­trza i słoń­ca po­zba­wio­nych wię­dli. Obaj już te­raz by­li w tur­mie, ale nie ra­zem. Wi­dy­wać się na­wet im nie po­zwo­lo­no. Śledz­two skoń­czo­ne jesz­cze nie by­ło. Świad­ków we­zwa­no: Te­le­żu­ka, żo­nę je­go, wło­ścian ze wsi naj­bli­żej z Lesz­czyn­ką są­sia­du­ją­cej. Wśród ogrom­ne­go na­wa­łu spraw żad­nej ry­chło za­ła­twić nie by­ło po­dob­na.

Ja­nek tym­cza­sem co­raz głę­biej po­grą­żał się w tej me­lan­cho­lii dziw­nej, w któ­rą cza­sem nie­szczę­śli­we dzie­ci za­pa­da­ją. Zda­wać się mo­że wte­dy, że drob­ne du­szycz­ki ich ko­ły­szą się nad ot­chła­nią, któ­rej ciem­no­ści przej­rzeć nie umie­ją i znad któ­rej od­le­cieć nie mo­gą. Raz w przy­stę­pie roz­czu­le­nia zwie­rzył się mat­ce.

— Mnie cią­gle i cią­gle cho­dzą po gło­wie my­śli, dla­cze­go świat jest ta­ki! Dla­cze­go są na nim ta­kie nie­spra­wie­dli­wo­ści i nie­szczę­ścia? Dla­cze­go lu­dzie nie są lep­si? Dla­cze­go z chę­ci i za­mia­rów naj­lep­szych skut­ki naj­gor­sze wy­ni­ka­ją? A kie­dy tak już na świe­cie jest i być mu­si, to — po co żyć! I tak mi cza­sem, mam­ciu, nie chce się już żyć! I tak mi źle... chciał­bym nie my­śleć o tych rze­czach... ale nie mo­gę... mu­szę... Mam­cia mó­wi, że trze­ba zga­dzać się z wo­lą Bo­ga, bo On mą­dry jest i wie, dla­cze­go tak świat stwo­rzył... To praw­da... ja wiem... chcia­ła­bym... ale nie mo­gę... I tak mi źle...

Z gło­wą obu dłoń­mi ob­ję­tą, zgar­bio­ny, w pod­ło­gę wię­zie­nia wpa­trzo­ny jak ma­ły de­spe­rat zwą­tla­łą po­stać swą w obie stro­ny ko­ły­sał.

I du­sza je­go nie­do­ro­sła ko­ły­sa­ła się nad ot­chła­nią ży­cia w de­mo­ny za­miesz­ku­ją­ce ją wpa­trzo­na, tru­chle­ją­ca...

In­nym ra­zem przez ca­łe dwa dni żyw­no­ści żad­nej tknąć nie chciał i na bła­ga­nia mat­ki głu­chy, roz­ją­trzo­ny, po­nu­ry, w ciem­nym ką­cie ce­li sie­dząc mil­czał tak upar­cie, że ani jed­ne­go sło­wa wy­do­być z nie­go nie mo­gła. A na trze­ci dzień, gdy przy­szła, ukląkł przed nią i wy­znał, że po­sta­no­wił był ży­cie so­bie ode­brać... In­ne­go spo­so­bu żad­ne­go nie ma­jąc, przez za­gło­dze­nie się... Ale to bar­dzo trud­ny spo­sób, dłu­gi... nie wy­trzy­mał, okrop­nie się wsty­dzi te­go, że nie wy­trzy­mał, choć z dru­giej stro­ny mo­że to i do­brze sta­ło się, bo tej jesz­cze przy­kro­ści mat­ce nie spra­wił...

Tym ra­zem nie spra­wił, ale któż pa­nią Te­re­sę mógł upew­nić, że in­nym ra­zem zno­wu ta sa­ma myśl nie za­świ­ta mu w gło­wie, któ­ra znaj­dzie spo­sób ła­twiej­szy, krót­szy...

A z Ol­kiem in­na zno­wu by­ła bie­da. Te­go ra­na zu­peł­nie ja­koś za­go­ić się nie mo­gła i osła­bio­ny, co­raz chud­szy, cią­gle mat­kę o prze­ba­cze­nie bła­gał, do stóp jej rzu­ca­jąc się, pła­cząc. Po­czu­cie wi­ny po­peł­nio­nej tak głę­bo­ko w ser­ce dzie­cin­ne mu za­pa­dło, że aż obu­dzi­ło w nim skru­chę wy­eg­zal­to­wa­ną i nie­zdro­wą. U nóg mat­ki le­żąc, naj­sroż­szy­mi wy­rzu­ta­mi sie­bie sa­me­go obar­czał, prze­stro­gi im obu przez Jul­ka da­wa­ne przy­po­mi­nał i po­wta­rzał. Pa­ni Te­re­sa gnie­wem uda­nym uspo­ka­jać go pró­bo­wa­ła.

— Tak­że ma­zgaj­stwo! Płak­sa i ma­zgaj je­steś!

Ale na wspo­mnie­nie o Jul­ku sa­ma za­la­ła się łza­mi i mal­ca od stóp swo­ich po­dźwi­gnąw­szy, na ła­wie obok sie­bie sa­dząc, za­py­ty­wa­ła:

— Cóż wię­cej wam po­wie­dział? Co on wam w cza­sie ostat­niej tej prze­chadz­ki z wa­mi mó­wił? Przy­po­mnij so­bie do­brze... po­wtórz wszyst­ko...

A gdy Olek sło­wa bra­ta do­brze za­pa­mię­ta­ne po­wta­rzał, jej się zda­wa­ło, że sły­szy głos z tam­te­go świa­ta mó­wią­cy, i za­pra­gnę­ła, ach, jak za­pra­gnę­ła prze­stą­pić gra­ni­cę dwóch świa­tów i na tam­tym naj­star­sze­mu dziec­ku swo­je­mu, naj­ro­zum­niej­sze­mu, naj­lep­sze­mu, na pierś już mę­ską, na pierś już opie­kuń­czą, przy­ja­ciel­ską paść krzy­cząc: „Patrz, ja­kam ja bied­na, ra­tuj!”

Oprócz tej bie­dy z sy­na­mi uwię­zio­ny­mi mia­ła jed­ną jesz­cze, gorz­ką i cięż­ką, o któ­rej ni­ko­mu nie mó­wi­ła, któ­rą ow­szem, przed ludź­mi ta­iła, lecz o któ­rej my­śla­ła, gdy czer­wo­ną ko­kar­dą swą, do­brze już przy­bru­dzo­ną i zgnie­cio­ną z da­le­ka świe­cąc, od Jan­ka i Ol­ka do miesz­ka­nia swe­go uli­ca­mi mia­stecz­ka bie­gła.

Przez okno jed­ne­go z ni­skich dom­ków pa­trza­ło na nią bie­gną­cą kil­ka zna­jo­mych twa­rzy i jed­na wska­zu­jąc ją in­nym wy­mó­wi­ła:

— He­ku­ba!

Mło­dziut­ki gło­sik ja­kiś za­py­tał:

— Co to He­ku­ba?

A ten sam co wprzó­dy wy­ja­śniać po­czął:

— Pria­ma, tro­jań­skie­go kró­la żo­na, któ­ra u zwa­lisk Troi z ża­lu po sy­nach po­bi­tych i cór­kach po­rwa­nych...

Ktoś in­ny prze­rwał:

— Prze­cież pa­ni Te­re­sa sy­nów tyl­ko... a cór­ki...

In­ne gło­sy mó­wić, szep­tać za­czę­ły:

— Kto wie? Kto wie? Kto wie, co stać się mo­że z cór­ką jej... Iną?

Z Iną dzia­ły się rze­czy nie­zwy­kłe, dla któ­rych roz­po­zna­nia pa­ni Te­re­sa nie mia­ła dość cza­su i swo­bod­nej my­śli, lecz któ­re spra­wia­ły na niej wra­że­nie męt­ne­go, nie­wy­raź­ne­go, snu­ją­ce­go się do­ko­ła niej wid­ma. Ni­by nic; żad­ne­go wi­docz­ne­go ob­ja­wu nie­szczę­ścia, ale ja­kiś gorz­ki od­dech, któ­ry zbli­ża­nie się je­go za­po­wia­da. Coś nie­okre­ślo­ne­go a do­ku­cza­ją­ce­go po­wta­rza­ją­cy­mi się wciąż ukłu­cia­mi w ser­ce. Coś, cze­mu za­po­biec i cze­go od­pie­rać nie­po­dob­na, bo nie ma wy­raź­nej przy­czy­ny i na­zwy, co jed­nak jest, nad­cho­dzi, czy­ha, wy­zie­wa z sie­bie wo­nie tru­ci­zny i pierw­sze bły­ska­wi­ce bu­rzy.

Gi­nę­ła mat­ce z oczu In­ka na dłu­gie go­dzi­ny, a za­py­ta­na, gdzie by­ła, usi­ło­wa­ła zra­zu tłu­ma­czyć się al­bo piesz­czo­ta­mi usta mat­ce za­my­kać, lecz pa­ni Te­re­sa spo­strze­gła i czu­ła, że tłu­ma­cze­nia by­ły wy­kręt­ne, piesz­czo­ty nie­szcze­re. Wkrót­ce prze­cież i one usta­ły. Od­po­wie­dzi In­ki sta­wa­ły się co­raz śmiel­sze, hard­sze, czę­sto gniew­ne i nie­mal wzgar­dli­we.

— Gdzie by­łaś? Dla­cze­go po­wra­casz tak póź­no? Mó­wi­łaś, że ca­łą po­ło­wę dnia u Ko­niec­kich spę­dzisz. Wiem, że tam ani zaj­rza­łaś. Gdzież więc by­łaś?

In­ka, któ­ra w swo­im no­wym ka­pe­lu­si­ku do iz­deb­ki by­ła wbie­gła, sta­nę­ła jak wry­ta.

— Mo­ja ma­mo! By­łam, gdzie mi się po­do­ba­ło... Każ­dy czło­wiek na świe­cie idzie, gdzie chce, i ro­bi, co mu się po­do­ba, a ja prze­cież nie­wol­ni­cą ni­czy­ją nie je­stem i te wiecz­ne in­da­ga­cje ma­my są dla mnie nie­zno­śne, okrop­ne...

Mó­wiąc to szar­pa­ła zdej­mo­wa­ne z rąk rę­ka­wicz­ki i go­rącz­ko­wo za­ru­mie­nio­na, nie­zwy­kle błysz­czą­cy­mi oczy­ma nie na mat­kę, lecz kę­dyś w stro­nę uko­śnym, roz­ją­trzo­nym spoj­rze­niem pa­trza­ła. By­ła wte­dy upo­sta­cio­wa­niem upo­ru i znie­cier­pli­wie­nia wrzą­ce­go po­wstrzy­my­wa­nym gnie­wem. Nie za­wsze jed­nak mo­gła czy chcia­ła po­wścią­gnąć gniew. Wy­bu­chał z niej cza­sem sło­wa­mi, któ­rych nie­po­dob­na by­ło spo­dzie­wać się z uste­czek tak drob­nych, ró­żo­wych, słod­kich.

— Ja nie wa­riat­ka, aby mnie trze­ba by­ło pod ku­ra­te­lę brać, i niech ma­ma fa­wo­ry­tów swo­ich, Jan­ka i Ol­ka, któ­rzy ty­le bie­dy na­ro­bi­li, musz­tru­je, ale nie mnie, któ­ra do­ro­sła je­stem i wiem, cze­go mi trze­ba i co ro­bię.

U tej de­li­kat­nej, po­wiew­nej, słod­kiej i smęt­nej dziew­czy­ny z sa­me­go dna na­tu­ry jej za­pew­ne do­by­wa­ły się szorst­kie, gru­be pier­wiast­ki i by­ło to jak­by osu­wa­nie się za­słon ak­sa­mit­nych z nie­ocio­sa­ne­go drew­na.

Zdu­mio­na i prze­ra­żo­na pa­ni Te­re­sa rę­ce za­ła­my­wa­ła.

— Bój się Bo­ga, In­ka, po ja­kie­mu to do mnie mó­wisz? Tak­że ton! Tak­że spo­sób mó­wie­nia do mat­ki!

Z wy­raź­nym obrzy­dze­niem koń­ca­mi pal­ców In­ka zdej­mo­wa­ła ze sto­łu nie do­je­dzo­ną przez pa­nią Te­re­sę krom­kę ra­zo­we­go chle­ba i szklan­kę wy­pi­tym przez nią mle­kiem po­bie­lo­ną. Drwią­cy uśmie­szek od­po­wie­dzi jej to­wa­rzy­szył.

— Czy to do mat­ki in­nym to­nem jak do in­nych lu­dzi mó­wić trze­ba? Wiem, wiem, sły­sza­łam... Ale są to, mo­ja ma­mo, prze­są­dy, o któ­rych daw­no już ro­zum­ni lu­dzie za­po­mnie­li, i tyl­ko... u nas jesz­cze...

Mil­kła, bo te­raz pa­ni Te­re­sa w unie­sie­nie wpa­da­ła, gnie­wem wy­bu­cha­ła, wy­rzu­ty jej czy­niąc, na­tar­czy­wie za­py­tu­jąc: kto jej głupstw ta­kich do gło­wy na­kładł? Ko­go wi­du­je? Do ko­go cho­dzi? Ja­kie sza­leń­stwo do gło­wy jej przy­stą­pi­ło? Dla­cze­go te­raz wy­glą­da cią­gle tak, jak­by w go­rącz­ce by­ła, jak­by nie wie­dzia­ła sa­ma, co mó­wi lub czy­ni?

In­ka naj­czę­ściej nie tłu­ma­czy­ła się, nie od­po­wia­da­ła; cza­sem jed­nak gwał­tow­nym jak­by po­ru­sze­niem we­wnętrz­nym rzu­co­na przy­pa­da­ła do mat­ki, klę­ka­ła przed nią i z gło­wą do ko­lan jej przy­ci­śnię­tą ję­cza­ła:

— Nie mo­gę, mam­ciu, nie mo­gę ina­czej... nie mo­gę in­ną być... nie mo­gę...

Wte­dy pa­ni Te­re­sa obej­mo­wa­ła ją, wło­sy jej gła­ska­ła, pro­si­ła:

— Cze­go nie mo­żesz? Co ci jest? Co ci się sta­ło? In­iu mo­ja! Có­ruś! Po­wiedz! Wszyst­ko mat­ce po­wiedz... wy­tłu­macz... uspo­kój mnie...

Ale ona już zry­wa­ła się z zie­mi i od­cho­dzi­ła mó­wiąc:

— Nic, nic, mo­ja ma­mo! Po co ja mam mó­wić, kie­dy ma­ma nie zro­zu­mie mnie, nie zgo­dzi się ze mną... my, ja i ma­ma, ta­kie róż­ne je­ste­śmy, ta­kie in­ne...

I już słów mat­ki zda­wa­ła się nie sły­szeć, kę­dyś da­le­ko, da­le­ko za­pa­trzo­na, ku cze­muś da­le­kie­mu uśmiech­nię­ta, kę­dyś da­le­ko my­ślą, utę­sk­nie­niem, ma­rze­niem prze­by­wa­ją­ca.

My­ślą, ma­rze­niem, utę­sk­nie­niem prze­by­wa­ła cią­gle w ład­nie ume­blo­wa­nym, pach­ną­cym bu­du­ar­ku He­le­ny Iwa­nów­ny, w któ­rym wie­le chwil mi­łych, a kil­ka cud­nych już prze­ży­ła. Kil­ka już ra­zy jed­no­cze­śnie z nią na cze­ko­la­dzie u He­le­ny Iwa­nów­ny był — kniaź.

O, cud­ne chwi­le, wra­żeń no­wych i roz­kosz­nych peł­ne, od sza­rej, pro­za­icz­nej rze­czy­wi­sto­ści da­le­kie, da­le­kie — po­etycz­ne, ślicz­ne!

O, ślicz­ny, mi­ły, zgrab­ny, wy­twor­ny, z ta­ki­mi oczy­ma wy­mow­ny­mi — czło­wiek!

Ksią­żę! Kniaź! Jak ten wy­raz brzmi dziw­nie! Tak zu­peł­nie, jak­by bla­ski zło­ta i ko­lo­ry tę­czy, i jesz­cze to­ny wspa­nia­łej mu­zy­ki roz­le­wa­ły się w po­wie­trzu.

Roz­ma­wia­li z so­bą po fran­cu­sku. Ona do ję­zy­ków ob­cych ma zdol­ność wiel­ką i te­go przez czte­ry la­ta u pa­ni Awi­czo­wej spę­dzo­ne wy­uczy­ła się wca­le nie­źle. Ach, jak on wi­docz­nie ucie­szył się, gdy usły­szał ją mó­wią­cą po fran­cu­sku. Mo­że my­ślał, że nie bę­dą mo­gli roz­ma­wiać z so­bą z po­wo­du tej róż­ni­cy ję­zy­ków. Jesz­cze by! Jak mó­wi He­le­na Iwa­nów­na.

Ale bo i po co na świe­cie są te wszyst­kie po­mię­dzy ludź­mi róż­ni­ce! Ot, ży­li­by lu­dzie z so­bą w zgo­dzie, jed­no­staj­nie mó­wiąc, czu­jąc, wie­rząc i wszyst­kim by­ło­by do­brze, i wszyst­kich by nie­szczęść tych nie by­ło. Praw­dę mó­wi He­le­na Iwa­nów­na, że tyl­ko prze­są­dy lu­dziom na dro­dze do szczę­ścia sta­ją. To jest ko­bie­ta bar­dzo ro­zum­na i dow­cip­na. Jak za­baw­nie wy­śmie­wa­ła wczo­raj wia­rę w to, że Pan Bóg słu­cha w nie­bie tych pa­cie­rzy, któ­re lu­dzie tu na zie­mi szep­czą. „W dru­gim po­ko­ju — mó­wi­ła — sie­dzisz i nie sły­szysz, a jak­że z ta­kiej da­le­ko­ści sły­szeć by miał? Wszyst­ko to są prze­są­dy — mó­wi­ła. — Po­zbyć się ich tyl­ko trze­ba, a za­raz wszy­scy na świe­cie lu­dzie sta­ną się szczę­śli­wi i we­se­li...”

Mo­że też oni są ta­cy we­se­li, że po­zby­li się, je­że­li nie wszyst­kich jesz­cze, to wie­lu prze­są­dów? Ach, ja­cy oni we­se­li! Raz na cze­ko­la­dę oprócz knia­zia i ad­iu­tant je­go, mąż He­le­ny Iwa­nów­ny, przy­szedł, kil­ku ofi­ce­rów z so­bą przy­pro­wa­dza­jąc, wkrót­ce też dwie pa­nie ja­kieś wbie­gły, ślicz­nie ubra­ne, mło­de jesz­cze, ład­ne. Po­wstał ruch, gwar, wszy­scy do­ko­ła okrą­głe­go sto­łu w ja­dal­nym po­ko­ju za­sie­dli, ale nie wszy­scy cze­ko­la­dę pić chcie­li, więc go­spo­darz do­mu do słu­żą­ce­go za­wo­łał o wi­no szam­pań­skie, któ­re gdy przy­nie­sio­no i pić za­czę­to, we­so­łość sta­ła się ta­ka, ja­kiej Ina ni­g­dy jesz­cze w ży­ciu swo­im nie wi­dzia­ła. We­so­łość to by­ła swo­bod­na, gło­śna, po­uf­na, peł­na ge­stów sze­ro­kich, śmie­chów jak grzmo­ty gło­śnych, kom­ple­men­tów skła­da­nych pięk­nym rącz­kom, nóż­kom, oczkom. To­a­sty róż­ne wzno­szo­no, a kie­dy ad­iu­tant kie­li­szek swój pod­no­sząc wniósł zdro­wie Iny Ju­lia­nów­ny, to wszy­scy jak krzyk­nę­li jed­nym gło­sem: „Hurr­ra!”, to aż szy­by w oknach za­brzę­cza­ły; ją zaś, Inę, czy od wi­na wy­pi­te­go, czy od roz­ma­itych na­peł­nia­ją­cych ją uczuć ogar­nę­ła we­so­łość ta­ka, ja­kiej do­tąd ni­g­dy nie do­świad­cza­ła. Dzię­ko­wa­ła wszyst­kim, kła­nia­ła się, na kom­ple­men­ty śmia­ło od­po­wia­da­ła, a z żar­tów, któ­re do­ko­ła krą­ży­ły, śmia­ła się tak gło­śno i swo­bod­nie jak ni­g­dy. Wte­dy kniaź, któ­ry obok niej sie­dział i przez ca­ły czas róż­ne mi­łe jej rze­czy mó­wił, szep­tać za­czął, że on za­wsze wi­dzieć ją pra­gnie we­so­łą, szczę­śli­wą, bo nie ma na świe­cie ta­kie­go szczę­ścia, któ­re by sa­mo do stóp jej nie upa­dło pro­sząc, aby przy­jąć je chcia­ła.

I nie wia­do­mo, co po­wie­dział­by wię­cej, bo w tej wła­śnie chwi­li za­szło coś ta­kie­go, co wszyst­kich jak­by ukro­pem ob­la­ło czy lo­dem ob­ło­ży­ło. Jed­na z tych pań, któ­re tam by­ły, ni stąd, ni zo­wąd za­czę­ła przez stół bar­dzo gło­śno i ze śmie­chem mó­wić do knia­zia coś — o je­go żo­nie, że ni­by ona z Kau­ka­zu, gdzie prze­by­wa, przez lu­ne­tę na nie­go pa­trząc wi­dzi, jak on się tu znaj­du­je i... coś tam jesz­cze po­dob­ne­go. Na twarz knia­zia chmu­ra spa­dła ciem­na i groź­na. He­le­na Iwa­nów­na oczy­ma i rę­ko­ma zna­ki ja­kieś do mó­wią­cej ro­bi­ła i wszy­scy z nad­zwy­czaj­nym po­śpie­chem, gło­śniej jesz­cze niż przed­tem roz­ma­wiać o róż­nych rze­czach za­czę­li, ale czuć by­ło, że coś nie­do­bre­go za­szło, że zgrzyt ja­kiś prze­rwał har­mo­nię, któ­ra do­tych­czas w to­wa­rzy­stwie tym pa­no­wa­ła.

A jej, In­ie, zro­bi­ło się nie­wy­po­wie­dzia­nie ża­ło­śnie i smut­no. Nie umia­ła­by po­wie­dzieć dla­cze­go, ale wia­do­mość, że kniaź jest żo­na­ty, ca­łą jej pierś na­gle łza­mi na­peł­ni­ła. Nie chcia­ła oka­zać te­go, ale He­le­na Iwa­nów­na sa­ma spo­strzec mu­sia­ła, bo przy­bie­gła i za szy­ję ją ob­jąw­szy w sa­mo ucho szep­ta­ła:

Ni­cze­wo! (nic to) du­szeń­ka ! Ni­cze­wo! On żo­na­ty i ra­zem nie­żo­na­ty! Ja ci to póź­niej opo­wiem i wy­tłu­ma­czę.

A po­tem do for­te­pia­nu usia­dła i z wiel­kim za­pa­łem bar­dzo hucz­nie wal­ca grać za­czę­ła, przy czym za­raz utwo­rzy­ły się dwie pa­ry tan­ce­rzy i stół do­ko­ła w wal­cu obie­gać za­czę­ły. Kniaź po chwi­li wstał tak­że i z ukło­nem do tań­ca ją za­pro­sił. Wy­pro­sto­wa­ny, brzę­kiem ostróg tyl­ko kła­niał się i wzro­kiem tyl­ko — ale ja­kim! pro­sił. Ona od dwóch już lat przez ca­ły czas ża­ło­by na­ro­do­wej nie tań­czy­ła wca­le, a za tań­cem prze­pa­da­ła i wie­dzia­ła, że tań­czy bar­dzo ład­nie. Czu­ła sa­ma, że jest ca­ła ró­żo­wa i że w ca­łej so­bie ma dziw­ne go­rą­co i drże­nie. Sta­ła przed nim ze spusz­czo­ny­mi po­wie­ka­mi, pod­nieść ich nie mo­gąc, a on ki­bić jej ra­mie­niem opa­sał i uniósł w ta­niec. Ale raz tyl­ko stół okrą­gły do­ko­ła w wal­cu obie­gli, po czym zna­la­zła się w sa­lo­ni­ku są­sied­nim, w któ­rym nie by­ło ni­ko­go. I tu... Ach! Da­lej już In­ka wspo­mnień swych w sło­wa przy­oble­kać nie mo­gła. W gło­wie jej się mą­ci­ło, od­dech w pier­si usta­wał, si­ły omdle­wa­ły... Na klęcz­kach przed so­bą go wi­dzia­ła i...

A to, że kniaź Bo­rys jest żo­na­ty, zna­cze­nia żad­ne­go nie ma, gdyż He­le­na Iwa­nów­na wy­tłu­ma­czy­ła jej, że oże­nił się nad­zwy­czaj mło­do, z na­mo­wy ro­dzi­ców czy tam krew­nych, ni­g­dy ko­bie­ty tej nie ko­chał, a te­raz nie­na­wi­dzi jej i do roz­wo­du z nią idzie. Wkrót­ce też roz­wód otrzy­ma i wol­ny bę­dzie. Czyż nie mó­wił jej zresz­tą wów­czas, w tym pu­stym sa­lo­ni­ku, że ją jed­ną, Inę, na ca­łym świe­cie ko­cha i że jest to je­go pierw­sza mi­łość praw­dzi­wa. Sło­wa te He­le­na Iwa­nów­na w zu­peł­no­ści po­twier­dzi­ła.

Uwle­kał się nie­raz in­ny­mi ko­bie­ta­mi — mó­wi­ła — ale tak jak za to­bą, du­szeń­ka, za żad­ną nie sza­lał. Cóż to zna­czy, że jest żo­na­tym, kie­dy żo­ny nie ko­cha? Jed­na tyl­ko na świe­cie jest rzecz waż­na: mi­łość. Wszyst­ko in­ne — to głu­po­ście, na któ­re tyl­ko na­pluć!

Gdy po kil­ku go­dzi­nach u He­le­ny Iwa­nów­ny spę­dzo­nych Ina do cia­snej, dusz­nej, ubo­giej iz­deb­ki do­mu za­jezd­ne­go wbie­gła, ogar­nia­ło ją uczu­cie bu­dze­nia się ze snu roz­kosz­ne­go i świet­ne­go, a wpa­da­nia do ot­chła­ni rze­czy­wi­sto­ści, po­nu­rej i szpet­nej.

Obrzy­dze­niem i ża­lem nad sa­mą so­bą bez­gra­nicz­nym przej­mo­wa­ły ją ścia­ny i sprzę­ty tej iz­deb­ki, szklan­ka po­bie­lo­na wy­pi­tym przez mat­kę mle­kiem, roz­sy­pa­ne na sto­le okru­chy ra­zo­we­go chle­ba. Pło­nę­ła wsty­dem na myśl, co by to by­ło, gdy­by on... ten pięk­ny, świet­ny czło­wiek, w swo­im pięk­nym, świet­nym mun­du­rze wszedł tu­taj i zo­ba­czył... Pra­wem odzie­dzi­cze­nia mo­że po­wta­rza­ła w my­śli na­zwy nie­gdyś przez jej oj­ca Lesz­czyn­ce nada­wa­ne. Gdy­by kniaź zo­ba­czył tę dziu­rę, tę no­rę, ten czy­ściec ziem­ski! Bo­lał ją po pro­stu sam wi­dok tej iz­deb­ki; dła­wi­ło po­wie­trze, istot­nie dusz­ne i przy­kre, któ­rym w niej od­dy­cha­ła. Łzy po­ły­ka­jąc mó­wi­ła so­bie, że ona do rze­czy tak pro­za­icz­nych i szpet­nych stwo­rzo­na nie jest, że jak ry­bie wo­dy, pta­ko­wi po­wie­trza, po­trze­ba jej rze­czy po­etycz­nych i pięk­nych. I szcze­rze, głę­bo­ko, z ca­łej si­ły wie­rzy­ła, że miesz­ka­nie He­le­ny Iwa­nów­ny, ze sprzę­ta­mi ja­skra­wą ma­te­rią obi­ty­mi i gra­ci­ków błysz­czą­cych al­bo za­baw­nych peł­ne, to pięk­no, a uczu­cia, któ­re na­mięt­ne spoj­rze­nia i szep­ty knia­zia w niej bu­dzi­ły, to — po­ezja.

I gdy­byż jesz­cze mo­gła tu być sa­ma jed­na, swo­bod­nie wspo­mi­nać, ma­rzyć... Ale to cią­głe tu­taj to­wa­rzy­stwo mat­ki, jej za­py­ta­nia i wy­rzu­ty, jej zgry­zo­ty i noc­ne pła­cze... ach, i ten spo­sób ubie­ra­nia się jej, mó­wie­nia, cho­dze­nia, sa­mo brzmie­nie jej gło­su, sa­ma ciem­ność skó­ry ob­le­ka­ją­cej twarz i rę­ce. Już i daw­niej, od dzie­ciń­stwa pra­wie ra­zi­ło to ją i nie­chę­cią na­peł­nia­ło, lecz w spo­sób nie­okre­ślo­ny, głu­chy. Te­raz wszyst­ko przed oczy­ma jej uwy­pu­kli­ło się i wy­ro­sło, a w my­śli na­bra­ło okre­śleń wy­raź­nych i śmia­łych. Te­raz przy­cho­dzi­ły chwi­le, w któ­rych śmia­ło przed so­bą wy­zna­wa­ła, że mat­ka bu­dzi w niej uczu­cie bar­dzo po­dob­ne do od­ra­zy, ta­kiej zwy­czaj­nej, fi­zycz­nej od­ra­zy, ja­ka cza­sem przej­mu­je rę­ce bia­łe i de­li­kat­ne przy do­ty­ka­niu rąk sczer­nia­łych i zgru­bia­łych, ja­ką cza­sem ner­wa­mi spra­gnio­ny­mi piesz­czo­ty ak­sa­mit­nej wstrzą­sa twar­de i szorst­kie do­tknię­cie.

Ale zda­rza­ły się też chwi­le in­ne, nie wie­dzieć skąd po­cho­dzą­ce: z gło­su na­tu­ry, ze wspo­mnień dzie­ciń­stwa mo­że po­cho­dzą­ce, chwi­le, w któ­rych Inę fa­la uczuć nie­na­zwa­nych a na­głych ku mat­ce rzu­ca­ła. Wte­dy z ra­mio­na­mi do­ko­ła gru­bej ki­bi­ci za­rzu­co­ny­mi i z gło­wą na jej ko­la­nach szep­ta­ła:

— Mam­ciu! Mam­ciu ko­cha­na! Ja wiem... ja wiem... ale nie mo­gę... do­praw­dy, mam­ciu, ja ina­czej nie mo­gę... nie mo­gę...

O czym wie­dzia­ła? Cze­go nie mo­gła? Nie po­wie­dzia­ła te­go ni­g­dy, nie po­tra­fi­ła­by po­wie­dzieć, bo w uczu­ciach i my­ślach jej pa­no­wa­ły cha­os i za­męt, wia­ły burz­li­we wi­chry, le­cia­ły prze­świe­co­ne ja­skra­wym świa­tłem tu­ma­ny ku­rza­wy. A pa­ni Te­re­sa na te piesz­czo­ty i beł­ko­tli­we wy­zna­nia cór­ki w spo­sób roz­ma­ity od­po­wia­da­ła: nie­kie­dy wza­jem­ną piesz­czo­tą i drżą­cej tro­skli­wo­ści peł­ny­mi za­py­ta­nia­mi, ale nie­kie­dy, gdy czu­ła się bar­dzo, bar­dzo, pra­wie nad si­ły, zgnę­bio­na, zgry­zio­na, str­wo­żo­na, zmę­czo­na, nie­cier­pli­wym sark­nię­ciem i gniew­ny­mi sło­wa­mi:

— Nie wiem — mó­wi­ła — cze­go nie mo­żesz i co się z to­bą dzie­je, ale czu­ję, że coś nie­do­bre­go się dzie­je i że wy­słać cię stąd mu­szę... do Lesz­czyn­ki po­je­dziesz... już pi­sa­łam do Te­le­żu­ka, aby po cie­bie przy­je­chał... i pan Ko­niec­ki w tych dniach do do­mu je­dzie, za­bie­rze cię i mo­że u nich, u Ko­niec­kich, nim do Lesz­czyn­ki przy­ja­dę, prze­sie­dzisz... Tu nie zo­sta­niesz... Niań­ką two­ją tu być cza­su i si­ły nie mam... a po­cie­chą i po­mo­cą mat­ce być nie umiesz... ser­ca nie masz...

Wte­dy Ina z wy­bu­chem ob­ra­zy i ża­lu zry­wa­ła się od ko­lan mat­ki i ca­ła w ogniu, ostre bły­ska­wi­ce z oczu wy­rzu­ca­jąc, wo­ła­ła, że ani do Lesz­czyn­ki, ani do Ko­niec­kich nie po­je­dzie za nic, za nic, że prę­dzej da się za­bić, ani­że­li tam po­je­dzie, że mat­ka jej nie ko­cha, że jest ona nie­szczę­śli­wa i od nie­szczę­ścia swe­go choć­by na ko­niec świa­ta uciec by pra­gnę­ła.

Po­tem obie mil­kły, roz­ją­trzo­ne, ob­ra­żo­ne, roz­ża­lo­ne i resz­tę dnia lub wie­czo­ra spę­dza­ły w mil­cze­niu, cza­sem uko­śne, nie­chęt­ne lub nie­spo­koj­ne wej­rze­nia na sie­bie rzu­ca­jąc.

Aż przy­szedł dzień, któ­ry uka­zał In­ce dwa zwier­cia­dła, w zwier­cia­dłach dwie przy­szło­ści i rzekł: „Wy­bie­raj!”

Kie­dy pa­ni Te­re­sa śpiesz­nie bie­gła z wię­zie­nia do do­mu, aby zo­ba­czyć, czy jest tam jej cór­ka, a je­że­li nie jest, szu­kać, gdzie jest, jak nie­raz już by­wa­ło, i u wszyst­kich zna­jo­mych o nią się do­wia­dy­wać, In­ka w naj­od­lud­niej­szym miej­scu za­miej­skie­go par­ku z He­le­ną Iwa­nów­ną roz­ma­wia­ła. Za osło­ną drzew i krze­wów na ma­łej ław­ce bar­dzo bli­sko sie­bie sie­dząc szep­tem obie mó­wi­ły. Mó­wi­ły ci­cho, szyb­ko, nie­zmier­nie ży­wo, wza­jem so­bie mo­wę prze­ry­wa­jąc, jak mó­wić zwy­kli lu­dzie śpiesz­nie na­ra­dza­ją­cy się i sil­nie wzru­sze­ni.

— Więc za trzy dni — szep­ta­ła In­ka — więc już za trzy dni... wy­jeż­dża­cie... a cóż ja po­cznę, co ja po­cznę, co ja nie­szczę­sna po­cznę... ja z de­spe­ra­cji nie wiem, co so­bie zro­bię... zwa­riu­ję chy­ba, uto­pię się...

Za rę­kaw suk­ni ją chwy­ta­jąc He­le­na Iwa­nów­na w mo­wę jej wciąż wpa­da­ła.

— Ależ po­słu­chaj, du­szeń­ka, po­słu­chaj tyl­ko... mó­wić mi nie da­jesz... cią­gle prze­ry­wasz... Jaż mó­wię, że jest spo­sób tak zro­bić, abyś nie po­trze­bo­wa­ła de­spe­ro­wać, wa­rio­wać...

Ale In­kę bu­rza roz­pa­czy po­ry­wa­ła, ogłu­sza­ła, my­śli i uwa­gę jej od to­wa­rzysz­ki od­ry­wa­jąc. Czo­ło roz­pa­lo­ne w obu dło­niach ści­ska­ła, łzy po zbla­dlych po­licz­kach jej pły­nę­ły. Jed­nak szyb­ko, nie­prze­rwa­nie, gwał­tow­nie szep­ta­ła:

— Ma­ma o ni­czym nie wie, ale do­my­śla się, nie­po­koi się, wy­rzu­ty mi ro­bi, chce mnie do Lesz­czyn­ki al­bo do Ko­niec­kich, są­sia­dów na­szych, wy­pra­wić. Ja nie chcę do Lesz­czyn­ki! Ja nie chcę do Ko­niec­kich! Tam grób! Tam noc! Ja nie chcę gro­bu! Ja lę­kam się no­cy! Ja te­raz do­pie­ro po­zna­łam, co to praw­dzi­we ży­cie, co ra­dość, co szczę­ście...

Pła­czem za­nio­sła się, a He­le­na Iwa­nów­na dło­nią usta jej za­my­kać pró­bo­wa­ła.

— Jaż to­bie mó­wię, du­szeń­ka, że jest spo­sób... po­słu­chaj tyl­ko! Jest spo­sób, abyś od gro­bu i no­cy...

— Ja­ki spo­sób! Nie ma żad­ne­go spo­so­bu! Wszak­że wy­jeż­dża­cie, He­le­no Iwa­nów­no... i on... za kil­ka dni... O, Bo­że mój, Bo­że! Już za kil­ka dni...

Znie­cier­pli­wio­na czy roz­czu­lo­na, obu tych zresz­tą uczuć za­pew­ne do­świad­cza­jąc, He­le­na Iwa­nów­na jak sęp gwał­tow­nie dziew­czy­nę szlo­cha­ją­cą w ra­mio­na swe po­rwa­ła, do bo­ku swe­go przy­ci­snę­ła i gło­wę jej jak na po­dusz­ce na pier­si swej oparł­szy, w sa­mo pra­wie ślicz­ne uszko spod ślicz­ne­go ka­pe­lu­si­ka wy­glą­da­ją­ce szep­tać za­czę­ła. Ci­cho szep­ta­ła, dłu­go szep­ta­ła, cza­sem krót­kie po­ca­łun­ki po twa­rzy Iny roz­sie­wa­jąc, cza­sem śmie­jąc się ci­chut­ko, piesz­czo­tli­wie. Z szep­ta­nia jej wy­bi­ja­ły się nie­kie­dy sło­wa gło­śniej nie­co wy­ma­wia­ne: kniaź... roz­wód... ślub... lu­bie­nie... Pe­ters­burg... knia­hi­ni... ba­le... ry­sa­ki... mąż kra­sa­wiec...

Ina nie pła­ka­ła już, lecz drżeć za­czę­ła i tak drża­ła, że He­le­na Iwa­nów­na zlę­kła się mo­że, aby z ław­ki nie spa­dła, bo z wiel­kim sze­le­stem cze­su­czo­wych, bom­bia­stych rę­ka­wów moc­niej jesz­cze do sie­bie przy­ci­snę­ła, szep­tać, chi­cho­tać, ca­ło­wać nie prze­sta­jąc, aż na ko­niec...

Po chwi­li dość dłu­giej zgrab­ne, szczu­płe, w bia­ły mu­ślin ob­le­czo­ne ra­mio­na dziew­czy­ny wy­cią­gnę­ły się ku gó­rze i szy­ję przy­ja­ciół­ki, tro­chę krót­ka­wą, tro­chę gru­ba­wą, z ta­ką na­gło­ścią i mo­cą ob­ję­ły, że aż na czar­nych jej wło­sach prze­krzy­wił się ka­pe­lusz z kwia­tów bzu uple­cio­ny i roz­ko­ły­sa­ły się we wszyst­kie stro­ny je­go ma­łe, bia­łe piór­ka.

Ozna­czał­że ten mil­czą­cy, na­mięt­ny, dłu­gi uścisk In­ki trwo­gę czy ra­dość lub wdzięcz­ność, tu­le­nie się pod opie­kę czy­jąś i od­da­wa­nie się w moc czy­jąś, czy wszyst­ko to ra­zem zmie­sza­ne, wzbu­rzo­ne, skłę­bio­ne w je­den po­ryw, w jed­ną żą­dzę, w je­den szał?

Wkrót­ce po­tem Ina do mi­zer­nej iz­deb­ki swej wcho­dzi­ła, a pa­ni Te­re­sa za­dzi­wi­ła się uj­rzaw­szy ją tak ła­god­ną, ci­chą, czu­łą, ja­ką tu nie by­wa­ła już od daw­na. Za­raz ode drzwi po­gar­nę­ła się ku mat­ce i dziw­nie po­kor­na, za­my­ślo­na, w obie rę­ce ją po­ca­ło­wa­ła. Po­tem jak­by za­py­ta­nia i wy­rzu­ty uprze­dzić pra­gnąc, mó­wić za­czę­ła, że by­ła w par­ku, że te­raz tam spi­ree prze­pysz­nie kwit­ną i Lesz­czyn­kę jej przy­po­mnia­ły, że ju­tro pój­dzie z mat­ką do wię­zie­nia i tro­chę kwia­tów tych bra­ciom za­nie­sie. Za­pa­li­ła ma­łą lamp­kę i za­czę­ła przy świe­tle jej suk­nię mat­czy­ną w kil­ku miej­scach roz­dar­tą na­pra­wiać.

Pa­ni Te­re­sa nie­do­wie­rza­ją­co i nie­spo­koj­nie zra­zu na cór­kę pa­trza­ła, lecz wkrót­ce ra­dość bło­ga do ser­ca wstę­po­wać jej za­czę­ła.

Ja­ka ona ślicz­na, ja­ka mi­ła, gdy tak uspo­koi się, zła­god­nie­je, nad ro­bo­tą ja­ką zło­tą głów­kę swą po­chy­li! Ba­jecz­nie do oj­ca po­dob­na! Te sa­me oczy i wło­sy... te sa­me wa­dy i ten sam czar! I tak sa­mo... raz anioł, raz sza­tan!

A In­ka szy­ła i nie­kie­dy sza­fi­ro­we oczy swe z aniel­skim spoj­rze­niem na mat­kę pod­no­sząc mó­wi­ła, że szko­da, ach, ja­ka szko­da i ja­kie nie­szczę­ście, że wy­rok na Jan­ka i Ol­ka nie kniaź, ale ten ja­kiś no­wy i nie­wia­do­my wy­da­wać bę­dzie...

— A ty skąd wiesz o tym? — za­dzi­wi­ła się pa­ni Te­re­sa.

Z ła­god­nym wzru­sze­niem ra­mion od­po­wie­dzia­ła:

— Sły­sza­łam... wszy­scy o tym mó­wią... Kniaź wczo­raj urząd swój zło­żył i dziś już w ko­mi­sji nie za­sia­dał.

Sły­sza­ła o tym istot­nie od nie­go. On dziś u He­le­ny Iwa­nów­ny, bli­sko, bli­sko niej sie­dząc i rę­kę jej w swo­jej trzy­ma­jąc, mó­wił:

— Ja na bra­ci wa­szych, Ino Ju­lia­nów­no, wy­ro­ku wy­da­wać nie bę­dę, bo z gó­ry przy­ka­za­no, abym był sro­gim... więc ka­mie­nia te­go nie po­ło­żę i do­łu te­go nie wy­ko­pię po­mię­dzy to­bą a so­bą, ty mo­ja uko­cha­na, upra­gnio­na...

Go­rą­co ża­ru i wi­no upo­je­nia na­peł­ni­ły jej pierś i gło­wę, gdy te­raz de­li­kat­ny­mi nić­mi dziu­rę w suk­ni mat­czy­nej ce­ru­jąc sło­wa te wspo­mi­na­ła. Mia­ła ta­kie uczu­cie, jak­by ta dziu­ra i to ce­ro­wa­nie w pal­ce ją pie­kły, jed­nak ce­ro­wa­ła da­lej cier­pli­wie i gdy po chwi­li oczy na mat­kę pod­nio­sła, coś na kształt ża­lu w nich bły­snę­ło. Na myśl, co za dni pa­rę sta­nie się, stać się mu­si, co po­mię­dzy nią i mat­ką jej jak ka­mień i jak dół — o, jak głę­bo­ki, le­gnie, ser­ce jej uszka po­ka­za­ło... na chwi­lę.

Pa­ni Te­re­sa z za­ci­śnię­ty­mi kur­czo­wo rę­ko­ma, z głę­bo­ko wpa­dły­mi oczy­ma sie­dzia­ła na łóż­ku zdru­zgo­ta­na, zgnę­bio­na. Sy­na­mi za­ję­ta, o pie­nią­dze na dal­szy po­byt w mia­stecz­ku skło­po­ta­na, ni­ko­go ze zna­jo­mych w ostat­nich dniach nie wi­du­jąc, o tym, że zmia­na dla niej strasz­na już za­szła, nie wie­dzia­ła.

Co te­raz na­stą­pi? O Bo­że, co na­stą­pi? I kie­dy na­stą­pi? Ry­chło za­pew­ne, ry­chło. Wóz al­bo prze­wóz. Nie­bo al­bo pie­kło. Z Jan­kiem i Ol­kiem do Lesz­czyn­ki po­wró­ci al­bo...

Dwa dni upły­nę­ły i — wy­rok za­padł... Pod­pi­sa­ła go rę­ka od rę­ki knia­zia czer­wień­sza... roz­ka­zo­wi zresz­tą otrzy­ma­ne­mu z gó­ry po­słusz­na.

Zsył­ka do Per­mu, w cza­sie jak naj­krót­szym pod zbroj­ną stra­żą ma­li bun­tow­ni­cy od­wie­zie­ni zo­sta­ną do naj­bliż­szej — jed­nak da­le­kiej — sta­cji ko­lei że­la­znej, a stam­tąd pa­ro­wo­zem na gra­ni­cę dwóch czę­ści ku­li ziem­skiej, pod sto­py Ura­lu...

...Z twa­rzą, któ­ra po­wle­ka­ła się bar­wą zie­mi­stą, z po­wie­ka­mi w po­ciem­nia­łych oczo­do­łach od pła­czu krwa­wy­mi pa­ni Te­re­sa sta­ła przed wię­zien­ny­mi wro­ta­mi i pa­trza­ła na od­da­la­ją­cy się dwu­kon­ny wóz... Do­pó­ki tyl­ko doj­rzeć je by­ło moż­na, pa­trza­ła na co­raz da­lej od­da­la­ją­ce się, od­da­la­ją­ce dwie ma­łe, bla­de twa­rze, któ­re na wo­zie ob­ra­ca­ły się ku niej, jak opłat­ki świe­cąc wśród pod­nie­sio­nych do­ko­ła luf i i ba­gne­tów.

Gdy na za­krę­cie dro­gi zni­kły — ode­szła.

Nie bie­gła, nie pę­dzi­ła; szła po­wo­li z pier­sią cięż­ko dy­szą­cą, z ple­ca­mi po raz pierw­szy w ży­ciu przy­gar­bio­ny­mi.

Nic do­ko­ła nie wi­dzia­ła, nie sły­sza­ła, o ni­czym nie my­śla­ła. Du­sza jej krwa­wym gwoź­dziem przy­bi­ta do tych ma­łych, bla­dych twa­rzy, któ­re tyl­ko co w od­da­le­niu sprzed oczu jej zni­kły, wlo­kła się za ni­mi ca­ła, wsu­wa­ła się po­mię­dzy ota­cza­ją­ce je ba­gne­ty, kre­śli­ła nad ni­mi obron­ne i opie­kuń­cze krzy­że, ca­ło­wa­ła, że­gna­ła spła­ka­ne oczy Ol­ka, jak płót­no zbie­la­łe, lecz har­do za­ci­śnię­te usta Jan­ka.

Na kształt ra­nio­ne­go zwie­rza, któ­ry in­stynk­tem gna­ny czoł­ga się ku le­go­wi­sku swe­mu, aby paść na nie i skom­ląc z bó­lu ra­nę swo­ją li­zać, peł­za­ła ra­czej niż szła ku swej na­ję­tej, mi­zer­nej iz­deb­ce...

Tu, na drzwi iz­deb­ki spoj­rzaw­szy, przy­po­mnia­ła so­bie.

„A In­ka?”

Gdzie jest In­ka? Mia­ła wnet za nią przy­biec do wię­zie­nia i ostat­nie go­dzi­ny te spę­dzić z brać­mi, a tyl­ko na chwi­lę cze­goś jesz­cze do mia­stecz­ka...

— Za­raz przy­bie­gnę, mam­ciu, za­raz przy­bie­gnę...

Mia­ła ka­pe­lusz na gło­wie, w rę­ku pa­ra­sol­kę, na po­licz­kach ru­mień­ce sil­ne i w oczach łzy...

— Niech mam­cia idzie, ja za­raz przy­bie­gnę...

Od­bie­gła, wró­ci­ła, uści­snę­ła mat­kę. Dziw­nie uści­snę­ła, moc­no, dłu­go. Ale pa­ni Te­re­sa nie dzi­wi­ła się. W dniu tak strasz­nym, w tym pie­kiel­nym dla niej dniu... że cór­ka za­pła­ka­ła, uści­snę­ła, cóż dziw­ne­go?

Jed­nak nie przy­szła! Cóż to zna­czy? Gdzie jest? Co się z nią dzie­je?

Nie­cier­pli­wie, sil­nie, gło­śno pchnę­ła przed so­bą drzwi iz­deb­ki. We­szła.

Nie ma In­ki.

Coś się dzia­ło w tej iz­deb­ce, coś się tu dzia­ło!

Szu­fla­da sta­rej, krzy­wej ko­mo­dy, w któ­rej In­ka swo­je róż­ne mu­ślin­ki, pa­ski cho­wa­ła, w ca­łej sze­ro­ko­ści wy­cią­gnię­ta, pu­sta.

Miej­sce na ścia­nie, gdzie su­kien­ki swo­je za­wie­sza­ła, pu­ste.

Je­zus, Ma­ria!

Na sto­le, o szklan­kę z nie­wy­pi­tym mle­kiem opar­ta, kar­ta pa­pie­ru jej rę­ką za­pi­sa­na.

O Je­zus, Ma­ria!

Mo­ja ko­cha­na mam­ciu! Mnie bar­dzo przy­kro, ja bar­dzo ża­łu­ję, że mam­cię roz­gnie­wam i zmar­twię, ale ina­czej nie mo­gę! Nie mo­gę! Kie­dy mam­cia czy­tać to bę­dzie, ja da­le­ko już stąd... da­le­ko... Mnie na­wet smut­no, że ma­mę po­rzu­cam, ale tak ko­cham, tak nad ży­cie, bez gra­nic ko­cham... Ma­ma zna je­go... to kniaź Bo­rys... I on ko­cha mnie sza­le­nie, bez gra­nic, ale ja nie z nim ja­dę, tyl­ko z pew­ną przy­ja­ciół­ką je­go i mo­ją, u któ­rej też w Pe­ters­bur­gu miesz­kać bę­dę, do­pó­ki ślu­bu z so­bą nie weź­mie­my... A kie­dy już zo­sta­nę żo­ną knia­zia, co wkrót­ce na­stą­pi, wszyst­kim nam bę­dzie le­piej. On dla Jan­ka i Ol­ka po­wrót do do­mu wy­jed­na, a Broń­cią i Lu­dwin­ką ja za­opie­ku­ję się, aby im edu­ka­cję świet­ną...

By­ło tam pi­sma wię­cej jesz­cze wie­le: wy­raź­niej­sze od in­nych wy­stę­po­wa­ły wśród nie­go sło­wa: „mi­łość”, „szczę­ście”, „prze­są­dy”, „wszę­dzie oj­czy­zna mo­że być”, „wszyst­kie wia­ry so­bie rów­ne”, ale pa­ni Te­re­sa czy­tać da­lej nie mo­gła, bo z trzę­są­cych się rąk jej wy­pa­dła kart­ka pa­pie­ru i sze­ro­ko, sze­ro­ko roz­war­ły się te rę­ce, a po­tem gło­śno kla­snę­ły w dło­nie, gdy z ust tak jak ta kart­ka zbie­la­łych wy­padł krzyk:

— Łaj­dacz­ka!

Padł krzyk ten w ci­szę iz­deb­ki jak ka­mień w wo­dę i dłu­go po nim nic nie na­stę­po­wa­ło. Jak w ka­mień ob­ró­co­na sta­ła pa­ni Te­re­sa z rę­ka­mi roz­po­star­ty­mi, z od­de­chem w pier­si krót­kim i świsz­czą­cym, z czo­łem, war­ga­mi i po­licz­ka­mi drga­ją­cy­mi. W ciem­nych głę­bo­kich oczo­do­łach, pod za­krwa­wio­ną od łez po­wie­ką go­rzał pło­mień gnie­wu i mo­rze po­gar­dy roz­le­wa­ło się po ustach, gdy wy­cho­dzić z nich po­czął dy­szą­cy, sy­czą­cy szept:

— A nie­do­cze­ka­nie two­je, abyś ty... dzieć­mi my­mi... opie­ko­wać się mia­ła... ty... ty...

I na­gle krzyk zno­wu prze­raź­li­wy, ogrom­ny, po­dob­ny tym, ja­ki­mi mat­ki wtó­rzą za­bi­ja­niu gwoź­dzia­mi tru­mien ich dzie­ci.

— In­ka, dziec­ko mo­je! Je­zus, Ma­ria! In­ka mo­ja, In­ka!

Ru­nę­ła na zie­mię, ra­mio­na na niej roz­po­star­ła, pal­ce wbi­ła w de­skę pod­ło­gi, czo­łem o pod­ło­gę ude­rzy­ła i — nie­ru­cho­ma po­zo­sta­ła, a tyl­ko z pier­si jej do­by­wać się po­czę­ły dźwię­ki bez słów, gło­śne, nie­ustan­ne, po­dob­ne do szlo­chów su­chych i ni­g­dy skoń­czyć się nie ma­ją­cych, po­dob­ne do te­go wy­cia, z ja­kim nie­kie­dy nad roz­ło­ga­mi śnie­gów la­ta­ją zi­mo­we wia­try.

Tak u zwa­li­ska zbu­rzo­nej Troi He­ku­ba, Pria­mo­wa żo­na, wy­ła z ża­ło­ści po sy­nach po­bi­tych i uwię­zio­nych cór­kach.


Bóg wie kto

(R. 1863)

...A te­raz opo­wiem z dzie­jów wio­sny owej hi­sto­ryj­kę śmiesz­ną.

— Jak to — dzi­wisz się — po­śród tra­ge­dii ta­kiej — śmiech? O, mo­ja dro­ga, ży­cie jest zle­pem gli­ny i mar­mu­ru, uplo­tem sznu­rów pe­reł i sznur­ków ko­ra­li.

Per­ło­we ga­my śmie­chu nad ko­ra­lo­wą stru­gą krwi, cień no­cy na jutrz­ni po­ran­nej, cień grze­chu na sza­cie anio­ła, na zło­to­gło­wiu łzy — ska­czą­cy i ubie­lo­ny klown w po­nu­rej ce­li smut­ku. Wszyst­ko by­wa i by­wa ra­zem, w jed­nym mo­men­cie cza­su — w jed­nym ser­cu ludz­kim.

Pe­wien pi­sarz słyn­ny, ile­kroć kre­ślił sło­wo: ży­cie, ty­le­kroć obok umiesz­czał w na­wia­sie in­ne: ga­li­ma­tias.

Ga­li­ma­tias ta­ki, że niech już w nim sa­mo tyl­ko oko Bo­że roz­róż­nia gli­nę od mar­mu­ru, rdzę, któ­ra pla­mi pła­tek bia­łej ró­ży, od spa­lo­ne­go w ża­rach sło­necz­nych jej ser­ca, śmie­chem dzwo­nią­ce per­ły — od sznu­rów ko­ra­li, cie­ką­cych kro­pla­mi krwi...

I to zważ jesz­cze, że im ser­ce głęb­sze, im kla­wia­tu­ra je­go szer­sza i cień­sze, zwin­niej­sze pal­ce, któ­re kla­wi­sza­mi po­ru­sza­ją, tym częst­szy­mi być w nim mu­szą spo­tka­nia chmur z błę­ki­tem, wy­bie­lo­nych klow­nów z czar­ny­mi smut­ka­mi, rdzy z bia­ło­ścią, łez ze śmie­chem...


*

Oj, by­ły­śmy, by­ły za śmiech ten nasz dłu­go gde­ra­ne! Oj, by­ły że­śmy za ten nasz fi­giel gro­mio­ne!

Bo i trze­ba by­ło mło­do­ści buj­nej, lek­ko­myśl­nej, roz­ba­wio­nej, roz­piesz­czo­nej, aby fi­gla po­dob­ne­go spła­tać; bo i trze­ba by­ło szczę­ścia du­że­go, aby zań po­ku­ty nie po­nieść...

Dzie­więć nas wszyst­kich by­ło i miał­by wi­dok cie­ka­wy, a śmiem po­wie­dzieć — i ład­ny, kto by nas dnia owe­go w tym po­ko­ju i na­oko­ło sto­łu te­go wi­dział.

W po­cząt­ku mar­ca po­wie­dzia­no nam: ro­bić szar­pie i ban­da­że, szyć ko­szu­le je­dwab­ne i kon­fe­de­rat­ki; a tu ma­rzec koń­ca swe­go do­bie­ga — i jesz­cze nie wszyst­ko go­to­we.

Wie­le­śmy już zro­bi­ły. Żad­na z nas już ani jed­nej szal­ki al­bo szmat­ki je­dwab­nej nie po­sia­da­ła, bo wszyst­kie po­szły na te ko­szu­le, co to się ich brud i ro­bac­two nie ima­ją. Skrzyn­ki też spo­rej wiel­ko­ści — z pu­cha­mi szar­pi, śnie­ga­mi bie­li­zny róż­nej na­peł­nio­ne. Ale kon­fe­de­rat­ki... Za­le­d­wie przed pa­ru dnia­mi ba­ran­ko­we oszy­cie do nich przy­wie­zio­no.

Nie na­sza wi­na! Mia­stecz­ko da­le­kie — i nikt w nim do­tąd o ta­kich ilo­ściach fu­te­rek ba­ran­ko­wych ani sły­szał. Z więk­sze­go i jesz­cze dal­sze­go mia­sta spro­wa­dzo­ne spóź­ni­ły się, lecz gdy tyl­ko przy­by­ły, wnet we wszyst­kie stro­ny roz­le­cia­ły się po są­siedz­twie wi­ci, na pil­ną, na­głą, wspól­ną, ro­bo­tę zwo­łu­ją­ce.

— Przy­jeż­dżaj­cie! Przy­jeż­dżaj­cie!

— Ste­fu­niu, Oktu­niu, Kle­mu­niu, Ma­ry­niu, Win­cu­siu, To­siu, przy­jeż­dżaj­cie! Przy­jeż­dżaj­cie i za­bie­raj­cie się do szy­cia!

— A mo­że i pa­ni hra­bi­na przy­je­chać i szyć, szyć, szyć z na­mi ze­chce?

— Na­tu­ral­nie! — od­po­wie­dzia­ła — z chę­cią wiel­ką, z ra­do­ścią!

— I ślicz­ną In­kę, pa­ni Te­re­sy ubo­giej, ale tak za­cnej cór­kę, za­pro­sić trze­ba?

— A jak­że! Na­tu­ral­nie! Cze­muż by nie!

Do okrą­głej dzie­siąt­ki jed­nej za­bra­kło, ale osiem przy­je­cha­ło, a że do mnie przy­je­cha­ły, więc by­łam dzie­wią­ta.

Przy­je­cha­ły do mnie, bo ja wów­czas — oho! — mia­łam skarb! Skarb ten mia­łam ró­ża­ny i zło­ty, któ­ry na­zy­wa się mi­łość ludz­ka.

Nie wiem za co. Mo­że za mło­dość, mo­że za wiel­ką ży­wość, mo­że za to, że ser­ce no­si­łam na dło­ni, ta­kie go­rą­ce, że stru­mie­nie cie­pli­ka do­ko­ła roz­le­wa­ło — i od tęcz, któ­re w nim gra­ły, roz­iskrzo­ne.

A mo­że to i nie był skarb rze­czy­wi­sty, ale tyl­ko w je­go rze­czy­wi­stość wia­ra? Już te­raz i nie zdo­łam w tej mo­jej pierw­szej, buj­nej mło­do­ści roz­róż­nić, co by­ło praw­dą, a co tyl­ko wia­rą, jesz­cze przez żad­ne zmien­ne al­bo zim­ne usta nie zdmuch­nię­tą.

Dość że wów­czas, kie­dy za­śmia­łam się, wszy­scy się śmia­li, kie­dy za­pła­ka­łam, wszy­scy przy­bie­ga­li py­tać: „Cze­go? cze­go?”, kie­dy od­da­la­łam się, wszy­scy wo­ła­li: „Nie od­chodź”, a kie­dy za­wo­ła­łam: „Przy­by­waj­cie!” — wszy­scy przy­la­ty­wa­li.

Przez ca­łe przed­po­łu­dnie — po­wóz za po­wo­zem, po­wo­zik za po­wo­zi­kiem — przed ga­nek do­mu za­jeż­dża­ją.

Oktu­nia, zgrab­na jak ula­na, w ama­zon­ce i ka­pe­lu­si­ku z piór­kiem jak z an­giel­skie­go szty­chu zdję­ta, kon­no przy­je­cha­ła.

Pa­ni hra­bi­na, pięk­na, sil­na bru­net­ka, jed­ną hi­sto­rię tra­gicz­ną za so­bą, a dru­gą przed so­bą ma­ją­ca, dziś wy­sko­czy­ła z ka­re­ty śmie­jąc się i czar­ne bły­ski dże­tów, któ­re suk­nię jej okry­wa­ły, na wszyst­kie stro­ny roz­sie­wa­jąc.

In­kę mat­ka przy­sła­ła wóz­kiem jed­no­kon­nym, przez chło­pa w ba­ra­niej cza­pie po­wo­żo­nym.

Nie­wie­le przed po­łu­dniem wszyst­kie by­ły­śmy już zgro­ma­dzo­ne w ró­żo­wym po­ko­ju.

Sa­lo­nik nie­du­ży, do więk­sze­go przy­le­ga­ją­cy i ta­ki ró­żo­wy jak mło­dość mo­ja. Na ró­żo­wość mło­do­ści mo­jej po­czy­na­ły wy­pły­wać nie­śmia­ło jesz­cze peł­za­ją­ce lub szyb­ko prze­la­tu­ją­ce chmur­ki, ale w po­ko­ju fi­ran­ki u drzwi i okien, obi­cie na sprzę­tach, ara­be­ski na ścia­nach — ró­żo­we. Tyl­ko przez dwa okna zza fe­sto­nów fi­ra­nek sza­re nie­bo mar­co­we i sza­ra mgieł­ka mar­co­we­go desz­czy­ku za­glą­da­ły, sprze­cza­jąc się z kwia­ta­mi. Bo tu i ów­dzie, na gzym­sie ko­min­ka, na eta­żer­kach, sto­łach, po­mię­dzy bia­ły­mi ko­lu­mien­ka­mi, zdo­bią­cy­mi biur­ko sta­ro­świec­kie, w wa­zo­nach i wa­zo­ni­kach — ro­śli­ny kwit­ną­ce. Oprócz kwia­tów na gzym­sie ko­min­ka jest jesz­cze kot czar­ny, któ­ry u ram wiel­kie­go, mę­skie­go por­tre­tu w kłąb zwi­nię­ty śpi, aż chra­pie. Przez okna w sza­rej mgieł­ce wi­dać drze­wa, drze­wa, drze­wa, a po­nie­waż bez­list­ne są jesz­cze, więc śród nich ciem­ne od wil­go­ci szla­ki alei, alei, alei...

Cia­sno dziś w ró­żo­wym po­ko­ju. Prze­ciw­ko zwy­cza­jo­wi po­środ­ku stoi dłu­gi stół, a do­ko­ła sto­łu na dzie­wię­ciu ró­żo­wych krze­słach sie­dzi­my wszyst­kie dzie­więć, ró­żo­we od po­wi­tań ser­decz­nych i ser­decz­niej­sze­go jesz­cze nad nie za­pa­łu.

Na wy­so­kich po­rę­czach krze­seł, już i wów­czas sta­ro­świec­kich, na ka­na­pie roz­ło­ży­stej, na bocz­nych sto­li­kach, eta­żer­kach, biur­ku — roz­wie­szo­ne, roz­ło­żo­ne ma­te­ria­ły weł­nia­ne trzech ko­lo­rów. Bia­łość, ama­ran­to­wość i sza­fi­ro­wość.

Po­kój wy­glą­da jak wiel­kich roz­mia­rów sztan­dar na­ro­do­wy. Pstro i peł­no. Tak peł­no, że ile­kroć któ­ra z nas wsta­nie i po po­ko­ju się ob­ró­ci, ty­le­kroć coś bia­łe­go, ama­ran­to­we­go lub sza­fi­ro­we­go skąd­ciś ścią­gnie i za so­bą po­cią­gnie, a in­ne prze­strze­ga­ją: „Ostroż­nie! Kasz­mir spla­mić się mo­że!” Bo z kasz­mi­ru tych trzech ko­lo­rów szy­ją się kon­fe­de­rat­ki. Jak w nich par­tia ład­nie wy­glą­dać bę­dzie!

— Jak łan kwia­tów! — po­ety­zo­wać za­czy­nam.

— Jak ma­ki z bła­wat­ka­mi zmie­sza­ne — ru­mie­niąc się i z ci­cha po­ety­zo­wa­nie kon­ty­nu­uje Ste­fu­nia.

Mę­żat­ką już jest od lat kil­ku i pa­nią du­że­go, bo­ga­te­go do­mu, a nic jesz­cze nie zdo­ła­ło choć­by o pół to­nu pod­nieść ska­li jej nie­śmia­łe­go gło­su ani od czę­stych ru­mień­ców ochro­nić twa­rzy — bia­łej wśród bar­dzo czar­nych wło­sów.

— Nie jak ma­ki ani żad­ne in­ne kwia­ty, ale — jak wiel­ki trzy­ko­lo­ro­wy sztan­dar wy­glą­dać bę­dą!

Sło­wa te z sze­ro­kim ge­stem ra­mie­nia wy­mó­wi­ła naj­wyż­sza spo­mię­dzy nas wzro­stem i oczy naj­smut­niej­sze, a czo­ło naj­bled­sze ma­ją­ca Kle­mu­nia Ko­niec­ka. Naj­po­waż­niej­sza też spo­mię­dzy nas by­ła mo­że dla­te­go, że naj­star­sza, bo mia­ła już lat aż dwa­dzie­ścia pięć. Z dru­gie­go koń­ca — cy­fra wie­ków na­szych za­my­ka­ła się osiem­na­sto­ma la­ta­mi ślicz­nej In­ki.

W po­ko­ju pstro, ale na nas pstro­ci­zny żad­nej nie ma, o, nie! Ża­ło­ba na­ro­do­wa. Suk­nie czar­ne, ozdo­by z dże­tu lub po­le­ro­wa­nej i kunsz­tow­nie wy­ra­bia­nej sta­li. Wło­sów tyl­ko ca­ła ga­ma: od kru­czo­czar­nych, przez róż­ne od­cie­nie zło­ta, do ja­snych jak len.

Zra­zu du­ży był gwa­rek gło­sów. Oglą­da­nie ma­te­rii, chwa­le­nie, ga­nie­nie, na­ra­dy, zwró­co­ne do mnie za­py­ta­nia.

— Ile ich uszyć ma­my?

Krót­ko, lecz z du­mą od­po­wia­dam:

— Sto.

Aż krzyk­nę­ły:

— Tak wie­le!

— Da­le­ko wię­cej trze­ba. Czę­ści tyl­ko pod­ję­łam się za sie­bie i za was.

— Ano do­brze! Zro­bi się! Szko­da na­wet, że nie wię­cej. Za­wi­nie­my się i dzień, dwa, trzy...

— Ty­dzień, dwa! — re­flek­tu­je Kle­mu­nia.

— Niech so­bie i ty­dzień al­bo dwa! Ka­mie­niem za­sią­dzie­my i bę­dzie­my szyć, szyć, szyć...

Za­czy­naj­my te­dy! Do­brze, ale nim szy­cie roz­po­cząć, skro­ić wprzód trze­ba. We­dług for­my — tej oto! Któ­ra naj­le­piej kro­ić umie? Win­cu­sia umie! Oto no­ży­ce, praw­dzi­wie kra­wiec­kie, do­sko­na­łe!

Ro­sła, zgrab­na, ho­ża, sta­lo­wy­mi szpil­ka­mi u szyi, pa­sa i wło­sów bły­ska­ją­ca Win­cu­sia, w od­waż­nej i raź­nej po­sta­wie u sto­łu sta­je, ma­te­rie przed so­bą roz­kła­da i — czach, czach, czach!

Oka­zu­je się, że nie­oso­bli­wie umie. Już pa­rę ka­wał­ków kasz­mi­ru ze­psu­ła, lecz to jesz­cze ma­ła bie­da.

— Du­żo go jest, więc choć­by go tro­chę i na­psu­ła... Ale ba­ran­ków, wie­cie co, że ba­ran­ków zda­je się... ma­ło...

Wes­tchnie­nia trwoż­ne.

— Tak, tak, bar­dzo ich ja­koś ma­ło! Broń Bo­że, nie wy­star­czy.

Win­cu­sia to­nem ża­ło­snym:

— Bo­ję się! Niech kto in­ny.

Ba! ła­two po­wie­dzieć! ale kto?...

— Mo­że pa­ni hra­bi­na umie?

Wstrzą­snę­ła się prze­czą­co, tak że aż czar­ne bły­ski dże­tów do­ko­ła sie­bie roz­sy­pa­ła.

— Jak ży­ję, nie kro­iłam nic!

— Oktu­niu! Mo­że ty...

Ama­zon­ka, igłę z ni­cią przez kasz­mir prze­wle­ka­jąc i gło­wy ja­sno­zło­tej znad ro­bo­ty nie pod­no­sząc, gło­śno na ca­ły po­kój, na nu­tę słyn­nej wów­czas arii: Ra­che­lo, kie­dy Pan w do­bro­ci nie­po­ję­ty — za­śpie­wa­ła i za­tre­lo­wa­ła:

— Nie u-miem — nie u-miem — daj­cie­ee-mi świę­ęę-ty — po­oo-kój!

Ma­ryl­ki Ja­ro­szyń­skiej za­wo­łać, pan­na słu­żą­ca to jest, któ­rej trzej bra­cia do par­tii idą. Ufać jej moż­na, jak zresz­tą ca­łej służ­bie.

Przy­wo­ła­na wbie­gła. Su­kien­ka w ża­łob­ne krat­ki, gło­wa w locz­kach, ży­wa, fer­tycz­na, śmia­ła. Do­wie­dziaw­szy się, o co cho­dzi, okiem znaw­czy­ni fu­ter­ka ba­ran­ko­we si­we i bia­łe obej­rza­ła, po czym ze wzru­sze­niem ra­mion:

— I to ma do stu cza­pe­czek wy­star­czyć, jesz­cze ta­kich kwa­dra­to­wych! Żar­ty chy­ba! Le­d­wie mo­że do sześć­dzie­się­ciu wy­star­czy.

— Je­zus, Ma­ria! Co ty wy­ga­du­jesz, Ma­ryl­ko!

— Bóg wie, co ple­ciesz!

— Nie znasz się!

— Nie­szczę­ście prze­po­wia­dasz...

— Tu żar­tów nie ma! To by­ło­by nie­szczę­ście!...

— O no­wym spro­wa­dza­niu ani my­śleć!...

— Gdzież tam! Cza­su już nie ma...

— Krój, Ma­ryl­ko! Za­czy­naj kra­jać! Zo­ba­czysz, że wy­star­czy...

Rę­ce bła­gal­nie zło­ży­ła i gło­si­kiem cien­kim za­wo­ła­ła:

— Bo­ję się! Jak ma­mę ko­cham, nie wy­star­czy, a po­tem pa­nie po­wie­dzą, że źle wy­miar­ko­wa­łam i że to mo­ja wi­na!

Nic tak ła­two do pa­sji do­pro­wa­dzić nie mo­że jak strach. Stra­chem zdję­ła mię prze­po­wied­nia Ma­ryl­ki, więc wpa­dam w pa­sję i nie wo­łam już, ale krzy­czę, wprost krzy­czę:

— Pa­ni Czer­nic­kiej tu po­proś. Po­wiedz, że pro­si­my bar­dzo, że­by przy­szła!

— Czer­nic­kiej! Czer­nic­kiej! — po­wta­rza za mną chór kil­ku gło­sów, a in­ne wo­ła­ją:

— Czer­ni­si! Czer­ni­si na ra­tu­nek za­wo­łać!

Żo­na to nad­le­śne­go, w ofi­cy­nie miesz­ka­ją­ca z mę­żem i z sy­nem je­dy­na­kiem, któ­rzy obaj do par­tii iść ma­ją. O, ta na wszyst­kim zna się! Gdy idzie o go­spo­dar­stwo i wszel­kie in­ne ta­kie rze­czy, wszyst­ko ro­bić umie i ro­bi gor­li­wie, su­mien­nie.

Wcho­dzi. Wy­so­ka ta­ka, że my przy niej li­li­put­ki, a ta­ka od gó­ry do do­łu cien­ka i rów­na, że nić gład­ko wy­przę­dzio­ną przy­po­mi­na. U szczy­tu głów­ka ma­ła, z ma­łą twa­rzycz­ką żół­tą i ma­ły­mi oczka­mi czar­ny­mi, a z ty­łu gło­wy ubo­żuch­ny war­ko­czyk, spi­ral­ną li­nią ster­czą­cy nad wło­sa­mi, tak wy­gła­dzo­ny­mi i błysz­czą­cy­mi, że zda­je się być bar­dzo ob­ci­słym cze­pecz­kiem z czar­ne­go atła­su. Czar­ną suk­nię na so­bie ma i na czo­le pod czar­nym atła­sem wło­sów zmarszcz­ki bar­dzo sym­pa­tycz­ne, bo o ja­kichś po­czci­wych tro­skach i tru­dach opo­wia­da­ją­ce, wy­raź­nie opo­wia­da­ją­ce.

Cie­ka­wie na nas i na ro­bo­tę na­szą spo­glą­da i we­zwa­niem ura­do­wa­na, z uśmie­chem kła­nia się na wszyst­kie stro­ny. A z na­szej stro­ny zgiełk wy­krzyk­ni­ków:

— Czer­ni­siu, ra­tuj! Oto ba­ran­ki!... Sto kon­fe­de­ra­tek uszyć! Zmi­łuj się, zrób tak, aby wy­star­czy­ło! Po­patrz, po­miar­kuj, wy­mierz, skrój!

Pa­trza­ła, miar­ko­wa­ła, na wszyst­kie stro­ny ba­ran­ki ob­ra­ca­ła mil­cząc. Zły znak, że mil­czy. Ża­den Grek w ob­raz Py­tii trwoż­niej­sze­go wzro­ku nie wle­piał, niż nasz był w tej chwi­li.

— Cóż? Jak pa­ni Czer­nic­ka o tym my­śli?

— Co my­ślisz, Czer­ni­siu?

A ona z za­sta­no­wie­niem i to­nem uro­czy­stym od­po­wia­da:

— Nic nie my­ślę. I nic te­raz osta­tecz­ne­go nie po­wiem. Stra­szyć nie chcę i obie­ca­nek-ca­ca­nek nie lu­bię. Mo­że wy­star­czy. Mo­że nie wy­star­czy. Do­brze miar­ko­wać i wy­miar­ko­wać trze­ba. Ale — że zro­bię wszyst­ko, co w moż­no­ści czło­wie­czej jest, o tym pa­nie upew­niam, bo prze­cież to nie dla ko­goś tam jed­ne­go, ale i dla szczę­śli­wo­ści pu­blicz­nej ro­bo­ta.

Lu­bi­ła cza­sem Czer­ni­sia mó­wić gór­nie i tę „szczę­śli­wość pu­blicz­ną” ja­koś tak sa­ma so­bie wy­my­śli­ła, bo ile­kroć dwa te wy­ra­zy wy­ma­wia­ła, sta­wa­ła się tro­chę roz­rzew­nio­na i za­ra­zem uro­czy­sta.

— O no­życz­ki pro­szę...

— Są! Są. Oto są! Mo­ja Czer­ni­siu, mo­ja zło­ta, miar­kuj, roz­miar­ko­wuj!

Cię­żar nam wszyst­kim z pier­si spadł. Już kie­dy Czer­ni­sia czymś się zaj­mie i o coś się po­sta­ra..

Przy na­szym sto­le z kra­ja­niem swo­im zmie­ścić się nie mo­gła, więc gdy przy bocz­nym sto­li­ku, róż­ne frasz­ki i fa­ta­łasz­ki z nie­go zdjąw­szy, nad gó­rą ba­ran­ko­wych fu­te­rek sta­nę­ła, to zda­wać się mo­gło, że ró­żo­we tło po­ko­ju prze­rżnę­ła kre­sa czar­na i dłu­ga, u szczy­tu w krop­kę ze ster­czą­cym ku gó­rze ogon­kiem za­opa­trzo­na.

Mil­cze­nie na dłu­go ró­żo­wy po­kój za­le­gło; tyl­ko w nim osiem par rąk z igła­mi w pal­cach — to pod­no­si się nad po­chy­lo­ne gło­wy, to opa­da i dwo­je no­życ to otwie­ra się, to za­my­ka, aż cza­sem zgrzy­ta. No­ży­ce Win­cu­si dzia­ła­ją w tem­pie spiesz­nym, Czer­ni­si w po­wol­nym, ostroż­nym. Pa­trzy­my cza­sem na nią, gdy czyn­ność kro­je­nia na chwi­lę za­wie­sza­jąc przy­pa­tru­je się roz­ło­żo­nej na sto­le sztu­ce ba­ran­ków, wzro­kiem ją prze­mie­rza, z pal­cem do ust przy­tknię­tym roz­my­śla, roz­wa­ża i do­bra na­dzie­ja do serc nam wstę­pu­je.

Na­dzie­ja! Tej peł­ne by­ły­śmy nie tyl­ko co do oszyć u kwa­dra­to­wych cza­pek. Naj­róż­niej­szy­mi gło­sa­mi śpie­wa­ła ona w wio­śnia­nych gło­wach na­szych, któ­re do­tąd czub­ka­mi fry­zur za­le­d­wie wy­chy­li­ły się na świat za­wod­ny, okrut­ny i w ser­cach na­szych go­rą­cych, aż wrą­cych, któ­re brze­ga­mi warg za­le­d­wie ostrych brze­gów pu­cha­ru je­go do­tknę­ły.

O, mło­do­ści...

Śnie na kwia­tach,

Śnie mój zło­ty...

Czym­że są kwia­ty mło­do­ści? Ma­rze­niem, co więd­nie w je­sie­ni. Czym jej zło­to? Na­dzie­ją, co w ogniu ży­cia to­pio­na po dro­gach je­go z ser­ca wy­cie­ka.

Za okna­mi sza­ry desz­czyk mar­co­wy mży i mży; z prze­ciw­ne­go koń­ca do­mu do­cho­dzą cza­sem brzmie­nia mę­skich gło­sów nie­wy­raź­nie i na dłu­go milk­ną. Ci­sza.

W ci­szy ró­żo­we­go po­ko­ju, o ja­skra­wo­ści trzech ko­lo­rów na wszyst­kie stro­ny roz­rzu­co­nych, roz­legł się przy­ci­szo­ny, z głę­bo­kim, pier­sio­wym brzmie­niem głos ko­bie­cy, któ­ry mó­wić za­czął:

O, mat­ko Po­lko, gdy u sy­na twe­go

W źre­ni­cach błysz­czy ge­ni­ju­szu świet­ność,

Je­śli mu pa­trzy z czo­ła dzie­cin­ne­go

Daw­nych Po­la­ków du­ma i szla­chet­ność...

Z ro­bo­tą i rę­ko­ma na ko­la­nach opusz­czo­ny­mi, z bla­dym czo­łem na­przód nie­co po­da­nym Kle­mu­nia Ko­niec­ka mó­wi­ła wiersz wszyst­kim nam do­brze zna­ny, przez wszyst­kie pra­wie na pa­mięć umia­ny. Nie de­kla­mo­wa­ła — mó­wi­ła. Mó­wi­ła po­wo­li, z ci­cha, spo­koj­nie:

Wcze­śnie mu rę­ce okrę­caj łań­cu­chem,

Do tacz­ko­we­go każ za­przę­gać wo­za:

By przed ka­tow­skim nie zblad­nął obu­chem

Ani się spło­nił na wi­dok po­wro­za...

Mó­wi­ła po­wo­li, z ci­cha, spo­koj­nie. Tyl­ko w głę­bo­kim jej gło­sie po­brzmie­wa­ły cza­sem nu­ty bó­lu i smut­ku, a w si­wych źre­ni­cach, któ­re spod wy­pu­kłe­go czo­ła kę­dyś w od­da­li tkwi­ły, pło­nął ogień spo­koj­ny, rów­ny, sil­ny.

Zwy­cię­żo­ne­mu za po­mnik gro­bo­wy

Zo­sta­ną su­che drew­na szu­bie­ni­cy,

Za ca­łą sła­wę krót­ki płacz ko­bi­écy

I dłu­gie noc­ne ro­da­ków roz­mo­wy...

U szyi jej na czar­nym sta­ni­ku po­ły­ski­wa­ła ram­ka sta­lo­wa obej­mu­ją­ca por­tret Ko­ściusz­ki.

Szyć nie prze­sta­jąc, wier­sza na pa­mięć umia­ne­go słu­cha­ły­śmy tak, jak gdy­by­śmy po raz pierw­szy w ży­ciu go sły­sza­ły: z przy­śpie­szo­nym bi­ciem serc, z wil­go­cią na rzę­sach. Hra­bi­na wes­tchnę­ła gło­śno; mo­że o swo­ich dwóch syn­kach ma­lut­kich po­my­śla­ła. Oktu­nia szep­nę­ła:

— Mój Sta­sik ma­leń­ki...

Wtem — u bocz­ne­go sto­li­ka za­grzmia­ło, ru­nę­ło, jak­by się trą­ba nad gru­za­mi zbu­rzo­ne­go Je­ru­za­lem roz­le­gła.

To Czer­ni­sia nos utar­ła. A po­tem przez chwi­lę jesz­cze wiel­ką chu­s­tą łzy po twa­rzy cie­ką­ce ocie­ra­ła.

Aby za­sia­da­niem do sto­łu prze­rwy dłu­giej w ro­bo­cie nie spro­wa­dzać, śnia­da­nie do ró­żo­we­go po­ko­iku przy­nieść ka­za­łam. Na póź­ny obiad to już do sa­li ja­dal­nej pój­dzie­my, ale te­raz, by­le jak, by­le co, by­le cza­su tra­cić jak naj­mniej! Co za szko­da, mój Bo­że, że czło­wiek, gdy ma coś lep­sze­go i mil­sze­go do ro­bo­ty, bez je­dze­nia obejść się nie mo­że! Niech tam w sa­li ja­dal­nej pa­no­wie dziś sa­mi je­dzą, a my tu­taj prę­dziut­ko! Pa­nom dziś tu­taj przy­cho­dzić nie wol­no, bo swy­mi żar­ta­mi, wiecz­nym swo­im sprze­ci­wia­niem się tyl­ko by prze­szka­dza­li.

Przy­szli jed­nak. Trzech do­mo­wych by­ło i czwar­ty gość. W prze­rwie śnia­da­nio­wej przy­szli, gdy Oktu­nia, bez­kre­sny tren ama­zon­ki swo­jej pod­nió­sł­szy, do sa­lo­nu przy­le­głe­go wy­bie­gła, przy for­te­pia­nie usia­dła i sil­nym so­pra­nem na ca­ły dom za­śpie­wa­ła: Ra­che­lo, kie­dy Pan w do­bro­ci nie­po­ję­ty...

Gwar po­wstał, pa­no­wie we­szli i śpie­wacz­kę oto­czy­li, pro­sząc, aby jesz­cze co za­śpie­wa­ła. Więc na­stą­pi­ły Les adieux Schu­ber­ta, i By­waj, dziew­czę, zdro­we, Oj­czy­zna mię wo­ła.

A czas ucie­kał.

— Oktu­niu, dość śpie­wa­nia! Szyć trze­ba!

Ze­rwa­ła się od for­te­pia­nu, w tre­nie ama­zon­ki za­plą­taw­szy się, o ma­ło nie upa­dła, lecz zwin­na jak sar­na, z wię­zów się wy­wi­nę­ła i krze­sła swe­go do­padł­szy już szy­je, szy­je. A my pa­nów nie tyl­ko z ró­żo­we­go po­ko­ju, ale w ogó­le z po­bli­ża swe­go wy­da­lić usi­łu­je­my. Niech so­bie na dru­gi ko­niec do­mu idą, niech nam co prę­dzej z oczu scho­dzą, niech nam nie prze­szka­dza­ją.

Oktu­nia ani na mgnie­nie oka szyć nie prze­sta­je, peł­nym gło­sem, na nu­tę Ra­che­lo, kie­dy Pan, śpie­wa:

— Niech da­ją nam świę­ęę-ty — po­ooo-kój!

Nie chcą zra­zu od­cho­dzić, opie­ra­ją się, pro­szą, aż na ko­niec ogłu­sze­ni, za­krzy­cza­ni od­da­la­ją się, a w ró­żo­wym po­ko­ju zno­wu mil­cze­nie, szy­cie, rę­ce to pod­no­szą się, to opa­da­ją, cza­sem sta­lo­wa iskra na sta­ni­ku lub w splo­tach wło­sów bły­śnie, cza­sem no­ży­ce za­zgrzy­ta­ją.

Bo Win­cu­sia i Czer­ni­sia bez prze­stan­ku kro­ją i kro­ją: pierw­sza raź­nie i szyb­ko, dru­ga — ró­żo­wą ścia­nę wciąż dłu­gą, czar­ną kre­są prze­rzy­na­jąc, roz­waż­nie, uro­czy­ście.

Wtem tur­kot kół na dzie­dziń­cu. Ktoś przy­je­chał. To­sia za­ru­mie­ni­ła się, In­ce igła z pal­ców wy­pa­dła.

— Mo­że we­so­ły Oleś! — żar­tu­je­my z pierw­szej.

— Mo­że pan Gu­staw! — draż­ni­my się z dru­gą.

Ale że nic wca­le oprócz nie­wy­raź­nych w od­da­li gło­sów i kro­ków do­sły­szeć nie­po­dob­na, więc In­ka pod­no­si na nas oczy i z naj­słod­szą swo­ją min­ką pro­po­nu­je.

— Pój­dę, do­wiem się, kto przy­je­chał.

— Ow­szem, pro­si­my.

Wy­bie­gła i ry­chło z grec­kim no­skiem na kwin­tę spusz­czo­nym po­wra­ca.

— Pan Bu­ra­kie­wicz przy­je­chał — mó­wi.

No, kie­dy pan Bu­ra­kie­wicz, to nic wca­le nas ta wi­zy­ta nie ob­cho­dzi. Z wi­dze­nia go tyl­ko zna­my, i to — rzad­kie­go. Są­siad, ład­ny ma­ją­tek w po­bli­żu ma, ale pa­nu­ją ja­kieś tam prze­ciw­ko nie­mu uprze­dze­nia. Waż­ne to, że nie­zbyt daw­no w stro­ny te przy­by­ły krew­nych ani daw­nych zna­jo­mych tu nie ma. Ob­cy i — Bóg wie kto. Ale waż­niej­sze jesz­cze, że to­wa­rzy­ska stro­na je­go nie­zmier­nie wie­le po­dob­no do ży­cze­nia po­zo­sta­wia. Ele­gan­tem po­dob­no chce być i raz do ko­ścio­ła przy­je­chał tak ob­fi­cie ja­ki­miś okrop­ny­mi per­fu­ma­mi ob­la­ny, że pew­na są­siad­ka na­sza, oso­ba sła­bo­wi­ta i wiel­ce tref­na, ze­mdla­ła i z ław­ki ko­ściel­nej spa­dła, a mo­dlą­cy się gdzieś w po­bli­żu mar­sza­łek Bo­niec­ki tak się roz­ki­chał, że aż mu nos nie­co spuchł. Na­po­le­ona III sta­le po­dob­no na­zy­wał Bo­na­part, na ist­nie­nie koń­co­we­go e w tym na­zwi­sku na ża­den spo­sób zgo­dzić się nie chcąc i czę­sto gę­sto do mo­wy swej dia­bła mie­szał, ja­ko to: pal go dia­bli! niech go dia­bli po­rwą! dia­bli wie­dzą, co to zna­czy etc. I „szel­mę” tak­że mie­szał. Ktoś sły­szał go mó­wią­ce­go: „Dia­bli wie­dzą, co ten szel­ma Bo­na­part dla nas za pa­zu­chą swo­ją cho­wa”, a raz za­py­ta­ny, jak mu się ja­kaś pan­na po­do­ba, od­po­wie­dział: „Ślicz­na szel­ma jak sto dia­błów!”

Człek te­dy nie­wy­kształ­co­ny i nie­uoby­cza­jo­ny pro­stak. Eko­nom­ski syn po­dob­no czy coś po­dob­ne­go. Bóg wie kto. Ale my­śmy o tym wszyst­kim ze sły­sze­nia wie­dzia­ły. Z in­te­re­sa­mi tu i ów­dzie przy­jeż­dżał cza­sem, lecz tyl­ko przez go­spo­da­rzy do­mu przyj­mo­wa­ny, go­spo­dy­niom ich ni­g­dy przed­sta­wia­ny nie by­wał. N’étant pas présen­ta­ble, do to­wa­rzy­stwa nie na­le­żał. Ale też moż­na by­ło po­wie­dzieć, że się do nie­go wca­le i nie gar­nął. Bez­żen­ny, nie­mło­dy, żył na stro­nie, ni­ko­mu się nie na­rzu­cał, spo­koj­nie so­bie sta­rze­jąc i si­wie­jąc, gdyż pa­rę ra­zy spo­strze­gł­szy go w ko­ście­le i po­bli­skim mia­stecz­ku, wie­dzia­ły­śmy, że ma srebr­ną si­wi­znę na gło­wie i wo­kół twa­rzy. A twarz ta moc­no ru­mia­ną ce­rą wła­śnie do na­zwi­ska mu przy­pa­da­ła, dwoj­giem tyl­ko oczu bar­dzo błę­kit­nych i błysz­czą­cych śród czer­wo­no­ści ogól­nej świe­cą­ca. By­ło to tak zu­peł­nie, jak­by kto w ćwi­kło­wy bu­rak wpra­wił dwie od ro­sy błysz­czą­ce nie­za­po­mi­naj­ki i wszyst­ko ra­zem na srebr­nej ką­dzie­li po­ło­żył.

Nic wca­le te­dy nie ob­cho­dzi­ło nas to, że pan Bu­ra­kie­wicz za in­te­re­sem ja­kimś za­pew­ne do go­spo­da­rza do­mu przy­je­chał i szy­ły­śmy da­lej, w ro­bo­cie i mil­cze­niu po­grą­żo­ne, gdy na­gle głos na uro­czy­stą nu­tę na­stro­jo­ny wy­mó­wił:

Me­men­to mo­ri!

To Oktu­nia, rę­ce na ko­la­na opu­ściw­szy i ża­ło­snym wzro­kiem po nas wo­dząc, sło­wa te po­grze­bo­we wy­mó­wi­ła i do­da­ła: — Jak w klasz­to­rze, gdy na si­len­tium za­dzwo­nią...

— Jak u ka­me­du­łów — szep­nę­ła Ste­fu­nia.

— Dla­cze­go nie roz­ma­wia­my? Roz­ma­wiaj­myż!

Aha? Dla­cze­go nie roz­ma­wia­ły­śmy! Ła­two to po­wie­dzieć: roz­ma­wiaj­my! Kie­dy rę­ce nie­wpraw­ne coś z wiel­kim sta­ra­niem i nie mniej­szym za­pa­łem ro­bią, usta aż od­dy­ma­ją się lub aż za­ci­ska­ją się z gor­li­wo­ści, z wy­si­le­nia, a gło­wa im słów żad­nych nie pod­po­wia­da.

— Prze­czy­taj­my co­kol­wiek!

— Niech kto gło­śno po­czy­ta!

— Do­brze! Ale w ta­kim ra­zie jed­na pa­ra rąk od ro­bo­ty się ode­rwie. No, niech tam! Go­dzin­kę ja­ką, dwie — pa­ra rąk po­próż­nu­je, za to in­nym przy­jem­niej pra­co­wać bę­dzie.

Sko­czy­łam do są­sied­nie­go sa­lo­nu, wzię­łam ze sto­li­ka ogrom­nie wów­czas czy­ty­wa­ną, roz­ry­wa­ną bro­szu­rę, w któ­rej Ed­mund Abo­ut do­ko­ny­wał no­we­go po­dzia­łu Eu­ro­py i wy­zna­czał w nim sze­ro­kie miej­sce Pol­sce wiel­kiej, po­tęż­nej, nie­pod­le­głej. Po­wszech­nie utrzy­my­wa­no, że pi­sarz ten był po­wier­ni­kiem, za­usz­ni­kiem ce­sa­rza fran­cu­skie­go Na­po­le­ona III i że, jak by pan Bu­ra­kie­wicz po­wie­dział, Bo­na­part ten sam mu ją po­dyk­to­wał. Więc kom­bi­na­cje po­li­tycz­ne sze­ro­kie i głę­bo­kie, za­kre­śla­nie no­wych wca­le gra­nic pań­stwo­wych, cał­ko­wi­te prze­ma­lo­wy­wa­nie ma­py eu­ro­pej­skiej — i ko­lo­rem naj­ró­żow­szym z ró­żo­wych wy­ma­lo­wa­no na niej przy­szłość Pol­ski. A kie­dy Bo­na­part tak my­śli, ta­kie ukła­da pla­ny i ży­wi pra­gnie­nie, to już naj­pew­niej tak się sta­nie, ko­ali­cja państw za­chod­nich na rzecz na­szą się za­wią­że i wszyst­kie te zmia­ny dro­gą po­ko­ju al­bo dro­gą woj­ny prze­pro­wa­dzi. I trze­ba tyl­ko, aby­śmy sa­mi rąk i serc nie opu­ści­li, aby­śmy w męż­nej wal­ce nie usta­li, aby­śmy jej sztan­dar jak naj­dziel­niej, jak naj­wy­tr­wa­lej roz­wi­ja­li — a Za­chód z po­mo­cą nam przyj­dzie, i triumf spra­wie­dli­wo­ści, wol­no­ści, triumf Pol­ski, któ­ra od tak daw­na za dwie te idee cier­pi i wal­czy — ra­do­sne sur­my i trą­by roz­gło­śne hym­ny i pe­any na wszyst­kie czte­ry stro­ny świa­ta roz­gło­szą. Tak pi­sał na roz­kaz po­dob­no pa­na swe­go za­usz­nik i po­wier­nik Bo­na­par­ta. A gdy sło­wa pi­sa­nia te­go, ży­wym gło­sem od­czy­ty­wa­ne, roz­le­ga­ły się po ró­żo­wym po­ko­ju, Bo­że! ja­ką ra­do­ścią ska­ka­ły nam w pier­siach ser­ca, ja­kie go­rą­ce hym­ny i pe­any wy­śpie­wy­wa­ły wio­śnia­ne na­sze gło­wy! Na cześć wspa­nia­ło­myśl­ne­go i ry­cer­skie­go świa­ta, na cześć Bo­na­par­ta i sprzy­mie­rzeń­ców je­go, na cześć bli­skie­go, nie­za­wod­ne­go, ogrom­ne­go trium­fu Pol­ski hym­ny i pe­any wy­śpie­wy­wa­ły gło­wy wio­śnia­ne i wrzą­ce ser­ca na­sze...

A że po­tem te gło­wy i ser­ca — tak zwie­dzio­ne! — przez ży­cie szły i do mo­gił do­szły, na świat i lu­dzi prze­kleń­stwa nie rzu­ciw­szy — dziw!

Lecz wte­dy — kie­dy wal­ce tej świę­tej i tak przez ob­cych na­wet pod­nie­ca­nej do­po­ma­gać — to do­po­ma­gać, ze wszyst­kich sił, każ­dą krwi kro­plą, każ­dą iskrą du­cha! Ca­ła krew na­sza i ca­ły duch nasz rwa­ły się, pę­dzi­ły do — do­po­ma­ga­nia i szczę­śli­we czy­ni­ły­by wszyst­ko... Ale tym­cza­sem nic jesz­cze do czy­nie­nia nie by­ło oprócz szy­cia.

Więc słu­cha­jąc pie­śni słyn­ne­go Fran­cu­za, cud­nej pie­śni, z wę­żo­wej gar­dzie­li pły­ną­cej, szy­ły­śmy, szy­ły, szy­ły, cza­sem łzę roz­rzew­nie­nia z rzę­sy ocie­ra­jąc, cza­sem twa­rze znad ro­bo­ty pod­no­sząc i po­ro­zu­mie­waw­czo za­mie­nia­jąc się za­chwy­co­ny­mi, raj­ski­mi uśmie­cha­mi.

Na­gle — w drżą­cy czę­sto od wzru­sze­nia głos czy­ta­ją­cej, w wy­mow­ne sło­wa fran­cu­skie wpa­dło pod­nie­sio­nym gło­sem wy­mó­wio­ne jed­no tyl­ko sło­wo pol­skie:

— Za­bra­kło!

— Je­zus, Ma­ria! — krzyk­nę­ły­śmy wszyst­kie i ze­rwaw­szy się na rów­ne no­gi oto­czy­ły­śmy Czer­ni­się, z któ­rej wy­szło to sło­wo fa­tal­ne.

Z dłu­gi­mi, cien­ki­mi ra­mio­na­mi wzdłuż fi­gu­ry dłu­giej i cien­kiej opusz­czo­ny­mi, sta­ła Czer­ni­sia za­smu­co­na, zmie­sza­na, a my, onie­mia­łe zra­zu z kon­ster­na­cji, za­ła­my­wa­ły­śmy rę­ce lub z de­spe­ra­cją nio­sły­śmy je ku gło­wom.

Więc te­dy za­bra­kło!

— Do ilu za­bra­kło?

— Wy­kro­iłam sie­dem­dzie­siąt osiem... już przy koń­cu co­raz węż­sze, węż­sze pa­ski kro­iłam... ale Pa­nie Bo­że ra­tuj!... wię­cej nie wy­szło. Do dwu­dzie­stu dwóch za­bra­kło!

Klę­ska nie tak ogrom­na, jak prze­po­wia­da­ła Ma­ryl­ka, jed­nak klę­ska.

Pa­nie Bo­że ra­tuj! Bo in­ne­go ra­tun­ku zni­kąd nie wi­dać.

Chy­ba do pa­nów po­biec i po­pro­sić, bła­gać, aby co prę­dzej do mia­sta po­sła­li, do te­go da­le­kie­go... Ba! Cza­su za ma­ło... za ma­ło... i jak tam jesz­cze spra­wi się ten po­sła­niec...

Niech któ­ra z nas sa­ma po­je­dzie!

Ła­two po­wie­dzieć! Każ­dej coś na prze­szko­dzie stoi i za­wsze ten czas, ten czas! La­da dzień prze­cież wszyst­kie­go od nas za­żą­dać mo­gą, a tu — nie­go­to­we! Ste­fu­nia mó­wi, że od mę­ża swe­go wie, że la­da dzień... a kie­dy na­czel­nik or­ga­ni­za­cji tak mó­wi...

Bie­da! Gorz­ka na­wet bie­da! Ta­kiej drob­nost­ki na­wet nie móc po­rząd­nie zro­bić! Wstyd! Wie­my, że wi­ny w tym na­szej nie ma, jed­nak wsty­dzi­my się cze­goś... mo­że zło­śli­we żar­ty mę­skie z ro­bo­ty nie­wie­ściej prze­czu­wa­jąc.

Kie­dy tak bie­du­je­my i środ­ki ra­tun­ku wy­my­śla­my, żad­ne­go wy­my­śleć nie mo­gąc, drzwi od po­ko­jów dal­szych uchy­la­ją się nie­co i przez wą­ski otwór nie­śmia­ło zra­zu wy­glą­da utre­fio­na ład­nie gło­wa Ma­ryl­ki Ja­ro­szyń­skiej, a po­tem wy­su­wa się ze szcze­li­ny cał­ko­wi­cie i dziew­czy­na, z fi­lu­ter­nym ja­kimś ogni­kiem w oczach, do ró­żo­we­go po­ko­ju wcho­dzi. W mi­ło­ści wła­snej tro­chę za­dra­śnię­ta, tro­chę mo­że za drzwia­mi pod­słu­chi­wa­ła, jak spra­wa z ba­ran­ka­mi się roz­strzy­gnie i co Czer­ni­sia o niej po­wie, a te­raz we­szła i z ci­cha, spo­koj­nie, lecz z czymś fi­lu­ter­nym w uśmie­chu i w oczach mó­wić za­czę­ła:

— Pro­szę pań, przez przed­po­kój te­raz prze­cho­dzi­łam i fu­tro pa­na Bu­ra­kie­wi­cza wi­dzia­łam... Ta­kie ślicz­ne ba­ran­ki! Si­we, ta­kie de­li­kat­ne, od tych de­li­kat­niej­sze... ślicz­ne!

Aż po­li­czek na dłoń opu­ści­ła z po­dzi­wu nad ślicz­ny­mi ba­ran­ka­mi pa­na Bu­ra­kie­wi­cza.

A my na wieść tę aż za­drża­ły­śmy od sro­giej, pie­ką­cej, od zja­dli­wej po­żą­dli­wo­ści czy za­zdro­ści. Je­że­li jest na świe­cie osko­ma mo­ral­na, to­śmy wte­dy na pew­no jej do­świad­czy­ły. Ot, czło­wiek szczę­śli­wy, któ­ry ta­kie ba­ran­ki ma!

— I ca­łe ta­kie fu­tro ba­ran­ko­we ma? — gło­sa­mi osła­bły­mi za­py­tu­je­my.

— Ca­lu­teń­kie! — Ma­ryl­ka od­po­wia­da, a fi­lu­ter­ne ogni­ki w oczach aż ża­rzą się i uśmiesz­ki po ustach jej aż ska­czą.

— Niech pa­nie pój­dą i zo­ba­czą, że nie kła­mię — mó­wi.

To praw­da. Że­by choć zo­ba­czyć! Pójdź­my zo­ba­czyć!

Wnio­sek uczy­nio­ny jest przez Win­cu­się, któ­ra z wiel­ki­mi no­ży­ca­mi w rę­ku nad sto­sem po­kro­jo­nych kasz­mi­rów stoi, wszyst­ki­mi swy­mi sta­lo­wy­mi szpil­ka­mi, brosz­ka­mi, klam­ra­mi bły­ska i wy­glą­da bar­dzo ener­gicz­nie.

— Pójdź­my zo­ba­czyć! Pójdź­my!

Nie przez akla­ma­cję, bo nie jed­no­myśl­nie wnio­sek przy­ję­ty zo­stał; Kle­mu­nia, Ste­fu­nia, hra­bi­na i jesz­cze ktoś z miej­sca się nie ru­szy­ły, ale pięć po­szło.

Aby do przed­po­ko­ju dojść, trze­ba by­ło przez dwa du­że i dwa mniej­sze po­ko­je przejść. Szły­śmy. Po­chód otwie­ra­ła Win­cu­sia, no­ży­ce przez roz­tar­gnie­nie wciąż w rę­ku trzy­ma­jąc, po­tem dwo­ma pa­ra­mi Oktu­nia z To­sią i ja z In­ką, a za na­mi w arier­gar­dzie dy­ba­ła na dłu­gich swych no­gach Czer­ni­sia, czar­ną, dłu­gą kre­sę prze­su­wa­jąc po ob­ra­zach i zwier­cia­dłach u ścian za­wie­szo­nych.

Zbi­tą gro­mad­ką sku­pi­ły­śmy się w przed­po­ko­ju do­ko­ła wie­sza­deł, na któ­rych — o Bo­że mi­ło­sier­ny! — fu­tro pa­na Bu­ra­kie­wi­cza z ba­ran­ków si­wych... ta­kie ślicz­ne...

Ci­che wy­krzy­ki i gło­śne wes­tchnie­nia. Że­by to któ­re­go ze zna­jo­mych pa­nów wła­sność by­ła! Mo­że by­śmy wy­pro­si­ły, wy­pła­ka­ły... na klęcz­ki choć­by paść... A tak, nie­zna­jo­my je­go­mość, Bóg wie kto... ską­piec też pew­nie, ani my­śleć o pro­sze­niu... My­śmy wpraw­dzie wszyst­kie a wszyst­kie swo­je suk­nie i in­ne ubio­ry je­dwab­ne od­da­ły... ale to co in­ne­go... ko­bie­ty­śmy! A pa­nów w ogó­le o co­kol­wiek pro­sić, to pró­bo­wać ka­mie­nie gryźć... zwłasz­cza jesz­cze ta­kie­go... Bóg wie ko­go!

Gdy tak bie­du­je­my i la­men­tu­je­my, głów­ka Ma­ryl­ki Ja­ro­szyń­skiej zza ra­mion na­szych się wy­su­wa... Nie wie­dzieć, skąd się wzię­ła, bo z na­mi tu nie szła i póź­niej za­pew­ne ci­chut­ko się wsu­nę­ła, a te­raz aż locz­ki jej nad czo­łem od ener­gii trzę­są się i rę­ce sze­ro­ko się roz­kła­da­ją, gdy ogrom­nie re­zo­lut­nie mó­wi:

— Ja bym jed­ną po­łę ucię­ła — i już!

Ska­mie­nia­ły­śmy, za­mar­ły­śmy z prze­ra­że­nia, któ­rym pro­po­zy­cja ta nas prze­ję­ła, ale po­tem wskrze­sły­śmy i po­czę­ły za­mie­niać z so­bą sło­wa ci­chut­kie, szyb­kie, spoj­rze­nia po­ro­zu­mie­waw­cze, pa­lą­ce... Aż przy­szła se­kun­da, tak, na ze­ga­rze cza­su za­dzwo­ni­ła se­kun­da (je­że­li w ogó­le ze­gar ja­ki­kol­wiek se­kun­dy wy­dzwa­nia), w któ­rej kil­ka ust jed­no­gło­śnie i z de­ter­mi­na­cją jak śmierć sta­now­czą wy­szep­ta­ło:

— Win­cu­siu, od­krój po­łę!

We­zwa­na, ca­ła w bły­ska­wi­cach swo­ich sta­lo­wych ozdób i w ogni­stych wy­pie­kach, któ­re na po­licz­ki się jej wy­bi­ły, jak ja­strząb ja­skół­kę, jak chart za­ją­ca, jak po­dob­no sza­tan du­szę po­tę­pio­ną, fu­tro pa­na Bu­ra­kie­wi­cza po­rwa­ła i już je na sto­le przed­po­ko­jo­wym roz­ło­ży­ła, gdy na­gle za­wa­ha­ła się...

— Jak­że to? Tak z wierz­chem, z wa­tą, z pod­szew­ką ra­zem ciąć?...

Do Czer­nic­kiej się zwró­ci­ła:

— Czer­ni­siu, po­radź! Sa­ma od­krój! Ty to po­rząd­nie przy­naj­mniej zro­bisz!

Sztu­ka by­ła­by u cu­dze­go fu­tra po­łę uciąć — po­rząd­nie! Więc też Czer­ni­sia obu rę­ka­mi za gło­wę się schwy­ci­ła.

— Świę­ty Bo­że, świę­ty moc­ny! Ja bym cu­dze fu­tro... i jesz­cze u ta­kie­go... On by mię po­tem, spo­tkaw­szy, wy­ła­jał al­bo i wy­bił... I pa­niom też nie ra­dzę. Tyl­ko że rze­czy­wi­ście po­trzeb­ne, nie dla ko­goś jed­ne­go, ale dla szczę­śli­wo­ści pu­blicz­nej po­trzeb­ne...

Otóż to! Dla szczę­śli­wo­ści pu­blicz­nej! W tym rzecz! I jej sa­mej, Czer­ni­si, mi­mo pro­te­stu oczy na fu­tro pa­na Bu­ra­kie­wi­cza pa­trzą, jak czar­ne żu­żel­ki błysz­czą.

Sta­wi jed­nak opór na­mięt­no­ściom i z obu rę­ko­ma ku gło­wie pod­nie­sio­ny­mi, po wie­le ra­zy wy­szep­tu­jąc: „Świę­ty Bo­że, świę­ty moc­ny! A niech mnie Anie­li Stró­żo­wie strze­gą i bro­nią” — sze­ro­ki­mi kro­ka­mi z przed­po­ko­ju umy­ka i przez dłu­gą per­spek­ty­wę in­nych po­ko­jów kre­są dłu­gą i czar­ną ku po­ko­jo­wi ró­żo­we­mu szyb­ko su­nie.

A Win­cu­sia z no­ży­ca­mi nad roz­ło­żo­nym fu­trem jak dziób głod­ne­go pta­ka roz­twar­ty­mi roz­pacz­li­wie wo­ła:

— Ma­ryl­ko! Pójdź, od­krój! Wpraw­niej­sza... Gdzież Ma­ryl­ka?...— Ehe! Już jej i śla­du w po­bli­żu na­szym nie by­ło. Ze­mknę­ła! Ra­dzić i ku­sić, to ra­dzi­ła i ku­si­ła, ale kie­dy do czy­nu przy­szło, zni­kła. Tak jak Czer­nic­ka zlę­kła się za­pew­ne sztu­kę po­dob­ną pła­tać nie­zna­jo­me­mu je­go­mo­ścio­wi, bru­ta­lo­wi po­dob­no, Bóg wie ko­mu...

Więc Win­cu­sia, mru­ga­niem na­szym ku niej i ge­sta­mi za­chę­ca­ją­cy­mi na du­chu wzmoc­nio­na, na od­wa­dze do szczy­tu naj­wyż­sze­go wzbi­ta, moc­no sto­pa­mi opar­ła się o zie­mię, ra­mie­niem, w no­ży­ce zbroj­nym, dziw­ny ja­kiś gest wy­ko­na­ła i — czach, czach, czach!...

Od do­łu aż do pa­sa ca­ła jed­na po­ła pięk­ne­go fu­tra ode­rżnię­ta, z wierz­chem, z wa­tą, pod­szew­ką, ze wszyst­kim, co do niej na­le­ża­ło. I tyl­ko gdy fu­tro na wie­sza­dło po­wró­ci­ło, strzę­py pod­szew­ki i ka­wał­ki wa­ty z otwar­tej je­go ra­ny ża­ło­śnie się ku do­ło­wi zwie­sza­ły...

W ró­żo­wym po­ko­ju by­ło tro­chę sprzecz­ki po­mię­dzy ty­mi spo­mię­dzy nas, któ­re dzia­ła­ły, a ty­mi, któ­re z miejsc swych się nie ru­szy­ły, tro­chę we­wnętrz­nych wąt­pień o go­dzi­wość do­ko­na­ne­go czy­nu, tro­chę nie­po­ko­ju w ru­chach i za­my­śle­nie na czo­łach, lecz bar­dzo wkrót­ce wy­gła­dzi­ło się zno­wu je­zio­ro. Co tam! Ja­koś to bę­dzie! Pa­nu Bu­ra­kie­wi­czo­wi stra­tę po­nie­sio­ną moż­na zwró­cić. Za­pła­ci­my, ile za­żą­da, i niech so­bie in­ne fu­tro ku­pi, a te­raz ma­my ba­ran­ki! Ma­my, ma­my! I rzecz ka­pi­tal­na. Resz­ta mar­ność, czczość, prze­mi­jal­ność!

A Czer­ni­sia, sie­dząc przy bocz­nym sto­li­ku, wierzch z wa­tą od fu­tra od­pru­wa. Pył do­by­wa­ją­cy się z pru­tych ma­te­rii de­li­kat­ną mgieł­ką jej ma­łe ob­li­cze przy­sła­nia, aż zza mgieł­ki do­by­wa się głos:

— A jed­na­ko­woż nie wy­star­czy!

— Nie wy­star­czy! I to jesz­cze nie wy­star­czy!...

— Do dwu­na­stu pew­no wy­star­czy, ale do ja­kich ośmiu — dzie­się­ciu... za­brak­nie!

Ochło­nę­ły­śmy z ża­lu. Osiem na sto — od­se­tek nie­du­ży. Niech już tam! cóż ro­bić? Nie pój­dzie­my prze­cie dru­giej po­ły pa­nu Bu­ra­kie­wi­czo­wi uci­nać!

Wtem na dru­gim koń­cu do­mu, kę­dyś w oko­li­cach przed­po­ko­ju, ja­kieś nie­wy­raź­ne stuk­nię­cie, cho­dy i na­gle gło­sy mę­skie pod­nie­sio­ne, bie­ga­nie, krzy­ki...

Źle. Mi­nu­ta są­du i ka­ry nad­cho­dzi. Do­tąd nie przy­szło nam do gło­wy, że na­dej­dzie. Tro­chę dresz­czów po ple­cach prze­bie­ga. Ale nic; z ni­sko po­chy­lo­ny­mi nad ro­bo­tą gło­wa­mi sie­dzi­my i szy­je­my. Win­cu­sia, kro­jąc kasz­mi­ry no­życz­ka­mi, tak zgrzy­ta, że w uszach świ­dru­je, Czer­ni­sia po­rze. Mil­cze­nie. I tyl­ko uszy ku stro­nie przed­po­ko­ju na­sta­wio­ne, na­słu­chu­ją­ce, co się tam dzie­je. A tam za­czy­na dziać się coś okrop­ne­go...

Otwie­ra­ją się ze stu­kiem drzwi, Ma­ryl­ka z prze­stra­chem na roz­czer­wie­nio­nej twa­rzy wpa­da i z przy­śpie­szo­nym od­de­chem mó­wi:

— Co to bę­dzie? Co to bę­dzie? Pan na służ­bę tak gnie­wa się, że niech Bóg bro­ni... Ka­że mó­wić, kto to zro­bił, a oni nie wie­dzą... a pan my­śli, że kła­mią i co­raz wię­cej gnie­wa się... i Jó­zef aż pła­cze.

Nie skoń­czy­ła jesz­cze mó­wić, gdy my­śmy już z krze­seł się ze­rwa­ły. Nie, nie! Na służ­bę gnie­wu i wy­rzu­tów nie­spra­wie­dli­wych ścią­gać nie moż­na! Nie moż­na, aby przez nas po­czci­wy Jó­zef pła­kał.

Trze­ba iść, wszyst­ko wy­znać, pa­na Bu­ra­kie­wi­cza prze­pro­sić, ile kom­pen­sa­ty pie­nięż­nej żą­dać bę­dzie, za­py­tać.

— Chodź­my!

— Chodź­my!

Więc na­przód wi­no­waj­czy­nie, po­tem przez so­li­dar­ność ko­le­żeń­ską te, któ­re w prze­stęp­stwie czyn­ne­go udzia­łu nie przyj­mo­wa­ły, za ni­mi Czer­ni­sia, za­tro­ska­na, ale i z za­cie­ka­wie­niem w czar­nych oczkach, a na ostat­ku Ma­ryl­ka — ku­si­ciel­ka, jak kot prze­stra­szo­ny pod ścia­na­mi ci­chut­ko się prze­śli­zgu­ją­ca.

W dro­dze za­sko­czy­ło nas py­ta­nie, któ­ra do pa­na Bu­ra­kie­wi­cza pierw­sza prze­mó­wi. Cóż? Go­spo­dy­ni do­mu na­tu­ral­nie... O, cięż­ka mi­nu­to po­ku­ty i umar­twie­nia. Ale nie ma co! Ma­ją ra­cję! Mnie wy­pa­da pierw­szej głos za­brać przed tym je­go­mo­ścia nie­zna­jo­mym, wiel­kim ja­kimś — Bóg wie kim!

Oktu­nia i Ste­fu­nia z obu stron szep­czą mi przy twa­rzy:

— Ja z po­mo­cą ci przyj­dę!

A ja za so­bą sły­szę gło­sy in­nych:

— I ja! I ja! I ja! Wszyst­kie bę­dzie­my przy­zna­wa­ły się, prze­pra­sza­ły...

— I pła­ci­ły...

Drzwi z sa­li ja­dal­nej do przed­po­ko­ju pro­wa­dzą­ce na oścież roz­war­te, znać po nich wiel­kie pę­dy, z ja­ki­mi tu lu­dzie wbie­ga­li i wy­bie­ga­li. A do­ko­ła wie­sza­deł — pie­kło wre. Pa­no­wie i lo­ka­je sku­pie­ni, osłu­pia­li, pan Bu­ra­kie­wicz roz­ma­chu­je rę­ko­ma i krzy­czy, go­spo­darz do­mu na służ­bę krzy­czy, sta­ry Jó­zef czer­wo­ną chu­s­tą oczy so­bie z łez ocie­ra, kre­den­so­wy po­moc­nik je­go cien­kim gło­sem wrzesz­czy, że jak Bo­ga ko­cha, nie wie, kto to zro­bił...

Wej­ście na­sze, ta­kie gre­mial­ne, spra­wia dy­wer­sję i ten efekt wy­wo­łu­je, że wszy­scy milk­ną i pa­trzą, co to za ta­ka pro­ce­sja nie­wie­ścia idzie... A my pro­sto ku pa­nu Bu­ra­kie­wi­czo­wi zmie­rza­my i przed nim sta­je­my, to jest, ja przed nim sta­ję, a to­wa­rzysz­ki mo­je za mną, jak mur, a za ni­mi jesz­cze Czer­ni­sia i Ma­ryl­ka.

Sta­ję, dy­gam, rę­kę ku pa­nu Bu­ra­kie­wi­czo­wi wcią­gam. W tej­że chwi­li go­spo­darz do­mu, wy­pad­kiem za­szłym bar­dzo roz­gnie­wa­ny i wtar­gnię­ciem na­szym aż do osłu­pie­nia za­dzi­wio­ny, ule­ga jed­nak przy­zwy­cza­je­niu, rzec moż­na, na­ło­go­wi to­wa­rzy­skie­mu i ak­tu pre­zen­ta­cji do­ko­ny­wa:

— Pan Bu­ra­kie­wicz — mo­ja żo­na...

A pan Bu­ra­kie­wicz twarz ma czer­wień­szą jesz­cze niż zwy­kle i wśród niej oczy błę­kit­ne wprost słu­pem od zdu­mie­nia sto­ją. Zda­je się, że na wi­dok tych je­de­na­stu nie­wiast, nie wie­dzieć cze­go przed nim zja­wio­nych, o po­nie­sio­nej krzyw­dzie na chwi­lę za­po­mniał. Z bar­dzo nie­zgrab­nym ukło­nem rę­ką czer­wo­ną i szorst­ką rę­ki mo­jej do­ty­ka, a ja mó­wić za­czy­nam. Ci­cho mó­wię, bo mi w pier­siach drży i w gar­dle dła­wi. Jed­nak mó­wię:

— Przy­szły­śmy prze­pro­sić pa­na... bar­dzo, bar­dzo pa­na prze­pra­sza­my... bo to my... to jest, głów­nie ja, wła­ści­wie ja...

— Nie, nie, to my wszyst­kie... — od­zy­wa­ją się za mną chó­rem to­wa­rzysz­ki mo­je.

— Ja... my... zro­bi­ły­śmy to... ucię­ły­śmy tę po­łę...

— Co? — jak­by kto z pi­sto­le­tu wy­pa­lił, wy­ry­wa się z ust pa­na Bu­ra­kie­wi­cza i wi­dać po nim, że we wście­kłość wpa­dać za­czy­na.

— Cóż to? Pa­nie do­bro­dziej­ki żar­ty ja­kieś ze mnie, kpin­ki, drwin­ki... niech dia­bli po­rwą...

Na wi­dok tak roz­sro­żo­ne­go nie­przy­ja­cie­la mnie głos zu­peł­nie po­słu­szeń­stwa od­ma­wia, ale wy­su­wa się zza mnie Win­cu­sia i gło­śno, re­zo­lut­nie rzecz przed­kła­dać za­czy­na.

Mo­wa jej zwy­kła jest, ale tre­ści peł­na. Krót­ko, lecz do­bit­nie opo­wia­da, co i jak by­ło i że to ona, ona wła­śnie ot ty­mi no­życz­ka­mi po­łę fu­tra ucię­ła i te­raz no­życz­ki te tu przy­nio­sła na do­wód (oso­bli­wy za­praw­dę do­wód!), że nikt in­ny tyl­ko ona to uczy­ni­ła, więc bar­dzo, bar­dzo prze­pra­sza...

— Bar­dzo, bar­dzo prze­pra­sza­my! — roz­le­ga się za mó­wią­cą na róż­ne to­ny chór nie­wie­ścich po­sta­ci, w naj­grzecz­niej­szych pod słoń­cem dy­gach ku zie­mi przy­sia­da.

Te­raz ja zno­wu wy­stę­pu­ję.

— Niech pan bę­dzie ła­skaw po­wie, ile to fu­tro... ile ma­my pa­nu zwró­cić... na od­ku­pie­nie ze­psu­te­go fu­tra... my naj­chęt­niej... za­raz...

I zno­wu dzie­więć dy­gów z to­wa­rzy­sze­niem chó­ru.

— Bar­dzo pa­na prze­pra­sza­my i niech pan bę­dzie ła­skaw po­wie, ile za to ze­psu­te fu­tro...

Co my­śle­li i czu­li, jak wy­glą­da­li świad­ko­wie sce­ny tej, nie wiem, bo w nad­zwy­czaj­nym zmie­sza­niu swo­im o ist­nie­niu ich pra­wie za­po­mnia­łam, ale w pa­na Bu­ra­kie­wi­cza wle­pi­łam oczy nie­ro­zu­mie­ją­ce, za­dzi­wio­ne, bo dziać się z nim i na twarz je­go wy­bi­jać się po­czę­ło coś do­praw­dy nie­spo­dzie­wa­ne­go, nad­zwy­czaj­ne­go.

Na twarz je­go, jak­by na­gle po­bla­dłą nie­co, wy­bi­jać się po­czę­ła pil­na uwa­ga zra­zu, po­tem ra­dość... ja­kaś roz­rzew­nio­na, pro­mien­na ra­dość.

Już kie­dy Win­cu­sia prze­ma­wia­ła, hi­sto­rię kon­fe­de­ra­tek nie­wy­koń­cze­niem na czas za­gro­żo­nych opo­wia­da­jąc, gniew znik­nął mu z oczu i uka­zał się w nich wy­raz cie­ka­wej, sku­pio­nej uwa­gi. A po­tem bły­snę­ła ra­dość. Nie wiem, czy ostat­nie sło­wa na­sze o pie­nięż­nym wy­na­gro­dze­niu szko­dy zrzą­dzo­nej sły­szał, bo mu po­wie­ki dziw­nie ja­koś mru­gać i war­gi pod srebr­nym wą­sem drgać za­czę­ły, jak­by przez gwał­tow­nie ci­sną­ce się na nie sło­wa mio­ta­ne. Aż wy­buch­nął:

— Te­dy pa­nie do­bro­dziej­ki w ta­kim ce­lu mo­je fu­ter­ko po­kie­re­szo­wa­ły! Na cza­pecz­ki dla tych... co tam idą... za... za oj­czy­znę... Niech mię dia­bli we­zmą, je­że­li nie je­stem kon­tent, wdzięcz­ny...

Sten­to­ro­wy głos drżeć mu za­czął, war­gi już wprost la­ta­ły, a nie­za­po­mi­naj­ki w bu­rak ćwi­kło­wy wpra­wio­ne ca­łe by­ły ob­la­ne błysz­czą­cą ro­są.

— Do dia­bła cięż­kie­go! Cze­góż ja tak iry­to­wa­łem się tu, gnie­wa­łem. Prze­pra­szam, bar­dzo prze­pra­szam! Szel­ma ze mnie i — du­reń! Ale te­raz to dzię­ku­ję pa­niom do­bro­dziej­kom, sto ra­zy, sto ty­się­cy ra­zy dzię­ku­ję... dzię­ku­ję... za to, że choć to, choć tym... choć tym ka­wał­kiem suk­ma­ny mo­jej...

Przy ostat­nich wy­ra­zach rzu­cił się ku nam ru­chem tak gwał­tow­nym, że aż po­mi­mo wo­li nie­co­śmy się w tył cof­nę­ły i po­czął nas jed­ną po dru­giej w rę­ce ca­ło­wać. Po­ca­łun­ki te jak wy­strza­ły pi­sto­le­to­we roz­le­ga­ły się po przed­po­ko­ju, a w prze­stan­kach głos gru­by, chro­po­wa­ty, w tej chwi­li czu­ło­ścią ja­kąś, smut­kiem ja­kimś prze­ję­ty, mó­wił:

— Bo to, pa­nie do­bro­dziej­ki mo­je, sta­ry je­stem i sam już nie mo­gę... a sy­na nie mam... i ob­cy tu osia­dłem, ni­ko­mu nie zna­jo­my... te­dy nikt mnie nie ufa, nikt ode mnie ni­cze­go nie żą­da... a ja z ser­ca i du­szy rad bym... czym­kol­wiek, rad bym przy­czy­nić się... słu­żyć...

Już wszyst­kie nas je­de­na­ście z ko­lei, bo Czer­ni­się i Ma­ryl­kę tak­że, w rę­kę po­ca­ło­wał, gdy na­gła myśl ja­kaś strze­li­ła mu do gło­wy. Znie­ru­cho­miał, przez pa­rę se­kund oczy­ma za­my­ślo­ny­mi po nas wo­dził.

— A mo­że... — za­czął — mo­że wię­cej po­trze­ba... mo­że jesz­cze uciąć?...

Aże­śmy się za­trzę­sły od zdzi­wie­nia i od ta­jo­nej ra­do­ści. Lecz nie wy­pa­da tak od ra­zu pro­po­zy­cji zdu­mie­wa­ją­cej przyj­mo­wać! Wię­ce­śmy chó­rem i po­je­dyn­czy­mi gło­sa­mi wo­ła­ły:

— Dzię­ku­je­my! Dzię­ku­je­my bar­dzo pa­nu! Pan bar­dzo do­bry! Ale nie mo­że­my nad­uży­wać... I bez te­go wie­my, ile za ta­ką szko­dę...

— Co tam: ile, ja­kie tam: ile? To ja pa­niom do­bro­dziej­kom wiecz­ną wdzięcz­ność... niech mię dia­bli po­rwą, je­że­li kła­mię, że wiecz­ną wdzięcz­ność... i je­że­li wię­cej po­trze­ba... je­że­li, w ogól­no­ści mó­wiąc, cze­go­kol­wiek po­trze­ba...

Tu na czo­ło or­sza­ku wy­su­nę­ła się spo­mię­dzy to­wa­rzy­szek Oktu­nia i w ama­zon­ce swej zgrab­na, śmia­ła, a na twa­rzy tak wy­glą­da­ją­ca, jak­by wnet z unie­sie­niem: „Ra­che­lo, kie­dy Pan” za­śpie­wać mia­ła, rze­kła:

— Je­że­li praw­dę wy­znać ma­my, to nam jesz­cze do dzie­się­ciu... oszy­cia ba­ran­ko­we­go bra­ku­je...

— Bra­ku­je! — wy­krzyk­nął. — A co? Prze­czu­ła du­sza mo­ja, że jesz­cze bra­ku­je...

Ze­rwał z wie­sza­dła smut­ne ru­iny fu­tra swe­go i nam je po­da­wał, to jed­nej, to dru­giej wprost w rę­ce wci­skał.

— Pro­szę, pro­szę! Niech te szel­my ba­ra­ny szczę­ścia te­go do­stą­pią... za­szczy­tu te­go... i ja ra­zem z ni­mi...

Wzru­szo­ne, zdzi­wio­ne, onie­śmie­lo­ne, co­fa­ły­śmy się, dy­ga­ły­śmy nie śmiąc da­ru przyj­mo­wać... Hra­bi­na pierw­sza po­chwy­ci­ła jed­ną z rąk, któ­re go po­da­wa­ły i moc­no ją ści­snę­ła, po czym ta czer­wo­na, szorst­ka rę­ka od jed­nej do dru­giej dło­ni nie­wie­ściej prze­cho­dzi­ła, ści­ska­na, wstrzą­sa­na, nie po świa­to­we­mu, nie po sa­lo­no­we­mu, ale po pro­stu, ser­decz­nie. I mó­wi­ły­śmy cią­gle:

— Czy po­dob­na? Ależ nie­po­dob­na. Jak­że pan bez fu­tra po­je­dzie! Dziś tak chłod­no! I nam aż ty­le nie po­trze­ba!

— Nie po­trze­ba aż ty­le! No, to dru­gą po­łę tyl­ko... do dzie­się­ciu cza­pek dru­gą po­łę... Pew­no jak raz wy­star­czy...

W rę­ku Win­cu­si dziw­nie ja­koś w po­rę no­ży­ce bły­snę­ły i za­dzwo­ni­ły.

— Ot i no­życz­ki są! — pan Bu­ra­kie­wicz za­wo­łał. — Dzię­ki Bo­gu, są no­życz­ki... za po­zwo­le­niem pa­ni do­bro­dziej­ki...

Wy­chwy­cił z rąk Win­cu­si no­ży­ce ru­chem tak nie­sa­lo­no­wym, że aż syk­nę­ła tro­chę z bó­lu i w mgnie­niu oka reszt­ki ba­ra­nów swych na sto­le roz­ło­żyw­szy: czach, czach, czach! Kro­jąc mru­czał:

— Twar­da be­stia ten ba­ran... ale i no­ży­ce szel­my tę­pe... niech ich dia­bli...

A gdy pięk­ne nie­gdyś fu­tro żad­nej po­ły już nie mia­ło, za­czął po­zo­sta­łość na sie­bie wkła­dać.

— Pa­nie do­bro­dziej­ki mó­wią, że dzień dziś chłod­ny, ale ja so­bie z te­go kpię... Zdrów je­stem... chwa­ła Bo­gu, i mo­gę choć­by w mróz bez fu­tra A tu jesz­cze pier­si i ple­cy okry­te...

Wcią­gnął na ple­cy to dziw­ne ubra­nie, któ­re tak zu­peł­nie jak nie­wie­ście fi­ga­ro wy­glą­da­ło, tym tyl­ko od nie­go się róż­niąc, że by­ło z rę­ka­wa­mi i że z cię­cia przez no­ży­ce ope­ra­cyj­ne za­da­ne­go za­wi­sły mu ku do­ło­wi ba­jecz­nie ża­ło­sne strzę­py wa­ty, suk­na i pod­szew­ki.

Ale te­raz oto­czy­li go pa­no­wie, wszy­scy trzej do­mo­wi i gość. Go­spo­darz do­mu pro­sił:

— Niech są­siad bę­dzie ła­skaw tak za­raz nie od­jeż­dża... Mo­że obiad zje­my ra­zem... Ko­nie do staj­ni niech odej­dą...

Nie przez grzecz­ność, nie przez zwy­czaj­ną grzecz­ność po raz pierw­szy do do­mu swe­go pa­na Bu­ra­kie­wi­cza ja­ko go­ścia za­pra­szał. W gło­sie je­go czuć by­ło wzru­sze­nie.

A pa­na Bu­ra­kie­wi­cza za­pro­si­ny te i ich ser­decz­ność — rzecz dziw­na! nie ucie­szy­ły, lecz za­dzi­wiw­szy zra­zu, roz­la­ły po nim, ow­szem, za­smu­ce­nie czy za­my­śle­nie. Ci­szej nie­co, niż mó­wił zwy­kle, od­po­wie­dział:

— Dzię­ku­ję pa­nu do­bro­dzie­jo­wi, bar­dzo dzię­ku­ję... ale od­wy­kłem... a praw­dę po­wie­dziaw­szy, do ta­kich kom­pa­nii i ni­g­dy przy­zwy­cza­jo­ny nie by­łem... Jak dzik — ody­niec po­mię­dzy drze­wa­mi le­śny­mi, tak ja sa­mot­ny po­mię­dzy ludź­mi cho­dzę i nikt mnie bra­tem ani swa­tem nie jest. Szel­ma do­la ta­ka... ale co ro­bić? Kie­dy Pa­nu Bo­gu tak po­do­ba­ło się... i już nie­dłu­go... sta­ry je­stem... więc nie­dłu­go już na tym dia­bel­skim świe­cie... Ale ot, o co ja pa­na do­bro­dzie­ja po­pro­szę...

W obie rę­ce wziął rę­kę go­spo­da­rza do­mu i dziw­nie pro­szą­co w oczy mu swy­mi błysz­czą­cy­mi nie­za­po­mi­naj­ka­mi pa­trząc, zni­żo­nym nie­co gło­sem mó­wił:

— Niech pa­no­wie bę­dą ła­ska­wi w każ­dej po­trze­bie, ta­kiej ogól­nej... w każ­dej oka­zji ta­kiej, co to gro­sza al­bo tro­chę pra­cy ja­kiej po­trze­ba, do mnie od­zy­wa­ją się... Ja chcę... ja żą­dam... czym­kol­wiek przy­słu­żyć się... mat­ce... bo prze­cież i ja... syn jej... a że los szel­ma po­mię­dzy sa­mych ob­cych na ten świat mnie rzu­cił, to ja i nie na­rzu­cam się ni­ko­mu... a tyl­ko... dia­bli wie­dzą, co w ser­cu sie­dzi i spo­koj­no­ści nie da­je...

Za­czę­li go wszy­scy czte­rej co­raz ści­ślej ota­czać, co­raz ser­decz­niej za­pra­szać. Niech do nich przy­jeż­dża, niech się bli­żej z ni­mi za­po­zna, oni tak­że od­wie­dzać go bę­dą.

Ale czer­wo­ny­mi rę­ko­ma ma­chać za­czął.

— Ej, nie! Ej, nie! Z du­szy, z ser­ca dzię­ku­ję, ale nie! Od­wy­kłem... nie przy­wy­kłem... dia­bła­mi jak pa­ro­bek sa­dzę... w sa­mot­no­ści mnie naj­le­piej... ogró­dek swój pie­lę­gnu­ję... drzew­ka to mo­je dzie­ci... dum­ki smut­ne moi go­ście. Że­gnam pań­stwa do­bro­dziej­stwa, że­gnam, dzię­ku­ję!

I szedł ku wyj­ściu w swo­im dziw­nym fi­ga­rze, z ża­ło­sną frędz­lą.

Ale my zno­wu tak bez ni­cze­go roz­stać się z nim nie mo­gły­śmy i przy drzwiach go do­padł­szy, Bo­że dro­gi, cze­go­śmy mu nie na­ga­da­ły! Ja­ki­mi­śmy go mi­ły­mi, ser­decz­ny­mi sło­wy nie osy­pa­ły! Zda­je się, że hra­bi­na pa­rę ra­zy piesz­czo­tli­wie go po ra­mie­niu po­gła­ska­ła... Zda­je się na­wet — choć te­go nie­zu­peł­nie pew­na je­stem — że czer­wo­ne po­licz­ki je­go, srebr­na­wą ką­dzie­lą oto­czo­ne, od Oktu­ni, Win­cu­si i ode mnie do­sta­ły trzy ca­łu­sy...

I po­tem do­pie­ro, po od­jeź­dzie pa­na Bu­ra­kie­wi­cza, od­był się nad na­mi sąd, nie sąd pa­rów, broń Bo­że, ale da­le­ko wyż­szy, bo na­szych i wszel­kie­go stwo­rze­nia pa­nów.

A kie­dy przy obia­do­wym sto­le bar­dzo już gde­ra­niem nas nu­dzi­li i wy­rzu­ta­mi obu­rza­li, Czer­ni­sia, któ­ra z na­mi dnia te­go obiad ja­dła, wy­pro­sto­wa­ła na krze­śle swo­ją dłu­gą po­stać i z czar­ny­mi oczka­mi jak żu­żel­ki go­re­ją­cy­mi rze­kła:

— A mnie się zda­je, pro­szę pa­nów, że kie­dy pan Bu­ra­kie­wicz prze­ba­czył i jesz­cze po­dzię­ko­wał, to i przez wszyst­kich prze­ba­czo­ne i za­po­mnia­ne być po­win­no... Nie dla sa­mych sie­bie prze­cież pa­nie po­łę tę uci­na­ły, ale dla szczę­śli­wo­ści pu­blicz­nej...

Mia­ła słusz­ność Czer­ni­sia. Po dniu tym i po ca­łej tej wio­śnie na­stą­pi­ła u nas ta­ka szczę­śli­wość pu­blicz­na, że aż — ha!


Glo­ria vic­tis

(r. 1863)

Le­ciał wiatr świa­tem cie­ka­wy, nie­spo­koj­ny, słu­chał gwa­rzeń, opo­wia­dań wód, zbóż, kwia­tów po­lnych, drzew przy­droż­nych i — szu­miał. Szu­miał o wszyst­kim, co wi­dział, co sły­szał na sze­ro­kim, wiel­kim, na prze­dziw­nym świe­cie i le­ciał, aż przy­le­ciał do kra­iny, w wo­dy, tra­wy i drze­wa bo­ga­tej, któ­ra na­zy­wa się Po­le­sie li­tew­skie.

Hej, prze­stwo­rza wol­ne, prze­stwo­rza roz­ło­ży­ste wia­tro­wi pręd­kie­mu na rów­ni­nach, co skra­je nie­bios do­ko­ła pod­pie­ra­ją bez prze­szkód, bez za­słon. Nie ude­rzy się tu wiatr pręd­ki o żad­ną gó­rę ani o ża­den pa­gó­rek, nie po­wstrzy­ma lo­tu je­go żad­ne wy­so­kie mia­sto i chy­ba tyl­ko las przed nim sta­nie z ob­li­czem ciem­nym i nad łą­ka­mi bez­kre­sny­mi, nad roz­la­ny­mi po nich wo­da­mi za­szep­cze sło­wo: ta­jem­ni­ca!

Ale dla wia­tru las ta­jem­nic nie ma. Są to dwaj przy­ja­cie­le. Prze­ni­ka wiatr le­śne gę­stwi­ny od skra­ju do skra­ju i one mu wszyst­ko, co wi­dzia­ły, sły­sza­ły, opo­wia­da­ją. Prze­ni­ka­ją się wza­jem­nie i w no­ce gwiaź­dzi­ste, w dnie od śnie­gu bia­łe, w wie­czo­ry je­sien­ne od chmur po­sęp­ne, od desz­czu szem­rzą­ce, wio­dą ze so­bą dłu­gie przy­ja­ciół roz­mo­wy.

Le­ciał te­dy wiatr nad Po­le­siem, gdy let­nie słoń­ce mia­ło się ku za­cho­do­wi i w bla­sku je­go smół­ki na łą­kach sta­ły za­ru­mie­nio­ne jak zo­rze, a wo­dy ob­le­ka­ły się w bar­wy tę­czo­we. Na wo­dach w szy­by wie­lo­ra­mien­ne, w stru­gi le­ni­we roz­la­nych ja­śnia­ły fio­let, pur­pu­ra i zło­to, a nad ni­mi, w po­wie­trzu, roz­po­ście­ra­ła się ci­sza błę­kit­na, głę­bo­ka.

Wiatr ci­szy nie mą­cił, al­bo­wiem nie był z wia­trów ta­kich, co grzmią i hu­czą, wstrzą­sa­ją i oba­la­ją, ale z ta­kich, co ko­cha­ją świat. La­tał po świe­cie, aże­by zbie­rać je­go praw­dy i ba­śnie, mi­nio­ne dzie­je, wy­ro­nio­ne ję­ki, echa sta­cza­nych walk, aże­by zbie­rać pył­ki je­go na­dziei, żuż­le je­go ża­lów, to­ny je­go pie­śni i nieść je w prze­strzeń, w dal, w czas, w pa­mię­ci, w ser­ca...

Prze­le­ciał wiatr pręd­ki nad łą­ka­mi roz­le­gły­mi, ła­god­ną piesz­czo­tą mu­ska­jąc w lo­cie ru­mia­ne smół­ki i czer­wo­ne szcza­wie, ła­god­ną swa­wo­lą w drob­ne fa­le marsz­cząc tę­czo­we wód po­wierzch­nie, aż roz­wi­nę­ła się przed nim wstę­ga wo­dy wca­le niż tam­te in­nej, ci­cho sto­ją­cej w ko­ry­cie rę­ko­ma ludz­ki­mi wy­żło­bio­nym.

Wie­dział wiatr, co to za wo­da i jak się na­zy­wa. Przed po­ło­wą stu­le­cia tu był i wie­dział, że jest to Ka­nał Kró­lew­ski. Hej, hej, ten pa­sek wo­dy bla­do­błę­kit­nej, sen­nej, ja­każ mu to prze­szko­da!

Za­nim mo­tyl zdo­łał wzbić się z przy­brzeż­nej tra­wy na szczyt si­tu, u któ­re­go zwi­nął do snu po­zła­ca­ne skrzy­dła, wiatr prze­le­ciał nad Kró­lew­skim Ka­na­łem i oko w oko spo­tkał się z roz­to­czo­nym jak wzro­kiem się­gnąć, wy­so­ko­pien­nym, cie­ni­stym, prze­zro­czy­stym la­sem. Od­kąd tu był, pół stu­le­cia upły­nę­ło, jed­nak po­znał przy­ja­cie­la.

— Jak się masz? — za­dmu­chał we­so­ło.

Las w od­po­wie­dzi za­szu­miał:

— Wi­taj, mi­ły la­taw­cze!

I wle­ciał wiatr do la­su ura­do­wa­ny, zwin­ny, prze­la­ty­wał wśród świer­ków, brzóz, olch, dę­bów, ra­mio­na­mi owi­ja­jąc pnie sta­rych przy­ja­ciół i skrzy­dła­mi na ich ko­na­rach skła­da­jąc po­ca­łun­ki przy­wi­tal­ne.

— Jak się ma­cie? — szem­rał i szep­tał. — Co­ście przez czas ten wi­dzia­ły, sły­sza­ły? Co się tu u was, do­ko­ła was dzia­ło, sta­wa­ło?

A sta­re świer­ki, dę­by, brzo­zy roz­ło­ży­ste, ra­mio­na­mi po­wie­wa­jąc, od­po­wia­da­ły:

— Dzia­ły się tu i sta­wa­ły rze­czy dziw­ne, rze­czy gło­śne, dzwo­nią­ce, pła­czą­ce, roz­le­ga­ją­ce się krzy­ka­mi, ję­ka­mi...

— Co, co, co się dzia­ło? Ja­kie, ja­kie, ja­kie rze­czy? — z szyb­ko­ścią nie­zmier­ną szu­miał, py­tał wiatr, gdyż po to tyl­ko ist­niał, aby dzie­je ziem­skie zbie­rać i po zie­mi je roz­no­sić al­bo na­wet nie­kie­dy pod sa­mo nie­bo wzno­sić i nie­bu po­ka­zy­wać.

Po le­sie błą­ka­ły się świa­tła za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, w sze­ro­kie, zło­te pa­sy ubie­ra­jąc pnie drzew sta­rych, na mchach i pa­pro­ciach mi­go­cząc mnó­stwem iskier, w roz­kwi­tłych ró­żach dzi­kich za­pa­la­jąc ru­bi­no­we ser­ca.

Róż dzi­kich, traw, pa­pro­ci peł­na by­ła po­la­na bar­dzo roz­le­gła, wy­nio­sły­mi drze­wa­mi ze­wsząd oto­czo­na, na któ­rą wiatr wle­ciał i wnet po niej uwi­jać się po­czął z szyb­ko­ścią nad­zwy­czaj­ną, wzno­sząc się i opa­da­jąc, ba­da­jąc, szu­ka­jąc, na róż­ne to­ny szu­miąc:

— Co się tu dzia­ło? Co się tu, na tej po­la­nie, dzia­ło? Coś oso­bli­we­go, coś nad­co­dzien­ne­go dziać się tu mu­sia­ło! Czu­ję krew! O! dłu­go, przed­łu­go zie­mia wy­da­je z sie­bie woń krwi swych dzie­ci, lu­dzi! Sły­szę ję­ki! O, dłu­go, przed­łu­go po­wie­trze trzy­ma pod ob­li­czem nie­ba ję­ki dzie­ci je­go, lu­dzi! Tu był bój ja­kiś i tu by­ły zgo­ny! Tu by­ły ra­ny, tę­ten­ty ko­ni, krzy­ki! Mów­cie, drze­wa ko­cha­ne, opo­wia­daj­cie, mów­cie!

Drze­wa mil­cza­ły, tyl­ko po ich ga­łę­ziach prze­biegł dreszcz lek­ki, krót­ki, jak­by z zim­na na­głe­go po­wsta­ły, co dziw­ne by­ło w ten cie­pły dzień let­ni.

A wła­śnie w tej chwi­li wiatr z gwał­tow­no­ścią u nie­go nie­zwy­kłą, z szu­mem na­mięt­nym za­py­ty­wać po­czął:

— A toż co? A to co jest ta­kie­go? Te­go na­tu­ra nie uczy­ni­ła! To uczy­ni­ły rę­ce ludz­kie? Tu ni­g­dzie na­tu­ra pa­gór­ków nie usy­py­wa­ła! Ten usy­pa­ny jest przez lu­dzi! Kto? Po co? Dla­cze­go? A ten­że krzy­żyk na pa­gór­ku, wśród li­lio­wych dzwon­ków, Bo­że, jak ma­ły, pro­sty, bied­ny! — Co zna­czy? Mów­cie, drze­wa, o mów­cie, bła­gam!

Wte­dy dąb wy­nio­sły i sil­ny, któ­re­mu kę­pa zwi­sa­ją­cych w dół ga­łę­zi czy­ni­ła bro­dę dłu­gą, brzo­za wy­smu­kła i ca­ła w dłu­gich, ku zie­mi opa­da­ją­cych war­ko­czach, świerk wy­pro­sto­wa­ny, w heł­mie z igli­cą strze­li­stą na szczy­cie, od­po­wie­dzie­li chó­rem przy­ci­szo­nym szu­mów:

— To jest mo­gi­ła!

— Ta­ka wiel­ka, ta­ka wiel­ka, ta­ka wiel­ka mo­gi­ła! — za­dzi­wił się wiatr.

Brzo­za wes­tchnę­ła:

— A krzy­żyk tak ma­ły!

A dąb za­ga­dał:

— Śpi w niej wie­le serc męż­nych, spa­lo­nych na oł­ta­rzu...

— Wie­le serc, a krzy­żyk je­den — za­dzi­wił się zno­wu wiatr.

A brzo­za zno­wu wes­tchnę­ła:

— I ta­ki ma­ły, bied­ny!

Wy­pro­sto­wa­ny świerk po­trzą­snął heł­mem zdob­nym w strze­li­stą igli­cę i prze­mó­wił:

— Jam naj­wyż­szy w tym le­sie, naj­da­lej wi­dzę, wiem: są na zie­mi bo­ha­te­rzy wień­cze­ni i nie wień­cze­ni, ma­ją­cy po­mni­ki i ich nie ma­ją­cy.

Na­boż­nie wiatr wy­szep­tał py­ta­nie:

— Je­st­że to mo­gi­ła bo­ha­te­rów?

— Bez­i­mien­nych — od­po­wie­dział świerk.

A dzwon­ki li­lio­we, gę­sto do­ko­ła krzy­ży­ka ro­sną­ce, ci­cho za­dzwo­ni­ły:

— Po­mar­łych mło­do, mło­do...

— I w mę­kach — szep­nę­ła ró­ża dzi­ka u szczy­tu pa­gór­ka ro­sną­ca, przy czym od ru­bi­no­we­go ser­ca swe­go ode­rwa­ła pła­tek je­den i na pa­gó­rek go rzu­ci­ła.

Upadł pła­tek do mo­ty­la po­dob­ny na tra­wy wy­so­kie, a ró­ża wes­tchnę­ła:

— Ja jed­na kwia­ty na tę mo­gi­łę rzu­cam. Co la­ta, od pół stu­le­cia pra­wie, rzu­cam na nią won­ne płat­ki mo­je, ja jed­na!

Tu zno­wu ode­zwa­ły się dzwon­ki li­lio­we:

— A my dzwo­ni­my pa­cierz ża­łob­ny. Co la­to, od pół stu­le­cia pra­wie, wy­dzwa­nia­my nad tą mo­gi­łą pa­cierz ża­łob­ny... my jed­ne!

Wte­dy wiatr pręd­ki po­ło­żył się na pa­gór­ku mo­gil­nym, znie­ru­cho­miał. Lu­dzie wi­dzieć by go nie mo­gli, lecz drze­wa, tra­wy, kwia­ty wi­dzia­ły.

Cia­ło je­go prze­zro­czy­ste, po­wiew­ne, z krysz­ta­łu i szro­nu utka­ne, wy­dłu­ży­ło się na pa­gór­ku w skrę­tach wę­żo­wych i ty­sią­cem zło­tych od­bić za­świe­ci­ły w nim bla­ski za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Świe­ci­ły i mi­go­ta­ły błysz­czą­ce od­bi­cia te w skrzy­dłach je­go ogrom­nych, któ­re jak fa­le płyn­ne­go krysz­ta­łu opa­dły na tra­wy po­la­ny, we wło­sach je­go, któ­re jak pa­ję­cza tkań ze szro­nu roz­po­star­ły się nad po­la­ną, w ra­mio­nach je­go, któ­re jak krysz­ta­ło­we ko­lum­ny wzno­si­ły się ku drze­wom, gdy w po­wie­trzu pły­nę­ło szem­ra­nie bła­gal­ne, ci­che.

— Mów­cie, o, sta­rzy wia­tru pręd­kie­go przy­ja­cie­le! Wy, co przez wie­ki miesz­ka­cie w świą­ty­ni du­ma­nia i czo­ła­mi nie­bo­tycz­ny­mi pod­pie­ra­cie stro­py sa­mot­ni nie­skoń­czo­nych, za­my­śle­ni świad­ko­wie dzie­jów zie­mi, ty­siąc­o­ust­ni a mil­czą­cy stró­że mo­gił le­śnych, bez­i­mien­nych, za­po­mnia­nych, nie­uczczo­nych, wy­śpie­waj­cie mi o tej mo­gi­le stro­fę ży­cia i stro­fę śmier­ci, abym mógł unieść ją pod nie­bo i po­ka­zać nie­bu, a po­tem nieść nad zie­mią w prze­strzeń, w dal, w czas, w pa­mię­ci, w ser­ca...

Ostat­ni rą­bek tar­czy sło­necz­nej za skraj zie­mi za­su­nął się i znik­nął. Na­to­miast zo­rza wie­czor­na w pur­pu­rze i pło­mie­niach pod­nio­sła się za la­sem i las na­peł­ni­ła świa­tła­mi po­żo­gi. W po­wie­trzu, po­mię­dzy li­ść­mi drzew, na krza­kach i tra­wach, roz­sy­pa­ły się okru­chy świetl­nej łu­ny nie­bie­skiej, ma­ją­ce czer­wo­ność i ogni­stość pło­ną­cych kro­pel krwi.

Sta­ry, po­tęż­ny dąb, pa­ła­ją­cy­mi kro­pla­mi krwi na ga­łę­zi­stej bro­dzie świe­cąc, roz­warł sze­ro­kie ra­mio­na, po­wiał ni­mi w po­wie­trzu i tak szu­mieć za­czął:

— Przy­szli tu w kil­ku­set lu­dzi i roz­ło­ży­li się obo­zem gwar­nym, tłum­nym, pstrym od odzie­ży roz­ma­itej, po­bły­sku­ją­cym orę­żem roz­ma­itym.

Jed­ną tyl­ko część odzie­ży mie­li jed­no­staj­ną: czap­ki czwo­ro­kąt­ne bar­wy ama­ran­tu­sów al­bo po­lnych cha­brów i jed­ną ce­chę wspól­ną wszyst­kim: mło­dość. Sa­mo la­to ży­cia, la­to go­rą­ce, kwit­ną­ce pa­trza­ło z ich twa­rzy, jesz­cze zno­jem tru­dów i walk nie­do­tknię­tych, ja­śnia­ło w oczach, po brze­gi peł­nych za­pa­łu i na­dziei. Roz­ło­ży­li się obo­zem, zbu­do­wa­li ze sple­cio­nych ga­łę­zi na­mio­tów kil­ka: dla wo­dza, dla co lep­szych ko­ni, dla przy­szłych ran­nych; u roz­pa­lo­ne­go ogni­ska zgo­to­wa­li so­bie po­si­łek wie­czor­ny i gdy ro­bo­ty by­ły już skoń­czo­ne, a na nie­bo nad la­sem wze­szły gwiaz­dy, wzbi­li ku nie­bu i ku gwiaz­dom chór sil­nych gło­sów, śpie­wa­ją­cych hymn skar­gi, uf­no­ści i proś­by. Hym­nu te­go my, drze­wa, słu­cha­ły­śmy zdu­mio­ne, wtó­ru­jąc mu szep­tem cie­ka­wo­ści peł­nym: „Co to bę­dzie, co to bę­dzie?”

Wo­dzem ich był czło­wiek świę­te­go imie­nia, któ­re brzmia­ło: Ro­mu­ald Trau­gutt. Py­tasz, dla­cze­go świę­tym jest to imię? Al­bo­wiem we­dług przy­ka­za­nia Pa­na opu­ścił on żo­nę i dzie­ci, do­stat­ki i spo­kój, wszyst­ko, co pie­ści, wszyst­ko, co ra­du­je i jest ży­cia po­nę­tą, cza­rem, skar­bem, szczę­ściem, a wziąw­szy na ra­mio­na krzyż na­ro­du swe­go, po­szedł za idą­cym zie­mią tą słu­pem ogni­stym i w nim zgo­rzał. Nie tu­taj zgo­rzał. Nie w tej mo­gi­le śpi. Kę­dyś da­le­ko. Ale wów­czas na cze­le huf­ca te­go na tę po­la­nę przy­szedł i pa­trzy­ły­śmy na nie­go my, drze­wa.

Po ra­zy wie­le w cza­sach da­le­kich spod gła­zu nie­wo­li, któ­ry tę zie­mię tło­czył, wzbi­jał się był słup ogni­sty ku obie­ca­nej kra­inie wol­no­ści wio­dą­cy i gro­ma­dy lu­dzi za nim szły. Wzbił się i te­raz, gro­ma­dy lu­dzi za nim po­szły, ta by­ła jed­ną z nich, a on jej przy­wo­dził. Wi­dzia­ły­śmy je­go czar­no­wło­są gło­wę z oczy­ma my­śli­cie­la i uśmie­chem dziec­ka. Oczy miał mą­dre, smut­ne — po­dob­no bra­tem bliź­nia­czym mą­dro­ści by­wa u lu­dzi smu­tek — a uśmiech świe­ży, per­ło­wy, z kro­plą sło­dy­czy dzie­cię­cej al­bo nie­wie­ściej. Przez czo­ło śnia­de pa­lec tra­gicz­nych prze­zna­czeń wcze­śnie prze­cią­gnął mu zmarszcz­kę su­ro­wą, nie­kie­dy aż groź­ną.

I głos je­go sły­sza­ły­śmy z brzmie­niem jak stal dzwo­nią­cym, roz­ka­zu­ją­cym, nie­kie­dy aż groź­nym. Tak grzmieć mu­siał w wą­wo­zie ter­mo­pil­skim głos Le­oni­da­sa.

Skąd wie­my o Le­oni­da­sie? Pra-pra-oj­com na­szym opo­wia­da­ły o nim pra–pra-oj­ce wia­trów pręd­kich i nikt nie zgad­nie, kę­dy, jak, kie­dy o rze­czach wiel­kich i o rze­czach wiecz­nych roz­po­wia­da­ją wia­try drze­wom, drze­wa chmu­rom, chmu­ry gwiaz­dom, gwiaz­dy du­chom, a ba­śnie i pie­śni, wie­ści i po­wie­ści pły­ną jak świat sze­ro­ko i jak wiecz­ność dłu­go...

Czy Le­oni­das wie­dział, że gdy wą­wóz ter­mo­pil­ski tru­pa­mi huf­ca swo­je­go za­sy­pie, sto­pa nie­wo­li zie­mi grec­kiej nie do­się­że? Je­że­li wie­dział, bło­go mu by­ło uście­łać tę krwa­wą za­po­rę i ja­ko pie­częć skła­dać na niej sie­bie!

Ten nie wie­dział. W oręż­nych spra­wach ludz­kich bie­głym był, bie­głość ta w da­le­ko­widz­two wzrok mu za­ostrza­ła, spo­strze­gał wy­ła­nia­ją­cą się zza dnia ofiar i bo­ju po­twor­ną, czar­ną noc.

Jed­nak szedł i pro­wa­dził, bo ta­ka by­ła moc słu­pa ogni­ste­go, któ­ry wów­czas nad zie­mią wzbił się, ta­ka tę­sk­no­ta za obie­ca­ną, ocze­ki­wa­ną, za upra­gnio­ną, pło­mien­nie ko­cha­ną kra­iną wol­no­ści i ta­ki był krzyż na­ro­du je­go cięż­ki, nie­zno­śny...

Ale nie o nim te­raz opo­wia­dać bę­dę. O nim po­tem, dłu­go. Dłu­ga być win­na po­wieść o mę­żu wiel­kim, któ­ry po so­bie zo­sta­wił imię gło­śne.

Te­raz o jed­nym z bez­i­mien­nych, z naj­mniej­szych, z naj­młod­szych, o tym, nad któ­re­go gło­wą nie­mal chło­pię­cą rę­ka nie­wie­ścia ten ma­ły krzy­żyk za­sa­dzi­ła.

Pięk­ny maj był na świe­cie, kie­dy tu przy­szli. Kon­wa­lie kwi­tły ob­fi­cie jak ni­g­dy, nie­da­le­ko stąd nad błę­kit­ną stru­gą w ka­li­no­wych krza­kach śpie­wał sło­wik. Zie­lo­no by­ło na tej po­la­nie od mło­dych traw i pa­pro­ci, kwie­ci­sto od kon­wa­lii i róż dzi­kich, won­nie, zło­to i cie­pło od wio­sny. Gdy oni przy­szli, uczy­ni­ło się na niej szum­nie, dum­nie i we­so­ło. Tak, tak, we­so­ło.

Nie nie­wol­ni­cy to by­li na ar­ka­nie prze­mo­cy do bo­ju cią­gnię­ci, lecz do­bro­wol­ni ofiar­ni­cy wy­so­kich oł­ta­rzy. Ze świa­tłem idei w gło­wach, z ogniem mi­ło­ści w ser­cach, gło­wy i ser­ca nie­śli wy­so­ko. By­li sil­ni, śmia­li, gwar­ni i czy uwie­rzysz, wie­trze pręd­ki? — by­li szczę­śli­wi. Za­pew­ne uwie­rzysz, bo wie­dzieć o tym mu­sisz, że na Gwieź­dzie, któ­ra na­zy­wa się Zie­mią, du­sze ludz­kie i szczę­ścia ludz­kie ist­nie­ją w mnó­stwie od­mian i że, jak mo­tyl na kwiat wy­bra­ny, du­sza ludz­ka zla­tu­je za­zwy­czaj na tę od­mia­nę szczę­ścia, któ­ra naj­wię­cej do niej sa­mej jest po­dob­na. Ich du­sze przy­cią­gnę­ło ku so­bie to szczę­ście, co roz­kwi­ta na wy­so­kich gó­rach i ma kie­lich pur­pu­ro­wy, a ko­ro­nę uple­cio­ną z cier­ni.

Nie tyl­ko przy­szli, lecz tak­że i przy­je­cha­li. Grzmia­ła zie­mia od bie­gu osio­dła­nych ko­ni i po­wie­trze iskrzy­ło się od bły­sków ob­na­żo­nych sza­bel, ile­kroć sta­lo­wy głos wo­dza za­wo­łał:

— Jaz­da!

Na cze­le jaz­dy wy­bór wo­dza po­sta­wił mło­dzień­ca o po­sta­wie wy­nio­słej i czar­nym, iskrzą­cym się oku. Mło­dy Her­ku­les z kształ­tów, Scy­pio rzym­ski z ry­sów. Ro­dzin­ny dom je­go stał nie­zbyt stąd da­le­ko, od pod­staw do szczy­tu ople­cio­ny blusz­czem, oto­czo­ny gę­stwi­ną drzew od­wiecz­nych, roz­ło­giem pól ży­znych. Spod zie­lo­nych blusz­czów wy­szedł, tu­taj przy­był i z po­słu­szeń­stwem dziec­ka, z po­śpie­chem ko­chan­ka biegł na swym stroj­nym, ogni­stym ara­bie, ile­kroć roz­legł się głos wo­dza, wo­ła­ją­cy:

— Jag­min!

Wte­dy czap­ka kwa­dra­to­wa krwa­wi­ła się mu nad czar­ny­mi jak noc wło­sa­mi, dłoń le­ża­ła na głow­ni sza­bli, a za sil­ny­mi ra­mio­ny le­ciał po­szum nie­wi­dzial­nych skrzy­deł... owych daw­nych.

Ale ten mój, ten mój ma­ły... (ma­łym Tar­łow­skim na­zy­wa­no go w obo­zie) ani tak sil­ny był, ani tak uro­dzi­wy, ani na­wet tak bo­ga­ty, aby na dro­go­cen­nym, stroj­nie przy­bra­nym bie­gu­nie tu przy­być. Dla­te­go wła­śnie ulu­bień­cem mo­im stał się, że był wą­tły, drob­ny, na twa­rzy ró­żo­wy i bia­ły, a oczy miał jak u dziew­czy­ny ła­god­ne, nie­śmia­łe, czy­ste i tak błę­kit­ne, jak te nie­za­po­mi­naj­ki, któ­re tu cza­sem u stóp mo­ich ro­sną. Prze­bra­na dziew­czy­na czy le­d­wie do­ro­słe chło­pię! Wca­le też nie­daw­no mi­nę­ło mu lat dwa­dzie­ścia. Jed­nak mo­że i dla­te­go jesz­cze ulu­bień­cem mo­im ry­chło stał się, że we mnie cie­ka­wość obu­dzał.

Dziw­ne w wie­ku tak mło­dym prze­past­ne za­du­my osia­da­ły mu nie­kie­dy w oczach dzie­wi­czych, ła­god­nych, a po twa­rzy ró­żo­wej i bia­łej prze­pły­wa­ły ta­kie łu­ny go­rą­ce, jak­by tam w nim, we wnę­trzu tej je­go wą­tłej, chło­pię­cej po­sta­ci coś pło­nę­ło, go­rza­ło.

I przed­tem zresz­tą, za­nim tu przy­był, już go lu­bi­łem. Mó­wi­ły o nim po­mię­dzy so­bą te tra­wy roz­czo­chra­ne, któ­re wiecz­nie po­chy­la­ją się ku so­bie i o czymś mó­wić jed­ne dru­gim mu­szą. Mó­wi­ły o nim rze­czy mi­łe, ład­ne. W ci­che wie­czo­ry szep­tów ich słu­cha­łem.

Uro­dził się nie w tych stro­nach, kę­dyś da­le­ko, a w te stro­ny przy­wiał go ów prąd gór­ny, któ­ry wów­czas świa­tem pły­nął i lu­dzi wy­so­kich rzu­cał w ra­mio­na i pod sto­py ma­lucz­kich. On, ten ma­ły, wy­so­ki był wie­dzą i my­ślą. Szyb­ko pod­bi­jać mu­siał ich kra­inę, sko­ro tak wcze­śnie stał się jed­nym z jej miesz­kań­ców. Był mło­dym uczo­nym, ta­kim, co się u lu­dzi na­zy­wa na­tu­ra­li­stą. Mógł­by był na sze­ro­kim świe­cie wstę­po­wać na dro­gi wy­so­kie. Wstą­pił na ni­ziut­ką. Przy­był w te stro­ny, aby swą myśl i wie­dzę roz­da­wać ma­lucz­kim. Dla­cze­go w te stro­ny wła­śnie? Nie wiem. Ale to rzecz po­mniej­sza. Prze­zna­cze­nie we­lo­nem ta­jem­ni­cy osło­nię­te trzy­ma w dło­ni koł­czan z ty­sią­cem tra­fów, któ­ry­mi ude­rza w lu­dzi i rzu­ca ni­mi jak pił­ka­mi po świe­cie prze­strze­ni i po świe­cie zda­rzeń.

Przy­je­chał był do po­bli­skie­go stąd mia­stecz­ka i uwił tam so­bie gniaz­do nie­du­że, co­dzien­nie na­peł­nia­ją­ce się szcze­bio­ta­niem pi­skląt ludz­kich. Nie przy­je­chał sam je­den. Przy­wiózł ze so­bą dziew­czy­nę, sio­strę młod­szą, w spo­sób ba­jecz­ny, pra­wie aż za­baw­ny do nie­go po­dob­ną. Ta sa­ma drob­ność wzro­stów, wą­tłość kształ­tów, te sa­me ry­sy ce­ry i na ry­sach roz­la­ne wy­ra­zy. I ko­cha­liż się, ko­cha­li! Po­dob­no od­umar­li im wszy­scy bli­scy i by­li na świe­cie tyl­ko we dwo­je. Sa­mot­ność serc sie­ro­cych i wspól­ność za­gro­dy ro­dzin­nej, kę­dyś da­le­ko sta­ry­mi li­pa­mi ocie­nio­nej, skrze­pia­ły wę­zeł u ko­le­bek za­dzierz­gnię­ty. Skrze­pia­ła go jesz­cze za­pew­ne jed­no­staj­ność tych gwiazd, któ­re rzą­dzą ludz­ki­mi uko­cha­nia­mi, chę­cia­mi, pra­ca­mi. Pra­co­wa­li ra­zem. Brat uczył sio­strę, sio­stra po­ma­ga­ła bra­tu i za­wsze by­li ra­zem, we dwo­je: w szko­le, w do­mu, na uli­cach mia­stecz­ka, na dro­gach po­lnych i le­śnych. Aż za­baw­nie by­ło pa­trzeć na tę par­kę lu­dzi mło­dziu­teń­ką, ma­łą, ja­sno­wło­są, ró­żo­wo­twa­rzą, wiecz­nie ze so­bą sprzę­gnię­tą i wiecz­nie ze so­bą roz­ma­wia­ją­cą, na­ra­dza­ją­cą się, za­ga­da­ną, z bły­ska­mi w błę­kit­nych oczach i we­so­ły­mi uśmie­cha­mi na ru­mia­nych ustach. Ona go na­zy­wa­ła Ma­ry­siem, a on ją Aniel­ką.

Do­brze im by­ło ze so­bą i każ­dy z ła­two­ścią mógł zgad­nąć, że do­brze im by­ło na świe­cie.

Wkrót­ce jed­nak przy­szedł czas, że na uli­cach mia­stecz­ka, na po­lnych i le­śnych dro­gach po­czę­li uka­zy­wać się nie we dwo­je już, ale we tro­je. To­wa­rzy­szem ich czę­sto by­wać za­czął ów mło­dzie­niec spod zie­lo­nych blusz­czów, z po­sta­wą wy­nio­słą, sil­ną i ze śnia­dym pro­fi­lem Rzy­mia­ni­na, któ­ry to po­tem na tej po­la­nie miał do­wo­dzić jaz­dą. Ten ze­wnętrz­nie wca­le do nich po­dob­ny nie był; ow­szem, jak­by in­nej ra­sy był, czer­wień­szej krwi, spod za­ma­szyst­sze­go, po­tęż­niej­sze­go mło­ta na­tu­ry. Po­mi­mo to za­wią­zy­wa­ło się po­mię­dzy tym troj­giem coś co­raz ser­decz­niej­sze­go: przy­jaźń? mi­łość? jed­na i dru­ga ra­zem? — aż dnia pew­ne­go, za spra­wą no­we­go to­wa­rzy­sza, dziew­czy­na za­pła­ka­ła krót­ko, lecz roz­pacz­nie.

By­ło to tak. W le­sie, tym, co tuż za mia­stecz­kiem, sie­dzia­ła z bra­tem na oba­lo­nej kło­dzie i obo­je z gło­wa­mi ku so­bie po­chy­lo­ny­mi przy­glą­da­li się ja­kiejś pie­rza­stej tra­wie, po któ­rej peł­zał drob­ny ja­kiś owa­dek, gdy tam­ten spiesz­nie nad­szedł i przed ni­mi sta­nął. Szu­kał ich i zna­lazł. Od dość już daw­na wie­dział, gdzie, kie­dy naj­ła­twiej zna­leźć ich mo­że. Zmie­nio­ny był, ja­kiś nie ta­ki jak co dzień. Oczy mu go­rza­ły, spod czar­ne­go wą­sa usta zda­wa­ły się krwią try­skać, bu­rza uczuć wstrzą­sa­ła śnia­dym czo­łem. Sta­nął przed ni­mi, bez sło­wa po­wi­ta­nia od­krył gło­wę i rę­ką po kru­czych wło­sach po­wiódł, a rę­ka ta, du­ża, sil­na, bia­ła, her­bo­wym sy­gne­tem na pal­cu błysz­czą­ca, tro­chę drża­ła. Zro­zu­mie­li i — za­wią­za­ła się szyb­ko roz­mo­wa.

— Już dzień ozna­czo­ny?

— Ozna­czo­ny.

— Kie­dy?

— Za dni dzie­sięć.

— Gdzie?

— W Dziat­ko­wi­czach.

— Do­kąd?

— Za Ka­nał Kró­lew­ski, do la­sów ho­rec­kich.

Tu głos dziew­czy­ny za­wo­łał:

— Już!

A on bra­ta jej za­py­tał:

— Po­sta­no­wie­nia nie zmie­ni­łeś?

— Chy­ba by du­sza mo­ja zmie­ni­ła się na in­ną!

— Więc ra­zem?

— Ra­zem!

— Za dni dzie­sięć do mnie i ze mną tam, gdzie bę­dą wszy­scy...

Za­mil­kli, bo roz­mo­wę prze­rwał im płacz nie­wie­ści. Z twa­rzą ukry­tą w drob­nych dło­niach Aniel­ka łka­ła i by­ło to łka­nie roz­pacz­ne.

Wie­dzia­ła, że to się sta­nie, lecz kie­dy już, już sta­wać się mia­ło, tak pła­kać po­czę­ła, że aż ca­łe wą­tłe jej cia­ło w tym pła­ka­niu kur­czy­ło się i drża­ło, aż ja­sne wło­sy roz­sy­py­wa­ły się po ra­mio­nach i na sza­rą su­kien­kę przez pal­ce prze­cie­ka­ły stru­mie­nie łez. Ale nie­dłu­go, nie­dłu­go. Mo­co­wa­ła się z łka­nia­mi, z łza­mi — i usta­ły. Wsta­ła i ra­mio­na­mi oto­czy­ła szy­ję bra­ta. Przy­ci­snę­ła się do pier­si je­go moc­no, moc­no i od­ry­wa­jąc się od niej po­wtó­rzy­ła kil­ka ra­zy:

— Idź, Ma­ry­siu, idź!

Twarz jej od łez mo­kra sta­nę­ła w uśmie­chu ta­kim, co to bó­lem usta kur­czy i ru­mień­ce z niej znik­nę­ły. Ale po­stać drob­ną z ca­łej si­ły wy­pro­sto­wy­wa­ła i w oczach bra­ta to­piąc swe bied­ne, męż­nie ze łza­mi wal­czą­ce oczy, po­wta­rza­ła:

— Idź, Ma­ry­siu, idź! Trze­ba!

W wie­czór dnia te­go w ma­łym ogród­ku, gdzie ro­sło kil­ka ja­bło­ni i tro­chę bzów kwi­tło, dwa gło­sy z ci­cha z so­bą roz­ma­wia­ły. Głos dziew­czę­cy pro­sił:

— On sil­ny du­chem, ale cia­łem sła­by, w ćwi­cze­nia mę­skie nie­wpraw­ny... Od dzie­ciń­stwa książ­ka, na­uka, gór­ne my­śli i za­mia­ry... Od­waż­ny, lecz si­ła skąd? Ko­cha, jak ko­cha, ja jed­na tyl­ko wiem, ale czy zdo­ła? Nie tu uro­dzo­ny, ni­ko­go tam swe­go mieć nie bę­dzie. Pan ni­g­dy ni­cze­go się nie lę­kał, to po­znać ła­two. Więc pan nie wie, co to trwo­ga ta­ka... jak szy­ba lo­du na ser­cu, jak nóż w ser­cu. O, pa­nie... bądź­cie wy tam czę­sto ra­zem...

On przy­rze­kał:

— Tam, gdzie ni­ko­go swe­go mieć nie bę­dzie, ja bę­dę mu swo­im. Przy­ja­cie­lem mu bę­dę, bra­tem, w po­trze­bie obroń­cą. I jak ra­zem od­cho­dzi­my, tak ra­zem tam bę­dzie­my pierś z pier­sią, du­sza z du­szą... I ra­zem po­wró­ci­my... al­bo...

Z sze­ro­kiej pier­si na­mięt­ne wes­tchnie­nie wzbi­ło się po­mię­dzy wo­nie bzów i bzy tyl­ko wi­dzia­ły, jak nad dwoj­giem rąk dziew­czę­cych, drob­nych, drżą­cych ni­sko po­chy­li­ła się mę­ska twarz z rzym­skim pro­fi­lem i jak usta mę­skie, pur­pu­ro­we, go­rą­ce lgnę­ły się do nich po­ca­łun­ka­mi dłu­gi­mi... Pierw­sze to by­ły po­ca­łun­ki, na rę­kach tych przez te usta skład­ne. Czy i ostat­nie tak­że? Po­tem oczy ich za­to­nę­ły jed­ne w dru­gich i przy świe­tle gwiazd wie­le so­bie po­wie­dzia­ły. Mo­że usta po­wie­dzieć pra­gnę­ły wię­cej jesz­cze, lecz w tej go­dzi­nie wy­rocz­nej... nie mo­gły. Czy kie­dy­kol­wiek po­wie­dzą? Prze­zna­cze­nie stoi za ludź­mi we­lo­nem ta­jem­ni­cy za­sło­nię­te i w dło­ni trzy­ma koł­czan z ty­sią­cem zda­rzeń...

Lecz daj mi spo­cząć chwi­lę, wie­trze pręd­ki! Są lu­dzie i lo­sy, o któ­rych bez spo­czyn­ku dłu­go mó­wić nie mo­gą ta­kie na­wet jak ja dę­by sil­ne. Dresz­cze po ko­na­rach mi bie­gną i na li­ście wy­stę­pu­ją kro­ple chłod­ne.

Chłod­na ro­sa na las pa­da­ła i buj­ne jej kro­ple gę­sto usia­ły ga­łę­zi­stą bro­dę sil­ne­go dę­bu. To­czy­ły się też one z wol­na po dłu­gich war­ko­czach brzo­zy, roz­py­lo­nym sre­brem świe­ci­ły na tra­wach, krza­kach, li­lio­wych dzwon­kach, na płat­kach róż dzi­kich, któ­rych ser­ca, nie­daw­no ru­bi­no­we, przy­ga­sa­ły, ciem­nia­ły.

Przy­ga­sa­ło, ciem­nia­ło rów­nież nad la­sem nie­bo, za prze­zro­czy­stą za­sło­ną drzew ja­śnie­jąc już nie krwa­wym pło­mie­niem, lecz bla­dym zło­tem zo­rzy. Od te­go bla­do­zło­te­go je­zio­ra, na nie­bie za­wie­szo­ne­go, szły la­sem świa­tła smęt­ne, bla­de, przed­wstęp­ne goń­ce no­cy i roz­pły­wa­ła się od nich po le­sie me­lan­cho­lia za­du­ma­na, tę­sk­na...

Ale noc nie nad­cho­dzi­ła jesz­cze i na nie­bie nie by­ło gwiazd, tyl­ko gdzie­nie­gdzie pły­nę­ły po nim od zo­rzy ob­ło­ki prze­zro­czy­ste, do piór zło­ta­wych al­bo do bla­dych ru­mień­ców po­dob­ne.

Pod zło­ta­wym pió­rem nie­bie­skim w mdle­ją­cych bla­skach dzien­nych wy­pro­sto­wa­ny świerk za­chwiał szczy­tem ciem­nym, ra­mio­na je­go za­drża­ły i wkrót­ce roz­war­ły się sze­ro­ko, a nad po­la­ną po­pły­nął szum głę­bo­ki i dum­ny naj­wyż­sze­go z le­śnych drzew.

— Jam naj­wyż­szy w tym le­sie, naj­da­lej wzro­kiem się­gam i wi­dzę naj­wię­cej.

Wi­dy­wa­łem wal­ki, któ­re sta­cza­li oni w od­da­le­niu to więk­szym, to mniej­szym, nie­kie­dy tak wiel­kim, że ich od­gło­sy do­cho­dzi­ły tu jak głu­che tur­ko­ty, to­czą­ce się za skra­jem fir­ma­men­tu lub jak wzdę­te po­szu­my la­sów, gdy tar­ga ni­mi prze­la­tu­ją­cy Wi­cher-Gwałt.

Wte­dy tu, na tej po­la­nie, pa­no­wa­ły ci­sze let­nie, go­rą­ce i won­ne, mo­ty­le wie­sza­ły się na kwia­tach, a na mchach i tra­wach igra­ły w pro­mie­niach sło­necz­nych skrzy­dla­te owad­ki.

Sło­wik też w ka­li­nach śpie­wać za­czy­nał i drob­ne ptac­two, przez gwar ode­gna­ne, przy­wa­bio­ne przez ci­szę, po­mię­dzy ga­łę­zie na­sze po­wra­ca­ło.

A tam, we wście­kło­ściach zwie­rzę­cych, w pod­rzu­tach śmier­tel­nych kłę­bi­ły się cia­ła ludz­kie i we wrza­wie bo­jo­wej, w stu­ku gro­mów, w ule­wie ogrom­nych bły­ska­wic krew z nich cie­kła na tra­wy, mchy, kwia­ty i wsią­ka­ła w drżą­cą od hu­ku i ha­ła­su zie­mię...

Ale ja to­bie, wie­trze pręd­ki, rze­czy tych, nie­gdyś wi­dzia­nych, sły­sza­nych nie opo­wiem. Ga­ma­mi szu­mów swo­ich czę­sto opo­wia­dam zie­mi o jej smut­kach, za­gad­kach, płon­nych na­dzie­jach i pew­nych mo­gi­łach al­bo w wi­chrzy­ste no­ce o rze­czach głę­bo­kich i wiecz­nych roz­ma­wiam z chmu­ra­mi.

Lecz ludz­kich walk krwa­wych opie­wać nie umiem. Nie do te­gom stwo­rzo­ny ja, miesz­ka­niec po­ko­jów le­śnych, da­ją­cy gniaz­dom pta­sim przy­tu­łek bez­piecz­ny i cie­nie ko­ją­ce roz­ta­cza­ją­cy nad wszyst­kim, co od skwa­rów usy­cha i mdle­je.

Tyl­kom drżał od ra­do­ści i szu­mem swym śpie­wał nie­bu dzięk­czyn­ne: ho­san­na! ile­kroć tu po­wra­ca­li ży­wi i zwy­cię­scy.

Zwy­cię­ski­mi po­wra­ca­li nie­raz i choć im na uzno­jo­nych czo­łach roz­le­wa­ła się du­ma trium­fu, w sze­re­gi kar­ne wy­cią­ga­li się na głos wo­dza, w mil­cze­niu ocze­ku­jąc słów je­go roz­ka­zów.

On ser­ca ich w rę­ku swym trzy­mał i umiał pod­bi­jać je w gó­rę. Od­kry­wał przed sze­re­ga­mi czar­no­wło­są gło­wę i za to, że by­ły po­słusz­ne jak dzie­ci a jak lwy od­waż­ne, że si­le prze­ma­ga­ją­cej roz­pro­szyć się nie da­ły, że wsty­dem nie spla­mi­ły krzy­ża, któ­ry przy­ję­ły na swe ra­mio­na — dzię­ko­wał. Ale i wte­dy jesz­cze, gdy dzię­ko­wał, głos je­go roz­le­gał się jak bo­jo­we dźwię­ki i nie by­ło w nim sło­dy­czy ani piesz­czo­ty, hart tyl­ko był i wo­la że­la­zna, trzy­ma­ją­ca moc­no wo­dze ich wo­li. Im zaś od tych dzięk­czy­nień sta­lo­wych i krót­kich na twa­rze, zno­jem ob­la­ne, pro­chem opa­lo­ne, ku­rza­wą okry­te, spa­dał blask wnie­bo­bio­rą­cej ra­do­ści.

A po­tem by­ły tu opo­wia­da­nia, roz­mo­wy gwar­ne, ogni­ska bu­cha­ją­ce won­nym dy­mem ja­łow­ców, we­so­łe rże­nie ko­ni, bło­gie spo­czyn­ki na mchach i tra­wach, szep­ty mo­dlitw w świe­tle gwiazd i brzmie­nia przy­ci­szo­nych hym­nów chó­ral­nych, z pło­mien­ną po­ko­rą wzbi­ja­ją­ce się ku Te­mu, któ­ry jest nad gwiaz­da­mi.

Raz gdy wró­ci­li tak, nie roz­pro­sze­ni, nie osła­bli, lecz ow­szem, w od­wa­dze i wy­trwa­niu umoc­nie­ni, a na głos wo­dza: „W sze­re­gi, for­muj się!” sta­nę­li przed nim mu­rem zwar­tym, on jed­ne­go z nich przez chwi­lę wzro­kiem szu­kał i zna­la­zł­szy, ski­nie­niem ku so­bie przy­wo­łał.

I któż wte­dy, jak my­ślisz, wie­trze pręd­ki, przed nim sta­nął? Oto ten ma­ły Tar­łow­ski w tej chwi­li, o! wca­le, wca­le do bia­łej i ró­żo­wej dziew­czy­ny nie­po­dob­ny. Pla­my krwi miał na odzie­ży i rę­kach, a po­śród twa­rzy, przez dy­my i ku­rza­wę uczer­nio­nej, oczy bły­ska­ły mu nie­spo­koj­nie, bo­le­śnie, pra­wie po­nu­ro. Sta­nął w zwy­czaj­nej so­bie po­sta­wie nie­co nie­śmia­łej i cze­kał.

Wódz w mil­cze­niu pa­trzał na tę po­stać wą­tłą, śla­da­mi wal­ki cięż­kiej okry­tą, na te rę­ce drob­ne, a za­krwa­wio­ne i coś z czu­ło­ści oj­cow­skich al­bo z bra­ter­skich roz­rzew­nień prze­pły­wa­ło mu po su­ro­wym czo­le. Po­tem wska­zu­jąc go wy­cią­gnię­tym w mil­cze­niu sze­re­gom rzekł:

— Ży­cie mi dziś ura­to­wał. Cu­dem od­wa­gi je ura­to­wał; cud, że nie zgi­nął sam. Dziw, że w tym dziec­ku miesz­ka ta­ki lew! Nie za to wdzięcz­nym mu, że ży­ję, lecz za to, że was jesz­cze ja­ko klam­ra sprzę­gam i że jesz­cze ra­zem z wa­mi słu­żę nie żad­ne­mu pa­nu ziem­skie­mu, ale Umę­czo­nej, że jesz­cze słu­żę. Uczcij­cie w nim dziel­ne­go ry­ce­rza Umę­czo­nej! Ja mu dzię­ku­ję.

Tu ra­mie­niem szy­ję te­go ma­łe­go oto­czył i coś z aniel­skich tkli­wo­ści czy ra­do­ści wy­kwi­tać po­czę­ło mu na usta, aż roz­kwi­tło w uśmiech ser­decz­ny, per­ło­wy, świe­ży i bar­dzo dziw­ny pod czo­łem tra­gicz­nym.

By­łoż tam, by­ło po­tem do­ko­ła te­go ma­łe­go po­win­szo­wań, unie­sień, uści­sków, za­py­tań, opo­wia­dań. Kto wi­dział, opo­wia­dał; kto nie wi­dział, za­py­ty­wał. Zda­je się, że tam, za ol­cha­mi, na rę­ce go po­rwa­li i wy­so­ko na rę­kach pod­nie­śli, że do­wód­ca jaz­dy, w her­ku­le­so­wym uści­sku go trzy­ma­jąc, dłu­go mu coś o sio­strze, o pan­nie Anie­li szep­tał!... Jak­że! Ura­to­wał klam­rę tę dro­go­cen­ną, któ­ra ich sprzę­ga­ła, wie­dzę, któ­ra ich wio­dła, wo­lę, któ­ra ich wo­lę trzy­mać umia­ła w oko­wach wy­trwa­nia i roz­pło­mie­niać ogniem na­dziei — choć­by prze­ciw­ko sa­mej na­dziei! Po­wszech­na tu by­ła wie­czo­ru te­go ja­kaś dziw­na, do­bra, bra­ter­ska ra­dość.

I na nim jed­nym tyl­ko, któ­ry ra­do­ści tej był przy­czy­ną, wca­le jej znać nie by­ło. Wy­glą­dał tak, jak­by po­dzie­lać ją chciał, ale nie mógł. Na py­ta­nia le­d­wie sło­wem krót­kim od­po­wia­dał lub nie od­po­wia­dał nic; uści­ski od­wza­jem­niał, lecz był śród nich jak­by we śnie, jak­by w za­my­śle­niu roz­tar­gnio­nym.

Omył z sie­bie w stru­dze błę­kit­nej ku­rza­wę, krew, dym pro­cho­wy i miał twarz zno­wu bia­łą i ró­żo­wą, na­wet nie ogo­rza­łą, bo jak u nie­któ­rych nie­wiast by­wa, nie ima­ły się jej bia­ło­ści spie­ki sło­necz­ne. Lecz my­ślał o czymś cią­gle, nie­spo­koj­nie, pra­wie po­sęp­nie, jak­by du­sza je­go ko­ły­sa­ła się nad prze­pa­ścią peł­ną wąt­pień, za­py­tań, za­ga­dek.

Tak gdy gwiaz­dy wze­szły, po­ło­żył się pod tą brzo­zą i gdy wszy­scy już spa­li, nie spał.

Żad­ne z nas, drzew, te­go nie­po­ko­ju i smut­ku je­go zra­zu nie zro­zu­mia­ło. Jam pierw­szy zro­zu­miał. Nie do te­go był stwo­rzo­ny. Jak ja, któ­ry z nie­bem czę­sto o rze­czach wiel­kich i wiecz­nych roz­ma­wiam, nie stwo­rzo­nym do opie­wa­nia krwa­wych bo­jów ludz­kich, tak on, w ge­niu­szu na­tu­ry i gór­nych my­ślach ludz­kich roz­ko­cha­ny, do bo­jów tych stwo­rzo­ny nie był. Do cze­go in­ne­go był stwo­rzo­ny.

— Zna­łam go z bli­ska, zna­łam do­brze je­go my­śli i mi­ło­ści — za­szep­ta­ła brzo­za, któ­rej gę­ste li­sto­wie, w spły­wa­ją­ce ku zie­mi war­ko­cze za­ple­cio­ne, sre­brzy­ło się jesz­cze gdzie­nie­gdzie od wie­czor­nej ro­sy, a suk­nia z bia­łej ro­sy prze­świe­ca­ła zza dłu­gich war­ko­czy.

Zna­łam go z bli­ska, zna­łam do­brze je­go my­śli i mi­ło­ści, bo do­ko­ła mnie, z zie­mi od po­bli­skie­go stru­mie­nia wil­got­nej wy­ra­sta tłum ogrom­ny ro­śli­nek prze­ro­zma­itych, przy­ziem­nych, drob­nych, wśród któ­rych krzą­ta się, peł­za, bie­ga, pod­la­tu­je dru­gi tłum rów­nie ma­lut­kich, przy­ziem­nych, prze­ro­zma­itych owad­ków, ro­bacz­ków, a on, ten ma­ły, z dro­bia­zgiem tym prze­by­wać lu­bił dziw­nie i wów­czas tyl­ko na ró­żo­wej twa­rzy je­go ja­śnia­ło szczę­ście spo­koj­ne, bło­gie, gdy z nim prze­by­wał. On do­praw­dy dro­biazg ten ko­chał i kształ­tów je­go, ży­cia je­go cie­kaw był na­mięt­nie.

Słusz­nie po­wie­dział świerk wy­so­ki, że był on roz­ko­cha­ny w ge­niu­szu na­tu­ry, ale ja tyl­ko wiem, bom te­mu przy­glą­da­ła się nie­raz, ja­kie on z tym ge­niu­szem roz­mo­wy dłu­gie, cie­ka­we pro­wa­dził. I mi­ło­sne rów­nież, bo tak już jest po­mię­dzy ludź­mi, że cie­ka­we i dłu­gie roz­mo­wy pro­wa­dzić oni zwy­kli tyl­ko z przed­mio­ta­mi swo­je­go ko­cha­nia. Przed­mio­tem ko­cha­nia je­go by­ła na­tu­ra, lecz po­wsta­ło prze­ciw niej ko­cha­nie dru­gie, tym pło­mien­niej­sze, że bo­le­sne, i tu go przy­wio­dło. O tam­tej ko­chan­ce zu­peł­nie za­po­mnieć nie zdo­łał i przed ob­li­czem śmier­ci, któ­ra co dzień spo­tkać go mo­gła, sto­jąc, wzro­kiem i du­szą wpa­try­wał się jesz­cze w jej ob­li­cze. W prze­rwach służ­by obo­zo­wej, w go­dzi­nach od­po­czyn­ku to by­wa­ło.

In­ni, od­po­czyn­ko­wi po cięż­kich tru­dach ra­dzi, zbie­ra­ją się w gro­mad­ki, gwa­rzą, wspo­mi­na­ją i nie­raz śmiech we­so­ły wzbi­ja się od nich nad tym po­lem bli­skiej śmier­ci, a on jak zwy­kle chęt­nie mil­czą­cy, ci­chy, cho­dzi w po­bli­żu mo­im pod ty­mi ol­cha­mi cie­ni­sty­mi, po tym ga­ju ka­li­no­wym, nad stru­mie­niem i co chwi­lę na zie­mię po­chy­lo­ny cze­goś mię­dzy ziół­ka­mi czy owad­ka­mi upa­tru­je, szu­ka, a zna­la­zł­szy w pal­cach al­bo w dło­ni pod­no­si i przy­glą­da się, wzrok i pa­mięć w tym za­ta­pia­jąc — szczę­śli­wy!

Raz trzej, czte­rej to­wa­rzy­sze je­go przy­szli tam i za­py­ta­li, cze­go szu­ka tak pil­nie i cze­mu tak bacz­nie się przy­pa­tru­je. Trzy­mał wte­dy w pal­cach ja­kieś piór­ko zie­lo­ne, w dziw­nie sub­tel­ny spo­sób wy­kro­jo­ne i wy­rąb­ko­wa­ne, więc swo­im ci­chym, ła­god­nym gło­sem mó­wić im za­czął o tym, ja­ka to jest ro­śli­na rzad­ka, jak on pra­gnął zna­leźć ją kie­dy­kol­wiek, nie za­su­szo­ną w ziel­ni­ku, lecz ży­wą, ja­ki kraj od­da­lo­ny, za­mor­ski jest jej kra­jem ro­dzin­nym, jak przez lą­dy i oce­any wiatr na­sio­na jej tu przy­niósł i ja­ki to cud na­tu­ry te wę­drów­ki na skrzy­dłach wia­tru, od bie­gu­na do bie­gu­na zie­mi, na­sio­nek tak drob­nych jak pył­ki. In­ne­go dnia to sa­mo po­wtó­rzy­ło się z po­wo­du owad­ka zło­ta­we­go, któ­ry trwoż­nie uwi­jał się mu po dło­ni, a in­ne­go jesz­cze z po­wo­du wspa­nia­łej ko­ro­ny ne­nu­fa­ru, któ­ra u brze­gu stru­mie­nia roz­kwi­tła, a któ­rą on ze­rwał i w rę­ku trzy­mał, twarz po­chy­lo­ną w upa­ja­ją­cej wo­ni jej za­ta­pia­jąc.

To­wa­rzy­sze w ści­słą gro­mad­kę wo­kół nie­go sku­pie­ni pa­trzy­li, słu­cha­li, wszy­scy go wzro­stem, sze­ro­ko­ścią ra­mion, mę­ski­mi za­bar­wie­nia­mi twa­rzy prze­wyż­sza­jąc. Czap­ki ich czwo­ro­kąt­ne wy­glą­da­ły na tle zie­lo­nym jak ogrom­ne cha­bry i ama­ran­tu­sy, na odzie­ży mie­li twar­de, sze­ro­kie pa­sy i u pa­sów że­la­zem po­bły­sku­ją­cą broń. I dziw­nie by­ło pa­trzeć, jak te twa­rze ogo­rza­łe, pięt­nem zmę­czeń i nie­po­ko­jów tra­wią­cych na­zna­czo­ne, po­chy­la­ły się cie­ka­wie nad drob­nym piór­kiem ro­ślin­ki al­bo zło­ta­wym ciał­kiem owa­da i jak na te ska­za­ne gło­wy uko­je­nie i od­po­czy­nek spły­wa­ły z ci­chych słów ma­łe­go to­wa­rzy­sza, z zie­lo­nych tka­nek ro­śli­ny, ze zło­ta­wych skrzy­de­łek owa­da, ze śnież­nych płat­ków won­nej li­lii wod­nej.

Oto do cze­go był stwo­rzo­ny. I jesz­cze do tych my­śli, któ­re przy­ja­cie­lo­wi opo­wia­dał wte­dy, gdy wszy­scy spa­li, a on, nie śpiąc u stóp mo­ich, na gę­stych tra­wach le­żał.

Tam­ten nie spał tak­że. Sen z oczu spę­dza­ła mu myśl o tej za­gad­ce ogrom­nej, w któ­rą zie­mia ta i naj­lep­si jej sy­no­wie uplą­ta­li się jak w krwa­wą pa­ję­czy­nę i mo­że jesz­cze o po­zo­sta­łej da­le­ko, tę­sk­nią­cej pew­no, pła­czą­cej mo­że Aniel­ce. Przy­szedł do bra­ta Aniel­ki i dłu­go obaj le­że­li u stóp mo­ich, twa­rza­mi ku so­bie ob­ró­ce­ni, w mil­cze­niu no­cy roz­ma­wia­jąc tak ci­cho, jak ci­cho pła­czą mo­je war­ko­cze, gdy z lek­kim szem­ra­niem spły­wa­ją z nich na tra­wę ma­jo­we desz­cze noc­ne.

Ci­cho by­ło. Na jed­nym z krań­ców obo­zu koń cza­sem za­rżał, na in­nym z pier­si uśpio­ne­go czło­wie­ka wy­rwał się okrzyk głu­chy al­bo wio­nę­ło cięż­kie wes­tchnie­nie. Ktoś w ostat­niej bi­twie ra­nio­ny ję­czał pod dę­bem w uple­cio­nym z ga­łę­zi na­mio­cie, zza drzew ota­cza­ją­cych po­la­nę, na prze­strze­niach mdło oświe­tlo­nych przez gwiaz­dy wi­dać by­ło czar­ne po­są­gi uzbro­jo­nych i nie­ru­cho­mo sto­ją­cych stra­ży.

Oni dwaj, na sie­bie wza­jem al­bo na gwiaz­dy pa­trząc, roz­ma­wia­li o tych cza­sach da­le­kich, w przy­szło­ści da­le­kich, któ­re bę­dą al­bo nie bę­dą, któ­re je­że­li bę­dą, wo­da­mi uko­je­nia i oczysz­cze­nia ob­my­ją świat, w któ­rych po­dob­no mie­cze ma­ją być prze­ku­te na płu­gi, a ja­gnię­ta sen spo­koj­ny znaj­do­wać u bo­ku lwów...

O przy­szło­ści świa­ta po wie­kach walk, zbrod­ni i mąk roz­kwi­tłej w raj nie­win­no­ści, po­go­dy i zgo­dy mó­wi­li z tę­sk­no­tą, z za­chwy­ce­niem, upra­gnie­niem. Szep­tem ci­chym ma­rzy­li o tym ce­lu przeda­le­kim, ku któ­re­mu rze­ką wrzą­cą i wiecz­ną pły­ną ma­rze­nia ludz­kich głów i serc naj­wyż­szych, a nie wie­dzą­cych ni­g­dy, czy kie­dy­kol­wiek rze­ka do ce­lu swo­je­go do­pły­nie. Ach, ból i roz­pacz tych ma­rzeń bez zisz­cze­nia, upra­gnień bez na­sy­ce­nia, za­ga­dek bez roz­wią­za­nia! Ach! nie­zgłę­bio­ny te­go wszyst­kie­go smu­tek!

— Bo cho­ciaż przed­miot wal­ki naj­droż­szy jest i świę­ty, prze­la­na w niej krew ludz­ka tru­ci­zną w ży­ły spły­wa i ra­ny za­da­ne ra­na­mi kła­dą się na tych, co je za­da­ją. Gniew, ból, śmierć to sę­py pa­są­ce się na tru­pach ra­do­ści, sło­dy­czy i na­dziei ludz­kich. Zły ród prze­ciw so­bie sa­me­mu szpo­ny ich wy­sta­wia­ją­cy! Nędz­ny ród krót­ko ży­ją­cy, któ­re­go sy­no­wie na­wza­jem so­bie skra­ca­ją ży­cie! Nie­szczę­sny ród, ze­wsząd w cie­le swym i w du­chu swym za­gro­żo­ny, któ­re­go sy­no­wie na­wza­jem cia­łom i du­chom swo­im gro­żą! O! Kie­dyż bę­dzie ina­czej? Czy kie­dy­kol­wiek bę­dzie ina­czej? Dla­cze­góż nie uro­dzi­łem się w tej po­rze póź­nej, gdy świat bę­dzie in­ny, al­bo w tak wcze­snej, aby oczy mo­je nie po­tra­fi­ły otwo­rzyć się na to, że mógł­by być in­ny, gdy­by, gdy­by lu­dzie by­li in­ni!

Po krót­kim mil­cze­niu ze smut­nym uśmie­chem mó­wić po­czął wiersz sta­ro­żyt­ne­go po­ety:

— Baśń nie­sie, że Pro­me­te­usz do pier­wiast­ku gli­ny, bę­dą­cej pod­sta­wą isto­ty czło­wie­czej, wlał po kro­pli każ­de­go z pier­wiast­ków zwie­rzę­cych, sa­mo ser­ce czło­wie­cze za­pra­wia­jąc chci­wo­ścią wil­czą i wście­kło­ścią lwią. To jest przy­czy­na tych pomst i gnie­wów, któ­re w lu­dzi ude­rza­ją zgo­na­mi strasz­ny­mi i to jest przy­czy­ną, że wa­lą się w gru­zy gma­chy wspa­nia­łe, że le­mie­sze wojsk wro­gich roz­ory­wu­ją wa­ły pod­bi­tych gro­dów.

— Ho­ra­cjusz? — za­py­tał to­wa­rzysz mó­wią­ce­go i w tej­że chwi­li z po­ryw­czym ge­stem sil­ne­go ra­mie­nia znad tra­wy się pod­niósł.

— Pod­bi­tych gro­dów! — po­wtó­rzył, chwi­lę mil­czał, aż za­wo­łał:

— Te­raz ina­czej być nie mo­że!... Pod­bi­tych gro­dów... Te­raz wal­ka to po­win­ność!...

Głos ci­chy, ale sta­now­czo brzmią­cy, na­mięt­ne­mu wy­krzy­ko­wi te­mu od­po­wie­dział:

— Te­raz ina­czej być nie mo­że. Do­pó­ki gwałt, do­pó­ty świę­ty prze­ciw­ko gwał­to­wi gniew! Do­pó­ki krzyw­da, do­pó­ty wal­ka! Przez krew i śmierć, przez ru­iny i mo­gi­ły, z na­dzie­ją czy prze­ciw na­dziei wal­ka z pie­kłem zie­mi w imię nie­ba, któ­re na zie­mię zstą­pi...

— Mo­że zstą­pi...

— Kie­dyś...

— Gdy nas już na zie­mi nie bę­dzie.

Tak oni cza­sem w zmro­kach noc­nych roz­ma­wia­li z so­bą, gdy obóz spał i do­ko­ła obo­zu na prze­strze­niach mdło przez gwiaz­dy oświe­tlo­nych wi­dać by­ło czar­ne po­są­gi uzbro­jo­nych stra­ży.

Aż przy­szedł dzień...

...Szept brzo­zy zni­żał się, ta­jał, umilkł; prze­mó­wił w za­mian bro­da­ty, sil­ny dąb:

— Aż nad­szedł strasz­ny dzień. Straż da­le­ka przy­nio­sła oznaj­mie­nie... Bo okrom bli­skiej, wo­kół obo­zu roz­sta­wio­nej, mie­li oni straż swo­ją da­le­ką, któ­ra tu przy­no­si­ła oznaj­mie­nia, ostrze­że­nia, wie­ści. Przy­nio­sła je ona tak, jak kró­le­wicz ba­jecz­ny dą­żył do zam­ku za­cza­ro­wa­nej kró­lew­ny: przez za­ro­śla cier­ni­ste, wrza­wą upio­rów na­peł­nio­ne, przez mo­cza­ry ba­gni­ste, na­je­żo­ne pasz­czę­ka­mi smo­ków. Cza­sem straż­nik gi­nął w uści­sku upio­ra lub w pasz­czę­ce smo­ka, cza­sem do­cie­rał ce­lu.

Z da­le­ka już sły­chać by­ło tę­tent bie­gną­ce­go przez las ko­nia.

— Ha­sło?

— Z na­dzie­ją czy prze­ciw na­dziei!

Wpadł na po­la­nę mło­dy jeź­dziec na ko­niu zdy­sza­nym, z twa­rzą ob­la­ną po­tem. Po­łu­dnie skwa­rem pie­kło. Kil­ka gło­sów przy­jaź­nie za­wo­ła­ło:

— Ka­liś! Pan Ka­likst! Jak się masz?

Ale on na po­wi­ta­nia cza­su nie miał. Z ko­nia ze­sko­czył.

— Gdzie na­czel­nik? Pro­wadź­cie! Prę­dzej!

Po­la­ną szedł śpiesz­nie, przy­by­sza nie wi­dząc, mło­dzie­niec wy­smu­kły w sza­fi­ro­wej czap­ce na zło­tych wło­sach. Ad­iu­tant wo­dza. Ktoś do nie­go za­wo­łał:

— Ra­do­wic­ki! Od pocz­ty oby­wa­tel­skiej... wy­sła­niec! Do na­czel­ni­ka pro­wadź!

Ad­iu­tant i po­seł oby­wa­tel­skiej pocz­ty dło­nie so­bie uści­snę­li. Ko­le­dzy szkol­ni, są­sie­dzi. Ra­zem we­szli do na­mio­tu wo­dza. Obóz za­le­gła ci­sza. Ta­ką ci­szą mar­twą na po­wierzch­ni, a drżą­cą w głę­biach dy­szy na­tu­ra w przed­chwi­li bu­rzy pio­ru­no­wej i wi­chrzy­stej.

Wkrót­ce do na­mio­tu wo­dza we­szli we­zwa­ni do­wód­ca jaz­dy i pa­ru to­wa­rzy­szy in­nych, kunsz­tu oręż­ne­go mniej lub wię­cej świa­do­mych. Na­ra­da.

Ocze­ki­wa­nie trwa­ło dłu­go, aż Ro­mu­ald Trau­gutt przed na­miot swój wy­szedł i otrzy­ma­ne wie­ści ogło­sił.

Bi­ły z nich pio­ru­ny bli­skie­go bo­ju i wi­cher śmierć wiał.

Woj­sko ogrom­ne nad­cią­ga, już opa­su­ją las, od­dzia­ły je­go pie­sze i kon­ne już jak rze­ki szum­ne la­sem pły­ną. Przez las drzew prze­dzie­ra­ją się la­sy luf, pik, ba­gne­tów. Za go­dzi­nę, za dwie tu bę­dą. Po­seł wieść przy­wiózł dro­gą dłu­gą i trud­ną, lecz przy­wiózł ją jesz­cze w po­rę. Sto strzelb na jed­ną strzel­bę. Sto pik na jed­ną sza­blę. Jak w ba­śniach. Lecz by­wa to praw­dą. Czy zlęk­ną się tej praw­dy? Kim­że są? Nie nie­wol­ni­ka­mi są przez gwałt i prze­moc cią­gnię­ty­mi na po­la krwa­we, ale do­bro­wol­ny­mi ofiar­ni­ka­mi wy­so­kich oł­ta­rzy.

Więc nie opu­ści ich duch ofia­ry i duch mę­stwa! I duch tej mi­ło­ści, któ­ra ich tu przy­wio­dła. Ci, co zgi­ną, bę­dą siew­ca­mi, któ­rzy sa­mych sie­bie rzu­cą w zie­mię ja­ko ziar­no przy­szłych plo­nów. Bo nic nie gi­nie. Z dziś zwy­cię­żo­nych dla ju­trzej­szych zwy­cięz­ców po­wsta­ją orę­że i tar­cze. Lecz oni z sie­bie do­bę­dą wszyst­kie si­ły, wszyst­kie swe si­ły mę­stwa, kar­no­ści, wy­trwa­nia, aby zwy­cię­żyć. Bo­jo­wy okrzyk ich: „W imię Bo­ga i oj­czy­zny!”. Z tym okrzy­kiem na śmierć czy na zwy­cię­stwo do bo­ju!

Tak mó­wił. Sło­wa je­go roz­le­ga­ły się od brze­gu do brze­gu obo­zu dźwięcz­ne, krót­kie, co­raz gło­śniej­sze, go­ręt­sze i jak iskry sy­pa­ły się na gło­wy tłu­mu, aż jak łan kwia­tów na łą­ce za­ko­ły­sał się tłum ten i wy­rzu­cił z se­tek pier­si wzdę­tych grzmo­to­wy okrzyk za­pa­łu.

Po­tem za­ko­tło­wa­ło tu, za­wrza­ło. Sio­dła­nie ko­ni, przy­dzie­wa­nie zbroi, wo­ła­nie ko­mend, for­mo­wa­nie się sze­re­gów, gło­śne roz­ka­zy, ci­che zle­ce­nia. Ki­piał ruch, dzwo­ni­ły gło­sy, tęt­ni­ły koń­skie ko­py­ta, broń bły­ska­ła w po­wie­trzu peł­nym sło­necz­ne­go zło­ta i upa­łu.

Po­seł pocz­ty oby­wa­tel­skiej miał od­jeż­dżać, zno­wu dro­gą dłu­gą i nud­ną po­wra­cać tam, skąd przy­był. Wprzó­dy jed­nak za­trzy­mał ko­nia przed jed­nym ze sfor­mo­wa­nych już od­dzia­łów pie­szych i żoł­nie­rzo­wi spo­mię­dzy wszyst­kich naj­mniej­sze­mu wzro­stem po­dał przed­miot tak drob­ny, że za­le­d­wie do­strzec się da­ją­cy, mó­wiąc:

— Od sio­stry!

Był to skra­wek pa­pie­ru nie­zmier­nie drob­no za­pi­sa­ny i zwi­nię­ty w spo­sób ta­ki, aby go w po­trze­bie z ła­two­ścią po­łknąć by­ło moż­na. Ta­kie wów­czas li­sty pi­sa­no ze świa­ta do obo­zów.

Do­wód­ca jaz­dy na pięk­nym swym ara­bie obok sze­re­gów biegł, zo­ba­czył, ku Tar­łow­skie­mu gło­wą ski­nął.

— Od pan­ny Anie­li?

Za­mie­ni­li się spoj­rze­nia­mi, na twa­rzach ich bły­snął uśmiech. Był to kwiat rę­ką dziew­czy­ny z da­le­ka rzu­co­ny na te otwar­te mo­gi­ły. Co pi­sa­ła? Nie do­wie­dział się o tym w tej chwi­li jej brat, bo roz­le­gła się gło­śna ko­men­da, więc skra­wek pa­pie­ru śpiesz­nie u pier­si skrył. Czy do­wie się kie­dy­kol­wiek?

Po­tem wy­cią­ga­li stąd w po­rząd­ku, w mil­cze­niu, aż na opu­sto­sza­łej po­la­nie po­zo­sta­ły tyl­ko tra­wy zdep­ta­ne, kwia­ty ko­na­ją­ce i na­mio­ty pu­ste. Na­miot dla ran­nych, u stóp mo­ich sto­ją­cy, w tej go­dzi­nie ich odej­ścia pu­sty był tak jak i in­ne. Na­peł­nić się miał wkrót­ce.

Nie ode­szli da­le­ko. Plan bi­twy był po­dob­no kunsz­tow­ny, bie­gły. Obro­na i za­ra­zem na­paść. Za­sadz­ka ukry­ta w nie­prze­nik­nio­nej dla oka gę­stwi­nie, a na luź­niej­szych prze­strze­niach, za każ­dym drze­wem przy­cza­jo­ne oko lu­fy i na każ­dym pól­ku mcho­wym czy pa­pro­cio­wym, w każ­dej cie­ni­stej al­ko­wie z ga­łę­zi do­by­te z po­chew sza­ble.

Dziw­nie to wszyst­ko wy­glą­da­ło, mó­wię ci, wie­trze pręd­ki, że dziw­nie to wy­glą­da­ło wśród ucęt­ko­wa­nej kwia­ta­mi zie­lo­no­ści le­śnej i wśród ma­jo­wych pę­dów so­sen, któ­re w mil­cze­niu upal­nej po­go­dy swe ja­sne, wie­lo­ra­mien­ne świecz­ni­ki pod­no­si­ły nad twa­rza­mi ciem­ny­mi, ska­mie­nia­ły­mi w mil­czą­cym ocze­ki­wa­niu.

Cho­dzi­ły tam po tych twa­rzach po­ru­sze­nia i bły­ski roz­ma­ite: nie­cier­pli­wo­ści, za­pa­łu, wy­tę­żo­ne­go na­słu­chi­wa­nia, strą­ca­nych przez wo­lę na dno du­szy bó­lów i trwóg. W po­wie­trzu wol­nym od szcze­bio­ta­nia pta­ków, któ­re zlęk­nio­ne od­le­cia­ły, czuć by­ło od­de­chy kil­ku­set pier­si ludz­kich, na­mięt­ne, nie­spo­koj­ne.

Aż z głę­bi la­su przy­pły­wać po­czął szum co­raz wzra­sta­ją­cy... wzma­gał się, przy­bli­żał, co­raz ogrom­niej­szy... Jak­by po­wie­trzem nad­la­ty­wa­ło, jak­by do­łem la­su nad­cho­dzi­ło coś strasz­li­we­go...

— Bacz­ność! Go­to­wać broń!

Roz­ka­zo­wi te­mu, któ­ry roz­legł się tuż pra­wie za mną, od­po­wie­dział z od­da­li głos in­ny, tak sa­mo roz­ka­zu­ją­cy, krót­ki.

I by­ło już wi­dać...

Sza­ra ma­sa ogrom­na, po­su­wa­ją­ca się na­przód z tru­dem i po­wo­li wśród gę­stych drzew, po zie­mi na­je­żo­nej sztyw­ny­mi prę­ta­mi la­to­ro­śli, za­sła­nej sie­cia­mi pod­stęp­nych wi­klin. Trud­no jej by­ło iść. W szu­mie jej kro­ków trza­ska­ły ła­ma­ne, stu­ka­ły rą­ba­ne ga­łę­zie.

Ale już wy­raź­nie by­ło wi­dać... I wte­dy... Za­stu­ka­ły, za­stu­ka­ły za drze­wa­mi, po za­ro­ślach, gę­ste, po­je­dyn­cze, szyb­ko, szyb­ko po so­bie na­stę­pu­ją­ce wy­strza­ły i rój bły­ska­wic krót­kich, ogni­stych, roz­sy­pał się wśród drzew i za­ro­śli.

Wnet od stro­ny nad­cho­dzą­cych buch­nął i po­to­czył się ogrom­ny, dłu­gi grzmot i za­ra­zem su­nąć stam­tąd po­czę­ły gę­ste kłę­by dy­mu. Ro­to­wy ogień ka­ra­bi­nów, zbi­ty w so­bie, cięż­ki, od­po­wie­dział po­sie­ka­ne­mu ognio­wi strzelb, na znacz­nej prze­strze­ni roz­sy­pa­nych.

By­ła to roz­mo­wa dwu róż­nych ze so­bą grzmo­tów; drża­ły od niej ze zgro­zy naj­sil­niej­sze drze­wa la­su.

Czy dłu­go trwa­ła?

Dłu­go. Go­dzi­ny upły­wa­ły.

W dy­mach, któ­re sta­wa­ły się mo­rzem na­po­wietrz­nym, kłę­bią­cym się i ciem­nym, sza­ra ma­sa, wy­dłu­żo­na w kształt ko­lumn, to roz­ta­cza­na w kształt pół­ob­rę­czy, przy­bli­ża­ła się zno­wu i zno­wu co­fa­ła. Nie­wy­god­nie jej by­ło, cia­sno i wśród za­słon le­śnych ogniem zie­ją­cych trwoż­nie. Ale ro­sła wciąż, ro­sła, gęst­nia­ła, na od­le­gło­ściach co­raz więk­szych, dal­szych. Ty­sią­ce co­raz no­we, kon­ne, pie­sze. Jak rze­ki wez­bra­ne, o wo­dach nie­prze­bra­nych. Ale też ty­siąc za­pór, prze­szkód w tym świe­cie le­śnym, na­peł­nio­nym two­ra­mi nie­po­słusz­ny­mi, ma­ją­cy­mi we wła­snym swym kró­le­stwie swo­ją wo­lę i swo­ją moc. Ty­sią­ce też tych stu­ków szyb­kich zza drzew i spo­mię­dzy za­ro­śli, któ­re ra­zem z ro­ja­mi ogni­stych bły­ska­wic rzu­ca­ły ro­je po­ci­sków cel­nych.

Ile­kroć roz­dzie­ra­ło się na chwi­lę na­po­wietrz­ne mo­rze dy­mu, wi­dać by­ło bli­żej i da­lej, z jed­nej stro­ny i z dru­giej, po­sta­cie ludz­kie roz­cią­gnię­te na mchach i wi­kli­nach jak czar­ne, le­żą­ce cie­nie.

Po obu stro­nach pa­da­ły tru­py. Lecz nie wszy­scy upa­da­ją­cy by­li tru­pa­mi. Upadł stąd nie­da­le­ko i roz­cią­gnął się na pa­pro­ciach ma­ły Tar­łow­ski. Ale żył...

Od po­cząt­ku bi­twy, za ro­so­cha­tą ol­chą na jed­no ko­la­no klę­cząc, na­bi­jał strzel­bę, ce­lo­wał i strze­lał, bez ustan­ku, za­pa­mię­ta­le, szyb­ko, z wpra­wą, któ­rą ob­da­rzy­ły go ćwi­cze­nia obo­zo­we. Jak­by ni­g­dy pra­gnie­niem był nie biegł ku raj­skiej erze wiecz­ne­go po­ko­ju świa­ta, jak­by ni­g­dy ra­zem z po­etą nie wy­rze­kał na wla­ną w ser­ce czło­wie­cze kro­plę wście­kło­ści lwiej... Coś lwie­go czy ty­gry­sie­go błysz­cza­ło mu w oczach o roz­pa­lo­nym błę­ki­cie, pod czo­łem ścią­gnię­tym w jed­ną zmarszcz­kę uwa­gi wy­tę­żo­nej i za­cię­to­ści sro­giej; w li­nię sro­gą jak krwa­wa ura­za za­ci­ska­ły mu się usta al­bo roz­war­te, dy­szą­ce, w pierś wą­tłą chło­nę­ły wę­że dy­mu zie­ją­ce pro­cho­wą wo­nią.

Wtem nad­le­cia­ło coś ma­ją­ce­go w sza­rym dy­mie po­do­bień­stwo do wy­dłu­żo­ne­go cia­ła czar­nej psz­czo­ły i w ra­mię go ugo­dzi­ło. Ra­mię to zwi­sło u bo­ku, strzel­ba z rę­ki wy­pa­dła, chciał po­rwać się z klę­czek, za­chwiał się i na wy­so­kie pa­pro­cie upadł. Ale żył i po dłu­giej chwi­li dwie pa­ry sil­nych ra­mion zdję­ły go z okrwa­wio­nych pa­pro­ci i wnio­sły do te­go na­mio­tu, u stóp mo­ich sto­ją­ce­go, któ­ry już nie był pu­sty.

Pod da­chem wy­so­kim, z zie­lo­nych ga­łę­zi uple­cio­nym, na mcho­wych i pa­pro­cio­wych po­ście­lach le­ża­ło już kil­ku­na­stu lu­dzi, w któ­rych trze­wia lub człon­ki żą­dła swe po­grą­ży­ły czar­ne psz­czo­ły. Nad ni­mi, od jed­ne­go do dru­gie­go prze­cho­dząc, przy­klę­ka­li dwaj lu­dzie z twa­rza­mi za­tro­ska­ny­mi, z czo­ła­mi ob­la­ny­mi po­tem, z rę­ko­ma czyn­ny­mi. Le­ka­rze obo­zo­wi.

Ale wów­czas do­ko­ła po­la­ny tej sta­wa­ło się już bar­dzo go­rą­co. Z co­raz częst­szy­mi, z co­raz dłuż­szy­mi, gęst­szy­mi grzmo­ta­mi ka­ra­bi­no­we­go ognia, sza­ra ma­sa zbli­ży­ła się już na od­le­głość, z któ­rej moż­na by­ło roz­po­zna­wać wzro­kiem po­je­dyn­cze po­sta­cie, twa­rze, ubra­nia, bro­nie. Z że­la­znym pra­wem licz­by za­okrą­gla­ła się ona w ob­ręcz i opa­sy­wa­ła po­la­nę co­raz zu­peł­niej, co­raz bli­żej. Lu­dzie z tej i z tam­tej stro­ny po­czę­li spo­ty­kać się oko w oko i zwie­rać się pierś z pier­sią.

W stu­kach i grzmo­tach obu­stron­nych ogni dym gęst­niał, na­peł­nio­ny ogni­sty­mi bły­ska­wi­ca­mi, krzy­ka­mi, prze­kleń­stwa­mi i wy­bi­ja­ją­cy­mi się nad wszyst­ko gło­sa­mi ko­mend krót­kich, zdy­sza­nych, co­raz śpiesz­niej­szych, za­pal­czy­wych, śmier­tel­niej­szych. Dusz­ność i ciem­ność od dy­mu wzra­sta­ły; la­ły się w nich stru­mie­nie po­tu, cie­kły stru­gi krwi. Co­raz cia­śniej sta­wa­ło się tam, wrza­skli­wiej, krwa­wiej, wście­klej, prze­klę­ciej. Pie­kło, pie­kło, mó­wię ci, wie­trze pręd­ki, sza­la­ło w tym na­szym ci­chym, won­nym, kwie­ci­stym, nie­win­nym ra­ju le­śnym. Pie­kło ludz­kie.

I zda­wać się mo­gło, że nad to, co się już dzia­ło, nic na zie­mi strasz­niej­sze­go dziać się nie mo­że. A jed­nak...

Kie­dy na lu­dzi spo­glą­dasz, wie­trze pręd­ki, nie mów ni­g­dy: „Tu kres ich tra­ge­dii!” Bo nikt wśród wszech­świa­ta od­gad­nąć ani ob­li­czyć nie zdo­ła te­go szczy­tu naj­wyż­sze­go, na któ­ry wzbi­jać się mo­gą ich tra­ge­die, ich zbrod­nie i ich nie­do­rów­na­ny we wszech­świe­cie ból.

I oto...

Zza gę­stwi­ny olch i osin, zza tej, co to, wi­dzisz, na­prze­ciw mnie, spo­śród krza­cza­stych za­ro­śli wy­ra­sta, wy­su­nął się od­dział woj­ska kon­ne­go, la­sem pik dłu­gich nad gło­wa­mi na­je­żo­ny, nad koń­ski­mi grzbie­ta­mi po­chy­lo­ny i krzyk wy­da­jąc prze­raź­li­wy po­czął przez pu­stą po­la­nę ku te­mu na­mio­to­wi pę­dzić. Zo­czył na­miot ten lu­dzi pe­łen i pę­dzić ku nie­mu po­czął, ku na­mio­to­wi, w któ­rym sił i bro­ni po­zba­wie­ni le­że­li lu­dzie ran­ni, a nad ni­mi z rę­ko­ma czyn­ny­mi klę­cze­li le­ka­rze.

Pę­dził od­dział, zbroj­ny w pi­ki, na ko­niach chy­żych po­chy­lo­ny, z krzy­ka­mi prze­raź­li­wy­mi, z twa­rza­mi opa­lo­ny­mi w ogniu bi­twy, i sza­la­ła mu w ży­łach wście­kłość lwia...

Lecz za mną tuż roz­legł się głos sta­lo­wy, wrzask bo­ju prze­wyż­sza­ją­cy:

— Jaz­da! Na obro­nę ran­nych.

W mgnie­niu oka z do­wód­cą swym na cze­le wle­cie­li na po­la­nę. Czar­ni od dy­mów pie­kiel­nych, na zzia­ja­nych ko­niach wy­pa­dli zza drzew i za­ro­śli na­prze­ciw tam­tym z pod­nie­sio­ny­mi sza­bla­mi w rę­kach...

Słoń­ce mia­ło się ku za­cho­do­wi i zza dy­mu świe­ci­ło tar­czą z roz­ża­rzo­nej mie­dzi. Na ten po­czet le­cą­cy, na je­go spa­lo­ne twa­rze i ob­na­żo­ne sza­ble padł rdza­wo­czer­wo­ny blask, bez­pro­mien­ny, po­nu­ry. W tym bla­sku do­pa­dli na­mio­tu, już przez tam­tych okrą­żo­ne­go, z wą­tłą ścia­ną ga­łę­zi już roz­wa­lo­ną. Strasz­li­wy pa­no­wał tam tłok i roz­le­ga­ły się nie­ludz­kie wy­cia i ry­ki. Ca­łą si­łą roz­pę­du ko­ni w tłok ten ude­rzy­li, z rąk sy­piąc bły­ska­wi­ce sza­bel i pi­sto­le­to­we strza­ły. Do­wód­ca czar­no­wło­sy, do Ar­cha­nio­ła z mie­czem pło­mien­nym po­dob­ny, pierw­szy sze­ro­kie­go otwo­ru do­sko­czył i jak­by no­gi ko­nia je­go zie­mia do sie­bie przy­ku­ła — sta­nął.

O, Je­zu! Nie by­ło już w na­mio­cie ran­nych ani le­ka­rzy. By­ły tyl­ko tru­py w krwi bro­czą­ce i jesz­cze otrzy­mu­ją­ce no­we ra­ny, umil­kłe al­bo w strasz­nym ko­na­niu char­czą­ce. A w po­środ­ku te­go po­la mor­dów do­ko­na­nych do­ko­ny­wał się już ostat­ni. Na ostrzach kil­ku pik osa­dzo­ny i wy­so­ko wznie­sio­ny w po­wie­trze ma­ły Tar­łow­ski twarz bia­łą jak chu­s­ta wy­sta­wiał na rdza­wo­czer­wo­ny blask słoń­ca. Mę­czeń­ska twarz ta o umie­ra­ją­cych oczach, z czer­wo­nym sznur­kiem krwi od zło­tych wło­sów do ust kon­wul­sją wstrzą­sa­nych po­zna­ła jed­nak przy­ja­cie­la, rę­ka szyb­kim ru­chem rzu­ci­ła ku nie­mu ja­kiś przed­miot czer­wo­ny i głos mdle­ją­cy za­wo­łał:

— Jag­min! Sio­strze!

Ostat­ni dar, ostat­nia myśl, ostat­nie sło­wo! Jak ptak czer­wo­ny chu­s­ta krwią ocie­ka­ją­ca zle­cia­ła na sze­ro­ką pierś do­wód­cy jaz­dy, lecz w tej­że chwi­li upadł pod nim koń je­go, ku­lą ugo­dzo­ny i on sam wśród tło­ku, dy­mu, wrza­sku, stu­ku wy­strza­łów, ule­wy ogni­stych bły­ska­wic — znik­nął!...

...Prze­stał szu­mieć dąb bro­da­ty i ci­sza noc­na za­le­gła po­la­nę. Bo noc już na­de­szła, mrocz­na, ale nie ciem­na: prze­zro­czy­sta, gwiaź­dzi­sta, ma­jo­wa.

Na pa­gór­ku mo­gil­nym, na wy­so­kich tra­wach wiatr le­żał tak lek­ki, że nie ugi­na­ły się pod nim ku zie­mi wy­so­kie tra­wy. Ogrom­ne skrzy­dła je­go ża­ło­śnie zwi­nę­ły mu się u bo­ków i smut­nie roz­sy­pa­ły się po zie­mi wło­sy ze sre­brzy­stych szro­nów pa­ję­czo uprzę­dzio­ne. W wy­dłu­żo­nych skrę­tach je­go krysz­ta­ło­we­go cia­ła bla­do świe­ci­ły od­bi­cia gwiazd i z od­bić tych jed­no tyl­ko wzra­sta­ło w blask i wiel­kość, aż wzro­sło w pło­myk go­re­ją­cy, od któ­re­go ta­jać po­czął krysz­tał je­go pier­si. Ta­jał od go­re­ją­ce­go pło­my­ka krysz­tał pier­si wia­tru pręd­kie­go i ście­kał na wy­so­kie tra­wy z szem­ra­niem tak ci­chym, z ja­kim pła­czą war­ko­cze brzo­zy, gdy z nich na zie­mię spły­wa­ją ma­jo­we desz­cze noc­ne. Tak na bez­i­mien­nej, za­po­mnia­nej, nie­zna­nej mo­gi­le le­śnej pła­kał wiatr.

I ci­cho znad traw za­sze­le­ścił:

— A ten krzy­żyk?

Ci­che nad sa­mą zie­mią od­po­wie­dzia­ło mu dzwo­nie­nie:

— My, ma­łe dzwon­ki li­lio­we, my, ma­łe dzwon­ki, li­to­śnie­śmy chło­dzi­ły jej roz­pa­lo­ne czo­ło i pi­ły le­ją­ce się z oczu jej łzy.

Po la­tach, po wie­lu, o smęt­nej je­sie­ni przy­szła tu ciem­na, drob­na i u stóp pa­gór­ka twa­rzą pa­dła na zio­ła.

Bied­ną twa­rzą! Bo nie by­ła już bia­ła ani ró­żo­wa; bia­łość jej i ró­żo­wość wy­pi­ło z niej ży­cie. Bied­ne ży­cie! Bo nie wie­my, co tam na świe­cie czy­ni­ła, a w oczach sta­ła od­bi­ta sa­mot­ność tę­sk­nią­ca, gorz­ka.

Bied­ne rę­ce nie­gdyś ca­ło­wa­ne tak mi­ło­śnie! Bied­ne oczy, nie­gdyś tak po­dob­ne do błę­kit­nych, dzie­wi­czych, czy­stych oczu bra­ta.

On nie­prze­spa­nie spał na dnie pa­gór­ka te­go, z ostat­nim jej po­zdro­wie­niem, szczyp­tecz­ką pro­chu, na pier­si w proch roz­sy­pa­nej.

I tam­ten...

Le­ża­ła na pa­gór­ku do ziół zżół­kłych tu­ląc twarz uwię­dłą i na ich ko­bier­cu roz­cią­ga­jąc suk­nię swą ciem­ną, bied­ną...

My­śmy wte­dy nie mia­ły kwia­tów, jak­że? w je­sie­ni! więc tyl­ko li­ściem chłod­nym ob­ję­ły­śmy twarz jej od pła­czu go­rą­cą i łzy pi­ły­śmy, co dłu­go pły­nę­ły z oczu.

Dłu­go. Nie­pręd­ko z zie­mi wsta­ła i ten krzy­żyk ma­ły, któ­ry przy­nio­sła z so­bą, wśród ło­dyg na­szych utkwi­ła. Po­tem drob­na jej po­stać ode­szła w zmierzch wie­czor­ny, wśród żół­tych drzew znik­nę­ła i nie wró­ci­ła już wię­cej ni­g­dy...

...Te­raz za­szu­miał po­tęż­ny, bro­da­ty dąb:

— I pły­nę­ły la­ta za la­ta­mi...

O każ­dej wio­śnie pta­ki przy­la­ty­wa­ły tu gro­mad­nie, wie­wiór­ki po świer­kach tań­czy­ły i w tra­wach bie­ga­ły, peł­za­ły, pod­la­ty­wa­ły drob­ne owad­ki, ro­bacz­ki. Ró­że dzi­kie od­kwi­ta­ły i za­wie­sza­ły się u ko­ron ich mo­ty­le. Słoń­ce kła­dło na tra­wy sze­ro­kie płach­ty zło­te. Od zórz wie­czor­nych że­glo­wa­ły nie­bem ru­mień­ce ob­ło­ków. W zmro­kach noc­nych świe­ci­ły wy­so­kie gwiaz­dy lub cięż­kie, ciem­ne ca­łu­ny ni­sko roz­wie­sza­ły chmu­ry. Pły­nę­ły dnie za dnia­mi, no­ce za no­ca­mi...

W głę­bo­kie je­sie­nie hu­cza­ły tu wi­chry, szu­mia­ły ule­wy, szem­ra­ły desz­cze nie­skoń­czo­ne, a w śnie­ży­ste, szkli­ste zi­my my, drze­wa, wzno­si­ły­śmy nad tym wzgó­rzem gro­bow­ce ze szkła szro­nów i z mar­mu­ru śnie­gów, zim­ne, bia­łe, ko­ron­ka­mi ob­wie­szo­ne, bry­lan­ta­mi osy­pa­ne. Cza­sem na te gro­bow­ce zla­ty­wa­ły sta­da wron lub ka­wek, kra­ka­niem gro­bo­wym po­wie­trze na­peł­nia­jąc, al­bo w kró­lew­skiej po­sta­wie za­trzy­mał się wśród nich je­leń wspa­nia­ły, prze­bie­gło sta­do kóz pło­chli­wych, drob­ny za­jąc prze­mknął, zna­cząc na śnie­gu zyg­za­ki ciem­nych śla­dów. Pły­nę­ły wio­sny za wio­sna­mi, zi­my za zi­ma­mi...

I dwie rze­czy by­ły nie­zmien­ne. Za­wsze sta­ła tu wy­so­ka od zie­mi do nie­ba sa­mot­ność z ob­li­czem nie­mym.

I cią­gle pły­nął tę­dy nie­śmier­tel­ny stru­mień cza­su, nie­stru­dze­nie szem­rząc: Vae vic­tis! vae vic­tis! vae vic­tis!...

...Wiatr pręd­ki już nie pła­kał. Krysz­ta­ło­we cia­ło je­go wsta­wać po­czę­ło nad wzgó­rzem mo­gil­nym i co­raz wyż­sze, sil­niej­sze, po­tęż­niej­sze, ro­sło.

Wsta­wał i na kształt po­wiew­nej ko­lum­ny wzra­stał do wierz­choł­ków drzew, wy­so­ko nad ich wierz­choł­ki, jesz­cze wy­żej, ca­ły w gniew­nym szu­mie pod­no­szą­cych się znad zie­mi skrzy­deł, w za­wie­ru­sze wło­sów roz­ta­cza­ją­cych się na­okół ol­brzy­mią sie­cią pa­ję­czą, świe­cą­cą szkli­stym szro­nem. Aż, nie­bo­tycz­ny, wzdę­ty, nie­zli­czo­ny­mi od­bi­cia­mi gwiazd roz­iskrzo­ny, roz­to­czył skrzy­dła la­taw­ca-ol­brzy­ma, na las ca­ły rzu­ca­jąc okrzyk:

Glo­ria vic­tis!

I ze­rwał się z mo­gi­ły, wzle­ciał nad las, szla­kiem po­wietrz­nym do­tarł ciem­ne­go nie­ba i do gwiazd mru­ga­ją­cych, do sre­brzy­stych dróg mlecz­nych za­wo­łał:

Glo­ria vic­tis!

A po­tem zno­wu ku zie­mi spły­nął i nie­spo­koj­ny, gniew­nym czy świę­tym sza­łem zdję­ty, szu­mią­cym szla­kiem ciem­no­ści prze­rzy­na­jąc, nad po­la­mi, nad wo­da­mi, nad la­sa­mi, nad mia­sta­mi i wio­ska­mi, na ca­łą ku­lę po­wietrz­ną, któ­ra obej­mu­je zie­mię i na ca­łe skle­pie­nie nie­bie­skie wo­łał:

Glo­ria vic­tis!

Zdu­mie­wa­ły się, wo­ła­nia te­go słu­cha­jąc po­la, wo­dy, la­sy, wsie i mia­sta, zdu­mie­wa­ła się ku­la ziem­ska i ku­la po­wietrz­na, w zdu­mie­niu za­py­tu­jąc, kto nad świa­tem gło­si tę ogrom­ną, nie­sły­cha­ną, tę fan­ta­stycz­ną, nie­spo­dzie­wa­ną no­wi­nę! Czy baśń do­sta­ła skrzy­deł i no­ca­mi po­czę­ła świa­tu prze­dziw­ne rze­czy opo­wia­dać? Czy tak wo­ła­ją du­chy strą­co­ne z pla­net in­nych? Czy sen­ne ro­je­nia? Zja­wy bez­cie­le­sne? Złu­dy? I za­liż prze­mie­nie­nie świa­ta głos ten zwia­stu­je lub je­go skoń­cze­nie?

A wiatr pręd­ki od nie­zna­nej, bez­i­mien­nej, wiel­kiej mo­gi­ły le­śnej le­ciał i le­ciał, nio­sąc i nio­sąc w prze­strzeń, w czas, w pa­mię­ci, w ser­ca, w przy­szłość świa­ta trium­fem da­le­kiej przy­szło­ści roz­brzmie­wa­ją­cy okrzyk:

Glo­ria vic­tis!


Dziw­na hi­sto­ria


„I tę­sk­ność za do­lą, za zło­tą,  

Co ją jak okiść wiatr zmia­ta,  

Jest skry­tą za to­bą tę­sk­no­tą,  

Ani­ma im­ma­cu­la­ta”.  

 

Hen­ryk Skir­muntt: Po­ezje

Za okna­mi sta­ła czar­na noc li­sto­pa­do­wa i wzdy­cha­ła pod­no­szą­cym się, to opa­da­ją­cym szu­mem wia­tru.

W du­żym po­ko­ju peł­nym ksią­żek i ob­ra­zów pa­no­wa­ła ci­sza i do­ty­ka­ne da­le­kim świa­tłem lam­py męt­nie ma­ja­czy­ły iskry po­złot na książ­kach i za­ry­sy ob­ra­zów na ścia­nach.

Roz­mo­wa na­sza, co­raz cich­sza, sta­cza­ła się z rze­czy po­wierz­chow­nych i po­wsze­dnich ku tym, któ­re zwy­kle spo­czy­wa­ją na dnie pa­mię­ci bez­sen­ne, lecz mil­czą­ce i prze­ma­wia­ją tyl­ko w świę­ta uf­nych roz­rzew­nień.

Wy­smu­kła, wą­tła, si­wie­ją­ca, ze śla­da­mi nie­daw­nej jesz­cze pięk­no­ści na opłat­ko­wej twa­rzy, sie­dzia­ła obok mnie z czo­łem po­chy­lo­nym i głę­bo­kim wej­rze­niem oczu, w któ­rych od­bi­ły się na za­wsze ob­li­cza wiel­kich smut­ków. Gdy mó­wi­ła, drob­ne war­gi jej po­dob­ne sta­wa­ły się do drżą­cych płat­ków po­bla­dłej w upa­łach ró­ży.

— Wy­rze­kasz, że nie roz­le­ga­ją się dziś po świe­cie czy­ny wiel­kie, ma­ją­ce moc obu­dza­nia wiel­kich my­śli. Skar­żysz się, że na wy­obraź­nię twą po­spo­li­tość serc i lo­sów ludz­kich sy­pie ma­ki uśpie­nia, że jak wzro­kiem za­to­czyć na nic nie dzie­je się pięk­ne­go czy strasz­li­we­go, lecz wiel­kie­go, dziw­ne­go.

Mo­że nie masz słusz­no­ści; mo­że to wi­na nie tyl­ko świa­ta, lecz i two­je­go wzro­ku. Mo­że w po­bli­żu two­im dzie­ją się rze­czy strasz­li­we lub pięk­ne, któ­rych ty od­kryć nie umiesz w mgle po­spo­li­to­ści. A po­spo­li­tość, czy pew­na je­steś, że po­spo­li­to­ścią jest aż do dna i na dnie swym nie ukry­wa pier­wiast­ków, choć­by za­cząt­ków ta­kich, że gdy­byś je do­strzec po­tra­fi­ła, na wi­dok ich oczy twe sze­ro­ko otwo­rzy­ły­by się od zdzi­wie­nia?

Szcze­gól­niej o du­szach ludz­kich są­dów ry­chłych i wzgar­dli­wych nie wy­da­waj ni­g­dy, bo dia­men­tów i pięk­no­ści, ko­ra­li bó­lu, żuż­li po­ża­rów, któ­re drze­mią w ich ją­drach ta­jem­nych, ani do­my­ślać się cza­sem moż­na pod gru­bą za­sło­ną po­wsze­dnich spraw i dni. Trze­ba umieć za­sło­nę tę od­gar­nąć ze sta­tuy, a nie­kie­dy od­gar­nia ją wi­cher zda­rzeń.

Pra­gniesz hi­sto­rii dziw­nej... Za okna­mi stoi czar­na bez­oka noc i wzdy­cha. Ta­ka ci­sza w tym po­ko­ju i tam w głę­bi, to męt­ne mi­go­ta­nie po­złot na opra­wach ksią­żek... Po­słu­chaj!...

Mia­łam lat dwa­dzie­ścia. W bra­ku ro­dzi­ców wcze­śnie zmar­łych wy­cho­wy­wał i wy­kształ­cił mnie brat. Wiesz do­brze, kim i ja­kim był brat mój. Umysł nie­po­spo­li­ty, lecz sto­kroć nie­po­spo­lit­szy jesz­cze cha­rak­ter. Stwo­rzo­ny na wo­dza, przez krót­ki mo­ment ży­cia swe­go był sław­nym wo­dzem. Ale przed­tem z czu­ło­ścią nie­mal ma­cie­rzyń­ską i od­da­niem zu­peł­nie oj­cow­skim przy­go­to­wał mnie do ży­cia. Nie ma też słów, któ­ry­mi wy­po­wie­dzieć bym mo­gła, jak sil­nie by­łam do nie­go przy­wią­za­na, jak by­łam mu wdzięcz­na za to, że gło­wie mej dał wię­cej świa­tła, a ser­cu wię­cej cie­pła, niż ich za­zwy­czaj mie­wa­ją dziew­czę­ta me­go wie­ku i me­go sta­nu. Bo o tym, abym kie­dy­kol­wiek umy­sło­we świa­tło swe na chleb po­wsze­dni prze­ra­biać by­ła zmu­szo­na, nikt ani po­my­śleć nie mógł. By­li­śmy bo­ga­ci.

Jed­nak mia­łam lat dwa­dzie­ścia, kie­dy po­mię­dzy mną a tym naj­droż­szym bra­tem, opie­ku­nem i mi­strzem mo­im, padł ka­mień ob­ra­zy. Nie prze­sta­łam ko­chać go, ale za­mknę­łam przed nim ser­ce. Nie wy­buch­nę­li­śmy wi­docz­ny­mi zna­ka­mi po­róż­nie­nia, lecz zwą­tli­ła się w nas ta naj­waż­niej­sza w har­fie przy­jaź­ni stru­na, któ­rą jest za­ufa­nie.

Prze­sta­je być przy­ja­cie­lem na­szym ten, przed kim prze­sta­je­my otwie­rać na oścież ser­ce i po­ka­zy­wać wszyst­ko a wszyst­ko, co w nim jest. Prze­sta­łam ser­ce otwie­rać przed bra­tem, po­nie­waż wzgar­dli­wie i nie­chęt­nie spoj­rzał raz na to, co od brze­gu do brze­gu wy­peł­niać je za­czy­na­ło i sta­wa­ło mi się bar­dzo dro­gie. Raz tyl­ko oka­zał swo­ją nie­chęć i wzgar­dę; wy­star­czy­ło mi to do szczel­ne­go ust za­mknię­cia. A on po­mi­mo szczel­nie za­mknię­tych ust mo­ich do­my­ślał się, co by­ło w mo­im ser­cu i ob­ra­żo­ny, zmar­twio­ny mil­czał tak­że.

Mó­wi­li­śmy z so­bą o wszyst­kim oprócz tej jed­nej rze­czy, któ­ra ob­cho­dzi­ła nas naj­ży­wiej; więc po­mi­mo prze­by­wa­nia w ścia­nach jed­ne­go do­mu i po­mi­mo prze­szło­ści łą­czą­cej nas mnó­stwem wspo­mnień dro­gich, czu­li­śmy się da­le­ki­mi od sie­bie, roz­łą­czo­ny­mi.

Obo­je mie­li­śmy w so­bie tę ob­raź­li­wość, któ­ra nie wy­le­wa się w sło­wach, lecz ow­szem, za­pa­da­jąc w mil­cze­nie, na­bie­ra od nie­go trwa­ło­ści i go­ry­czy.

Przy­czy­ną mo­jej ob­ra­zy by­ła wzgar­dli­wa nie­chęć ku te­mu, co we mnie obu­dzi­ło po­cią­gi tak nie­zmo­żo­ne, że prze­ciąć je mo­że tyl­ko nie­zmo­żo­ny rów­nież nóż prze­zna­cze­nia.

Wów­czas to wła­śnie za­czę­ły roz­le­gać się po świe­cie ha­sła i wo­ła­nia, po­prze­dza­ją­ce za­zwy­czaj ten huk gro­mo­wy, z ja­kim spa­da­ją na ludz­kość tra­gicz­ne mo­men­ty jej dzie­jów.

Ku tra­gicz­ne­mu mo­men­to­wi ży­cia na­sze­go i dzie­jów ogól­nych, ku jed­ne­mu z tych mo­men­tów, któ­re na ni­ci po­je­dyn­czych ist­nień spa­da­ją jak no­że nie­ubła­ga­nych prze­zna­czeń, ja i brat mój, ten brat naj­droż­szy, któ­re­go imię stać się mia­ło wkrót­ce...

O, sław­ne i dro­gie!

Zbli­ża­li­śmy się z du­sza­mi roz­łą­czo­ny­mi. I patrz tyl­ko, patrz, jak ży­wio­ło­wo rwą­cym jest to uczu­cie, któ­re od krań­ca do krań­ca świa­ta i od kre­su do kre­su wie­ków cho­dzi po kwia­tach, po mo­ty­lach, po pta­kach, po lu­dziach i kto wie, mo­że po gwiaz­dach, je­że­li na gwiaz­dach co­kol­wiek od­dy­cha roz­ko­szą i bo­le­ścią ży­cia! Ono to roz­luź­ni­ło nasz zwią­zek, przed­tem tak ści­sły...

Bo i o cóż nam po­szło? Po­szło nam o mło­de­go są­sia­da...

Był to wła­ści­wie młod­szy brat jed­ne­go z na­szych są­sia­dów, nie miesz­ka­ją­cy w tej oko­li­cy, mnie do­tąd nie zna­ny, któ­ry w od­wie­dzi­ny przy­je­chał do do­mu bra­ta. Raz we­so­łą gro­mad­ką wpa­dli­śmy do te­go do­mu i za­le­d­wie wpadł­szy wy­pa­dli­śmy zno­wu, aby po­biec do la­su. Wte­dy po raz pierw­szy go spo­tka­łam...

Czy sły­szysz, jak głę­bo­ko wes­tchnę­ła za okna­mi ta czar­na noc? I te­raz jesz­cze to­czy się to wes­tchnie­nie co­raz cich­sze, co­raz głuch­sze, co­raz dal­sze, a tu, w po­bli­żu, wzdy­mać się po­czy­na no­we...

Zie­lo­ny dzień ma­jo­wy. Las szme­ra­mi ze­fi­rów roz­szep­ta­ny, mło­de pę­dy so­śni­ny jak pę­ki świec w kan­de­la­brach wy­pro­sto­wa­ne i ja­sne w sło­necz­nym zło­cie, na mu­ra­wie usia­nej desz­czem ja­skrów i brat­ków, wy­so­ki krzak ró­ży dzi­kiej w peł­nym kwie­cie.

Szli­śmy po mu­ra­wie roz­ma­wia­jąc, zry­wa­jąc ja­skry i brat­ki, gdy on uj­rzaw­szy nas, nie­spo­dzie­wa­nym spo­tka­niem zdzi­wio­ny i za­ba­wio­ny, sta­nął u wy­so­kie­go krza­ku dzi­kiej ró­ży. A mnie od pierw­sze­go spoj­rze­nia prze­wi­nę­ła się po gło­wie myśl, że jest mu w ró­żach ogrom­nie do twa­rzy.

Gdy na po­wi­ta­nie na­sze od­krył gło­wę, to z po­ły­ska­mi ciem­ne­go zło­ta we wło­sach, z czo­łem bia­łym, z oczy­ma i usta­mi roz­bły­sły­mi od uśmie­chów wy­da­wał się wśród roz­ra­do­wa­ne­go ob­ra­zu wio­sny wcie­lo­ną ra­do­ścią i ży­ciem. Wy­da­wał się boż­kiem te­go la­su pięk­nym i nie zna­ją­cym z ży­cia nic oprócz ra­do­ści.

Szło nas tam ra­zem ró­wie­śnic kil­ka, lecz tak się ja­koś zło­ży­ło, że przez krót­ką chwi­lę roz­ma­wia­li­śmy z nim u ró­ża­ne­go krza­ku tyl­ko we dwo­je.

Po­wie­dziaw­szy mi swo­je na­zwi­sko do­dał, że w od­wie­dzi­ny do bra­ta przy­był na krót­ko, ale te­raz wi­dząc, że oko­li­ca ta nie jest uro­ków po­zba­wio­na, za­ba­wi pew­nie dłu­go.

Nie­któ­re z róż prze­kwi­ta­ły i po­wie­wa­mi wia­tru trą­ca­ne zrzu­ca­ły mi tro­chę płat­ków na rę­ce i suk­nie. Je­den upadł na je­go zło­te wło­sy i drżał tam jak ró­żo­wy mo­tyl.

Po­tem szli­śmy już ra­zem. Ze swo­bo­dą i wdzię­kiem ulu­bień­ca lo­su i świa­ta czy­nił nam ho­no­ry te­go la­su, po­ka­zu­jąc ścież­ki naj­kręt­sze i do naj­cie­nist­szych ustro­ni wio­dą­ce, drze­wa naj­wy­nio­ślej­sze, po­la­ny naj­bo­gat­sze w słoń­ce i w kwia­ty. Kwia­tów, któ­re dla nas zry­wał, mia­ły­śmy peł­ne rę­ce, a ścież­ki, ustro­nia i po­la­ny peł­ne by­ły na­szych ja­snych su­kien i we­so­łych gło­sów.

Co do mnie, pra­wie nie wi­dzia­łam ście­żek, po­lan i ustro­ni, bo oczy mo­je on je­den tyl­ko na­peł­niał i wstyd mi wy­znać, ale wy­znam praw­dę, że w tym pierw­szym już spo­tka­niu za­ko­cha­ły się w nim mo­je oczy...

Spójrz, jak tam w głę­bi po­ko­ju, w sła­bym do­tknię­ciu da­le­kie­go świa­tła lam­py męt­nie ma­ja­czy na ob­ra­zie płach­ta bia­ło­ści, a nad nią wi­szą bia­łe pla­my jak z próż­ni pa­trzą­ce oczy bez źre­nic...

Wiem! To ob­raz zi­my. Śnieg na rów­ni­nie i na ga­łę­ziach drzew kwia­ty śnie­go­we...

Śnieg jak mar­mur twar­dy i pod nie­bem chmur­nym ma­to­wo bia­ły za­ście­lał sze­ro­ką rów­ni­nę, gdy ku­lig hucz­ny, roz­dzwo­nio­ny, ro­ze­śmia­ny wy­padł z bra­my na­sze­go wiej­skie­go dwo­ru, pięk­ne­go, wiel­kie­go dwo­ru. Bez ce­lu, bez pla­nu, na kil­ka go­dzin w prze­strzeń sze­ro­ką, w pęd szyb­ki, po gład­kich mar­mu­rach, pod rzeź­we po­ca­łun­ki lek­kie­go, mroź­ne­go po­wie­trza!

By­łoż to zrzą­dze­niem wy­pad­ku czy je­go zręcz­no­ści, nie pa­mię­tam, a mo­że nie wie­dzia­łam ni­g­dy, ale je­cha­li­śmy ra­zem, tyl­ko we dwo­je. Ko­nie je­go, czte­ry ko­nie ste­po­we, wpół dzi­kie, uno­sić po­czę­ły sa­nie z szyb­ko­ścią tak nie­zmier­ną, że zda­wa­ło się, iż nie do­ty­ka­jąc zie­mi, su­ną po­wie­trzem. Lecz je­śli by­ło w tej sza­lo­nej jeź­dzie nie­bez­pie­czeń­stwo ja­kie, mnie ono na myśl na­wet nie przy­szło, tak za­ję­ła mię wal­ka czło­wie­ka z ty­mi po­tęż­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, któ­re w po­go­ni z wi­chrem mo­gły­by, zda się, wi­cher prze­go­nić i sa­me jak czte­ry ogni­ste wi­chry pę­dzi­ły, le­cia­ły z cia­ła­mi wy­dłu­żo­ny­mi, z pło­mie­nia­mi grzyw pusz­czo­ny­mi na wia­try, wy­da­jąc z paszcz ra­do­sne czy groź­ne chra­pa­nia, wy­rzu­ca­jąc spod ko­pyt odła­my roz­bi­tych mar­mu­rów lub iskry krze­sa­ne z drze­mią­cych pod mar­mu­ra­mi krze­mie­ni.

Mo­że nie spo­dzie­wał się, że przyj­dzie mu sto­czyć tę wal­kę, a mo­że chciał sto­czyć ją przed mo­imi oczy­ma, nie wiem, ale u sa­me­go jej po­cząt­ku ob­ró­cił ku mnie twarz zu­peł­nie spo­koj­ną i po­pro­sił, abym się nie lę­ka­ła. Kil­ka słów tyl­ko, lecz w spoj­rze­niu, któ­re na mgnie­nie oka za­to­pił w mej twa­rzy, bły­snę­ła si­ła tak pew­na sie­bie, że uczu­łam sło­dycz uf­no­ści zu­peł­nej.

Sto­jąc obok mnie, w dło­niach, któ­re wy­da­wa­ły się że­la­zny­mi, ści­skał wo­dze dłu­gie i tak wy­prę­żo­ne, że wy­glą­da­ły jak czar­ne stru­ny na­cią­gnię­te na bia­łej har­fie po­wie­trza, któ­re­go ostre świ­sty wy­da­wa­ły się ich dźwię­ka­mi.

Po­mi­mo sza­lo­ne­go pę­du sań po­sta­wa je­go ani na jed­no mgnie­nie oka nie utra­ca­ła nie­za­chwia­nej po­są­go­wo­ści swych li­nii, ani jed­no drgnie­nie nie prze­bie­ga­ło twa­rzy po­bla­dłej i tyl­ko pod fu­trza­ną opa­ską czap­ki zło­te brwi zbie­gły się nad oczy­ma, w któ­rych osia­dła i świe­ci­ła bły­ska­wi­ca wy­tę­żo­nej wo­li. Na war­gach czer­wo­nych miał ten wzgar­dli­wy uśmiech, z ja­kim si­ła świa­do­ma sie­bie i sku­pio­na po­skra­mia nie­świa­do­me i roz­kieł­zna­ne si­ły.

Prze­bie­gła mi przez gło­wę myśl, że nie ina­czej pew­no Gre­cy przed­sta­wia­li so­bie Fa­eto­na, gdy sło­necz­ny­mi ru­ma­ka­mi gnał po skle­pie­niu nie­bie­skim.

W świ­stach po­wie­trza, w pie­ką­cych po­ca­łun­kach mro­zu, w stu­ku bry­zga­ją­cych spod ko­pyt koń­skich mar­mu­rów śnie­go­wych, w bły­ska­wi­co­wym mi­go­ta­niu mi­ja­nych drzew, lu­dzi, zasp śnież­nych, la­sów da­le­kich, pta­ków wy­so­ko le­cą­cych, z twa­rzą w pło­mie­niach i pier­sią peł­ną dziw­nej roz­ko­szy, nie od­ry­wa­łam oczu od je­go twa­rzy po­bla­dłej, brwi ścią­gnię­tych, ust uśmiech­nię­tych ze spo­koj­ną wzgar­dą, ra­mion po­tęż­nych, a jed­nak spo­koj­nych i — ko­cha­ły się, ko­cha­ły w nim mo­je oczy.

Wkrót­ce je­cha­li­śmy już w spo­sób zwy­czaj­ny, roz­ma­wia­jąc zwy­czaj­nie o rze­czach, o lu­dziach, aż na­gle za­my­ślił się, dłu­go pa­trzał na skłon nie­ba, któ­ry rąb­kiem se­le­dy­no­wo­srebr­nym roz­dzie­lał chmu­ry sza­re od bia­łej zie­mi i w oczach je­go od­ma­lo­wa­ła się bez­brzeż­na tę­sk­no­ta. Wska­zał mi świe­tli­sty rą­bek.

— Jak tam ja­sno!...

Z twa­rzą ku mnie zwró­co­ną do­dał:

— I pa­ni ta­ka ja­sna... ja­sna!

Po­tem ze wzro­kiem zno­wu utkwio­nym w dal świe­tli­stą rzekł z ci­cha:

— Są na świe­cie lu­dzie po­ciem­nie­li, któ­rzy pra­gną ja­sno­ści... tak pra­gną!

I za­raz o czymś zwy­czaj­nym, po­wsze­dnim mó­wić za­czął, ale nie był już wcie­le­niem ra­do­ści ży­cia. Jak­by ża­lem czy tę­sk­no­tą po­wia­ło na nie­go od ja­sno­ści nie­bie­skiej i — mo­jej.

Wte­dy to po po­wro­cie z tej dłu­giej zi­mo­wej prze­jażdż­ki rzu­ci­łam się bra­tu na szy­ję i chcia­łam po­wie­dzieć mu wszyst­ko, ale przy pierw­szych sło­wach mo­ich zmarsz­czył brwi groź­nie i nie­mal gniew­nie za­wo­łał:

— Jak to? Ten wietrz­nik, mar­no­traw­ca, próż­niak!

Ra­mio­na mo­je ze­sztyw­nia­ły i opa­dły z bra­ter­skiej szyi. Umil­kłam i od­tąd mil­cze­li­śmy o tym obo­je.

Zda­nie bra­ta me­go po­dzie­la­ła w zu­peł­no­ści tak zwa­na opi­nia pu­blicz­na. Ucho­dził po­wszech­nie za czło­wie­ka z umy­słem po­spo­li­tym i z cha­rak­te­rem lek­kim, sła­bym. Ucho­dził za jed­ne­go z tych, któ­rzy w mo­wie po­tocz­nej na­zy­wa­ni są ludź­mi bez cha­rak­te­ru. Po­dob­no w żad­nej szko­le i w żad­nej na­uce nie do­trwał aż do koń­ca. Sy­nem ro­dzi­ny ma­jęt­nej bę­dąc w ten spo­sób z je­dy­nym bra­tem po­dzie­lił się znacz­nym ma­jąt­kiem, że je­mu po­zo­sta­wił zie­mię z ca­łą su­ro­wo­ścią tru­dów i szla­chet­no­ścią obo­wiąz­ków do jej po­sia­da­nia przy­wią­za­nych, a na swój dział za­żą­dał i otrzy­mał tę rzecz, da­ją­cą swo­bo­dę wszyst­kim chę­ciom, nie­chę­ciom, żą­dzom, ka­pry­som czło­wie­ka, któ­rą są pie­nią­dze. Znacz­ną też ich część stra­cił już w cza­sie nie­dłu­gim i w stro­nach da­le­kich.

Tych ro­dzin­nych stron swych pra­wie ni­g­dy do­tąd nie od­wie­dzał, a te­raz prze­pę­dzał w nich już mie­sią­ce dłu­gie, jak wszy­scy od­ga­dy­wa­li, z po­wo­du owe­go spo­tka­nia w ma­ju, u krza­ku dzi­kiej ró­ży.

Wszy­scy to od­ga­dy­wa­li i usi­ło­wa­li, we­dług wy­ra­że­nia po­spo­li­te­go, otwie­rać mi oczy. U jed­nych no­sił on prze­zwi­sko ko­nia­rza, z po­wo­du na­mięt­ne­go roz­mi­ło­wa­nia w ho­do­wa­niu i ujeż­dża­niu ko­ni. In­ni na­po­my­ka­li o licz­nych pod­bo­jach ser­co­wych i — go­rzej jesz­cze...

A ja? Ja wie­dzia­łam, że nikt nie kła­mie i że wszyst­ko jest to praw­dą, ale nie ca­łą. Wie­dzia­łam, że przy­pi­sy­wa­ne mu nie­do­stat­ki i przy­wa­ry są w nim istot­ne, ale że jest też coś nad to, cze­go prócz mnie nikt nie spo­strze­ga.

Czym by­ło to, co sa­ma jed­na w nim spo­strze­głam? Ści­śle okre­ślić nie­po­dob­na. Do­my­sły i prze­czu­cia ra­czej niż spo­strze­że­nia.

Cza­sem w oczach za­zwy­czaj we­so­łych ja­kieś chwi­lo­we za­pa­trze­nie się w dal i w tym za­pa­trze­niu się wy­raz tę­sk­no­ty bez­brzeż­nej. Jak­by pod błysz­czą­cy­mi pro­cha­mi pu­ste­go ży­cia, w ser­cu roz­pa­lał się ru­bin krwa­wy i piekł ser­ce tak, że aż oczy w dal bie­gły po ra­tu­nek.

To zno­wu wśród roz­mo­wy po­spo­li­tej al­bo pło­chej kil­ka słów od­ska­ku­ją­cych od niej dziw­nie, kil­ka słów tyl­ko, lecz za­brzmia­ła w nich nu­ta czci al­bo li­to­ści, al­bo wzru­sze­nia, w któ­rym za­ła­mał się i uto­nął głos.

Ja­kieś sto­pie­nie się śmie­chu w wes­tchnie­nie, ja­kieś cie­pło w po­stęp­ku czy sło­wie, do skry­tej piesz­czo­ty po­dob­ne... Czy ja wiem? Chwil­ki prze­lot­ne, pro­my­ki drob­ne, dźwię­ki wnet milk­ną­ce, sa­me prze­czu­cia, sa­me do­my­sły, lecz któ­re iskra­mi sy­pa­ły się w ser­ce.

My­śla­łam, że mu­szą, mu­szą prę­dzej czy póź­niej opaść z nie­go złe pro­chy ży­cia; że mu­si, mu­si on prę­dzej czy póź­niej sta­nąć przede mną i przed świa­tem wyż­szym, czyst­szym nad wła­sne swe ży­cie.

Nie­pręd­ko po­tem prze­czy­ta­łam w ja­kiejś książ­ce zda­nie, że lu­dzie by­wa­ją cza­sem gor­si, a cza­sem lep­si od wła­snych swych po­stęp­ków, któ­re czę­sto, wbrew ich naj­głęb­szej na­tu­rze, zrzą­dzo­ne są przez róż­ne wy­pad­ki i wpły­wy. Nie umia­łam jesz­cze wów­czas my­śleć ja­sno, ale zda­nie to by­ło we mnie, wię­cej w uczu­ciu niż w my­śli. Czu­łam, że w tym lek­ko­myśl­nym czło­wie­ku z ży­ciem mar­no­traw­nym i próż­nia­czym ist­nie­je ja­kiś po­pęd w dal i w gó­rę, że ist­nie­je w nim ja­kaś ża­łość i tę­sk­no­ta.

Po czym ża­łość? Za czym tę­sk­no­ta?

Przy­szła chwi­la, że po­wie­dział mi to sam. Wkrót­ce po owym sza­lo­nym ku­li­gu przy­szła pięk­na chwi­la bry­lan­to­wych szro­nów na drze­wach, a zło­tych snów w upoj­nych szczę­ściem ser­cach na­szych.

Po­daj mi ten wiersz mło­de­go po­ety, któ­ry­śmy czy­ta­ły dziś ra­zem:

W prze­strze­ni przez słoń­ce za­la­nej

Cie­nie się ście­lą błę­kit­nie,

Na zie­mi w puch bia­ły przy­bra­nej

Ga­łąz­ka każ­da szkłem kwit­nie...

Błę­kit­ne cie­nie sła­ły się po bia­łych pu­chach za­ście­la­ją­cych las i na nie­ru­cho­mych świer­kach każ­da ga­łąz­ka szkłem kwi­tła, gdy­śmy się spo­tka­li u drzwi oto­czo­ne­go świer­ka­mi dom­ku le­śni­ka.

Czy wy­pad­kiem? Tak się zda­wa­ło, lecz w rze­czy­wi­sto­ści i tu le­ża­ły na dnie do­my­sły czy prze­czu­cia mo­je i je­go. Fak­tem jest nie­ja­snym mo­że, lecz naj­zu­peł­niej praw­dzi­wym, że z od­da­le­nia, bez po­ro­zu­mie­nia się gło­sem czy okiem, od­ga­dy­wa­li­śmy na­wza­jem swo­je my­śli i za­mia­ry. Nie po raz to pierw­szy już wie­dzio­ny tym od­ga­dy­wa­niem za­my­słów i upodo­bań mo­ich przy­by­wał tam, gdzie by­łam i nie po raz pierw­szy ja ze swej stro­ny od­ga­dy­wa­łam, że on przy­bę­dzie...

Więc choć nie ocze­ki­wa­łam, jed­nak nie zdzi­wi­łam się, gdy w bia­łej alei le­śnej...

Je­chał ale­ją śnież­ną, two­rząc ra­zem z pięk­nym wierz­chow­cem swym i bia­ło­ścią la­su ob­raz z zi­mo­wej czy z ry­cer­skiej ba­śni.

Za chwi­lę do­wie­dzieć się mia­łam, jak bar­dzo, jak wca­le nie był dum­ny; póź­niej w sza­cie z gro­zy i roz­pa­czy przyjść do mnie mia­ła wia­do­mość, jak bar­dzo, jak nie­zmier­nie był sła­by. Ale wów­czas, gdy wśród ci­chych szkieł szro­nu i mar­mu­rów śnie­gu zbli­żał się ku le­śne­mu dom­ko­wi, bi­ła z nie­go si­ła i du­ma sy­na ry­cer­skie­go ro­du. We krwi mieć je mu­siał ra­zem z ry­cer­skim wdzię­kiem; my­śla­łam, że mu­si rów­nież mieć je w du­szy. Pa­trząc na zbli­ża­ją­ce­go się my­śla­łam, że tuż, tuż jeź­dziec wy­cią­gnie sil­ne ra­mię i do­ko­na wiel­kie­go czy­nu lub w tur­nie­jo­wej go­ni­twie zwy­cięz­ca, na ostrze mie­cza przyj­mie wie­niec chwa­ły.

By­łyż to tyl­ko po­zo­ry, złu­dze­nia? Tak!... Nie!... I tak, i nie.

Ze­sko­czył z ko­nia i w mgnie­niu oka zna­lazł się u stóp mo­ich, na klęcz­kach. Krzyk­nę­łam ze zdzi­wie­nia, bo do­tąd nie by­ło po­mię­dzy na­mi nic... Za­rę­cza­ły się do­tąd z so­bą pro­mie­nie ócz na­szych, uśmie­chy ust, brzmie­nia gło­sów, ale po­wie­dzia­ne­go nie by­ło nic...

Te­raz rę­ce mo­je uwię­zio­ne by­ły w je­go dło­niach, a z ust mu pło­mien­nym po­to­kiem la­ły się sło­wa mi­ło­ści i — roz­pa­czy.

Roz­pa­czy? Czło­wiek ten mło­dy, pięk­ny, bo­ga­ty, któ­ry tam u ró­ża­ne­go krza­ku wy­dał mi się upo­sta­cio­wa­niem sa­mej tyl­ko, sa­mej jed­nej ra­do­ści ży­cia, roz­pa­czał.

Bled­szy niż wte­dy, gdy wal­czył z sza­łem swych ste­po­wych ko­ni, ze zło­tą brwią bo­le­śnie ścią­gnię­tą i oczy­ma do ciem­nych ot­chła­ni po­dob­ny­mi mó­wił, jak moc­no, jak głę­bo­ko mnie ko­cha i jak głę­bo­ko, roz­pacz­nie czu­je się mo­jej mi­ło­ści nie­god­ny.

Do­mek le­śni­ka chwi­lo­wo opu­sto­sza­ły był ze swych miesz­kań­ców; by­li­śmy sa­mi. By­li­śmy sa­mi w bia­łej izbie, za któ­rej ma­ły­mi okna­mi cięż­ko na ga­łę­ziach świer­ko­wych wi­sia­ły wiel­kie kwia­ty śnie­gu i tyl­ko nie­wi­dzial­na, w ciem­nym ką­cie je­go du­szy za­cza­jo­na, by­ła z na­mi — strasz­na na­sza do­la.

Lecz ja­kim­kol­wiek był i co­kol­wiek w przy­szło­ści po­peł­nić miał ten czło­wiek, wi­dzia­łam go wte­dy szcze­rym aż do dna. Wy­zna­wał przede mną wszyst­ko, co w nim i w mi­nio­nych dniach je­go by­ło sła­bo­ścią i wi­ną, a po­ko­ra tych wy­znań mia­ła w so­bie przej­mu­ją­ce krzy­ki cier­pie­nia.

Cier­piał. Te nie­po­chwyt­ne drgnie­nia du­szy, któ­re spo­mię­dzy lu­dzi wszyst­kich sa­ma jed­na w nim spo­strze­ga­łam czy prze­czu­wa­łam, by­ły ża­lem pa­lą­cym, tę­sk­no­tą bez­brzeż­ną.

— Czy pa­mię­tasz ostat­nią stro­fę te­go wier­sza mło­de­go po­ety?

I tę­sk­ność za do­lą, za zło­tą,

Co ją jak okiść wiatr zmia­ta,

Jest skry­tą za to­bą tę­sk­no­tą,

Ani­ma im­ma­cu­la­ta!

Czło­wie­czą praw­dę, głę­bo­ką, choć rzad­ką, za­mknął w stro­fie tej mło­dy po­eta.

By­łam wów­czas świad­kiem pa­lą­cej tę­sk­no­ty czło­wie­ka za po­stra­da­ną czy­sto­ścią swej du­szy, nie­zmier­nej ża­ło­ści je­go nad tym, że w dniach próż­nia­czych i pło­chych prze­pa­dła mu je­go ani­ma im­ma­cu­la­ta.

To upra­gnie­nie czy­sto­ści i te na­mięt­ne rzu­ty du­cha ku po­dźwi­gnię­ciu się z ni­zin na wy­ży­ny by­ły naj­głęb­szą przy­czy­ną roz­ko­cha­nia się je­go w dziew­czy­nie tak do­sko­na­le czy­stej i my­śli swe na wy­ży­nach trzy­ma­ją­cej, ja­ką pod­ów­czas by­łam. Ser­ce je­go ucze­pi­ło się mnie jak ni­ci, po któ­rej wspiąć się mo­gło do kra­in świe­tli­stych. Z proś­ba­mi o szczę­ście mie­sza­ły się mu na ustach proś­by o wspar­cie, o ta­kie wspar­cie, ja­kie­go kro­pla ro­sy uży­cza ro­śli­nie okry­tej przy­droż­ną ku­rza­wą. Ma­rzył, że gdy mu po­dam rę­kę, po­dźwi­gnie się z ku­rza­wy. O czy­nach do­brych, o tru­dach wy­trwa­łych, o cno­cie czy­stej ro­ił ty­leż pra­wie, co o ra­ju mi­ło­ści po­dzie­lo­nej.

Od­sła­nia­ło się w nim przede mną ogrom­nie tkli­we roz­róż­nia­nie stro­ny ży­cia ciem­nej od ja­snej i ogrom­ne po­żą­da­nie prze­by­wa­nia po stro­nie ja­snej. Dla­cze­góż ty­le ra­zy zsu­wał się z niej na ciem­ną?

Z jak­że ro­zum­ną i z jak­że do­brą po­ko­rą wy­zna­wał przede mną te bra­ki na­tu­ry i te wpły­wy świa­ta, któ­re wo­bec po­kus i po­nęt roz­ma­itych czy­ni­ły go sła­bym! Bo nie był z rzę­du tych sła­bych, któ­rzy nie ma­ją w so­bie si­ły, lecz z tych, w któ­rych z si­łą ra­zem miesz­ka sła­bość.

I ta wła­śnie si­ła je­go, tru­ta, pa­ra­li­żo­wa­na, zwy­cię­ża­na przez sła­bość, prze­ra­bia­ła się na pa­lą­cą tę­sk­ność za ma­rzo­ny­mi wiecz­nie i wiecz­nie nie­do­ści­ga­ny­mi stre­fa­mi świa­tła, na ża­łość za umknio­nym z dło­ni, za zni­kłym w od­mę­tach ży­cia, za po­stra­da­nym tym pta­kiem nie­bie­skim, o skrzy­dłach z la­zu­ru i krysz­ta­łu, któ­re­mu na imię: ani­ma im­ma­cu­la­ta.

Słu­cha­łam i sło­wa je­go ude­rza­ły o naj­wyż­sze nie­bio­sa me­go ser­ca.

My­śla­łam, że tyl­ko czło­wiek z du­szą wiel­ką mo­że tak do­bro­wol­nie i aż do dna uka­zy­wać swo­ją ma­łość przed isto­tą, któ­ra mu jest dro­ga i któ­rej po­żą­da; my­śla­łam, że ta roz­dzie­ra­ją­ca mo­wa je­go jest czy­nem pięk­nym i że do ży­cia pięk­ne­go zdol­ność nie­zmier­ną po­sia­dać mu­si ten, kto po­sia­da tak ża­ło­sne je­go upra­gnie­nie.

Więc od­po­wia­da­łam mu zra­zu łza­mi tyl­ko, ale po­tem uczu­łam, że myśl mo­ja do­sta­je skrzy­deł i pło­mien­nym na­tchnie­niem po­rwa­na mó­wić mu za­czę­łam wszyst­kie te sło­wa mo­wy ludz­kiej, któ­re po­cie­sza­ją, ko­ją, piesz­czą, ko­cha­ją, dźwi­ga­ją... wszyst­kie do­bre, pięk­ne, ja­sne, go­rą­ce sło­wa mo­wy ludz­kiej...

I wte­dy to, wśród tej roz­mo­wy, za­ko­cha­ła się w nim mo­ja du­sza...

A zmierzch, od wi­szą­cych za okna­mi kwia­tów śnie­go­wych bia­ły, zna­lazł nas na ła­wie le­śne­go dom­ku sie­dzą­cych obok sie­bie z po­łą­czo­ny­mi dłoń­mi i owi­nię­tych la­zu­ra­mi ta­kich ma­rzeń, ja­kich bez­chmur­nie słu­chać by mo­gło la­zu­ro­we ob­li­cze nie­ba.

Bez oglą­da­nia się na ludz­kie za­da­nia i opi­nie, na chęć czy nie­chęć naj­droż­sze­go mi do­tąd czło­wie­ka, mie­li­śmy ci­cho i skrom­nie za­ślu­bić się w ma­ju, mie­sią­cu pierw­sze­go spo­tka­nia się na­sze­go i roz­kwi­ta­nia po la­sach dzi­kich róż.

A po­tem ileż na­dziei, uf­no­ści, sło­dy­czy, po­sta­no­wień wiel­kich i nie­mal bo­ha­ter­skich — ach! — nie­mal świę­tych za­mia­rów!

Nu­tę bo­ha­ter­stwa, nie­mal świę­to­ści, on pierw­szy wlał w te ro­je­nia na­sze. Mnie­mał, że zła prze­szłość je­go ode­bra­ła mu pra­wo do szczę­ścia, do tak wiel­kie­go szczę­ścia, ja­kie po­siadł wraz z mo­im ko­cha­niem i że tę złą prze­szłość od­ku­pić mu po­trze­ba ja­kimś wy­rze­cze­niem się, ja­kimś tru­dem, do­ko­na­niem ja­kie­goś czy­nu czy za­da­nia.

Myśl ta by­ła tak su­ro­wa, że nie mo­głam zra­zu wy­ro­zu­mieć jej do głę­bi. Od­ku­pie­nie zła przez do­bro? Po­ku­ta? Do­bro­wol­ne za­da­wa­nie so­bie cier­pień na ło­nie szczę­ścia? Lecz gdy wy­ro­zu­mia­łam, wzle­cie­li­śmy ra­zem ku tym naj­wyż­szym stre­fom, na któ­rych rzad­ko bar­dzo by­wa­ją ludz­kie ma­rze­nia.

Mie­li­śmy ma­jąt­ki na­sze roz­dać na dzie­ła mi­ło­ści i mi­ło­sier­dzia, a sa­mi żyć za­le­d­wie bez nie­do­stat­ku, nie po­żą­da­jąc i nie szu­ka­jąc żad­nych uciech in­nych oprócz tej nie­wy­mow­nej, że na­le­ży­my do sie­bie, że je­ste­śmy z so­bą, że trzy­ma­my się za rę­ce i że du­sze na­sze trzy­ma­ją się za skrzy­dła...

Mie­li­śmy wzbi­jać my­śli na­sze ku naj­wyż­szym szczy­tom wie­dzy, a ser­ca rzu­cać w ogni­ska uczuć naj­sze­rzej po zie­mi roz­po­star­tych. Mie­li­śmy wspól­ny­mi si­ła­mi czy­nić to, cze­go nikt nie uczy­nił, i zajść tam, kę­dy nikt nie za­szedł, nie przez du­mę, lecz przez po­ko­rę wła­śnie i z wdzięcz­no­ści za to szczę­ście nie­wy­mow­ne, że jed­no dla dru­gie­go je­ste­śmy na zie­mi...

O, mło­do­ści! O, wia­ro i si­ło mło­do­ści! Ra­ju serc! Lo­cie dusz! O, oczy śnie­go­wych kwia­tów, któ­re­ście przez drob­ne szyb­ki pa­trza­ły w na­sze roz­pro­mie­nio­ne ogniem świę­tym oczy! O, szu­mie la­su, któ­ryś o zmierz­chu z ci­cha wtó­ro­wać po­czął słod­kim na­szym szep­tom. Czy­liż to wszyst­ko złu­dze­niem tyl­ko by­ło, ma­rą tyl­ko, płon­nym okła­my­wa­niem się płon­nych dusz czło­wie­czych?

— Tak! Nie!... i tak, i nie!

Do­mek le­śni­ka opu­ści­łam z za­rę­czy­no­wym po­ca­łun­kiem na ustach i z du­szą w eks­ta­zie.

Ale...

Daj chwi­lę spo­cząć przed spoj­rze­niem w prze­paść!

Ale w ma­ju nie wzię­łam ślu­bu...

Umó­wi­li­śmy się, że przyj­dzie on wkrót­ce do bra­ta me­go, aby mu o za­mia­rach na­szych oznaj­mić i o zgo­dze­nie się na nie pro­sić. Wy­ma­gał te­go nie tyl­ko oby­czaj po­wszech­ny; wy­ma­ga­ło te­go ser­ce mo­je, nie mo­gą­ce prze­cież wy­rzu­cić z sie­bie uczuć wdzięcz­no­ści, przy­wią­za­nia i obo­wiąz­ku.

Myśl o tym spo­tka­niu się ich i o tej roz­mo­wie na­peł­nia­ła mnie trwo­gą nie­wy­po­wie­dzia­ną. Po­mię­dzy dwo­ma ty­mi ludź­mi sta­ło coś na kształt nie­na­wi­ści, do wy­tłu­ma­cze­nia wca­le nie trud­nej. Wo­bec su­ro­wych za­sad mo­ral­nych i oby­wa­tel­skich bra­ta me­go, wo­bec je­go do­sko­na­le czy­stej i bar­dzo czyn­nej prze­szło­ści, prze­szłość czło­wie­ka, któ­ry mar­nie al­bo i wy­stęp­nie do­tąd trwo­nił la­ta, si­ły i ma­ją­tek, by­ła łach­ma­nem god­nym tyl­ko wzgar­dy. Ten dru­gi zaś za­zdro­ścił, strasz­nie za­zdro­ścił tam­te­mu nie­ska­zi­tel­no­ści, po­wa­gi, nie urze­czy­wist­nio­nych jesz­cze, lecz już prze­wi­dy­wa­nych prze­zna­czeń, z któ­rych prze­glą­da­ło bla­de i mo­że krwa­we, lecz uko­ro­no­wa­ne ob­li­cze bo­ha­ter­stwa.

Ta wzgar­da z jed­nej stro­ny i ta za­wiść z dru­giej, któ­re le­ża­ły na sa­mym dnie wza­jem­nych dla sie­bie uczuć tych dwóch lu­dzi, po­zo­sta­ły­by pew­nie bier­ne i nie­wy­po­wie­dzia­ne na za­wsze, gdy­by nie wzma­gał ich, nie roz­ją­trzył i osta­tecz­nie do krzy­ku nie po­bu­dził wy­pa­dek, któ­re­go ja by­łam przy­czy­ną.

Ach, nie myśl, że był to krzyk roz­gnie­wa­ne­go, gru­biań­skie­go gło­su! By­li obaj ludź­mi do­brze wy­cho­wa­ny­mi i naj­lżej­sze pod­nie­sie­nie gło­su, żad­ne sło­wo ob­raź­li­we czy obe­lży­we nie do­się­gło po­ko­ju są­sied­nie­go, zza za­mknię­tych drzwi pra­cow­ni me­go bra­ta. I dziw­nie krót­ko trwa­ła to­czą­ca się za ty­mi drzwia­mi roz­mo­wa; i nie wiem, w któ­rej se­kun­dzie tych kil­ku mi­nut padł grom, ze zwar­cia się dwóch tych chmur wy­strze­lo­ny...

Ale gdy drzwi się otwo­rzy­ły, zo­ba­czy­łam na twa­rzy czło­wie­ka ko­cha­ne­go po­ra­że­nie od gro­mu. Coś osłu­pia­łe­go i ra­zem na­mięt­nie ob­ra­żo­ne­go, coś złe­go i za­ra­zem tra­gicz­ne­go roz­le­wa­ło się po je­go śmier­tel­nie zbla­dłej twa­rzy i świe­ci­ło w szty­le­tach oczu bo­le­snych i ostrych.

Rzu­ci­łam się ku nie­mu, ale ge­stem rę­ki po­wstrzy­mał mnie z da­la od sie­bie i bia­ły­mi war­ga­mi wy­szep­tał:

— Tu­taj... nie! Pod da­chem te­go czło­wie­ka... ni­g­dy! Je­że­li wy­trwasz, je­że­li ze­chcesz, to gdzie in­dziej...

Nie miał pra­wie od­de­chu w pier­si. Nie­przy­tom­nie pra­wie ści­snął mi obie rę­ce, zda­je się, że bez łez za­łkał i wy­biegł z do­mu.

Sta­nę­łam przed bra­tem ca­ła w drże­niu i w pło­mie­niu, za­mie­ra­ją­cym gło­sem py­ta­jąc, co mu po­wie­dział.

Tak sa­mo jak tam­ten bla­dy i w oczach roz­go­rza­ły, ale za­wsze pa­nu­ją­cy nad so­bą, za­wsze sil­ny i sta­now­czy, nic mi nie po­wtó­rzył, z ni­cze­go się nie tłu­ma­czył, tyl­ko z wiel­kim spo­ko­jem w po­sta­wie i gło­sie rzekł, że łac­niej by umarł, niż­by przy­stał na to, abym zo­sta­ła żo­ną te­go — ło­trzy­ka.

Nie od­po­wie­dzia­łam ani sło­wa, lecz na­za­jutrz nie by­łam już pod da­chem swo­je­go ro­dzin­ne­go do­mu. By­łam pod da­chem swo­jej bli­skiej krew­nej, ko­bie­ty nie­ska­zi­tel­nej, ale wy­ro­zu­mia­łej, ko­cha­ją­cej mnie, ła­god­nej. By­ło to owo „gdzie in­dziej”, o któ­rym w strasz­nej chwi­li wspo­mniał i za któ­re po dniach pa­ru z ra­do­ścią nie­wy­po­wie­dzia­ną, z wdzięcz­no­ścią bez gra­nic, na klęcz­kach mi dzię­ko­wał.

Trwa­łam więc. Po­mi­mo że każ­de wspo­mnie­nie o bra­cie roz­dzie­ra­ło mi ser­ce, trwa­łam w uczu­ciach swo­ich i w za­mia­rach, i na­de wszyst­ko, o Bo­że! tyś wie­dział, że na­de wszyst­ko trwa­łam w pra­gnie­niu, w na­mięt­nym i za­chwy­co­nym pra­gnie­niu ra­to­wa­nia, wzno­sze­nia, za­ba­wia­nia tej du­szy uko­cha­nej, tak sła­bej i ra­zem tak sil­nej, tak po­pla­mio­nej i tak za czy­sto­ścią stę­sk­nio­nej, któ­ra wszyst­kie swo­je sła­bo­ści, si­ły, pla­ny i tę­sk­no­ty tak pro­sto i szcze­rze, po­kor­nie i wznio­śle zwie­rzy­ła ser­cu me­mu i dło­niom mym po­wie­rzy­ła, po­mo­cy ich wzy­wa­jąc.

Ale w ma­ju nie wzię­łam ślu­bu, bo wła­śnie gdy po la­sach roz­kwi­tły ró­że dzi­kie, brat mój i on znik­nę­li mi z oczu. Po­rwał i uniósł ich wiatr wy­pad­ków. Wte­dy to imię bra­ta me­go roz­brzmia­ło po świe­cie sła­wą krót­ką, lecz gło­śną i świę­tą...

Nie po­wie­dzia­łam ci zaś jesz­cze, jak na­zy­wał się tam­ten. Od­wróć oczy! Nie patrz na mnie, gdy imię to wy­ma­wiać bę­dę... A gdy wy­mó­wię je, miej li­tość!...

Ste­fan Nie­gi­rycz...

...Nie mia­łam li­to­ści i krzyk­nę­łam:

— Zdraj­ca!...

A ona, jak­by wie­dzia­ła, że cios te­go sło­wa spaść na nią mu­si, ani drgnę­ła, tyl­ko na dłu­gą chwi­lę umil­kła: po czym z wes­tchnie­nia­mi czar­nej no­cy złą­czył się zno­wu jej ci­chy głos.

— Że miał w przy­szło­ści stać się czym in­nym jesz­cze, o tym wie­my my dwo­je, ja i mój brat, a ty do­wiesz się za­raz. Ale praw­dą jest, co po­wie­dzia­łaś. Zdra­dził to­wa­rzy­sza i wo­dza swe­go, któ­rym był brat mój. Stał się przy­czy­ną sro­gich cier­pień i śmier­tel­nych je­go nie­bez­pie­czeństw. Imię swo­je od pierw­szej do ostat­niej gło­ski okrył hań­bą.

Co nim spo­wo­do­wa­ło w tej chwi­li fa­tal­nej, gdy przed ludź­mi ma­ją­cy­mi roz­strzy­gać lo­sy ich oby­dwóch stał się tak wszyst­ko­mow­nym? Trud­no roz­bie­rać i strasz­no do­cho­dzić.

Po­dob­no w tych gru­bych ścia­nach, wśród któ­rych prze­by­wa­li ra­zem, co chwi­la wy­bu­cha­ły po­mię­dzy ni­mi spo­ry krót­kie, lecz śmier­tel­ne jak za­tru­te ostrza, pa­da­ły sło­wa ra­nią­ce sro­żej od kul i mie­czy... Al­boż wiem wszyst­ko? Do­my­ślam się tyl­ko wiel­ko­ści ob­raz po okrop­no­ści ze­msty. Do­my­ślam się też roz­stro­ju ner­wów i mó­zgu, na­gle prze­rzu­co­nych z szam­pań­skiej cza­ry uży­cia w cy­ku­tę trwóg i udrę­czeń. Nikt mi o tym nie opo­wia­dał do­kład­nie. Jed­ne tyl­ko usta, raz je­den, mia­ły od­wa­gę część wi­ny przy­pi­sać ofie­rze zbrod­ni... Mo­że nie my­li­ły się. Nie wiem. Niech Bóg to osą­dzi.

Od­zy­skaw­szy moż­ność roz­po­rzą­dza­nia się swo­ją oso­bą i swo­im ma­jąt­kiem opu­ścił stro­ny ro­dzin­ne i znik­nął. Z po­cząt­ku ten i ów jesz­cze tu lub ów­dzie zo­ba­czył go lub o nim usły­szał, lecz po pa­ru la­tach zgi­nę­ła wszel­ka wieść. Mo­że na dru­gą pół­ku­lę świa­ta od­je­chał, mo­że umarł. Nie wie­dział nikt i nie do­wia­dy­wał się nikt. Lżej sta­je się na zie­mi i pier­siom ludz­kim, gdy ta­ki czło­wiek zni­ka.

Kie­dy brat mój przez nad­zwy­czaj­ny zbieg oko­licz­no­ści strasz­nej śmier­ci unik­nąw­szy od­jeż­dżał na kre­sy in­nej czę­ści świa­ta, ja zie­mię u stóp je­go wło­sa­mi swy­mi za­mio­tłam, z krwa­wym pła­czem bła­ga­jąc, aby mi krwa­wą omył­kę mo­ją prze­ba­czył...

W głę­bi po­ko­ju, do­ty­ka­ne da­le­kim świa­tłem lam­py, ma­ja­czy­ło na ob­ra­zie śnia­de ra­mię wy­cią­gnię­te z to­po­rem nad cia­łem bie­le­ją­cym u ka­mien­ne­go oł­ta­rza.

— Ka­in! — szep­nę­łam.

— Że miał w przy­szło­ści dal­szej stać się czym in­nym jesz­cze, wie­my do­tąd my dwo­je tyl­ko, ja i mój brat, a ty za­raz się do­wiesz...

Jak ży­łam w pierw­szych la­tach, któ­re po­tem na­stą­pi­ły, ten tyl­ko zro­zu­mie, kto sam przez czas dłu­gi co­dzien­nie usy­piał i bu­dził się w łzach.

By­wa­ją cza­sem mo­men­ty z ta­kim na­gro­ma­dze­niem nie­szczęść, że gó­ry tej sta­ran­nie od­ma­lo­wy­wać nie po­trze­ba, bo kto­kol­wiek pierw­sze za­ry­sy jej zo­ba­czy, uczuć mu­si na so­bie jej cień.

Z gniaz­da zie­lo­ne­go nad po­la­mi sze­ro­ki­mi, nad stru­mie­nia­mi prze­czy­sty­mi, nad mu­ra­wa­mi ak­sa­mit­ny­mi i ale­ja­mi drzew od­wiecz­nych za­wie­szo­ne­go wy­pa­dłam na bruk miej­ski, po­mię­dzy mu­ry miej­skie, w zgiełk, w tłok, w ku­rza­wę, w za­duch, w czę­stą oba­wę gło­du cia­ła, w cią­gły głód ser­ca.

Nikt z mo­ich naj­bliż­szych w po­bli­żu mo­im nie po­zo­stał; naj­bliż­szy, a te­raz po dwa­kroć, po trzy­kroć naj­droż­szy brat mój cier­piał w od­da­li nie­przej­rza­nej. On znik­nął ze świa­ta — i gdy­byż znik­nął był z mo­jej pa­mię­ci! Ale nie.

W każ­dą noc bez­sen­ną i w każ­dej chwi­li bez­czyn­nej jak w ciem­ną to­piel rzu­ca­łam się w nie­po­ję­tą, w prze­raź­li­wą za­gad­kę je­go du­szy i je­go prze­zna­czeń...

Czy pew­na je­steś, że po za­bi­ciu Abla Ka­in, na kre­sy świa­ta od­cho­dząc, o każ­dym wscho­dzie słoń­ca nie upadł twa­rzą na zie­mię ze wsty­du przed słoń­cem i zgrzy­ta­ją­cy­mi zę­ba­mi nie gryzł zie­mi z roz­pa­czy, że jesz­cze wi­dzi słoń­ce? Czy nie przy­pusz­czasz, że no­ca­mi cho­dzi­ło za Ka­inem wid­mo Abla i od­de­chem swym skrę­ca­ło mu wło­sy na gło­wie, w kształt wi­ją­ce­go się w mę­kach pło­mie­nia?

Je­że­li mnie­masz, że wiel­cy wi­no­waj­cy są za­wsze ostat­ni­mi wśród ludz­ko­ści, je­steś w błę­dzie. Ten z nich, któ­re­go ser­ce choć raz w ży­ciu mia­ło sen o cno­cie, to król nę­dza­rzy.

Po nie­zli­czo­ne ra­zy oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łam go na ja­kichś da­le­kich dro­gach, upa­da­ją­ce­go twa­rzą na zie­mię ze wsty­du i gry­zą­ce­go zie­mię z roz­pa­czy. Po nie­zli­czo­ne ra­zy na­wie­dza­ła mię ma­ra wi­no­waj­cy, kró­ry w noc ciem­ną idzie ze zje­żo­ny­mi jak pło­mień wło­sa­mi nad gło­wą, gdy tuż za nią idą nie­ubła­ga­nie bla­de wid­ma je­go ofiar.

Cza­sem z po­gar­dą od­py­cha­łam te wi­dze­nia, czu­jąc wstręt ku sa­mej so­bie za to, że na­wie­dzać mnie one mo­gą i że — o, cięż­kie wy­zna­nie! — krze­szą mi w ser­cu li­tość. A cza­sem z sił opa­dła i do wal­ki nie­zdol­na, da­wa­łam fol­gę li­to­ści i ja­kimś rzu­tom ser­ca bo­le­snym, w któ­rych wo­ła­ło ono, że chce po­dzie­lać z wi­no­waj­cą brze­mię je­go hań­by i ra­zem z nim iść jed­nym szla­kiem ciem­nym, pod jed­nym płasz­czem strasz­ne­go kró­lo­wa­nia nad wszech­nę­dzą zie­mi — iść i du­szę je­go z plam ob­my­wać wier­nym po­mi­mo wszyst­ko ko­cha­niem, a mo­że z ob­my­tej, z oczysz­czo­nej do­by­wać zno­wu te pięk­ne świa­tła, o któ­rych wie­dzia­łam, że w niej by­ły.

Wie­dzia­łam, że by­ły i nic nie mo­gło za­bić we mnie tej wia­ry, a prze­cież nie­raz po ką­tach sy­pial­ni próż­nej snu, a peł­nej ciem­no­ści, chi­cho­ta­ła naj­strasz­liw­sza to­wa­rzysz­ka bez­sen­nych no­cy czło­wie­ka: iro­nia.

Mo­że w ja­kiejś da­le­kiej sto­li­cy, za­miast wić się w mę­czar­niach, pła­wi się on w roz­ko­szach, mo­że nie po­nu­ry płaszcz kró­la nę­dza­rzy, lecz wy­kwint­ny frak ba­lo­wy ma na ra­mio­nach, mo­że ze zło­ty­mi po­ły­ska­mi we wło­sach, w tych ślicz­nych wło­sach, na któ­rych tam w dom­ku le­śnym kła­dłam ko­ją­ce i bło­go­sła­wią­ce dło­nie, u warg czer­wo­nych trzy­ma pu­char upo­jeń i zno­wu jest po­dob­nym do boż­ka ra­do­ści ży­cia, ohyd­nej te­raz ra­do­ści?

Ta­kich chi­cho­tów iro­nii słu­cha­jąc, twa­rzą to­nę­łam w mo­krej od łez po­dusz­ce i ca­łą sie­bie rzu­ca­łam w da­le­ką dal, pod sto­py bra­ta — bo­ha­te­ra, hym­na­mi ser­ca wiel­biąc cno­tę czy­stą, po­ca­łun­ka­mi omy­wa­jąc ra­ny świę­te­go cier­pie­nia.

Ale po­tem zno­wu...

O, wierz! By­ła to mę­ka wiel­ka!

Lecz ży­cie po­wsze­dnie, a zwłasz­cza ży­cie po­wsze­dnie lu­dzi ubo­gich, to sza­ry, mo­no­ton­ny desz­czyk, któ­re­go kro­ple ma­lut­kie a nie­zli­czo­ne pa­da­ją, pa­da­ją, pa­da­ją na myśl i ser­ce, aż skrzy­dła my­śli przy­bi­ją do zie­mi i ser­ca ru­bi­ny po­ga­szą.

Z ma­jęt­nej cór­ki wiej­skie­go dwo­ru sta­łam się bied­ną dziew­czy­ną, któ­ra w cia­snych iz­deb­kach dom­ku sto­ją­ce­go nad rynsz­to­kiem miej­skie­go za­uł­ka ca­ło­dzien­ną pra­cą za­ra­bia­ła na co­dzien­ny ka­wa­łek chle­ba.

Po mia­stach, po mia­stecz­kach wie­le nas wów­czas by­ło ta­kich go­łę­bic wy­pa­dłych z gniazd pu­chem wy­sła­nych na ostre ka­mie­nie bru­ku. Trze­ba by­ło na ka­mie­niach wić gniaz­da z ostów i pio­łu­nów. Wi­ły je, jak umia­ły, go­łę­bi­ce, zra­zu drżą­ce od stra­chu, bó­lu, gnie­wu, lecz wkrót­ce pod rę­ką Bo­żą uko­rzo­ne, co­raz męż­niej­sze i na ko­niec spo­koj­ne tym spo­ko­jem, któ­ry pa­nu­je w dni mo­no­ton­nych, sza­rych desz­czy­ków.

Słoń­ca nie ma, na szczy­tach wie­życ zło­te igli­ce po­ga­sły, świat sza­ry, skrzy­dła du­szy opa­dłe i tyl­ko kę­dyś na dnie pa­mię­ci czer­wie­nie­ją ża­ry wspo­mnień o na­dzie­jach, o tę­czach, o lo­tach pod gwiaz­dy.

Miesz­ka­nia tych przy­by­szek od pól, łąk, la­sów i ogro­dów roz­kwie­co­nych w naj­tań­szych dziel­ni­cach mia­sta i w naj­niż­szych dom­kach tych dziel­nic po­znać moż­na by­ło po ob­fi­to­ści ro­ślin kwit­ną­cych za ma­ły­mi okna­mi, po do­by­wa­ją­cej się zza okien mu­zy­ce for­te­pia­no­wej, po wy­bie­ga­niu z drzwi lub bram dom­ków po­sta­ci ko­bie­cych, czę­sto ład­nych i zgrab­nych, za­wsze ciem­no i ta­nio ubra­nych, śpie­szą­cych do pra­cy.

Pra­co­wa­ły, jak mo­gły: szy­ły, uczy­ły, wie­le jesz­cze ro­bót róż­nych... czy ja wiem? By­le­by ży­jąc móc na świat pa­trzeć okiem czy­stym, choć nie­zmier­nie pręd­ko i wcze­śnie utrą­ca­ją­cym bla­ski mło­do­ści.

Ja uczy­łam. Nie­prze­li­czo­ne są te dzięk­czy­nie­nia, któ­re w my­ślach i li­stach po­sy­ła­łam bra­tu za to, że sa­ma umia­łam tak wie­le i do­brze. Miesz­ka­ły ra­zem ze mną w trzech ma­lut­kich po­ko­jach dwie da­le­kie krew­ne mo­je, z któ­ry­mi w mo­men­cie prze­ło­mo­wym moc­no wzię­ły­śmy się za rę­ce, aby si­ła­mi wspól­ny­mi zno­sić ży­cie. Bo nie by­ło już dla nas mo­wy ani my­śli o czym­kol­wiek in­nym, jak tyl­ko o zno­sze­niu ży­cia.

Z po­cząt­ku by­wa­ło nam czę­sto trud­no, głod­no i chłod­no, ale po­tem uło­ży­ły się ja­koś spra­wy na­sze we względ­ną i sta­łą po­myśl­ność. Ja i Ce­sia bie­ga­ły­śmy z lek­cji na lek­cję, Ró­zia sie­dzia­ła za haf­ciar­ski­mi kro­sna­mi i do­glą­da­ła nie­du­że­go go­spo­dar­stwa. Go­dzi­ny, po­dob­ne do kro­pel mo­no­ton­ne­go desz­czy­ku, skła­da­ły dni, z dni po­wsta­ły la­ta, któ­re two­rzy­ły dzie­siąt­ki lat...

Jed­nak na te dłu­gie la­ta na­sze oprócz kro­pe­lek sza­re­go desz­czy­ku sy­pa­ły się tak­że drob­niut­kie kwiat­ki uciech. Tak już stwo­rzo­ny jest czło­wiek, że z pio­łu­nów choć­by wy­do­by­wać so­bie mu­si kro­ple mio­du; my­śmy je wy­do­by­wa­ły z tkwią­cych nam we krwi upodo­bań i z serc, któ­re stward­nieć ani za­mar­z­nąć nie mo­gły.

Więc sła­be echa od ro­dzin­nych ogro­dów na­szych, te ro­śli­ny u okien, któ­re oczy­ma co­raz no­wych ko­ron kwia­tów pa­trza­ły w na­sze zmę­czo­ne oczy, tro­chę mu­zy­ki o sza­rej go­dzi­nie, tro­chę czy­ta­nia w dzień świą­tecz­ny, ubo­gie dzie­ci, ubo­dzy star­cy...

Tych ostat­nich wpro­wa­dzi­ły nam w ży­cie zło­te ser­ce i prak­tycz­na rę­ka Ró­zi. By­ła ona po­śród nas Mar­tą po­sia­da­ją­cą sztu­kę wy­pie­ka­nia dzie­się­ciu chle­bów z jed­nej gar­ści mą­ki i za­ra­zem Ma­rią olej­ki nie­skoń­czo­ne­go mi­ło­sier­dzia wy­le­wa­ją­cą pod sto­py ludz­kiej nę­dzy.

Wszyst­ko to ra­zem nada­wa­ło ży­ciu bar­wy nie­świet­ne wpraw­dzie, lecz chro­nią­ce ży­cie przed bla­do­ścią tru­pią. Ze wszyst­kie­go też te­go wy­ni­kło, że przy­szedł do nas ten nie­my tracz...

Ten nie­my tracz, któ­re­go Ró­zia przy­pro­wa­dzi­ła raz z uli­cy, aby ogrzał się i po­si­lił, wy­dał się nam zra­zu czło­wie­kiem dziw­nym i mnie na­wet tro­chę prze­stra­szył.

Trzy­ma­jąc w rę­ku list od bra­ta przed chwi­lą otrzy­ma­ny, we­szłam do ja­dal­ne­go po­ko­iku i nie spo­strze­ga­jąc obec­no­ści czło­wie­ka ob­ce­go po­czę­łam gło­śno dzie­lić się z to­wa­rzysz­ka­mi tre­ścią li­stu, gdy na­gle one krzyk­nę­ły ze zdzi­wie­nia, a ja cof­nę­łam się z prze­stra­chem, bo ktoś mi do nóg upadł.

Nie wie­dząc ani kto, ani co, ani dla­cze­go, wi­dzia­łam tyl­ko zwy­czaj­ną sier­mię­gę ro­bot­ni­czą, rze­mie­niem prze­pa­sa­ną, ja­kąś gło­wę osi­wia­łą i ja­kieś rę­ce si­ne, ży­la­ste, szra­ma­mi i gu­za­mi okry­te, któ­re usi­ło­wa­ły po­chwy­cić brzeg mo­jej usu­wa­ją­cej się suk­ni. W mia­rę jak usu­wa­łam się, sier­mię­ga peł­zła ku mnie po pod­ło­dze, rę­ce la­ta­ły w po­wie­trzu jak li­ście przez wiatr tar­ga­ne i czo­ło ja­kieś po­marsz­czo­ne, krwią na­bie­głe, kil­ka ra­zy ude­rzy­ło o de­ski pod­ło­gi. Sły­chać by­ło przy tym łka­nia czy wy­krzy­ki, czy ję­ki chra­pli­we i prze­ry­wa­ne, jak­by kto ryk mor­do­wa­ne­go zwie­rzę­cia na drob­ne ka­wał­ki po­sie­kał.

To­wa­rzysz­ki mo­je, dość sil­ne fi­zycz­nie, pręd­ko pod­nio­sły z zie­mi i na stro­nę nie­co usu­nę­ły te­go czło­wie­ka, a gdy on, na­gle uci­chły i spo­kor­nia­ły sta­nął u okna, zo­ba­czy­łam bar­dzo zwy­czaj­ne­go po­kor­ne­go bie­da­ka w sier­mię­dze wy­rob­ni­czej, w gru­bym i ośnie­żo­nym obu­wiu, z twa­rzą tak ukry­tą w gę­stwi­nie za­ro­stu, że wi­dać by­ło tyl­ko krwa­wo czer­wo­ne po­wie­ki i nad krza­cza­sty­mi brwia­mi czo­ło zżół­kłe, peł­ne zmarsz­czek. Wło­sy splą­ta­ną gę­stwi­ną okry­wa­ją­ce gło­wę, ogrom­ny za­rost twa­rzy i zwi­sa­ją­ce na po­wie­ki krza­ki brwi mia­ły bar­wę ciem­ne­go po­pio­łu.

Nę­dzarz! Tym więk­szy nę­dzarz, że nie­mo­wa.

Ró­zia, któ­rej li­to­ści­wy wzrok od dość daw­na już ści­gał go wśród miej­skie­go ubó­stwa, po­wie­dzia­ła nam, że czło­wiek ten słuch po­sia­da, ale mo­wę wsku­tek wy­pad­ku ja­kie­goś po­dob­no utra­cił już od daw­na, że wi­dy­wa­ła go przed­tem pi­łu­ją­ce­go drze­wo na zna­jo­mych jej po­dwór­kach, lecz że te­raz cho­ry, pra­co­wać nie mo­że, więc...

Ależ na­tu­ral­nie, ma się ro­zu­mieć, niech przy­cho­dzi jak naj­czę­ściej! Tyl­ko co zna­czy­ła ta dziw­na sce­na? Po­nie­waż nie­mym bę­dąc nie był głu­chym, więc po ci­chut­ku szep­nę­ły­śmy so­bie do uszu, że za­pew­ne... tro­chę obłą­ka­ny.

Tym więk­szy nę­dzarz.

A kie­dy­śmy po­mię­dzy so­bą szep­ta­ły, on wy­jął zza sier­mię­gi bia­łą ta­blicz­kę i ołów­kiem coś na niej skre­śliw­szy po­dał ją Ró­zi. Zo­ba­czy­ły­śmy je­den tyl­ko wy­raz: „Prze­pra­szam”. Li­te­ry by­ły nie­zgrab­ne i zyg­za­ko­wa­te. Cóż dziw­ne­go? Pro­sty tracz! I w do­dat­ku miał rę­ce zsi­nia­łe od zim­na i szra­ma­mi, gu­za­mi okry­te od pi­ły czy mo­że i od in­nych jesz­cze na­rzę­dzi cięż­kiej pra­cy.

Śnieg te­go dnia le­żał na zie­mi, na da­chach, za­sy­py­wał po­wie­trze, ob­le­piał szy­by okien, na­peł­niał wnę­trze do­mu ma­to­wym bia­łym świa­tłem.

Pa­mię­tam!... W bia­łym po­wie­trzu po­ko­ju nie­my tracz sie­dział przy ma­łym sto­le nad umiesz­czo­ną przed nim żyw­no­ścią i dłu­go nie jadł. Gło­wa je­go ni­sko po­chy­lo­na i twarz gę­sto ob­ro­sła tak wy­glą­da­ły, jak­by je okry­wa­ła gru­ba war­stwa po­pio­łu, a po­stać zgar­bio­na, od gru­bej sier­mię­gi bry­ło­wa­ta, od­rzy­na­ła się na śnież­nym tle okna pla­mą ciem­ną, cięż­ką, smut­ną...

Pa­mię­tam, że w chwi­li owej nie wie­dzieć skąd, mo­że od śnież­nej bia­ło­ści te­go dnia za­la­ty­wać ku mnie za­czę­ły echa z da­le­kiej prze­szło­ści, z wcze­snej mło­do­ści!

Las za­sła­ny mar­mu­rem si­nie­ją­cych śnie­gów, szkla­ne kwia­ty szro­nu po drze­wach, w bia­łej alei jeź­dziec na pięk­nym ko­niu... za ma­ły­mi okna­mi wiel­kie oczy śnie­gów na ga­łę­ziach świer­ko­wych, u ko­lan mo­ich zło­ta gło­wa mło­dzień­ca:

I tę­sk­ność za do­lą, za zło­tą,

Co ją jak okiść wiatr zmia­ta...

Ach, po­zwól za­milk­nąć na chwi­lę, od­po­cząć.

Umil­kła. Ci­sza na­peł­nia­ją­ca du­ży po­kój, koń­czy­ła:

Jest skry­tą za to­bą tę­sk­no­tą,

Ani­ma im­ma­cu­la­ta!

List dnia owe­go otrzy­ma­ny przy­niósł mi nie­skoń­cze­nie ra­do­sną wieść, że za kil­ka mie­się­cy zo­ba­czę bra­ta. Po dwu­dzie­stu kil­ku la­tach nie­obec­no­ści miał przy­być, aby na za­wsze już w po­bli­żu mo­im po­zo­stać. Ro­dzi­na je­go — bo tam, da­le­ko, za­ślu­bił jed­ną z da­le­kich krew­nych na­szych i miał ślicz­ne po­dob­no dzie­ci — przy­bę­dzie nie­co póź­niej, a on ją wy­prze­dzi w ce­lu urzą­dze­nia wy­god­ne­go ro­dzin­ne­go gniaz­da. Wy­god­ne, pięk­ne gniaz­do dla ro­dzi­ny swej usłać mo­że, bo wra­ca z ma­jąt­kiem znacz­nym.

Pierw­szy po­czą­tek no­we­go te­go ma­jąt­ku na­peł­niał mnie za­wsze wdzięcz­no­ścią dla ja­kie­goś bez­i­mien­ne­go, wiel­kie­go ser­ca. Bo przed wie­lu la­ty ktoś przy­słał bra­tu me­mu znacz­ną su­mę pie­nięż­ną, tak zręcz­nie imię swo­je ukry­wa­jąc, że po­mi­mo sta­rań je­go i mo­ich od­kryć go by­ło nie­po­dob­na. Da­ru te­go zwró­cić nikt nie mógł, po­nie­waż nikt nie wie­dział, kę­dy znaj­do­wa­ło się i ja­kie by­ło je­go źró­dło. Fakt ów zresz­tą, jak­kol­wiek nie­zwy­kły, nie był w grun­cie rze­czy bar­dzo dziw­ny i świad­czył tyl­ko o tym, że by­wa­ją na zie­mi ser­ca wiel­kie, zdol­ne do uwiel­bie­nia, współ­czu­cia i nie­sie­nia czyn­nej po­mo­cy przed­mio­tom tych uczuć.

W ro­zum­nych i ener­gicz­nych rę­kach bra­ta me­go z pierw­szej tej ce­gły wy­rósł ob­szer­ny gmach. Mniej­sza o to, co bu­do­wał, ale że w pra­cę swą wkła­dał jed­ną ze swych cech naj­bar­dziej zna­mien­nych, któ­rą by­ła do za­cię­to­ści po­su­nię­ta sta­łość uczuć i dą­żeń, więc uwień­czy­ła ją po­myśl­ność. A że przy tym po­sia­dał szczę­ście ro­dzin­ne...

Wi­cher nie­szczę­ścia chło­stał przez czas dość dłu­gi od­waż­ną tę gło­wę i bi­czem ogni­stym za­ci­nał te sil­ne ra­mio­na, lecz pod Bo­żą rę­ką ucichł po­tem i gło­wa pod­nio­sła się zno­wu z peł­nią swych my­śli nie­złom­nych, a ra­mio­na wy­prę­ży­ły się do tru­dów i do roz­ko­szy ży­cia, z peł­nią swych sił nie­po­spo­li­tych.

Od otrzy­ma­nia li­stu owe­go dłu­gie mie­sią­ce prze­mi­nę­ły, za­nim w po­ko­ikach na­szych roz­legł się krzyk sza­lo­nej ra­do­ści, z ja­ką upa­dłam w sze­ro­ko przede mną roz­war­te ob­ję­cia bra­ta.

Prze­pły­nął po nas stru­mień cza­su i oboj­gu przy­sy­pał wło­sy sre­brem, mnie przed­wcze­śnie, je­mu tak pięk­nie, że zda­wa­ły się być ko­ro­ną pro­mien­ną, któ­ra zwień­czy­ła je­go tro­chę tyl­ko zmę­czo­ne czo­ło. Zdro­wym uj­rza­łam go, sil­nym, peł­nym daw­nych nie­złom­nych my­śli i uczuć, pra­wie mło­dym.

By­wa­ją ta­kie słu­py, któ­re z wi­chrzy­stej bu­rzy do­by­wa­ją się pro­ste, nie­na­ru­szo­ne, z gło­wi­ca­mi tak jak przed bu­rzą dum­nie i stroj­nie pod­nie­sio­ny­mi ku nie­bu; lecz są to słu­py wy­ku­te z jed­nej bry­ły dro­go­cen­ne­go ka­mie­nia. Bia­da wśród wi­chrów i bły­ska­wic tym, któ­rych wnętrz­no­ści to­czą odła­my pięk­nych krusz­ców w roz­to­kach li­chej gli­ny!

Z gwa­rem za­py­tań, opo­wia­dań, śmie­chu zmie­sza­ne­go z pła­czem, wy­krzy­ków ra­do­ści, roz­ta­pia­ją­cych się w wes­tchnie­nia, wpro­wa­dzi­ły­śmy go­ścia dro­gie­go do ma­łej ja­dal­ni na­szej i ra­zem z nim za­sia­dły­śmy u te­go sto­łu, przy któ­rym przez la­ta dłu­gie po nie­zli­czo­ne ra­zy smut­ne usta na­sze z utę­sk­nie­niem i uwiel­bie­niem imię je­go wy­ma­wia­ły.

Był to je­den z tych obia­dów, któ­rych nikt jeść nie chce, bo wszy­scy na­sy­ce­ni są przez ra­dość i któ­rych nikt jeść nie ma cza­su, bo wszyst­kie usta za­ję­te są mó­wie­niem. Zda­je się, że z po­cząt­ku wszy­scy czwo­ro mó­wi­li­śmy ra­zem, za­le­d­wie się na­wza­jem ro­zu­mie­jąc i choć po­tem roz­mo­wa sta­ła się po­rząd­niej­sza nie­co, go­rącz­ko­we­go tęt­na dłu­go utra­cić nie mo­gła.

Z go­rącz­ko­wy­mi ru­mień­ca­mi na po­licz­kach słu­cha­łam bra­ta mó­wią­ce­go o za­mia­rach swych osie­dle­nia się w wiel­kim mie­ście i roz­po­czę­cia tam ja­kiejś trud­nej i ogó­ło­wi uży­tecz­nej pra­cy, gdy krzą­ta­ją­ca się do­ko­ła sto­łu Ró­zia do­tknę­ła me­go ra­mie­nia z ci­chym szep­tem:

— Spójrz! Nie­my!

Spoj­rza­łam w kie­run­ku wska­zy­wa­nym i oczy mo­je, z któ­rych przez brze­gi wy­le­wa­ła się ra­dość, uj­rza­ły wi­dok, z któ­re­go przez brze­gi wy­le­wał się cięż­ki smu­tek.

Przy ma­łym sto­li­ku u okna sie­dział nie­my tracz, któ­re­go obec­no­ści nikt z nas, oprócz Ró­zi, w za­wie­ru­sze wzru­szeń nie spo­strzegł. By­ła to zresz­tą isto­ta ty­le w ży­ciu na­szym zna­czą­ca, ile dla czło­wie­ka zna­czyć mo­że wró­bel głod­ny i zzię­bły, któ­re­mu on przez okno syp­nie z li­to­ści garść zia­ren czy okru­chów. Od ro­ku pra­wie przy­cho­dził tu dość czę­sto, a nie zna­ły­śmy je­go imie­nia, mó­wiąc o nim zwy­kle: nie­my tracz al­bo wprost: nie­my. Spo­ty­ka­łam go też nie­kie­dy na uli­cach mia­sta, ale ni­g­dy nie pro­sił mnie o jał­muż­nę. Ró­zię, ow­szem, pro­sił w spo­sób dość dziw­ny i któ­ry ją wzru­szał, bo nie wy­cią­gał ni­g­dy rę­ki ani wy­da­wał tych przy­krych skom­leń, któ­re za­zwy­czaj wy­cho­dzą z gar­deł lu­dzi po­zba­wio­nych mo­wy, lecz tyl­ko wą­tłe cia­ło je­go w gru­bej sier­mię­dze i gło­wa osy­pa­na po­pio­łem chy­li­ły się w po­kło­nie jak grób mil­czą­cym i w któ­rym Ró­zia wy­czy­ty­wa­ła po­ko­rę głę­bo­ką i bo­le­sną. Zda­wa­ło się, że przez ten rok opadł już był na ostat­nie dno nę­dzy. Za­ra­biać na chleb nie po­zwa­la­ła mu cho­ro­ba daw­na, któ­rą upro­szo­ny przez nas le­karz uznał za nie­ule­czal­ną. Wie­dzia­ły­śmy, że je­śli nie dni, to mie­sią­ce lub ty­go­dnie ży­cia te­go nę­dza­rza by­ły po­li­czo­ne.

Te­raz przy ma­łym sto­li­ku...

Ten ma­ły sto­lik był miej­scem, na któ­rym zwy­kle Ró­zia ży­wi­ła na­szych ubo­gich go­ści. Iluż ich naj­roz­ma­it­szych: ko­biet i męż­czyzn, star­ców i dzie­ci sia­dy­wa­ło przez te dłu­gie la­ta tam, u okna za­wie­szo­ne­go z ze­wnątrz zie­le­nią cia­sne­go po­dwór­ka w le­cie, a bia­ło­ścią je­go w zi­mie!

Te­raz by­ła je­sień i klon ro­sną­cy za oknem za­wie­szał je fi­ran­ką z po­żół­kłych li­ści, na któ­rej tle ciem­ną, cięż­ką pla­mą od­rzy­na­ła się po­stać nie­me­go tra­cza, dziw­na w tej chwi­li po­stać!

Sie­dział tak zgar­bio­ny i z tak ni­sko po­chy­lo­ną gło­wą, że twa­rzy je­go wca­le wi­dać nie by­ło; tyl­ko opa­da­ła mu z niej na pier­si pusz­cza wło­sów twarz ob­ra­sta­ją­cych, przez co i gło­wa, i pierś je­go wy­da­wa­ły się gru­bo osy­pa­ne po­pio­łem. Rę­ce nie­du­że, si­ne, opu­chłe, szra­ma­mi i gu­za­mi okry­te le­ża­ły na sier­mię­dze okry­wa­ją­cej ko­la­na, a spod ob­wi­słych krza­ków brwi ka­pa­ły na sier­mię­gę, na ko­la­na i na rę­ce du­że, rzę­si­ste łzy. Pa­da­ły one w ci­szy ka­mien­nej. Czło­wiek ten ca­ły wy­da­wał się w tej chwi­li wy­ku­tym z ciem­ne­go ka­mie­nia i moż­na by my­śleć, że w tej ka­mien­nej po­sta­ci coś ta­ja­ło i wy­cie­ka­ło z niej cięż­ki­mi, ci­chy­mi kro­pla­mi.

Ani łka­nia, ani wes­tchnie­nia, ani naj­lżej­sze­go po­ru­sze­nia. Tyl­ko ze zgar­bio­nych ple­ców zwi­sa­ją­ca ta gło­wa osy­pa­na po­pio­łem i spod ob­wi­słych brwi pa­da­ją­cy na po­ka­le­czo­ne rę­ce ten deszcz cięż­kich, ci­chych łez...

Ró­zia szyb­ko przy­bli­ży­ła się ku nie­mu i za­czę­ła bar­dzo ci­cho za­py­ty­wać go czy po­cie­szać, a on gło­wy nie pod­no­sząc, wy­jął zza sier­mię­gi swo­ją bia­łą ta­blicz­kę i rę­ką, któ­ra trzę­sła się jak liść na wie­trze, le­d­wie czy­tel­ny­mi zna­ka­mi na­pi­sał zno­wu je­den tyl­ko wy­raz: „Prze­pra­szam!”. W kil­ka mi­nut po­tem nie by­ło go już w po­ko­ju. Ró­zia chcia­ła wyjść za nim, za­py­tać, mo­że po­cie­szyć, ale prze­mó­wił do niej o czymś naj­droż­szy gość nasz, więc po­bie­gła ku nie­mu z od­po­wie­dzią, za­po­mi­na­jąc...

Wszy­scy­śmy po kil­ku mi­nu­tach za­po­mnie­li o nie­mym tra­czu, płacz je­go przy­pi­su­jąc te­mu bó­lo­wi, ja­ki w czło­wie­ku wszech­stron­nie nie­szczę­śli­wym obu­dzać mu­si wi­dok lu­dzi szczę­śli­wych. A my­śmy by­li dnia te­go tak we­se­li i szczę­śli­wi, że nie spo­strze­gli­śmy na­wet, iż świad­kiem tej we­so­ło­ści i te­go szczę­ścia na­sze­go jest ten nę­dzarz.

Wkrót­ce też za­po­mnie­li­śmy o je­go ist­nie­niu i gdy dni upły­wa­ły, a on nie przy­cho­dził, jed­na tyl­ko Ró­zia za­trosz­czy­ła się cza­sem o to, co się z nim dzie­je, lecz i ona, za­trosz­czyw­szy się na chwi­lę, za­po­mi­na­ła.

W roz­mo­wach z bra­tem, we wza­jem­nych spo­wia­da­niach i zwie­rza­niach, w przy­wo­ły­wa­nych z prze­szło­ści wspo­mnie­niach wspól­nych, w ukła­da­niu za­mia­rów na przy­szłość jesz­cze dłu­gą szyb­ko prze­mknę­ły mi ty­go­dnie, pra­wie mie­sią­ce, gdy w tej ja­snej po­go­dzie, tak dla mnie no­wej, ży­cie zno­wu prze­raź­li­wie za­zgrzy­ta­ło.

Go­dzi­na by­ła przed­wie­czor­na i by­li­śmy w do­mu sa­mi tyl­ko z bra­tem, gdy ktoś z do­mo­wych po­dał mi list przez ja­kąś bied­ną dziew­czyn­kę z przed­mie­ścia po­dob­no przy­nie­sio­ny, z te­go naj­bied­niej­sze­go przed­mie­ścia, co to po skło­nie wy­brze­ża opusz­cza ku rze­ce sza­ry rój cha­tek, le­pia­nek. List nie­kształt­ny, szorst­ki, z mo­im na­zwi­skiem na ko­per­cie, skre­ślo­nym pi­smem nie­kształt­nym, zyg­za­ko­wa­tym.

Ta­kie pi­smo gdzieś już wi­dzia­łam... nie pa­mię­tam! A! na ta­blicz­ce nie­me­go tra­cza. Więc on to za­pew­ne al­bo ktoś bar­dzo do nie­go po­dob­ny pi­sze z proś­bą...

Roz­dar­łam ko­per­tę, otwo­rzy­łam ar­kusz gru­be­go pa­pie­ru, wzrok mój przy­pad­kiem upadł naj­pierw na pod­pis i — jak­by mnie kto w ple­cy obu­chem ude­rzył, tak po­rwa­łam się z sie­dze­nia. Mu­sia­łam bar­dzo zmie­nić się na twa­rzy, bo brat przy­sko­czył do mnie, py­ta­jąc z nie­po­ko­jem:

— Co to? Co ci jest?

Ty­le tyl­ko mia­łam przy­tom­no­ści, aby mu po­ka­zać pod­pis na li­ście i krzyk­nąć:

— Patrz! Patrz!

Wte­dy i on krzyk­nął tak­że:

— Ste­fan Nie­gi­rycz! Kto? Skąd? Gdzie?

A ja z dła­wią­cy­mi się w gar­dle wo­ła­nia­mi:

— Gdzie? Gdzie? Gdzie? — bie­głam do kuch­ni, w któ­rej za­pew­ne by­ła ta dziew­czyn­ka. Brat szedł za mną.

Dziew­czyn­ka nie­du­ża, pod­lo­tek chu­dy i bla­dy jak głód, su­szy­ła przy ku­chen­nym pie­cu swe zmo­kłe od desz­czu łach­ma­ny. Przez dwo­je na­raz lu­dzi z wiel­kim gwał­tem za­py­ty­wa­na, za­lę­kła, le­d­wie mo­gła od­po­wia­dać.

— Nie­my tracz pro­sił... za­nieść... przed śmier­cią...

— Umarł?

— Czy ja wiem? Ga­da­li, że za­raz umrze...

— Więc jesz­cze ży­je?

— Czy ja wiem? Mo­że już umarł...

— Leć­my! Co tchu wy­star­czy, leć­my! Mo­że jesz­cze... mo­że jesz­cze... Okrę­ci­łam się na miej­scu, chwy­ta­jąc i opusz­cza­jąc z rąk róż­ne odzie­że, do­pa­da­jąc już drzwi w jed­nej suk­ni...

Ale brat, po­wie­dziaw­szy dziew­czyn­ce, aby nie od­cho­dzi­ła bez nas, opa­sał mnie ra­mie­niem i za­pro­wa­dził do po­ko­ju, gdzie po­dał mi list.

— Trze­ba prze­czy­tać... — rzekł.

Praw­da! Trze­ba prze­czy­tać. Mo­że tu ja­kie żą­da­nie, wy­ja­śnie­nie... W oczach co chwi­lę sta­wa­ło mi się ciem­no, jed­nak czy­ta­łam, a brat stał przy mnie z twa­rzą li­to­ści­wą, wciąż mnie ra­mie­niem opa­su­jąc.

Nie je­stem nie­my. Ża­den wy­pa­dek nie po­zba­wił mnie mo­wy; od­ją­łem ją so­bie sam. Wkrót­ce po­tem, gdy mo­wą zgu­bi­łem sie­bie i in­nych, za­czą­łem szar­pać so­bie wło­sy na gło­wie, krzy­cząc do Bo­ga: cze­mu mi pier­wej mo­wy nie ode­brał? Z te­go przy­szła mi myśl, że mo­gę ją te­raz sam so­bie ode­brać... — za po­ku­tę!

Tak uczy­ni­łem. Po­sta­no­wi­łem, że ni­g­dy już w ży­ciu nie prze­mó­wię żad­ne­go sło­wa do żad­ne­go czło­wie­ka i do­trzy­ma­łem. Już wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat mi­nę­ło, od­kąd do żad­ne­go czło­wie­ka, żad­ne­go sło­wa...

Nie­me­mu czło­wie­ko­wi cięż­ko żyć, ale dla mnie w tej cięż­ko­ści by­ła je­dy­na po­cie­cha, bo my­śla­łem so­bie, że to ta­ka ką­piel, któ­ra ob­my­wa mo­ją pla­mę, nie przed ludź­mi, ale przed mo­ją wła­sną bo­le­ścią. Im trud­niej­sze by­ło ży­cie, tym mniej­szą sta­wa­ła się bo­leść. Bez te­go nie zdo­łał­bym jej znieść...

Mo­że źle się wy­ra­żam i pa­ni mnie nie zro­zu­mie, ale za­po­mnia­łem już wie­le słów i jak trze­ba je ukła­dać... Prze­pra­szam, że tak źle i nie­zro­zu­mia­le pi­szę, ale za­po­mnia­łem pi­sać...

— Wiel­ki Bo­że! — jęk­nął brat mój i sil­niej ogar­nął mnie ra­mie­niem, bo mu­siał uczuć, że no­gi po­de mną drżą i mo­gę upaść.

Ca­ły ma­ją­tek swój od­da­łem te­mu, któ­ry cier­piał z mo­jej wi­ny. Cóż mo­głem wię­cej? Roz­dał­bym, po­kro­iw­szy, sa­me­go sie­bie, gdy­by to by­ło na co po­trzeb­ne, ale że nie, więc od­da­łem ma­ją­tek. Nie za­raz to zro­bi­łem. Z po­cząt­ku my­śla­łem, że bę­dę mógł żyć tak, jak pier­wej. Ale nie. Wszyst­kie­go pró­bo­wa­łem i wszyst­ko mi by­ło co­raz gor­szą tru­ci­zną...

A ta tru­ci­zna la­ła się we wszyst­ko ze mnie sa­me­go, z tych plam, któ­re na mnie by­ły, a zwłasz­cza z tej ostat­niej. By­łem po­mię­dzy ludź­mi, któ­rzy o nich nie wie­dzie­li i lu­dzie zresz­tą pręd­ko za­po­mi­na­ją... ale ja sam wie­dzia­łem i nie mo­głem za­po­mnieć...

Spo­wiedź ko­ściel­na nie wy­star­czy­ła. Ta po­ku­ta, któ­rą ksiądz po spo­wie­dzi mi wy­zna­czył, nie by­ła żad­nym cier­pie­niem, a jam cier­pieć po­żą­dał, jak czło­wiek nie­czy­sto­ścia­mi ob­la­ny po­żą­da stru­mie­nia czy­stej wo­dy. Więc bez mo­wy i bez ma­jąt­ku pu­ści­łem się w da­le­kie stro­ny... za tę wi­nę i za wszyst­kie in­ne... i za to, że nie do­trzy­ma­łem te­go, co to­bie, pa­ni! przy­rze­ka­łem w tym dom­ku le­śnym...

Tu na­stę­po­wa­ło coś bar­dzo trud­ne­go do wy­czy­ta­nia, bo rę­ka od sła­bo­ści drżą­ca, od pi­sa­nia od­wy­kła, od na­rzę­dzi cięż­kiej pra­cy gu­za­mi okry­ta, skrę­ci­ła li­te­ry w za­wi­kła­ny wę­zeł kre­sek i zyg­za­ków. Jed­nak po chwi­li wy­czy­ta­łam:

Czy pa­mię­tasz?...

Rę­ce pra­wie nie­przy­tom­ne ku gło­wie pod­no­sząc, list na zie­mię upu­ści­łam, ale brat mój pod­niósł go i gło­wę mą na pier­si swej opie­ra­jąc czy­tał da­lej:

Ja­ko czło­wiek ubo­gi i nie­my po­je­cha­łem w stro­ny da­le­kie i szu­ka­łem pra­cy. Pan Bóg mnie nie opu­ścił. Na ka­wa­łek chle­ba za­ra­bia­łem za­wsze naj­czę­ściej ja­ko ro­bot­nik po fa­bry­kach al­bo tra­garz, al­bo tam co in­ne­go, do cze­go mo­wa naj­mniej po­trzeb­na...

Ubo­gi czło­wiek bez mo­wy mu­si wie­le cier­pieć, zwłasz­cza je­że­li był pier­wej bo­ga­ty i próż­nu­ją­cy; ale ja mo­głem już tyl­ko żyć — cier­piąc! Bez te­go roz­trza­skał­bym so­bie gło­wę ku­lą re­wol­we­ro­wą al­bo o ja­ki mur. I z po­cząt­ku bar­dzo my­śla­łem, aby tak zro­bić, ale po­tem za­wsty­dzi­łem się te­go my­śle­nia jak no­wej pla­my. Uciekł­bym tym spo­so­bem od sa­me­go sie­bie, ale wstą­pił­bym do gro­bu tak sa­mo, jak by­łem: po­pla­mio­nym.

Kil­ka lat te­mu za­czą­łem słab­nąć i opa­no­wa­ła mnie ta cho­ro­ba, z któ­rej te­raz umie­ram. Wte­dy za­pra­gną­łem strasz­nie zo­ba­czyć raz jesz­cze w ży­ciu swo­je ro­dzin­ne stro­ny. Nie mia­łem pie­nię­dzy na dro­gę, więc tro­chę pie­szo, tro­chę o gło­dzie, tro­chę o że­bra­nym chle­bie do­sta­łem się tu­taj i za­czą­łem naj­mo­wać się do pi­ło­wa­nia drze­wa. Ale już nie zdo­ła­łem dłu­go. Nie je­stem tak sta­ry, je­stem młod­szy od twe­go bra­ta, pa­ni, ale cza­sem jed­no ży­cie ty­le zna­czy, co dzie­sięć.

Bóg dał mi to szczę­ście, że cie­bie zo­ba­czy­łem. Nie po­tra­fi­łem te­go szczę­ścia znieść po ci­chu, bo by­ło ono peł­ne bo­le­ści... Za to, że upa­dłem wte­dy przed to­bą na zie­mię i że krzy­cza­łem z okrop­nej trud­no­ści po­wstrzy­ma­nia się od mo­wy, któ­rej mia­łem peł­ne pier­si i peł­ne usta... prze­pra­szam!

I za to prze­pra­szam, że list ten pi­szę. Przez wie­le dni go pi­szę, bo tak mi trud­no... ale ode­ślę przed sa­mą śmier­cią. Mia­łem po­sta­no­wie­nie, abyś ni­g­dy nie do­wie­dzia­ła się, co się ze mną sta­ło i kim był nie­my tracz. Ale za­bra­kło mi si­ły do po­zo­sta­nia na za­wsze czar­nym w two­jej pa­mię­ci... Nie mo­głem! Bo­że mój! tyś świad­kiem, że te­go jed­ne­go nie mo­głem! Niech ona nie my­śli, że po wszyst­kim, co sta­ło się i gdym ją utra­cił, pi­łem szam­pa­na i róż­ne tam in­ne... Po­każ list ten bra­tu i wstaw się za mną, aby prze­ba­czył!...

I ty mi prze­bacz! Ty­le lat prze­szło, je­stem te­raz jak ci pro­ści lu­dzie, któ­rzy pra­wie nie umie­ją pi­sać... Wszyst­ko stoi mi przed oczy­ma, jak gdy­by wczo­raj by­ło... Ten ku­lig, mo­je ste­po­we ko­nie, ta­ki ja­sny rą­bek nie­ba nad śnie­giem... do­mek le­śny...

Jesz­cze dwa wier­sze pi­sma, pra­wie zu­peł­nie już nie­czy­tel­ne­go. Kil­ka słów tyl­ko do po­ło­wy wy­nu­rza się z cha­osu zna­ków.

Bóg... mo­że... do gro­bu... z czy­stą du­szą...

Jak przez mgłę zo­ba­czy­łam po­bla­dłą twarz bra­ta. Sil­ny ten czło­wiek obu rę­ko­ma ści­skał gło­wę, zbie­la­ły­mi usty szep­cąc:

— Bo­że! Bo­że! Bo­że wiel­ki!

A po­tem za­wo­łał:

— Chodź­my! Nie! Jedź­my! Prę­dzej!

Ja­dąc trzy­ma­łam na ko­la­nach chu­dą dziew­czyn­kę, któ­ra wska­zy­wa­ła dro­gę. Wkrót­ce przy­by­li­śmy do miej­sca, od któ­re­go je­cha­nie sta­ło się nie­po­dob­ne i pu­ści­li­śmy się pie­szo, bie­giem spiesz­nym, w gę­stym już zmierz­chu, przez la­bi­rynt uli­czek, po­dwó­rek, ru­der, pło­tów, śmiet­nisk, aż prze­wod­nicz­ka na­sza za­wo­ła­ła:

— Tu! Tu!

I we wnę­trzu ni­skiej cha­łu­py znik­nę­ła.

Ma­ła iz­deb­ka z ciem­ny­mi ścia­na­mi i w świe­tle nędz­nej lamp­ki, męt­nie ma­ja­czą­ce po­sta­cie ludz­kie, z któ­rych jed­na uj­rzaw­szy nas wcho­dzą­cych, stłu­mio­nym gło­sem rze­kła:

— Już! Już!

W tym na­wet sie­dli­sku nę­dzy moż­na by­ło po uci­szo­nych po­sta­ciach i gło­sach roz­po­znać, że śmierć już tu jest; ktoś mil­czą­cym ge­stem wska­zał za­mknię­te, ni­skie drzwicz­ki.

Pro­si­łam bra­ta, aby na chwi­lę tu po­zo­stał, bo chcę być sa­ma jed­na...

Otwo­rzy­łam ni­skie drzwicz­ki i ci­cho je za so­bą za­mknę­łam.

Tam nie izba już by­ła, lecz no­ra bez okna, z wil­got­ną zie­mią za­miast pod­ło­gi. I nie lamp­ka już choć­by nędz­na, lecz gli­nia­ny ka­ga­nek z żół­tym pło­my­kiem nad odro­bi­ną tłusz­czu. Dym ka­gan­ka szedł w ciem­ność, a pło­myk je­go czer­wo­ną pla­mą zna­czył spróch­nia­łą ścia­nę.

Pod pla­mą czer­wo­ne­go świa­tła gru­bym okry­ciem za­sło­nię­te mar­twe na ni­skim le­go­wi­sku wzdy­ma­ły się kształ­ty czło­wie­cze. Cięż­kie, ka­mien­ne kształ­ty, z twa­rzą gi­ną­cą we wło­sach osy­pa­nych po­pio­łem.

Opar­łam się o ni­skie odrzwia i sta­łam zmar­twia­ła jak ten trup...

Był nie­gdyś zie­lo­ny dzień ma­jo­wy... Las, mło­de pę­dy so­śni­ny jak pę­ki świec w kan­de­la­brach ja­sne w sło­necz­nym zło­cie, deszcz ja­skrów na mu­ra­wie, wy­so­ki krzak ró­ży dzi­kiej... Płat­ki ró­ża­ne pa­da­ją mi na rę­ce i suk­nię — je­den upadł na je­go zło­te wło­sy i drży jak ró­żo­wy mo­tyl...

Pierw­sze spo­tka­nie na­sze.

I oto jak spo­tka­li­śmy się po raz ostat­ni.

Umil­kła. W głę­bi po­ko­ju, do­ty­ka­ne da­le­kim świa­tłem lam­py, męt­nie ma­ja­czą iskry po­złot na książ­kach i za­ry­sy ob­ra­zów na ścia­nach. Za okna­mi stoi bez­oka noc li­sto­pa­do­wa i w czar­nym ło­nie to­czy wes­tchnie­nia co­raz głęb­sze, co­raz głuch­sze, co­raz dal­sze...


Śmierć do­mu

Ha­łas gru­bych roz­mów, śmie­chów, sprze­czek; tłum ko­ni przez róż­nych lu­dzi za uzdy trzy­ma­nych i by­dła, któ­re­mu na szy­ję po­wro­zy za­rzu­ca­ją; tłum chło­pów, Ży­dów, za­gro­dow­ców, sza­ry, sier­mięż­ny, chę­cią zy­sku roz­grza­ny, roz­ga­da­ny, roz­ma­cha­ny, ocza­mi spod zmię­tych cza­pek po­ły­sku­ją­cy. Wśród tłu­mu, przed roz­war­ty­mi wro­ta­mi sto­do­ły, sta­jen, obór, na pod­ście­li­sku sło­my brud­nej i zmię­tej — kocz sta­ry, ka­brio­let jesz­cze no­wy i ład­ny, pa­rę bry­czek, wo­zy, z któ­rych na jed­nym błę­kit­no po­ma­lo­wa­na mło­car­nia, na in­nych płu­gi z po­ły­sku­ją­cy­mi le­mie­sza­mi, bro­ny zę­ba­mi do gó­ry ob­ró­co­ne, splą­ta­ne no­gi od sto­łów i stoł­ków, gru­be, czer­wo­ne sza­fy, nad­we­rę­żo­ne al­bo i po­ła­ma­ne, bez­i­mien­ne i bez­kształt­ne sprzę­ty, na­rzę­dzia, gra­ty, ru­pie­cie. To wszyst­ko na wiel­kim, gład­kim dzie­dziń­cu, z któ­re­go stro­ny jed­nej stoi wy­so­ka gę­stwi­na drzew, pra­wie po­zba­wio­nych li­ści, z dru­giej, za szta­che­ta­mi tu i ów­dzie roz­wa­lo­ny­mi le­żą pod bia­łym nie­bem po­la bru­nat­ne, roz­le­głe, uśpio­ne.

Pod gę­stwi­ną drzew, któ­ra za­sło­ną z ciem­nych ko­ro­nek wzno­si się nad bia­łym, dłu­gim do­mem, na głę­bo­kim gan­ku przez czte­ry gru­be słu­py wspie­ra­nym stoi stół z brud­nym ka­ła­ma­rzem, z tro­chą sza­rych pa­pie­rów, z pió­rem w atra­men­cie po­wa­la­nym i ze sta­rym dzwon­kiem, któ­re­go rącz­ka na­śla­du­je fi­glar­nie wy­krzy­wio­ną małp­kę. Przy sto­le trzy nie za­ję­te w tej chwi­li krze­sła: z obu stron gan­ku po sześć okien, nie­wie­le nad zie­mią wznie­sio­nych — wszyst­kie po­za­my­ka­ne szczel­nie, a we­wnątrz na­gie. Nad gon­to­wym da­chem o sze­ro­kim u do­łu oka­pie i spi­cza­stym szczy­cie, na drze­wie naj­wyż­szym, ster­czy przez wiatr za­pew­ne wy­krzy­wio­ne gniaz­do bo­cia­nie.

Drzwi do­mu sta­ro­świec­kie, okry­te rzeź­bą na­śla­du­ją­cą gę­ste na­bi­cie gwoźdź­mi, roz­twie­ra­ją się sze­ro­ko i kil­ku lu­dzi z wiel­kim stu­kiem gru­be­go obu­wia wy­no­si z nich sprzęt dłu­gi i cięż­ki. Jak­by na da­ne ha­sło, część tłu­mu ha­ła­su­ją­ce­go do­ko­ła ko­ni, by­dła i wo­zów z po­śpie­chem rzu­ca się ku gan­ko­wi. Za­pew­ne pa­no­wie urzęd­ni­cy skoń­czy­li już jeść śnia­da­nie i wnet za­czną pro­wa­dzić da­lej prze­rwa­ną na pół go­dzi­ny li­cy­ta­cję. Ko­nie, by­dło, na­rzę­dzia go­spo­dar­skie, gra­ty za­wa­la­ją­ce ofi­cy­ny i spi­chrze już są sprze­da­ne i na­by­te; te­raz ko­lej na sprzę­ty do­mo­we. Ho, ho, cie­ka­wa to rzecz sprzę­ty ta­kie­go sta­re­go do­mu; bar­dzo sta­re­go, bo Jo­achim ogrod­nik, któ­ry już ze sie­dem­dzie­siąt lat ma, naj­pew­niej opo­wia­da, że zbu­do­wa­no go za mło­do­ści je­go dziad­ka. Na­zbie­rać się też tam mu­sia­ło rze­czy róż­nych przez czas tak dłu­gi i przez ży­cie ty­lu po­ko­leń. To­też mło­dy Fra­nus Ku­lik, w naj­bliż­sze za­pu­sty oże­nić się ma­ją­cy, gwał­tow­nie lu­dzi roz­py­cha i z rę­ka­mi zu­chwa­le na kłę­bach opar­ty­mi sta­je naj­bli­żej gan­ku. Ale mły­narz Za­wruk i han­dlarz Men­del ni­ko­mu na li­cy­ta­cjach ustę­po­wać nie przy­wy­kli; więc pier­sia­mi jak ta­ra­na­mi o sta­lo­we łok­cie buń­czucz­ne­go za­gro­dow­ca tłu­ką, a ocza­mi po­że­ra­ją usta­wio­ną na brze­gu gan­ku ka­na­pę dłu­gą, głę­bo­ką, ca­łą z ma­ho­niu, z ogrom­ny­mi po­rę­cza­mi i obi­ciem, na któ­rym śród tła ciem­ne­go bled­nie­ją dwa spło­wia­łe, na kan­wie wy­szy­te pej­za­że. Daw­no już te pej­za­że wy­szy­te zo­sta­ły, bar­dzo daw­no, bo sta­ry Jo­achim był chłop­cem kre­den­so­wym i mo­że jesz­cze dzie­się­ciu lat nie miał, kie­dy star­sza pa­ni wy­szy­wa­ła je w kro­snach ta­ki­mi pięk­ny­mi włócz­ka­mi, że po­cią­ga­ły one wzrok i rę­ce mal­ca, ile­kroć fro­te­ru­jąc po­sadz­kę na kro­sna okiem rzu­cił. Wte­dy też star­sza pa­ni by­ła jesz­cze mło­da i do pięk­nej ro­bo­ty nie zbli­ża­ła się ina­czej jak z we­so­łym nu­ce­niem. Cza­sem, gdy pa­na nie by­ło w do­mu, a dzie­ci ba­wi­ły się w ogro­dzie, sa­ma jed­na sia­dy­wa­ła nad kro­sna­mi, przy otwar­tym oknie, przez któ­re wla­ty­wa­ły sze­le­sty li­ści, za­pa­chy kwia­tów, śmie­chy dzie­ci. Szy­ła i nu­ci­ła. Ile ra­zy na­wlo­kła igłę, ty­le ra­zy za­nu­ci­ła, a cza­sem i za­śpie­wa­ła tak gło­śno, że po ca­łym do­mu się roz­le­gło. Jak raz w wi­gi­lię imie­nin pa­na ry­marz Je­rzy obił tę ka­na­pę ciem­ną ma­te­rią z ty­mi wpra­wio­ny­mi przez nią pej­za­ża­mi. Pan był bar­dzo kon­tent, go­ście, któ­rych na imie­ni­ny peł­no się na­zjeż­dża­ło, ro­bo­cie na­dzi­wić się nie mo­gli. Jo­achim do­sko­na­le dzień ten pa­mię­ta, bo jadł w kre­den­sie wie­le smacz­nych rze­czy i pa­ru ró­wie­śni­kom przez go­ści przy­wie­zio­nym po­ka­zy­wał w ro­sną­cych za ogro­dem ol­chach gniaz­da szpa­ków i dud­ków. Kie­dy zaś jak ko­ty wła­zi­li na te drze­wa, od do­mu bił gwar mu­zy­ki, roz­mów, brzę­cze­nia sto­ło­wych na­czyń. Świat stał w zie­le­ni, dom w we­so­ło­ści. Nie dziw więc, że to wszyst­ko wy­bor­nie pa­mię­ta­jąc, sta­ro­wi­na w dłu­giej do ko­stek sier­mię­dze wspi­na się na pal­ce, su­chy­mi rę­ko­ma za­wie­sza się na po­rę­czy gan­ku, ko­ści­stą szy­ję wy­prę­ża i tak usil­nie, upar­cie wpa­tru­je się w spło­wia­łe pej­za­że ka­na­py, że aż żół­te po­wie­ki pod si­wy­mi brwia­mi po­czy­na­ją mu pręd­ko, co­raz prę­dzej mru­gać. Ale w tej­że chwi­li po­mię­dzy gru­bym i za­bło­co­nym je­go obu­wiem a po­rę­czą gan­ku ci­chu­teń­ko prze­su­wa się stwo­rze­nie, któ­re tak­że coś pa­mię­ta i ostroż­nie tłum ludz­ki wy­mi­ja­jąc, zbli­ża się do ka­na­py. Jest to pies nie­du­ży, bar­dzo chu­dy, z żół­tą, zje­żo­ną od za­nie­dba­nia sier­ścią, z ki­cia­stym spusz­czo­nym ogo­nem i nie­zmier­nie smut­ny­mi oczy­ma w bia­łych ob­wód­kach. Przy­biegł, a ra­czej przy­pełzł do ka­na­py, ob­wą­chał ją i pysk do niej przy­ło­żyw­szy za­czął po ci­chu skom­leć. Ko­cha­na ka­na­pa! Żół­ty pies pa­mię­ta wy­bor­nie, że na­zy­wa­no ją w do­mu ka­na­pą ba­bu­ni, że sia­dy­wa­ły na niej oso­by, któ­re on ko­chał i któ­rych rę­ce de­li­kat­ne i przy­ja­zne z piesz­czo­tą prze­su­wa­ły się po je­go gład­kiej pod­ów­czas sier­ści. On na­wet nie­kie­dy i na pej­za­żach tych sia­dy­wać miał pra­wo, a te­raz nie mo­że na­wet na nie po­pa­trzeć, bo lu­dzie ci­sną się do­ko­ła tłum­nie, gwał­tow­nie, aż skur­czo­ny, do zie­mi przy­pa­dły wci­snąć się mu­si pod ka­na­pę, gdzie zwi­ja się w kłę­bek i cią­gle po ci­chu skom­li. Lu­dzie tym­cza­sem tak ści­śle oto­czy­li stół z ka­ła­ma­rzem, pa­pie­ra­mi i dzwon­kiem, że z sie­dzą­cych przy nim urzęd­ni­ków wi­dać tyl­ko jed­ną czap­kę z błysz­czą­cą gwiazd­ką, je­den pro­fil bla­dy i ostry i jed­ną chu­dą dłu­gą rę­kę, któ­ra prze­rzu­ca pa­pie­ry. Wą­skie usta bla­de­go pro­fi­lu gło­śno i do­bit­nie wy­ma­wia­ją kil­ka wy­ra­zów, za­koń­czo­nych gło­śniej jesz­cze i do­bit­niej wy­mó­wio­nym za­py­ta­niem:

— Pięć! Kto da wię­cej?

Fra­nuś Ku­lik, czer­wie­niąc się, głę­bo­kim ba­sem wo­ła:

— Pięć pięć­dzie­siąt!

Mły­narz przez Ku­li­ka upro­szo­ny mil­czy, ale han­dlarz miar­ku­jąc, że za­wsze to czy­sty ma­hoń, pi­skli­wie krzy­czy:

— Sześć!

Bla­dy pro­fil po­wta­rza:

— Sześć! Po raz trze­ci! Kto da wię­cej?

Ku­lik w pło­mie­niach ca­ły, z za­ma­szy­stym ge­stem wy­krzy­ku­je:

— Sie­dem!

— Kto da wię­cej?

Mil­cze­nie. Men­del roz­wa­ża i wąt­pi: a kto na ta­kim sta­ro­świec­kim gra­cie sie­dzieć ze­chce? Ni­ko­mu zaś in­ne­mu spo­śród obec­nych ka­na­pa z pej­za­ża­mi na nic wca­le przy­dać się nie mo­że. Więc chu­da dłu­ga rę­ka, któ­ra przed chwi­lą prze­rzu­ca­ła pa­pie­ry, wy­cią­ga się do dzwon­ka, chwy­ta fi­glar­nie wy­krzy­wio­ną małp­kę i sil­nie nią wstrzą­sa. W po­wie­trzu roz­le­ga się dzwo­nie­nie prze­ni­kli­we. Ku­lik try­um­fu­ją­cy wy­do­by­wa zza kur­ty skó­rza­ny wo­re­czek z pie­niędz­mi i przy­stę­pu­je z nim do sto­łu.

Te­raz mnó­stwo już rze­czy na­peł­nia głę­bo­ki ga­nek, a lu­dzie cięż­ko stu­ka­ją­cy bu­ta­mi wy­no­szą z do­mu co­raz to in­ne i przed scho­da­mi gan­ku usta­wia­ją. Są to naj­róż­niej­sze sprzę­ty w sty­lach mniej wię­cej no­wych i te sprze­da­ją pręd­ko i ła­two. Trud­niej idzie z biur­kiem sta­ro­świec­kim, bo­ga­to brą­za­mi na­bi­ja­nym i zdob­nym u gó­ry w dwa zwier­cia­deł­ka. Dość dro­go je ce­nio­no, a w ca­łym zgro­ma­dze­niu nie ma ani jed­nej pa­ry oczu, któ­ra by umia­ła za­chwy­cić się har­mo­nij­ny­mi li­nia­mi i su­ro­wym bo­gac­twem tej sta­rej pa­miąt­ki. Tyl­ko sta­ry Jo­achim cią­gle u po­rę­czy gan­ku za­wie­szo­ny wpa­tru­je się w nią wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma, bo bar­dzo do­brze pa­mię­ta, że kie­dy ogrod­ni­kiem już bę­dąc przy­cho­dził do star­sze­go naj­pierw, po­tem do młod­sze­go pa­na, a po­tem jesz­cze do wdo­wy po młod­szym z za­py­ta­niem, przed­sta­wie­niem, proś­bą, star­sze­go i młod­sze­go, i wdo­wę po młod­szym znaj­do­wał czę­sto sie­dzą­cych przy od­chy­lo­nej kla­pie te­go biur­ka, w któ­re­go mnó­stwie szu­flad i szu­fla­dek chro­ni­ło się mnó­stwo go­spo­dar­skich i in­nych pa­pie­rów. Młod­sze­go szcze­gól­niej wi­dzi w tej chwi­li przed so­bą jak ży­we­go. Rach­mistrz z nie­go był wiel­ki; przy tym biur­ku sia­dy­wał wte­dy jesz­cze, gdy wszy­scy we dwo­rze spa­li, pi­sał w księ­gach cy­fry, pod­kre­ślał, ra­cho­wał. Mło­dziut­kie­go sy­na tyl­ko za­wcza­su ra­cho­wać nie na­uczył, bo za­le­d­wie do­ró­sł­szy roz­ko­chał się w gwieź­dzie, wzle­ciał ku niej jak orzeł i zgi­nął jak mu­cha, a ra­czej jak liść je­sien­ny: po­nio­sło go gdzieś da­le­ko i — prze­padł.

— Dwa­dzie­ścia! Po raz trze­ci! Kto da wię­cej?

— Dwa­dzie­ścia i je­den! — wo­ła si­wy je­go­mość w sza­racz­ko­wym sur­du­cie i tro­chę jesz­cze wa­ha­ją­cy się, z mach­nię­ciem rę­ki do­da­je:

— Co ro­bić? Niech już choć i ta­kie lu­ster­ka dla dziew­cząt bę­dą w cha­cie!

Fi­glar­nie wy­krzy­wio­na małp­ka, chu­dą rę­ką wstrzą­sa­na, prze­ni­kli­wie dzwo­ni. Na­byw­ca, z usta­mi od lu­bo­ści roz­war­ty­mi, wy­su­wa szu­flad­ki nad kla­pą umiesz­czo­ne, a w jed­nej z nich zna­la­zł­szy ar­ku­sik pa­pie­ru, od gó­ry do do­łu za­pi­sa­ny, nie­dba­le rzu­ca go na zie­mię. Ale sto­ją­cy obok je­go­mo­stek, ły­sy, tro­chę krzy­wy, w ele­ganc­ko skro­jo­nym i moc­no wy­tar­tym pal­to­cie, po­kąt­ny do­rad­ca z są­sied­nie­go mia­stecz­ka, schy­la się po­śpiesz­nie, ar­ku­sik pod­no­si i do oczu przy­bli­ża. Nuż do­ku­men­cik ja­ki al­bo coś ta­kie­go, z cze­go da się choć tro­chę po­cią­gnąć! Czy­ta­jąc mru­czy: „Mo­ja ma­mo zło­ta! Mój bry­lan­to­wy oj­czusz­ku! Cho­ciaż z Hen­ry­kiem jest mi jak w ra­ju, my­ślą, wspo­mnie­nia­mi, tę­sk­no­tą ser­decz­ną czę­sto by­wam z wa­mi!” Prze­ska­ku­je ocza­mi jed­ną stro­ni­cę, dru­gą, trze­cią, aż u do­łu czwar­tej wy­czy­taw­szy: „Z mi­ło­ścią bez gra­nic rę­ce wa­sze ca­łu­ję, He­len­ka”, po­gar­dli­wie wy­ma­wia: „głup­stwo!” i zno­wu ar­ku­sik rzu­ca na pod­ło­gę, gdzie go w mi­nut pa­rę roz­dep­tu­ją i strzę­pa­mi na ubło­co­nych po­de­szwach roz­no­szą lu­dzie, ci­sną­cy się ku wi­do­ko­wi no­we­mu. Bo otóż i ona sa­ma, ta He­len­ka, któ­ra mat­kę na­zy­wa­ła „zło­tą”, a oj­ca „bry­lan­to­wym”, ślicz­nie wy­ma­lo­wa­na olej­ny­mi far­ba­mi, w bia­łej suk­ni, z ró­żą przy zło­tym war­ko­czu, cien­ka w pa­sie, wą­tła. Ona i obok niej ten chło­pak, któ­ry to tak da­le­ce ra­cho­wać nie umiał, że za gwiaz­dę za­ofia­ro­wał ży­cie, gwiaz­dy nie do­stał i ży­cie utra­cił. Dum­ny, ogni­sty chło­pak, ciem­ny­mi oczy­ma spod zło­tych wło­sów jak ży­wy pa­trzy z por­tre­tu.

Naj­pierw por­tret pan­ny.

— Po raz pierw­szy: Kto da wię­cej?

— Po raz dru­gi: Kto da wię­cej?

— Po raz trze­ci: Kto da wię­cej?

Dzier­żaw­ca karcz­my dał naj­wię­cej, a praw­dę mó­wiąc, on je­den do na­by­cia por­tre­tu chęć oka­zał. Ład­ny ob­ra­zek: po­wie­si go w go­ścin­nym po­ko­ju, w któ­rym cza­sem no­cu­ją po­dróż­ni, nad ka­na­pą, z któ­rej pilśń wiel­ki­mi kła­ka­mi wy­pa­da, na­prze­ciw okna upstrzo­ne­go przez mu­chy i przy­ozdo­bio­ne­go dwo­ma kak­tu­sa­mi, po­dob­ny­mi do po­ła­ma­nych ko­ści mę­czen­ni­ków.

A te­raz por­tret chłop­ca. Nikt for­mal­nie ku­po­wać go nie chce. Ot, to­bie, chłop­cze, du­ma i chęć pła­ce­nia za gwiaz­dę ży­ciem! Le­d­wie na ko­niec ten sam karcz­marz, któ­ry na­był He­len­kę i bra­ta jej bie­rze jak z ła­ski. Niech tam już bę­dzie tych ob­raz­ków do pa­ry: mo­że no­cu­ją­cym w karcz­mie pa­nom spodo­ba się pa­nien­ka, a pa­niom — pa­nicz!

Małp­ka brą­zo­wa aż sza­mo­ce się ca­ła, tak dzwo­ni; żół­ty pies wra­ca od wo­za, ku któ­re­mu od­pro­wa­dzał ka­na­pę ba­bu­ni. Stoi te­raz ta ka­na­pa na wo­zie, a na jed­nym z jej pej­za­żów sie­dzi Fra­nuś Ku­lik z ba­tem w rę­ku, w prze­krzy­wio­nej z fan­ta­zją czap­ce i z gór­nej swej po­zy­cji do kil­ku są­sia­dów prze­ma­wia­jąc za­no­si się ba­so­wym śmie­chem. By­dło, upro­wa­dza­ne za bra­mę, ry­czy, ko­nie par­ska­ją i cza­sem rżą. Żół­ty pies zląkł się ba­ta, ry­cze­nia, rże­nia, ku gan­ko­wi wró­cił i uj­rzał sto­ją­cą przed gan­kiem sza­fę kre­den­so­wą, na któ­rej wi­dok wy­schły je­go ję­zyk szyb­ko ob­ró­cił się do­ko­ła wy­chu­dłe­go py­ska: nie bez ra­cji, bo kie­dy nie­mło­da, skrzęt­na i gder­li­wa pan­na Aloj­za lub in­ne oso­by te cięż­kie dę­bo­we drzwi otwie­ra­ły, stał on za­wsze przy nich z py­skiem po ka­wa­łek pie­cze­ni lub cu­kru wy­cią­gnię­tym i — nie za­wo­dził się ni­g­dy. Te­raz wiel­ki sprzęt dę­bo­wy, ca­ły w rzeź­bio­nych szla­kach z po­wo­du bra­ku tyl­nych nóg tak moc­no w tył się prze­chy­la, że zda­je się, wnet, wnet krzyk­nie od zdzi­wie­nia al­bo od prze­ra­że­nia ze­mdle­je. Jak to! Wy­nie­śli go z ką­ta, z te­go ką­ta ja­dal­nej sa­li, w któ­rym przez ty­le dzie­siąt­ków lat ry­so­wa­ły się ciem­ne, cięż­kie je­go kształ­ty, do któ­re­go, zda­wa­ło mu się, że przy­ro­sły gru­be je­go ple­cy! Ca­ły w tył prze­gię­ty, sprzęt ten wy­da­je się prze­ra­żo­ny i mdle­ją­cy, a na gan­ku głos ostry i do­no­śny po­wta­rza:

— Kto da wię­cej? Kto da wię­cej? Kto da wię­cej?

Z gło­sem tym łą­czy się cich­szy znacz­nie, lecz tak­że ostry szcze­biot pta­ka, któ­ry bar­dzo śpiesz­nie i z wy­raź­nym zdzi­wie­niem za­py­tu­je:

— Co to? Co to? Co to? Co się tu dzie­je?

Jest to gil z czer­wo­nym łeb­kiem, któ­ry po let­nich po­dró­żach dziś wła­śnie na zi­mę tu po­wró­cił i oto — co zna­lazł! Sam dość już sta­ry i na­le­żą­cy do ro­du gi­lów, któ­re od nie­pa­mięt­nych cza­sów gnieź­dzi­ły się każ­dej zi­my w bli­sko­ści te­go do­mu, wie­le on o nim wie i pa­mię­ta. Wnę­trza je­go nie wi­dział ni­g­dy, lecz jak wy­bor­nie są mu zna­ne te okna, te­raz nie­me i na­gie, gdy przed­tem by­ły ta­kie we­so­łe i stroj­ne w zwo­jach fi­ra­nek i zie­le­ni wa­zo­no­wych ro­ślin! Al­bo ga­nek! Za­wsze by­wał w zi­mie ci­chy, czy­sty, z za­mknię­ty­mi szczel­nie drzwia­mi cięż­ki­mi, na któ­rych wy­pu­kłym ry­sun­ku gil prze­sia­dy­wał nie­kie­dy, przy­słu­chu­jąc się dźwię­czą­cym za ni­mi gło­som ludz­kim. I te­raz do sa­me­go brze­gu gan­ko­we­go oka­pu ucze­pio­ny czer­wo­ny łe­bek to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę prze­krzy­wia­jąc, z ma­ły­mi ocza­mi sze­ro­ko wy­trzesz­czo­ny­mi przy­słu­chu­je się, za­sta­na­wia, zdu­mie­wa. Trwo­gi nie czu­je, bo wi­dzi prze­cież, że nikt zaj­mo­wać się nim ani my­śli, tyl­ko przej­mu­je go żal za ci­szą gan­ku i we­so­ło­ścią okien, a przy tym nie­po­kój: czy też nie bę­dzie tu już ni­ko­go, kto by w naj­sroż­sze mro­zy dla bied­nych pta­sząt wy­sy­py­wał na ten ga­nek gar­ście zia­ren i okru­chów? Opo­wia­da­li mu przod­ko­wie, że był to zwy­czaj od daw­na w tym miej­scu prak­ty­ko­wa­ny; we wła­snym ży­ciu nie­jed­no­krot­nie ko­rzy­stał już z nie­go i na­wet bar­dzo do­kład­nie przy­po­mi­na so­bie kształ­ty rąk, któ­re przez te drzwi i okna zbaw­cze desz­cze ziar­nek na okrut­ny śnieg wy­sy­py­wa­ły. Przy­po­mi­na so­bie rę­ce sta­re, zwię­dłe, z bla­dy­mi pal­ca­mi, z po­marsz­czo­ną skó­rą i in­ne: mło­de, ru­chli­we, bia­łe, u koń­ca tyl­ko od mro­zu jak pącz­ki cen­ty­fo­lii za­ró­żo­wio­ne — i in­ne jesz­cze, ma­luch­ne, pulch­ne, do ru­mia­nych ja­błu­szek po­dob­ne. Te­raz wi­dzi dłu­gą, ko­ści­stą, bez­kr­wi­stą rę­kę, któ­ra chwy­ta ja­kiś błysz­czą­cy po­two­rek, wstrzą­sa nim i dzwo­ni tak prze­raź­li­wie, że gil po­ry­wa się z oka­pu, wzbi­ja się nad spi­cza­sty dach do­mu, ula­tu­je w głąb ogro­du, gdzie po chwi­li, na ga­łę­zi ja­bło­ni ze sta­rą zna­jo­mą swo­ją, sro­ką o ża­łob­nych skrzy­dłach, pro­wa­dzi za­wzię­tą roz­mo­wę. Na ja­bło­ni zwi­sa­ją jesz­cze tu i ów­dzie czar­ne i czer­wo­ne li­ście, u stóp jej sztyw­nie bu­ja­ją ba­dy­le srebr­ni­ków i bo­dzisz­ków. Wia­tru nie ma naj­lżej­sze­go, więc wszyst­ko do­ko­ła jest ci­che i nie­ru­cho­me, tyl­ko gil na ga­łę­zi trze­po­ce się, sza­mo­ce i czer­wo­ny łe­bek ku wy­żej nie­co sie­dzą­cej sro­ce pod­no­sząc szcze­bio­tać nie prze­sta­je:

— Co to? Co to? Co to?

Sro­ka aż za­le­ga się od śmie­chu:

— Kra, kra, kra, kra! Kra, kra, kra, kra!

Gil gnie­wać się za­czy­na. Trze­ba być sro­ką, aby w tym wszyst­kim po­wód do śmie­chu zna­leźć! Le­piej zro­bi­ła­by, gdy­by za­miast śmiać się po­wie­dzia­ła mu, dla­cze­go te okna, ta­kie daw­niej we­so­łe i stroj­ne, te­raz są ta­kie na­gie i nie­me.

Sro­ka śmie­je się zno­wu i od­po­wia­da, że trze­ba gi­lem być, aby nie wie­dzieć, iż kto umie­ra, u te­go oczy ga­sną.

— Co? Co? Co? — szcze­bio­ce gil.

Ale sro­ka prze­la­tu­je na drze­wo in­ne, któ­rym jest brzo­za pła­czą­ca i ucze­piw­szy się wiot­kiej jej ga­łę­zi, śmie­je się jesz­cze.

Gil do­pę­dza ją i na koł­ku od pło­tu, któ­ry ogród od łą­ki roz­dzie­la, usiadł­szy, za­py­tu­je jesz­cze, lecz sro­ka jak na huś­taw­ce bu­ja się na wiot­kiej ga­łę­zi brzo­zo­wej i drwi so­bie z nie­go i ze wszyst­kie­go. Więc gil na koł­ku od pło­ta kur­czy się, na­pu­sza, piór­ka na­strzę­pia i pół­sen­ny­mi oczy­ma pa­trzy na gru­pę olch sta­rych, tuż przy pło­cie dzwo­nią­cych szcze­bio­tem szpa­ków, któ­re spóź­ni­ły się z od­lo­tem, a w tej chwi­li, przy nad­cho­dzą­cym wie­czo­rze już do snu się ukła­da­ją.

Nad­cho­dzą­cy wie­czór po­wo­li i stop­nio­wo na­peł­nia po­wie­trze chło­dem zwięk­szo­nym i lek­kim ściem­nie­niem. Tym ja­skra­wiej w za­le­d­wie doj­rzal­nym jesz­cze zmro­ku iskrzy się czer­wo­ny ty­ftyk na wy­so­kich po­rę­czach wol­te­row­skie­go fo­te­la, tym prze­zro­czyst­sze wy­da­ją się ga­le­ryj­ki drew­nia­ne, ota­cza­ją­ce pa­rę łó­że­czek dzie­cin­nych, tym wy­raź­niej­sze po­ły­ski wy­da­ją ra­my zło­co­ne u ob­ra­zów i ob­raz­ków, ku­le szkla­ne u lamp, amo­ry brą­zo­we u wie­lo­ra­mien­nych świecz­ni­ków, zwier­cia­dło u go­to­wal­ni ko­bie­cej, me­ta­lo­we fi­gur­ki, z któ­rych jed­na, dość du­ża, przed­sta­wia czło­wie­ka w sto­so­wa­nym ka­pe­lu­szu, ze skrzy­żo­wa­ny­mi ra­mio­na­mi, sto­ją­ce­go na sa­mot­nym odła­mie ska­ły. Te­go i sta­ry Jo­achim nie pa­mię­ta, lecz od oj­ca sły­szał, że tę fi­gu­rę przy­wiózł tu z da­le­kie­go Za­cho­du wra­ca­ją­cy je­den z miesz­kań­ców te­go do­mu i sia­dy­wał po­tem w wol­te­row­skim fo­te­lu, wpa­tru­jąc się w nią przez dłu­gie go­dzi­ny jak w przed­miot utra­co­nej czci i na­dziei. Mo­że z ża­lu po tym przed­mio­cie ze­sta­rzał pręd­ko, lu­dzi uni­kał, żo­ny nie po­jął i lat jesz­cze du­żo sa­mot­nie pod da­chem tym prze­żyw­szy, umarł, pa­trząc na sztyw­nie z odła­mu ska­ły wy­ster­cza­ją­cą fi­gu­rę. Jo­achim znał imię tej fi­gu­ry i imię jej czci­cie­la. Oj­ciec mu opo­wia­dał, że dru­gi każ­de­mu z wcho­dzą­cych po­ka­zy­wał pierw­szą, mó­wiąc przy tym dziw­nym gło­sem: „Wódz mój!”

Oprócz tych znaj­du­je się przed do­mem wie­le rze­czy róż­nych kształ­tów i roz­mia­rów, a wszyst­kie zda­ją się po­rwa­ne gwał­tow­nym ru­chem mi­gra­cji. Szyb­ko bo­wiem idą te­raz spra­wy na gan­ku; pręd­ko jed­no po dru­gim na­stę­pu­ją py­ta­nia: kto da wię­cej? kto da wię­cej? — czę­sto roz­le­ga się prze­ni­kli­wy od­głos dzwon­ka. Ro­bo­ta mu­si być do wie­czo­ra ukoń­czo­na; śpie­szy się pu­blicz­ność, śpie­szą się urzęd­ni­cy, śpie­szą od gan­ku ku bra­mie dwa tłu­my: lu­dzi i rze­czy. Pierw­szy na po­zór ru­chli­we­go mro­wi­ska, któ­re­go po­je­dyn­cze po­sta­cie mą­cą się i wza­jem unie­wy­raź­nia­ją, dru­gi, nad gło­wa­mi i zgię­ty­mi grzbie­ta­mi tam­te­go nie­sio­ny, wy­pu­kla się do­sko­na­le każ­dą ze swych jed­no­stek. Ob­ra­zy i ob­raz­ki w zło­co­nych ra­mach, fo­tel czer­wo­nym ty­fty­kiem obi­ty, go­to­wal­nia na wiel­kich lwach drew­nia­nych, świecz­ni­ki ro­ga­te, wa­zy wy­smu­kłe, ekra­ny ma­lo­wa­ne, pół­ki to­czo­ne i rzeź­bio­ne, ze­ga­ry o dwu czar­nych nie­ru­cho­mych pal­cach na bla­dych ob­li­czach, fi­gur­ki me­ta­lo­we, po­śród któ­rych naj­więk­sza, sztyw­na, ciem­na fi­gu­ra Na­po­le­ona, nad gło­wa­mi i zgię­ty­mi grzbie­ta­mi lu­dzi nie­sio­ne po­ru­sza­ją się, roz­mi­ja­ją, rzu­ca­ją po­ły­ski barw, szkła i me­ta­li, su­ną przez gład­ki dzie­dzi­niec sza­rze­ją­cym po­wie­trzem, od­cho­dzą, ucie­ka­ją. Jak­by w pa­ni­ce trwo­gi lub w sza­le wę­drów­ki zmie­rza­ją wszyst­kie ku wo­zom i bra­mie, wspi­na­ją się na wo­zy, wy­jeż­dża­ją za bra­mę i tam wraz z wo­za­mi, na któ­rych sto­ją, pię­trzą się, po­ły­sku­ją; roz­sy­paw­szy się w stro­ny róż­ne mą­cą czas ja­kiś ciem­ny­mi, ru­cho­my­mi, co­raz ma­le­ją­cy­mi punk­ta­mi jed­no­staj­ną sza­rzy­znę po­wie­trza i mar­twą sen­ność pól.

Na gan­ku zaś po­zo­sta­ły jesz­cze tłu­mik lu­dzi wy­bu­cha śmie­chem. Cóż to za grat po­ciesz­ny wy­su­nął się przez drzwi i sta­nął na gan­ku — już ostat­ni! Ach, ja­kiż po­ciesz­ny! Pa­trząc nań, śmie­chu po­wstrzy­mać nie­po­dob­na! Ni­by for­te­pia­nik, któ­re­mu by ogon ucię­to, ni­by stół z dwo­ma rzę­da­mi zę­bów czar­nych i wą­skich u gó­ry, a u do­łu sze­ro­kich i jak u sta­rej ba­by żół­tych, wzdłuż po­pę­ka­nych. Krót­ki, pę­ka­ty, z ob­dar­tą w kil­ku miej­scach orze­cho­wą skó­rą, stoi ten grat za­baw­ny na bar­dzo ład­nie i sub­tel­nie uto­czo­nych czte­rech nóż­kach, wy­szcze­rzo­ny­mi zę­ba­mi zda­jąc się py­tać: kto mię weź­mie?

— Trzy dwa­dzie­ścia! Kto da wię­cej?

Nikt nic nie da­je. Pa­trzą, oglą­da­ją, śmie­ją się, ale na co to ko­mu zda się! Po­jąć na­wet trud­no, kto kie­dy­kol­wiek na for­te­pia­ni­ku ta­kim mógł gry­wać.

Tyl­ko Jo­achim wie, kto na nim gry­wał i że nie na­zy­wał się on for­te­pia­ni­kiem, lecz kla­wi­kor­dem. Jak przez sen pa­mię­ta w da­le­kim, da­le­kim dzie­ciń­stwie sta­rusz­kę ma­łą, po­god­ną i jesz­cze żwa­wą, gdy ze srebr­ny­mi lo­ka­mi u ma­lut­kiej po­marsz­czo­nej twa­rzy, w ka­fta­nie ak­sa­mit­nym, dro­gim fu­trem ob­ło­żo­nym, w wiel­kiej sa­li przed kla­wi­kor­dem sia­da­ła i na je­go zę­bach, tak pra­wie żół­tych jak te­raz, kła­dła pal­ce wy­schłe, jak kość sło­nio­wa bia­łe i lśnią­ce. Spod tych pal­ców wy­pły­wa­ła wte­dy me­lo­dia lek­ka, wy­kwint­na, tro­chę tyl­ko po­su­wi­sta, pau­za­mi dla skła­da­nia ukło­nów głę­bo­kich punk­to­wa­na, rzew­ny­mi to­na­mi do pod­no­sze­nia dło­ni ku ser­com wzy­wa­ją­ca. Kie­dy to tro­chę pło­che, tro­chę smęt­ne, tro­chę roz­ro­man­so­wa­ne śpie­wa­nie kla­wi­kor­du z wiel­kiej sa­li roz­pły­wa­ło się po do­mu, służ­ba na pal­cach przy­bie­ga­ła pod drzwi przy­mknię­te ra­da po­słu­chać, jak naj­star­sza pa­ni gra — me­nu­eta. Cza­sem po me­nu­ecie gło­wa jej w srebr­nych lo­kach ro­man­so­wo na bok się prze­chy­la­ła i przy ci­chych akor­dach kla­wi­kor­du gło­sik sła­by, od wspo­mnień me­lan­cho­lij­ny, od sta­ro­ści dy­go­cą­cy śpie­wał: „Już mie­siąc za­szedł, psy się uśpi­ły!”

— Po raz dru­gi: trzy dwa­dzie­ścia! Kto da wię­cej?

Naj­bli­żej kla­wi­kor­du stoi je­go­mo­stek chu­dy, ły­sy, tro­chę krzy­wy, w kosz­tow­nym i po­pla­mio­nym pal­to­cie, ten sam po­kąt­ny do­rad­ca, któ­ry to list He­len­ki rzu­cił tłu­mo­wi pod no­gi. Stoi przed kla­wi­kor­dem i z uśmie­chem na ustach to­pią­cych się w ru­dym za­ro­ście, z żar­to­bli­wy­mi bły­ska­mi w oczach przy­sło­nię­tych przez szkła ciem­ne na jed­nym z kla­wi­szów opie­ra pa­lec gru­by na kształt tu­li­pa­na u koń­ca roz­dę­ty. Brzmie­nie de­li­kat­ne, drżą­ce roz­le­ga się po gan­ku. Nie jest to brzyd­kie: jak­by stru­na har­fy za­dzwo­ni­ła lub ko­mar w ci­szy noc­nej za­brzę­czał. Więc sta­ry grat śpie­wa jesz­cze! Cie­ka­wość, ilu to­na­mi śpie­wać jesz­cze mo­że! Dzie­sięć pal­ców tu­li­pa­no­we­go kształ­tu opie­ra się na wy­żół­kłych, wzdłuż po­pę­ka­nych kla­wi­szach, pusz­cza się po nich, bie­ży co­raz żwa­wiej, ude­rza co­raz moc­niej, aż sta­ry kla­wi­kord brzę­czy ca­ły hu­lasz­czym, skocz­nym, co­raz skocz­niej­szym, sza­leń­czym tań­cem. Trzy nu­ty po­wta­rza­ne nie­ustan­nie i za­wrot­nie wciąż i ryt­micz­nie prze­rzy­na krzyk jed­nej, ostry, śpiesz­ny, na­mięt­nie wo­ła­ją­cy do tań­ca bez koń­ca, do sza­łu bez uzdy, do ha­ła­śli­wych, pi­ja­nych, gru­bych, stru­ga­mi po­tu ob­la­nych pod­sko­ków. Cięż­ko snadź de­li­kat­ne­mu, sta­re­mu gra­to­wi wy­da­wać ta­kie krzy­ki i sza­ły, bo pod­ska­ku­je, wy­gi­na się w stro­ny róż­ne, a w har­fia­nym czy ko­ma­ro­wym je­go brzę­cze­niu sły­chać ta­kie stę­ka­nie, skrzy­pie­nie, dmu­cha­nie, dy­sze­nie, że śmie­je się gra­ją­cy, śmie­ją się ci, któ­rzy go ota­cza­ją, uśmie­cha­ją się na­wet urzęd­ni­cy, ra­dzi mo­że chwi­lo­we­mu uroz­ma­ice­niu ca­ło­dzien­nej nu­żą­cej czyn­no­ści. W ten chór we­so­ły mie­sza­ją się nie­ba­wem dwa jesz­cze gło­sy. Naj­pierw gil, mu­zy­ką zwa­bio­ny, przy­la­tu­je z ogro­du, za­wi­sa u oka­pu i czer­wo­nym łeb­kiem z prze­stra­chem, ze zdzi­wie­niem krę­cąc szcze­bio­ce: „Co to? Co to? Co to?” Po­tem pies żół­ty, do resz­ty mu­zy­ką roz­ża­lo­ny, jak raz na­prze­ciw gra­ją­ce­go sta­je i z wy­cią­gnię­tym w gó­rę py­skiem chu­dym, prze­cią­gle, prze­ni­kli­wie wy­je. Ale i małp­ka brą­zo­wa za­sza­mo­ta­ła się nad sto­łem, dzwo­nek roz­brzmiał sil­nie, do­no­śny głos za­wo­łał:

— Po raz trze­ci: trzy dwa­dzie­ścia! kto da wię­cej?

Po­kąt­ny do­rad­ca od­ry­wa pal­ce od kla­wi­szów i od­krzy­ku­je:

— Trzy czter­dzie­ści!

Po czym z lek­ce­wa­żą­cym ge­stem do mły­na­rza mó­wi:

— Czart bierz! Niech go tam bęb­ny mo­je do resz­ty roz­tłu­ką!

Wte­dy sta­ry człe­czy­na w dłu­giej do ko­stek sier­mię­dze jak kloc cięż­ko opa­da od po­rę­czy gan­ku, do któ­rej był ucze­pio­ny, mru­czy coś pod si­wym wą­sem i bar­dzo po­wo­li dom okrą­żyw­szy, do ogro­du wcho­dzi.

Wil­goć, mil­cze­nie, zmrok pa­nu­ją w krzy­żu­ją­cych się ale­jach sze­ro­kich i wą­skich, na kwa­dra­tach za­sa­dzo­nych owo­co­wy­mi drze­wa­mi i ster­czą­cych mnó­stwem su­chych ba­dy­li, w gę­stych gru­pach krze­wów, na klom­bach, po­śród któ­rych świe­cą brud­ną żół­to­ścią i bie­lą przy­mro­żo­ne kwia­ty. Li­ście opa­dłe, wil­go­cią do zie­mi przy­bi­te, za­ście­la­ją wszyst­kie dro­gi, tyl­ko gdzie­nie­gdzie wy­bi­ja się z ich pstre­go po­kła­du czer­nie­ją­ca zie­lo­ność tra­wy. Przez sze­re­gi drzew two­rzą­cych ale­je i przez gę­ste ich gru­py wi­dać za co­raz ciem­niej­szy­mi ko­ron­ka­mi ga­łę­zi nie­bo co­raz głę­biej sza­rze­ją­ce. Po­wie­trzem pra­wie nie­ru­cho­mym prze­la­tu­ją lek­kie wia­try, a ile­kroć nad­la­tu­ją, u stóp drzew z ci­chut­kim sze­le­stem po­ry­wa­ją się tu­man­ki opa­dłych li­ści i tro­chę tyl­ko po­su­nąw­szy się nad zie­mią pa­da­ją zno­wu ocię­ża­łe, za­mie­ra­ją­ce.

Sta­ry Jo­achim, idąc kasz­ta­no­wą ale­ją, sto­py cięż­ko obu­te bar­dzo po­wo­li sta­wia na sprę­ży­stym pod­ście­li­sku li­ści zwię­dłych i mo­krych.

Idzie, sta­je, z gło­wą za­dar­tą spo­glą­da na szczy­ty kasz­ta­no­we, zno­wu idzie, za­trzy­mu­je się, dziw­nie sta­ran­nie oglą­da miej­sce, na któ­rym sta­ła pod wią­zem ła­wa; idzie da­lej, w wą­skiej, li­po­wej alei pa­cierz mru­czeć za­czy­na i prze­ry­wa go so­bie na wi­dok brzóz pła­czą­cych, przed któ­ry­mi dłu­go ki­wa gło­wą, aż skrę­ciw­szy na in­ną zno­wu dro­gę kro­ki wstrzy­mu­je przed wiel­kim klom­bem krze­wów. Na bez ko­ra­lo­wy pa­trząc, pal­cem do­ty­ka oczu i wra­ca do kasz­ta­no­wej alei, z któ­rej skrę­ca w in­ną, zło­żo­ną z lip i je­sio­nów, aż zno­wu znaj­du­je się pod wią­zem i od nie­go stą­pać za­czy­na wzdłuż sze­re­gu brzóz pła­czą­cych. Tak cho­dzi po jed­nych wciąż miej­scach za­my­ślo­ny, cza­sem pal­cem do­ty­ka oczu, cza­sem rę­ką czy­ni ge­sty za­sta­no­wie­nia, a za nim, tuż za skra­jem je­go dłu­giej sier­mię­gi, cho­dzi stwo­rze­nie chu­de, smut­ne, nie­śmia­łe, ze spusz­czo­nym ogo­nem i py­skiem, tak ci­cho stą­pa­jąc, że kro­ki je­go na zwię­dłych i mo­krych li­ściach nie spra­wia­ją żad­ne­go sze­le­stu. Raz prze­cież tam, gdzie li­ści by­ło naj­wię­cej, za­sze­le­ści­ły. Jo­achim oglą­da się i sta­je. Czło­wiek ze spusz­czo­ną twa­rzą i pies z lę­kli­wie pod­nie­sio­nym py­skiem pa­trzą na sie­bie przez chwi­lę nie­zmier­ne smut­ny­mi oczy­ma.

— Pójdź, Azor!

Żół­ty pies uszom swo­im nie wie­rzy, aby kto­kol­wiek jesz­cze na świe­cie mógł doń przy­jaź­nie prze­mó­wić! Stoi i cze­ka!

— Pójdź, Azor!

Te­raz pies śmie­lej już nie­co za dłu­gą sier­mię­gą człe­czy­ny iść za­czy­na i oby­dwaj wy­cho­dzą z ogro­du.

Przed do­mem, na gan­ku i na dzie­dziń­cu już ani ży­wej du­szy nie ma. Od­je­cha­li, ode­szli wszy­scy. Ci­cho. Drzwi do­mu z wy­pu­kłym ry­sun­kiem za­mknię­te; wro­ta obór i sta­jen za­mknię­te; okna ofi­cyn ciem­ne; czuć, że i za ni­mi żad­nej du­szy ży­wej nie ma. Ci­cho i pu­sto. W gó­rze nie­bo głę­bo­ko sza­re, w po­wie­trzu zmrok, u do­łu zie­mia mo­kra, zry­ta sto­pa­mi lu­dzi i ko­py­ta­mi zwie­rząt; da­lej, do­ko­ła, ciem­ne, roz­le­głe, śpią­ce po­la, a pod czar­ny­mi ko­ro­na­mi drzew bez­list­nych — dom dłu­gi, bie­le­ją­cy w zmro­ku, z za­mknię­ty­mi drzwia­mi i okna­mi.

Jo­achim z da­la przed gan­kiem sta­je i na pier­si kła­dzie sze­ro­ki znak krzy­ża, jak to ma zwy­czaj czy­nić przed le­żą­cym w trum­nie umar­łym. Po­tem ku bra­mie iść za­czy­na, lecz przy­po­mniaw­szy coś so­bie od­wra­ca się i wo­ła:

— Azor, pójdź!

Pies, życz­li­we wo­ła­nie usły­szaw­szy, wy­da­je ci­che skom­le­nie ra­do­ści, bie­ży, a gdy znaj­du­je się już tak bli­sko czło­wie­ka, że py­skiem skra­ju sier­mię­gi pra­wie do­ty­ka, zno­wu po­wo­li, bez sze­le­stu iść za­czy­na. Tak je­den za dru­gim wy­cho­dzą z bra­my, przez chwi­lę w pro­stej li­nii prze­rzy­na­ją po­le, po­tem na bocz­ną dro­ży­nę zwra­ca­ją, ma­le­ją, czas ja­kiś ma­ja­czą jesz­cze w od­da­le­niu punk­ci­kiem co­raz drob­niej­szym, aż w nie­zmier­nym roz­ło­gu pust­ki, zmro­ku i śpią­cych pól zni­ka­ją.

Wte­dy nie po­zo­sta­je tu już nikt ży­wy, ani na­wet pies. Wie­czór sta­je się co­raz ciem­niej­szy, bo szma­ty chmur pły­ną już te­raz pod ob­ło­ka­mi i za­czy­na­ją spusz­czać na zie­mię desz­czyk drob­ny i zim­ny. Tak upły­wa go­dzin pa­rę, po czym ci­szę prze­ni­ka­ją na wskroś co­raz sil­niej­sze po­dmu­chy i szu­my. Przy­la­tu­ją one od łą­ki, na któ­rej ciem­ność kłę­bi się to gęst­sza, to rzad­sza, bu­dzą w ol­chach szpa­ki, na ja­bło­ni gi­la, w wiot­kich ga­łę­ziach brzo­zo­wych sro­kę, któ­ra wy­bu­cha chry­pli­wym od sen­no­ści śmie­chem: „kra! kra! kra!”. Po­tem pta­ki usy­pia­ją zno­wu, a wia­try od łą­ki le­cą co­raz szyb­sze, przy­ci­szo­nym hu­cze­niem na­peł­nia­ją ale­je, z lek­kim trza­skiem ła­mią su­che ga­łąz­ki i ba­dy­le, prze­ni­ka­ją aż do dna war­stwy li­ści zwię­dłych, któ­re wzdy­ma­ją się w tu­ma­ny, le­cą przez ciem­ność, roz­sy­pu­ją się, pa­da­ją i zno­wu wzbi­ja­ją się, sze­lesz­czą, le­cą. Aż w naj­sil­niej­szym po­dmu­chu za­sza­mo­ta­ły się drze­wa naj­bli­żej do­mu ro­sną­ce i ga­łęź­mi jak pal­ca­mi w ciem­ne je­go szy­by za­dud­ni­ły, za­dzwo­ni­ły.

Do ciem­ne­go wnę­trza do­mu wni­ka przez okna męt­na świa­tłość, coś na kształt sza­rej go­dzi­ny wo­bec gru­bej no­cy i pa­sa­mi kła­dzie się na su­fi­tach ni­skich, na gład­kich po­sadz­kach, na ścia­nach od koń­ca do koń­ca na­gich. Ścia­ny te, za­la­ne ciem­no­ścią, na­peł­nia­ją te­raz szep­ty ci­che, lecz tłum­ne, w któ­rych wy­raź­nie sły­chać ak­cen­ty za­py­tań za­dzi­wio­nych, str­wo­żo­nych, co­raz na­glej­szych, nie­spo­koj­niej­szych, szyb­szych. Zda­wać się to mo­że peł­nym trwo­gi i nie­do­wie­rza­nia po­ro­zu­mie­wa­niem się mnó­stwa istot, któ­re z róż­nych stron tu zle­ciaw­szy zna­la­zły się wo­bec cze­goś, co wpra­wi­ło je w obłęd zdu­mie­nia. Sły­chać, jak wi­ru­ją do­ko­ła sie­bie z szu­mem drżą­cym i nie­spo­koj­nym szep­ta­niem nie wie­dząc, do­kąd iść, gdzie szu­kać, kę­dy spo­cząć, po­cie­szyć się, wspo­mi­nać. Zra­zu w wiel­kiej sa­li zgro­ma­dzo­ne roz­pra­sza­ją się nie­ba­wem po ca­łym do­mu, w któ­rym już nie ma żad­ne­go spo­koj­ne­go miej­sca. W jed­nym z po­ko­jów wszyst­kie czte­ry ścia­ny obie­ga szmer kro­ków cią­gły, nie­skoń­czo­ny, nie­zmor­do­wa­ny, jak­by cze­goś roz­pacz­nie szu­ka­ją­cy, jak­by go­nią­cy wid­mo, któ­re wciąż uka­zu­je się i zni­ka. Gdzie in­dziej od­zy­wa się wes­tchnie­nie, w któ­rym brzmi jed­na zgło­ska: „Ach, ach, ach!”, a na­prze­ciw da­je się sły­szeć stłu­mio­ny okrzyk: „Bo­że! Bo­że!”; po czym wes­tchnie­nie i okrzyk po­wta­rza­ją się cią­gle, to wzdy­ma­jąc się, to opa­da­jąc, two­rząc roz­mo­wę o nie­rów­nym i nie­znu­żo­nym ryt­mie. Gdzie in­dziej brzmi wo­ła­nie, w któ­rym czuć przy­zy­wa­nie ko­goś po imie­niu, przy­ci­szo­ne, mo­no­ton­ne, cią­głe, cią­głe, co­raz tę­sk­niej­sze, nada­rem­ne. Tu przez po­ko­je ktoś bar­dzo śpiesz­nie bie­ży i ze stu­kiem na pod­ło­gę pa­da; tam cie­niut­ki gło­sik brzmi skar­gą, któ­rą tłu­mią po­ca­łun­ki, wnet za­głu­szo­ne ję­ka­mi prze­bie­ga­ją­cy­mi wszę­dzie i krzy­żu­ją­cy­mi się z mnó­stwem bie­gną­cych w róż­ne stro­ny łkań, wo­łań, za­py­tań śpiesz­nych, roz­mów szem­rzą­cych jak uża­la­nia się prze­wle­kłe i peł­ne na­my­słu ob­ra­dy. W tym zgieł­ku ci­chym, a jed­nak tłum­nym, głos mę­ski, prze­ra­żo­ny, do­no­śnie prze­mó­wił: „Więc już! więc już!” In­ny, łka­niem wzdę­ty, od­po­wie­dział: „Ko­niec! ko­niec! ko­niec!”; in­ny jesz­cze wzbił się gło­śnym krzy­kiem: „Wo­dzu mój!”, a in­ny, skrzy­dła­mi o ścia­nę tłu­kąc, po­wta­rzał dłu­go: „Gwiaz­do, gwiaz­do, gwiaz­do, za któ­rą da­łem ży­cie!” — je­den jesz­cze za­szep­tał: „Ma­mo zło­ta! Ma­mo zło­ta!” i sto­pił się w pła­czu, a dru­gi de­li­kat­ny, nie­co roz­ro­man­so­wa­ny, od sta­ro­ści dy­go­cą­cy, sła­bo za­wiódł: „Już mie­siąc za­szedł, psy się uśpi­ły!”. Lecz wszyst­ko to za­głu­szył wiel­ki szum wo­ła­ją­cy: „Ci­cho! Ci­cho!” i wkrót­ce prze­mie­nio­ny w zbio­ro­we, ogrom­ne, głę­bo­kie szlo­cha­nie, któ­re wzdę­ło się w la­ment prze­wle­kły, pe­łen za­wo­dzeń, na­rze­kań, wo­łań, wzy­wa­nia Bo­ga, opo­wia­dań brzmią­cych jak dłu­gie re­cy­ta­ty­wy, w la­ment, któ­ry na­peł­nił dom ca­ły od wierz­chu do do­łu i trwał bar­dzo dłu­go.

Wia­try le­cą od łą­ki, na któ­rej kłę­bią się ciem­no­ści, szu­mią w ol­chach, hu­czą w ale­jach z kasz­ta­nów, lip i je­sio­nów, wstrzą­sa­ją wie­ko­wą gło­wą wią­zu, ła­mią z ma­łym trza­skiem su­che ga­łąz­ki i ba­dy­le, pod­no­szą z zie­mi sze­lesz­czą­ce tu­ma­ny uschłych li­ści, sza­mo­cą ga­łęź­mi drzew, naj­bli­żej do­mu ro­sną­cych. Te ga­łę­zie bez­list­ne, twar­de, od desz­czu mo­kre, jak pal­ca­mi dud­nią po szy­bach okien, za któ­ry­mi w pu­stym wnę­trzu do­mu za­pa­no­wu­je o bla­dym i słot­nym po­ran­ku nie­zmą­co­na ci­sza gro­bu.


Pan­na Ró­ża

Jak ży­ję, nie do­świad­czy­łem więk­sze­go zdzi­wie­nia nad to, któ­rym prze­ję­ło mnie opo­wia­da­nie czy wy­zna­nie te­go za­cne­go, wy­kształ­co­ne­go, przy­jem­ne­go, na­de wszyst­ko zaś bar­dzo, bar­dzo ma­jęt­ne­go pa­na Se­we­ry­na Dor­szy. Kie­dy ta­ki czło­wiek mó­wi, wie­rzyć trze­ba; a jed­nak, któż by przy­pusz­czał, któż by mógł się spo­dzie­wać? Więc słusz­nym jest roz­kaz da­ny czło­wie­ko­wi, aby nie czy­nił się sę­dzią bliź­nie­go swe­go? Tak, tak! Bo cza­sem na nie­zna­nym dnie czy­je­goś ser­ca le­ży w ukry­ciu ta­ki bry­lant, że niech się przed nim i Ksią­żę Re­gent z an­giel­skiej ko­ro­ny scho­wa! Tyl­ko że sa­mo jed­no wi­dzi go oko bo­skie...

Chy­ba jed­no bo­skie oko wi­dzieć mo­gło, że ta pan­na Ró­ża po­sia­da w ogól­no­ści ja­ki­kol­wiek bry­lant, gdyż dla ludz­kich oczu jest to so­bie ta­ka nie zaj­mu­ją­ca i nic nie zna­czą­ca fi­gur­ka, co to ją moż­na sto ra­zy wi­dzieć, a nie­spo­dzie­wa­nie spo­tkaw­szy nie po­znać i sto ra­zy spo­tkać, a ocho­ty do naj­mniej­sze­go zbli­że­nia się nie do­świad­czyć. Ani mło­do­ści, ani wdzię­ków, ani wyż­szej in­te­li­gen­cji, ani sta­no­wi­ska w świe­cie — sło­wem: nic z te­go wszyst­kie­go, co mo­że zbli­ża­ją­ce­mu się czło­wie­ko­wi przy­nieść zysk pod po­sta­cią ja­ką­kol­wiek, więc też na zbli­że­nie za­słu­gi­wać. Bo tak: je­że­li ko­bie­ta jest pięk­na, choć­by nie­szpet­na, choć­by tyl­ko mło­da, to tam czło­wiek róż­nych przy­jem­no­ści ka­pi­tal­nych lub po­mniej­szych spo­dzie­wać się od niej mo­że; je­że­li zno­wu po­sia­da in­te­li­gen­cję nie­zwy­czaj­ną, dow­cip, ta­lent, to oprócz kon­wer­sa­cji przy­jem­nej i te­go mi­łe­go po­draż­nie­nia cie­ka­wo­ści, któ­re każ­da nie­zwy­kłość obu­dza, jest jesz­cze w per­spek­ty­wie nie­ja­ki od­blask, rzu­ca­ny przez wszel­ką błysz­czą­cą rzecz na tych, któ­rzy się do niej przy­bli­ża­ją. Zresz­tą pięk­ny umysł — to w te­raź­niej­szych cza­sach naj­czę­ściej, dla ko­bie­ty za­rów­no jak dla męż­czy­zny, i pięk­na po­zy­cja w świe­cie; a je­śli ko­bie­ta znaj­dzie się w po­sia­da­niu tej ostat­niej, nie przez sa­mą sie­bie, ale przez mę­ża — i tak do­brze, bo skąd wzię­ta, to wzię­ta, by­le by­ła, a już za­raz ła­twiej do­strzec róż­ne bry­lan­ty i w ser­cu, i w gło­wie. Lecz ist­nie­je ca­ła ka­te­go­ria ko­biet ta­kich, iż gdy­by na­gle roz­wia­ły się w po­wie­trzu i znik­nę­ły, nikt nie spo­strzegł­by, że już ich nie ma, ani spo­strze­gł­szy, po nich wes­tchnął. By­wa to na­wet czę­sto pra­co­wi­te, uczyn­ne, usłuż­ne, jak­by wiecz­nie prze­pra­sza­ją­ce za to, że ży­je na świe­cie; a po­mi­mo to sza­cun­ku i sym­pa­tii ku so­bie nie obu­dza. Ej, nie! Siew uczuć jest zbyt dro­gi, aby go roz­rzu­cać po ta­kich ja­ło­wych do­lin­kach, gdy plo­ny wy­dać mo­że tyl­ko na grun­tach wy­so­kich i ży­znych. Do ta­kich do­li­nek na­le­ży wła­śnie ta pan­na Ró­ża, któ­ra w cha­rak­te­rze ubo­giej krew­nej i za­rzą­dza­ją­cej go­spo­dar­stwem och­mi­strzy­ni prze­by­wa w po­wszech­nie zna­nym i sza­no­wa­nym do­mu na­szych za­cnych, mi­łych, go­ścin­nych, ma­jęt­nych pań­stwa Ja­nu­aro­stwa. Mó­wię: na­szych, bo mam za­szczyt są­sia­do­wać z Dwor­ka­mi i po­czy­ty­wać się za bli­skie­go zna­jo­me­go, pra­wie za do­mow­ni­ka ich wła­ści­cie­li. Ład­ny ma­ją­tek i — bez dłu­gów. Sa­mo już to, że pan Ja­nu­ary nie ma dłu­gów, coś dla są­sia­dów je­go zna­czy, bo każ­de­mu jest przy­jem­nie zo­sta­wać w zna­jo­mo­ści, a jesz­cze i po­ufa­łej — z fe­no­me­nem. Gdy­by brat pa­na Ja­nu­are­go żył, z ma­jąt­kiem by­ło­by nie­co ina­czej, bo mu­sie­li­by się nim po­dzie­lić. Ale ten bied­ny Bro­nek od daw­na już prze­stał po tym świe­cie cho­dzić. Dla­cze­go i ja­kim spo­so­bem prze­stał? — o tym daw­niej w Dwor­kach lu­dzie ma­wia­li po ci­chu, a po­tem mó­wić prze­sta­li, za­po­mnie­li; pa­mię­ta­ły mo­że so­sny la­su, któ­ry za­czy­nał się bli­ziut­ko od dwo­ru, a cią­gnął się kę­dyś, aż bar­dzo da­le­ko; pa­mię­tać też mu­sia­ła pan­na Ró­ża, bo wy­obraź­cie so­bie pań­stwo rzecz trud­ną do wy­obra­że­nia, ale praw­dzi­wą, że by­ła ona nie­gdyś za­rę­czo­na z ro­dzo­niut­kim bra­tem na­sze­go ma­jęt­ne­go i ko­cha­ne­go pa­na Ja­nu­are­go, z tym bied­nym Bron­kiem, co to tak mar­nie... No, mniej­sza o to, ale by­ło po­tem po­wszech­nie wia­do­me, że kie­dyś pan­na Ró­ża by­ła na­rze­czo­ną jed­ne­go z naj­przy­stoj­niej­szych i naj­ma­jęt­niej­szych w oko­li­cy na­szej ka­wa­le­rów. Sic trans­it glo­ria mun­di.

Jed­nak, praw­dę mó­wiąc, i te­raz jesz­cze, gdy­by się kto przy­pa­trzył uważ­nie, mógł­by w niej do­strzec nie tyl­ko śla­dy, lecz mo­że i pew­ne prze­trwa­ło­ści daw­nej uro­dy. Nie bę­dąc już mło­da i bar­dzo też sta­ra jesz­cze nie jest; tyl­ko że nic wca­le ni­ko­go do przy­pa­try­wa­nia się jej nie skła­nia, a ską­d­inąd zno­wu ta­ka pan­na Ró­ża jak świecz­ka przy słoń­cu mu­si sta­wać się nie­wi­dzial­na wo­bec ta­kiej pa­ni Ja­nu­aro­wej. Bo oko­li­ca na­sza praw­dzi­wie po­chlu­bić się mo­że po­sia­da­niem tej ko­bie­ty, ró­żo­wej jak zo­rza, bia­łej jak mle­ko, ho­żej jak mło­da pa­ni, oka­za­łej jak kró­lo­wa, a w do­dat­ku mą­drej... oho! Że­by by­ła bar­dzo pięk­na — to nie: no­sek za krót­ki, bu­zia za sze­ro­ka, wło­sy ko­lo­ru blond za rzad­kie, ale ce­ra jak ró­że ze śnie­giem, wzrost buj­ny, cia­ła bia­łe­go du­żo, war­gi ko­ra­lo­we. Że­by by­ła wy­kształ­co­na al­bo uta­len­to­wa­na — tak­że nie, ale jest w niej spry­cik ta­ki, co to sam przez się sta­no­wi pe­wien ga­tu­nek mą­dro­ści i to nie by­le ja­kiej, bo pro­wa­dzą­cej do po­sia­da­nia róż­nych dóbr te­go świa­ta... no, na­tu­ral­nie, że nie tam­te­go, za­ziem­skie­go nie­pew­ne­go, ale te­go tu­tej­sze­go, prak­tycz­ne­go, je­dzą­ce­go, pi­ją­ce­go i smacz­nie sy­pia­ją­ce­go świa­ta. Już pierw­szym do­wo­dem te­go spry­ci­ku by­ło jej wyj­ście za mąż za pa­na Ja­nu­are­go.

Wdo­wiec z troj­giem dzie­ci, z wło­sa­mi szpa­ko­wa­ty­mi, a wą­sem zu­peł­nie już bia­łym, ze zby­tecz­ny­mi ru­mień­ca­mi na tłu­stej twa­rzy i ze zby­tecz­ną tu­szą dla nie­wy­so­kiej fi­gu­ry, nasz ko­cha­ny i sza­no­wa­ny pan Ja­nu­ary za­ko­chał się w dziew­czy­nie do czerw­co­we­go po­łu­dnia po­dob­nej, ale zła­ma­ne­go sze­lą­ga po­sa­gu nie ma­ją­cej. Mo­że zresz­tą i za wie­le po­wie­dzia­łem, że za­ko­chał się, bo i wiek nie bar­dzo był już po te­mu, i ni­g­dy nie na­le­żał do rzę­du tych, któ­rzy w nie­bie­skich mig­da­łach sma­ku­ją. Ale w oko mu wpa­dła, po­do­ba­ła się, że zaś Dwor­ki są ma­jąt­kiem do­brym i nie­ob­dłu­żo­nym, dla­cze­góż miał­by od­ma­wiać so­bie jed­nej przy­jem­no­ści wię­cej w tym tak krót­kim i utra­pio­nym ży­ciu ziem­skim? A je­że­li to, że się o pan­nę Izę oświad­czył, by­ło bar­dzo zro­zu­mia­łe, głup­cy tyl­ko dzi­wić się mo­gli, że ona te oświad­czy­ny przy­ję­ła. By­li ta­cy, któ­rzy dzi­wi­li się i ta­cy, któ­rzy się mar­twi­li. Ja­kiś mło­kos na ma­łej fol­war­czy­nie sie­dzą­cy, któ­ry sza­le­nie się w niej ko­chał, tak się jej po­sta­no­wie­niem za­al­te­ro­wał, że, aby w są­siedz­twie nie­wdzięcz­nej bog­dan­ki nie po­zo­stać, fol­war­czy­nę sprze­dał i na skraj świa­ta po­je­chał. Ale to wszyst­ko jest pu­stym i czczym ro­man­ty­zmem. Fakt zaś tak się przed­sta­wia, że pa­ni Ja­nu­aro­wa ży­je so­bie w Dwor­kach jak kró­lo­wa, oto­czo­na do­stat­ka­mi, ele­gan­cja­mi, sza­cun­kiem po­wszech­nym i dwo­rem, któ­re­go mąż jej jest pierw­szym mar­szał­kiem. Bo to i wie­dzieć trze­ba, że nasz roz­sąd­ny i ską­d­inąd ener­gicz­ny pan Ja­nu­ary bar­dzo, bar­dzo zo­sta­je pod wpły­wem żo­ny; nie­któ­rzy utrzy­mu­ją na­wet, że co­kol­wie­czek jej się boi. Że­by się bał — nie my­ślę, bo prze­cież ma­ją­tek do nie­go na­le­ży, a ona ma na nim tyl­ko praw­ną część i do­ży­wo­cie; ten zaś, do ko­go ma­ją­tek na­le­ży, jest pa­nem po­ło­że­nia i ni­ko­go bać się nie po­trze­bu­je. Ale trzy­dzie­ści lat róż­ni­cy w wie­ku mał­żon­ków — to istot­nie ra­cja wy­twa­rza­ją­ca pew­ną, że tak po­wiem, skłon­ność do ustępstw ze stro­ny tej, na któ­rej nie­ko­rzyść róż­ni­ca ta wy­pa­da. Bo to i ener­gii mniej znaj­du­je się po tej stro­nie, i za­wsze ja­kieś mi­mo­wol­ne po­czu­wa­nie się do wi­ny czy do niż­szo­ści. Więc też i w tym mał­żeń­stwie, je­że­li kto ustę­pu­je przed kim, to on przed nią, je­że­li kto zno­si co­kol­wiek od ko­go, to on od niej: tak się już z tym pa­ni Ja­nu­aro­wa urzą­dzi­ła; a prze­cież każ­dy przy­zna, że naj­więk­sza mą­drość czło­wie­ka po­le­ga na ta­kim urzą­dze­niu się, aby, o ile po­dob­na, naj­mniej zno­sić. Są ta­cy, któ­rzy utrzy­mu­ją, że cier­pie­nia ma­ją swo­ją do­brą stro­nę, kształ­cą ser­ce, har­tu­ją du­cha i coś tam jesz­cze w tym ro­dza­ju ro­bią. Baj­ki! Zdro­wie mar­nu­ją, ży­cie skra­ca­ją, zmarszcz­ki do twa­rzy na­pę­dza­ją, ape­tyt nisz­czą — i każ­dy, jak mo­że, tak od zba­wien­ne­go pie­przu te­go ucie­ka, tyl­ko że nie każ­dy uciec po­tra­fi. Na­sza ko­cha­na pa­ni Ja­nu­aro­wa po­tra­fi­ła, więc słusz­nie mó­wię, że choć­by nie tak to bar­dzo wy­kształ­co­na i ro­zum­na, jed­nak — ro­zum­na! Ale po­wra­cam do pan­ny Ró­ży. Ile ra­zy wy­pad­kiem sta­nę­ła w mo­jej obec­no­ści obok pa­ni Ja­nu­aro­wej, za­wsze przy­cho­dzi­ło mi na myśl: ja­kie to jed­nak bo­gac­two kon­tra­stów na tym świe­cie ist­nie­je. Nie jest bar­dzo ma­łe­go wzro­stu, ale że ogrom­nie ze­szczu­pla­ła, twarz ma bla­dą i ubie­ra się za­wsze w sza­rą, be­żo­wą suk­nię; więc przy oka­za­łej, świe­żej jak zo­rza, świet­nie wy­stro­jo­nej pa­ni Ja­nu­ro­wej wy­glą­da jak ni­tecz­ka wą­tła i spło­wia­ła obok roz­wi­nię­tej w ca­łej oka­za­ło­ści sztu­ki ma­te­rii ja­skra­wej, mię­si­stej i sze­lesz­czą­cej. Sto­su­nek po­mię­dzy dwie­ma ty­mi pa­nia­mi jest na­tu­ral­nie ta­ki, ja­ki być mu­si po­mię­dzy zwierzch­nicz­ką a pod­wład­ną — ko­bie­tą, któ­rej los sprzy­ja i ta­ką, dla któ­rej nie oka­zał żad­nej sym­pa­tii. Kie­dy przed oże­nie­niem się pan Ja­nu­ary pro­sił na­rze­czo­ną, aby zgo­dzi­ła się na po­zo­sta­wie­nie pan­ny Ró­ży w przy­szłym swym do­mu, bo jest krew­ną je­go i zu­peł­nie ubo­gą, a w do­mu tym wy­ho­do­wa­ną, te­raz zaś dzie­ci je­go osie­ro­co­ne po mat­ce ho­du­ją­cą — pan­na Iza chęt­nie na proś­bę tę przy­sta­ła, mo­jej sio­strze zaś, z któ­rą by­ła i jest w wiel­kiej przy­jaź­ni, zwie­rzy­ła się po­tem:

— A cóż mi to szko­dzi, że ta sta­ra pan­na bę­dzie w do­mu? Ow­szem, zaj­mie się go­spo­dar­stwem i mnie przy­naj­mniej nud­ne kło­po­ty z gło­wy zdej­mie. Przy tym, te dwie dziew­czy­ny... chło­pak nie ty­le, bo więk­szy, ale te dwie dziew­czy­ny jesz­cze ma­łe, mo­gły­by mi nie­raz ko­ścią w gar­dle sta­nąć. Niech tam ona do­glą­da ich i róż­nych tam po­trzeb ich pil­nu­je. Ow­szem, niech zo­sta­nie w do­mu; jesz­cze jej pen­sję ja­ką wy­zna­czę.

Ale pan­na Ró­ża chcia­ła z po­cząt­ku ina­czej tro­chę sto­su­nek swój do pa­ni do­mu zro­zu­mieć. Go­spo­dar­stwem i młod­szy­mi dzieć­mi zaj­mo­wać się — ow­szem, z ca­łe­go ser­ca, z wdzięcz­no­ścią na­wet za po­zwo­le­nie, pra­gnę­ła. Pen­syj­kę przy­ję­ła tak­że, bo i daw­niej, nie­co na­wet więk­szą, za te sa­me czyn­no­ści od krew­ne­go otrzy­my­wa­ła. Tyl­ko że oprócz pra­cy z jed­nej stro­ny, a pen­sji z dru­giej, coś in­ne­go cho­dzi­ło jej po gło­wie. Wiem o tym wszyst­kim szcze­gó­ło­wo od sio­stry mo­jej, a po­wier­ni­cy pa­ni Ja­nu­aro­wej. Otóż nie­ba­wem po przy­by­ciu do Dwor­ków mło­dej pa­ni pan­na Ró­ża przy­klę­kła u jej ko­lan i za­pro­po­no­wa­ła, aby by­ły, to jest, aby ona i pa­ni Ja­nu­aro­wa by­ły so­bie sio­stra­mi. Mó­wi­ła przy tym o swo­im przy­wią­za­niu do pa­na Ja­nu­are­go, do do­mu, do dzie­ci i o tym, że żo­nę je­dy­ne­go krew­ne­go swe­go go­to­wą jest po­ko­chać jak sio­strę. Pa­ni Ja­nu­aro­wa zaś, z od­zna­cza­ją­cym ją za­zwy­czaj roz­sąd­kiem, od­po­wie­dzia­ła:

— Mo­ja pan­no Ró­żo, ja mam dwie sio­stry i nie po­wiem, aby­śmy, ra­zem u pa­py bę­dąc, bar­dzo so­bie ży­cie na­wza­jem uprzy­jem­nia­ły! Ja pan­nę Ró­żę sza­nu­ję i w do­mu mo­im pa­ni mieć bę­dzie wszel­kie wy­go­dy, ale próż­nych słów nie lu­bię. Ko­cha­nie! Sio­stry! Po cóż to mó­wić, sko­ro my z pan­ną Ró­żą ani ko­chać się nie po­trze­bu­je­my, ani sio­stra­mi nie je­ste­śmy. Naj­le­piej żyć bez fik­cji!

Kie­dy pro­jekt zsio­strza­nie­nia się w ten spo­sób upadł, pan­na Ró­ża w ja­kiś czas po­tem po­pro­si­ła, aby pa­ni Ja­nu­aro­wa ją na­zy­wa­ła i sie­bie na­zy­wać po­zwo­li­ła po imie­niu:

— Te wiecz­ne ty­tu­ły, ta­kie chłod­ne!... Mów mi: Ró­ziu, ja bę­dę mó­wi­ła: Izo. To cie­plej­sze i zbli­ża.

— Do­brze — od­po­wie­dzia­ła pa­ni Iza. — Mnie wpraw­dzie nie zim­no i nie wiem, co od te­go za­le­ży, czy kto ko­go tak al­bo ina­czej na­zy­wa. Ale je­śli to pan­nie Ró­ży zro­bi przy­jem­ność...

A przy naj­bliż­szej spo­sob­no­ści prze­mó­wi­ła po daw­ne­mu: Pan­no Ró­żo! Ta zro­zu­mia­ła i ni­g­dy już wię­cej te­go przed­mio­tu nie do­tknę­ła.

Jed­nak ta­kie stwo­rze­nia ci­chut­kie i ble­dziut­kie by­wa­ją cza­sem bar­dzo upar­te: coś w nich sie­dzi, ja­kaś nie­wy­ek­spen­so­wa­na sym­pa­tia czy in­na fik­cja w tym ro­dza­ju i wiecz­nie po­bu­dza do prób, któ­re się też wiecz­nie nie uda­ją. Tak i ta pan­na Ró­ża: nie zra­żo­na ko­lej­nym upa­da­niem swo­ich pro­jek­tów, jesz­cze przez czas ja­kiś pró­bo­wa­ła mło­dą pa­nią do­mu wziąć na czu­łość; do ty­tu­łu pa­ni do­da­wa­ła przy­miot­ni­ki ta­kie, jak: dro­ga, ko­cha­na, zło­ta, je­dy­na, do­ga­dza­ła jej jak ma­łe­mu dziec­ku al­bo sta­rusz­ce, uwiel­bia­ła jej mło­dość, świe­żość, uro­dę i ten zdro­wy roz­są­dek, od któ­re­go sa­ma o sto mil z okła­dem od­da­lo­na by­ła. Pa­ni Ja­nu­aro­wa przy­słu­gi i uwiel­bie­nie przyj­mo­wa­ła ja­ko rzecz zu­peł­nie so­bie przy­na­leż­ną, przy­miot­ni­ki to­wa­rzy­szą­ce ty­tu­ło­wi pa­ni po­błaż­li­wie zno­si­ła, lecz da­lej na tej dro­dze za­cho­dzić nie mia­ła za­mia­ru ani chę­ci. To­też ile­kroć pan­na Ró­ża w ja­kiś żyw­szy i wy­raź­niej­szy spo­sób dą­że­nia swe do wy­ma­rzo­ne­go zbli­że­nia ob­ja­wi­ła, ty­le­kroć pa­ni Ja­nu­aro­wa po­wstrzy­my­wa­ła ją sło­wa­mi:

— Do­brze, do­brze, mo­ja pan­no Ró­żo, tyl­ko bez tych fik­sa­cji.

Ni­g­dy nie na­by­łem pew­no­ści, czy pod tym ostat­nim wy­ra­zem pa­ni Iza zro­zu­mia­ła zmy­śle­nie, czy­li ob­łu­dę, al­bo też obłą­ka­nie, czy­li fik­sa­cję; wy­ma­wia­ła go zresz­tą za­wsze z chwi­lo­wą zmarszcz­ką na bia­łym czo­le i lek­kim wy­krzy­wie­niem ko­ra­lo­wej war­gi, któ­re ra­zem wzię­te sta­no­wi­ły tak zwa­ny gry­ma­sik, bar­dzo ład­ny i z któ­rym jej by­ło bar­dzo do twa­rzy. Wol­no prze­cież każ­dej ład­nej ko­bie­cie ro­bić gry­ma­si­ki, z któ­ry­mi jej do twa­rzy! Ale na pan­nę Ró­żę wszyst­ko to wy­war­ło wkrót­ce wpływ sta­now­czo za­bi­ja­ją­cy złu­dze­nia: ochło­dła i uci­chła — bar­dzo uci­chła, tym bar­dziej że i pan Ja­nu­ary, któ­ry daw­niej ga­wę­dził z nią cza­sem i przy­jaźń jej oka­zy­wał, te­raz, za­ję­ty mło­dą żo­ną i cią­gły­mi go­ść­mi, pra­wie prze­stał do niej mó­wić, stop­nio­wo pra­wie prze­stał ją wi­dzieć. Z po­cząt­ku to jesz­cze, daw­ne­mu przy­zwy­cza­je­niu wier­ny, nie­kie­dy przy­sia­dał się do niej, al­bo na „dzień do­bry” i „do­bra­noc” w rę­kę ją ca­ło­wał, ale pa­ni Iza ci­chut­ko i ze swo­im ład­nym gry­ma­si­kiem za­raz go prze­strze­ga­ła:

— Mój Ja­nu­siu, tyl­ko bez tych fik­cji.

Cza­sem ma­wia­ła: bez tych czu­ło­ści! Więc wy­strze­gać się za­czął, ry­chło daw­ne przy­zwy­cza­je­nie utra­cił i do pan­ny Ró­ży od­zy­wał się tyl­ko w ra­zie ja­kiejś po­trze­by go­spo­dar­skiej — krót­ko, su­cho, zwy­czaj­nie jak do oso­by, któ­ra peł­ni w do­mu ja­kąś czyn­ność, ale sa­ma przez się zu­peł­nie nic nie zna­czy.

Więc pan­na Ró­ża uci­chła, ale tak do­sko­na­le, że choć czę­sto by­wa­łem w do­mu sza­now­nych pań­stwa Ja­nu­aro­stwa, nie pa­mię­tam, czy przez ostat­nie kil­ka lat dwa ra­zy głos jej usły­sza­łem. I trud­no, za­praw­dę, by­ło, aby mó­wi­ła, kie­dy nikt do niej nie mó­wił. Jed­nak­że dom w Dwor­kach jest z ca­łe­go są­siedz­twa naj­bar­dziej oży­wio­ny. Cze­muż by nie? Po­ko­je du­że i ład­nie ume­blo­wa­ne, jest więc czym od­dy­chać i na czym wy­god­nie sie­dzieć; przy­ję­cie za­wsze wy­śmie­ni­te, bo i stać na to, i sam pan Ja­nu­ary zna się na kuch­ni jak rzad­ko kto; go­spo­sia mło­da, ho­ża, pa­sja­mi lu­bią­ca grać w win­ta. Obo­je pań­stwo w Dwor­kach prze­pa­da­ją za win­tem, ale ona jesz­cze wię­cej niż on. Są ta­cy, któ­rym się to nie po­do­ba. Po­wia­da­ją, że to ja­kiś świe­żo im­por­to­wa­ny do nas zwy­czaj, aby bia­ło­gło­wa mło­da, sil­na choć drze­wo rą­bać, po­ło­wę ży­cia al­bo i wię­cej przy kar­tach spę­dza­ła. Daw­niej, po­wia­da­ją, tyl­ko sta­re jej­mo­ście, gdy wnu­ki do snu za­ko­ły­sa­ły i ró­ża­niec od­mó­wi­ły, za­sia­da­ły ze sta­ry­mi je­go­mo­ścia­mi do ma­ria­sza, na krót­ką go­dzin­kę. Wszyst­ko to praw­da, ale na­przód, co nie jest, nie pi­sze się w re­jestr — na­stęp­nie je­den wiek do dru­gie­go nie­po­dob­ny, a nasz, to, pa­nie do­bro­dzie­ju, wła­śnie jest wie­kiem de­ka­den­ty­zmu, ate­izmu, ko­smo­po­li­ty­zmu, me­lan­cho­lii, pa­na­my i win­ta. W cza­sie, o któ­rym opo­wia­dam, pa­na­ma wpraw­dzie jesz­cze nie na­sta­ła, ale wint już pa­no­wał. Rzad­ki też by­wał i by­wa w Dwor­kach ta­ki dzień, że­by choć pa­rę osób z są­siedz­twa lub z po­bli­skie­go mia­sta nie przy­je­cha­ło, a nie­rzad­ko zjeż­dża się kil­ka lub kil­ka­na­ście. Gry­wa­ją do go­dzi­ny dru­giej, trze­ciej po pół­no­cy, po czym roz­cho­dzą się do snu, z któ­re­go po­wsta­ją oko­ło po­łu­dnia. Na skró­co­nej w ten spo­sób prze­strze­ni dnia mie­ści się jed­nak mnó­stwo rze­czy wy­śmie­ni­tych, ja­ko to: wi­ce­śnia­da­nie, śnia­da­nie, obiad, pod­wie­czo­rek, wie­cze­rza, wi­ce­wie­cze­rza. W prze­stan­kach tro­chę roz­mo­wy, tro­chę for­te­pia­no­wej mu­zycz­ki, w pięk­ną po­go­dę spa­cer, a zresz­tą — naj­mil­szy ze wszyst­kie­go wint. Wszy­scy, ilu nas tam by­wa­ło, z wy­jąt­kiem pa­na Dor­szy, lu­bi­li­śmy go bar­dzo, ale pa­ni Ja­nu­aro­wa naj­bar­dziej; bo ko­bie­ta za­wsze, gdy co lu­bi al­bo cze­go nie lu­bi, to już nie żar­tem. Sio­stra mo­ja, Idal­cia, raz śmie­jąc się po­wie­dzia­ła:

— Ten wint to ko­cha­nek Izy.

I praw­dę po­wie­dzia­ła. Nie ma na świe­cie czło­wie­ka, któ­ry by nie po­trze­bo­wał wy­eks­pen­so­wać na ja­ki­kol­wiek przed­miot swo­jej ener­gii i uczuć, a pa­ni Ja­nu­aro­wa nie eks­pen­su­jąc ich wie­le na nic i na ni­ko­go... Cho­ciaż, gdy­by ten naj­zac­niej­szy pan Dor­sza przy ca­łym ro­zu­mie swo­im nie był głu­pi, to mo­że... Ale o tym po­tem. Dość, że na­sza ko­cha­na i mi­ła go­spo­sia w Dwor­kach na­praw­dę nie by­ła wca­le go­spo­sią. W po­ko­ju pan­ny Ró­ży sta­ła na ko­mo­dzie skrzyn­ka peł­na klu­czy, na sto­le le­ża­ły ra­chun­ko­we książ­ki. Czę­sto w cza­sie roz­mo­wy al­bo i gry w kar­ty zda­rzy­ło się wy­pad­kiem spoj­rzeć przez okno. Deszcz, sza­ru­ga, błoc­ko, al­bo śnieg, mróz, za­wie­ru­cha ta­ka, że ca­łe po­wie­trze szu­mi, wy­je i świsz­cze; a ko­bie­ci­na wą­tła, w sza­rej suk­ni, w wa­to­wa­nym ka­fta­nie bie­gnie przez dzie­dzi­niec do spi­chrza, pral­ni, pie­kar­ni, mle­czar­ni, do ofi­cy­ny z kuch­nią i do tej, w któ­rej się znaj­du­ją po­ko­je dla go­ści. Za nią ślad w ślad cza­sem ku­charz z ron­dla­mi, cza­sem pracz­ka z ko­szem peł­nym bie­li­zny, cza­sem in­ni słu­żą­cy roz­ma­ici. Raz, wi­dząc ją bie­gną­cą tak po śnie­gu, za­uwa­ży­łem, że przy czar­nym ka­fta­ni­ku ma coś moc­no ró­żo­we­go. Aż tu i ktoś in­ny przez okno pa­trzą­cy spo­strze­że­nie wy­ra­ził:

— Czy to pan­na Ró­ża dwa ró­żo­we tu­li­pa­ny ze śnie­gu wy­rwa­ła i nie­sie?

Młod­sza z do­mo­wych pa­nie­nek, blon­dy­necz­ka, Ma­ry­nia, smut­nym gło­si­kiem ob­ja­śni­ła:

— Ej, nie, to u cio­ci rę­ce ta­kie czer­wo­ne od chło­du. Bied­na cio­cia!

A na­sza ko­cha­na pa­ni Ja­nu­aro­wa, któ­ra wła­śnie w tej chwi­li na zie­lo­nym sto­li­ku ko­ron­kę roz­kła­da­ła, roz­mo­wę tę usły­szaw­szy rzu­ci­ła spoj­rze­nie na swo­ją rącz­kę dość du­żą, lecz jak mle­ko bie­luch­ną, jak pą­czek tłu­ściuch­ną, pier­ścion­ka­mi świe­cą­cą, praw­dzi­wie ape­tycz­ną rącz­kę do­brze wy­kar­mio­ne­go le­niusz­ka.

Przed wszyst­ki­mi tak licz­ny­mi w tym go­ścin­nym do­mu za­sia­dy­wa­nia­mi do sto­łu pan­na Ró­ża uwi­ja się po ja­dal­ni, do­zo­ru­je na­kry­cia, dy­ry­gu­je lo­ka­ja­mi, co mo­ment na ze­ga­rek pa­trzy. To­też gdy z pa­nią do­mu na cze­le go­ście wcho­dzą do ob­szer­nej wy­ele­gan­to­wa­nej sa­li, na stół na­kry­ty aż mi­ło spoj­rzeć: ta­kie na nim wszyst­ko po­rząd­ne, sta­ran­ne, przy­ozdo­bio­ne, wy­ele­gan­to­wa­ne. Na­jem­ne rę­ce ni­g­dy by te­go nie do­ka­za­ły, aby co­dzien­nie i ty­le ra­zy na dzień two­rzyć ta­kie ar­cy­dzie­ła po­rząd­ku i do­bre­go gu­stu. Twór­czy­ni zaś tych ar­cy­dzieł sia­da so­bie ci­chu­teń­ko przy sa­mym koń­cu sto­łu i mil­czy jak ry­ba. Gwa­rzy­my, by­wa­ło, wszy­scy; śmie­je­my się; za­ja­da­jąc i po­pi­ja­jąc smacz­ne rze­czy wpa­da­my w zło­te hu­mo­ry: a ona je ty­le, co pta­szek, dziob­nie cza­sem coś z ta­le­rza i za­raz sztuć­ce od­kła­da, a ocza­mi al­bo ru­chy lo­ka­jów śle­dzi al­bo prze­ko­naw­szy się, że usłu­ga idzie jak naj­le­piej, utkwi je w ta­lerz i sia­da za­my­ślo­na, jak­by wca­le do te­go świa­ta nie na­le­ża­ła. A wła­śnie wte­dy wzrok mój, nie wiem, ja­ką si­łą po­cią­ga­ny, nie­raz zwra­cał się ku niej. Czy żal mi jej by­ło? Czy cie­ka­wość mnie bra­ła: co też ta ko­bie­ta czuć i my­śleć mo­że? Czy przy­po­mi­nał mi się jej daw­ny na­rze­czo­ny, ten przy­stoj­ny, mi­ły, ma­jęt­ny Bro­nek? Lecz nie­znacz­nie przy­pa­try­wa­łem się gład­kim pa­smom czar­nych wło­sów, któ­re ocie­nia­ły jej czo­ło, za­wsze nie­co po­chy­lo­ne i jak pa­ję­czy­ną drob­ny­mi zmarszcz­ka­mi osnu­te, a w de­li­kat­nym owa­lu po­licz­ków, w dłu­go­ści opa­da­ją­cych na nie rzęs czar­nych, w za­ry­sie warg cier­pli­wie za­mknię­tych do­strze­ga­łem wi­docz­ne jesz­cze prze­trwa­ło­ści daw­nej uro­dy. Gdy­by ją tak kto­kol­wiek od­chu­chał, roz­we­se­lił, ule­czył, ład­nie ubrał, jesz­cze nie­jed­na o wie­le młod­sza scho­wać by się przed nią mo­gła. Tym­cza­sem jed­nak co­raz wię­cej chu­dła i żół­kła; a po­nie­waż na­sza pa­ni Ja­nu­aro­wa co­raz więk­szą nie­życz­li­wość jej oka­zy­wa­ła, więc dla wszyst­kich sta­wa­ła się co­raz mniej do­strze­gal­na, aż na ko­niec ja je­den tyl­ko spo­strze­ga­łem jesz­cze, że ży­je na świe­cie, i to ukrad­kiem.

Nikt prócz mnie i sio­stry mo­jej, Idal­ci, nie wie­dział o przy­czy­nie nie­życz­li­wo­ści, któ­ra dla tej nic nie zna­czą­cej osób­ki po­wsta­ła w ser­cu po­wszech­nie sza­no­wa­nej i ko­cha­nej pa­ni do­mu. Otóż przede wszyst­kim po­wie­dzieć mu­szę, że oko­li­ca na­sza, dzię­ki zbie­go­wi po­myśl­nych oko­licz­no­ści, jest do­tąd wy­jąt­ko­wo bo­ga­tą w oby­wa­tel­stwo wiej­skie za­moż­ne i po­sia­da­ją­ce mnó­stwo za­let to­wa­rzy­skich i in­nych. Ale jak to­po­la wło­ska nad wy­so­kie na­wet li­py i klo­ny, tak nad są­sia­dów swo­ich wy­so­ko w gó­rę wy­strze­la pan Se­we­ryn Dor­sza; bo o czym tyl­ko za­ma­rzyć, znaj­du­je się w tym czło­wie­ku: pięk­ność po­sta­wy i twa­rzy, in­te­li­gen­cja wyż­sza, krysz­ta­ło­wa, pro­szę pań­stwa, uczci­wość i za­cność, a do te­go du­ży, for­mal­nie już pań­ski ma­ją­tek. Z bla­sku czar­ne­go oka i ze śnia­dej ce­ry nikt by w nim pięć­dzie­siąt­ki nad­cho­dzą­cej al­bo już i na­de­szłej nie od­gadł; a choć si­wi­zna sre­brzy się gdzie­nie­gdzie we wło­sach kru­czych i na czo­le ze­bra­ło się tro­chę zmarsz­czek, ko­bie­ty utrzy­mu­ją, że mu to tyl­ko uro­ku do­da­je, świad­cząc o wie­lu my­ślach pra­cu­ją­cych w tej pięk­nej gło­wie i o cier­pie­niach, któ­re prze­być mu­sia­ła, lecz pod ni­mi się nie ugię­ła ta sil­na po­stać mę­ska. W do­mu swo­im pan Dor­sza po­sia­da bi­blio­te­kę, ob­ra­zy, róż­ne in­ne dro­go­cen­ne i rzad­kie rze­czy; w ma­jąt­kach go­spo­da­ru­je zna­ko­mi­cie, a są­sia­dom słu­ży wszyst­kim, co ma: ra­da­mi, książ­ka­mi, pie­nięż­ny­mi po­życz­ka­mi itd. Są­sie­dzi w za­mian sza­nu­ją go bar­dzo, ale że­by bar­dzo ko­cha­li, to nie po­wiem. Bo kto do serc ludz­kich rze­ką Cno­tą pły­nie, nie do­pły­nie. Pro­sta do nich dro­ga i naj­pew­niej­sza na go­spo­dę We­so­łość i na wiel­kie mia­sto Po­spo­li­tość. Przy tym róż­ni­ce gu­stów i bar­dzo czę­sto mi­ło­ści na prze­szko­dzie sto­ją. Pan Dor­sza wie­le rze­czy, któ­re są­sie­dzi je­go lu­bią, nie lu­bi i od­wrot­nie. Sztyw­ny nie­co, za­wsze czymś bar­dzo za­ję­ty, rzad­ko z kim za­przy­jaź­nia się i spo­ufa­la. Więc jed­nych onie­śmie­la, in­nych nu­dzi, in­nym jesz­cze w za­ba­wie prze­szka­dza. Jed­nak po­mi­mo to nikt ni­g­dy złe­go sło­wa o nim nie od­wa­żył się po­wie­dzieć, a zna­jo­mość z nim wszy­scy po­czy­tu­ją za za­szczyt — to raz, a po wtó­re za źró­dło ra­tun­ku w złej przy­go­dzie.

W Dwor­kach pan Se­we­ryn by­wał nie­czę­sto i za­cho­wa­nie się je­go w tym po­wszech­nie lu­bio­nym i po­wa­ża­nym do­mu by­ło dość nie­zwy­kłe. O ile my wszy­scy ad­mi­ro­wa­li­śmy pa­nią Ja­nu­aro­wą za jej oka­za­łą fi­gu­rę, świe­żą ce­rę, mą­dry spry­cik i wy­bor­ne gra­nie w win­ta, o ty­le on oka­zy­wał się dla niej zu­peł­nie obo­jęt­ny. Grzecz­ność wszel­ką za­cho­wy­wał, na­tu­ral­nie, ale wię­cej nic a nic. Roz­ma­wiał z nią jak naj­mniej i bez upodo­ba­nia, a co już nam w gło­wach po­mie­ścić się nie mo­gło, to że wi­ta­jąc się z nią i że­gna­jąc w rącz­kę jej nie ca­ło­wał. Weź­mie, by­wa­ło, tę bie­luch­ną i tłu­ściuch­ną rącz­kę i le­d­wie do­tknąw­szy wy­pu­ści ze swej rę­ki. A ona aż drży z chę­ci, aby su­ro­we je­go usta po­ca­łu­nek na niej zło­ży­ły — mo­że dla­te­go wła­śnie, że su­ro­we i do po­ca­łun­ków nie­skłon­ne.

Ra­zu jed­ne­go sia­da­li­śmy do obia­du, gdy przed gan­kiem za­trzy­mał się po­wóz pa­na Dor­szy. Pa­trzę ja, aż na­sza pa­ni Ja­nu­aro­wa ob­le­wa się ta­kim ru­mień­cem, jak­by kto gar­nek ki­piąt­ku na nią wy­lał; aż czo­ło, uszy i szy­ja sta­nę­ły w ogniu. Wnet prze­cież to mi­nę­ło i gdy sza­now­ny są­siad, za­pro­szo­ny do sto­łu, na­prze­ciw niej miej­sce za­jął, sie­dzia­ła ja­koś ta­ka onie­śmie­lo­na, mil­czą­ca, in­na niż zwy­kle, jak­by nam ją kto od­mie­nił. Przez ca­ły obiad ani ra­zu mó­wiąc dum­nie głów­ki w tył nie od­rzu­ci­ła, ani jed­ne­go ład­ne­go gry­ma­si­ku nie zro­bi­ła, żad­nej prze­stro­gi mę­żo­wi nie udzie­li­ła; bo za­zwy­czaj prze­strze­ga­ła go z ci­cha, ale czę­sto. Gdy pusz­czał się z kimś w nie­zwy­kłą ser­decz­ność, szep­ta­ła: „Ja­nu­siu, bez tych fik­cji!” al­bo: „Bez tych czu­ło­ści!” Gdy chciał no­żem do­po­móc so­bie w je­dze­niu, pra­wie do ucha mu ma­wia­ła: „Ja­nu­siu, bez no­ża!” Gdy nad po­da­wa­ny­mi po­tra­wa­mi za­czy­nał czy­nić do­dat­nie al­bo ujem­ne uwa­gi, pro­si­ła: „Ja­nu­siu, nie przy go­ściach!” A w obec­no­ści pa­na Dor­szy nic: ani du­my, ani gry­ma­si­ków, ani prze­stróg mę­żo­wi, ani prze­ko­ma­rza­nia się z bie­siad­ni­ka­mi — o spo­sób, w ja­ki dziś któ­ry w win­ta za­grał; o to, czy ten w tam­tej, a tam­ta w tym ko­cha się al­bo nie ko­cha; o to, czy są­siad­ka, o któ­rej mo­wa, ubie­ra się jak księż­na czy jak kocz­ko­dan. Mil­czy, oczki spusz­cza i — pa­trz­cie pań­stwo! — rap­tem o książ­kach mó­wić za­czy­na. Głup­stwa ple­cie, jed­nak ple­cie, bo wie, że pan Dor­sza li­te­rat wiel­ki, więc choć ma­łą li­te­rat­ką oka­zać mu się pra­gnie. Po obie­dzie w win­ta grać nie chce; mę­ża do kart sa­dza, a sa­ma z pa­nem Dor­szą roz­ma­wia. Trze­ba prze­cież, aby kto­kol­wiek z go­spo­da­rzy za­ba­wiał go­ścia, któ­ry sam je­den z ca­łe­go to­wa­rzy­stwa w kar­ty nie gra. No, my­ślę so­bie, je­że­li na­sza pa­ni Ja­nu­aro­wa par­tyj­ki się wy­rze­ka, to już chy­ba... Ale cóż dziw­ne­go? Pan Ja­nu­ary, gdy przed pa­nem Se­we­ry­nem sta­nie, to jak­by krzak ja­łow­cu przed sil­nym dę­bem siadł. A zresz­tą któż zgad­nie, co cza­sem jed­ne­go czło­wie­ka ku dru­gie­mu po­cią­gnie? Błysk oka czy kształt po­sta­ci? Dźwięk gło­su czy zza zwy­czaj­nych osłon wy­raź­niej­sze mru­gnię­cie du­szy? Dość, że Idal­cia zna­la­zła raz w ogro­dzie tę na­szą bied­ną pa­nią Ja­nu­aro­wą ca­łą we łzach. Mą­dra, zda­je się, ko­bie­ci­na, a przy­szła i na nią ko­lej zwy­kłej głu­po­ty ludz­kiej. Nie zwa­ża na to, że łzy pięk­no­ści szko­dzą i pła­cze!

— Cze­mu ja je­go, mó­wi, przed wyj­ściem za Ja­nu­are­go nie po­zna­łam!Cze­go ja tak śpie­szy­łam się z wyj­ściem za mąż. Gdy­bym po­cze­ka­ła, spo­tka­li­by­śmy się wol­ni obo­je.

Ani wąt­pi­ła, że gdy­by nie by­ła mę­żat­ką, on by ją po­ko­chał i wziął za żo­nę. Pod wzglę­dem po­do­ba­nia się męż­czy­znom by­ła bar­dzo pew­na sie­bie i w znacz­nej mie­rze mia­ła słusz­ność, bo ta­kie jak ona nie­wia­sty naj­więk­szy urok na płeć mę­ską wy­wie­ra­ją. Oda­li­sy.

— On ta­ki sro­gi — po­wia­da da­lej — ni­g­dy nie ze­chce oka­zać, że za­ko­chał się w mę­żat­ce!

Mnie­ma­ła, że pan Se­we­ryn przez su­ro­wość za­sad tai się z mi­ło­ścią dla niej i ta wła­śnie, jak mó­wi­ła, sro­gość, by­ła dla jej śnie­gów słoń­cem roz­ta­pia­ją­cym.

— Bo co mi z tych śla­ma­zar­ni­ków, któ­rzy przede mną ska­czą jak wró­ble na sznur­kach. Mam i bez nich jed­ne­go już ta­kie­go! Ten — to męż­czy­zna!

Nie każ­dy wie, ile róż­no­stron­nej, szcze­rej praw­dy, na­tu­ral­nej, wyż­szej mie­ści się w ta­kim wy­krzyk­ni­ku ko­bie­ty: „Ten — to męż­czy­zna!”

Na ko­niec ni stąd, ni zo­wąd przy­cze­pi­ła się do pan­ny Ró­ży.

— Wiesz, Idal­ko — zwie­rza­ła się przed mo­ją sio­strą — to ta flą­dra oga­du­je mnie przed nim, je­stem pew­na, że oga­du­je i zra­ża go do mnie!

Wy­ra­że­nie by­ło nie­zbyt wy­kwint­ne, ale w roz­mo­wach po­uf­nych pa­ni Iza dość czę­sto po­dob­nych uży­wa­ła. Idal­ka we flą­drze do­my­śli­ła się pan­ny Ró­ży.

— Kie­dyż by mia­ła czas na oga­dy­wa­nie? — za­prze­czyć spró­bo­wa­ła — za­wsze tak krót­ko z so­bą roz­ma­wia­ją.

— Jed­nak roz­ma­wia­ją! Ile ra­zy przy­je­dzie, za­wsze z nią choć tro­chę po­roz­ma­wiać mu­si i czy uwa­ża­łaś? przy po­wi­ta­niu i po­że­gna­niu w rę­kę ca­łu­je ją za­wsze! U sto­łu też cią­gle zwra­ca się do niej. Ja­kieś ta­kie usza­no­wa­nie nad­zwy­czaj­ne ma dla niej i wię­cej niż usza­no­wa­nie, wprost sym­pa­tię. I za co tej sta­rej pan­nie ta­kie usza­no­wa­nie oka­zy­wać? Ja­kim spo­so­bem dla ta­kiej zmo­kłej ku­ry moż­na mieć sym­pa­tię?

— Cóż dziw­ne­go, mo­ja Iziu! Zna­ją się od bar­dzo daw­na.

Pa­ni Ja­nu­aro­wa aż piąst­ki ści­snę­ła z obu­rze­nia.

— Głup­stwa ple­ciesz, mo­ja Idal­ciu! Zna­ją się! Po­mię­dzy czło­wie­kiem z ta­kim sta­no­wi­skiem jak on a ta­ką pchłą jak ona nie mo­że być żad­nej praw­dzi­wej zna­jo­mo­ści. Gło­wą kiw­nąć to już mu­si, bo prze­cież i ona jest ni­by to ko­bie­tą, ale zresz­tą i spoj­rzeć mu na nią nie war­to!

Spo­glą­dał jed­nak i cza­sem, gdy oczy je­go po­mi­mo nie­pierw­szej mło­do­ści peł­ne bla­sku i głę­bi spo­czy­wa­ły na de­li­kat­nym owa­lu jej twa­rzy, któ­re­mu gład­kie pa­sma czar­nych wło­sów do­da­wa­ły jesz­cze bla­do­ści i ci­szy, uka­zy­wał się w nich wy­raz me­dy­ta­cji, peł­nej do­bro­ci, li­to­ści i smut­ku.

Raz w cza­sie byt­no­ści pa­na Dor­szy w Dwor­kach pa­ni Ja­nu­aro­wa wbrew zwy­cza­jo­wi swe­mu w obec­no­ści je­go do kart za­sia­dła. Tak się ja­koś zło­ży­ło, że mu­sia­ła to uczy­nić. Gość nie gra­ją­cy w kar­ty roz­ma­wiał z mło­dziut­kim sy­nem pa­na Ja­nu­are­go i młod­szą z dwóch có­rek, bo star­sza już od ra­zu z upodo­ba­niem gry­wa­ła w win­ta. Po upły­wie ja­kie­goś kwa­dran­sa pa­ni Ja­nu­aro­wa nie­spo­koj­nie obej­rza­ła się po sa­lo­nie i sie­dzą­ce­go przy oknie pa­sier­ba z ży­wo­ścią za­py­ta­ła:

— A gdzie pan Dor­sza?

Stu­dent spoj­rzał w okno i od­po­wie­dział:

— Z cio­cią Ró­żą w kasz­ta­no­wej alei cho­dzi i roz­ma­wia.

By­ło to na wio­snę. Kwiet­nio­we słoń­ce osu­szy­ło zie­mię, tra­wy zie­lo­ną szczot­ką do­by­wa­ły się na ca­łej prze­strze­ni ogro­du, któ­re­go wspa­nia­łe ale­je za­czy­na­ły zie­le­nić się od roz­wie­ra­ją­cych się pą­ków i mło­dych list­ków. Przy pierw­szej spo­sob­no­ści zbli­ży­łem się do okna i zo­ba­czy­łem istot­nie pa­rę lu­dzi z wol­na prze­cha­dza­ją­cych się po jed­nej z alei. Z po­wo­du od­le­gło­ści nie do­strze­głem ani ge­stów ich, ani wy­ra­zu twa­rzy, tyl­ko za bla­do­zie­lo­ną ko­ron­ką ga­łę­zi wi­dzia­łem, jak obok wy­so­kiej, sil­nej po­sta­ci pa­na Se­we­ry­na na kształt wą­tłe­go cie­nia prze­su­wa­ła się sza­ra su­kien­ka pan­ny Ró­ży.

Pa­ni Ja­nu­aro­wa ode­zwa­ła się do mę­ża:

— Ja­nu­siu, za­dzwoń!

A do lo­ka­ja, któ­ry dzwon­kiem przy­wo­ła­ny wszedł na­tych­miast, rze­kła:

— Po­wiedz pan­nie Ró­ży, że­by ka­za­ła pod­wie­czo­rek po­da­wać.

Zwy­kła pod­wie­czor­ko­wa po­ra jesz­cze nie by­ła na­de­szła, ale go­ścin­na pa­ni do­mu za­trosz­czy­ła się wi­dać, aby go­ście nie uczu­li się głod­ni. Nie­ba­wem też do sa­lo­nu wszedł pan Se­we­ryn, tro­chę chmur­ny, a jed­no­cze­śnie po­wóz je­go za­je­chał przed okna do­mu.

— Pan już od­jeż­dża! — za­wo­ła­ła pa­ni Ja­nu­aro­wa wi­docz­nie zal­te­ro­wa­na.

Po­mi­mo próśb oboj­ga go­spo­dar­stwa do­mu na pod­wie­czor­ku na­wet nie chciał po­zo­stać i — od­je­chał. Nie by­łoż wi­docz­ne, że przy­jeż­dżał tyl­ko dla­te­go, aby z tą sta­rą pan­ną o czymś po­mó­wić? Ona zaś, gdy­śmy do sa­li ja­dal­nej we­szli, koń­czy­ła coś na sto­le usta­wiać; spo­strze­głem, że szczu­płe rę­ce jej drża­ły i na bla­dych po­licz­kach mia­ła sła­be ru­mień­ce. Ale ni­g­dy nie za­po­mnę wy­ra­zu oczu pa­ni Ja­nu­aro­wej, gdy ogar­nia­ła spoj­rze­niem tę po­chy­lo­ną nad sto­łem gło­wę. Ża­rzy­ły się te błę­kit­ne i za­zwy­czaj tro­chę sen­ne oczy, pie­kły, gry­zły, nie­na­wi­dzi­ły. Przed­tem już w drzwiach ja­dal­ni szep­nę­ła do Idal­ci:

— Pan Dor­sza ślicz­nie so­bie przy­ja­ciół­kę do­brał! Bar­dzo sto­sow­na pa­ra! Sym­pa­tia umiesz­czo­na bar­dzo wła­ści­wie i... szczę­śli­wie!

Sia­da­jąc do sto­łu, gło­śno ode­zwa­ła się do mę­ża:

— Ja­nu­siu, wiesz o no­wi­nie? Pan Se­we­ryn Dor­sza oświad­czył się dziś o rę­kę pan­ny Ró­ży!

Nasz po­czci­wy pan Ja­nu­ary wy­trzesz­czył zra­zu swo­je wy­pu­kłe, spło­wia­łe oczy; lecz chcąc za­słu­żyć się żo­nie od dość daw­na na­dą­sa­nej i dla nie­go zo­bo­jęt­nia­łej w ton jej ude­rzył.

— A win­szu­ję! — w spo­sób żar­to­bli­wy mó­wić za­czął — win­szu­ję ku­zyn­ce! Bar­dzo rad je­stem! Na­resz­cie! No, już i po­ra! Kie­dyż we­se­le?

Jak­by na da­ne ha­sło, ze­wsząd po­sy­pa­ły się żar­ty. Zyg­muś przy­sko­czył i piesz­czo­tli­wie pan­nę Ró­żę obej­mu­jąc wo­łał:

— Za­tań­czy cio­cia ze mną na swo­im we­se­lu wal­czy­ka? A mo­że te­raz spró­bu­je­my... dla wpra­wy!

Star­sza z pa­nie­nek śmia­ła się:

— Ciot­ka nam mło­dym świet­ną par­tię od­bie­ra!

Sio­stra pa­ni Ja­nu­aro­wej, nie­zła na­wet ko­bie­ci­na, ale za­wsze cze­goś dla sie­bie i mnó­stwa dzie­ci swo­ich od Izi po­trze­bu­ją­ca, z cie­niut­kim śmiesz­kiem wo­ła­ła:

— No, pa­nien­ki, nie de­spe­ruj­cie ni­g­dy! Wi­dzi­cie, że i do stu lat nie trze­ba jesz­cze tra­cić na­dziei!

A mąż jej gru­bym ba­sem i ohyd­ną fran­cusz­czy­zną hu­czał:

Mie wo tard ke ja­ma­is! Sza­kiun truf son sza­ken!

Pan Ja­nu­ary ucie­szo­ny ucie­chą żo­ny, któ­ra za­no­si­ła się od śmie­chu, tro­chę ga­pio­wa­to, bo bez rze­czy­wi­stej ocho­ty za­py­ty­wał:

— Jak­że to by­ło? Jak­że to by­ło?

— Jak by­ło? — po­wtó­rzy­ła pa­ni Ja­nu­aro­wa i ślicz­ny­mi rącz­ka­mi od­po­wied­nie ge­sty ro­biąc pra­wi­ła:

— Po­etycz­nie, ide­al­nie... o za­cho­dzie słoń­ca, w kasz­ta­no­wej alei... po­mię­dzy mło­dy­mi list­ka­mi prze­cha­dza­ła się mło­da pa­ra...

— Mło­da, to praw­da! Il fo ke la że­nes se pas!

— Że­by tyl­ko od te­go wie­czor­ne­go spa­ce­ru ka­ta­rów nie po­do­sta­wa­li!

— Fi! Ka­tar i mi­łość! Nie­do­bra­na pa­ra!

— I po­mię­dzy ludź­mi by­wa­ją pa­ry nie­do­bra­ne!

Jak Bo­ga ko­cham, ani ja, ani sio­stra mo­ja Idal­cia, nie na­le­że­li­śmy do te­go chó­ru. Co za ocho­ta ni z te­go, ni z owe­go, tak na ko­goś na­pa­dać! Przy tym wi­dzia­łem do­brze, jak pan­na Ró­ża przy pierw­szym ode­zwa­niu się pa­ni Ja­nu­aro­wej pod­nio­sła na nią oczy ogrom­nie prze­lęk­nio­ne. Nie ro­zu­mia­łem, co mo­gło być przy­czy­ną tak sil­ne­go prze­stra­chu, ale ja­koś żal mi się jej zro­bi­ło. Po­tem, gdy prze­ko­na­ła się, że są to je­dy­nie żar­ty, oczy­ma tyl­ko spod dłu­giej rzę­sy bły­snę­ła, za­ru­mie­ni­ła się bar­dzo moc­no i wnet uspo­ko­jo­na po­czę­ła ukła­dać w ko­szy­ku ciast­ka, któ­re Zyg­muś, do tań­ca ją ni­by po­ry­wa­jąc, roz­sy­pał. W tym bły­sku oka i w tym ru­mień­cu wy­strze­lił na świat gniew, lecz wnet po­wścią­gnię­ty znik­nął, zo­sta­wia­jąc tyl­ko po so­bie na spo­koj­nie za­mknię­tych ustach uśmiech bar­dzo za­gad­ko­wy. Moż­na by mnie­mać, że śmia­ła się w du­chu z tych, któ­rzy się z niej wy­śmie­wa­li: jed­nak za­ra­zem i cier­pia­ła. Po­wie­ki jej drga­ły, jak by­wa za­wsze, gdy ktoś z ca­łej si­ły po­wstrzy­mu­je się od pła­czu.

— Czy wi­dzą pań­stwo, ja­ka łu­na na nie­bie? Po­żar czy co? — za­wo­ła­łem wska­zu­jąc na okno.

Idal­cia zro­zu­mia­ła mój za­miar i do okna sko­czy­ła.

— Czy nie Ko­zioł­ki pa­nu pa­lą się, pa­nie Ja­nu­ary?

Obo­je pań­stwo Ja­nu­aro­stwo by­li już u okna. Ko­zioł­ki by­ły ich fol­war­kiem o pa­rę wiorst od Dwor­ków od­le­głym. Po­wsta­ło za­mie­sza­nie, przy­glą­da­nie się nie­bu, sprzecz­ka i osta­tecz­ne prze­świad­cze­nie, że łu­na, któ­rą wzią­łem za od­blask po­ża­ru, by­ła tyl­ko wy­jąt­ko­wo ogni­stym od­bla­skiem za­cho­du słoń­ca. Żar­ty syp­nę­ły się z ko­lei na mnie. W ogó­le w Dwor­kach pa­no­wa­ło upodo­ba­nie czy mo­da wy­bie­ra­nia ko­go­kol­wiek z obec­nych za cel żar­tów. Te­go lub owe­go, tę lub ową prze­śla­do­wa­no to za­ko­cha­niem się, to nie­umie­jęt­nym gra­niem w win­ta, to mło­do­ścią, to sta­ro­ścią, to zły­mi in­te­re­sa­mi ma­jąt­ko­wy­mi al­bo ser­co­wy­mi nie­po­wo­dze­nia­mi. Dow­ci­py strze­la­ły jak ra­kie­ty, śmie­chy to­czy­ły się jak ga­my. Pa­cjen­ci, chcąc nie chcąc, śmia­li się wraz z in­ny­mi, oczy­ma i my­ślą po­szu­ku­jąc wśród ota­cza­ją­cych, ko­go by tu co naj­prę­dzej na na­stęp­cę swe­go wy­kie­ro­wać. I nic dziw­ne­go. Do­bro­byt, pa­nie mój do­bro­dzie­ju, kom­plet­ny, cza­su wol­ne­go wła­ści­wie ty­le, ile go od ra­na do no­cy upły­wa i to­wa­rzy­stwo do­mo­we, oprócz go­ści pra­wie cią­głych, dość licz­ne.

Zyg­muś był ład­nym, zgrab­nym chło­pa­kiem, tro­chę za­nad­to przez oj­ca i ma­co­chę roz­piesz­czo­nym, bo pa­ni Ja­nu­aro­wa przed in­ny­mi dzieć­mi go fa­wo­ry­zo­wa­ła i z je­go przy­czy­ny wpa­da­ła na­wet cza­sem w fik­cję czy w czu­ło­ści. Nie na­le­ży jed­nak przy­pusz­czać, aby tu by­ło coś po­dob­ne­go do hi­sto­rii Fe­dry i Hi­po­li­ta. Broń Bo­że! Na­sza pa­ni Ja­nu­aro­wa by­ła zbyt roz­sąd­na, aby aż ta­kie awan­tu­ry grec­kie wy­pra­wiać. Tyl­ko mia­ła do Zyg­mu­sia sła­bość, a kie­dy ko­bie­ta ma do ko­go sła­bość, to, pa­nie do­bro­dzie­ju, zwiń cho­rą­giew­kę z za­py­ta­nia­mi: a za co? a dla­cze­go? a do cze­go dą­ży? itd. Ma sła­bość i kwi­ta: więc pie­ści, lu­la, czym tyl­ko mo­że, osy­pu­je, wy­chwa­la, a jak osta­tecz­nie ga­ga­tek na tym wyj­dzie, gło­wy so­bie tym na za­wra­ca. Co się ty­czy pe­da­go­gi­ki, to moż­na po­wie­dzieć, że na­szej ko­cha­nej pa­ni Ja­nu­aro­wej ona w gło­wie na­wet nie po­sta­ła; więc wciąż dud­ni­ła mę­żo­wi nad uchem; „daj Zyg­mu­sio­wi pie­nię­dzy! po­ślij Zyg­mu­sio­wi wię­cej pie­nię­dzy!” A gdy uczeń, po­tem stu­dent do do­mu przy­jeż­dżał, wy­my­śla­ła dla nie­go róż­ne przy­smacz­ki, za­baw­ki, siur­pryz­ki. Zyg­muś zaś jak każ­dy grzesz­ny czło­wiek smacz­ne ką­ski ży­cia z na­tu­ry już lu­bią­cy, przy tym ży­wy, wraż­li­wy, umi­zgal­ski, do na­uk zdol­ny, lecz i do za­ba­wy sko­ry, peł­ny­mi noz­drza­mi wcią­gał w sie­bie roz­kosz­ną at­mos­fe­rę do­mo­wą i wy­jeż­dża­jąc do szkół, po­tem do uni­wer­sy­te­tu, brał z so­bą tak znacz­ny jej za­pas, że czym in­nym ży­wić się już ocho­ty mu nie do­sta­wa­ło. Otóż w grun­cie rze­czy, nie moż­na po­wie­dzieć, aby ten mi­ły pu­stak nie lu­bił pan­ny Ró­ży, któ­ra go w cza­sie wdo­wień­stwa pa­na Ja­nu­are­go i po­tem jesz­cze ho­do­wa­ła i pie­ści­ła. Ow­szem, pod­bie­ży cza­sem do niej, piesz­czo­tli­wie w oczy spoj­rzy, kil­ka słów uprzej­mych prze­mó­wi; tyl­ko że w dłuż­sze roz­mo­wy z nią to się nie wda­je, bo ma­co­cha nie lu­bi­ła­by te­go: i ja­kąż przy­jem­ność ta­kie­mu mło­dzień­co­wi roz­mo­wa z ta­ką sta­rą pan­ną spra­wić by mo­gła? Raz kwia­tek ja­kiś, któ­ry w rę­ku trzy­mał, do sza­re­go sta­ni­ka jej przy­piął i wy­chwa­lać za­czął, że bar­dzo jej z kwiat­kiem tym do twa­rzy. Wszy­scy w śmiech! Na­tu­ral­nie, bo czyż jej co­kol­wiek mo­gło już być do twa­rzy! In­nym ra­zem, gdy za­ję­ta przy­rzą­dza­niem sa­ła­ty sta­ła ple­ca­mi do ca­łe­go to­wa­rzy­stwa ob­ró­co­na, za­kradł się i zręcz­nie pa­rę szpi­lek z wło­sów jej wy­cią­gnął. Wte­dy sta­ło się coś oso­bli­we­go. Cud­ne to by­ły wło­sy. Gdzie­nie­gdzie wi­ła się w nich nić srebr­na, zresz­tą czar­ne jak atra­ment, gę­ste i bar­dzo dłu­gie roz­sy­pa­ły się po ple­cach, spa­dły po­ni­żej ko­lan i ca­łą tę wą­tłą, sza­rą po­stać okry­ły lśnią­cym płasz­czem atła­so­wym. Po­sia­dacz­ka tych cu­dów obej­rza­ła się zra­zu z prze­stra­chem; po­tem błysk gnie­wu prze­mknął po ciem­nych źre­ni­cach i za­raz zgasł, ru­mie­niec wy­try­snął na chu­de po­licz­ki i za­raz znik­nął; po­śpiesz­nym ru­chem w obie dło­nie wło­sy zgar­nę­ła, z ty­łu gło­wy w wę­zeł skrę­ci­ła, szpil­ka­mi, któ­re Zyg­muś jej zwró­cił, przy­pię­ła i ze spo­koj­nie po­chy­lo­ną gło­wą sa­ła­tę przy­pra­wiać koń­czy­ła. A do­ko­ła sto­łu śmiech ogól­ny.

— Je­zus, Ma­ria, że­by aż ty­le wło­sów na gło­wie no­sić! Czyż to war­to, kie­dy ich nikt nie wi­dzi?

Istot­nie, ni­ko­mu do­tąd do gło­wy nie przy­szło zwró­cić uwa­gę na to, ja­kie pan­na Ró­ża ma wło­sy.

— Po co cio­ci ta­kie wło­sy? — szcze­bio­ta­ła star­sza z pa­nie­nek, pan­na Ka­mi­la. — Niech cio­cia mnie je od­da: to przy­naj­mniej zda­dzą się na co­kol­wiek!

— Chęt­nie, mo­ja Ka­mil­ko, uczy­ni­ła­bym to, gdy­bym mo­gła — obo­jęt­nie od­po­wia­da­ła pan­na Ró­ża sia­da­jąc na swo­im ostat­nim miej­scu przy sto­le.

— O, co w to, to ni­g­dy nie uwie­rzę! — za­wo­ła­ła pa­ni Ja­nu­aro­wa. — Nikt nie roz­sta­je się chęt­nie z pa­miąt­ka­mi daw­nych cza­sów!

A szwa­gier, nasz dow­cip­ny i za­rów­no we­so­ły pan Fau­styn, fi­glar­nie ku pan­nie Ró­ży mru­ga­jąc i zna­czą­co chrzą­ka­jąc pod­jął:

— Chy­ba kto­ściś... kto­ściś... hm, hm, co to ja wiem, a pan­na Ró­ża ro­zu­mie, dłu­gich wło­sów u ko­biet nie lu­bi. W ta­kim ra­zie trze­ba je ostrzyc, trze­ba, bo le­piej mieć pięk­ne­go mę­ża niż pięk­ne wło­sy.

Ten sam pan, nie naj­gor­szy na­wet człe­czy­na, tyl­ko ta­ki so­bie to­tum­fac­ki, któ­ry czę­sto na dwo­rze kró­lo­wej sio­stry prze­by­wa­jąc i od szwa­gra po­ży­czek pie­nięż­nych po­trze­bu­jąc, rad był choć fa­ce­cja­mi wy­wdzię­czać się do­bro­dzie­jom, gdy wszy­scy przy sto­le sie­dzie­li, przy­szedł z ogro­du z prze­kwi­tłą, na wpół już z li­ści opa­dłą ró­żą w pal­cach. W gra­na­to­wej ma­ry­nar­ce i bia­łym mu­śli­no­wym halsz­tu­chu, tro­chę si­wy, tro­chę ły­sy, z okrą­głą twa­rzą, moc­no od upa­łu za­czer­wie­nio­ną, prze­szedł wzdłuż ca­łą sa­lę ja­dal­ną i ra­zem ze zwię­dłym, zżół­kłym kwia­tem przed ta­le­rzem pan­ny Ró­ży w szklan­ce umie­ścił. Przy tym z po­ciesz­nym dy­giem i umi­zgiem rzekł:

Ski se re­sampl, s’asampl!

Wszy­scy w śmiech! W jej źre­ni­cach zno­wu błysk na­gły, szyb­ko pod spusz­czo­ny­mi po­wie­ka­mi ukry­ty.

Z grzecz­no­ścią ko­bie­ty przyj­mu­ją­cej od męż­czy­zny drob­ną przy­słu­gę od­po­wie­dzia­ła:

— Dzię­ku­ję pa­nu.

Do­ko­ła zno­wu śmiech.

— Że­by tak bar­dzo by­ło za co dzię­ko­wać, to nie po­wiem!

— Je­że­li cio­cia ży­czy so­bie, to ja po obie­dzie ca­ły bu­kiet ta­kich kwia­tów cio­ci przy­nio­sę!

— Przy­nieś i po­staw przed por­tre­tem Mic­kie­wi­cza.

— Al­bo le­piej przed szaf­ką z książ­ka­mi!

Por­tret jak por­tret, ucho­dził jesz­cze, bo po­mi­mo roz­sąd­nej at­mos­fe­ry dom ten na­peł­nia­ją­cej, tak wiel­kie­go imie­nia do żar­tów uży­wać nikt nie miał ocho­ty ani mo­że śmia­ło­ści; lecz szaf­ka z książ­ka­mi da­wa­ła te­mat do wie­lu fa­ce­cji. Po­wia­da­no, że by­ła wy­pcha­na po­ezja­mi na ca­ły po­kój pach­ną­cy­mi.

— Wcho­dzę do po­ko­ju pan­ny Ró­ży — opo­wia­da pa­ni Ja­nu­aro­wa — co­ściś pach­nie! Co to? Kon­wa­lie, mirt, ana­nas...

— Ty­mia­nek, li­lia, hia­cyn­ty — pod­po­wia­da ktoś bie­glej­szy w no­men­kla­tu­rze bo­ta­nicz­nej.

— Ja­kiś bar­dzo sta­ro­świec­ki za­pach! Co by to mo­gło być? Szu­kam i prze­ko­nu­ję się, że to przez szcze­li­ny szaf­ki tak pach­nie — po­ezja!

Cza­sem za­py­ty­wa­no pan­nę Ró­żę, czy dla­te­go ma za­czer­wie­nio­ne oczy, że póź­no w noc czy­ta­ła po­ezję. Ile­kroć pa­ni Ja­nu­aro­wa uczu­ła się nie­za­do­wo­lo­na z ja­kie­go szcze­gó­łu go­spo­dar­skie­go, ze wzru­sze­niem ra­mion i swo­im ład­nym gry­ma­si­kiem ma­wia­ła:

— To po­ezje te­mu win­ne!

Raz na­wet pan Ja­nu­ary, roz­gnie­waw­szy się za nie dość do­brze przy­rzą­dzo­ny pasz­tet do śnia­da­nia, ze spoj­rze­niem rzu­co­nym w stro­nę pan­ny Ró­ży krzyk­nął:

— A wszyst­ko to z po­wo­du tych po­ezji!

Raz też z po­wo­du tych po­ezji za­szła sce­na, o któ­rej wspo­mi­na­jąc ru­mie­nię się nie na twa­rzy, pro­szę pań­stwa, ale w du­szy. By­ło tak. W Dwor­kach oprócz do­mo­we­go to­wa­rzy­stwa znaj­do­wa­ły się tyl­ko czte­ry przy­jezd­ne oso­by: sio­stra pa­ni Ja­nu­aro­wej z mę­żem i ja z Idal­cią. By­li­śmy więc w swo­im kół­ku i za­uwa­ży­li­śmy, że na­sza ko­cha­na pa­ni Ja­nu­aro­wa czu­je się ja­koś bar­dzo nie­do­brze. Nie że­by by­ła — broń Bo­że — cho­ra: ow­szem, ni­g­dy zdro­wiej i świe­żej nie wy­glą­da­ła, ale ja­kaś iry­ta­cja, zły hu­mor, nie­ukon­ten­to­wa­nie ze wszyst­kich i ze wszyst­kie­go. Mę­ża raz po raz prze­strze­ga­ła; na pa­sier­bi­cę to już wprost co mo­ment fu­ka­ła; w win­ta gra­ła jak naj­go­rzej i za wła­sne omył­ki mnie bied­ne­mu pa­rę ra­zy po­rząd­nie gło­wę zmy­ła. Gdy­by nie usza­no­wa­nie na­leż­ne dla da­my z ta­kim sta­no­wi­skiem w świe­cie, tak ład­nej i go­ścin­nej, po­wie­dział­bym, że by­ła wście­kła. Mój Bo­że! Ta­ka ład­na, ma­jęt­na, roz­sąd­na ko­bie­ta i — wście­kłość! To po pro­stu ze­psu­ta li­nia! Szko­da, ale cóż ro­bić, sko­ro do­sko­na­le pro­stych li­nii po­mię­dzy ludź­mi zna­leźć nie­po­dob­na. Ścia­na bę­dzie pro­stą, drze­wo cza­sem bę­dzie pro­stym, dro­ży­na w ogro­dzie, gdy ją ogrod­nik pod sznur wy­tknie, pro­ściut­ko prze­rżnie mu­ra­wę. A czło­wiek — nie! Że­by tam nie wiem jak był roz­sąd­ny, za­sta­na­wia­ją­cy się, uni­ka­ją­cy fik­cji, za­wsze zna­leźć się mu­si coś ta­kie­go, co je­go li­nię w jed­ną lub dru­gą stro­nę wy­krzy­wi. A naj­wię­cej na­mięt­ność, naj­wię­cej, pa­nie do­bro­dzie­ju, na­mięt­ność... Tak i tu by­ło: wbi­ła so­bie ko­bie­ta ćwiek w gło­wę: te­go pa­na Se­we­ry­na, któ­ry jak nie przy­jeż­dżał, tak nie przy­jeż­dżał, i dru­gi jesz­cze ten, a to, że pan­na Ró­ża te­mu win­na, bo ją przed nim oga­da­ła... tam, wte­dy, po kasz­ta­no­wej alei z nim cho­dząc, osta­tecz­nie oga­da­ła. Przy tym Idal­cia szep­nę­ła mi przy spo­sob­no­ści, że Izi czu­ło­ści pa­na Ja­nu­are­go okrop­nie się już przy­krzą. — Czu­li się do mnie co­raz wię­cej — opo­wia­da­ła po­wier­ni­cy — a ja o tam­tym my­ślę! Więc mnie wszyst­kie zło­ści i de­spe­ra­cje ogar­nia­ją!

No, na­tu­ral­nie, ale z dru­giej stro­ny by­ło w tym tro­chę ko­bie­ce­go ma­rzy­ciel­stwa. Czu­ło­ści przy­krzą się? — Do­brze; a Dwor­ki z przy­le­gło­ścia­mi? Jak­kol­wiek bądź, póź­no w wie­czór po wie­cze­rzy, gdy­śmy skoń­czy­li ostat­nie­go na dziś ro­ber­ka, pa­ni Ja­nu­aro­wa od­da­li­ła się z sa­lo­nu i po kil­ku mi­nu­tach po­wró­ciw­szy ca­ła w ogniu i śmie­chu przed na­mi sta­nę­ła. Śmia­ła się, a z oczu i na­wet ze śmie­chu iskry sy­pać się zda­wa­ły.

— Chce­cie, pań­stwo, li­te­rat­kę zo­ba­czyć? Praw­dzi­wą li­te­rat­kę? Że­by jej nad uchem wy­strze­lić, nie usły­szy: ta­ka za­czy­ta­na! Dla­te­go to prze­ką­ski do­tąd nam nie po­da­no. Ko­me­dia! Chodź­cie pań­stwo, chodź­cie tyl­ko zo­ba­czyć.

Tak bar­dzo pro­si­ła, że­śmy wszy­scy wsta­li i po­szli. Pan Ja­nu­ary mruk­nął zra­zu:

— Daj­żeż po­kój tyl­ko! Co tam cie­ka­we­go?

Ale ona od­po­wie­dzia­ła:

— Mój Ja­nu­siu, tyl­koż bez tych ka­pry­sów!

Więc tak­że wstał i po­szedł. Prze­szli­śmy ja­dal­ną sa­lę, in­ny jesz­cze po­kój i in­ny jesz­cze, aż zna­leź­li­śmy się przed otwar­ty­mi drzwia­mi po­ko­ju pan­ny Ró­ży. — Nic oso­bli­we­go. Ścia­ny okle­jo­ne pstrym obi­ciem, łóż­ko bia­ło za­sła­ne pod ścia­ną, skrzyn­ka peł­na klu­czy na ko­mo­dzie, w kąt­ku oszklo­na szaf­ka z książ­ka­mi... ta sław­na! — i tyl­ko jed­na rzecz ude­rza­ją­ca: głę­bo­ka ci­sza. W tym do­mu gwar­nym, od ra­na do wie­czo­ra roz­le­ga­ją­cym się brzę­kiem szkła i ta­le­rzy, roz­mo­wa­mi, śmie­cha­mi, go­ścin­ny­mi po­wi­ta­nia­mi, win­to­wy­mi wy­krzyk­ni­ka­mi, po­kój ten wy­da­wał się oa­zą ta­kiej ci­szy, że sły­chać by­ło, jak za oknem sta­ra to­po­la w wie­trze noc­nym li­ść­mi sze­le­ści­ła. W tej ci­szy i w tym sze­le­ście jak raz na­prze­ciw drzwi, w któ­rych sta­nę­ła we­so­ła na­sza kom­pa­nia, wi­siał na ścia­nie spo­rej wiel­ko­ści por­tret Mic­kie­wi­cza i przy sto­le, w ła­god­nym od błę­kit­na­wej za­sło­ny świe­tle lam­py sie­dzia­ła pan­na Ró­ża. Pro­fi­lem ku nam zwró­co­na, z łok­ciem o stół opar­tym i czo­łem tro­chę na dłoń po­chy­lo­nym, oczy mia­ła utkwio­ne w le­żą­cej przed nią książ­ce. Drob­ne jej war­gi by­ły spo­koj­nie za­mknię­te, pro­fil z wy­pu­kło­ścią bla­dej ka­mei od­rzy­nał się na tle błę­kit­na­we­go świa­tła, któ­re po­głę­bia­ło czar­ność wło­sów i da­wa­ło srebr­ny po­łysk wi­ją­cym się wśród nich bia­łym ni­ciom. By­ła tak za­to­pio­na w czy­ta­niu, że na­dej­ścia i szep­tów na­szych zra­zu nie usły­sza­ła. Praw­da, że szep­ta­li­śmy bar­dzo po ci­chu.

— A co? Nie­praw­daż, że dla ma­la­rza mo­del na li­te­rat­kę!

— I ja­ką! O bo­żym świe­cie czy­ta­jąc za­po­mnia­ła!

— A ja­kie księ­ży­co­we świa­tło u sie­bie urzą­dza!

— „Już księ­życ za­szedł, psy się uśpi­ły...”

— Tyl­ko że „Fi­lon” to już pew­nie ża­den nie kla­śnie za bo­rem!

— Kto wie! Ja mo­że coś w tym ro­dza­ju wiem!

— Cie­ka­wość, co ona ta­kie­go czy­ta?

— Pew­no coś czu­łe­go!

— „Ma­rio, czy ty mię ko­chasz, bo masz ta­ką po­stać!...”

— A mo­że Dar­wi­na o po­cho­dze­niu czło­wie­ka od mał­py?...

Au­to­rem ostat­nie­go kon­cep­tu był szwa­gier pa­ni Ja­nu­aro­wej, któ­ra par­sk­nę­ła śmie­chem; ktoś in­ny za­śmiał się też gło­śno. Wte­dy do­pie­ro pan­na Ró­ża, jak ze snu obu­dzo­na, drgnę­ła, ku nam twarz ob­ró­ci­ła, a uj­rzaw­szy trzód­kę ba­ra­nów we drzwiach stło­czo­ną, szyb­ko z krze­sła po­wsta­ła.

— Czy cze­go trze­ba?

— Ni­cze­go, ni­cze­go nam nie trze­ba! Je­ste­śmy tyl­ko za­cie­ka­wie­ni: w czym pan­na Ró­ża tak głę­bo­ko się za­czy­tu­je?

— Czy to „Ma­ria” Mal­czew­skie­go?

— A mo­że „Adolf i Ma­ria, czy­li dwo­je ko­chan­ków nad brze­giem Dnie­stru?”

— Ej nie! Ciuń­dzie­wicz pew­no al­bo Ćwier­cia­kie­wi­czo­wa.

— Po co to ku­zyn­ka wiecz­nie w tych książ­kach sie­dzi i tyl­ko po­wód do żar­tów z sie­bie da­je! — mar­kot­nie za­ga­dał pan Ja­nu­ary.

Wszyst­ko to mó­wiąc, wtar­gnę­li do po­ko­ju i oto­czy­li ją ści­słym ko­łem. My tyl­ko z Idal­cią zo­sta­li­śmy we drzwiach i naj­bli­żej nas młod­sza z pa­nie­nek, Ma­ry­nia. Tam­ci zaś ga­da­li jak na­ję­ci:

— Pro­szę po­ka­zać, co pa­ni czy­ta!

— Pro­szę le­piej tro­chę nam gło­śno po­czy­tać!

— Do­bry pro­jekt! Niech pa­ni nas zbu­du­je, pan­no Ró­żo!

— Al­bo roz­rzew­ni...

Ona zra­zu, jak by­wa­ło zwy­kle w po­dob­nych wy­pad­kach, ob­la­ła się ru­mień­cem i bły­ska­wi­cą strze­li­ła z oka; lecz za­raz spo­koj­nie wzię­ła ze sto­łu otwar­tą książ­kę. Tyl­ko na cien­kich war­gach mia­ła le­d­wie do­strze­gal­ny, cie­ka­wy uśmie­szek, któ­ry za­uwa­ży­łem nie­raz, a któ­ry zda­wał się li­to­ści­wie drwić z tych, co z niej drwi­li.

— Aha! prze­czy­ta nam pa­ni stro­nicz­kę o Adol­fie i Ma­rii...

— A mo­że o sztu­ce mię­sa z par­me­za­nem...

— Niech pań­stwo już ci­cho bę­dą! Słu­cha­my!

— Słu­cha­my! Słu­cha­my!

Z ta­kim lek­kim ukło­nem, z ja­kim za­zwy­czaj do­brze wy­cho­wa­na ko­bie­ta przy­sta­je na ob­ja­wio­ne jej żą­da­nie, Ró­ża rze­kła:

— Ow­szem. Je­że­li pań­stwu spra­wi to przy­jem­ność, prze­czy­tam.

I gło­sem zra­zu ci­chym, po­tem co­raz pew­niej­szym i na­bie­ra­ją­cym dźwię­ków wca­le mi­łych i do­bit­nych czy­tać za­czę­ła:

W To­bie ja sa­mym, Pa­nie, czło­wiek smut­ny,

Na­dzie­ję kła­dę; Ty racz o mnie ra­dzić.

Nie­przy­ja­ciel mój, ja­ko lew okrut­ny,

Szu­ka mej du­szy, aby ją mógł zgła­dzić...

Z je­go pasz­czę­ki, je­śli, o mój Bo­że

Ty sam nie wy­rwiesz, nikt mnie nie wspo­mo­że.

...Bo­że, przed któ­rym taj­ne być nie mo­gą

My­śli czło­wie­cze, w Twej sta­jąc obro­nie,

Przed żad­ną ni­g­dy nie uciek­nę trwo­gą,

Bo szcze­re ser­ce w Two­jej jest za­sło­nie.

O, spra­wie­dli­wy sę­dzio. Ty każ­de­go

Spraw­nie ob­dzie­lasz we­dle za­sług je­go...

Nie w ta­kim to ja po­rząd­ku po­wta­rzam, co czy­ta­ła i nie wszyst­ko, cho­ciaż po­tem psal­mu te­go pró­bo­wa­li­śmy obo­je z Idal­cią na pa­mięć się wy­uczyć, ale co pew­ne, to, że słu­cha­jąc, sta­li­śmy wszy­scy jak głą­by z gę­ba­mi po­otwie­ra­ny­mi. Bo jak­że! W po­ko­ju ci­cho tak, że sły­chać, jak za oknem to­po­la szu­mi, pa­rę gwiazd zło­tych z ciem­no­ści noc­nej przez szy­by za­glą­da, ze ścia­ny pa­trzy ob­li­cze Mic­kie­wi­cza, a w błę­kit­na­wym świe­tle ko­bie­ci­na wą­tła i de­li­kat­na, z wę­złem czar­nych wło­sów z ty­łu gło­wy, z książ­ką w obu rę­kach, co­raz śmie­lej i pięk­niej wy­le­wa z bla­dych ust nu­ty sło­wi­ka z Czar­no­la­su... Po­wia­dam pań­stwu, że fe­tę nam spra­wi­ła! Za­beł­ko­ta­li­śmy też coś ni w pięć, ni w dzie­więć, gdy umil­kła, i wy­nie­śli­śmy się do dal­szych po­koi. „Du­chom na­szym da­ła w twarz” i wy­nie­śli­śmy się skon­fu­do­wa­ni. Tyl­ko przy ogól­nym od­da­wa­niu „do­brej no­cy” pa­trzę ja, co to ta­kie­go? Zyg­muś i Ma­ry­nia ma­ją ja­kieś ta­kie dziw­ne oczy, omglo­ne i mar­kot­ne, ni to roz­ma­rzo­ne, ni to zmar­twio­ne.

A pan Ja­nu­ary tak, aby mał­żon­ka nie sły­sza­ła, do ucha mi szep­nął:

— To ja jej tę książ­kę na pa­miąt­kę po Bron­ku od­da­łem. Za­rę­cze­ni by­li... a jak­że! Świę­ta praw­da, że by­li ze so­bą za­rę­cze­ni, pra­wie od dzie­ciń­stwa ko­cha­li się! Szczę­ście ją omi­nę­ło i po­tem ni­g­dy się już z żad­nym nie spo­tka­ła.


*

Ow­szem, do­wie­dzie­li­śmy się nie­ba­wem, że się spo­tka­ła, tyl­ko... Ale niech­że wszyst­ko po ko­lei już opo­wiem.

Po owej roz­mo­wie z pan­ną Ró­żą pod kasz­ta­na­mi pan Se­we­ryn dłu­go do Dwor­ków nie przy­jeż­dżał. Wio­sna prze­szła, la­to na­stą­pi­ło, Zyg­muś od daw­na już na wa­ka­cje do do­mu przy­je­chał, a sza­now­ny są­siad, tak ocze­ki­wa­ny, przy­jeż­dżać ani my­ślał — wła­śnie mo­że z po­wo­du te­go ocze­ki­wa­nia, bo zbyt do­świad­czo­ny był i ro­zum­ny, aby nie spo­strzec w za­cho­wa­niu się pa­ni Ja­nu­aro­wej te­go lub owe­go szcze­gó­łu, z któ­rym — sro­gim, le­piej mó­wiąc, su­ro­wym bę­dąc — nie wie­dział­by, co czy­nić. Jed­nak pew­ne­go dnia na ko­niec przy­je­chał i trze­baż nie­szczę­ścia, wte­dy wła­śnie, kie­dy bied­na na­sza pa­ni Ja­nu­aro­wa by­ła zno­wu sil­nie zal­te­ro­wa­na, tym ra­zem ca­ło­dzien­ną nie­obec­no­ścią w do­mu pan­ny Ró­ży. Ta, z ra­na jesz­cze oznaj­mi­ła, że do wie­czo­ra w do­mu nie bę­dzie, klu­cze po­wie­rzy­ła Ma­ry­ni i gdzieś so­bie po­szła. Wszy­scy pa­mię­ta­li, że ta­kie ca­ło­dzien­ne wy­ciecz­ki zda­rza­ją się jej cza­sem; Ma­ry­nia utrzy­my­wa­ła, że raz na rok tyl­ko. Rząd­ca po­wie­dział, że spo­tkał się z pan­ną Ró­żą u brze­gu la­su, w któ­re­go głę­bi zni­kła mu z oczu, co usły­szaw­szy pan Ja­nu­ary sap­nął gło­śno, chrząk­nął nie­śmia­ło i do żo­ny rzekł:

— Daj po­kój, ryb­ko! Ja wiem, do­kąd ona po­szła... Niech zdro­wa spa­ce­ru uży­je! Wiel­ka rzecz, że tam raz na rok...

Żo­na mu prze­rwa­ła.

— Ja­nu­siu, tyl­ko bez te­go uj­mo­wa­nia się! Za­wsze uj­mu­jesz się za nią. Ta ko­bie­ta ma szczę­ście! Wszy­scy ko­cha­ją się w niej, mo­że i ty tak­że. Trze­ba tyl­ko by­ło pier­wej ser­ce zba­dać, w któ­rą stro­nę cią­gnie, a ja pew­no nie sta­nę­ła­bym do ry­wa­li­za­cji... z ta­ką! Wiesz, gdzie po­szła! I ja też wiem! Osiem lat już je­stem w Dwor­kach i co ro­ku tę sa­mą czu­łą hi­sto­rię sły­szę! Głup­stwo! Przy­po­mnia­ła so­bie bab­ka dzie­wic wie­czór! W jej wie­ku na­le­ża­ło­by już o tych wszyst­kich fik­cjach za­po­mnieć! Ca­ły bo­ży dzień dom bez go­spo­dy­ni, bo prze­cież Ka­mil­ka i Ma­ry­nia nie bę­dą po kuch­niach i spi­żar­niach la­tać, aże­by jesz­cze lu­dzie po­wie­dzie­li, że ma­co­cha je na dziew­ki fol­warcz­ne ob­ra­ca...

Ma­ry­nia za­uwa­ży­ła, że wszyst­ko jest za­dys­po­no­wa­ne i wy­da­ne i pa­ni Ja­nu­aro­wa za­raz na nią wpa­dła.

— Ty też bu­zię za cio­tecz­ką otwie­raj. Za­stą­pić ją mo­że po­tra­fisz? Do go­spo­dar­stwa du­żo ocho­ty za­wsze mia­łaś, praw­da? Haf­ci­ki ci w gło­wie, mu­zycz­ka, ka­wa­le­ro­wie, nie go­spo­dar­stwo! Ja też nie na­pę­dzam. Cóż? Ma­co­chą je­stem! Lu­dzie za­raz po­wie­dzą, że prze­śla­du­ję, gnę­bię. Ale cie­ka­wam, co zro­bisz, je­że­li kto z go­ści przy­je­dzie? Cio­tecz­ka po no­cach po­ezje czy­tu­je, a we dnie po la­sach się wa­łę­sa, ty zaś klu­cza­mi dzwo­nić tyl­ko umiesz. Niech­że kto z go­ści przy­je­dzie: zo­ba­czy­my, czy jak klu­cza­mi po­dzwo­nisz, wszyst­ko bę­dzie, jak po­trze­ba!

Jak raz przy­je­chał. I któż jesz­cze? Sam pan Se­we­ryn Dor­sza, któ­re­go dom po pań­sku urzą­dzo­ny skła­niał są­sia­dów do od­po­wied­nich w przyj­mo­wa­niu go wy­stę­pów. Te­raz już i pan Ja­nu­ary czuł się nie­za­do­wo­lo­ny, że pan­ny Ró­ży w do­mu nie ma. Wie­dział, że żo­na i cór­ki do ni­cze­go w go­spo­dar­stwie się nie mie­sza­ją, służ­ba bez do­zo­ru omył­ki po­peł­niać mo­że; a ta­kie rze­czy sta­no­wi­ły dla nie­go i w ogó­le w Dwor­kach kwe­stię nie­ma­łej, ow­szem, pierw­szo­rzęd­nej wa­gi. Ma­ry­nia przed za­pro­sze­niem do sto­łu tak gor­li­wie klu­cza­mi dzwo­ni­ła, że aż do ró­życz­ki mie­sięcz­nej sta­ła się po­dob­ną; jed­nak wy­star­cza­ło jed­ne­go rzu­tu oka, aby do­strzec, że me­lon był źle po­kra­ja­ny, fi­li­żan­ki do ka­wy nie ta­kie, jak po­trze­ba, świe­żo przy­ję­ty lo­kaj bez bia­łych rę­ka­wi­czek, mo­że i in­ne jesz­cze tym po­dob­ne rze­czy chy­bio­ne i nie­do­sko­na­łe. Pan Ja­nu­ary iry­ta­cję ukrył i tyl­ko gło­śniej niż zwy­kle sa­pał; ukry­ła­by za­pew­ne i pa­ni Ja­nu­aro­wa, gdy­by nie zna­le­zie­nie się sa­me­go pa­na Se­we­ry­na, w naj­wyż­szym stop­niu nie­sto­sow­ne. Za­le­d­wie do pod­wie­czor­ku za­siadł i wła­śnie w chwi­li, gdy ład­na go­spo­sia z pę­kiem gwoź­dzi­ków w zło­tych wło­sach i z naj­mil­szym uśmie­chem za­czę­ła czy­nić mu wy­rzu­ty, że tak dłu­go przy tym sto­le go nie wi­dy­wa­ła, spoj­rzał na pu­ste krze­sło pan­ny Ró­ży i za­py­tał:

— Jed­nej oso­by z to­wa­rzy­stwa pań­stwa nie wi­dzę. Mo­że cho­ra?

Zda­wać się mo­gło, że sil­nie za­nie­po­ko­jo­ny czuł się my­ślą, że mo­że być cho­ra i to wła­śnie na­szą tak roz­sąd­ną zwy­kle pa­nią Ja­nu­aro­wa z rów­no­wa­gi wy­trą­ci­ło. Po­ryw­czo i bez na­my­słu od­po­wie­dzia­ła:

— Gdzie tam! zdro­wa jak ry­ba, tyl­ko po­szła do la­su z nie­bosz­czy­kiem na­rze­czo­nym ro­man­so­wać.

Gdy­by by­ła chwi­lecz­kę na­my­śli­ła się, nie by­ła­by tych słów wy­rze­kła, bo prze­cież wie­dzia­ła, co, jak i przy kim mó­wić wy­pa­da, ale krew nie wo­da: iry­ta­cja! W iry­ta­cji na­tu­ra wła­ści­wa czło­wie­ko­wi wy­ska­ku­je z nie­go jak wilk z la­su. Pan Dor­sza skrzy­wił się, jak­by go coś we środ­ku ukłu­ło, bo gbu­ro­wa­to­ści wszel­kiej strasz­nie zno­sić nie mógł, a pan Ja­nu­ary, chcąc na­pra­wić nie­sto­sow­ne ode­zwa­nie się żo­ny, ubo­le­wa­ją­cym to­nem do są­sia­da prze­mó­wił:

— To smut­na hi­sto­ria... bar­dzo smut­na...

— Znam ją do­brze — od­po­wie­dział pan Se­we­ryn.

— Jest to rocz­ni­ca dnia, w któ­rym wszy­scy po­że­gna­li­śmy od­jeż­dża­ją­ce­go...

— Wiem o tym — od­rzekł zno­wu pan Se­we­ryn, co­raz bar­dziej za­sę­pio­ny i sztyw­nie­ją­cy.

Pa­nią Ja­nu­aro­wą ton ubo­le­wa­ją­cy mę­ża i sztyw­ność go­ścia jak szpil­ki kłu­ły. Jed­nak z wiel­ką sło­dy­czą w gło­sie prze­mó­wi­ła:

— Mój Ja­nu­siu, tak o tym mó­wisz, jak­by ten tra­gicz­ny wy­pa­dek za­szedł mie­siąc al­bo rok te­mu. Pan­na Ró­ża jest już tak... Dzia­ło się to tak daw­no...

Szwa­gier wpadł jej w mo­wę.

Le kier na pa de ryt!

A ja ośmie­li­łem się wy­ra­zić uwa­gę:

— Pa­mięć by­wa róż­na, pa­ni do­bro­dziej­ko; jed­ni pa­mię­ta­ją mie­siąc, rok, in­ni przez ca­łe ży­cie za­po­mnieć nie mo­gą.

Pa­ni Ja­nu­aro­wa, strza­łę mor­der­czą we mnie z ócz ci­ska­jąc, pręd­ko od­po­wie­dzia­ła:

— Szcze­gól­niej, je­śli nic in­ne­go do pa­mię­ci wpaść nie mo­gło!

— Ow­szem, tym ra­zem mo­gło — ode­zwał się zno­wu pan Se­we­ryn.

Pa­ni Ja­nu­aro­wa z praw­dzi­wie cza­ru­ją­cym uśmie­chem do nie­go prze­mó­wi­ła:

— Prze­cież od­kąd pan Bro­ni­sław od­je­chał, o pan­nę Ró­żę nikt się nie sta­rał i za mąż wyjść nie mo­gła.

— Ow­szem, mo­gła — po­wtó­rzył pan Dor­sza.

Ogrom­nie tym po­wie­dze­niem nas wszyst­kich za­dzi­wił, bo istot­nie o żad­nym kon­ku­ren­cie do rę­ki pan­ny Ró­ży nikt z nas ni­g­dy nie sły­szał. On zaś mil­czał chwi­lę, na­my­ślał się, a po­tem ły­żecz­kę od ka­wy na spodku po­ło­żył i tak po pro­stu, jak­by ko­mu dzień do­bry mó­wił, wy­po­wie­dział:

— Ja trzy ra­zy oświad­cza­łem się o rę­kę pan­ny Ró­ży i trzy ra­zy od­mo­wę otrzy­ma­łem.

— Je­zus, Ma­ria! — pod­ska­ku­jąc na krze­śle, jęk­nął pan Ja­nu­ary.

Pa­ni Ja­nu­aro­wa sta­ła się tak bia­ła jak ob­rus na sto­le; świe­że jej ru­mień­ce do kro­pel­ki z twa­rzy znik­nę­ły. A ten naj­zac­niej­szy (i naj­bo­gat­szy!) pan Dor­sza naj­zwy­czaj­niej­szym to­nem mó­wił da­lej:

— Mu­szę to pań­stwu opo­wie­dzieć, aby omył­kę usu­nąć. Pan­na Ró­ża mo­gła od lat wie­lu i dziś mo­gła­by, gdy­by chcia­ła, zo­stać mo­ją żo­ną i pa­nią do­mu w mo­im Tę­czo­wie. Nie chcia­ła i nie chce. Mo­że wia­do­mość o przy­czy­nach, któ­re jej wo­lą kie­ru­ją, opi­nię pań­stwa o niej po­pra­wi, w oczach pań­stwa ją pod­nie­sie, po­ło­że­nie, któ­re zaj­mu­je tu, po­lep­szy. O to mi idzie tyl­ko...

Do pa­na Ja­nu­are­go się ob­ró­cił:

— Pan do­bro­dziej przy­po­mi­na so­bie, że z bra­tem pań­skim, Bro­ni­sła­wem, ży­łem w przy­jaź­ni ser­decz­nej. Na­rze­czo­ną je­go zna­łem; po­do­ba­ła mi się, ale się w niej nie ko­cha­łem i ty­le tyl­ko, że­śmy sta­no­wi­li trój­kę przy­ja­ciół. By­ła to trój­ka ro­man­ty­ków. Mie­li­śmy wie­le wia­ry, mi­ło­ści i na­dziei; Bro­nek za nie gło­wą na­ło­żył, ja po­sze­dłem na dłu­go tu­łać się po sze­ro­kim świe­cie, pan­na Ró­ża zo­sta­ła sa­ma. Po­wró­ciw­szy z wę­drów­ki po­je­cha­łem za­raz do Dwor­ków, aby do­wie­dzieć się o lo­sach na­rze­czo­nej przy­ja­cie­la. By­ły one pod­ów­czas względ­nie do­bre. Z pierw­szą pa­nią te­go do­mu w przy­jaź­ni i har­mo­nii ży­ła i jak­kol­wiek przez to, co się sta­ło, przy­ćmio­na, by­ła jesz­cze świe­ża, kwit­ną­ca...

— Czy by­ła kie­dy­kol­wiek kwit­ną­ca? — za­py­ta­ła pa­ni Ja­nu­aro­wa z ci­cha, bo coś ją w gar­dle dła­wić za­czy­na­ło. Pan Dor­sza spo­koj­nie na nią pa­trząc po­wtó­rzył:

— By­ła ślicz­na. Nie ty­le mo­że do­sko­na­le pięk­na, ile peł­na wdzię­ku i ży­cia. By­ła ży­wa i we­so­ła. Pa­ni z trud­no­ścią te­mu wie­rzy? Praw­da; jest ona te­raz tyl­ko cie­niem sa­mej sie­bie. Ale nie­rzad­ko zda­rza się na świe­cie, że czło­wiek dłu­go idzie za sa­mym so­bą jak cień wier­ny i ciem­ny peł­znie w noc księ­ży­co­wą za we­so­łym i żwa­wym czło­wie­kiem. I by­wa, że gdy czło­wiek wła­ści­wie już prze­mi­nął, cień je­go dłu­go jesz­cze trwa. Ale w cza­sie, o któ­rym mó­wię, pan­na Ró­ża znaj­do­wa­ła się w kwie­cie mło­do­ści, a mło­dość to ta­ki ptak, któ­ry zza naj­grub­szych chmur jesz­cze słoń­ca do­pa­trzy i choć z oło­wiem na skrzy­dłach — jesz­cze ku nie­mu wzbi­jać się pró­bu­je. Uśmiech­nę­ła się do mnie myśl wspól­ne­go z tą ko­bie­tą roz­pę­dze­nia chmur i wzbi­ja­nia się ku słoń­cu. Po­ko­cha­łem ją i w siód­mą rocz­ni­cę od­jaz­du Bro­ni­sła­wa, na tym miej­scu, na któ­rym ostat­ni raz go po­że­gna­ła — na któ­rym dziś znaj­du­je się za­pew­ne — po­wie­dzia­łem jej, że uczy­ni mnie nie­wy­po­wie­dzia­nie szczę­śli­wym, je­że­li ze­chce zo­stać mo­ją żo­ną.

— I cóż! I cóż? — za­py­ty­wa­ły do­ko­ła sto­łu gło­sy le­d­wie dy­szą­ce od zdzi­wie­nia i cie­ka­wo­ści, a pan Se­we­ryn to­nem zwy­czaj­ne­go opo­wia­da­nia mó­wił da­lej:

— Od­mó­wi­ła. Pła­ka­ła, dzię­ko­wa­ła mi za do­bre dla niej uczu­cia i chę­ci, ale wciąż po­wta­rza­ła: „Nie mo­gę! Tak ko­cham go jesz­cze, tak nie­ustan­nie stoi mi on przed oczy­ma... tak ko­cham go, że nie mo­gę!” Po­tem jesz­cze do­da­ła: „tak mi go żal, tak mi go żal”. I mó­wiąc to pła­ka­ła tak cięż­ko, jak­by łzy z mę­ką nie­zmier­ną do­by­wa­ły się z sa­me­go dna jej ser­ca... Od­mó­wi­ła.

Spusz­czo­ny­mi po­wie­ka­mi wzru­sze­nie źre­nic okry­wa­jąc, nie tyl­ko spo­koj­ny, ale tro­chę sztyw­ny, pan Se­we­ryn do pa­na Ja­nu­are­go zno­wu mo­wę zwró­cił:

— A po raz dru­gi zda­rzy­ło się to wów­czas, gdy wieść mnie do­szła, że pan do­bro­dziej w po­wtór­ne związ­ki mał­żeń­skie wstą­pić za­mie­rza. By­li­śmy już obo­je, ja i pan­na Ró­ża, da­le­ko star­si, lecz jesz­cze nie sta­rzy. Ja mia­łem lat czter­dzie­ści pa­rę, a ona trzy­dzie­ści kil­ka. Przy­je­cha­łem, zna­la­złem ją przy­go­to­wu­ją­cą dom na przy­ję­cie no­wej je­go pa­ni i w ogro­dzie po­wtó­rzy­łem to, co przed kil­ku la­ty mó­wi­łem w le­sie. Przy­chyl­nej od­po­wie­dzi pra­gną­łem nie mniej niż przed­tem: ow­szem, za­pew­ne sil­niej, bo słoń­ce me­go ży­cia prze­szło już punkt po­łu­dnio­wy i rzu­cać za­czę­ło na świat smu­gi me­lan­cho­lij­ne; czu­łem za­la­tu­ją­cy po­wiew wie­czo­ru; tkwi­ło we mnie głę­bo­kie i nie­po­zby­te pra­gnie­nie stwo­rze­nia przed no­cą dla sie­bie i dla niej ci­chej i cie­płej przy­sta­ni. By­li­śmy zresz­tą w wie­ku naj­le­piej sprzy­ja­ją­cym ener­gicz­nej, wspól­nej pra­cy, a tak­że tym uczu­ciom, któ­re głę­bią i twar­do­ścią wy­na­gra­dza­ją to, co im z za­pa­łu mło­dzień­cze­go ubyć mo­gło. Wszyst­ko to przed­sta­wi­łem pan­nie Ró­ży i tym ra­zem, śmiem po­chle­biać so­bie, że sło­wa mo­je ją wzru­szy­ły. Zda­wa­ło mi się, że był mo­ment, w któ­rym wy­ra­zy zgo­dze­nia się na mo­ją proś­bę roz­le­ga­ły się w jej ser­cu i prze­mo­cą na usta wy­biec chcia­ły. Nie wy­mó­wi­ła ich jed­nak: pro­si­ła o pa­rę dni do na­my­słu. Po dwóch dniach przy­je­cha­łem zno­wu: zna­la­złem ją mi­zer­ną, po­bla­dłą, tak wy­glą­da­ją­cą, jak­by z cięż­kiej cho­ro­by po­wsta­ła. Ale gdy o de­cy­zję ją za­py­ta­łem, wzrok jej bła­gał mnie o prze­ba­cze­nie, a gło­wą prze­czą­co wstrzą­sa­ła, dłu­go mó­wić nie mo­gąc. Po­tem mó­wi­ła, że gdy­by Bro­nek umarł był w spo­sób zwy­czaj­ny, to mo­że... ale tak!... ale tak!... „Je­mu śmierć przed­wcze­sna i mę­czeń­ska, a mnie ży­cie szczę­śli­we: cóż to za spra­wie­dli­wość! Nie mo­gę! To mój świę­ty! Nie od­stą­pię go na­wet dla naj­lep­sze­go z lu­dzi”. By­ło to już coś in­ne­go niż wprzó­dy. Ob­lu­bie­niec na­mięt­nie ko­cha­ny uległ me­ta­mor­fo­zie, fa­le tę­sk­not i my­śli prze­kształ­ci­ły go w świę­te­go, a du­sza umie­ją­ca czcić i ro­zu­mieć świę­tość nie chcia­ła wy­rzu­cić jej z sie­bie w za­mian ziem­skie­go szczę­ścia, któ­re­go jed­nak pra­gnę­ła. Z umar­ły­mi wal­czyć trud­no. Od­je­cha­łem zwy­cię­żo­ny.

Nie­po­dob­na mi na­wet wy­obra­zić so­bie, ja­ką mi­nę mieć mo­głem, wszyst­kie­go te­go słu­cha­jąc, to tyl­ko wiem, że ze trzy ra­zy chust­kę do no­sa z kie­sze­ni wyj­mo­wa­łem. Co scho­wam, to zno­wu po­trzeb­na. Pa­trzę, aż u te­go pu­sta­ka Zyg­mu­sia źre­ni­ce jak zza szy­bek po­mię­dzy po­wie­ki wsta­wio­nych prze­glą­da­ją, koń­czyk wą­si­ka w pal­cach krę­ci, wy­pro­sto­wa­ny jak stru­na i zza szy­bek szkla­nych, któ­re nie­ru­cho­mo w oczach sto­ją, w pa­na Dor­szę jak w tę­czę się wpa­tru­je. On też nie wiem dla ja­kiej przy­czy­ny do Zyg­mu­sia i do mnie te­raz mo­wę zwró­cił i ci­szej niż przed­tem do­dał:

— Bo­ha­ter­stwem du­szę jej pod­bił na za­wsze. W au­re­oli świę­te­go przed nią stał i jak wier­ny od oł­ta­rza, od ob­ra­zu te­go ode­rwać się nie mo­gła.

— Wier­na! — po­mi­mo wo­li wy­mó­wi­łem.

— Tak, ale na wszyst­ko jest pew­na mia­ra. Si­ła ser­ca, któ­re pa­mię­ta i cier­pi, wy­czer­pa­na być mo­że. Osiem lat zno­wu mi­nę­ło. Wie­czór za­pa­dać po­czął. Czas wrzy­na się w czło­wie­ka jak pi­ła w miąższ drze­wa...

Zwró­cił się do pa­na Fau­sty­na:

— Pan do­bro­dziej się my­li: Le co­eur a par­fo­is des ri­des.

Pan Fau­styn ze zmie­sza­niem aż za­krę­cił się na krze­śle.

— Ja... pa­nie do­bro­dzie­ju, po­wie­dzia­łem to tyl­ko tak so­bie... an pa­ran­tesss!

A pan Dor­sza zno­wu głów­nie do mnie i do Zyg­mu­sia mó­wić za­czął:

— Ale cza­sem ser­ce zmę­czo­ne wię­cej jesz­cze sło­dy­czy i uko­je­nia pra­gnie ani­że­li świe­że. A cóż mo­że być słod­sze nad oto­cze­nie ko­bie­ty do­brej i ko­cha­nej ser­decz­ną przy­jaź­nią i opie­ką? Praw­da, że słoń­ce na­sze spły­nę­ło już ku za­cho­do­wi, lecz mo­gą być jesz­cze cud­ne ci­che go­dzi­ny o po­god­nych zo­rzach wie­czor­nych. Więc oko­ło trzech mie­się­cy te­mu, w cza­sie ostat­niej byt­no­ści mo­jej w Dwor­kach po­no­wi­łem wo­bec pan­ny Ró­ży go­rą­cą proś­bę mo­ją.

Oczy pa­ni Ja­nu­aro­wej sta­wa­ły się pra­wie obłą­ka­ne. Więc to, co wy­my­śli­ła ja­ko zło­śli­wą i nie­praw­do­po­dob­ną drwi­nę, by­ło tak ści­śle praw­dzi­we!

— Tym ra­zem spo­tka­łem się zno­wu z czym in­nym. Pan­na Ró­ża po­wie­dzia­ła mi, że je­że­li do­tąd pa­mię­cią i ser­cem po­zo­sta­ła wier­ną swe­mu... świę­te­mu, to już roz­sta­wać się z nim dla tej odro­bi­ny cza­su, któ­ry po­zo­stał jej na zie­mi, wprost nie war­to. Po­wie­dzia­ła, iż tak dłu­go już ży­je ze swo­ją sa­mot­no­ścią i ze swo­im smut­kiem, że sta­ły się one dru­gą jej isto­tą, na­wyk­nie­niem, tre­ścią ży­cia, któ­rych wy­rzu­cić z sie­bie i za­stą­pić czymś wca­le prze­ciw­nym nie­po­dob­na. Po­wie­dzia­ła, że we­dług słów jed­nej z ulu­bio­nych swych ksią­żek, tak już daw­no „ży­je w cie­niu śmier­ci”, my­śląc czę­sto nie tyl­ko o tam­tej, ale i o swo­jej, ja­ko o wol­nym wzlo­cie cze­goś w niej nie­wia­do­me­go w coś po­za nią nie­wia­do­me­go, co wiel­kie jest i nie­zmie­rzo­ne, a upra­gnio­ne już przez to, że mu­si być czymś wca­le in­nym niż wszyst­ko, co jest tu. A z te­go cie­nia, kto dłu­gi mo­ment w nim prze­bę­dzie, nie­po­dob­na już wyjść na peł­ne świa­tło i z ta­kich my­śli, kto dłu­go z ni­mi prze­sta­wał, nie­po­dob­na wejść w krąg szcze­rych uciech... To mi po­wie­dzia­ła i... za­wo­ła­na przez lo­ka­ja ode­szła, aby pod­wie­czor­kiem pań­stwa za­rzą­dzić...

Tu za­ła­mał się ja­koś głos pa­na Se­we­ry­na: umilkł, a z te­go mil­cze­nia ko­rzy­sta­jąc, od daw­na już wzbu­rzo­ny i sil­nie na twa­rzy za­czer­wie­nio­ny nasz ko­cha­ny tłu­ściuch­ny pan Ja­nu­ary przy­pod­niósł się na krze­śle, rę­ce go­ścia w swo­je po­chwy­cił i wstrzą­sa­jąc ni­mi, pra­wie chli­piąc od pła­czu, mó­wić za­czął:

— Ja pa­na do­bro­dzie­ja bar­dzo, bar­dzo za ku­zyn­kę mo­ją prze­pra­szam... Za­cno­ści ko­bie­ta, że tak o nie­bosz­czy­ku Bron­ku pa­mię­ta, ale ta­kie­go jak pan czło­wie­ka ob­ra­żać, ta­kie szczę­ście od­rzu­cać — jak­że moż­na! jak­że moż­na! Niech pan do­bro­dziej wie­rzy, że ja o ni­czym nie wie­dzia­łem, bo gdy­bym był wie­dział... prze­cież spo­krew­nie­nie się z pa­nem do­bro­dzie­jem by­ło­by dla mnie za­szczy­tem, przy­jem­no­ścią... Te­raz, do­wie­dziaw­szy się, ku­zyn­ce mo­jej uczy­nię gorz­ką, gorz­ką wy­mów­kę, a pa­na do­bro­dzie­ja raz jesz­cze prze­pra­szam za nią, bar­dzo, bar­dzo prze...

Wtem: „Za­grzmia­ło, ru­nę­ło w Be­tle­jem zie­mi!”. Pa­ni Ja­nu­aro­wa, nie cze­ka­jąc koń­ca prze­mó­wie­nia mę­żow­skie­go, wsta­ła od sto­łu, ale w ta­ki spo­sób, że krze­sło po­su­nę­ło się za nią z grzmo­tem i z wiel­kim stu­kiem na zie­mię upa­dło. Po czym ona sa­ma dziw­nie ja­koś krzyk­nę­ła i wy­buch­nę­ła wiel­kim ja­kimś śmie­chem. Po­ka­za­ło się, że glo­bus hi­ste­ri­cus, któ­ry od po­cząt­ku tej roz­mo­wy cią­gle ją dła­wił, zu­peł­nie te­raz do gar­dła wlazł i do­sta­ła pierw­sze­go w ży­ciu na­pa­du spa­zmów. Więc Idal­cia, pan Fau­styn i in­ni, pod ra­mio­na ją schwy­ciw­szy, do dal­szych po­koi upro­wa­dzi­li, pan Ja­nu­ary oko­ło po­sy­ła­nia po le­ka­rzy się za­krząt­nął, pan Dor­sza od­je­chał, a w ja­dal­nej sa­li tyl­ko Zyg­muś i Ma­ry­nia pod oknem sie­dząc coś do sie­bie szep­ta­li i ja przy sto­le wciąż na jed­nym krze­śle jak ska­ła tkwi­łem. Od te­go, com sły­szał, w gło­wie mi się prze­wra­ca­ło, i nie tyl­ko w gło­wie. Z za­du­my wy­rwać się nie mo­głem.

Na­gle Zyg­muś ze­rwał się od okna i pę­dem strza­ły z po­ko­ju wy­le­ciał. Ma­ry­nia tak­że spoj­rzaw­szy przez okno ze­rwa­ła się i jak błę­kit­ny ptak szyb­ko wy­fru­nę­ła. My­ślę so­bie: co oni ta­kie­go na dzie­dziń­cu zo­ba­czy­li? Cze­go tak po­le­cie­li? Wsta­łem też, do okna pod­sze­dłem i — co pań­stwo my­ślą, że zo­ba­czy­łem? Oba te dzie­cia­ki le­cia­ły na spo­tka­nie pan­ny Ró­ży, któ­ra wła­śnie w bra­mę dzie­dziń­ca wcho­dzi­ła. Nio­sła z la­su więź li­lio­wych dzwon­ków i świe­cą­cych jak słoń­ce żół­tych ar­nik. Lecz kwia­ty te wy­sy­pa­ły się jej do stóp, gdy ten pu­stak Zyg­muś po­rwał jej rę­ce i ni­sko schy­lo­ny tak ca­ło­wać je za­czął, jak­by w te po­ca­łun­ki ca­łą du­szę swo­ją wle­wał. A Ma­ry­nia ze swej stro­ny oba ra­mio­na za­rzu­ci­ła jej na szy­ję, i błę­kit­ną bluz­ką jak pro­mien­nym ob­ło­kiem do jej sza­rej, smut­nej suk­ni przy­lgnę­ła.


Wesprzyj Wolne Lektury!

Wolne Lektury to projekt fundacji Nowoczesna Polska – organizacji pożytku publicznego działającej na rzecz wolności korzystania z dóbr kultury.

Co roku do domeny publicznej przechodzi twórczość kolejnych autorów. Dzięki Twojemu wsparciu będziemy je mogli udostępnić wszystkim bezpłatnie.

Jak możesz pomóc?

Gloria victis (tom opowiadań)


Przekaż 1% podatku na rozwój Wolnych Lektur:


Fundacja Nowoczesna Polska


KRS 0000070056

Pomóż uwolnić konkretną książkę, wspierając zbiórkę na stronie wolnelektury.pl.

Przekaż darowiznę na konto: szczegóły na stronie Fundacji.


Ten utwór nie jest objęty majątkowym prawem autorskim i znajduje się w domenie publicznej, co oznacza że możesz go swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać. Jeśli utwór opatrzony jest dodatkowymi materiałami (przypisy, motywy literackie etc.), które podlegają prawu autorskiemu, to te dodatkowe materiały udostępnione są na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa – Na Tych Samych Warunkach 3.0 PL.

Źródło: http://wolnelektury.pl/katalog/lektura/gloria-victis-tom-opowiadan

Tekst opracowany na podstawie: Eliza Orzeszkowa, Gloria victis, wyd. 1, wyd. Czytelnik, Warszawa 1986

Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl). Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów BN.

Opracowanie redakcyjne i przypisy: Aleksandra Sekuła, Izabela Erdmann, Marta Niedziałkowska, Olga Sutkowska, Sylwia Hornowska.

Okładka na podstawie: [email protected], CC BY 2.0

Plik wygenerowany dnia 2014-04-25.


home | my bookshelf | | Gloria victis (tom opowiadań) |     цвет текста   цвет фона   размер шрифта   сохранить книгу

Текст книги загружен, загружаются изображения



Оцените эту книгу