Book: Nad Niemnem



Nad Niemnem

Nad Niemnem


Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie

wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fun-

dację Nowoczesna Polska.


ELIZA ORZESZKOWA

Nad Niemnem

Nad Niemnem

TOM I

Dzień był letni i świąteczny. Wszystko na świecie jaśniało, kwitło, pachniało, śpiewało.

Lato, Natura, Wieś

Ciepło i radość lały się z błękitnego nieba i złotego słońca; radość i upojenie tryskały znad pól porosłych zielonym zbożem; radość i złota swoboda śpiewały chórem ptaków i owadów nad równiną w gorącym powietrzu, nad niewielkimi wzgórzami, w okrywających je

bukietach iglastych i liściastych drzew.

Z jednej strony widnokręgu wznosiły się niewielkie wzgórza z ciemniejącymi na nich

borkami¹ i gajami; z drugiej wysoki brzeg Niemna piaszczystą ścianą wyrastający z zieloności ziemi, a koroną ciemnego boru oderżnięty od błękitnego nieba ogromnym półko-

lem obejmował równinę rozległą i gładką, z której gdzieniegdzie tylko wyrastały dzikie,

pękate grusze, stare, krzywe wierzby i samotne, słupiaste topole. Dnia tego w słońcu

ta piaszczysta ściana miała pozór półobręczy złotej, przepasanej jak purpurową wstęgą

tkwiącą w niej warstwą czerwonego marglu². Na świetnym tym tle w zmieszanych z da-Dworek

la zarysach rozpoznać można było dwór obszerny i w niewielkiej od niego odległości na

jednej z nim linii rozciągnięty szereg kilkudziesięciu dworków małych. Był to wraz z brze-

giem rzeki zginający się nieco w półkole sznur siedlisk ludzkich, większych i mniejszych,

wychylających ciemne swe profile z większych i mniejszych ogrodów. Nad niektórymi

dachami, w powietrzu czystym i spokojnym wzbijały się proste i trochę tylko skłębione

nici dymów; niektóre okna świeciły od słońca jak wielkie iskry; kilka strzech nowych

mieszało złocistość słomy z błękitem nieba i zielonością drzew.

Równinę przerzynały drogi białe i trochę zieleniejące od z rzadka porastającej je tra-

Kwiaty, Natura, Rośliny

wy; ku nim, niby strumienie ku rzekom, przybiegały z pól miedze, całe błękitne od

bławatków, żółte od kamioły, różowe od dzięcieliny³ i smółek⁴. Z obu stron każdej drogi szerokim pasem bielały bujne rumianki i wyższe od nich kwiaty marchewnika, słały się

w trawach fioletowe rohule⁵, żółtymi gwiazdkami świeciły brodawniki⁶ i kurze ślepoty, liliowe skabiozy polne wylewały ze swych stulistnych koron miodowe wonie, chwiały się

całe lasy słabej i delikatnej mietlicy⁷, kosmate kwiaty babki stały na swych wysokich łodygach, rumianością i zawadiacką postawą stwierdzając nadaną im nazwę kozaków. Za

tymi pasami roślinności dzikiej cicho w cichej pogodzie stało morze roślin uprawnych.

Żyto i pszenica miały kłosy jeszcze zielone, lecz już osypane drżącymi rożkami, których

obfitość wróżyła urodzaj; niższe znacznie od nich, rumianym kwiatem gęsto usiane słały

się na szerokich przestrzeniach liściaste puchy koniczyny; puchem też, zda się, ale drob-

niejszym, delikatniejszym, z zielonością tak łagodną, że oko pieściła, młody len pokrywał

gdzieniegdzie kilka zagonów, a żółta jaskrawość kwitnącego rzepaku wesołymi rzekami

przepływała po łanach niskich jeszcze owsów i jęczmion.

Wśród tej wesołej przyrody ludzie dziś także byli weseli; mnóstwo ich ciągnęło po

Niedziela, Wieś, Chłop,

Kobieta

drogach i miedzach. Gromadami na drogach, a sznurami na miedzach szły wiejskie ko-

biety, których głowy ubrane w czerwone i żółte chusty tworzyły nad zbożami korowody

żywych piwonii i słoneczników. Od tych gromad lały się i płynęły po łanach strumienie

różnych głosów. Były to czasem rozmowy gwarne i krzykliwe, czasem śmiechy basowe

lub srebrzyste, czasem płacze niemowląt u piersi w chustach niesionych, czasem też pie-

śni przeciągłe, głośne, których nutę porywały i przedłużały echa ze stron obu: w borkach

i gajach rosnących na wzgórzach i w wielkim borze, który ciemnym pasem odcinał pozło-

coną, przetkaną szkarłatem ścianę nadniemeńską od wysadzanych srebrnymi obłokami

błękitów nieba. W tym ruchu ludzkim odbywającym się na urodzajnej równinie czuć

było najpiękniejszy dla wiejskiej ludności moment święta: wesoły i wolny w słoneczny

i wolny dzień boży powrót z kościoła.

¹

e — mały bór, lasek.

² ma ie — odmiana skały osadowej złożonej z węglanów wapnia lub magnezu.

³ i ie ina (gw.) — koniczyna.

m

a — kwitnąca na czerwono bylina z rodziny goździkowatych.

a — ostróżka.

da ni — mniszek lekarski.

mie i a — gatunek trawy.

Nad Niemnem

W porze, kiedy ten ruch znacznie już stawał się mniejszy, na równinie, z dala od

tu i ówdzie jeszcze ciągnących gromad, ukazały się dwie kobiety. Szły one z tej samej

strony, z której wracali inni, ale zboczyły znać z prostej drogi i chwilę jakąś przebyły

w jednym z rosnących na wzgórzach borków. Było to przyczyną ich spóźnienia się, tym

więcej, że jedna z nich niosła ogromną więź leśnych roślin, które tylko co i dość długo

zapewne zrywała. Druga kobieta zamiast kwiatów trzymała w ręku niepospolitej wielkości

chustkę, która za każdym jej szerokim i zamaszystym krokiem kołysząc się wraz z długim

ramieniem powiewała jak sporej wielkości chorągiew. Z dala to tylko widać było, że jedna

z tych kobiet miała w ręku pęk roślin, a druga szmatę białego płótna; z bliska uderzały

one niezupełnie zwykłą powierzchownością.

Kobieta z chustką była niezwykle wysoka, a wysokość tę zwiększała jeszcze chudość

Ciało, Kobieta, Strój

jej ciała, które przecież posiadało szkielet tak rozrosły i silny, że pomimo chudości ramio-

na jej były szerokie i wydawałyby się bardzo silne, gdyby nie małe przygarbienie pleców

i karku objawiające trochę znużenia i starości, gdyby także nie ostre kości łopatek pod-

noszące w dwu miejscach staroświecką mantylę⁸ z długimi, co chwilę powiewającymi końcami. Oprócz tej mantyli zaopatrzonej w płócienny kołnierz miała ona na sobie czarną spódnicę, tak krótką, że spod niej aż prawie do kostek widać było dwie duże i płaskie

stopy ubrane w grube pończochy i wielkie, kwieciste pantofle. Ubiór ten uzupełniony

był przez stary kapelusz słomiany, którego szerokie brzegi ocieniały twarz, na pierwszy

rzut oka starą, brzydką i przykrą, ale po bliższym przyjrzeniu się uwagę i ciekawość bu-

dzić mogącą. Była to mała, chuda, okrągła twarz ze skórą tak ciemną, że prawie brązową,

Czas , Los, Oko

z czołem sfałdowanym w kilka grubych zmarszczek, z wpadłymi i kościstymi policzka-

mi, z wyrazem goryczy i złośliwości nadawanym jej przez ostrość nosa i zaciśnięcie warg,

a wzmaganym przez szczególną ognistość i przenikliwość oczu. Te oczy zdawały się być

jedynym bogactwem tej biednej, zestarzałej, złośliwej twarzy. Może kiedyś były one je-

dyną jej pięknością, a teraz, wielkie i czarne, spod czarnych, szerokich brwi oświecały ją

jeszcze przejmującym blaskiem; miały one spojrzenie przenikliwe, ostre, urągliwe i pło-

mienność nieustanną, jakby wciąż z wnętrza podsycaną, a dziwną przy tej sczerniałej,

w dłoni czasu czy losu zgniecionej twarzy. Szła szerokim, zamaszystym, do pośpiechu

znać przyzwyczajonym krokiem, a długie jej ramiona, u których wisiały ciemne, kościste

ręce, kołysały się u jej boków w tył i naprzód, białą, rozwiniętą chustką jak chorągwią

powiewając.

Kobietę z kwiatami trudno byłoby nazwać od razu panną z wyższego towarzystwa

Kobieta, Pozycja społeczna,

Strój

albo też dziewczyną z niższych warstw wiejskiej ludności. Wyglądała trochę na jedno

i na drugie. Wysoka, choć znacznie od towarzyszki swojej niższa, ubrana była w czar-

ną wełnianą suknię, bardzo skromną, która jednak wybornie uwydatniając jej kształtną

i silną, w ramionach szeroką, a w pasie cienką kibić zdradzała znajomość żurnalu mód

i rękę biegłego krawca. W wyprostowaniu jej kibici i w delikatności cery czuć było także

manierę i cieplarnię. Ale w zamian ruchy jej i gesty sprzeczały się z całością jej osoby

trochą popędliwości i jakby przybranej rubaszności, nie miała ona przy tym na sobie ani

kapelusza, ani rękawiczek. Głowę owiniętą czarnym jak heban warkoczem i twarz śniadą,

z purpurowymi ustami i wielkimi, szarymi oczami śmiało wystawiała na upalne gorąco

słońca. Płócienny, tani parasolik opierała o ramię, a ręce jej dość duże i opalone zdradzały

nader rzadkie używanie rękawiczek. Wszystko to uderzało tym więcej, że sposób, w jaki

trzymała swą odkrytą głowę i ciemne brwi nad siwymi oczami ściągała, nadawał jej wyraz

śmiałości i dumy. W ogóle ta panna czy ta dziewczyna na lat dwadzieścia parę wyglądająca

wydawała się uosobieniem piękności kobiecej zdrowej i silnej, lecz dumnej i chmurnej.

Pogody, jaką nadaje ludzkim twarzom szczęście lub rezygnacja, w tej młodej i świeżej,

Natura

ale niespokojnej i zamyślonej twarzy nie było, jakkolwiek rozjaśniało ją teraz to zupeł-

nie fizyczne ożywienie, którym istotę ludzką, niezupełnie jeszcze przez życie zniweczoną,

napełnia długa i swobodna kąpiel w kipiącym zdroju przyrody.

Prędko idąc, aby szerokim krokom towarzyszki swej wyrównać, z zajęciem, prawie

Kwiaty, Rośliny

z miłością przyglądała się ona uzbieranej przed chwilą więzi roślin. Były tam bujne lilio-

we dzwonki leśne, gwoździki, pachnące smółki⁹, liście młodych paproci, młodziutkimi ⁸ man a — najczęściej: krótki płaszczyk lub chustka, lekki szal zakrywający ramiona i głowę kobiet.

m

a — niski kwiat z rodziny roślin goździkowatych koloru czerwonego, purpurowego, bordowego i karminowego.

Nad Niemnem

szyszkami okryte gałązki sośniny. Wszystko to rzucało jej w twarz falę dzikiej i przeni-

kliwej woni, którą też ona od chwili do chwili wciągała pełnym i długim oddechem swej

silnej, szerokiej piersi. Rozkosz, którą uczuwała wtedy, i upał słońca, w którym nurzała

swą odkrytą głowę, rumieńcem powlekły śniade jej policzki; zarazem surowe jej i zamy-

ślone, choć pełne purpurowej krwi usta rozchyliły się w młodym i szczerym śmiechu.

Śmiała się ze słów towarzyszki swej, która idąc wciąż prędko i wielkimi stopami swymi

z wysoka i mocno o ziemię uderzając, grubym, nieco ochrypłym, przez brak oddechu

często przerywanym głosem ciągnęła w borku jeszcze rozpoczęte opowiadanie.

— Ot, tu, powiadam ci, w tym samym miejscu, pomiędzy tymi wzgórkami, te głu-

Wspomnienia, Ojciec,

Córka

pie chłopy wzięli mnie za cholerę… Może nie wierzysz? Słowo honoru, prawdę mówię!

Jeszcześ wtedy nie była w Korczynie, jeszcze mała byłaś, bo było to właśnie wtedy, kiedy

ojczulek twój z tą Francuzicą romansował!…

Urwała nagle, stanęła, chrząknęła tak głośno, że aż rozległo się po polu; chustką

trzymaną w ręku jeszcze głośniej nos utarła i gniewnie do siebie zamruczała:

— Wieczna głupota moja!

Młoda panna, której na chwilę twarz znieruchomiała, uśmiechnęła się znowu.

— Co tam! Niech ciocia na to nie zważa! Jaż wiem dobrze o wszystkim i z przeszłością

oswoiłam się zupełnie… Przecież ciocia nie przez złośliwość pewno… Co tam! Jakże to

było z tą cholerą?

Zaczęły iść dalej, tak samo prędko jak wprzódy. Stara mówiła znowu:

— Ot, jak było. Z kościoła wracałam, tak jak i teraz, a śpieszyłam bardzo, bo Emilka

Wspomnienia

była chora i goście mieli na obiad przyjechać… Więc leciałam co tchu, wprost przez pole,

które wtedy ugorem stało, przez puste zagony… Co dam krok, to półtora zagona prze-

sadzę… Wprost jakbym nad ziemią leciała… A miałam na sobie zieloną suknię… jeszcze

wtedy kolorowe suknie nosiłam… Kapelusz taki, ot, słomkowy zdjęłam i dla ochłody

machałam nim sobie przed twarzą… Uf! nie mogę…

Zdyszała się, stanęła znowu i zaczęła kaszleć. Kaszel jej był gruby, chrypliwy, głośny,

jakby dobywał się z głębi beczki. Mało jednak zwracała nań uwagi i zaraz idąc znowu

opowiadała dalej:

— Cholera wtedy grasowała po świecie; w naszych stronach jej jeszcze nie było, ale

Choroba, Wspomnienia,

Wieś, Chłop, Kobieta

ludzie lękali się, aby nie przyszła… Otóż, kiedy mnie chłopi wracający z kościoła zobaczyli

tak lecącą polem, jak narobią krzyku, płaczu… Jedni zaczęli uciekać i biec tak prędko,

jakby ich diabeł gonił, drudzy popadali pośród dróg na kolana i nuż żegnać się, czołami

bić o ziemię, pacierze głośno mówić… „Cholera! — krzyczą — ot i już bieży, nam na

zgubienie!” „Ale! — odpowiadają drudzy — już to nie co innego! Cholera i koniec! Wielka

taka, że głową nieba dostaje, w zielonej sukni i złotą łopatą macha!” Ta łopata, uważasz,

to był mój kapelusz na słońcu błyszczący… prawda, że go też dobrze spłaszczyłam, bo

zdjąwszy w kościele z powodu gorąca i nie mając gdzie podziać, położyłam go na ławce

i przez całe nabożeństwo na nim siedziałam… Uf! nie mogę…

Znowu zabrakło jej oddechu, chrząkała, nos ucierała i chwilę szła milcząc.

— I cóż się stało potem? — zapytała młoda panna.

— A cóż? Daremnie ekonom, który jak raz wtedy wracał też z kościoła, i Bohaty-

Choroba, Wspomnienia,

Chłop, Kobieta, Wierzenia

rowicze, którzy mnie kiedyś znali, z bliska nawet znali, perswadowali chłopom, że to

nie była cholera, tylko panna Marta Korczyńska z Korczyna, kuzynka pana Benedykta

Korczyńskiego… Nie uwierzyli i do dzisiejszego dnia nie wierzą… „Ot — mówią — czy

to taka kobieta może gdzie być na świecie? Głową do nieba dostawała, nad ziemią lecia-

ła, zieloną suknię miała na sobie i złotą łopatą machała, morowe powietrze przed sobą

pędząc…” Wieczna głupota ludzka! Powiadam ci, Justynko, że ludzka głupota to wielki

Głupota

i wieczny kamień. Większy on jeszcze od ludzkiej złości. Już ja to wiem, bo był czas, że

i sama tak uderzyłam się o swoją własną głupotę, że… Uf! nie mogę…

Sapała, chrząkała, kaszlała znowu głośno jak z beczki. Justyna policzki i usta topiąc

w dzwonkach¹⁰, paprociach i gwoździkach zauważyła:

— Przecież cioci te niemądre gadania nic nie zaszkodziły…

Choroba, Kobieta,

Młodość, Starość

Czarne oczy Marty Korczyńskiej spojrzały ostro, prawie zjadliwie.

¹⁰

ne — kwiat o kształcie dzwonka, najczęściej koloru białego i fioletowego; głównie spotykany w gó-

rach.

Nad Niemnem

— Tak myślisz? — sarknęła — wiecznie to samo. Nikt nie uwierzy w to, czego sam nie

doświadczył. Nie zaszkodziły! Pewno, nie zjadły mnie one, ale… ukąsiły. Czy ty myślisz, że

to miło być wziętą za cholerę? Nie byłam ja wtedy tak stara… dwanaście lat temu miałam

lat trzydzieści sześć…

— Więc teraz czterdzieści osiem? — z niejakim zdziwieniem zauważyła Justyna.

— A ty może myślałaś, że sześćdziesiąt? — ostro zaśmiała się Marta. — Zapewne

wyglądam na tyle, sama to wiem, a i wtedy już niewiele lepiej jak teraz wyglądałam. Może

nie wiesz dlaczego? Ha? Czy wiesz, dlaczego?

— Wiem — z powagą odpowiedziała panna.

— No, to dobrze, że wiesz, bo może zrobisz co takiego, abyś i sama prędko na cholerę

wyglądać nie zaczęła…

Justyna ramionami wzruszyła.

— A cóż ja takiego zrobić i co przeciw temu poradzić mogę?

Zamyśliły się obie i mimo woli zwolniły kroku, co najpierw spostrzegła starsza.

— No, wleczem się jak żółwie. Prędzej, bo już tam Emilka wyrzeka pewno, że nie

Choroba, Kobieta

wracam, i zaczyna dostawać migreny albo globusa…¹¹

— A Terenia — podchwyciła panna — biegnie po krople z bobrowej esencji albo po

proszki bromowe, albo po antymigrenowy ołówek¹², albo po Rigollot¹³.

Zaśmiała się, lecz wnet spoważniała znowu.

— Wujenka jest naprawdę biedna z tym ciągłym chorowaniem.

Marta kiwnęła głową i machnęła ręką.

— A pewno — rzekła — biedna kobieta! Ale bo, widzisz, żeby tak pchły pieścić, jak

ona swoje choroby pieści, to by na wołów powyrastały, słowo honoru!

W tej chwili za rozmawiającymi rozległ się turkot powozu; droga była w tym miejscu

wąska, zeszły więc na stronę. Szły samym skrajem pola porosłego gęstą pszenicą. Biała

i sucha kurzawa owiała je wielkim kłębem, o tyle jednak przezroczystym, że rozpoznać

w niej było można zgrabny faeton¹⁴, ciągnięty przez cztery piękne, błyszczącą uprzężą okryte konie i dwu siedzących w faetonie mężczyzn. Widziały też, że obaj mężczyźni,

spostrzegłszy je, podnieśli nad głowami czapki, a jeden z nich nawet przechylając się

nieco ku nim zawołał:

— Święte panny: Marto i Justyno, módlcie się za nami!

Marta z rozżarzonymi oczami i machając ku powozowi swą białą chustą odkrzyknęła:

— A modliłam się, modliłam się, aby Bóg panu rozum przywrócić raczył!

Wykrzykowi temu odpowiedział z oddalającego się szybko powozu wybuch śmiechu,

widocznie basowy i ochrypły głos Marty przedrzeźniającego. Na twarzy Justyny wybił się

wyraz silnie uczutej przykrości, prawie udręczenia.

— Boże! — szepnęła — a ja miałam nadzieję, że ten człowiek dziś już do nas nie

przyjedzie, że go ten pan Różyc do siebie na obiad zaprosi…

— Nie głupi on! — odpowiedziała Marta. — Zapewne Różyc zaprosił go do swe-

go powozu; wolał więc swoje szkapiny do domu odprawić, a sam i w cudzym faetonie

poparadować i u nas cudzy obiad zjeść… dwie razem korzyści dla hultaja tego…

Justyna była widocznie zaniepokojona. Już pachnąca więź¹⁵, którą trzymała w ręku, zajmować ją przestała.

— Ciekawam — szepnęła — jaką to komedię mieć dziś będziemy?

Marta spojrzała na nią przenikliwie i ciszej trochę rzekła:

— O papuńcię swego lękasz się, ha? Ten błazen wieczne facecje¹⁶ wyprawia z tym safandułą…

Tu aż się za wklęsłe usta swoje wielką ręką chwyciła.

Po czole, ustach i nawet ramionach Justyny przebiegło drgnienie nagle jakby uczutego

obrzydzenia; wnet jednak odpowiedziała:

¹¹

(łac. pełna nazwa:

i e i

) — kula histeryczna; daw. nazwa znanego objawu zaburzeń ner-

wicowych polegającego na uczuciu utrudniającego przełykanie i oddychanie ucisku w przełyku.

¹² an mi en

e — szty parafinowo-mentolowy stosowany dla złagodzenia bólu głowy.

¹³ i

(daw.) — plaster gorczycowy; eponim od nazwiska lekarza ., będącego wynalazcą tego środka

stosowanego przy bólach mięśniowo-stawowych.

¹⁴ ae n — lekki powóz używany do spacerów.

¹⁵ i

— bukiet.

¹⁶ a e a — żart, dowcip.

Nad Niemnem

— Niech ciocia śmiało wszystko przede mną mówi. Ja dawno już zrozumiałam poło-

Los, Bóg, Diabeł

żenie ojca i swoje, dawno, dawno… ale oswoić się z nim nie mogę, i nigdy, nigdy z nim

się nie pogodzę…

Marta zaśmiała się.

— Ot. Lubię takie gadanie! Ciekawam, co zrobisz? Musisz pogodzić się albo powiesisz

się chyba czy utopisz się… Każdy desperuje z początku, a potem i godzi się z takim losem,

jaki mu Bóg czy diabeł nasyła. Bo aby wszystkie losy ludzkie były robotą Pana Boga, w to

ani trochę nie wierzę. Spowiadałam się już z tego i raz nawet absolucji¹⁷ od księdza nie dostałam, jednak nie wierzę… Powiadam ci, że każdy z początku desperuje, a potem jak

baran na rzeź spokojnie swoją drogą idzie… Uf! nie mogę!

Zakaszlała się tak, że aż jej oczy łzami zaszły. Krztusząc się jeszcze, tymi załzawionymi

oczami na towarzyszkę popatrzała.

— Ty bo, Justynko, straszną melancholiczką jesteś! Czemu nie robisz tak jak i inne

Duma, Melancholia

panny? Z łaski wuja i wujenki korzystaj, strój się, kiedy cię stroić chcą, baw się, gdy tylko zdarzy się okazja, mizdrz się do kawalerów, a może którego złapiesz i za mąż wyjdziesz…

ha? Słowo honoru! Czemu ty tak nie robisz?

Justyna nie odpowiadała. Szła prosto i równym krokiem jak wprzódy, tylko w roz-

Łzy

palonych i zamyślonych jej oczach błysnęły łzy.

— Phi! — zaśmiała się Marta — melancholiczką jesteś… i dumna jak księżniczka.

Bieda, Kobieta, Pieniądz

Od wujostwa nic przyjmować nie chcesz, ze swoich procencików ubierasz siebie i oj-

ca, trzewiki nawet oszczędzasz, tak że czasem boso chodzisz, kapelusza i rękawiczek nie

nosisz…

— O, niech ciocia tak nie myśli! — porywczo prawie zawołała Justyna. — Ja ani

kłamać, ani udawać nie chcę! Prawda, że zawsze łamię sobie głowę, aby mnie i ojcu tych

kilku własnych naszych groszy na odzienie przynajmniej wystarczyło… Ale boso czasem

chodzę i kapeluszów ani żadnych drogich rzeczy nie noszę nie tylko dlatego… nie tylko

dlatego…

— To i dlaczegóż? No, dlaczegóż? — błyskając oczami dopytywała się stara panna.

— Dlatego — z nagłym i silnym rumieńcem odparła Justyna — że dawno już ode-

chciało mi się ich strojów i zabaw, ich poezji i ich miłości… Żyję tak, jak oni wszyscy, bo

skądże sobie wezmę innego życia, ale jeżeli mogę zrobić co inaczej niż oni, po swojemu

robię i nikogo to obchodzić nie powinno.

Marta przypatrywała się jej przenikliwie i z uwagą.

— A wszystko to — rzekła — poszło od tej historii twojej z Zygmusiem Korczyń-

Miłość niespełniona

skim… prawda? Cha! cha! Myślałaś wtedy pewno, że cię otwartymi ramionami spotkają

i do familii swojej wprowadzą… bo i tak przecie krewną im przychodzisz… A oni tym-

czasem… gdzie! Ani pomyśleć o tym nie dali mazgajowi temu… Cha! cha! wiem ja to

wszystko, wiem! Wieczna głupota ludzka!

Justyna ze wzrokiem w ziemię wbitym milczała.

— No, a myśliszże ty jeszcze czasem o tym mazgaju? Serce… boli jeszcze czasem?

— Nie.

Z krótkiej tej odpowiedzi poznać można było, że panna Justyna mówić nie chce

o przedmiocie przez starszą jej towarzyszkę zaczepionym. Tylko już wszelki cień uprzed-

niego ożywienia zniknął z jej twarzy. Zmysły jej przestały pić z kielicha rozkwitłej przyro-

dy rozkoszny napój zapomnienia. Gryząca troska przejrzała się w zwierciadle jej szarych,

przezroczystych źrenic; jakieś wspomnienia czy wstręty opuściły w dół końce pąsowych

warg, nadając im wyraz znudzenia i goryczy. Wtem na drodze za dwoma idącymi ko-

bietami zaturkotały znowu koła, tylko nieco inaczej niż wprzódy. Nie był to głuchy i do

cichego grzmotu podobny turkot faetonu, ale klekotliwe trochę i z lekkim skrzypieniem

połączone toczenie się kół prostego wozu. Kurzawa też podniosła się znacznie mniejsza,

opadła prędko i dwie kobiety, obejrzawszy się ujrzały za sobą długi wóz napełniony słomą,

którą z obu boków przytrzymywały drewniane drabiny, a okrywał wzdłuż wozu rozesła-

ny, pasiasty i barwisty, na domowych, wiejskich krosnach utkany kilimek¹⁸. Wóz ten ¹⁷ a

a — rozgrzeszenie.

¹⁸ i im — ozdobny, kolorowy dywanik, najczęściej wieszany na ścianę.

Nad Niemnem

ciągnęła para koników małych, tłustych, z których jeden był kasztanowaty¹⁹ z konopiastą grzywą, a drugi gniady²⁰ z białymi nogami i białą łatką na czole. Oplatała je z rzadka uprząż z prostych, grubych powrozów. Gdyby nawet koła tego wiejskiego ekwipażu nie

Kobieta, Kwiaty

turkotały wcale, a ciągnące go drobnym truchtem koniki stąpały bez najlżejszego sze-

lestu, zbliżenie się jego dałoby znać o sobie przez unoszący się zeń wielki gwar głosów.

Napełniało go towarzystwo liczne. Na słomie okrytej pasiastym kilimkiem, pomiędzy

okrągłymi poręczami drabin, siedziało kilka kobiet, z których jedna tylko była niemło-

da, w ciemnej chustce na plecach i wielkim czepcu na głowie, inne zaś, niby klomb

ogrodowy, kwitły rumieńcami twarzy i jaskrawymi barwami ubrań. Było im tak ciasno,

że siedziały w różnych postawach i kierunkach, twarzami, bokami i plecami ku sobie

zwrócone, ściśnięte jak kwiaty w bukiecie. Jednym z nich w tym ścisku chustki z głów

pospadały i tworzyły na plecach kapiszony z muślinu albo perkalu; innym kosy²¹ nawet czarne albo złociste rozwinęły się na błękitne albo różowe staniki, a u wszystkich nad

uszami i przy skroniach zwieszały się albo sterczały wetknięte we włosy pąsowe, liliowe

i żółte kwiaty. Wóz trząsł nimi i silne ich kibicie chwiał wciąż w kierunki różne, chwytały

też drabiny ciemnymi rękami albo czepiały się wzajem swych ramion i sukien śmiejąc się

i gadając głośno i wszystkie razem. W tym gwarnym ogródku było tak ciasno, że woźnicy

Ciało, Mężczyzna, Praca

zabrakło miejsca do siedzenia: kierował on końmi stojąc u samego brzegu wozu, a można

by przypuścić, że postawę tę przybrał nie z konieczności, ale przez zalotność, dlatego aby

w najkorzystniejszym świetle wydać się współtowarzyszkom podróży. Był to mężczyzna

trzydziestoletni, wysoki i tak zgrabny, jakby go matka natura z lubością i wielkim sta-

raniem na łonie swym wyhodowała. Tymczasem nie co innego, tylko ciężka praca około

zdobywania jej darów, gorące jej żary letnie i dzikie polne powiewy nadały temu ciału

taką harmonię i siłę, że trzęsący się i podskakujący wóz nie mógł zmącić ani na chwilę

jego prostych i wyniosłych linii. Od ogorzałej cery jego twarzy silnie odbijały złociste,

bujne wąsy i jasnozłote włosy, opadające spod czapki na kołnierz szarej, krótkiej kurty,

ku ozdobie zapewne zieloną taśmą oszytej. Niedbale w ogorzałych rękach trzymając lejce

i nie odwracając twarzy ku wiezionym przez się kobietom, odpowiadał wesoło na zapy-

tania ich i przycinki, czasem męski śmiech swój łączył z chórem cienkich, piskliwych

śmiechów dziewcząt.

Marta i Justyna zatrzymały się u brzegu drogi, w cieniu wierzby, której kwiat podob-

ny do zielonawych robaczków osypywał im suknie i głowy. Marta w kierunku jadących

machnęła swą białą chustką i niezwykle u niej przyjaznym głosem krzyknęła:

— Dobry wieczór, panie Bohatyrowicz! Dobry wieczór!

Woźnica szybko zdjął czapkę, odkrywając czoło mniej opalone od reszty twarzy, gład-

kie i pogodne.

— Dobry wieczór! — odpowiedział.

— Dobry wieczór! — chórem krzyknęły dziewczęta.

— A skądżeś to pan wziął tyle dziewcząt? — zawołała znowu stara panna.

— Po drodze jak poziomki uzbierałem — nie zatrzymując koni, ale tylko zwalniając

nieco ich biegu odpowiedział zagadnięty.

Jedna z dziewczyn, najśmielsza znać, przechylając się przez drabinę wozu i białymi

zębami błyskając, głośno prawić zaczęła:

— Piechotą, proszę pani, szłyśmy… a on nas napędził, tośmy mu kazały, aby nas

zabrał…

— Oho! Kazały! — zażartowała Marta.

— A jakże! — potwierdziła dziewczyna z wozu — czy ja nie mam prawa jemu naka-

zywać? Jaż jego strzeczna²² siostra! Dla siostry szacunek mieć powinien! Bardzo słusznie!

W tej chwili wóz zrównał się ze stojącymi pod wierzbą kobietami, woźnica po raz drugi

zdjął czapkę i spojrzenie jego z wysoka spłynęło na Justynę. W tym szybkim spojrzeniu

¹⁹ a an a — określenie maści (a więc barwy sierści) konia; maść kasztanowata to taka, w której włosy na ciele, w grzywie oraz ogonie konia są brązowej lub złocistej barwy; możliwe są natomiast tzw. odmastki, czyli np. biała skarpetka na nodze lub gwiazdka na czole.

²⁰ niad — określenie maści konia; maść gniada to taka, w której włosy tułowia są barwy brązowej, czeko-ladowej lub złocistobrązowej, zaś sierść nóg i pyska ciemniejsza lub całkowicie czarna, a włosy grzywy i ogona czarne lub ciemnobrązowe.

²¹

a — tu: warkocz.

²²

e na (gwar.) — stryjeczna.

Nad Niemnem

dostrzec można było, że oczy woźnicy błękitne były jak turkusy i że w tej chwili przeleciała w nich błyskawica. Ale wnet włożył na głowę czapkę, twarz znowu ku drodze zwrócił

i poruszywszy lejcami zawołał na konie, aby szły prędzej.

Wóz zaczął toczyć się prędzej. Justyna z zaciekawieniem i figlarnością w oczach, z roz-

chylonymi w uśmiechu ustami podskoczyła i gestem wesołym, który by nawet wykwint-

nemu oku mógł wydać się rubasznym, rzuciła na jadące kobiety swoją więź gałęzi i kwia-

tów. Na wozie wybuchnęły śmiechy, dziewczęta chwytały rozsypane kwiaty, niektóre

z nich wołały:

— Dziękujemy! Dziękujemy panience!

Ale woźnica nie obejrzał się i nie zapytał o przyczynę powstałego na wozie gwaru.

Zamyślił się o czymś tak bardzo, że aż głowę, którą przedtem wysoko trzymał, trochę

pochylił.

Dwie kobiety iść znowu zaczęły. Marta mówiła:

— Ten Janek Bohatyrowicz na pięknego i dzielnego chłopaka wyrósł… Znałam go

dzieckiem… Znałam ich kiedyś wszystkich… kiedyś… dobrze i z bliska…

Zamyśliła się, mówiła ciszej trochę niż zwykle.

— Był, uważasz, taki czas krótki, że ci Bohatyrowicze u nas we dworze bywali i do

Przyjaźń, Wspomnienia,

Szlachcic, Chłop, Wieś,

stołu z nami siadali… mianowicie, ojciec tego Janka, Jerzy, i stryj jego, ten Anzelm Boha-

Dwór

tyrowicz, co to teraz podobno schorowany i melancholikiem jakimś stał się… Jednakowoż



jaki to był kiedyś mężczyzna… przystojny, odważny, patriota… romansowy… Do takiej

poufałości wtedy pomiędzy dworem a tą szlachecką okolicą przyszło, że siądę sobie, by-

wało, do fortepianu i akordy biorę, a Anzelm za mną stanie i śpiewa: „Bywaj, dziewczę,

zdrowe, ojczyzna mię woła!” A potem ja jemu śpiewam: „Szumiała dąbrowa, wojacy je-

chali…” Będzie temu już lat dwadzieścia dwa… trzy… Jaki to był gwar u nas, jakie życie

i moje, i wszystkich… A teraz wszystko inaczej… inaczej… — wieczny smutek…

Mówiła to coraz powolniej, głową kiwała, a ogniste jej oczy nieruchomo tkwiły w da-

lekim punkcie przestrzeni. Wtem znad wozu, który oddalił się o kilkadziesiąt kroków,

Kobieta, Mężczyzna, Miłość

niespełniona, Pozycja

z towarzyszeniem klekotliwego turkotu kół wzniósł się czysty i silny głos męski z całej

społeczna, Śpiew

szerokiej piersi śpiewający strofę starej pieśni:

Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą,

A ja doliną;

Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą,

A ja kaliną.

Justyna z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi w uśmiechu usty słuchała pieśni,

która dalej rozlewała po polach swą rozgłośną i smętną nutę:

Ty pójdziesz drogą, ty pójdziesz drogą,

A ja łozami;

Ty się zmyjesz wodą, ty się zmyjesz wodą,

Ja mymi łzami…

— Słowo honoru! — nagle i najgłębszym swym basem zawołała Marta — i my kiedyś

z Anzelmem śpiewaliśmy ten sam duet…

Na wozie stojący wysoki mężczyzna w znacznym już od dwóch kobiet oddaleniu śpie-

wał dalej:

Ty jesteś panną, ty jesteś panną

Przy wielkim dworze;

A ja będę księdzem, a ja będę księdzem

W białym klasztorze…

— Ot — sarknęła Marta — w pieśni jest „będziesz” nie „jesteś”. Dlaczego on śpiewa

„jesteś”? Przerabia sobie stare pieśni, błazen!

Justyna uwagi tej nie słyszała. Gorący płomień przemknął w jej oczach.

Nad Niemnem

— Pyszny głos! — szepnęła.

— Nieszpetny — odpowiedziała Marta. — Pomiędzy nimi często znajdują się piękne

głosy i śpiewacy z nich zawołani… I ten Anzelm kiedyś, gdzie tylko, bywało, obróci się…

śpiewa.

Z daleka już, z daleka od toczącego się wozu przypłynęła jedna jeszcze strofa:

A jak pomrzemy, a jak pomrzemy,

Każemy sobie

Złotne litery, złotne litery

Wyryć na grobie…

Stara panna stanęła nagle pośród drogi, podobna do wysokiego słupa ubranego w sło-

miany kapelusz i stojącego na dwu wielkich nogach w kwiecistych pantoflach. Wzrok

w twarzy młodej dziewczyny utkwiła, wspomnienia i rozczulenia jakieś pracowały w jej

chrypliwie oddychającej piersi, aż krzyknęła prawie:

— A koniec tej pieśni znasz? Naturalnie, że nie znasz! Teraz już jej nikt… oprócz

nich… nie śpiewa…

Ramiona rozkrzyżowała i grubym, ochrypłym głosem zadeklamowała:

A kto tam przyjdzie albo przyjedzie,

Przeczyta sobie:

Złączona para, złączona para

Leży w tym grobie!

— Ot, jaki koniec! — powtórzyła i wnet szerszymi jeszcze jak wprzódy krokami

i mocniej ramionami rozmachując poszła dalej.

Wóz napełniony wiejskimi dziewczętami wtoczył się pomiędzy szare domostwa i gęste

ogrody wsi, długim sznurem rozciągniętej nad brzegiem wysokiej góry, u której stóp

w falach swych błękit nieba i ciemny bór odbijając płynął cichy, spokojny Niemen.

W korczyńskim dworze na rozległym trawniku dziedzińca rosły wysokie i grube jawo-

Dworek, Natura, Rośliny

ry otoczone niższą od nich gęstwiną koralowych bzów, akacji, buldeneżów²³ i jeszcze niższą jaśminów, spirei²⁴ i krzaczastych róż. Dokoła starych, kiedyś kosztownych sztachet, topole, kasztany i lipy ścianą gęstej zieloności zakrywały drewniane gospodarskie

budynki. U zbiegu dwu dróg okalających trawnik i rosnące śród niego potężne grupy

drzew i krzewów stał dom drewniany także, niepobielony, niski, ozdobiony wijącymi się

po jego ścianach powojami, z wielkim gankiem i długim rzędem okien mających kształt

nieco gotycki. Na ganku pomiędzy oleandrowymi²⁵ drzewami, rosnącymi w drewnianych wazonach, stały żelazne kanapki, krzesła i stoliki. Naprzeciw gospodarskich zabudowań

wznosiła się nad sztachetami gęsta zieloność starego znać, bo w aleje z grubych drzew wy-

sadzanego, ogrodu. Dalej widać było u jednego z krańców ogrodu przeświecający przez

zieloność ów wysoki, w słońcu złocisty brzeg Niemna, a z niektórych punktów dziedziń-

ca widzialna była i sama rzeka, szeroka, w tym miejscu okrągłym łukiem skręcająca się

za bór ciemny.

Nie był to dwór wielkopański, ale jeden z tych starych, szlacheckich dworów, w któ-

rych niegdyś mieściły się znaczne dostatki²⁶ i wrzało życie ludne, szerokie, wesołe. Jak działo się tu teraz, aby o tym wiedzieć, trzeba było dowiadywać się z bliska, ale co w oczy

od razu wpadało, to wielka usilność o zachowanie miejsca tego w porządku i całości.

Jakaś ręka gorliwa i pracowita zajmowała się wciąż jego podpieraniem, naprawianiem,

²³

dene — krzew ozdobny, należący do odmiany kaliny, o dużych, kulistych, najczęściej białych kwiato-stanach.

²⁴ i ea — inaczej: tawuła; krzew ozdobny, należący do rodziny różowatych; drobne kwiaty kształtują duże grona; spirea może kwitnąć na czerwono, różowo, żółto i biało.

²⁵ eande — wiecznie zielone drzewo ozdobne o dużych czerwonych, różowych lub białych kwiatach i skó-

rzastych liściach.

²⁶ d a e — bogactwo.

Nad Niemnem



oczyszczaniem. Sztachety psuły się tu po wielokroć, ale zawsze je naprawiono, więc choć

połatane, stały prosto i dobrze strzegły dziedzińca i ogrodu. Stare również gospodar-

skie budynki miały silne podpory, a w wielu miejscach nowe strzechy i nowe pomiędzy

drewnianymi ścianami słupy z kamieni. Stary dom niski był i widocznie z każdym rokiem

więcej wsuwał się w ziemię, lecz z dachem gontowym i jasnymi szybami okien nie miał

wcale pozoru ruiny. Rzadkich, kosztownych kwiatów i roślin nie było tu nigdzie, ale też

nigdzie nie rosły pokrzywy, łopuchy, osty i chrzany, a stare drzewa i dawno znać zasadzo-

ne, bo potężnie rozrosłe krzewy wyglądały świeżo i zdrowo. Dworowi temu, w którym

jednak widocznie wciąż się coś psuło i naprawiane było, w którym widocznie także nic od

dawna nie dodawano i nie wznoszono, ale tylko to, co już stało i rosło, przechowywano,

porządek, czystość i dbałość nadawały pozór dostatku i prawie wspaniałości. Wielkość

Czas, Przemijanie, Rzeka,

Wspomnienia

zajmowanej przezeń przestrzeni, niezmierne bogactwo napełniającej go roślinności, sa-

ma nawet starość niskiego domu i niejaka dziwaczność gotyckich jego okien wywierały

wrażenie powagi, wzbudzały mimowolną poezję wspomnień. Mimo woli wspomnieć tu

trzeba było o tych, którzy sadzili te ogromne drzewa i żyli w tym stuletnim domu, o tej

rzece czasu, która nad tym miejscem przepłynęła, to cicha, to szumna, lecz nieubłaganie

unosząca z sobą ludzkie rozkosze i rozpacze, grzechy i — prochy.

Wnętrze domu posiadało te same, co i dwór cały, cechy dawnego bogactwa chro-

nionego przez czujne i niestrudzone starania od rozpadnięcia się w łachmany i próchno.

W obszernych, niskich i dobrze oświetlonych sieniach sterczały na ścianach przed wielu

już zapewne dziesiątkami lat umieszczone ogromne rogi łosi i jeleni; pomiędzy nimi wi-

siały uschłe wieńce ze zboża przetykanego czerwienią kalinowych i jarzębinowych jagód;

naprzeciw drzwi wchodowych wschody²⁷ wąskie, niegdyś wykwintne, a dziś ślady tylko dawnej politury noszące, prowadziły do górnej części domu. Z tych sieni dwoje drzwi na

oścież rozwartych wiodło z jednej strony do obszernej sali jadalnej, z drugiej — do wiel-

kiego o czterech oknach, salonu. Oba te pokoje dostatecznie zapełniały sprzęty, które,

jak z kształtu i gatunku ich wnosić było można, kupionymi były przed dwudziestu prze-

szło laty i kosztowały wiele; teraz przecież ukazywały się na nich tu i ówdzie niewprawną

ręką wiejskiego rzemieślnika dokonane sklejenia i naprawy, a drogą materię, która nie-

gdyś okrywać je musiała, zastąpiła zupełnie tania i pospolita. Obicia na ścianach, tak

jak i sprzęty, niegdyś kosztowne i piękne, a teraz postarzałe i spłowiałe, błyskały jeszcze

tu i ówdzie złoconymi bukietami i arabeskami²⁸, zakrywało je zresztą w znacznej części kilka pięknych kopii ze sławnych obrazów i kilkanaście rodzinnych portretów w staro-

świeckich, ciężkich, z wytartą pozłotą ramach. Podłogi były tam woskowane i błyszczące,

niskie sufity białe i czyste, drzwi staroświeckie, ciężkie, z błyszczącymi brązowymi klam-

kami, dywany duże i spłowiałe. W rogu salonu piękny fortepian, u okien ze smakiem

ustawione grupy zielonych roślin. Widać było wyraźnie, że od lat dwudziestu nic tu nie

Czas, Przemijanie, Praca,

Bogactwo, Bieda

przybyło, ale i nic nie ubyło, a to, co brudził, łamał i rozdzierał czas, ktoś ciągle oczyszczał, zszywał i naprawiał. Sprawiało to wrażenie pilnej pracy, usiłującej zwolnić, może zupełnie

powstrzymać, stopniowo, lecz nieubłaganie proceder swój wiodącą przemianę bogactwa

w nędzę.

W przyległym wielkiemu salonowi pokoju, którego okno, jak i okna salonu, wy-

chodziło na błękitniejący zza rzędu starych klonów Niemen, znajdowało się towarzystwo

złożone z osób czterech. Pokój ten miał pozór gabinetu wykwintnej kobiety. Wszystko tu

było miękkie, ozdobne i wbrew temu, co działo się w innych częściach domu, dość jesz-

cze nowe. Obicie osypane bukietami polnych kwiatów miało pozór nieco sentymentalny;

gotowalnia²⁹ okryta zwojami białego muślinu połyskiwała kryształowymi i porcelanowy-mi cackami; na etażerkach³⁰ leżały książki, stały zgrabne koszyki i pudełka z przyborami do ręcznych robót. Materia okrywająca sprzęty pąsową barwą swą sprawiała na pierwszy

rzut oka wrażenie świetności.

²⁷

d — schody.

²⁸ a a e a — wzór złożony z ułożonych symetrycznie elementów geometrycznych oraz motywów roślinnych; tradycyjnie wykorzystywany w kulturze arabskiej (stąd nazwa).

²⁹

a nia — ozdobna toaletka z ruchomym lustrem, niekiedy składająca się z trzech części: dwóch ruchomych skrzydeł i części środkowej.

³⁰ e a e a — ozdobny mebel złożony z umiejscowionych jedna pod drugą półek.

Nad Niemnem



Z tymi wszystkimi szczegółami sprzeczała się atmosfera pokój ten napełniająca. Była

ona duszna i pełna zmieszanych zapachów perfum i lekarstw; ponieważ zaś okno i drzwi

od przyległych pokojów szczelnie były zamknięte, pokój ten przypominał pudełko ap-

teczne oklejone papierem w kwiatki i napełnione wonią olejków i trucizn. W rogu te-

Ciało, Kobieta

go pokoju na pąsowym szezlongu we wpółleżącej postawie siedziała kobieta w czarnej

jedwabnej sukni, z kibicią zbyt szczupłą, ale mającą w kształtach swych i ruchach wie-

le delikatnego wdzięku, z twarzą kiedyś znać zupełnie piękną, a i dziś jeszcze pomimo

przywiędnięcia i zbytecznej chudości uderzającą niezmierną delikatnością płci; wielkością

czarnych oczu o powłóczystym, łagodnym spojrzeniu, bujnością czarnych, starannie uło-

żonych włosów. Jakkolwiek skądinąd wyglądała na lat blisko czterdzieści, nie miała ani

jednego siwego włosa, i jakkolwiek kibić jej i cera zdradzały do niedołęstwa posuniętą

fizyczną słabość, drobne jej wargi były pąsowe i świeże jak u młodziutkiej dziewczyny.

Rączki drobne, tak chude i delikatne, że prawie przezroczyste, tak pielęgnowane, że pa-

znokcie ich posiadały kolor listka róży i połysk politury. Z wyrazem niemocy lub słodkiej

rezygnacji splatała je ona i opuszczała na suknię albo rozmawiając czyniła nimi gesty rzad-

kie, drobne, powolne, objawiające śmiertelną obawę przed wszelkim żywszym i choćby

odrobinę energiczniejszym poruszeniem ciała czy ducha.

Była to pani Emilia Korczyńska, od lat dwudziestu paru żona Benedykta Korczyń-

skiego, właściciela odziedziczonego przezeń po ojcach i dziadach Korczyna.

Naprzeciw pani domu siedziała kobieta na pierwszy rzut oka wcale do niej niepo-

Ciało, Kobieta

dobna, ale po przypatrzeniu się mająca z nią mnóstwo podobieństw. Zdawałoby się, że

każda z nich należała do innego gatunku, ale do tej samej familii istot. Nieco młod-

sza, mniej widać piękna za młodu, więc teraz zupełnie już nieładna, była ona zarówno

szczupła i delikatna, słodka i cierpiąca; tak samo jak tamta splatała i opuszczała ręce, ta-

kie same czyniła gesty, taki sam miała głos smutny i osłabiony. Tylko zamiast pięknego

stroju pani Emilii ubiór jej składał się z taniej i wcale nieozdobnej sukienki, z grubego

obuwia i z cieniutkiej, batystowej³¹, mocno przybrudzonej chustki, która zakrywając po-

łowę jej brody, uszy i część włosów, małymi kończykami węzła sterczała nad ogromnym

i widocznie przyprawnym³², bo mocno zrudziałym warkoczem. Zapewne bolały ją zęby, ale niezbyt silnie, bo z owalnej ramy białobrudnej chustki wychylająca się twarzyczka,

drobna, okrągła, przywiędła, niezmiernie czule, prawie miodowo uśmiechała się błękit-

nymi oczami i przywiędłymi ustami. Uśmiechała się ona w ten sposób do dwu z obu

jej stron siedzących mężczyzn, z kolei zwracając się ku jednemu i drugiemu, przy czym

szyja jej, biała i okrągła, czyniła ruchy łabędzia schylającego głowę ku wodzie albo sy-

nogarlicy³³ wyciągającej dziób ku kawałkowi cukru. Widoczne było, że ludzie ci byli dla Kobieta, Mężczyzna, Słowo

niej tym, czym woda dla łabędzia lub cukier dla synogarlicy. Słów ich słuchała więcej niż

z wytężoną uwagą, bo z uszanowaniem i rozkoszą, wtórując im przymilonymi uśmiecha-

mi, miodowymi spojrzeniami i cieniutkimi wykrzyknikami. Jednak żaden z nich w tej

chwili bezpośrednio nie zwracał się do niej i nawet na nią nie patrzał. Tylko co przybyli,

zabawiali rozmową swą panią domu, która także wydawała się ich przybyciem bardzo za-

dowolona. Właściwie jeden z nich głównie zabawiać ją usiłował i ona też więcej i czulej

na niego niż drugiego patrzała. Nie był jednak ponętny. Średniego wzrostu, niemłody,

Ciało, Mężczyzna

w bardzo starannym i modnym ubraniu, z przodem koszuli tak silnie nakrochmalonym,

że wzdymał się mu na piersiach jak wklęsła płócienna tarcza. Bolesław Kirło miał okrągłą

łysinę z tyłu głowy, włosy rzadkie nad niskim czołem, twarz długą, kościstą, z małymi,

błyszczącymi oczami, ostrym nosem, wklęsłymi ustami, tak starannie wygoloną, że aż

na policzkach i brodzie błyszczącą. Brzydką tę twarz oświecała wielka i nigdy, zda się,

nie ustająca wesołość. Z wesołym śmiechem, błyskając małymi oczami opowiadał on,

Kobieta, Mężczyzna, Strój

że z panem Różycem z kościoła do Korczyna jadąc widział na polu dwie gracje³⁴. Na mitologicznym tym wyrażeniu nacisk kładąc, z rubasznym śmiechem wołał:

— Gracje, jak Boga kocham, dwie gracje… Jedną, no to już bym każdemu darował,

bo stara i zła; ale druga… ho, ho, prawdziwa gracja, niech pan Różyc powie! Cukierek!

³¹ a

— delikatna, przezroczysta tkanina, z której szyte są elementy garderoby; służąca także do ozdabiania wnętrz.

³²

a n — dziś popr.: przyprawiony; dodany, dosztukowany.

³³ n a i a — gatunek ptaka z rodziny gołębiowatych o szarym lub beżowym upierzeniu.

³⁴Gracje — w mit. rzym. boginie powabu, wdzięku i szczęścia.

Nad Niemnem



Talia zgrabna, twarzyczka śniada, rączki… no, nie bardzo ładne, opalone… bo były bez

rękawiczek…

— O! Więc gracja pańska była bez rękawiczek!… — ze słabym śmiechem zawołała

pani Emilia.

— I bez kapelusza — dodał Kirło.

— Bez kapelusza! Jakże to można chodzić bez kapelusza! — cichutko chichocząc

powtórzyła kobieta z brudną batystową chustką dokoła twarzy.

Kirło śmiał się; małe świdrujące jego oczki coraz ostrzej błyszczały.

— Niech pan Różyc zaświadczy… Co, panie Teofilu? Cukierek? Cacko? Prawda?

Wzywany na świadectwo mężczyzna nie odpowiadał. Światło z okna w ten sposób na

niego padało, że twarz całkiem pozostawała w cieniu, a widać było tylko postać męską,

wysoką, cienką, wykwintnie ubraną i głowę okrytą czarnymi, z lekka uyzowanymi wło-

sami; u oczu połyskiwały szkła binokli. Od chwili gdy wszedł tu i zamienił z panią domu

pierwsze słowo powitania, nie rzekł jeszcze nic… Prawda, że Kirło mówił ciągle i pra-

wie sam jeden. Pani Emilia z ożywieniem zapytywała: kim były gracje spotkane w polu,

a szczególniej ta… bez kapelusza i rękawiczek?

— Była to zapewne jakaś wiejska dziewczyna… pan zawsze mistyfikować³⁵ nas lubi, panie Bolesławie!

— Doprawdy! — z uśmiechem pełnym rozkoszy powtórzyła druga kobieta — pan

nas zawsze tak mistyfikuje… Doprawdy! Jak to można tak mistyfikować!

— Ależ wcale nie! Przysięgam paniom! Jak Boga mego kocham, wcale nie mistyfi-

kuję… — z komicznymi gestami tłumaczył się Kirło. — Nie była to wcale żadna wiejska

dziewczyna, ale panna… co się nazywa panna… z pięknej familii, z pięknego domu…

z piękną edukacją…

— Panna z pięknej familii i z edukacją… — z wielkim już ożywieniem wołała pani

domu — pieszo idąca, bez kapelusza… to być nie może…

— To być nie może… Pan zawsze żartuje… — zawtórzyła druga kobieta.

— No, a jak powiem jej imię i nazwisko, to co będzie? — z przekorną filuterią pytał

gość.

— Nie wierzę — twierdziła pani Emilia.

— To być nie może; jakże to być może! — wstydliwie chichotał drugi głosik kobiecy.

— A jak powiem! — przekomarzał się Kirło — co mi za to będzie? Bez nagrody

Flirt, Pocałunek, Kobieta,

Męzczyzna

nie powiem! Dalibóg! Co mnie panie dadzą za to, ha? Czy panna Teresa pozwoli się

pocałować? Co? No, panno Tereso, tak czy nie? Jeżeli pani mnie pocałuje, to powiem,

jeżeli nie, to nie!

Wykwintny, w cieniu siedzący mężczyzna uczynił ruch zdziwienie czy niesmak obja-

wiający: pani domu oswojona znać z żartobliwym usposobieniem gościa swego i nawet

przyjemną rozrywkę w nim znajdująca śmiała się z cicha, trochę filuternie i zalotnie.

Ale nic wyrazić nie zdoła wrażenia sprawionego przez propozycję Kirły na osobie, której

ona uczyniona została. W owalnej ramie cieniutkiej, brudnej chustki mała i zwiędła jej

twarz okryła się najjaskrawszym karminem; błękitne, niewinne oczy zmąciły się i nabra-

ły wyrazu trwogi połączonej z upojeniem. Wątłą swą kibić w szarym staniku odrzuciła

na tylną poręcz krzesła, ręce ku obronie wzniosła i cofając się, odwracając, rumieniąc,

z chichotem, którym usiłowała pokryć zmieszanie swe i wzruszenie, bełkotała:

— Ależ, doprawdy, panie Kirło… co pan wygaduje?… jakże można? Pan zawsze żar-

tuje…

On jednak nie tylko wygadywał i żartował, ale brał się do czynu i czyniąc gest taki,

Zazdrość

jakby ramieniem swym kibić jej miał opasać, ogoloną twarz swą z wpół dobrodusznym,

a wpół złośliwym uśmiechem ku twarzy jej pochylał. Z chudych, bladych rąk swych tarczę

sobie czyniąc, cała w tył odgięta, ale z dziwnie miodowym i upojonym wyrazem w oczach,

wołała:

— Oj! Oj! O mój Boże! Co pan wyrabia!

Pani Emilia z niezwykłą u niej żywością poruszyła się na szezlongu i wołać zaczęła:

— Panie Bolesławie! Proszę Tereni nie dokuczać! Niech pan jej nie dręczy! Ją dziś

zęby bolą.

³⁵ mi

a — zwodzić, oszukiwać, celowo wprowadzać w błąd.

Nad Niemnem



Kirło wyprostował się.

— Racja — wyrzekł z powagą — racja! Buziak kobiety, którą zęby bolą, pożądanym

nie jest, chociażby człowiek… kiedy indziej sobie na niego i bardzo zęby zaostrzył. No, cóż

mam robić? Widzę, że muszę ciekawość pań darmo już zaspokoić. Taki to los biednego

człowieka na tym świecie! Żadnej za nic nagrody! Ale nie! — zawołał nagle i z komiczną

desperacją zwracając się do pani domu — chyba pani choć w rączkę pocałować się pozwoli!

— Dobrze, dobrze — śmiejąc się i podając mu rękę wołała pani Emilia — tylko niech

pan już mówi…

Rączkę sobie podaną, istotnie śliczną, położył na swej dużej, kościstej dłoni i z miną

smakosza przyglądał się jej chwilę swymi błyszczącymi, świdrującymi oczkami.

— Śliczna! Miła! Malusia! Malusienieczka rączka! — wymówił i złożył na niej długi

pocałunek, w którym cześć i galanteria mieszały się z tajonym, niejako połykanym lubo-

waniem się przyjemnością innego wcale rzędu. Cień bladego rumieńca przepłynął chude

policzki pani Emilii; cofnęła rękę i z większym jeszcze ożywieniem, z błyskiem w oczach,

upomniała się o imię i nazwisko gracji.

— Była to — wzdychając i wydymając wargi zadeklamował Kirło — była to cioteczna

siostrzenica pana Benedykta Korczyńskiego, panna Justyna Orzelska.

Dwa cienkie wykrzyki kobiece oznajmieniu temu odpowiedziały. Ale wmieszał się

w nie i głos męski, który przemówił:

— Więc ta panna, którąśmy jadąc spotkali, mieszka tu… jest kuzynką państwa…

Pani Emilia dłoń przyłożyła do czoła; może w tej chwili uczuła ból głowy, ale grzeczna

i słodka zawsze, gościowi odpowiedzieć pośpieszyła:

— Tak. Justysia jest krewną męża mego, córką jego ciotecznej siostry. Ojciec jej, pan

Orzelski, przez nieszczęśliwe zdarzenia utracił swój majątek, a wkrótce potem owdowiał.

Od tego czasu oboje u nas mieszkają. Justynka, kiedy przybyła do nas, miała lat czter-

naście, a w tym wieku już są przyzwyczajenia, skłonności, którymi pokierować trudno…

Jest ona zresztą dobra, bardzo dobra, tylko oryginalna, ale to tak oryginalna, że nie wiem

już, doprawdy, skąd jej się to wziąć mogło… Zawsze inaczej robi niż wszyscy.

Wykwintny mężczyzna, którego binokle połyskiwały w cieniu, wymówił:

— Piękna panna.

A po krótkiej chwili dodał:

— Jest w jej powierzchowności jakaś świeżość, siła, prostota…

— O! — zawołał Kirło — widzi pani, jak dobrze się przypatrzył… a raz tylko i to śród

drogi cukierek ten widział…

Kobieta z obwiązaną twarzą wtrąciła:

— Justynka ma śliczną figurę… Ja zawsze figury jej zazdroszczę…

Błyszczące binokle szybko zwróciły się ku niej.

— Pani mówi? — cedząc nieco wyrazy zapytał gość.

Może pani Emilia uczuła niewłaściwość odezwania się swej towarzyszki, bo szybko

wtrąciła:

— Tereniu, nie przedstawiłam ci jeszcze nowego sąsiada naszego… Gdy był u nas po

Sąsiad

raz pierwszy, leżałaś na migrenę czy flukcję³⁶… Pan Teofil Różyc, panna Teresa Plińska, towarzyszka moja, niegdyś nauczycielka mojej córki, gdy była ona malutka… Wszakże to

drugi raz dopiero mam przyjemność widzieć pana w domu naszym?

— Tak, pani — z wytwornym ukłonem odpowiedział zapytany — i winszuję sobie,

żem w tej pustej okolicy znalazł dom taki jak państwa. Zawdzięczam to panu Kirle, który

mnie pod tym względem oświecił…

— Pan Kirło jest w każdym wypadku najlepszym sąsiadem i przyjacielem naszym.

— Ja, pani, jestem zawsze najlepszym z ludzi i tylko… zapoznanym³⁷.

— W domu naszym przynajmniej znajdujesz pan najzupełniejsze uznanie…

Kirło ukłonił się z galanterią i wdzięcznością, ale dodał:

— Nie u wszystkich, niestety, mieszkańców tego domu…

— Ależ nie! U wszystkich! Któż by?…

³⁶

a (daw.; z łac.

i : upływ) — zapalenie dziąseł lub okostnej, często połączone ze zbieraniem się

ropy; tu mamy do czynienia ze zniekształconą formą: flukcja.

³⁷ a

nan (daw.) — zapomniany, niedoceniony.

Nad Niemnem



— Panna Marta, na przykład, nie uznaje mię… — z komiczną żałością skarżył się

Kirło.

— O, Marta… Ona taka biedna… zgorzkniała… popędliwa…

— Panna Justyna…

— O Justynka! Ona tak jest oryginalna…

— Mąż pani…

— Mąż mój! On zajęty… nietowarzyski… zawsze tylko o gospodarstwie swoim i o in-

teresach…

Przerwała i zwróciła się do Teresy Plińskiej, która w tej chwili z zachwyceniem przy-

Choroba

patrywała się błyszczącym binoklom w cieniu siedzącego gościa.

— Tereniu, daj mi trochę wody i proszek bromowy, bo czuję nadchodzący globus.

Teresa poskoczyła ku toalecie i w mgnieniu oka podała towarzyszce żądane przed-

mioty. Pani Emilia delikatnie, z wdziękiem ujęła jedną ręką kryształową szklankę, drugą

proszek zamknięty w dwu okrągłych opłatkach i tłumacząc się jakby z czynności, której

dokonać miała, do nowego sąsiada rzekła:

i e i

… dokucza mi bardzo… szczególniej kiedy się czymś wzruszę…

zmartwię…

Tu połknęła proszek. Miała tyle powabu i gracji przy połykaniu lekarstwa, ile jej

ma wyćwiczona tancerka w przybieraniu zalotnej pozy. Jednak widać było, że cierpiała

naprawdę; ręką dotykała piersi i gardła, w których czuła nieznośne duszenie.

— Czy świeże powietrze ulgi pani nie przynosi — ze współczuciem zapytał Różyc.

— Może pani okno otworzyć rozkaże?

— O, nie, nie! — z żywym przeczeniem zawołała cierpiąca kobieta. — Ja się tak

Cierpienie, Słońce, Wiatr

lękam wiatru, ciągów, słońca… Od wiatru dostaję zawrotu głowy, od ciągów newralgii,

od słońca migreny… Tereniu, podaj mi, proszę cię, toaletowy ocet…

Kirło, cały nad nią schylony, z czułością szeptał:

— Cóż, czy lepiej trochę?… dusi ciągle?… może przechodzi?

Teresa podając ocet schyliła się też nad towarzyszką:

— Początek migreny? Prawda? Mój Boże! I mnie także zaczyna głowa boleć…

Pani Emilia nacierając skronie octem cichutko szepnęła:

— Moja Tereniu, ta Marta nie wraca dotąd z kościoła… jestem niespokojna o obiad…

idź, dowiedz się, czy nakrywają do stołu. Czemu ta Marta nie wraca?… Nie wiem, czy

gotują już dla mnie rosół… czuję, że nic innego dziś jeść nie będę mogła… Ach, ta Marta

nie wraca…

Z żywością i gracją podlotka Teresa biegła ku drzwiom, gdy szeroko otworzyły się one

Ciało, Mężczyzna

i do gabinetu wszedł mężczyzna wysoki, barczysty, siwiejący, z długim wąsem, ogorzałą

twarzą, pomarszczonym czołem i wielkimi, ciemnymi oczami, w których na pierwsze

wejrzenie nic więcej wyczytać nie można było nad troskę i prawie ponure zamyślenie. Na

powitanie gospodarza domu, pana Benedykta Korczyńskiego, dwaj goście szybko powsta-

li. Ręka, którą im on na powitanie podawał, wielka była, od opalenia zgrubiała. Zimno

dotknął dłoni Kirły, a szczerszym nieco, choć obojętnym także, uściskiem objął białą

i gładką jak atłas, wypielęgnowaną i wychudłą rękę Różyca. Teraz, gdy ten ostatni wita-

jąc pana domu w świetle okna stanął, dokładnie obejrzeć było można powierzchowność

jego arystokratyczną i jeszcze piękną, choć wyniszczoną i cierpiącą. Wysoki był i bardzo

cienki, na małej i zgrabnej głowie yzował włosy, dlatego zapewne, aby ukryć tworzącą

się nad czołem łysinę; twarzą jego, o rysach prawidłowych i delikatnych, skórze bia-

łej i gładkiej jak welinowy papier³⁸, wstrząsały co chwilę nerwowe drgania przebiegające czoło i brwi. Od pierwszego rzutu oka poznać w nim można było człowieka bardzo świa-towego, przez fizyczną może słabość łagodnego i z systemem nerwowym chorym. Gdy

stanął obok silnego, barczystego, ogorzałego pana domu, dwie ich postacie przedstawiły

sprzeczność tak wielką, jak gdyby każdy z nich urodził się i żył na innej planecie. Jedną

tylko cechę mieli wspólną: obaj wydawali się smutni. Korczyński wielką swą, ciemną

ręką pociągając w dół długiego wąsa usiadł przy oknie i patrząc na żonę rzekł:

— Dzieci nie ma! Od godziny już by tu być powinny.

³⁸ e in

(z .

in: skóra cielęca wyprawiona jak pergamin) — cienki, gładki papier wysokiej jakości.

Nad Niemnem



— O, ja także zaczynam być o to niespokojna i zapewne dlatego czuję już nadcho-

dzącą migrenę — odpowiedziała pani Emilia i z cicha, z wolna uwiadomiła swoich gości

o tym, że oczekuje przybycia na wakacyjne miesiące syna kształcącego się w szkole agro-

nomicznej i córki będącej na jednej z pensji warszawskich. Mówiła, że Witold okazywał

zawsze zamiłowanie w gospodarstwie wiejskim — znać odziedziczył to po ojcu — a Le-

onię wysłała na pensję dlatego, że przy swym słabym zdrowiu wychowaniem jej w domu

pokierować nie mogła… Zresztą jest to jeszcze dziecko, ma rok piętnasty…

Kirło, który o tym wszystkim dawno już wiedział, usiłował zawiązać rozmowę z pa-

nem domu. Czynił to nawet z pewnym przymileniem, którym widocznie usiłował prze-

łamać jakieś lody lekceważenia czy urazy. Zacierając kościste ręce i mile uśmiechając się

rozpoczął:

— Pan dobrodziej nawet w święto około gospodarstwa pracuje…

Praca, Gospodarz

— A tak — pociągając wciąż wąsa i posępnymi swymi oczami na przeciwległą ścianę

patrząc odpowiedział Korczyński — dla nas święta nie ma. I owszem, kiedy oficjaliści

i parobcy świętują, najbardziej pilnować trzeba, aby głodem nie zamorzyli koni i bydła



albo dworu z dymem nie puścili…

Nie była to właściwie odpowiedź niegrzeczna, ale ton, jakim wymówiona została,

czynił ją obojętną i trochę rubaszną.

— Ale co się tyczy tegorocznych urodzajów — rozpoczął znowu Kirło — obiecujące

Handel

są, bardzo obiecujące…

— A tak — odparł Korczyński — nie wiem jak gdzie, bom od kilku miesięcy nie

ruszył się z domu ani na krok, ale u mnie na polu wcale pięknie… Jeżeli zbiór i zwózka

pójdą pomyślnie…

— Tysiączki będą, panie dobrodzieju, tysiączki będą z tego ślicznego Korczynka —

Gospodyni, Mąż, Pieniądz,

Żona

zachęcony i do żartobliwego humoru swego powracając zawołał Kirło.

Korczyński podniósł głowę i z urągliwym wyrazem swych smutnych oczu na sąsiada

cieszącego się przyszłymi jego „tysiączkami” popatrzał.

— A ceny? — zapytał. — Czy żona pana dobrodzieja mówiła mu, jakie były i pewno

jeszcze na ten rok będą ceny na zboże?

Kirło zmieszał się, ale wnet zatarł ręce i w śmiech uderzył:

— Jak Boga kocham — ze śmiechem zawołał — żona moja jest tak zawziętą go-

spodynią, że do niczego mnie nie dopuszcza… do niczego… Pod pantoflem siedzę po

uszy… Ale mnie z tym dobrze i jej także… Bo i cóż, panie dobrodzieju, na tej nędznej

folwarczynie mielibyśmy oboje do roboty? Albo ja, albo ona… A ponieważ ona chciała…

Korczyński uśmiechnął się i zwrócił twarz w stronę, w której stała gotowalnia jego

żony. Od tej gotowalni zaleciały go zmieszane zapachy toaletowego octu, ryżowego pudru

i rezedowej perfumy. Pociągnął wąsa i zwracając się do żony rzekł:

— Może by okno otworzyć? Straszny tu zaduch!

— O, nie! — łagodnie odpowiedziała pani Emilia — wiesz o tym, że ja nie mogę

siedzieć przy otwartych oknach…

— Głupstwo — mruknął Korczyński. — Musisz chorować w takim zaduchu siedząc.

Delikatna, cierpiąca kobieta spłonęła rumieńcem. Zawstydziła się rubaszności męża,

okazanej wobec mało jeszcze znanego gościa. Spuściła powieki, dotknęła dłonią piersi

i gardła, umilkła.

I wszyscy przez chwilę milczeli. Czuć było, że w zaduchu tego pokoju wszystkim

zrobiło się duszno. Pani domu coraz bezwładniej chyliła się na swym szezlongu; Kirło

usłużnie posuwał ku niej wyszyte na kanwie poduszki; Korczyński długi wąs swój na

gruby palec nawijał; binokle Różyca błyskały w cieniu ciekawie i jakoś drwiąco. W tej

chwili kędyś z dołu słyszeć się dały pluski wody i przeciągłe, basowe wołania. Korczyń-

ski i Różyc jednocześnie spojrzeli w okno. Za oknem, za przezroczystą ścianą klonów,

Arkadia, Raj, Rzeka,

Natura, Przyroda

po błękitnym Niemnie płynęły tratwy, w mowie miejscowej płytami zwane. Jeden za

nieożywiona, Szczęście,

drugim pod ciemną ścianą boru wieńczącego wysoki brzeg rzeki płynęły złote w słońcu,

Woda

a stojący u sterów płytnicy³⁹, w białej odzieży, silni jak wodne olbrzymy, nadając ru-dlom⁴⁰ ciężkie półobroty, uderzali nimi po wodzie, która z wielkim pluskiem tryskała ³⁹

ni — flisak.

⁴⁰ de — ster.

Nad Niemnem



w perlistych kaskadach. Zarazem ludzie ci rozmawiali z sobą długimi, basowymi krzy-

Dźwięk, Las, Ptak

kami, które obijały się o bór ciemny i wywoływały w nim głośne echa. Po przeciwległym

wybrzeżu, pod gęstym borem, chodzili ludzie różni, pojedynczo i gromadnie, w szarych

i białych ubraniach; gdzieniegdzie, nisko nad rzeką, skrzydlatymi punktami przelatywały

rybitwy; w jednym miejscu rybackie czółenko kręto prześlizgiwało się pomiędzy płytami;

w klonach szczebiotały szczygły, gwizdała wilga, zanosiła się od krzyku czeczotka. Świat

cały stał w cudnej pogodzie jak czara nalana błękitem i złotem.

— Piękna miejscowość — rzekł w zamyśleniu Różyc.

Korczyński wskazał mu pracujących około rudli płytników.

Praca

— Ci ludzie nie mają także święta…

Różyc zdjął binokle i długą swą atłasową rękę powiódł po zmiętym i drgającym czole.

— Mnie się zdaje — rzekł — że oni zawsze mają święto. Są zdrowi, silni i jakimkol-

wiek jest ich życie, żyć chcą…

— Może pan ma słuszność — po krótkim namyśle odpowiedział Korczyński. — Praca

nieszczęściem nie jest; idzie tylko o grunt, na którym człowiek pracuje, i o… skutki. Jeżeli

co krok głową o mur uderzać się musisz i myśleć, że wszystko, cokolwiek byś zrobił… na

diabła zda się…

Machnął ręką i umilkł. Różyc cierpiącymi swymi, ale inteligentnymi oczami z zaję-

ciem spoglądał na ogorzałe, zorane czoło i w dół spuszczone wąsy obywatela.

— Do czego pan ostatnie słowa swe stosujesz? — zapytał.

Spod wypukłych powiek duże, piwne oczy Korczyńskiego podniosły się na twarz go-

ścia i utonęły w niej wejrzeniem głębokim i przejmującym.

— Jak pan myśli?… — zaczął i zawahał się z dalszym mówieniem. Ogarnęła go wi-

doczna, a dziwna w tak silnym człowieku nieśmiałość.

— Jak pan myśli? — zaczął znowu — czy w teraźniejszych czasach ci nawet z nas,

którzy pieniędzy nie marnują i jak woły pracują, zdołają… to… tamto… tego…

Źrenice jego błyskały przelatującymi w nich iskrami; patrzał ciągle w twarz gościa

i koniec wąsa do ust włożywszy przygryzać go zaczął. Widoczne było, że Różyc nie wie-

dział dobrze, co mu odpowiedzieć wypadało. Nad przedmiotem zaczepionym przez Kor-

czyńskiego myślał zapewne niewiele; może też obchodził go on niewiele.

— Któż to może przewidzieć? — zaczął. — Czasy są ciężkie. Ja zresztą te strony znam

tak mało… świeżym przybyszem jestem…

— Nie o te strony idzie — żywo podjął Korczyński — pod tym względem wszystkie

strony u nas są sobie równe. Niechże mi więc pan powie przynajmniej, jak jest tam, gdzie

pan mieszkałeś…

Różyc z niedbałym uśmiechem, choć z silnym drganiem czoła i brwi, odpowiedział:

— Osobiście przedstawiam przykład zasmucający… Moje tamtejsze majątki są dla

mnie stracone…

— Wiem o tym, ale to co innego! — zawołał Korczyński. — Pan z urodzenia by-

łeś wielkim panem… No, a to… tamto… Ale chciałbym coś wiedzieć o obywatelstwie

średnim, takim na przykład jak ja, siedzącym na dziesięcinach⁴¹ ziemi kilkuset, tysiącu…

trochę więcej…

Światowemu i do wszystkiego przyzwyczajonemu człowiekowi odpowiedzi na pytania

Obyczaje

wszelkie zupełnie zabraknąć nie mogło. Począł więc opowiadać o finansowym i gospo-

darskim stanie średnich majętności ziemskich nad Słuczą położonych, a czy opowiadał

dokładnie lub niedokładnie, prawdziwie czy nieprawdziwie, o to widocznie nie dbał. Nie

zajmował się tym bardzo żywo, może uważał to sprawozdanie za próżną dla siebie fatygę.

Ale mówił płynnie, do wykwintnej polszczyzny mieszając trochę ancuskich wyrazów,

od czasu do czasu, zręcznie i grzecznie, tłumił nerwowe poziewanie.

Z dala od okna, w przyciemnionym nieco rogu pokoju, prowadziła się inna, znacznie

Flirt

cichsza rozmowa. Kirło, ku gospodyni domu pochylony, mówił do niej o czymś półgło-

sem, z wyrazem ubolewania naprzód, a potem tak jowialnej żartobliwości, że na koralowe

jej usta z wolna powracał uśmiech. Z wdzięcznym na sąsiada swego spojrzeniem wyrzekła:

— Pan zawsze pocieszyć i rozweselić mnie musisz… O, gdyby mi pana jeszcze zabra-

kło…

⁴¹ ie i ina — tu: ros. miara powierzchni ziemi równa , ha.

Nad Niemnem



— Po co ma zabraknąć? — oburzył się Kirło. — Kiedy już tyle lat…

Ukośne wejrzenie rzucił na pana domu, bardzo w tej chwili zajętego rozmową z Ró-

życem. Potem szare, błyszczące oczki jego wpiły się w delikatne policzki pani Emilii,

a koścista ręka posuwała się z wolna ku jej ręce, która na kształt listka lilii spoczywała na zwojach jedwabiu.

— Biedna pani! — szepnął — już ja dziś muszę coś takiego zrobić, żeby panią roz-

weselić.

Za oknami na błękitnym Niemnie ciężkie rudle wciąż uderzały w wodę, wywołując

Arkadia, Przyroda

nieożywiona, Raj, Rzeka,

pluski perlistych kaskad; lekki wiatr szumiał w klonach i mieszały się z nim uwania

Szczęście, Woda

ptasich skrzydeł. Na przeciwległym wybrzeżu, w ciemnym borze, ludność wiejska zbierała

pewno poziomki lub zioła, bo w głębi boru odzywały się nawoływania:

— Hu! ho! hej! hop! hop!

Jednocześnie z wnętrza domu, ale z dala, jakby znad sufitu, osłabione odległością

Muzyka

słyszeć się dało granie na skrzypcach. Chwilami rozpoznać można było, że w górnej czę-

ści domu ktoś z wielką precyzją i umiejętnością grał jakąś wielką i trudną kompozycję

muzyczną.

Kirle te skomplikowane i pracowicie wywoływane tony skrzypiec jakby coś na pamięć

przywiodły. Uśmiechnął się filuternie, dłonią po kolanie uderzył; wybiegł przez drzwi do

salonu prowadzące, szczelnie je za sobą zamykając.

W jadalnej sali, dokoła długiego stołu ciężko, lecz żwawo krzątała się Marta Korczyń-

Jedzenie

ska, która przed kilku zaledwie minutami wróciła ze swej dalekiej przechadzki. Wielki

słomiany jej kapelusz leżał na jednym z krzeseł, a głowa, z cienkim warkoczykiem przy-

mocowanym z tyłu wielkim grzebieniem, pilnie schylała się nad nakryciami, stwierdzając

porządek ich i czystość. Przyrządzała sałaty i kompoty, przynosiła butelki z winem, co

chwilę wybiegała, a powróciwszy, z brzękiem kluczy otwierała szuflady kredensowej sza-

 i urządzając, ustawiając, przyozdabiając wszystko, pantoflami wyszytymi w czerwone

róże głośno klapała o podłogę. Dopomagał jej w tym gospodarskim zajęciu jeden tylko

kredensowy chłopak, przyodziany porządnie i żwawy, ale niedorosły i ślepo tylko rozkazy

jej spełniający. Cztery wiorsty⁴² uszła dziś tam i na powrót, nie odpoczywała ani minuty, a nie znać było na niej strudzenia. Chrząkała, kaszlała, gderała i napędzała małego lokaja, a pomimo ciężkości chodu swego i pedantycznej dokładności, z jaką spełniała rzecz

każdą, zwijała się tak prędko, że w niespełna kwadrans stół był już na dziesięć osób na-

kryty i wszystko do obiadu przygotowane. Chłopak chleb krajał, a Marta wkładała go do

serwet, kiedy z dalszych pokojów wbiegła do jadalnej sali Teresa Plińska, w ręce klasnęła

i z wybuchem radości zawołała:

— A! Pani już tu, panno Marto! I wszystko do obiadu przygotowane! Jakże to dobrze!

Pani Emilia była bardzo niespokojna.

— I niepotrzebnie! — ofuknęła stara panna — niech swoich robótek i swojego sła-

bego zdrowia patrzy, a co się tyczy domu, to już do mnie to należy.

— To nic — szeptała Teresa — ale ona zawsze o wszystko niespokojna. I teraz dostała

globusu, i zaczęła już dostawać migreny…

— Naturalnie! A poziewania jeszcze nie dostała?…

— Jeszcze nie, chwała Bogu! — zupełnie serio i nawet z rzetelną dla Nieba wdzięcz-

nością odparła towarzyszka pani Emilii.

— A Benedykt w domu?

— W domu, tam, z gośćmi i żoną… Znowu gniewał się, że pani i Justynka piechotą

poszłyście do kościoła. Mówił, że w święto konie nie zajęte…

— To niech odpoczywają, a jak odpoczną, lepiej się potem do gospodarstwa zdadzą…

Wieczna głupota! Czy to my księżniczki, żebyśmy pieszo chodzić nie mogły? Uf! Nie

mogę!

Kaszel ją porwał, ale trwał krótko, bo wstrzymywała się z całej siły, i nagła myśl jakaś

piorunem, zda się, uderzyła o całą jej istotę. Głośno splasnęła rękami i do okna poskoczyła.

— A dzieci jak nie ma, tak nie ma! — zawołała.

Teresa tymczasem liczyła na stole nakrycia.

Kobieta, Mężczyzna

⁴² i

a — daw. ros. miara długości, równa , km.

Nad Niemnem



— Na dziesięć osób, jak mamę kocham, na dziesięć osób nakryto! — piskliwie za-

wołała. — Czy więcej gości dziś przyjedzie? Bo nas domowych sześć, a dwóch panów —

to osiem… a tu na dziesięć… czy kto jeszcze przyjedzie?

— Dwóch konkurentów do ciebie przyjedzie! — z gniewną ironią krzyknęła Marta.

— Alboż mało naczekałaś się jeszcze na nich? No, to dziś trzech będziesz miała od razu.

Pan Różyc już jest, a dwóch jeszcze przyjedzie…

Zaczęła śmiać się tak, że aż łzy nabiegły do szyderskich⁴³, ognistych jej oczu. Teresa, zarumieniona trochę, dobrodusznie jej w twarz patrzała:

— Co też pani wygaduje! Pan Różyc… gdzieżby on tam mógł… taki wielki pan…

choć, doprawdy, tak jakoś patrzał… ej! oni wszyscy tacy… ci mężczyźni… Ale naprawdę,

kto więcej przyjedzie?… moja droga pani, proszę mi powiedzieć, kto przyjedzie?

I szczupłymi ramionami swymi z dziecinną prawie pieszczotliwością objąć usiłowała

grubą kibić i cienką, żółtą szyję towarzyszki. Ale ona gwałtownie wyrwała się z jej objęć.

— A dzieci! — krzyknęła. — Toż Widzio i Leonia powinni już od godziny być tutaj…

Dziecko, Matka

Może choć na obiad nadjadą…

— A, prawda — z widocznym uczuciem rozczarowania szepnęła Teresa — zapo-

mniałam…

— Zapomniała, zapomniała… — gniewnie ku szafie kredensowej idąc zamruczała

Marta. — Może i matka zapomniała także… o dzieciach zapomniała… Co im w głowie?

Romanse i apteka… Wieczna głupota!… A dzieci jak nie ma, tak nie ma!… O Boże mój,

Boże! gdyby tylko nie jaki wypadek… bo z tymi kolejami żelaznymi wszytko być może…

Znowu stanęła twarzą ku oknu, głową wielkim grzebieniem sterczącą trzęsła i pęk

kluczy głośno dzwonił w jej ręku.

W tejże chwili za przymkniętymi drzwiami sali jadalnej dało się słyszeć szybkie ze

wschodów zbieganie, potem szamotanie się jakieś, mocowanie, dwa głosy męskie, z któ-

rych jeden zdawał się o coś nalegać, a drugi od czegoś wypraszać… struna jakaś kilka razy

brzęknęła, na koniec, dalej już, w głębi domu, wybuchnął głośny śmiech Kirły… Marta,

zapatrzona w szlak drogi, zza rozwartej bramy dziedzińca widzialny, na szczególny hałas

ten nie zwróciła żadnej uwagi, ale Teresa rzuciła się ku drzwiom i naprzód przez nie cieka-

wie głowę wychyliła, a potem, z cienkim i uszczęśliwionym chichotem, drobnym swym

dziewczęcym krokiem przez sienie i salon pobiegła. W głębi salonu drzwi od pokoju pani

Emilii otworzyły się głośno i zjawił się w nich Kirło śmiejący się i ciągnący za sobą kogoś

bardzo pociesznie w samej rzeczy wyglądającego. Był to staruszek średniego wzrostu, ale

Ciało, Kobieta, Mężczyzna,

Obyczaje, Strój

tuszy dobrej i w środku figury szczególniej wydatnie zaokrąglonej, z okrągłą, białymi

jak mleko włosami okrytą głową, z okrągłą także, pulchną, rumianą twarzą. Wśród tej

twarzy pulchne, rumiane usta uśmiechały się teraz z pełną zmieszania dobrodusznością

i błękitne jak turkusy oczy patrzały z wyrazem wstydu i zalęknienia. To zmieszanie i za-

lęknienie źródło swe mieć musiało w ubiorze bardzo niestarannym, bo składającym się

tylko z szerokiego, z kwiecistej materii sporządzonego szlaoka. Jedną ręką trzymając

smyczek i zarazem powstrzymując od rozchylania się poły szlaoka, drugą ten białowło-

sy i łagodny starzec przyciskał do piersi skrzypce. Przy tym broniąc się przeważnej sile,

która go naprzód pociągała, usiłował wciąż cofać się i ramię swe z dłoni Kirły wyrwać.

— Puść mnie pan… — szeptał i wykrzykiwał głośno — jakże można? przy damach…

w szlaoku…

Ale Kirło wciągnął go do pokoju, przy czym do Różyca zwrócony perorować zaczął:

— Przedstawiam nowemu sąsiadowi naszemu najznakomitszego muzyka okolicy na-

Artysta, Błazen, Śmiech

szej… przepraszam! Litwy… a może i Europy… Zaniedbany ubiór jego przebaczą mu

nawet damy, ponieważ jest artystą. Od urodzenia podobno aż do dnia dzisiejszego pra-

cuje nad muzyką. Majątek, panie, przepracował… Ale gra za to… gra…

— Puść mnie pan… przy damach… przy nieznajomym człowieku… — wypraszał się

i w celu wyrwania się nowe, a coraz śmieszniejsze wysilenia czynił staruszek.

Nieznajomy człowiek, czyli Różyc, ze zdumieniem na tę scenę patrzał i nie tylko nie

Córka, Ojciec, Pies, Zabawa

śmiał się, lecz delikatne wargi jego przybrały wyraz niesmaku. Korczyński, oswojony znać

z dobrym humorem Kirły i jego objawami, spoglądał przez okno na klony i rzekę; panie,

Emilia i Teresa, śmiały się: pierwsza cichutko i z niejakim zawstydzeniem, druga głośniej

⁴³

de

i — dziś popr.: szyderczych.

Nad Niemnem



i z rozkoszą. Kirło, zachęcony powodzeniem swym wobec dam, a na obecnych mężczyzn

już nie zważając, z komicznymi gestami i minami dalej prawić zaczynał:

— Idę sobie na górę, aby naszego kochanego artystę odwiedzić… słyszę: gra! Dobrze,

myślę, niechże przyjdzie zagrać dla nas… Wymawia się, że nie ubrany… Co tam! Tym

lepiej… artyści podobno, panie, zawsze nie ubrani i nie umyci…

Wtem zza pleców szamoczącego się i już widocznie udręczonego starca wysunęła się

młoda kobieta w czarnej sukni, wybornie uwydatniającej jej silną i zgrabną kibić. Wy-

prostowana była i głowę otoczoną czarnym warkoczem wysoko podnosiła. Wśród śmiałej

Duma, Oko

twarzy szare jej oczy wydawały się teraz prawie czarne i w twarz Kirły cisnęły płomienie

gniewu. Na nikogo z obecnych nie spojrzawszy zwróciła się ku otwartym drzwiom salonu

i zawołała głośno:

— Mars⁴⁴! Mars!

Na to wołanie zjawił się w progu pies myśliwski, ulubieniec pana domu, wielki, czarny

ponter⁴⁵. Kobieta krótkim gestem wskazała go Kirle.

— Oto jest Mars — rzekła — wybornie umie on warować, aportować i przez kij

skakać. Zawołałam go tu dla zabawy pana!

Głos jej trochę drżał, usta zbladły i z oczu znowu trysnęły płomienie. Powoli jednak

i łagodnie ujęła ramię starca.

— Chodź, ojcze! — rzekła.

Kiedy wyprostowana, z podniesioną głową i bladym, lecz niezmąconym profilem pro-

wadziła przez wielki salon siwowłosego, trochę przygarbionego i skrzypce swe do piersi

przyciskającego starca, przypomnieć mogła Antygonę⁴⁶…

— Wspaniała! — zza binokli swych ścigając ją spojrzeniem szepnął Różyc.

Kirło nie zmieszał się ani na chwilę i z nowym śmiechem szeptał do ucha Teresy coś,

od czego rumieniła się i najmilszym uśmiechem rozjaśniała jej okrągła, rumiana, w owalną

ramę chusteczki ujęta twarz. Korczyński motał wąs na palec i parę razy, do siebie więcej

niż do innych, przemówił:

— Dzieci nie ma! Dziwna rzecz! Dzieci nie ma!

Różyc gospodynię domu nie mógł długo w osamotnieniu zostawiać. Toteż z wyra-

zem współczucia zapytał ją, czy na nerwy przeważnie choruje, a otrzymawszy twierdzącą

odpowiedź, z żywszą jeszcze sympatią mówić zaczął o ogólnym teraz usposobieniu do

chorób nerwowych i trudności znalezienia na nie radykalnego lekarstwa.

— Co do mnie — rzekł — znam jedną tylko paliatywę⁴⁷, która niechybnie o wcze-Szczęście

sną śmierć przyprawia, ale chwilowo przynajmniej zaspokaja potrzebę wrażeń i daje za-

pomnienie… o wszystkim…

Pani Emilia jak do modlitwy ręce złożyła.

— O, cóż to jest? — zawołała.

— Morfina — z niedbałym uśmiechem szepnął gość.

Ze zniechęceniem ręką skinęła.

— Nie — rzekła z cicha — mnie się zdaje, że jedynym lekarstwem pewnym byłoby

zadowolenie wyższych potrzeb istoty naszej, potrzeb serca… wyobraźni… szlachetnych

gustów… Ale któż jest tak szczęśliwy, aby móc spełniać wszystkie marzenia swoje, aby

dysonanse życia nie zatruwały mu ducha i ciała?…

— Bywają też ludzie, którzy spełniają wszystkie swoje marzenia i od zbytku tego

szczęścia stają się… nieszczęśliwi… — z ledwie dostrzegalną ironią odparł gość.

Znowu drzwi od salonu otworzyły się z łoskotem i zjawiła się w nich na oka mgnienie

wielka postać Marty.

— Dzieci jadą! Dzieci… jadą! — krzyknęła swym grubym, ochrypłym głosem i wnet

Gość

jak wicher rzuciła się w kierunku sieni.

W uszach obecnych zabrzmiał tylko głos jej jakąś ogromną radością nabrzmiały,

a w oczach wionęły końce mantyli i zamigotały czerwone róże pantofli. Korczyński, jakby

⁴⁴Mars — w mit. rzym. bóg wojny.

⁴⁵ n e — wyżeł.

⁴⁶Antygona — w mit. gr. córka króla Edypa. Kiedy Edyp po odkryciu swej winy tragicznej (nieświadomie zamordował ojca oraz poślubił matkę) wyłupił sobie oczy i udał się na samowolne wygnanie z Teb do Kolony, Antygona towarzyszyła mu i otoczyła nieszczęsnego opieką.

⁴⁷ a ia

a (z łac. a i m: płaszcz) — środek przynoszący ulgę, nie leczący choroby, ale łagodzący jej objawy.

Nad Niemnem



wybuchem jakiejś palnej materii z krzesła poderwany, dwoma krokami przesadził pokój

i zniknął. Pani Emilia bardzo powoli podniosła się z szezlonga.

Strój

— Tereniu, droga moja… dajże mi płaszcz, rękawiczki, chustkę na głowę…

Teresa w kilku fertycznych⁴⁸ poskokach podała żądane przedmioty i do przywdziania ich dopomogła. Potem zaczęła sama owijać się ciepłym szalem, wsuwać na ręce trochę

podarte rękawiczki, zawiązywać na głowie włóczkową chustkę.

Pani Emilia postąpiła parę kroków.

— Tak, doprawdy, osłabiona dziś jestem… — z cicha zaczęła — że nie wiem… czy

zdołam wyjść na spotkanie moich dzieci…

Ręce jej wspierające się o stół drżały i słychać było niemal przyśpieszone bicie jej serca.

Nie udawała: była istotnie bardzo zdenerwowana i słaba. Kirło pośpieszył z podaniem

jej ramienia. Wsparta na nim szła przez salon, jak wiotka trzcina chwiejąc się prawie

i z szelestem ciągnąc za sobą zwój jedwabiu.

Wkrótce na ganku utworzyła się grupa osób, na której czele stał Korczyński, do

niepoznania prawie zmieniony, bez śladu uprzedniej ponurości w błyszczących oczach,

prawie bez zmarszczek na czole, z uśmiechem radości pod długim i w dół opuszczają-

cym się wąsem. Na zapadłe policzki tuż za nim stojącej Marty wybiły się okrągłe, ogniste

rumieńce; źrenice jej patrzące na drogę, śród której widać było szybko ku bramie zbli-

żający się punkt czarny, przygasły i zwilgotniały; zwiędłymi, uśmiechającymi się ustami

cichutko szeptała:

— Aniołki! Kotki! Robaczki moje!

Każdy by odgadł, że ci, których tu witać miano, rzucą się naprzód w objęcia tych

dwojga ludzi. W głębi ganku, u samych drzwi wchodowych, Teresa z pomocą Kirły usta-

wiała przyniesiony z salonu fotel, na który wnet bezwładnie opuściła się pani Emilia. Do

Teresy szepnęła:

— Trochę laurowych kropli, moja Tereniu‥

A do Kirły:

— Wróć pan do pana Różyca. Niepodobna przecież, aby zostawał sam jeden…

Po kilku minutach przed ganek zajechała czterokonna bryczka, z której razem pra-

wie wyskoczyło dwoje młodziutkich ludzi: wysmukły, złotowłosy chłopak i niedorosła,

zgrabna panienka. Wybuchły pocałunki i zapytania; głosy zmieszały się. Słychać było

huczenie Marty, śmiech podlotka, szybką mowę młodzieńca, spazmatyczne łkanie pa-

ni Emilii, piskliwe wykrzyki Teresy przyzywającej pomocy służących dla odprowadzenia

pani do pokoju.

Różyc i Kirło z roztargnieniem przypatrywali się tej scenie przez jedno z okien domu.

Mało ich ona obchodziła. Nagle Różyc, twarz od okna odwracając, zapytał:

— Któż to jest ta panna Orzelska?

Kirło wybuchnął śmiechem.

— Oho! Wpadła panu w oczko, co? Nieszpetna, co prawda, ale dla mnie niesympa-

tyczna… zimna… rubaszna… oryginalna…

Wzruszył ramionami i usta wydął.

— Gusta są różne — flegmatycznie odparł młody pan i malutką piłką począł bardzo

uważnie robić coś około swych pięknych paznokci.

— Biedna? Bez posagu? — zapytał po krótkiej chwili.

— Pięć tysięcy ma na procencie u pana Benedykta. Cóż to za posag… Wcale posagu

żadnego nie ma… a dumna przy tym jak księżniczka i zła jak szerszeń.

— Zauważyłem to właśnie przed chwilą.

Ironiczny trochę uśmiech przebiegł mu po cienkich ustach.

— Z temperamentem dziewczyna… — dodał.

Kirło swymi błyszczącymi, świdrującymi oczkami uważnie mu w twarz popatrzał.

— Ej, nie zapalaj się pan tak prędko! — z wyraźnym niezadowoleniem zawołał. —

Temperament! Temperament! Był, ale już wywietrzał.

Czarne, wąskie brwi młodego pana silniej niż zwykle drgnęły, a drgnienie to udzieliło

się czołu i przebiegło skórę czaszki, aż pod przerzedzonymi i uyzowanymi włosami.

Zupełnie jednak obojętnym a nawet żartobliwym głosem zapytał:

⁴⁸ e

n — zwinny, szybki, żwawy.

Nad Niemnem



— Cóż tam takiego było?

Kirło znowu filuternym stał się.

— Pamiętasz pan Zygmunta Korczyńskiego, tego malarza, którego spotkaliśmy u Da-

Miłość niespełniona

rzeckich?

— Pamiętam, wcale przyzwoity człowiek i podobno nie bez talentu… Żona jego ładna,

mała blondynka… Cóż więc?

— No… on i panna Justyna…

— Romans? — dorzucił pan.

— I jaki! — wybuchnął Kirło.

— Już z żonatym?

— Ale gdzie tam! Od dzieciństwa prawie… jak zwykle pomiędzy kuzynami…

— A dlaczegóż więc?…

— Dlaczego nie pobrali się? Ależ i mowy o tym być nie mogło… Familia… i on sam…

Dłużej rozmawiać nie mogli, bo towarzystwo całe z ganku wchodziło już do sieni

i zaraz wejść miało do salonu.

Tymczasem po wschodach, niegdyś politurowanych i ozdobnych, dziś tylko czystych

i całych, Justyna wprowadziła ojca do górnej części domu, gdzie pośród obszernego stry-

chu urządzony był wąski korytarz z dwoma naprzeciw siebie otwierającymi się pokojami.

Jeden z tych pokojów należał do Ignacego Orzelskiego i był zarazem sypialnią nocujących

tu czasem gości. Justyna opuściła ramię ojca i wyjąwszy mu z rąk skrzypce, umieściła je

w stojącym na stole podługowatym pudle. Czyniąc to, z cicha i trochę szorstko rzekła:

— Dlaczego, ojcze, pozwalasz zawsze temu panu żarty z siebie…

Urwała i uczyniła ręką gest zniechęcenia.

— Po co ja to mówię! Tyle już razy prosiłam… przedstawiałam… Nic nie pomaga…

i nic nie pomoże!…

Wzięła dzbanek stojący w kącie pokoju i zaczęła zeń wodę do miednicy nalewać. Stary

w rozwartym szlaoku i zupełnym pod nim negliżu stał na środku pokoju, zakłopotany

trochę i z jednostajnym wciąż, dobrodusznym uśmiechem na ustach.

— Widzisz, moja Justysiu — zaczął — żebyś ty wiedziała, jak to trudno… zresztą…

cóż to szkodzi!

— O! — zawołała — właśnie pragnęłabym, aby ojciec uczuł…

Umilkła znowu, zawiesiła ręcznik obok miednicy i na jednym ze stołów ustawiła małe

Jedzenie, Obyczaje, Strój

lusterko. Stary tymczasem drobnymi krokami zbliżył się do skrzypiec i już je z pudła

wyjmować zaczął. Justyna delikatnie i powoli instrument znowu na uprzednim miejscu

złożyła.

— Trzeba się ubierać, ojcze! Zaraz zawołają nas do stołu…

— A, do stołu! — powtórzył stary. — Dobrze… dobrze… bo już i głodny jestem…

A nie wiesz tam czasem, co na obiad będzie?

— Nie wiem — odpowiedziała i ułożyła obok lusterka wszystkie przybory do golenia

się i czesania służące.

— Wszystko gotowe, ojcze…

Stary nie ruszał się i z ukosa na skrzypce spoglądał.

— A może bym ja trochę jeszcze pograł?

— A obiad? — zapytała Justyna.

— A prawda… obiad? Pewno dziś co smacznego dadzą, bo goście są… Pytałem się

nawet panny Marty z samego rana, co tam na obiad będzie, ale czy ona kiedy po ludzku

do kogo przemówi! Burknęła… chrząknęła… czchnęła i na dół poleciała… a mnie już

na dół nie chciało się schodzić… wypiłem więc kawę z sucharkami, troszkę szynki zja-

dłem i grałem sobie… Szynki w tym roku doskonale urządziła… i sucharki jej zawsze

doskonałe… w ustach topnieją… caca!

Powoli, leniwie usiadł przed lusterkiem i do robienia toalety swej przybierać się zaczął.

Dama, Pan, Sługa, Strój

Justyna prędko i zręcznie czyściła miotełką surdut ojca. Stary zachmurzył się.

— Otóż to — gderliwym tonem zaczął — jak tylko goście przyjadą albo co tam

innego stanie się, Franek u mnie ani nosa nie pokaże… Jeden ten chłopiec do wszyst-

kiego… i przy kredensie, i do stołu usługuje, i mnie, i panu Benedyktowi… Do czego to

podobne, aby w takim domu… nie było komu wody podać i surduta oczyścić?

— Już oczyszczony! — odpowiedziała Justyna.

Nad Niemnem



— Oczyszczony… oczyszczony… — gderał stary. — A któż go oczyścił? Ty sama!

Czyż to pięknie, aby panienka surduty czyściła?… do czego to podobne?

Po ustach Justyny przemknął uśmiech. Stanęła na środku pokoju i zamyśliła się chwi-

lę.

— Jak ja stąd wyjdę — rzekła — ojciec znowu grać zacznie…

— A może… — odparł stary — to i cóż?

— Teraz nie można — odrzekła — bo jak na obiad zawołają, trzeba, aby ojciec był

już ubrany… Lepiej może pudło na klucz zamknąć…

— No, no! Nie zamykaj… nie zamykaj!…

Nic już nie odpowiadając zakręciła mały klucz w zamku, schowała go do kieszeni

i wyszła.

Drugi pokój na górze, niezbyt mały i bardzo czysty, o dwu łóżkach i umeblowaniu

skromnym, lecz dostatecznym, stanowił od lat kilku wspólne mieszkanie Marty i Ju-

styny. W tym pokoju Justyna stanęła przed otwartym oknem i rozplótłszy warkocze,

powolnym ruchem rozczesywać zaczęła gęstwinę czarnych włosów, w które podczas ran-

nej przechadzki wplątały się zielone igły i młodziutkie gałązki sośniny.

Na Niemnie ruch ustał zupełnie. Tratwy przepłynęły, rybackie czółna znikły, samot-

Rzeka, Woda

ność zaległa płynące błękity wody, nad którymi czasem tylko w olśniewającej światłości

słonecznej szybko i kręto przelatywały połyskliwe jak atłas rybitwy. Na cichą wodę wy-

płynęła łódź mała, od jednego brzegu do drugiego wioząca dwóch ludzi. Jeden z tych

ludzi siedział na dnie łodzi i twarz nad wodą pochylał tak, jakby z zajęciem przypatrywał

się podwodnej roślinności, która tu i ówdzie wybijała się na powierzchnię kępami okrą-

głych liści i żółtych kwiatów wodnych lilii. Drugi, wysoki, w stojącej postawie rozgarniał

wiosłem wodę zataczającą dokoła łodzi koliste bruzdy. Justyna spostrzegła, że ten prze-

woźnik, wstrzymawszy nieco ruch wiosła, z podniesioną twarzą patrzał chwilę na dom,

u którego szczytu stała ona w otwartym oknie. Potem, gdy już łódź przybiła do brze-

gu, człowiek ów, wyskoczywszy na przeciwległe wybrzeże, stanął i znowu w tym samym

kierunku spojrzał; ale wnet, na kształt górskiego jelenia, prędko i zręcznie wbiegać za-

czął na wysoką, piaszczystą ścianę. Od chwili do chwili zatrzymywał się i podaniem ręki

albo podłożeniem dłoni pod łokieć dopomagał towarzyszowi, który wstępował na górę

znacznie powolniej, z trudnością, z przygarbionymi trochę plecami i pochylonym kar-

kiem. Pierwszy z tych dwu ludzi ubrany był w kurtę z siermięgowego sukna zielonymi

taśmami przyozdobioną, drugi miał na sobie długą kapotę, a na głowie pomimo gorąca

wielką baranią czapkę. Wkrótce obaj zniknęli za pierwszymi drzewami boru. Ale zaled-

Cisza, Las, Śpiew

wie zniknęli, z boru wybuchnęła i pod same zda się obłoki wzniosła się pieśń męskiego,

silnego głosu:

Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna,

Jak różowy kwiat,

Oczy zapłakała, ręce załamała:

Zmienił się jej świat.

Czego ty płaczesz, czego narzekasz,

Dziewczyno moja?…

Głos śpiewającego oddalał się, oddalał się w głębokości boru i przycichał, natomiast

z boru ozwały się powitalne czy wzywające wołania:

— Hu! ho! hej! hop! hop!

Ktoś basowym głosem przeciągle wołał:

— Jan—ku! Jan—ku! bywaj! a bywaj!

Jakaś kobieta cienkim i ostrym głosem u samego brzegu lasu na skoczną nutę zaśpie-

wała:

Kiedy cię śpiewam, luby walczyku,

Myślę o moim miłym chłopczyku…

I urwała, a cisza wraz ze światłością słoneczną stanęły znowu niezmącone od samego

nieba do ziemi.

Nad Niemnem



Benedykt Korczyński należał do niewielkiej w jego pokoleniu liczby ludzi, którzy odbyli

wyższe naukowe studia. Zawdzięczał to czasom, w których upłynęła młodość jego ojca,

tym czasom, które światła swe i wzloty otrzymywały od wielkiego i szeroko promienie-

jącego ogniska. Ogniskiem tym, w samym sercu prowincji roznieconym, była akademia

wileńska, a Stanisław Korczyński, syn napoleońskiego legionisty był przez czas jakiś jej

wychowańcem. To zapewne, a może także rodowe skłonności, które nie zawsze, ale często

Choroba, Walka, Woda,

Upadek

jak krynica w łono ziemi w grunt wielu pokoleń wnikają, uchroniły go od zarazków uno-

szących się zwykle nad stojącymi wodami. Na gruncie pańszczyźnianym wytwarzającym

gotowe dostatki, pod skalistym sklepieniem rozpęd wzroków i ruchy ramion tamują-

cym, społeczeństwo było wodą stojącą, pełną zarazków ogłupienia, zezmysłowienia się,

lenistwa i apatii. Organizmy ludzkie — biedne te gąbki, które stosownie do drzewa,

na którym rosną, wsiąkają w siebie rozkładające lub krzepiące soki — przeciw zaraz-

kom broniły się, jak mogły. Mnóstwo uległo; pewna jednak liczba uzbrojona do walki

Cnota, Czyn , Zwycięstwo

w odziedziczone lub zdobyte siły oparła się zwycięsko. Do ostatnich należał ojciec Bene-

dykta. Pośród stref, na których jak złotogłowy, pospolite tkaniny lub ścierki zawieszają

się ludzkie życia, to życie nie wzbiło się bardzo wysoko, ale też i na niziny nie spadło.

Może ono i miało skrzydła, które w atmosferze gnijącej do niczego służyć nie mogąc,

przekształciły się w proste szczudła, użyteczne tylko do chodzenia po bagniskach bez

obłocenia się i ugrzęźnięcia. Ale istnienie takich szczudeł w pewnych warunkach gruntu

i atmosfery świadczy najpewniej o posiadanych niegdyś zaczątkach skrzydeł. Dość, że trzej

synowie Korczyńskiego dzieciństwo swe spędzili w atmosferze wolnej od zgniłych odde-

chów rozpusty i tyranii, oświetlonej nie słońcem wprawdzie, ale przynajmniej gwiazdą

cnoty, ożywionej nie czynami, ale przynajmniej utajoną do nich zdolnością ojca. Wielkie

Młodość, Nauka, Szkoła,

Szlachcic, Własność

wrażenie w całej okolicy i nawet w całym powiecie wywołał postępek Korczyńskiego, gdy

synów swych wysłał on po skończeniu przez nich szkół średnich do wyższych naukowych

zakładów. Po co? Dlaczego? Nie mieliż odziedziczyć po nim znacznego obszaru pięknej

i żyznej ziemi, na którym żyć i panować będą sobie mogli, jak panowali i żyli przodko-

wie? Nie byliż szlachcicami, obywatelskimi synami? Nie mieliż zatem z prawa urodzenia,

przysługującego im stanu, położenia w świecie — punktu wyjścia dla spokojnego życia?

Nie wszyscy postępkowi Korczyńskiego nadawali nazwę dziwactwa: byli i tacy, którzy

czynili to samo; ale poważna większość wzruszała ramionami. Gdyby wtedy w cienie

Los

bliskiej przyszłości zajrzał był wróżbiarz jaki, na całe gardło, na cały świat zaśmiałby się z tych dumnych, ufnych, takich pewnych! Korczyński wróżbiarzem nie był i wszystkiego,

co w bliskiej przyszłości stać się miało, nie przewidywał; tak dalece nie przewidywał, że

gdyby ktokolwiek rozwinął był przed nim obraz przeznaczeń jego synów, albo by uniósł

się zgrozą i rozpaczą, albo by śmiał się na całe gardło krzycząc: „To niepodobna!” Jednak

Pozycja społeczna, Praca,

Szkoła, Szlachcic

dzięki temu promieniowi światła, który kiedyś do jego głowy z wielkiego ogniska wnik-

nął, część przyszłości przewidywał on i rozumiał; rozumiał, że prędzej lub później, może

wcale prędko, praca niewolnicza stanie się pracą wolną i równiejszymi działami rozpadnie

się pomiędzy ludzi. Wtedy życie jego synów wraz z życiem całego ogółu, przelane w for-

mę nową, zapotrzebuje nowych narzędzi. Może też pragnął, aby synowie jego zażyli tych

samych rozkoszy nauki, koleżeństwa, zaostrzania wzroku przez szerokość dostrzeganych

widnokręgów, których on sam w młodości swej zażywał. Może jeszcze cień nadchodzącej

przyszłości dotykał czasem jego głowy, bo na przedstawienia i żarty sąsiadów z namarsz-

czonym czołem odpowiadał:

— Na wszelki wypadek! Na wszelki wypadek!

Na koniec w te starania byłego ucznia akademii wileńskiej o dobre przygotowanie sy-

nów do życia wchodziła też i rachuba. Nie mieli oni być tak bogaci, jak się to ze strony⁴⁹

wydawać mogło. Z obszaru posiadanej ziemi Stanisław Korczyński należał do średnio

Dziedzictwo, Ojciec,

Dziecko, Własność,

zamożnych obywateli. Potem już przez sposób życia powściągliwy i nieco nad inne pra-

Testament

cowitszy, z możliwie najmniejszą na owe czasy krzywdą ludzką, do dziedzicznego swego

Korczyna dokupił drugi, równej wartości folwark. W całości swej stanowiło to fortunę

wcale piękną, która jednak, na cztery części rozdzielona — bo oprócz synów Korczyński

miał jeszcze córkę — tych, którzy posiąść ją mieli, bogatymi uczynić nie mogła. W my-

⁴⁹ e

n — z zewnątrz, z boku.

Nad Niemnem



śli swej Korczyński przeznaczał ojczysty Korczyn najmłodszemu ze swych dzieci, Bene-

dyktowi, najstarszego, Andrzeja, na folwarku nabytym osadzając i na tych dwóch braci

wkładając obowiązek wyposażenia siostry i średniego brata, Dominika, który w dalekim,

wielkim mieście studiował nauki prawne.

Benedykt skończył szkołę agronomiczną i do swego Korczyna wrócił w roku .

Matki nie miał już od dawna; ojciec mu zmarł przed paru laty; siostra była zamężna.

W zamian mniej niż o dwie mile od Korczyna, na pięknym folwarku swym gospoda-

rował od lat kilku już ożeniony, starszy brat jego, Andrzej; a młodszy, po skończeniu

uniwersyteckiego kursu, tylko co wrócił do rodzinnego domu z zamiarem użycia w nim

niedługiego odpoczynku. Oprócz tego znalazł w domu krewną swoją, od dzieciństwa

sierotę i przez rodziców jego wychowaną, Martę Korczyńską. Miała ona podówczas lat

dwadzieścia cztery i w pełnym znaczeniu tego wyrazu można było stosować do niej nazwę

dziewoi. Zanadto może wysoka, ale kształtna i ruchliwa, ognistooka, wesoła i wiecznie

czynna, tak mu dom napełniała krzątaniem się swym, ładem i dostatkiem, że opustosze-

nia jego prawie nie uczuł. Zresztą trzej bracia byli ze sobą zawsze w przyjaźni i zgodzie,

Historia, Powstanie, Walka

a teraz do życia ich wpłynął pierwiastek, który z nich uczynił trzy niby strzały równym

pędem ku jednemu celowi lecące. We wszystkich trzech ozwała się naraz krew żołnie-

rzy spod Baru i Samosierry, to zaś, co w pokoleniu najbliższym zadrzemało było i tylko

przez sen niekiedy płakało, w nich uderzone dzwonem czasu krzyknęło i na skrzydłach

fantazji wleciało w wysoko gorejący płomień. Hej! Gorączką i burzą przeleciały im te dwa

lata! Stojące wody społeczne zaszumiały, wzdęły się i wyrzucały w górę kipiące kaskady;

Pozycja społeczna, Wiatr,

Woda

w martwej atmosferze wichry zaśpiewały roznosząc po ziemi złote tumany, a na niebie

malując jutrzenki i tęcze. Duch demokratyzmu równającym pługiem orał społeczną gle-

bę. Wyżyny, skruchą zdjęte, pochylały się ku nizinom, gotowe do wynagrodzenia krzywd,

żebrzące prawie o życzliwość i ufność. Przyjazne i poufałe stosunki zapanowały były wte-

Współpraca, Dom

dy pomiędzy Korczynem a wsią sąsiednią, noszącą nazwę Bohatyrowicze. Mieszkańcy tej

wsi mieli kiedyś pergaminy⁵⁰ i przywileje szlacheckie, ale przez zbieg okoliczności róż-

nych utracili je od dość dawna i wiedli znojne, ciasne, ubogie życia małych rolników.

Nagle dom korczyński na oścież roztworzył się przed nimi. Hej! Byłoż tam wtedy, było

ruchu i tłumu w tym niskim, obszernym domu! Rozlegałyż się tam gwary i krzyki płynąc

w dal po falach tej rzeki! Brzmiałyż tam i huczały w głębiach tego boru i na rozłogach

tej gładkiej równiny takie stuki i hałasy, jakich ani razu słychać tu nie było od dawne-

go czasu, od owego czasu, w którym powstały gęsto w pobliżu Niemna rozsiane okopy

szwedzkie⁵¹. Najognistszym z braci Korczyńskich był najstarszy, Andrzej. Mężem i ojcem już będąc, zapominał o żonie, dziecku i gospodarstwie własnym, stale prawie w rodzinnym gnieździe przebywając. Dominik wybierał się w świat dla rozpoczęcia życia na własną

rękę, lecz wciąż wyjazd swój odkładał i cichszy, więcej wahający się od innych, z brać-

mi jednak pozostawał. Marta przebywała wtedy złotą chwilę swego życia. Krzątała się

Miłość, Muzyka, Śpiew,

dwa razy więcej niż zwykle, bo gości bywało mnóstwo; pełną piersią oddychała upalnym

Kobieta, Mężczyzna

powietrzem chwili; wraz z innymi spodziewała się i pragnęła, i jak ptak zdjęty radością

wiosny często śpiewała… Głos miała prosty i nieuczony, lecz silny i czysty. Z namiętnym

i w owej porze rozmarzonym wyrazem swych płomiennych oczu zawsze coś do mówienia

i do śpiewania miała z Anzelmem Bohatyrowiczem, przystojnym chłopcem w grubym

obuwiu i surducie z domowego sukna, który śmiał się tak głośno, że aż się po całym domu

rozlegało, z błękitnych oczu iskry sypał, potężnym barytonem tysiąc pieśni śpiewać umiał,

przynosił dla niej do ogromnych mioteł podobne bukiety polnych kwiatów, a gdy obok

niej przy obiedzie lub wieczerzy siadał, rumienił się tak, że aż uszy stawały mu w ogniu

jak czerwone maki. Brat Anzelma znowu, Jerzy, przyjaźnią bardzo szczególną połączył

Przyjaźń

się z najstarszym Korczyńskim. Szczególna była ta przyjaźń wobec różnic w wykształce-

niu i przyzwyczajeniach dwu tych ludzi zachodzących. Andrzej był synem obywatelskim,

w dostatkach wzrosłym, w szkołach wykształconym, z najbogatszą w okolicy dziedziczką

ożenionym, a przez to ożenienie i osobisty majątek swój bogatym; Jerzy posiadał zagro-

dę mającą około dwudziestu morgów przestrzeni, w szkole żadnej nie był, ziemię swą

własnymi rękami uprawiał. Skądinąd łączyło ich niejakie podobieństwo położeń; obaj,

⁵⁰ mie

e amin — tu: mieć dowody potwierdzające szlachectwo.

⁵¹

e

ie — okopy z czasów potopu szwedzkiego (-).

Nad Niemnem



niewiele więcej nad lat trzydzieści mający, posiadali już rodziny. Mały Zygmunt Kor-

czyński i Janek Bohatyrowicz byli rówieśnikami. I inne jeszcze, głębokie podobieństwa

zachodzić musiały pomiędzy tymi ludźmi, tak z wielu względów różnymi, gdyż odkąd po-

znali się z sobą, to jest odkąd bracia Korczyńscy, w niskich drzwiach pochylając wysokie

swe postacie, po raz pierwszy weszli do chaty braci Bohatyrowiczów, Andrzeja i Jerze-

go zawsze prawie widywano razem. Razem na długie rozmowy wychodzili w szerokie

pola, razem szli polować na dzikie kaczki i bekasy, razem rybackim czółnem pływali po

Niemnie ku oddalonym wsiom i miasteczkom, razem niekiedy czytali, razem…

Benedykt, wysmukły wtedy, szczupły, z twarzą przez długie przesiadywanie na ławach

Młodość, Życie snem

szkolnych trochę wychudzoną, więcej jeszcze do studenta niż do osiadłego obywatela

podobny, przyjmował i gościł w domu swoim braci i sąsiadów; z poważnymi krewnymi,

którzy do młodych Korczyńskich przyjeżdżali pełni przestróg i upomnień, staczał zażarte

dysputy… Gorączką, gwarem, zapałem zleciały mu te dwa lata!

Wszystko to po upływie pewnego czasu wydawać się mogło snem napełnionym wi-

dzeniami prawie nadprzyrodzonymi: tak niezmiernie inne było to, co nastąpiło po nim…

Kiedy Benedykt obudził się z tego snu swojej pierwszej młodości, spostrzegł przede

wszystkim, że zabrakło mu obu braci. Andrzej Korczyński razem z przyjacielem swym, Je-

Grób, Pamięć, Śmierć

rzym Bohatyrowiczem, zniknął ze świata, a wnet po ich zniknięciu jedno z korczyńskich

uroczysk nazwę swą zmieniło. W uroczysku tym znajdował się ów bór zaniemeński, któ-

ry miał około dziesięciu włók rozległości i z którym łączyły się obszerne lasy, do Andrzeja

i paru sąsiadów jego należące. Dotąd z powodu porastających je sosen i jodeł nazywało

się ono Świerkowym; teraz powszechnie i we wszystkich warstwach ludności nazywać

je zaczęto Mogiłą. Kto pierwszy nowej tej nazwy użył i jakie były pobudki, które ją roz-

powszechniły, trudno powiedzieć: lecz utrwalona w okolicznej mowie była ona jedynym

grobowcem najstarszego z braci Korczyńskich. Innego nie wystawiono mu nigdy… Po-

została po nim wdowa wraz z małym synem osiadła w posagowym majątku swoim dość

znacznym, o parę mil od Korczyna położonym. Dominik żył, ale losy odrzuciły go bardzo

daleko i po kilku latach zaledwie przysłał bratu wieść, iż w tych dalekich stronach zdołał

nareszcie zdobyć sobie byt skromny przez otrzymanie małego zrazu urzędu. Benedykt

Praca, Pieniądz, Bogactwo

zaciągnął dług bankowy, aby bratu wypłacić to, co mu się według ojcowskiego rozpo-

rządzenia należało. Na wypłacenie posagu siostrze nie miał środków i zatrzymując go na

hipotece Korczyna, ten dotąd czysty jak kryształ majątek obarczył drugim już długiem.

Były to długi konieczne, z natury rzeczy niejako, nie zaś z lekkomyślności i marnotraw-

stwa wynikłe; niemniej, kiedy Benedykt po raz drugi po obudzeniu się ze snu młodości

rozejrzał się dokoła, spostrzegł, że synem bogatego domu obywatelskiego będąc, wcale

bogaty nie był… Nie będąc tchórzem i nie mając szczególnych do sybarytyzmu⁵² skłon-ności, bynajmniej by się tym spostrzeżeniem nie przeraził, ale po nim przyszło wnet

wiele innych. Nastała była mianowicie pora niezmiernych urodzajów na te kije, które

Koń

w koła gospodarstw wszelkich włażąc⁵³, czyniły je podobnymi do wozów przebywających pewnego gatunku jesienne drogi, kiedy to koła po osie, a konie po golenie w gęstym

błocie grzęzną. W takim położeniu rumaki, choćby arabskiej krwi, nic zrobić nie mogą:

dla posuwania się wozu naprzód — wołów pokornych i cierpliwych potrzeba. Benedykt

zrazu wierzgał i z nozdrzy ogień wyrzucał, jak oburzony i zniecierpliwiony rumak, ale

stopniowo uspokajał się… Zrazu przyzwyczajeniami młodości pobudzany wytężał słuch

Gospodarz, Marzenie,

Przemiana

w przestrzeń i oczami wodził czasem po obłokach. Ale spostrzegł znowu, że nic wcale

przyjemnego nie mógł już tam usłyszeć ani zobaczyć; że śpiewające drzewa i grające zo-

rze jego pierwszej młodości zaliczonymi zostały do bajek, i do takich w dodatku bajek,

którymi dzieci straszą, ażeby były grzeczne. Pochylił tedy karku i zajął się tylko wyj-

mowaniem kijów z kół swego własnego wozu. Robota Penelopy⁵⁴! Co wyjął kij jeden, właziło dwa; wyjął dwa, wyrastało cztery. Z początku czynił to niezgrabnie i zawsze jesz-

⁵²

a

m — postawa charakteryzująca się zamiłowaniem do prowadzenia dostatniego, wygodnego, peł-

nego zbytków życia.

⁵³ e

e

a

da

a

— nawiązując do wyrażenia: „wtykać kij w szprychy”, czyli

przeszkadzać, uniemożliwiać jakieś działanie, autorka metaforycznie pisze o represjach stosowanych po upadku powstania styczniowego przez administrację carską w stosunku do polskich właścicieli ziemskich.

⁵⁴

a ene

— tu: niekończąca się, nie przynosząca efektu praca. Penelopa jest w mit. gr. uosobieniem

wiernej żony; przez  lat czekała na powrót swego męża, Odysa, spod Troi. Nakłaniana, by wybrała sobie nowego małżonka, zastosowała zręczny wybieg. Zalotnikom oświadczyła, że wyboru dokona, kiedy utka szatę Nad Niemnem



cze ku obłokom trochę zerkając. Wynikło mu stąd wiele strat i nieprzyjemności. Tak

Praca u podstaw, Praca

organiczna

na przykład: raz w pierwszych jeszcze latach gospodarowania różne teorie dobrze mu

znane wzbudziły w nim chęć, aby mieszkańcy dziedzicznych kiedyś jego wiosek nauczy-

li się czytać, owocowe ogrody zasadzać, u doktorów leczyć się, karczmy omijać… Lecz

bardzo wkrótce wszelkiej roboty około tego zaniechać musiał, bo na kilka miesięcy wy-

jechał do najbliższego miasta w celu przeprowadzenia dość kosztownej i niebezpiecznej

sprawy. Odtąd na ten punkt obłoków nie zerknął już nigdy. Innym razem agronomicz-

na wiedza jego doradziła mu zmianę istniejącej w Korczynie rasy bydła na inną: zmienił

i znaczne korzyści obiecywał sobie z tego na przyszłość, ale tymczasem wydał sporo pie-

niędzy, a gdy przyszła pora wypłacenia czasowo ustanowionych podatków, nowy dług

zaciągnąć musiał. Kiedy indziej jeszcze, mianowicie przed ożenieniem się z panną mło-

Ogród

dziutką, ładną, pięknie wychowaną i w której serdecznie był zakochany, zachciało mu

się ogród korczyński wykwintnie urządzić i cały stary dom swój rodzinny otoczyć zbyt-

kiem kwiecistych kobierców i aksamitnych trawników. Sam posiadał znawstwo roślin,

wynalazł sobie bardzo biegłego i również kosztownego ogrodnika. Przez dwa lata po-

tem były istotnie w Korczynie cudne trawniki i osobliwe kwiaty, szparagi zadziwiającej

grubości, brzoskwinie i nawet ananasy, ale po dwu latach jawnie i absolutnie okazała

się niemożność utrzymania nadal tego świetnego porządku rzeczy bez niebezpiecznego

zaniedbania najważniejszych majątkowych potrzeb i interesów. Kilka jeszcze podobnych

Mąż, Żona

zerknięć ku obłokom, a Benedykt Korczyński byłby do szczętu zrujnowany. Ale w na-

turze jego, zapalczywej skądinąd, istniała zdolność do powściągliwości. Powściągnął się

od wszelkiego wierzgania i rozdymania nozdrzy, a lekkie i pełne gracji kształty rumaka

powoli, stopniowo przelewały się w grubą i ponurą, ale w równym i cierpliwym stąpaniu

swym niezmordowaną postać wołu. Czy ta metamorfoza przyszła mu z łatwością? Nigdy

z tym nie zwierzał się przed nikim, a raczej przed jedną tylko osobą zwierzać się kiedyś

chciał i próbował…

Dwanaście lat minęło było od owego osierocenia po braciach, majątkowego zubożenia

i śmiertelnego rozbicia się młodzieńczych jego ideałów, kiedy pewnego letniego wieczo-

ra Benedykt po obszernym ogrodzie korczyńskim szukał swej żony. Resztki dziennego

światła padały mu na twarz opaloną od słońca i błyszczącą od potu; szedł prędko i sze-

rokimi krokami: gruby i do czerwoności ogorzały kark nisko pochylał. Coś go dręczyło,

bo koniec długiego wąsa do ust wkładał i w zamyśleniu zębami go przygryzał. Po dłu-

Ogród

gim szukaniu i kilkakrotnym wołaniu usłyszał na koniec ozywający się w głębi cienistej

altany łagodny i srebrny głos żony. Altana z przezroczystej kraty, wdzięcznie zbudowana

i pachnącym kapryfolium⁵⁵ gęsto opleciona, była jedną z nielicznych pozostałości owych ogrodowych upiększeń, które przed ożenieniem się swym przedsięwziął był Benedykt.

Teraz dość było jednego rzutu oka, aby poznać, że myśli o jakichkolwiek ulepszeniach

estetycznych na tysiąc mil oddalone od niego były. Wszedłszy do altany Benedykt po

kilkakroć ucałował rękę i czoło żony obok niej usiadł. Ładna, trzydziestoletnia brunetka

w białym negliżu, w postawie objawiającej znudzenie i znużenie, siedziała na wygodnej

ogrodowej ławce i poduszkę mając za plecami, ślicznie obute stopy na niskim stołeczku

wyciągała. Na kolanach jej leżała otwarta książka. Wejście męża nie ożywiło jej zasę-

pionych rysów, uchyliła się nieco, aby twarz swą odsunąć od głośnego i gorącego jego

oddechu.

— Takem się zmęczył, moja Emilciu — zaczął — że już trochę odpocząć muszę.

Niech tam sobie ekonom i robotnicy poczekają, a ja kwadransik przy tobie posiedzę…

Uf! Te żniwa! Nim je człowiek przebędzie, sto upałów go spali i sto strachów po nim

przejdzie…

— Ja także — z cicha odparła kobieta — czuję się bardzo zmęczona upałem.

— Ale co tam ten upał! — ręką po spoconym czole przesuwając ciągnął Benedykt

— fizyczną przykrość każdy znieść może, jeśli jest przy tym spokój…

— A cóż cię znowu tak bardzo niepokoić może? — z ledwie dosłyszalną ironią zapytała

żona.

dla swego teścia (w niektórych wersjach całun dla ojca). Tymczasem to, co utkała w dzień, nocą pruła i tym sposobem doczekała powrotu męża, w którego śmierć jako jedyna nie wierzyła.

⁵⁵ a

i m — wiciokrzew; roślina pnąca, kwitnąca na biało lub różowo.

Nad Niemnem



— Hm! Zawsze mnie o to pytasz, zawsze ci wszystko opowiadam i zawsze pytasz

znowu…

— Tak niezdolna jestem do zrozumienia i zapamiętania wszystkich twoich kłopotów

i interesów…

Z większym niż przedtem znużeniem przechyliła się na poręcz ławki i wygodniej

drobne swe stopy na podnóżku ułożyła.

— Jednakże — z trochą irytacji w głosie zaczął znowu Benedykt — rzeczy te są bar-

dzo zrozumiałe i do zapamiętania łatwe… Do końca życia chyba nie zapomnę, w jakim

byłem strachu, kiedy przeszłej jesieni z powodu złych zbiorów nie mogłem na czas zapła-

cić bankowej raty… Wszakże już Korczyn opisywać miano i ledwie nieledwie dostawszy

pieniędzy, piorunem z nimi do Wilna leciałem. Całą przeszłoroczną jesień biłem się jak

ryba w wodzie… Nie daj Boże takiej drugiej jesieni…

Pani Emilia smutnie wstrząsnęła głową.

Choroba

— Mnie także zeszłoroczna jesień wcale niewesoło przeszła. Chorowałam na zapalenie

oskrzeli… i sama w domu byłam… jak pustelnica…

Pustynia

Benedykt rękę żony pocałował.

— Bieda z twoim złym zdrowiem! Prawda, że dwa miesiące prawie nie byłem w domu,

a przez ten czas ty kilka dni chorowałaś obłożnie… Ale przecież sama nie byłaś! Miałaś

przy sobie pannę Teresę, Martę, Justynkę, dzieci… a nawet — dodał z uśmiechem — pan

Ignacy mógł cię muzyką swoją rozrywać… Jakaż to pustynia?

— Ja ciągle żyję na pustyni — szepnęła kobieta.

— Oj! — krzyknął prawie mężczyzna — bodaj, że lepiej byłoby żyć na pustyni, jak

wśród okoliczności takich, z jakimi ja ciągle ubijać się muszę. Ile mnie kosztuje na przy-

Chłop, Szlachcic, Konflikt,

Lud, Własność

kład to ciągłe prawowanie się z chłopami! Człowiek przecież nie urodził się na tyrana

i ludożercę… Kiedyś mi do tego naszego ludu serce młotem biło. Ale cóż? Ciemnota to

Łzy

jest, a ja na to nic nie poradzę. Las mi rąbią, zboże spasają, na pastwiska włażą… Czyż

mogę własności swojej nie bronić? Gdybym magnatem był, jak Boga kocham, nie do-

chodziłbym niczego i niechbym tam już mniej miał, byle tych sporów nie zawodzić… Ale

samemu ciężko… Tu załatasz, tam dziura; tu zszyjesz, tam się rozporze — i Bóg jeszcze

wie, co z nami będzie! Więc muszę, chcąc nie chcąc, włóczyć ich po sądach… a zawsze,

dalibóg, we środku mi coś aż płacze!…

Niżej jeszcze pochylił gruby kark, a wielkie wąsy tak mu w dół zwisły, że klap surduta

prawie dotykały. Dłonie o kolana opierał i w ziemię patrzał. Pani Emilia, wzniesionym

wzrokiem ścigając ruchy gałązek, z którymi wietrzyk jesienny igrał, szepnęła:

— O! I ja także wiem, co to płakać bez łez…

Benedykt podniósł głowę, z uwagą jej w twarz popatrzał, ręką potem machnął i rzekł:

Chleb, Ciało, Dusza

— Tylko, że u ciebie, Emilciu, pochodzi to z nerwów… mnie zaś — no! już tam

o wszelkich rzeczach wysokich albo wesołych i marzyć przestałem… Ale chciałbym cza-

sem odetchnąć swobodniej, pewnym być, że wam wszystkim nigdy chleba nie zabraknie…

— O, chleb! chleb! chleb! — z cicha zaśmiała się Emilia.

Benedykt spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.

— Czegóż śmiejesz się? Chleb! Najpewniej o chleb mi chodzi! Więc cóż? Ty nawet bez

perfum i tych tam… różnych swoich szlaoczków obejść się nie możesz, a tak ironicznie

mówisz o chlebie…

— Ja obchodzę się bez wielu rzeczy, które są tym dla duszy, czym chleb dla ciała —

żywiej nieco odparła.

Popatrzał na nią znowu, wzruszył ramionami i pochylił głowę tak nisko, że końce

wąsów klap surduta dotykały. Milczał. Ładna brunetka w białym negliżu milczała także,

twarz jego, ubiór i całą postawę z wolna wzrokiem obejmując. Z gry jej delikatnych rysów

poznać można było, że czyniła w tej chwili bolesne dla siebie uwagi i porównania. Myślała

Mężczyzna, Miłość

zapewne, że tego człowieka, który teraz obok niej siedział, nie takim wcale poznała i po-

kochała. Był on wtedy młodzieńcem zgrabnym, ze świeżą twarzą i trochę już smutnymi,

ale pełnymi blasku oczami. Wieczorów tanecznych nikt nie wydawał wtedy, więc tańczą-

cym go nie widziała; w zamian kilka razy miała sposobność zachwycić się jego gibkością

i siłą, gdy siedział na koniu. Odwaga i zapał jego, dla których wielu nazywało go prawie

szaleńcem, a także nieszczęścia dwu jego braci nadały mu aureolę rycerską i poetyczną.

Powiadano, że dziwnym tylko zbiegiem okoliczności mógł tu pozostać. Przy ówczesnym

Nad Niemnem



braku młodych mężczyzn uchodził za partię świetną. Dumna była, że ją właśnie wybrał,

że rozkochał się w niej z całą zapalczywością swej natury, że życie z nią, z nią właśnie,

uważał za jedyną zorzę, która na niebie jego zaświecić mogła po zgaśnięciu tylu innych…

O tym, że w Korczynie, który uchodził za fortunę wcale piękną, otoczyć ją i po wiek

wieków otaczać ją miały wszystkie miękkości dostatku i wyszukanego smaku, prawie nie

myślała, bo w domu rodziców swych wśród tego wszystkiego wzrosła i nie wyobrażała

sobie, aby ktokolwiek mógł żyć inaczej. Rachuba więc nie powodowała nią bynajmniej,

kiedy ze szczęściem rękę swą Benedyktowi oddawała. Po prostu, przyszły mąż podobał

się jej bardzo, była w nim zakochana. Czemuż więc teraz… Ba! Byłże to ten sam człowiek,

Starość, Uroda

co przed dziesięciu laty? Od konnego jeżdżenia po polach i ciągłego ruchu rozrosły się

mu kości i muskuły; pleczysty teraz był, stąpał ciężko, kark miał gruby i zaczerwieniony.

Na czole, posiadającym kiedyś białość i gładkość prawie dziewiczą, każdy rok upłyniony

zostawił po parę zmarszczek, a teraz, w czasie żniw, było ono wilgotne od potu, od opa-

lenia prawie brązowe. Ubiór jego składał się z wysokich butów i płóciennego surduta,

a przynosił z sobą ostry zapach tego znoju, który oblewa ciała żniwiarzy, i tych zielsk

dzikich, które na ścierniach czepiają się ludzkiej odzieży. Wprawdzie wszystkie te zmiany

nie zaszły nagle, ale oko nawykłe do wykwintnych form życia nigdy oswoić się z nimi nie

mogło.

Dlaczego człowiek ten stał się taki, jaki był teraz, ani rozumiała, ani dochodziła. Dość,

Rozczarowanie, Choroba

że od lat już kilku doświadczać zaczęła uczuć rozczarowania i zawodu, które czyniły ją

smutną i — chorą. W tym odludnym i cichym Korczynie, przy tym człowieku spracowa-

Nuda, Lenistwo, Ciało,

Dusza

nym i nie mającym czasu ani chęci do podzielania jej ulubionych rozrywek i zajęć wprost

traciła ochotę do życia. Objawiało się to w coraz wzrastającym jej wstręcie do wszelkiego

ruchu. Po cóż by zadawać sobie miała jakąkolwiek fatygę, skoro sobie przez nią żadnej

przyjemności zdobyć nie mogła? Parę razy dla wzmocnienia sił i nerwów wyjeżdżała za

granicę i wracała istotnie wzmocniona i odrodzona. Ale w kilka miesięcy po powrocie

wracały jej z naddatkiem wszystkie słabości i smutki. Przestała bywać u sąsiadów, bo byli

dawno znani i niezabawni; nie wychodziła na przechadzki, bo nic ciekawego ani miłego

nie znajdowała w widoku nieba, ziemi i wszystkiego, co było na nich. Ogarniało ją coś

bardzo podobnego do lenistwa ciała i duszy. Samo przejście z domu do ogrodowej altany

nużyło ją niekiedy. Szczęściem było dla niej jedynym, że lubiła czytanie i ręczne robót-

ki. Pochłaniała dużo książek, wyrabiała mnóstwo poduszek, serwet, kołder itd. Przy tym

tęskniła i czuła się coraz częściej napastowana przez różne bóle, dolegliwości, osłabie-

nia, które zawsze przewidywała z daleka, spotykała z przestrachem i usiłowała odegnać

mnóstwem starań i środków. Takim było jej istotnie nędzne życie…

Kiedy ładna, trzydziestoletnia brunetka w milczeniu to wszystko wspominała i myśla-

ła, pleczysty, ogorzały, zmęczony i zgryziony mężczyzna w długich butach i płóciennym

surducie zwrócił się do niej twarzą, popatrzał jej w oczy i w zgrubiałe swe ręce biorąc jej

narcyzową rączkę zaczął:

— Dlaczego ty, Emilciu, od jakiegoś czasu bywasz dla mnie tak obojętna? Co ja ci

złego zrobiłem? Czy masz mi co do wyrzucenia? Ot, i dziś biegłem do ciebie, aby przy

tobie uspokoić się… odpocząć… Chciałem wygadać przed tobą, rozpowiedzieć ci wszystko,

uścisnąć cię i poweseleć… A ty tylko narzekasz albo milczysz… ot, po prostu, jak wroga

mnie traktujesz… Nie pierwszy już raz zauważyłem to w tobie, o! nie pierwszy… Jest już

tak od dawna, ale dziś większy mnie żal zdjął nad tym… Dlaczego zobojętniałaś tak dla

mnie? Dlaczego wiecznie czujesz się nieszczęśliwa, dlaczego? A? Powiedz, aniołku mój,

dlaczego?

Ujął jeszcze i drugą jej rękę, twarz swą blisko do jej twarzy przychylał i z miłosnym

prawie spojrzeniem, i prośbą, coraz ciszej i czulej zapytywał:

— Dlaczego, Emilciu? Powiedz! A? Dlaczego, moja koteczko?

Nie broniła się pieszczotom jego, ale delikatną i coraz więcej zasępiającą się twarz swą

od jego twarzy oddalając, z przejmującym żalem zawołała:

— O! Gdybyś się ty był tak nie zmienił, Benedykcie, gdybyś się tak nie zmienił! I ja…

byłabym może taka, jak dawniej… Ale tyś się tak zmienił… zmienił…

Zastanowił się chwilę nad tym, co powiedziała.

— A tak — potwierdził — zmieniłem się istotnie…

Nad Niemnem



— I tak nadzwyczajnie — dorzuciła — jakby cię dotknęła różdżka jakiegoś złego

czarnoksiężnika…

Machnął ręką i zaśmiał się wpółwesoło, wpółgorzko.

— Jaki tam czarnoksiężnik! — odparł. — Życie to, moja duszko, życie zmienia ludzi.

W takich, uważasz, okolicznościach ostatni chyba głupiec utrzymywać się może w roli

Adonisa⁵⁶… Ale jeżeli ci idzie o moje serce, charakter…

Z wyjątkową u niej energią wyprostowała się i z głębokim przekonaniem rzekła:

— Nie, Benedykcie, nigdy nie zgodzę się na to, aby życie wymagało od nas takich

Interes, Poezja

ofiar. Może ono być piękne i szczęśliwe, ale tylko dla tych, którzy odrzucą jego brzydką

i prozaiczną stronę. Ale jeżeli kto tak jak ty zanurzy się w samych materialnych interesach, a wyrzeknie się wszelkiego piękna i wszelkiej poezji… wtedy…

— Więc oboje z tobą zanurzać się będziemy w poezji — przerwał mężczyzna —

a tymczasem bank lub lichwiarze sprzedadzą nam Korczyn i wraz z dziećmi pójdziemy

w świat o kiju…

Mówił to łagodnie, ale gdy teraz spojrzał na żonę, wyraz lekceważenia przebiegł mu

po twarzy.

— Nie rozumiemy się i zrozumieć się nie możemy — ze smutną obojętnością rzekła

Samolubstwo

pani Emilia.

— Ale na koniec — zawołał mąż — czegóż chcesz? Co mi masz do wyrzucenia?

Gospodarz, Honor, Mąż

Dlaczego jesteś nieszczęśliwa? Czyżbyś naprawdę wymagała ode mnie, abym nieodstępnie

przy tobie siedząc zaniedbywał obowiązki, jakie mam dla dzieci i dla ciebie samej? Abym

jak bałwan jaki czytał z tobą romanse, słuchał rzępolenia Orzelskiego i nie dbał o ten nasz

kawał ziemi, a na koniec i o swój honor? Bo przecież od interesów majątkowych i honor

nieraz zależy! Czyżbyś naprawdę tego ode mnie chciała?

— Ależ nie! — żywo zaprzeczyła kobieta — teraz już tego nie chcę… o nie! Każde

z nas ma już teraz świat osobny… zupełnie inny…

— Więc czegóż ci brakuje? Zbytkiem istotnie otoczyć cię nie mogę, Ale i po cóż ten

zbytek? A niedostatku dotąd, chwała Bogu, w domu naszym nie ma. Pracy i kłopotów nie

masz żadnych… Wiedziałem od razu, że nie jesteś do pracy ani stworzona, ani wychowana,

i nie wymagałem jej nigdy od ciebie. Gospodarstwem zajmuje się Marta… ty robisz to

tylko, co chcesz… Dzieci masz, przywiązanie moje… książki… robótki…

Powoli ładna kobieta wyprostowywała wątłą swą kibić, aż wyprostowała ją zupełnie

i z błyskiem w oczach przerwała:

— Wyliczyłeś wszystko co mam, wyliczże teraz to, czego nie mam… Cóż ja mam?

Poezja

Żyję w tym kącie jak zakonnica, więdnę jak kwiat zasadzony na piaskach. Cóż stąd, że

nie doświadczam niedostatku? Moje potrzeby są większe, wyższe… O smaczny obiad nie

dbam, ale pragnę dokoła widzieć choć trochę poezji, piękna, artyzmu… A gdzież je tu

znaleźć mogę? Ja pragnę wrażeń… natura moja nie może być stojącą wodą, ale potrzebuje

błyskawic, które by nią wstrząsały… Ja pragnę nade wszystko podziału uczuć… a czy jest

przy mnie choć jedno serce, które by uderzało razem z moim sercem? Mówisz zawsze,

że mnie kochasz! Ja to uważam za bolesną tylko ironię! Przebacz, że powiem prawdę.

Nie masz natury wytwornej i zarazem gorącej, abyś mógł kochać tak, jak ja kochana

być potrzebuję. Gdybyś mnie tak kochał, nie opuszczałbyś mnie na godziny i dnie całe

dla prostych materialnych interesów. Przy mnie, dla mnie zapominałbyś o wszystkim, nie

obrażałbyś co chwilę gustów i przyzwyczajeń moich, ale wyrzekłbyś się raczej wszystkiego,

zapomniałbyś o wszystkim, byle mnie rozweselić, zająć, uszczęśliwić. Tak ja rozumiem

miłość, takiej spodziewałam się od ciebie i dawno już wiem, żem się zawiodła. Cierpiałam

nad tym tak, że aż się zachwiało to biedne, słabe zdrowie moje. Na koniec zdobyłam

się na rezygnację. Ale za to gdybym ja miała choć rozrywki i przyjemności jakie… Żyję

na pustyni… nikogo nie widując, sama przed światem za lasami tymi ukryta… Proza…

proza… proza… Ja na niej, tak jak ty, poprzestawać nie mogę… I nuda… Ja nudzę się…

Przecież książki i robótki wystarczyć nie mogą nikomu, a choćbym chciała zająć się jeszcze

czym innym, nie pozwala mi na to słabe moje zdrowie…

Mówiła to wszystko bez gniewu, cicho i tylko z wielkim żalem. Oczy jej napełniły się

łzami, które przecież powściągnęła, i z ruchem zupełnego zniechęcenia dodała:

⁵⁶Adonis — w mit. gr. ulubieniec bogini piękności Aodyty; tu: czuły kochanek.

Nad Niemnem



— Ale po cóż o tym mówić? Ty się nie zmienisz i nic się nie zmieni. Gwiazdy losu

Grób, Gwiazda, Los

różnym światłem świecą. Moja jest ciemna. Z pociechą myślę, że jestem słaba i mam złe

zdrowie, może więc wkrótce mogiła…

Woń rezedowej perfumy wionęła od chusteczki, którą na chwilę do oczu swych przy-

cisnęła. Potem odwróciwszy twarz patrzeć zaczęła na powietrzną grę kapryfoliowych ga-

łązek, którymi wietrzyk poruszał.

Benedykt nie przerywał, słuchał i koniec wąsa przygryzał, a gdy umilkła, nie patrząc

na nią przytłumionym głosem wymówił:

— Ja… moje… mnie… dla mnie… przy mnie…

Po chwili wstał. Zdawać się mogło, że wysoka i silna postać jego cięższa jeszcze stała

się niż wprzódy.

— Prawdę powiedziałaś — rzekł — że nie rozumiemy się i zapewne nie zrozumiemy

się już nigdy… Nie jest to już dla mnie nowym odkryciem, tylko że dotąd łudziłem się

jeszcze… Cóż robić? Niech jeszcze i to… Tylko pozwól powiedzieć sobie, te twoje „kwiaty

na piaskach”, „wstrząsające błyskawice”, „gwiazdy losu”, „mogiły” i tym podobne górności

nie są wcale poezją, jak to sobie wyobrażasz, ale przestarzałą i złej wody romansowością.

Ja także kiedyś na rzeczach wzniosłych i od pospolitości życia oderwanych znałem się,

a wyrzekłem się ich nie dla hulanki i nie dla metresy, ale dla konieczności i obowiązków

życia. Może i w tym jest także trochę poezji, ale ty się na takiej nie znasz… Cóż robić?

Niech jeszcze i to…

W głosie jego słychać było trochę łez i więcej powściąganego gniewu. Wyszedł z al-

tany.

Długo potem Benedykt w gabinecie swoim i na ganku domu wypłacał tygodniową

Chłop, Konflikt, Sąd,

Szlachcic, Własność

należność robotnikom, naradzał się z ekonomem, głośny i żwawy spór wiódł z dwoma Bo-

hatyrowiczami, którzy przyszli prosić o zwrot swych koni, w jego zbożu pochwyconych.

Ostatnia ta czynność najwięcej zmęczyła go i zgryzła. Od ludzi, którzy w płóciennych

kapotach stali na wschodach ganku, żądał pieniężnej zapłaty za stratę, którą poniósł. Oni

prosili zrazu, potem jeden z nich stawił się hardo, zaprzeczając wszystkiemu, wyrzucając

mu zbytnią srogość i dla ich położenia niewzględność. Ubodło go to znać do żywego,

bo odpowiadając głos tak podnosił, że aż krzyk jego na cały dwór się rozlegał. Ale i je-

den z tych ludzi, średniego wzrostu, z twarzą do rydza podobną i zuchwale sterczącymi

wąsami, uniósł się także.

— Niechże nas sądy sądzą! — zawołał — niech pan na nas skargę podaje… bez procesu

obdzierać się nie pozwolim…

— Podam — krzyknął Korczyński — i także nie pozwolę, abyście mnie okradali…

— Za pozwoleniem pańskim! — krzyknął zagrodowiec — złodziejami nie byliśmy

i nie będziemy nigdy… Teraz my na pana podamy skargę za ubligę…

— Podawajcie i do samego diabła, tylko mi z oczu ruszajcie! Zaraz! Jak nazywacie się?

To jest… imiona wasze?

Starszy i wyższy, chudy, schorowany i dotąd ciągle prawie milczący postąpił krok

naprzód; oczami, które kiedyś błękitne być musiały, ale teraz spłowiały i wyraz miały

cierpiący, na Korczyńskiego popatrzał i cicho odpowiedział:

— Anzelm Bohatyrowicz…

Na szczególne spojrzenie i szczególniejszy jeszcze dźwięk głosu, z jakimi to imię i na-

zwisko wymówione zostały, w gniewie swym najmniejszej uwagi nie zwracając, Korczyń-

ski zapytał:

— A drugi?

— Fabian Bohatyrowicz! — jeżąc się i sierdzisto odkrzyknął zapytany:

— No, więc będziecie mieli proces… a teraz… wynoście się… prędzej!

Ten, który nazwał siebie Anzelmem, znowu na Korczyńskiego popatrzał i z cicha

wymówił:

— Łaska pańska na pstrym koniu jeździ… jednakowoż nieboszczyk pan Andrzej nie

Czas , Historia

tak pewno postępowałby z nami!

Słowa te ukłuły Korczyńskiego. Zmiękł, ochłonął, ale zachmurzył się jeszcze więcej.

— Nieboszczyk pan Andrzej żył w innych czasach — mruknął i szybko zwrócił się

ku drzwiom domu. Na progu stanął, zawahał się i przez ramię do odchodzących ludzi

zawołał:

Nad Niemnem



— Połowę kary daruję, ale połowę zapłaćcie…

— Nie zapłacimy nic — odpowiedział młodszy i sierdzistszy — niech pan do sądu

idzie i nas ciągnie… co robić!

Sceny takie na ganku korczyńskim powtarzały się bardzo często, bo kilka wsi chłop-

skich i jedna okolica szlachecka trzymały Korczyn w oblężeniu formalnym i gdyby Bene-

dykt zażarcie jej nie bronił, mnóstwo tych drobnych rybek rozszarpałoby w mgnieniu oka

tę większą rybę. Tego dnia jednak czuł się więcej jeszcze niż zwykle rozdrażniony i zgry-

ziony. Przyczyniła się do tego w znacznej części owa rozmowa w altanie, a w pewnym

też stopniu jakieś mgliste wspomnienia, które mu sprowadziły twarz i słowa Anzelma

Bohatyrowicza. Według wyrażenia, którym określał pewne uczucia swe, „we środku mu

Idealista, Łzy, Przemijanie

coś płakało”. Bo prawdą jest, że ideały młodości, grubym piaskiem wielu następnych wy-

padków przysypane, przemieniają się w szczypawki, które przy lada poruszeniu kąsają

w serce.

W gabinecie swym przy biurku, na którym paliła się lampa i leżały gospodarskie księgi

Pokusa

rachunkowe, wziął głowę w obie dłonie i pogrążał się długo w myślach ponurych. Potem

wyjął jeden z listów, pod ciężkim przyciskiem leżących, i powoli, z uwagą, z częstymi

przestankami czytać go zaczął. Był to list brata jego, Dominika, pisany ze stron bardzo

dalekich i brzmiący, jak następuje:

Kochany bracie! a mi nie a ie ie⁵⁷, że tak męczysz się i gryziesz ze swoim gospodarstwem, ja inien i powiedzieć słowa prawdy. Wy wszyscy

nie umiecie dawać sobie rady. Czy człowiek grzybem jest, aby do jednego

miejsca przyrastał i choć em am nie i ie, gdzie indziej sobie szczęścia szu-

kać nie chciał? Świat szeroki i można na nim znaleźć sobie wygodne miejsce,

trzeba tylko mieć energię i trzeźwo patrzeć na rzeczy. Żebym ja wiedział, że

ty trzeźwo już patrzysz na rzeczy, to bym postarał się wydobyć cię z te-

go nieznośnego położenia, w jakim wy wszyscy

a i i ie siebie. Sprzedaj

Korczyn, a ja dam tobie miejsce zarządzającego

edn

wielkich tutej-

szych majątkach. Jestem w bliskich stosunkach

edn m księciem, który

teraz właśnie potrzebuje człowieka uczciwego i specjalnie wykształconego,

aby majątkami jego zarządzał. Pięć tysięcy rubli rocznej pensji, utrzymanie

dla ciebie i całej twojej familii, mieszkanie w pałacu, pojazd i sześć koni na

rozkazy.

na tu przy tym bogata i różne spekulacje robić można, kto ma

pieniądze: drzewem handlować czy in

ni ⁵⁸ założyć, czy

d ad ⁵⁹ brać.

Ale to już trzeba umieć robić i nie wiem, czy ty potrafisz, bo mnie dotąd

tylko na

ie doskonale idzie, a spekulacje udają się nie bardzo. Zawsze

lepiej by ci było z taką pensją i czystym kapitałem, który by tobie z Korczy-

na został, niż teraz. Ja wiem, że tobie to wbić w głowę nie będzie łatwo; ja

pamiętam, jak i mnie smutno było

e

nie i jak ja męczył się, póki

sobie tych różnych głupstw z głowy nie wybił. Ale na szerokim świecie czło-

wiek

nie

i⁶⁰ wiele nauczy się i wiele zapomni. Wszystko jedno, gdzie żyć, byle uczciwie i wygodnie. Ja uczciwie żyję ( em

to i w spekulacjach

szczęścia nie mam), ale o wygodę swoją i swojej familii dbam i na

ie do-

brze stoję. Dbajże i ty o to, abyś dla

ne e i reszty życia nie zmarnował.

Ja ciebie chcę ratować i wszystko zrobię, aby ci tu dobrze było. Choć wiele

ja zapomniał, nie zapomniałem jednak tych czasów, kiedy my z sobą razem

rośli, uczyli się, a potem… Ot, biedny Andrzej! Dwóch nas tylko zostało,

a ani ja ciebie nie mam, ani ty mnie… Chciałbym, żebyś ty

w tej samej

nie, co ja, i żeby nasze dzieci zapoznały się z sobą. Zastanów się nad tym,

co ci doradzam, pomyśl…

⁵⁷ a mi nie a ie ie e a

i

ie

e

im

da

em

— list Dominika Korczyń-

skiego pełen jest rusycyzmów i błędów językowych; świadczy o tym, że brat Benedykta uległ w znacznym stopniu rusycyzacji.

⁵⁸ in

nia (ros.) — gorzelnia.

⁵⁹ d ad (z ros.) — dostawy dla wojska i instytucji państwowych.

⁶⁰

nie

i — wbrew woli.

Nad Niemnem



Benedykt myślał, że i ten także zmienił się bardzo. Życie! Od kilku lat pisywał do brata

rzadko i listy od niego przychodzące z niesmakiem odczytywał. Kilka razy chciał sprzeczać

się z nim listownie, ale na długie pisanie nigdy czasu nie miał i wszelka umysłowa robota

była mu coraz trudniejszą. Machał więc tylko ręką, więcej namarszczał czoło, myślał, że

naprawdę żadnego już brata nie posiada na świecie, i na długie miesiące o Dominiku

zapominał. Teraz jednak łagodniej niż zwykle i uważniej list jego odczytywał. Cóż? Życie!

Czego ono z ludźmi nie wyrabia? Jednego zmienia tak, drugiego inaczej. Wiele on tam,

ten brat, zapomniał; o dawnej przyjaźni ich przecież pamiętał. Może i słusznie doradza?

Może to psie życie do niczego istotnie nie prowadzi? Człowiek rdzewieje tylko, duszę

w sobie gasi. Gdyby to choć we dwoje… ale tak… z tym domowym jeszcze nieszczęściem

ciężko. Tam pracy zapewne będzie wiele, ale praca nie jest bynajmniej straszna, a tylko to

Praca

jest straszne, co jej tu towarzyszy. Tam obok pracy będzie spokój, pewność jutra i przy

tym… tych wiecznych kłótni z ludźmi nie będzie. O, te kłótnie!

„Gdybym magnatem był, jak Boga kocham, nie dochodziłbym niczego i niechbym

tam już mniej miał, byle tych sporów nie zawodzić; ale samemu ciężko… A tak i sam

uspokoję się, rdzę z siebie zetrę, i ludziom dokuczać przestanę… Niech już tam lepiej

dokucza im kto inny! Kto wie? Może i zrobię tak, jak mi bratczysko radzi… Jak ja go

dawno nie widziałem! Co tam ta… prawi o swojej pustyni! Ot, ja to na pustyni żyję! Ani

wygadać się przed kim, ani u kogo rady albo pociechy zasięgnąć! Tam miałbym blisko

brata. Zmienił się? Cóż? Życie! Biedny on taki jak i ja!”

Odkładał list pod przycisk myśląc, że dziś, jutro napisze do Dominika w sensie twier-

dzącym.

„Trzeba się tylko o wszystkie warunki detalicznie rozpytać i żeby mi pozwalali, choć

Ojciec, Ojczyzna, Syn

raz na trzy lata, w te strony przyjechać, bo jeżeli na zawsze… to z tęsknoty zdechnę…”

Wtem z trzaskiem otworzyły się drzwi i do gabinetu wpadło małe stworzenie skaczące

jak konik polny i przy każdym skoku rozwiewające dokoła głowy włosy mające barwę

dojrzałej pszenicy, gdy ją ozłaca słońce. Wpadło, poskoczyło, rękami szyję Korczyńskiego

objęło i bardzo cienko i głośno wyszczebiotało:

— Ciocia Marta pyta się tatka, czy tatko tu kolację przynieść każe, czy będzie jadł

w stołowym pokoju, czy kurczęta i mleko kwaśne, czy maliny… bardzo smaczne, tatku,

maliny… Ciocia Marta dała mnie ich dużo, dużo i ciasteczka z malinami pieką się, ale

jeszcze nie upieczone. Ciocia Marta mówiła, żeby tatko dziś jadł mleko kwaśne, bo dobre,

a wczoraj było niedobre…

Korczyński pochylił się i usta dziecka pocałunkiem zamknął. Był to jedyny sposób

powstrzymania tego ptaszęcego szczebiotu, lecz powstrzymania go tylko na chwilę, bo

mały paluszek wnet wyciągnął się w przestrzeń ku białym, małym motylom, które wle-

ciawszy przez otwarte okno dokoła lampy krążyły albo padając na szarych okładkach ksiąg

rachunkowych rozpinały swe skrzydła drobne i drżące.

— Widzi tatko? motylki… o! jakie motylki… ale w ogrodzie ładniejsze… Julek mówił,

że za miesiąc będą już rybacy łowić a i ⁶¹ … wie tatko, w nocy… na czółnach… z takimi ogniami… Czy tatko kiedy łowił z rybakami a i ? Julek mówił, że te takie malusieńkie, malusieńkie motylki… dla ryb, widzi tatko, na przynętę…

— Widziu! — zaczął Korczyński, w twarz małego syna patrząc tak, jak może dotąd

nigdy nie patrzał. — Widziu, słuchaj, Widziu!

— Co, tatku?

— Lubisz ty te malutkie, białe motylki.

— Lubię, tatku, takie ładne…

— A Niemen lubisz?

Dziecko aż nóżkami zatupało.

— Tateczku, żeby tateczko wiedział, jak to dobrze pływać i ryby łowić!… Ja z Julkiem

dziś pływałem… on złowił szczupaka… wie tatko, na sznur… a ja na wędę dwa kiełby,

takie śliczne, śliczne kiełbiki…

— A las lubisz, ten co za Niemnem?

⁶¹ a i a — (białoruskie: e i a) owad zbliżony do motyla, żyjący przez jedną noc podczas godów miłosnych; łowiony przez rybaków jako przynęta dla ryb.

Nad Niemnem



— Aj, tateczku, my z ciocią Martą i z Justynką w niedzielę do lasu sobie popłynęli,

grzyby zbierali i tak było wesoło, wesoło…

Grube ramię mężczyzny coraz silniej obejmowało szczupłe ciałko dziecka i duże, po-

nure oczy miękły i promieniały topiąc się w czystych, błyszczących, ruchliwych źrenicach

dziecięcych.

— A tatka kochasz? A?

Na pomarszczonym czole, szorstkich policzkach i długich wąsach Korczyńskiego nie

było takiego miejsca, którego by nie ucałowały śmiejące się i świeże usta jego syna. Był

to swawolnik i wisus, jakich mało; nie tylko w całym domu, ale i w całym Korczynie

słychać go było. Kiedy go do nauki napędzano, krzyczał: „Nie dręczcie mnie!” i biegł

co siła na folwark do parobkowskich dzieci czy w pole do żeńców albo pastuszków; ale

czasem sam, z dobrej woli, zaczynał uczyć się żarliwie, z książką zaszywał się w takie kąty, że go wynaleźć było trudno, a gdy mała siostra raz zachorowała, niańczył ją i bawił całymi

dniami, tak że aż sam pobladł i schudł… Korczyński na to dziecko swoje patrzał teraz

długo i z zamyśleniem głębokim. Myślał, patrzał i uśmiechać się zaczął.

— Oj, ty, nadziejo moja!

Chłopczyk aż krzyknął, tak mocny i szorstki całus przygniótł mu mały policzek. Kor-

czyński z rozweseloną twarzą rzekł:

— Poproś cioci Marty, aby mi tu przysłała kurcząt, mleka kwaśnego, malin i wszyst-

kiego, co chce… Jeść mi się zechciało diabelnie!

Tej nocy jeszcze bratu odpisał w sensie przeczącym.

Nazajutrz oboje z Martą wstali jak zwykle o piątej z rana i jak zwykle oba ich głosy

przez dzień cały huczały po całym dworze. Mieli oni z sobą oprócz innych i to rodzin-

ne podobieństwo, że głosy ich stawały się z latami coraz grubsze i krzykliwsze. Oprócz

pracy kłopotliwej i drobiazgowej, której się oddawali z coraz ciaśniejszą wyłącznością,

oboje mieli w życiu swym jakiś pierwiastek, który obudzał w nich częste rozjątrzenia. To

Interes, Mąż, Żona

usposobienie do gniewu i ponurości wzrosło u Korczyńskiego od dnia, w którym znowu

stoczył on z żoną krótką, ale dla niego niezapomnianą rozmowę. Tym razem ona to we-

szła do gabinetu jego i więcej jeszcze niż przed paru laty smutna i osłabiona oznajmiła, że

pomówić z nim chce o interesach. Korczyński zdziwił się i ucieszył. Zawsze jeszcze spo-

dziewał się trochę, że żona jego prędzej czy później weźmie jakiś udział w jego myślach

i zajęciach, że nastąpi pomiędzy nimi, jeżeli nie zupełne, to przynajmniej niejakie poro-

zumienie. Pośpiesznie więc przysunął jej najwygodniejszy fotel, oświadczając zupełną swą

chęć i gotowość do pomówienia z nią o interesach. Cicho, płynnie, łagodnie wypowie-

działa mu, że życzy sobie, aby od połowy jej posagu wypłacał jej procent, który ona użyć

chce na osobiste swe potrzeby. Posagu wniosła dwadzieścia tysięcy: prosi o procent tylko

od dziesięciu i tylko osiem od sta, choć wszyscy teraz dziesięć i dwanaście płacą z naj-

większą ochotą. Może nawet tę sumę otrzymywać w dwóch albo trzech ratach. Słowem,

na rzecz wspólnego życia ustępuje połowę swoich dochodów i w wypłacie drugiej połowy

uczyni wszystkie dogodności i ustępstwa, ale pieniądze te musi posiadać w swym ręku

i do swego rozporządzenia, ponieważ ma potrzeby swoje i gusta, którymi jego obarczać

wciąż nie chce, a bez których zadowolenia na tej pustyni i wśród tych nudów po prostu

żyć nie może. Chciałaby przyozdobić trochę swoje gniazdko, to jest te pokoje, w których

najwięcej przesiadywać lubi: słabe jej zdrowie potrzebuje wielu lekarstw; lubi przy tym

czytać i zajmować się robótkami. Będzie więc sobie za te pieniądze przyozdabiać swoje

gniazdko, kupować lekarstwa, książki, włóczki, bawełnę i nawet suknie.

— Spodziewam się — zakończyła — że nie zechcesz mi odmówić tej drobnostki…

Wszak i dotąd zawsze kupowałeś mi wszystko, czego zażądałam, ale sprawiało ci to kłopot,

a ja znowu odmawiałam sobie wielu rzeczy, byleby ci prośbami mymi nie dokuczać. Tobie

to więc nie zrobi różnicy żadnej, a mnie, w moim smutnym życiu, przyniesie trochę ulgi

i przyjemności…

Czy proponowany układ zrobić mu miał jaką różnicę, tego Korczyński najmniej-

szym ruchem twarzy nie okazał. Łagodnej i długiej mowy żony wysłuchał z uwagą, ze

spuszczonymi oczami i długi wąs na palec zakręcając. Gdy skończyła, ukłonił się jej z tak

wykwintną grzecznością, jakby przed nim siedziała nie kobieta, z którą pod jednym da-

chem żył już od lat kilkunastu, ale jakaś łaskawa dlań kredytorka, i również z wyszukaną

grzecznością odpowiedział:

Nad Niemnem



— Życzenie twoje starać się będę spełniać jak najakuratniej. Proszę tylko, abyś ze-

chciała ściśle oznaczyć mi terminy wypłat…

Odpowiedziała, że ten punkt sprawy jest dla niej zupełnie obojętny, ale wytworna

forma obejścia się, jaką dnia tego z nią przybrał, tak ją ujęła, tak jej może dawne czasy

i dawnego Benedykta przypomniała, że z powłóczystym spojrzeniem i prawie namiętnym

ruchem obie ręce ku niemu wyciągnęła.

Gdyby on był wtedy pochwycił ją w objęcia i okrył gorącymi pocałunkami, gdy-

by potem zaprzestał ciągłego chodzenia około gospodarstwa i jeżdżenia za interesami,

a w wykwintnym i modnym ubraniu przesiadywać zaczął w jej „gniazdku” razem z nią

czytając w trzech językach powieści i podróże i długimi godzinami miłośnie w oczy jej

patrząc — kto wie, jakie zmiany w pożyciu ich zajść by mogły; kto wie, czy tym sposobem

zmysłom jej i wyobraźni uczynić by zadość nie mógł… Ale on znowu tylko ukłonił się

jej bardzo grzecznie i jednej tylko z wyciągających się ku niemu rączek dotknął z lekka

końcami swych palców. Ona też odwróciła się szybciej daleko, niżby się tego po jej osła-

bieniu spodziewać było można, i odeszła. Wtedy ten pleczysty i silny mężczyzna zaśmiał

się zrazu krótkim, nerwowym śmiechem, potem dłuższym, a potem tak długim i ustać

nie mogącym, że aż na kanapę z łoskotem upadł i oczy sobie obu rękami zakrył…

Od tej pory pani Emilia przestała już i do ogrodowej altany uczęszczać. Za pieniądze

Obraz świata

z zegarkową akuratnością otrzymywane od męża okleiła swą sypialnię papierem błękit-

nym, a gabinet białym w polne kwiatki. Tu ustawiła meble błękitne, tam pąsowe, toaletę

przyozdobiła puchem muślinów i koronek, etażerki napełniała coraz nowymi książkami

i cackami, coraz nowe sprowadzała materiały do ręcznych robótek. Teresę umieściła obok

sypialni swej, aby zawsze mieć pod ręką lektorkę, powiernicę i podawaczkę lekarstw. Tak

żyła, z łóżka przenosząc się na szezlong i z szezlonga na łóżko, cicha, łagodna, nie tyl-

ko nikomu nie dokuczając, ale cienia przykrości nigdy nie czyniąc, dniami i tygodniami

czasem nikogo z domowych nie widując i ani wiedząc, co się w dalszych pokojach do-

mu dziać mogło. O tych dwóch swoich ulubionych, ustrojonych wszystkim, co lubiła,

usłanych pokojach poufnym swym mawiała:

— To cały mój świat!

Światem zaś Benedykta stał się obszerniejszy od pokojów jego żony, ale także niezbyt

Gospodarz, Mąż,

Mężczyzna, Obraz świata

obszerny Korczyn. Stopniowo i coraz prędzej te czterdzieści włók gorszego i lepszego

gruntu zasłaniały przed nim całą kulę ziemską ze wszystkim, co na niej jest i było. Usie-

wał co rok dwieście morgów zbożem i pastewnymi trawami; na piaskach sadził kartofle

i wyprzedawał je z zyskiem sąsiednim gorzelniom, inwentarze starannie utrzymywał, we

dworze zawsze miał coś do naprawiania i podtrzymywania, z sąsiadami o każdy pręt⁶² ziemi, o każdą spasioną trawkę i każdą w lesie zrąbaną gałąź przed sądami i bez sądów ujadał

się coraz zacieklej. Z kilku tysięcy przez całą tę pracę otrzymywanego dochodu wypłacał

Pieniądz

raty bankowe, procenty od posagu siostry i z największą już regularnością procenty od

połowy posagu żony. Potem płacił za syna w szkołach i za córkę na warszawskiej pensji.

Co zostawało pieniędzy na utrzymanie domu, tym rządziła Marta. Co zostawało czasu

od gospodarstwa i interesów, tego używał Korczyński na polowanie z wyżłem i czytanie

gazety, przy którym najczęściej zasypiał. Gazeta mówiła o głośnych i dalekich sprawach,

które coraz więcej wydawały mu się obce i jałowe. Wszystkie siły swe przelewał na ten

Strach

warsztat, na którym od lat tylu i z takim trudem tkał byt własny i przyszłość swych dzieci.

Nici tkaniny rwały się ciągle i uciekały w głąb pasma; chwytał je, związywał i drżał o to,

aby kiedykolwiek nie porwały się ze szczętem. Lękał się też wielu innych jeszcze rzeczy.

Czasem zdawać się mogło, że zapominał mówić, tak był milczący. Kiedy zaś rozgadał się,

Słowo

nie o wszystkim mówił jasno. Nabył zwyczaju zastępowania niektórych zdań lub imion

własnych trzema nic nie znaczącymi wyrazami: „To… tamto… tego…” Nie były one jego

przysłowiem, bo nie używał ich zawsze, ale czasem, gdy zaciąwszy się w mowie i trochę

jąkając się zaczynał swoje: „To… tamto…” słuchaczom się zdawało, że mądry i filuterny

błysk przelatywał mu w piwnych, posępnych źrenicach…

⁶²

— daw. pol. miara długości równa , m.;  prętów kwadratowych to  morga.

Nad Niemnem



Ustawiczne kłopoty i zajęcia pana Benedykta z jednej strony, a z drugiej słabe zdrowie pani

Emilii i sposób życia, jaki wiodła ona od lat już wielu, nie dozwalałyby na utrzymywanie

szerokich stosunków towarzyskich. Oboje też, choć dla przyczyn różnych, nie pragnęli

ich wcale. On unikał wydatków i przeszkód w gospodarskich pracach, ona lękała się

ruchu, gwaru i wszelkiej fatygi. Jednak zupełnie wyosobnionymi spośród ludzi być nie

mogli. Dawne stosunki sprowadzały im niekiedy odwiedziny krewnych i sąsiadów; raz

w rok, na imieniny pani domu przypadające w ostatnim dniu czerwca, zjeżdżała się do

Korczyna znaczna ilość gości. Był to już zwyczaj przyjęty od tak dawna, że zmienić go

było niepodobna bez uchybienia najprostszej przyzwoitości i narażenia się na niechęć

wielu osób.

W wielkiej jadalnej sali około czterdziestu osób wstawało od stołu okrytego staro-

świeckimi naczyniami z porcelany i kryształu, i ciężkim, również staroświeckim srebrem.

Światło słoneczne, łagodzone przez zapuszczone u okien story, nadawało tej zastawie bo-

gate połyski. Jak w całym dworze, tak i tutaj widać było obfite pozostałości dawnych

dostatków tego domu. Nic nowego, ale wszystko, cokolwiek przez tra losu wydarte nie

zostało, ze starannością świadczącą o czujnych i czynnych głowach i rękach zaoszczędzone

i przechowane.

Gospodyni domu, cała błyszcząca od dżetowych ozdób, które ją okrywały, dała znak

wstania od stołu. Z najstarszego przy stole miejsca powolnym ruchem podniosła się wdo-

Matka, Wdowa, Cnota

wa po Andrzeju Korczyńskim, kobieta na wiek swój jeszcze zadziwiająco piękna. Matka

trzydziestoletniego syna, mogłaby prawie podbijać serca ludzkie, ale jak ogólnie w okolicy

tej wiedziano, wszelka zalotność była jej zawsze i zupełnie obca. Od owej przed dwudzie-

stu trzema laty wydarzonej straszliwej chwili, w której dowiedziała się, że jest wdową, nie

zdjęła z siebie ani razu sukien żałobnych i w posagowym swoim majątku, wychowaniu

i pieszczeniu jedynaka wyłącznie oddana, żyła jak zakonnica, świata unikając, a wszelkie

przypuszczenia o możliwości powtórnego wyjścia za mąż odpierając nieprzezwyciężonym

chłodem. Toteż cnoty czystości i poświęcenia zdawały się od stóp do głowy przyoblekać

jej wysoką i bogato rozwiniętą kibić, którą malowniczo opływała czarna i ciężka suknia.

Czarne koronki i gładkie pasma jasnych, siwiejących włosów żałobną ramą otaczały twarz

jej o rysach wydatnych i prawidłowych, delikatną bladością okrytych i zmąconych ledwie

dostrzegalnymi zmarszczkami, które zbiegały się w drobne snopy około wielkich, smut-

nych oczu i chłodnych, dumnych ust. Najdrobniejsza błyskotka nie ożywiała jej wdowiego

stroju; uśmiech wesoły bardzo rzadko oświecał zamyślone rysy. Gdy szła albo do kogo

przemawiała, głowę podnosiła wysoko i powieki spuszczała, co rzucało na nią podwójny

wyraz wyniosłości i skromności, w którym przemagała wyniosłość. Jak wysoce powa-

żali ją członkowie jej rodziny, świadczył o tym lękliwy nieledwie pośpiech, z którym

gospodarz domu, gdy tylko powstała z miejsca, podawał jej ramię.

Jakiś otyły i na jowialnego gastronoma wyglądający sąsiad ofiarował się na towarzysza

Bogactwo

siostrze pana Benedykta, pani Jadwidze Darzeckiej, całkiem do brata niepodobnej, przy-

sadzistej, rumianej, gadatliwej i zanadto bogato w aksamit i brylanty strojnej kobiecie,

która rękę swą bransoletami okrytą kładąc na ramieniu sąsiada, zza tłumu osób z krzeseł

powstających dojrzeć usiłowała, z kim dwie dorosłe i dwie niedorosłe córki jej od sto-

łu odchodzić będą. Mąż jej, człowiek wysoki, sztywny, siwiejący, z arystokratycznymi

rysami twarzy, który w czasie obiadu płynnie i kwieciście mówił o Włoszech, Paryżu,

Ostendzie i różnych innych wsławionych punktach Europy, za gospodarzem domu i jego

bratową szedł z panią Emilią. W ogóle na rodzinie Darzeckich znać było niepospolite

w tych stronach bogactwo. On miał ruchy i mowę człowieka silnie stojącego na złotych

nogach; panie były strojne i mówiły wiele o zagranicy i zabawach.

Równie bogaty albo i bogatszy jeszcze Teofil Różyc siedział był przy stole obok ma-

łej, zgrabnej, młodziutkiej blondynki, która szeleszcząc swą jasną atłasową suknią, żywo

poruszając głową ubraną w kwiaty, z dziecinnymi prawie ruchami obnażonych śnieżnych

ramion, szczebiotała mu po ancusku:

mme

i⁶³ przed dwoma laty męża swego,

Zygmunta Korczyńskiego, na wodach⁶⁴ poznała;

mme

i podobał się jej od razu,

⁶³ mme

i (anc.) — jak; jak to.

⁶⁴ na

da — w uzdrowisku; mówiono również: u wód.

Nad Niemnem



ale rodzice jej, w odległych stąd stronach mieszkający, długo zgodzić się nie chcieli, aby

ona tak wcześnie za mąż wychodziła;

mme

i matka Zygmunta, pani Andrzejowa

Korczyńska, tam przyjechała, za synem się wstawiła i wszelkie przeciwności zwyciężyła;

mme

i przed dwoma laty z Zygmuntem do tej okolicy przyjechała, ale okolica nie

podoba jej się bardzo, naturę ma monotonną i prozaiczną, towarzystwa i rozrywek wca-

le nie ma; Zygmunt malować tu nie może, bo mu brakuje natchnień i tematów, więc

pewno oboje wkrótce do Monachium lub Rzymu wyjadą, gdzie talent malarski Zyg-

munta e

e . Różyc, ze swą wykwintną postawą i białą jak welinowy papier twarzą,

grzecznie słuchał tego ptaszęcego szczebiotu, podtrzymując go rzucanymi czasem sło-

wami, a często zza szkieł swych binokli patrząc ku przeciwległemu punktowi stołu, na

którym Justyna, po ancusku także, rozmawiała z niemłodą i bardzo w tym towarzy-

stwie osamotnioną cudzoziemką, nauczycielką młodszych panien Darzeckich. Parę razy

spojrzenia jego, wracając od Justyny, zbiegały się w drodze ze spojrzeniami siedzącego

po drugiej jego stronie Zygmunta Korczyńskiego, przystojnego, choć trochę zbyt bla-

dego i na wiek swój chmurnego bruneta. Obaj spoglądali często w jedną stronę, co na

cienkie wargi Różyca sprowadziło szybki, ironiczny uśmiech. Ale młodziutka Klotylda,

szczebiocząc, gestykulując, często w twarz męża wlepiając długie spojrzenia, nic wcale

nie spostrzegała, a kiedy wstawać od stołu zaczęto, z dziecinną prawie wesołością ramię

Zygmunta pochwyciła i wznosząc ku niemu swą zgrabną główkę i swe szafirowe oczy, do

niego znowu szczebiotać zaczęła.

Tak utworzyły się cztery naczelne pary, za którymi posunęło kilka innych, daleko

Jedzenie, Obyczaje

skromniej wyglądających, złożonych z kobiet i mężczyzn, których ubranie i twarze zdra-

dzały walkę z losem dość ciężką. Byli to sąsiedzi Benedykta Korczyńskiego, mniej więcej

w takim jak i on położeniu będący i podobny prowadzący sposób życia. Kobiety tam były

w podstarzałych materiach i tanich błyskotkach; mężczyźni ogorzali, wąsaci, ubrani wcale

nie według ostatniej mody. Pomiędzy tymi kilkunastu twarzami kobiecymi i męskimi

znajdowały się takie, którym spracowanie czy zgryzoty wychudziły policzki i przedwcze-

snymi zmarszczkami okryły czoła; teraz jednak, wśród licznego zebrania, czuli się i oni

czy usiłowali okazać się wesołymi, a w dodatku jeszcze eleganckimi. Chód i ruchy ich

zdradzały, że takie ceremonialne odchodzenie od jadalnych stołów zwyczajne im nie by-

ło, że jeśli i znali kiedyś podobne parady, to od dawna od nich odwykli. Mężczyźni nie

czynili sobie nawet wielkiego przymusu, ale panie krygowały się nieco, próbowały ru-

chów majestatycznych lub polotnych, uśmiechami ozdabiały przywiędłe usta, przez co

nabierały charakteru obcej im może kiedy indziej nadętości lub gapiowatości.

Za tymi skromnymi parami, na których najwyraźniej odbijało się piętno czasu i miej-

sca, nastąpiło znowu kilka par świetnych. Różyc prowadził strojną pannę Darzecką, która

miała wysoki wzrost Korczyńskich i chłodne rysy swego arystokratycznego ojca, a której

narzeczony, blady blondyn z angielskimi bokobrodami i tytułem hrabiego, podawał ra-

mię siostrze jej, młodziutkiej i żywej, zalotnej brunetce. Potem szedł jeszcze Kirło prowa-

Kobieta, Mężczyzna,

Śmiech, Zabawa

dząc Teresę Plińską, która dnia tego już nie twarz, ale gardło obwiązane miała batystową

chusteczką, a prowadził ją w ten sposób, że kilka patrzących na to osób uśmiechnęło się

albo nawet zaśmiało głośno. Krygował się, ramię jej do boku swego przyciskał, o czymś

jej szeptał; widocznie towarzyszkę tę wybrał sobie dla żartu i śmiechu. Na koniec w nie-

ładzie już posypała się młodzież płci obu pod przewodnictwem dwudziestoletniego syna

i czternastoletniej córki gospodarstwa.

Justyna, powstawszy z miejsca, szybko przybliżyła się do ojca, który na ogólne wsta-

Jedzenie, Obyczaje

wanie od stołu nie zważając, pilnie i chciwie dojadał ogromną porcję galarety i bisz-

koptów. Ku schylonej nad talerzem i srebrem siwizny okrytej głowie jego schylając swą

głowę, ubraną tylko w czarny warkocz i parę świeżych kwiatów, z lekka ramienia jego

dotknęła.

— Chodźmy, ojcze!

— Zaraz, zaraz — odmruknął — tylko widzisz… skończę…

— Wszyscy odchodzą — bardzo cicho nalegała — samemu tak przy stole zostawać

nie wypada…

Błękitne, wilgotne, z rozmarzonym wyrazem oczy starego znad talerza podniosły się

na pochyloną twarz córki.

Nad Niemnem



— Nie wypada… to prawda, że nie wypada; a kiedy nie wypada, to nie ma już co…

chodźmy…

Raz jeszcze spojrzał na pozostałą pośród talerza galaretę, starannie serwetą otarł swe

pulchne, pąsowe usta i siwe wąsy, wstał, właściwym sobie ruchem, wysuwając nieco na-

przód żołądek, wyprostował się. Justyna wsunęła mu rękę pod ramię. Poszli za innymi,

lecz w znacznej od innych odległości.

— Dobry był obiad — mruczał stary — bardzo dobry… Polędwica trochę, nie te…

ale kurczęta i szparagi… caca! Jadłaś, Justynko, a?

— Jadłam, ojcze — odpowiedziała.

— Che, che! — zaśmiał się filuternie i na córkę spojrzał — albo to ty na takie rzeczy

uważasz? U ciebie jeszcze fiu! fiu! w głowie! Słyszałem dziś, jak Kirło mówił Benedykto-

wej, że ten Różyc w tobie… te… a i Zygmuś znowu dojeżdżać zaczyna… dawne dzieje…

przypominają się może? a? choć już żonaty… ale serce to te… sługa… wiem ja to sam…

pamiętam.

Justyna szła zwykłym swym równym krokiem, z głową nieco podniesioną i patrzyła

w ziemię; można by myśleć, że słów ojca nie słyszała.

W sali jadalnej pozostało tylko parę lokajów, którzy, z gośćmi przybyli, pomagali

Gospodyni

w usługiwaniu przy stole jedynemu w tym domu lokajczykowi. Pozostała tam także Mar-

ta, w dniu tym świątecznie ubrana, z kolorową kokardą na szyi i wysokim grzebieniem

we włosach. Do obiadu prawie nie siadała, chociaż nakrycie dla niej znajdowało się na

stole; nadzorowała przynoszenie półmisków, kolej podawania wszystkiego, dokładność

i szybkość usługi. Zapewne już i na parę dni pierwej przed tym dniem, zupełnie w domu

wyjątkowym, panna Marta sporo do czynienia mieć musiała, bo gdy wszyscy wyszli już

z sali, ciężko na jedno z krzeseł opadła i splecione ręce na kolana opuściła. Zgarbiła się

przy tym i pochyliła głowę tak, że wydawała się skurczona i jakby w sobie zwinięta. Spod

schylonego czoła, na które zbiegło mnóstwo zmarszczek, zamyślonym spojrzeniem wo-

dziła po długim stole i w nieładzie około niego stojących krzesłach. Powoli głową trząść

zaczęła tak, jak ktoś, kto wspomina i wśród miejsc tych samych pamięcią ściga wcale

inne obrazy i twarze. Powoli też ogniste oczy jej przygasały, nieruchomiały i zachodziły

wilgotną mgłą. Nagle odezwał się za nią ostry dyszkant domowego lokaja, Franka:

— Kawę przyniosłem!

Jak sprężyną podniesiona z krzesła wstała i dwoma szerokimi krokami przystąpiła

do bocznego stołu, na którym tylko co postawiono wielki imbryk ze zgotowaną kawą.

Chwyciła imbryk i nalewać poczęła kawę do starych porcelanowych filiżanek.

— Franek! — zagrzmiał na całą salę głos jej basowy i trochę ochrypły — po jakiemu

to filiżanki wytarte! Pył na spodzie! Podaj mi tu czystą serwetę, niedołęgo, słyszysz?

Tymczasem odchodzące od stołu pary przebyły wielki przedpokój i do połowy salonu

doszedłszy, rozstawały się ze wzajemnymi ceremonialnymi ukłonami. Pani Andrzejowa,

nie podnosząc powiek, cieniem uśmiechu i lekkim pochyleniem głowy, którą wnet zno-

wu wysoko podniosła, podziękowała szwagrowi. Darzecka rękę otyłego sąsiada, który jej

świetnego wydawania córki za hrabiego winszował, ściskała tak mocno, że aż bransole-

ty jej głośno zadzwoniły. Młodziutka i malutka Zygmuntowa Korczyńska złożyła przed

swoim chłodnym i zachmurzonym mężem dyg żartobliwy, a tak głęboki, że aż prawie

do ziemi przysiadła, po czym wnet znowu pochwyciła jego ramię, jakby ani na chwilę

rozstawać się z nim nie chciała.

ai de

ie

i de⁶⁵ — z cicha upomniał ją mąż.

ai

i

e e i

ie de i⁶⁶ — tuląc się mu do boku i oczy ku niemu wznosząc odszepnęła.

Pani Emilia, wiodąc panie ku głównym kanapom i fotelom, kończyła rozmowę z wy-

Podróż

sokim i sztywnym szwagrem swego męża, który z galanterią zwracając ku niej swą de-

likatną, bladą, w wąską ramę siwiejących bokobrodów ujętą twarz, płynnie i ozdobnie

mówił tym razem o Szwajcarii.

⁶⁵

ai de

ie

i de (anc.) — postępujesz jak szalona, Klotyldo.

⁶⁶ mai

i

e e i

ie de i (anc.) — ależ ja szaleję za tobą.

Nad Niemnem



— Gdyby bratowa chciała kiedy wyrwać się z tego zakątka i czas jakiś przepędzić

w uroczej Szwajcarii, zdrowie jej i humor uległyby niezawodnie bardzo szczęśliwym zmia-

nom.

Jednak zdrowie jej i humor wydawały się dziś doskonałe i patrząc na jej z lekka za-

Choroba, Strach

rumienione policzki, promieniejące oczy i pąsowe usta, nikt by nie odgadł męczarni,

które przez kilka dni poprzednich przebywała. Już przyjazd dzieci na wakacje, mieszając

w zwykły tryb jej życia trochę ruchu i gwaru, stał się dla niej przyczyną wzmożonego bicia

serca i paru bezsennych nocy. Wobec mającego wkrótce nastąpić w domu jej zebrania

śmiertelnie lękała się na ten dzień właśnie dostać migreny, chrypki, newralgii, żołądko-

wej niedyspozycji, czegokolwiek słowem takiego, co by jej fatygę przyjmowania gości

uniemożebniło. Z tą obawą przebywała dnie i budziła się nocami, biorąc zdwojone dozy

bromu, laurowych kropel i magnezji, płucząc gardło roztworem różnych soli i kor, sma-

rując maściami zagrożone bólem miejsca. Trwało to aż do dzisiejszego ranka, w którym

przy bardzo starannym i długim ubieraniu się przypomniała sobie dawne, lepsze czasy

i zapragnęła znowu być choć przez dzień jeden taka, jak niegdyś, niegdyś… Wyszła do

salonu dziwnie wzmocniona i podniecona, z żywością ruchów, których wczoraj jeszcze

nikt by się w niej ani domyślił, z tym samym rozpromienieniem oczu i uśmiechu, z ja-

kim teraz zwróciła się ku dwom sąsiadkom, które zapytywały ją o jej słabe i tak bardzo,

bardzo delikatne zdrowie.

Za otwartymi na oścież szklanymi drzwiami stała wysoka ściana zieloności, w której

klony, wiązy, lipy, jawory, w nierozwikłany chaos mieszając potężne swe gałęzie, zdawały

się tłumnie tłoczyć i następować na siebie. Gęste sploty dzikiego wina, tworząc grube ko-

lumny i przezroczyste festony, ocieniały obszerny i kilku wschodami z ogrodem rozdzie-

lony ganek, na który gospodarz domu wyprowadził starszych sąsiadów swych i krewnych,

częstując ich tam cygarami. W jednym z rogów salonu, przy otwartym fortepianie, Różyc,

Ciało, Mężczyzna, Strój

młody hrabia z angielskimi bokobrodami i Zygmunt Korczyński, którzy znać cygar palić

nie chcieli, bo na ganek nie wyszli, rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami, ale bardzo

uprzejmie. Mało sobie znani, zeszli się oni z sobą, pociągnięci niby prawem naturalnego

doboru. Pomimo bowiem wielkich różnic powierzchowności, z ubiorów swych, gwał-

townie na pamięć przywodzących żurnale mód, z postaw i ruchów, nic pod względem

wykwintności nie pozostawiających do życzenia, ze sposobu mówienia, wyróżniającego

się lekkim cedzeniem sylab i przymieszką ancuskich wyrazów, z kobiecego prawie wy-

delikacenia cery i rąk — byli oni bardzo do siebie podobni, przedstawiali niejako jeden

typ, przez pewne warunki urodzenia, wychowania i majątku wyrabiany. Tylko że hrabia

Artysta

cedził sylaby i ancuszczyzny używał najwięcej, a Zygmunt Korczyński najmniej; przy

tym u tego ostatniego w układzie włosów, wyrazie twarzy i przybieranych pozach było

coś marzącego i jakby nałóg do malowniczości zdradzającego, co koniecznie przypominać

musiało artystę.

Istotnie, opowiadał on w tej chwili dwom towarzyszom swym o paroletnim poby-

cie swym w Monachium, który więcej mu przyniósł korzyści i artystycznych uciech niż

kilkuletnie studia odbyte w szkołach sztuk pięknych, wiedeńskiej naprzód, a potem tro-

chę w paryskiej i dusseldorfskiej. Hrabia chwalił także Monachium, Wiedeń, Paryż, ale

przekładał Włochy, gdzie wśród najpiękniejszej natury znajdowały się według niego naj-

piękniejsze w świecie kobiety. Różyc znowu najdłużej mieszkał w Wiedniu, to miasto

znajdował najweselszym i w nim — jak o tym z ironicznym uśmiechem nadmienił —

najpiękniejsze swe pozostawił wspomnienia. Po kilku minutach podobnej rozmowy ra-

zem jakoś podnieśli powieki i uważniej niż przedtem wzajemnie na siebie popatrzyli.

W spojrzeniach ich, oprócz zwiększonej uwagi, przemknął cień ironii i wszystkim trzem

razem błyskawiczny uśmiech przemknął się po ustach.

— Pomyślałem sobie właśnie w tej chwili — więcej jeszcze niż zwykle cedząc sylaby

zaczął hrabia — jak to dziwnie i… trochę… ambarasująco⁶⁷… poznawszy te wszystkie miejsca, o których tylko co mówiliśmy, spaść na jakąś jałową i głuchą pustynię…

Najpewniej wszyscy trzej razem o tym samym pomyśleli. Różyc nerwowym ruchem

pociągnął sznurek od binokli i uwalniając na chwilę od szkieł oczy swe, których czarne

źrenice przygasłe były i smutne, niedbale wymówił:

⁶⁷ am a a

- kłopotliwy.

Nad Niemnem



a e⁶⁸.

— Ale pan — zwrócił się do Różyca Zygmunt Korczyński — nie miałeś jeszcze czasu

zmęczyć się tą głuchą i nudną pustynią, o której wspomniał hrabia, od trzech miesięcy

dopiero mieszkając w swoich tutejszych majątkach. Ja, który obywatelskiego nowicjatu

liczę już dwa lata, mogę powiedzieć panu, że… ambaras mój, jak wyraził się hrabia, granic

nie ma i że dotąd jeszcze nie doszedłem do zrozumienia, jakim sposobem pośród tych

stodół, obór i tak zwanych interesów wyżyć potrafię…

— Na pociechę swą i uprzyjemnienie czasu masz pan przynajmniej piękny talent —

uprzejmie podjął Różyc.

Po bladej, ciemnymi bokobrodami otoczonej twarzy Zygmunta, przebiegł bolesny

prawie niepokój.

— Zaczynam wątpić, czy go posiadam — z pozorną niedbałością, ale przykrym za-

gięciem ust odpowiedział.

— Jakież teraz płótno przygotowujesz pan… — zaczął hrabia.

I nie dokończył, gdyż zza Różyca i Zygmunta wysunął się w tej chwili młodziutki,

dwudziestoletni chłopak, w którym na pierwszy rzut oka można było poznać studenta.

Średniego wzrostu i bardzo zgrabny, poruszeniami ciała i grą fizjonomii zdradzał organi-

zację niezmiernie żywą i nerwową. Rysy twarzy miał delikatne i piękne, ale cerę bladawą

i zmęczoną; drobny, jasny wąsik zaledwie zaczynał osypywać mu górną wargę, a z wiel-

kich, piwnych oczu, zupełnie do oczu Benedykta Korczyńskiego podobnych, zdawały się

sypać iskry i tryskać płomienie. Z żywością i zapałem, które widocznie zwyciężać musiały

trochę nieśmiałości i zmieszania, z rękami w tył założonymi i lekkim ukłonem, zwrócił

się ku Różycowi.

— Przepraszam pana — zaczął głosem prawdziwie młodzieńczym i trochę więcej

niż wypadało podniesionym — ale tak chciałbym wiedzieć, jakie reformy i urządzenia

wprowadzić pan zamierza w swojej Wołowszczyźnie. Słyszałem, że są to dobra bardzo

zaniedbane, i jak dowiedziałem się, że pan w nich sam zamieszkałeś, ucieszyłem się nad-

zwyczajnie. Tak cieszyłem się, doprawdy, że będę miał przyjemność poznać pana, i tak

obiecywałem sobie obszernie o tym z panem pomówić… że… że nie mogłem sobie od-

mówić…

Przed kilku godzinami młodziutki syn gospodarstwa został przez ojca swego tym

z gości, którzy go jeszcze nie znali, przedstawiony; wiedząc więc, kim był ten, kto go

teraz z widocznym połączeniem żarliwości z nieśmiałością napastował, Różyc uśmiechnął

się uprzejmie i po chwili wahania odpowiedział:

— Bardzo mi przyjemnie i chciałbym prawdziwie życzenie pańskie spełnić… tylko…

tylko, że o wprowadzeniu reform czy ulepszeń w Wołowszczyźnie dotąd nie pomyślałem…

Szczere, naiwne, głębokie zdziwienie odbiło się na ruchliwej i wyrazistej twarzy stu-

denta.

— Jak to!… — zaczął — a ja myślałem, że właśnie tacy ludzie jak pan, młodzi i moż-

ni… dawać muszą inicjatywę… przykład… naukę…

— Ależ ja wcale nie jestem już młody! — z silnym drganiem czoła i trochę przykrym

śmiechem zawołał Różyc.

and n a man e n mi i n n e en n ie e

e d

n e

e a ⁶⁹ — z trochą

koleżeńskiej poufałości szepnął do Różyca hrabia.

Ale młodziutki Witold Korczyński na przerwy te nie zważał i mówił znowu:

— Mnie to, widzi pan, niezmiernie interesuje… Od dwóch lat nie byłem w domu, bo

Idealista, Młodość

w przeszłym roku ojciec pozwolił mi spędzić wakacje na praktyce agronomicznej w pew-

nych wielkich i wzorowo zagospodarowanych dobrach… Teraz skończyłem w szkole kurs

drugi i mam już niejakie wyobrażenie o tym, jak być powinno, wiedząc dobrze skądinąd,

jak w naszych stronach jest… Mnie się zdaje, że jest bardzo źle pod każdym względem,

i że panowie powinniście ogromnie wziąć się do pracy i nad ziemią, i nad ludem, aby…

— Widziu — z pewnym zakłopotaniem do stryjecznego brata przemówił Zygmunt

— głowę masz tak napełnioną teoriami, że wygłaszać je potrzebujesz zawsze i wszędzie…

Jest to zwykłą cechą pierwszej młodości…

⁶⁸

a e (anc.) — wszystko nuży.

⁶⁹ and n a man e

(anc.) — gdy się przejadło milion, czuje się cały wiek na barkach, nieprawdaż?

Nad Niemnem



— Naturalnie — prostując się i głowę podnosząc przerwał Witold, a z oczu posy-

pały się mu iskry — i nie obraziłeś mnie wcale, Zygmuncie, przypominając, że jestem

bardzo młody. Ty zresztą także młody jesteś i nie masz prawa usypiać na swych malar-

skich laurach. Cóż byś, na przykład, odpowiedział mi, gdybym cię zapytał: jak w twoich

Artysta, Chłop, Gospodarz,

Lud, Szlachcic

Osowcach stoi lud wiejski… tak… na przykład… pod względem oświaty… moralności,

ekonomicznego bytu?…

— Odpowiedziałbym, że stoi on pod tymi wszystkimi względami jak najgorzej… —

z niedbałym uśmiechem odparł Zygmunt.

— I ty o tym możesz tak lekceważąco mówić! I panowie możecie tak obojętnie wzglę-

dem tego się zachowywać! — oburzył się chłopak i znowu zwrócił się do Różyca. — Mnie

się zdaje, że pan chyba inaczej myślisz o tym niż Zygmuś… on tak był wychowany… zresz-

tą… artysta! Ale pan pewnie zechcesz zstąpić do klas niższych, tak długo zaniedbanych,

Bogactwo, Obowiązek

a którym wszystkie idee naszych czasów przyznają prawo…

— Mój Widziu — z widocznym już znudzeniem przerwał znowu Zygmunt — idee

czasu są rzeczą bardzo piękną…

— I szanowną — z uśmiechem dorzucił hrabia.

— Ale spytaj się swego ojca, w jakie położenie popadł był kiedyś, kiedy to zamierzał

zstępować… dźwigać.

Witold zarumienił się jak zmieszana dziewczyna, spuścił oczy i wyjąkał:

— Mój ojciec… nie jest dość możny… nie posiada może dość środków…

Widocznie ta wzmianka o ojcu sprawiła mu przykrość, wnet jednak z odrodzoną

żarliwością zwrócił się do Różyca:

— Ale pan… — zaczął.

Tu przecież głos młody także, choć trochę grubszy od jego głosu, przerwał mu wy-

krzyknikiem:

— Witold ma słuszność, zupełną słuszność! Któż, jeśli nie panowie, powinien napra-

wiać błędy starszych, a nam młodszym drogi torować?… Gniew przejmuje, kiedy przyby-

wając z szerokiego świata widzimy, jak wszystko zastojowi okropnie ulega. Gospodarstwa

rutyniczne albo zrujnowane, ziemia z rąk waszych ucieka, lud dziczeje, a nikt ani palcem

nie poruszy, aby cokolwiek podnieść… udoskonalić…

Z tymi słowami w sukurs Witoldowi przybywał nieco starszy od niego kolega szkol-

ny, student tak jak i on, syn jednego z obecnych tu i w tej chwili na ganku siedzących

obywateli.

— Temperatura podnosić się zaczyna — szepnął do Różyca hrabia.

Ale Różyc wszystkich tych przemów studentów słuchał ze spuszczonymi oczami,

nerwowym ruchem palców igrając ze sznurkiem od binokli, z drgającym, tak drgającym

czołem, że drgania te dosięgały skóry czaszki pod rzadkimi, uyzowanymi włosami. Coś

go dręczyło i jakby zamierzał koniec położyć sytuacji dla niego przykrej, zwrócił się do

Zygmunta z prośbą, aby przedstawił go on matce swojej.

Hrabia podążył z wolna ku punktowi salonu, w którym znajdowała się jego narzeczo-

na; dwaj studenci, wraz z trzecim, który się do nich przyłączył, żywo rozmawiając i ge-

stykulując usunęli się na stronę, a Zygmunt Korczyński i Różyc przebywali całą długość

salonu zmierzając ku fotelowi, na którym w gronie pań, ale milcząca i nieco wyosobniona,

siedziała pani Andrzejowa. Na ukłon przedstawianego jej dystyngowanego pana odpo-

wiedziała zwykłym sobie powolnym pochyleniem głowy, która ani na chwilę nic ze swego

wyniosłego i surowego charakteru nie utraciła. Dopiero kiedy Różyc obok niej usiadłszy

mówić zaczął o tym, że widział i podziwiał na jednej z wielkomiejskich wystaw obraz,

który przed trzema laty wyszedł był spod pędzla jej syna, podniosła powieki i w twarzy

stojącego przed nią Zygmunta z nieopisanym spojrzeniem zatopiła swe oczy, jeszcze bar-

dzo piękne, choć widać było, że barwę ich i blaski przez długie lata gasiły tęsknoty i łzy.

Przy tym surowe jej usta rozwarły się nieco i zarysowały uśmiech niewymownej tkliwości

i słodyczy. Był to jednak przelotny błysk, po którym grzecznie, ale chłodno rozmawiać

zaczęła ze swym nowym znajomym o talencie Zygmunta, o przeszkodach, jakie znajduje

on w rozwijaniu go, odkąd mieszka w domu, o trudności połączenia zawodu gospodarza

wiejskiego z natchnieniami i potrzebami artysty… Przy tych ostatnich uwagach wbrew

zwyczajnemu układowi swemu uczyniła parę niespokojnych poruszeń i znowu oczy na

syna podniosła, tym razem przecież badawcze i trochę strwożone. Ale do ramienia Zyg-

Mąż, Nuda, Żona

Nad Niemnem



munta pośpiesznie uczepiła się już młodziutka jego żona i z zalotnymi minkami coś do

niego szepcąc, uprowadziła go na stronę. Niektóre z pań siedzących na kanapie i fote-

Plotka, Salon, Zabawa

lach nieznacznie ukazywały sobie młodą parę, oględnie i z cicha robiąc uwagi, że w tym

małżeństwie czułość żony o wiele stopni przenosi czułość męża, że ona, dość posażna,

świetnie skoligacona i wychowana, wydaje się zakochana w nim bez pamięci, a on ma

bardzo minę człowieka położeniem swym znudzonego. Wieści chodzą, że gospodarstwem

Matka, Syn, Ziemia,

Bogactwo, Duma

prawie się nie zajmuje i interesy swe wcale nieosobliwie prowadzi, a pani Andrzejowa ża-

łować już zaczyna, że wychowała syna w nadzwyczajnych pieszczotach, z dala od kraju

i tego kawałka ziemi, na którym żyć mu wypadało.

— Dobrze jej tak, bo jest dumna jak udzielna księżna i syna za półbożka miała… —

zagadała jakaś żywa i mowna sąsiadka, jedna z tych, których jedwabne suknie nosiły na

sobie widoczne ślady dawności i kilkakrotnych przerabiań.

Druga, łagodniejsza, z długą, mizerną twarzą na dłoń opartą, inaczej o tym sądziła.

Głową ubraną w dziwne jakieś pióra powoli wstrząsając, smutnie zaczęła:

— Bez ojca chowany… bez ojca!… Co to jest chłopców wychowywać bez ojca, to

Ojciec

ja wiem, bo i mnie w tym samym czasie, co i pani Andrzejowej, opiekuna dla synów

zabrakło!…

— Ciotkę miał za to — sprzeciwiła się pierwsza — tę Darzecką, co to wypadkiem za

bogatego człowieka wyszedłszy, sama nie wie, jak dąć się i stroić… Ona także synowczy-

kowi poduszeczki pod boki podkładała i geniusz wmawiała…

— Przez pamięć dla brata może — broniła druga — przez pamięć dla brata… i ja-

kiegoż brata i człowieka!… Sierotę po nim pieściła i jak najwyżej wyniesionym widzieć

pragnęła.

Kawa czarna i towarzyszące jej napoje już przez lokajów rozniesione zostały, ale tacę

Alkohol, Obyczaje

z likierami Kirło pochwycił z rąk służącego i na bocznym stole w salonie ją postawił.

Kościste policzki jego rumieniły się trochę, oczy błyszczały, najjowialniejszy w świecie

uśmiech otwierał wąskie usta. Był w tej chwili upostaciowaniem doskonałego zadowole-

nia ze zjedzonego obiadu, wypitego wina i najbardziej może z panującego dokoła towa-

rzyskiego gwaru. W dwóch palcach jednej ręki trzymając zgaszone przez wzgląd na panie

cygaro, drugą trzymał flakony napełnione płynami różnych barw i wabił nimi ku sobie

wszystkich, którzy się znajdowali w pobliżu. W pobliżu tacy z likierem znalazł się na-

przód ów otyły i na wesołego gastronoma wyglądający obywatel; podążyło ku niej potem

z ganku paru innych sąsiadów, stanął też przy niej z opróżnionym kieliszkiem w ręku

stary Orzelski.

— A co pan piłeś? maraskino? różany? kawowy? — zagadał Kirło. — Może innego

teraz? którego? służę!

— Kawowego kropeleczkę, jeżeli łaska!

— Dobrze, a który to?

— Drugi! — z dobrodusznym uśmiechem i rozkosznie ustami cmokając odparł ojciec

Justyny.

— Bóg trójcę lubi! — zawołał częstujący i przed starym, którego okrągła twarz ru-

mieniła się coraz bardziej, postawił jeszcze jeden napełniony kieliszek.

Wszyscy blisko stojący zaśmieli się wiedząc, że żartowniś zmierza do zupełnego upo-

jenia starego, ale on wymawiał się i jeden kieliszek do ust niosąc, drugi na środek stołu

odsuwał.

— Nie… nie… nie… — tłumaczył się — gdybym jeszcze ten wypił, to nie mógłbym

te…

— Czego byś nie mógł? — spytało na raz ze śmiechem kilka głosów.

— Grać — odpowiedział.

— Racja! — odrzekł Kirło. — No, to kiedy pić pan nie chcesz, idź przynajmniej do

panienek. Widzisz pan, jaką smutną minę ma panna Teresa… ot, tam, z gardłem obwią-

zanym siedzi i marzy… pewno o panu… Bo panowie może nie wiecie, jaki to z naszego

muzyka bałamut i amator płci pięknej… ho, ho! Kiedyś był sławny z tego… a i teraz

jeszcze… panna Teresa wie o tym najlepiej…

Ktoś mu przerwał zapytaniem jakimś, więc zaczął o czym innym mówić i żartować

z kogo innego. Orzelski zaś w dwóch palcach trzymając kieliszek, do połowy jeszcze zielo-

nym trunkiem napełniony, drobnym krokiem, z dobrodusznym wyrazem oczu i uśmie-

Nad Niemnem



chu, wyprostowując się i wyginając naprzód okrągły żołądek, zmierzał istotnie ku gro-

nu panien, które wielkim półkolem obsiadły stół, piętrzący się albumami i ilustracjami

w zniszczonych oprawach.

W gronie tym złożonym ze starszych Darzeckich i kilku innych panien, mniej lub

Nuda, Salon

więcej wykwintnie ubranych i wesoło rozmawiających, znajdowała się i Justyna. Ciemny

i niekosztowny jej ubiór uderzająco wyróżniał się pośród różnobarwnych i jasnych strojów,

a głowa, tylko czarnym warkoczem i parą świeżych kwiatów ozdobiona, prawie surowego

charakteru nabierała od wszystkich tych strojnych, ruchliwych i wesołych główek. Ona

wesoła nie była. Już Darzeckie, bliskie jej krewne, uczyniły jej uwagę, że jak zazwyczaj

ubrała się niewłaściwie i w ubraniu tym, a także ze swym milczącym usposobieniem,

wygląda jak desperatka.

Uczucia desperacji może nie doświadczała, ale w toczących się rozmowach o zagranicy

i wyprawie młodej narzeczonej, o różnych towarzystwach, zabawach, nowych książkach

i słynnych w tej chwili kompozycjach muzycznych prawie żadnego nie przyjmowała udzia-

łu. Chwilami, gdy zamyślała się i nieruchomym wzrokiem patrzała w przestrzeń, można

było zgadnąć, że czuła się zupełnie na zewnątrz tego wszystkiego, co dokoła niej zajmowa-

ło i rozweselało innych. Ciężka nuda spłynęła jej na oczy i usta, czyniąc w tej chwili twarz jej daleko starszą, niż była istotnie. Znużenie i zesztywnięcie rysów nie pierzchło wtedy

nawet, gdy zobaczyła swego ojca około tacy z likierami i usłyszała głośne żarty Kirły wraz

ze wtórzącymi im śmiechami sąsiadów. Nie uczyniła tym razem nic, aby przeszkodzić tej

zresztą dość pospolitej igraszce, i w poczuciu bezsilności własnej nieruchoma pozostała.

Tylko brwi jej ściągnęły się nad oczami, które znudzone, znużone, napełniały się wyrazem

niepocieszalnego smutku. Ale jakichkolwiek w tej chwili doświadczała uczuć, nikt ich nie

spostrzegał i nie odgadywał. Widoczne było, że obojętna dla wszystkiego, co ją otaczało,

nawzajem żadnej takiej nie przedstawiała cyy, z którą by ktokolwiek dla jakichkolwiek

przyczyn liczyć się tu chciał czy musiał. Towarzyszki i kuzynki dla milczącego jej humoru

i może skromnego stroju trochę się od niej odwracały, hrabia tuż obok niej prowadzą-

cy ze swą narzeczoną dowcipną szermierkę ignorował ją zupełnie; dwaj ludzie, którzy

w czasie obiadu szturmowali ją przelotnymi, ale znaczącymi spojrzeniami, przed chwilą

salon opuścili. Różyc, którego stopniowo, ale bardzo widocznie opanowywało dziwne dla

wszystkiego zobojętnienie, ze ściemniałą nagle cerą i zgasłymi oczami nieznacznie wysu-

nął się w kierunku sali jadalnej. Zygmunt Korczyński, po cichej, ale dość żywej rozmowie

z żoną, którą na koniec obok matki swej umieścił, wyszedł na ganek.

Na ganku rozstawiono już stoły kartowe, ale grono poważnych panów jeszcze do gry

Gospodarz, Polityka

nie zasiadało. Kończyli picie likierów, palili cygara i gwarnie rozmawiali. Wprzódy nie-

co do salonu dolatywały z rozmowy ich niektóre słowa, rzec by można techniczne czy

profesjonalne, jako to: tyle i tyle kopiejek za pud⁷⁰ takiego i takiego zboża; tyle i ty-le za wiadro wódki; taki i taki umłót; taka i taka orka, siejba, kośba itd. Teraz jednak

mówili już o polityce. Przedmiotu tego dotknął pierwszy Darzecki, który pod grubą

kolumną zieleni sztywnie stojąc i kręte nitki cygarowego dymu z cienkich warg wypusz-

czając, płynnie i kwieciście mówił o różnych w gazetach wyczytanych przewidywaniach

i kombinacjach. Niektórzy z sąsiadów żywszymi albo i rubasznymi uwagami i wykrzy-

kami mowę tę przerywali. Najbardziej nawet ogorzali i zgrubiali, najmniej z pozoru do

czynienia mieć mogący z jakimkolwiek drukiem, przy tej okoliczności mówili o krajach

dalekich i ludziach potężnych, zapalając się przy tym, rozprawiając i zawzięte zawodząc

sprzeczki. Gospodarz domu w rozmowie tej najmniejszy przyjmował udział. Prawie po-

środku ganku siedział on na żelaznym krzesełku w takiej pozie, że od ogarniającej go

płachty światła postać jego odcinała się w pełni swych silnych i ciężkich zarysów i że

można mu było prawie policzyć wszystkie zmarszczki na czole i policzkach i wszystkie

białe nitki w gęstych i ciemnych włosach. Z ramieniem położonym na stojącym przed

nim stoliku, machinalnie bawiąc się kieliszkiem, w którym łamał się promień słońca, od-

zywał się rzadko, a pochyloną nieco głowę wstrząsał czasem i uśmiechał się to filuternie

i niedowierzająco, to smutnie. Raz jednak, wśród najbardziej ożywionej rozmowy, jakby

sobie coś nagle przypomniał, głowę podniósł, uśmiechnął się, kieliszkiem o stół uderzył

i zawołał:

⁷⁰ d — ros. jednostka wagi równa  funtom, czyli , kg.

Nad Niemnem



— Te gazety, moi panowie, to czyste zawracanie głowy i nic więcej! Jak się ich człowiek

Dom, Sen, Strach, Wojna

na noc naczyta, to potem śnią mu się takie rzeczy, że wolałby wcale nie spać.

Spod zielonej kolumny trochę ironiczny głos Darzeckiego zapytał:

— Cóż takiego? Czy miałeś, panie Benedykcie, z powodu gazet straszny sen jaki?

— Naturalnie — odparł Korczyński — i jak jeszcze straszny!

Uśmiechnął się żartobliwie, ale zarazem długiego wąsa mocno w dół pociągnął.

— Nie jestem przecież babą, abym snami miał się przerażać — zaczął — ale mia-

łem jeden taki, że każdemu by od niego włosy dębem na głowie stanęły. Ot, jak było.

Przed dwoma jakoś miesiącami naczytałem się był wieczorem o wojnach takich, co by-

ły, są, będą i licho już zresztą wie jakich. Zaraz potem położyłem się, usnąłem i śni się

mnie… uważacie, panowie, że do Korczyna naszło mnóstwo wojska bismarkowskiego…

słowem, pruskiego wojska… Dziedziniec i ogród pełen żołnierzy, dom pełen oficerów…

Ja w strachu! Zniszczą Korczyn, myślę sobie, do góry nogami przewrócą, spalą, stratują,

rozerwą, jeżeli nie przyjmę ich tak, jak tego żądają… Co robić? Wola, niewola, przyj-

muję… Tak, zdaje się, zwijam się, tak częstuję, karmię, poję, zapraszam, w oczy patrzę,

czy kontenci… A oni piją, jedzą, hałasują, hulają… Chwała Bogu, kontenci, myślę sobie,

i sam kontent jestem… Ot, myślę, zaraz pójdą sobie z Panem Bogiem, objadłszy mnie,

co prawda, dziedziniec i ogród zdeptawszy, ale resztę w całości zostawiając… Już zdaje

się i odjeżdżać sobie mają… żołnierze na konie siadają, oficerowie szable przypasują… już

zaraz i cicho u mnie będzie… Wychodzę, zdaje się, na ganek, z wielkim ukontentowa-

niem, aż tu, panie, patrzę, z tych pagórków, co to wiecie, tam het, za równiną… drugie

wojska…

Tu zaciął się.

— To… tamto…

Promień słońca filuternym błyskiem przebiegł mu w piwnych źrenicach.

— Cóż? Strach mnie do szpiku kości przejął… lecą! to… tamto… panie, pędzą… także

do Korczyna… wprost do Korczyna… a tamci jeszcze nie wyjechali… Masz! myślę sobie…

Przyjmowałem jednych, aby mi dworu z dymem nie puścili… a teraz to… tamto… i będzie

mnie tu ostatni amen! Jak chcesz, człowiecze, kręć się i wierć się, nie wykręcisz się i nie

wywiercisz. Z tej strony ci w skórę i z tamtej… także w skórę! O Jezus, Maria! Obudziłem

się cały w potach i nazajutrz chodziłem jak struty.

— Sen mara! — tonem pocieszenia odezwał się ktoś z obecnych.

— Prawdziwie typowy sen! — zawołał Darzecki z tak głośnym śmiechem, jakby

w tej chwili zwykła dystynkcja zupełnie wyszła mu z głowy; ale zarazem szyję, zazwyczaj

sztywnie wyprostowaną, zgarbił nieco, przez co kółka cygarowego dymu, dotąd trium-

fująco sobie w górę ulatujące, ciężko jakoś wionęły ku ziemi.

— Co tam! — zaczął w kącie ganku jakiś widocznie zgryźliwy i mocno przez życie

Robak, Sąsiad, Sąd

gryziony sąsiad — co tam te Prusaki! Bez Prusaków najbliżsi sąsiedzi ogryzą nas jak psy

kości… Jeszczem jednego procesu z chłopami o pastwisko nie ukończył, a już mi drugi

o grunt pod leśnictwem wytoczyli!…

— Oj, te procesy! — stęknął pan Benedykt.

— Napłodziło się ich u nas jak robactwa w mokre lato! — zauważył ktoś inny.

! — zaczął Darzecki — jakże tam jest z tym twoim procesem, panie

Benedykcie, który ci ta szlachta… jakże się nazywa?… wytoczyła?

— Bohatyrowicze! — podjął Korczyński — a cóż? złupić chcą ze mnie pięćdziesiąt

dziesięcin wygonu… ktoś w nich wmówił, że one do nich należeć powinny… Wnieśli do

sądu… i w pierwszej instancji przegrali… Zanoszą teraz apelację… trwa to już dwa lata

i co mnie ta historia pieniędzy i zgryzoty kosztuje!…

— Czy nie mają żadnej racji? — przerwało parę głosów.

— Taką chyba, że paszy mają mało, więc chcą moją własnością paść swoje inwentarze

— bronił się pan Benedykt. — Planami i wszystkimi dokumentami dowieść mogę…

Zapalać się zaczął i byłby pewno długo rozwiódł się nad procesem, o którym mowa

sprowadziła mu na czoło zdwojoną ilość zmarszczek, ale zobaczył kilka osób z przedpokoju

do salonu wchodzących i pośpiesznie zerwał się z krzesła. W tej samej chwili jedna z pań

na kanapie siedzących i wszystkim, co je otaczało, bardzo zajętych rękę do czoła podniosła.

Nad Niemnem



— W imię Ojca… — cicho do sąsiadki szepnęła. — Toż to Kirłowa zjawia się tutaj!

A skądże jej się to wzięło! Już chyba lat z dziesięć nigdzie w sąsiedztwie nie bywa! Ależ

zmieniła się, zmieniła, o, moja pani!

W progu salonu pan Benedykt z widocznym i szczególnym uszanowaniem podawał

Ciało, Kobieta, Salon

ramię kobiecie, za którą postępowała młodziutka, niespełna może szesnastoletnia dziew-

czyna i dwóch młodszych od niej chłopców w szkolnych ubiorach. Średniego wzrostu,

szczupła, prosta, z wdzięczną linią szyi i ramion, żona Kirły wyglądała z daleka na kobie-

tę bardzo młodą, a złudzeniu temu dopomagały włosy niezmiernie jasnej barwy, z tyłu

głowy w prześliczny, ogromny warkocz upięte. Z bliska dopiero uderzał i prawie zadzi-

wiał kontrast, który z młodością kibici jej i warkoczy tworzyła twarz tak ogorzała, że

od włosów ciemniejsza, z czołem przerżniętym kilku poprzecznymi zmarszczkami, ze

zwiędłymi, choć bardzo kształtnymi ustami. Była to po prostu zgrubiała i sterana twarz

kobiety jeszcze młodej, bo trzydziestoparoletniej, z natury wcale ładnej. Bardzo zgrabna

pomimo swej starej i niemodnej sukni, szła przez salon na ramieniu gospodarza domu

wsparta, nieśmiała jakaś, prawie zlękniona, z niepokojem oglądająca się na postępujące za

nią dzieci. Kiedy pani Emilia, powstawszy z kanapy i szeleszcząc suknią okrytą bogatym

i błyszczącym haem, wprowadziła ją do grona najpoważniejszych kobiet, ze zmieszanego

jej spojrzenia, roztargnionego uśmiechu i wahających się, lękliwych ruchów poznać moż-

na było, że od wszelkich towarzyskich zebrań bardzo odwykła, a z odległych wspomnień

wiedząc dobrze, jak wśród nich znajdować się należy, trwożyła się ciągle, aby czegoś nie-

właściwego i nieprzyzwoitego nie popełnić. Drżała trochę i spiesznie oddychała siadając

obok wytwornej i wyniosłej pani Andrzejowej, która jednak dość przyjaźnie, choć zawsze

trochę z wysoka, oświadczała jej swoje przyjemne zdziwienie nad tym, że na koniec spo-

tkać ją mogła, ją, która od tak dawna nie ukazuje się nigdzie. Ośmielona trochę, jednak

przyciszonym jeszcze głosem odpowiedziała:

— Pan Benedykt był tak łaskaw, że zapraszał mnie razy kilka i sam, i przez Justynkę,

którą do mnie przysyłał. A jakżebym ja takiemu dobrodziejowi odmówić mogła?

— Szwagier mój ma więc przyjemność widywać panią czasem?

Kirłowa splotła ręce, okryte zbyt wielkimi i niezupełnie świeżymi rękawiczkami.

— O, mój Boże! — zawołała — a jakżebym ja sobie z gospodarstwem i interesami

Gospodyni, Matka

rady dać mogła bez pomocy zacnego sąsiada? Teraz to już nic: nauczyłam się i przywykłam.

Ale z początku byłabym przepadła razem z dziećmi, gdyby pan Benedykt nie pomagał mi

radami, a czasem i osobistym dojrzeniem tego i owego…

Teraz, gdy w zapale mówić zaczęła głośno, w głosie jej parę razy zabrzmiały nuty

grube, z delikatnością kibici jej i ruchów dziwnie sprzeczne; użyła też paru wyrażeń wcale

niewykwintnych.

— Jak Boga kocham — dokończyła — takiego dobrego człowieka jak on chyba na

tym podłym świecie nie ma…

Toteż na twarz pani Andrzejowej wybiło się trochę niesmaku, a u boku świekry swej

siedząca śliczniutka Klotylda szeroko oczy otworzyła i z trudnością powściągnęła latające

po jej pąsowych ustach uśmieszki. Gospodyni domu pośpieszyła wyrazić ubolewanie, że

tak bliska sąsiadka przybyła dziś do jej domu tak późno. Kirłowa zmieszała się znowu,

zgrabną swą kibić pochyliła w trochę niezgrabnym ukłonie i widocznie zdobywając się na

śmiałość, zbyt głośno odpowiedziała:

— A jakże ja, moja pani, mogę tak w każdej chwili zostawiać w domu dzieci? Troje

starszych odważyłam się wziąć z sobą, bo myślałam, że mi państwo tego za złe nie weź-

miecie; ale dwoje młodszych nie mogłam przecież na rękach sług zostawić i musiałam

czekać przyjścia Maksymowej, która je wyniańczyła i taką jest poczciwą babą, że byle

tylko posłać po nią, zaraz przychodzi… Z małymi dziećmi to jak ze szkłem, ostrożności

trzeba… ale moja babula Maksymowa dobrze ich tam dopilnuje…

Za plecami świekry swej Klotylda wpychała koronki chusteczki w parskające śmie-

chem usta; pani Andrzejowa jak grób umilkła; pani Emilia podniosła rękę do czoła i gar-

dła, jakby w tej chwili dostawać zaczynała migreny i globusu. Jedna z tych pań, które

ciągle ciche uwagi nad wszystkim czyniły, szepnęła do drugiej:

— Jak ta Kirłowa zgrubiała i sprościała, o moja pani! A jaka z niej przed zamążpój-

Dom, Mąż, Żona

ściem śliczna panienka była!… Różycówna z domu przecież!

Nad Niemnem



Kirło biegł z ganku na powitanie żony. Po prostu biegł. Przybiegłszy pochwycił obie

jej ręce i okrył je najczulszymi pocałunkami. Twarz jego, silnie zarumieniona od trunków,

takie wyrażała zadowolenie, że aż mu oczy zwilgotniały.

— Jak to dobrze, jak to dobrze, że choć raz w świat się wybrałaś! — wołał, a potem

zwrócił się do otaczających: — Moja Marynia to taka domatorka, że ją od gospodarstwa

i dzieci ani wyciągnąć…

Ona, z podniesionym ku niemu wzrokiem, serdecznie też ręce mu uścisnęła.

— A dawno państwo nie widzieliście się z sobą? — żartobliwie ktoś ze strony zagad-

nął.

— A z tydzień już będzie, jak w domu nie byłem! — z zupełną swobodą odparł Kirło.

— Mąż mój ma już taki charakter, że potrzebuje rozrywek i nudzi się w domu; ja go

więc we wszystkim z największą ochotą wyręczam — pośpiesznie dodała Kirłowa.

Kirło szedł witać dzieci. Dwaj chłopcy, w gimnazjalnych bluzach i przeraźliwie stu-

Salon, Strój

kającym obuwiu, z wiszącymi u boków czerwonymi rękami, przyparli się do fortepia-

nu i wytrzeszczonym wzrokiem na wszystkich i wszystko patrzali. Dziewczynkę Justyna

przywiodła do grona panien i obok kilku podlotków umieściła. Niezupełnie jeszcze dłu-

ga suknia z białego muślinu, różową wstążką przepasana, śliczna musiała wydawać się

w domu i matce, i córce; tu jednak obok bombiastych i z mnóstwa fatałaszek złożonych

strojów młodszych panien Darzeckich i żółtawej, na bladaczkę widocznie chorej córki

Korczyńskich wyglądała bardzo skromnie i ubogo. Spod tej sukni ukazujące się małe

stopy w skórzanych, grubych bucikach dziwnie odbijały przy szeregu wykwintnych sto-

pek, okrytych ażurowymi pończoszkami i pantofelkami takimi, że każdy z nich ozdabiać

mógł jako cacko ładną etażerkę. Właścicielka tego biednego stroju nie przedstawiałaby

także nic osobliwego, gdyby nie posiadała przedziwnej świeżości twarzy i nieporównanej

dziewiczości spojrzenia i ruchów, które ją czyniły zupełnie podobną do świeżo rozkwitłej

i zza zielonych liści ciekawie wyglądającej róży polnej. Ciekawie spośród różowej twarzy

patrzały oczy jej, błękitne jak niezabudki; gruby i tak jasny jak u matki warkocz wił się po spływających w dół jej ramionach; ręce zbyt ciasnymi rękawiczkami jak pączki zaokrąglone na kolanach splotła i — milczała. Panienki, obok których usiadła i którym Francuzka

nauczycielka pomagała w rozpatrywaniu ilustracji, rzuciły na nią parę ukośnych spojrzeń

i zajęcia swojego wcale dla niej nie przerwały; ale w zamian z przeciwległego końca salonu

biegł ku niej młody i zgrabny chłopak, z dziecinną prawie radością w ładnych, lecz już

trochę zmęczonych rysach. Pochwycił obie jej ręce, po koleżeńsku mocno nimi zatrząsł

i szybkim ruchem obok niej usiadł.

— Jak dawno ja panią… pannę Marię… czy można jak dawniej mówić: Maryniu?

— Można — odszepnęła rumieniąc się po brzegi jasnych włosów i ukazując w śmie-

chu rząd śnieżnych zębów.

— A pani… Maryniu, będzie mi mówić po imieniu?

— Czemuż by nie? — ze zdziwieniem odpowiedziała.

— Dawno cię już nie widziałem, moja droga, kochana Maryniu! Dwa lata nie byłem

w domu… Jak ty od tego czasu urosłaś…

— I ty, Widziu, zmieniłeś się trochę… zmizerniałeś…

— Pracuję… uczę się… myślę… A ty co porabiasz?

— To co i dawniej: mamie w gospodarstwie pomagam, młodszą siostrę uczę… ogród

warzywny i nabiał zupełnie już do mnie należą…

Ostatnie słowa z dumą wyrzekła.

— A stara Maksymowa czy żyje? — zapytał Witold.

— Żyje, zdrowiuteńka!

— To dobrze! A też dzieciaki, nad którymi dwa lata temu tak ślęczałaś?

— Już czytać umieją…

— Moja ty droga, dobra!… jak ja się cieszę, że zobaczyłem ciebie! Ile ja tobie do

powiedzenia mieć będę.

— Przyjedziesz do Olszynki?

— A jakże! Przyjadę, przyjadę! Nie raz, sto razy!

Z dziecinnym uszczęśliwieniem, od którego oboje drżeli prawie, Witold Korczyński

i Marynia Kirlanka patrzyli sobie w oczy. Wtem, jakby wtór do ich radości, rozległy się

w salonie naprzód fortepianowe akordy, a potem przeciągłe tony skrzypiec. Przed chwilą

Nad Niemnem



pani Emilia uczuła, że dalsze rozmawianie z gośćmi stawało się dla niej coraz trudniejsze;

sztuczne podniecenie, które z rana uczyniło ją żywą i mówną, ustępowało przed znuże-

niem i osłabieniem; szczupła jej kibić garbiła się i opadała na poręcz kanapy, po prostu

siły ją opuszczały. Gasnącymi oczami porozumiała się z Justyną, która wstała i zbliżyła się

do fortepianu. Orzelski, który po wysączeniu z kieliszka ostatniej kropli likieru i kilku

krygach wykonanych przed rumieniącą się Teresą Plińską, drobnymi swymi kroczkami

kręcił się dokoła swych leżących na fortepianie skrzypiec, ujął je teraz powoli, z lubo-

ścią, jak najmilsze dziecię, i z oczami rozkosznie przymrużonymi, smyczkiem po strunie

powiódł.

Dźwięki muzyki napełniły salon. Ojciec i córka grali jakąś piękną, długą i trudną

Artysta, Muzyka

kompozycję, przy której stopniowo, ale zadziwiająco Orzelski zmieniał się i przetwarzał.

W miarę rozwijania się i potężnienia tonów, spod smyczka jego wychodzących, stary mu-

zyk także wyrastał, usubtelniał się, szlachetniał. Niewielka i pękata postać jego nabierała

linii prostych, niskie i białe czoło, z którego w tej chwili zniknęły wszystkie zmarszczki,

wysoko podnosił, wzrok promienny, natchniony daleko kędyś posyłał. Lotne marzenia

i skrzące zapały, morza rozkoszy i smutku, ze strun skrzypiec lejąc się w jego piersi, co

chwilę zmieniały grę jego rysów, ścierając z nich wszelki ślad pospolitości i głupoty.

W tym natchnionym artyście ani by poznać było podobna tego smakosza i zmysłowca,

który przed chwilą nie mógł rozstać się z talerzem i słodkie oczy robił do starej panny

z obwiązanym gardłem; ani tego dobrodusznego, głupowatego starca, który bez cienia

urazy poddawał się drwinom znajomych. Było to prawie czarodziejstwem, a tą czaro-

dziejką, która go różdżką swoją dotknęła, była wielka, całe długie już życie tego człowieka

przenikająca namiętność.

Justyna swój trudny i zawikłany wtór wykonywała z precyzją i czystością, świadczącą

Muzyka, Nuda

o znacznej muzycznej wprawie, ale nie widać było po niej najlżejszego miłego albo przy-

krego wrażenia. Zupełnie obojętna, trochę nawet sztywna, z twarzą, w której żaden rys

ani razu nie drgnął, widocznie spełniała obowiązek swój starannie, umiejętnie, ale zim-

no. Grała na pamięć; powieki miała spuszczone, a kiedy je podnosiła, wzrok jej był tak

Kobieta, Mężczyzna, Wzrok

samo jak przedtem znużony i przygasły. Raz jednak odbiło się w nim wrażenie przykre.

Naprzeciw siebie ujrzała stojącego we drzwiach salonu Różyca. Przez ostatni upłyniony

kwadrans zaszła w nim dziwna zmiana. Opuścił był salon osłabionym krokiem, pożółkły

i cierpiący; wrócił odmłodzony, świeży, promieniejący, z błyszczącymi oczami i lekkim

nawet zarumienieniem na welinowych policzkach. Stanął w drzwiach, pociągnął w dół

binokle i na grającą patrzał z takim wyrazem, że prędko spuściła ona oczy i ani razu już ich nie podniosła. Był to wzrok taki, jakim śmiały i pewny siebie zdobywca niewiast ogarnia,

rozbiera i niejako w posiadanie swe obejmuje kobietę, której zażądał.

Muzyka trwała długo; niektórzy słuchali jej z uwagą i przyjemnością, a niektórzy z po-

otwieranymi od zdziwienia albo skrycie poziewającymi ustami. Na ganku nawet gwarne

przedtem rozmowy przycichły. Gospodyni domu, nie potrzebując mówić, odpoczywa-

ła. W chwili, kiedy skrzypce i fortepian grzmiały świetnym i wybornie wykonywanym

brio⁷¹, Różyc nieznacznie i na palcach przesunął się przez salon i na niezajętym krześle obok Kirłowej usiadł. Ona przyjaźnie i poufale uśmiechając się podała mu rękę. Wszyscy

wiedzieli, że ten trzydziestoletni pan, który już stracił pół miliona, i ta spracowana ko-

bieta w starej sukni byli z sobą dość blisko spokrewnieni. Z właściwą sobie gracją ruchów

nachylił się on do samego prawie ucha sąsiadki.

— Kuzynko — szepnął — czy znasz dobrze pannę Orzelską?

Twierdząco skinęła głową.

— Bywa ona u ciebie?

Znów głową kiwnęła i z ciekawością na niego spojrzała.

— Chcę cię prosić… abyś nas kiedy razem do siebie zaprosiła… żebyśmy tak wypad-

kiem… spotkali się kiedy u ciebie… Tu nie wypada mi bywać tak często… jak bym tego

potrzebował…

Oczy szeroko otworzyła i naprzód wpatrzyła się w niego z nieopisanym zdziwieniem,

a potem tak głośno, że aż kilka osób na nią się obejrzało, wybuchnęła:

— A toż co?…

⁷¹ i (skrót od: wł. n

i ) — część utworu muzycznego grana z werwą (często: a e

n

i ).

Nad Niemnem



I dźwiękiem własnego głosu przelękniona cicho dokończyła:

— Czy nie myślisz czasem tej biednej dziewczyny bałamucić? No, to spotykaj się z nią

w swoim Wiedniu, ale u mnie jej pewno nie spotkasz…

Różyc śmiał się cicho.

— Parafiaństwo, kuzynko — szepnął.

Wiedział zapewne, że wyraz ten ją ukole. Jakoż na mgnienie oka zmieszała się i za-

smuciła. Ale potem energicznie odpowiedziała:

— Niech sobie będzie parafiaństwo! Lepiej byś i ty wyszedł na tym, kuzynku, gdybyś

był sobie parafianinem.

Nagle zamyślając się odpowiedział:

— Może…

Ale w tej chwili nie mógł znać długo ani zamyślać się, ani smucić.

— Moja droga kuzynko — szepnął znowu — żebyś wiedziała, jak ona mi się podo-

ba!… Ślicznie zbudowana kobieta i takiego coś ma w sobie… te szare oczy przy czarnych

włosach…

Patrzała chwilę na nienaturalny blask jego oczu i zwiększające się rumieńce. Czuła się

zwierzeniami, które jej czynił, obrażona, ale obrazę zwyciężała litość…

— Biedny ty jesteś, kuzynku… a dziś w dodatku i upiłeś się jeszcze czy co?

Znów z zamyśleniem odpowiedział.

— Może…

Muzyka umilkła, kilka osób otoczyło Orzelskiego, dziękując mu i chwaląc odegraną

Salon

kompozycję. On prostował się, promieniał.

— Caca uwerturka! — mówił — caca!…

Justyna powstała z wolna i odejść od fortepianu zamierzała, kiedy Zygmunt Korczyński

Orzelskiego opuszczając, drogę jej zastąpił. Pięknej istotnie muzyki słuchał on był stojąc

w pozie jakby z przyzwyczajenia malowniczej. Smutny wydawał się i rozmarzony. Teraz

z niepewnym i przymuszonym uśmiechem na bladej twarzy, półgłosem przemówił:

— Zdaje mi się kuzynko, że nie lubisz muzyki tak, jak lubiłaś ją dawniej…

Na ostatnim wyrazie położył znaczący nacisk. Ona stała przed nim ze spuszczonymi

powiekami, nieruchoma, ale wzruszenia swego ukryć zupełnie nie mogła.

— Nie — odrzekła z cicha — nie, nie lubię już muzyki wcale…

Stał ciągle tak, aby odejść i rozpoczętej rozmowy przerwać nie mogła.

— O, gust kobiet zmienny jest! — zawołał. — Ale w tobie zaszłą zmianę przypisuję

temu, że oprócz muzyki ojca swego, która zresztą jest wyborna, żadnej innej nigdy nie

słyszysz… Gdybyś słyszała…

Tu ożywiając się coraz, mówić jej zaczął o mistrzach muzycznych, których grę słyszał

w wielkich europejskich miastach. Potem opowiadał o nowych słynnych operach. Sposób

mówienia miał łatwy, obrazowy, okazujący niepospolite znawstwo muzyki i w ogóle sztuk

pięknych. Ona słuchała go wciąż w nieruchomej postawie, kiedy niekiedy paru słowy

odpowiadając, ale bledsza niż zwykle i z szybko podnoszącą się piersią. Widać było, że

głos jego ją upajał i że zbliżenie z nim poruszało do głębi całą jej istotę. On w jej bladej i zamyślonej twarzy zatapiał oczy, tak jak u wszystkich Korczyńskich duże, w podłużnej

oprawie i z piwną źrenicą. Zręcznym poruszeniem salonowego strategika dokonał takiego

półobrotu, że ją sobą od kilku w pobliżu stojących osób odgrodził i malowniczo wspierając

się o fortepian zapytał: dlaczego, gdy on do Korczyna przyjeżdża, ona bywa najczęściej

niewidzialna lub ukazuje się tylko na krótko?

Odpowiedziała, że czasem wuja w gospodarstwie wyręcza, a czasem ojca pielęgnować

musi.

Zaśmiał się.

— Po cóż mówisz nieprawdę? — szepnął. — Nie chcesz mnie widywać, wiem o tym!

Masz do mnie urazę i pogardzasz mną! Słusznie, ja sam sobą pogardzać zaczynam!

W głosie jego było tyle goryczy i żalu, że prędko odpowiedziała:

— Nie, nie… nie to!

Chciała mówić dalej, ale urwała nagle, bo w drugim końcu salonu ujrzała parę oczu

utkwionych w nią z nieopisanym wyrazem. Były to oczy Klotyldy, więcej jeszcze błyszczące

i szafirowe jak zwykle, ale wcale inaczej niż zwykle patrzące. Obok młodziutkiej kobiety

Nad Niemnem



ze swym wiecznie jowialnym, a trochę złośliwym uśmiechem na twarzy siedział Kirło.

Przed chwilą ukazał jej rozmawiającą przy fortepianie parę i żartobliwie zapytał:

— Czy pani nie zazdrosna?

— O kogo? O co? — zapytała, ale patrząc we wskazanym jej kierunku zarumieniła

się jak wiśnia.

— Pani nie wie? — ciągnął żartowniś — toż to pierwsza miłość mężulka… Panna

Miłość, Zazdrość, Żona

Justyna… pierwsza miłość… a pani zna przysłowie…

Tu przerażającą ancuszczyzną zaczął:

nn e ien

e

emie am

⁷² — dokończyła żona Zygmunta i z niedbałym śmiechem do-

dała: — Wiem, wiem dobrze o tej pierwszej miłości… wszyscy mi tu o niej opowiadali…

A pan może zna inne przysłowie polskie: Pierwsze kotki…

— Za płotki! — dokończył Kirło i zaśmiał się szczerze i z całego serca.

Ale na ustach Klotyldy prędko zamarł uśmiech i sama ona zmartwiała jakby, oczy

swe wlepiając w tę wysoką i pysznie rozwiniętą kobietę, do której z ożywioną i wzruszoną

twarzą mąż jej przemawiał tak długo… długo… drogę jej zastępując i od innych ludzi

odgradzając ją sobą. Justyna spotkała się z tym wlepionym w nią spojrzeniem, które

zdawało się ją osypywać żarem gniewu i nienawiści. Ale dziewiętnastoletnie serce, które

spojrzenie to jej posyłało, zdjąć musiały zarazem trwoga i żałość, bo Justyna widziała,

jak szafirowe, rozżarzone zrazu oczy Klotyldy zaczęły wilgotnieć i mglić się, aż stanęły

w nich wielkie, szklanne, z całej znać siły wstrzymywane łzy. Zarazem, ładną tę i świeżą

jak wiosna twarz okrył wyraz cierpienia, który uczynił ją podobną do twarzy bezbronnego,

a dotkliwie udręczonego dziecka. W tej chwili Zygmunt Korczyński, ramieniem swym

dotykając prawie rękawa sukni Justyny, z cicha zapytywał:

— Czy zupełnie, zupełnie już przeszłość naszą wyrzuciłaś ze swej pamięci? Czy nie

przemówisz do mnie nigdy jak do przyjaciela swego, do brata?

Z trudnością odrywając oczy od zmienionej twarzy Klotyldy, podniosła głowę i zimno

spojrzała na stojącego przed nią, a wzrokiem błagającego ją mężczyznę.

— Zupełnie i nigdy — odpowiedziała z taką pewnością głosu, że zraniony czy obra-

żony oddał jej lekki ukłon i usunął się na stronę.

W salonie zrobiło się trochę chaosu; ktoś zaproponował przechadzkę po ogrodzie,

Salon

panie wstawały z kanap i fotelów, młodzież z pierwszego hasła korzystając zbiegała ze

wschodów ganku, na którym poważni panowie już przy kartowych stołach do gry zasia-

dali. Pan Benedykt wraz z innymi gotował się do rozpoczęcia winta, ale widocznie bez

zapału i tylko przez grzeczność. Kirło za to tak chciwie na zielone sukno i karty spoglądał, że na chwilę śmiać się i innych śmieszyć przestał. Znać było, że tę rozrywkę namiętniej

jeszcze lubił niż inne.

Pani Emilia wraz z innymi paniami zbliżała się ku drzwiom na ganek prowadzącym.

Przechadzka po ogrodzie, w którym i wiatr powiewał, i słońce jeszcze silnie dogrzewało,

przejmowała ją obawą. Ruchem głowy przywołała Justynę i słabym swym głosem popro-

siła o przyniesienie płaszcza, chustki na głowę, parasolika, rękawiczek… Justyna śpiesznie

zwróciła się ku drzwiom przedpokoju, Różyc poskoczył za nią.

— Pani pozwoli, że ją wyręczę…

Po rozmowie swej z Zygmuntem, blada i zmieszana, słów tych, z doskonałą galanterią

wymówionych, nie usłyszała i nie spostrzegła, że do przedpokoju wbiegł za nią Różyc i ra-

zem z nią zbliżył się do wieszadeł złożonych z rogów łosich i jelenich, na których wprzódy

już przygotowano rzeczy, teraz przez panią Emilię zażądane. Podniosła ramiona dla zdjęcia

płaszcza i na jednej z rąk swoich uczuła dotknięcie jakiejś gładkiej jak atłas ręki. Zarazem Oko, Wzrok

zobaczyła obok siebie zbyt cienką, ale wytworną postać młodego pana, który z pełną

pośpiechu usłużnością, zwoje koronkowej chustki niby rozplątując, ręką swoją ścigał jej

rękę i w twarzy jej zatapiał takie samo spojrzenie jak to, które raz już przed kwadransem

była spotkała. Wyrzekł przy tym po cichu kilka słów, których nie dosłyszała; może szum

w uszach i ogień w głowie uczuła, bo spąsowiała aż po brzegi czarnych włosów. Odwróciła

się prędko i niosąc ozdobny płaszcz pani domu, z krwistym rumieńcem na policzkach

⁷² n e ien

a e

emie am

(anc.) — zawsze się wraca do pierwszej miłości.

Nad Niemnem



i obrazą w oczach do salonu powróciła. Za nią, doskonale nad sobą panujący, szkłami bi-

nokli pobłyskując, z koronkową chustką i parasolikiem w rękach szedł Różyc. Zapewne

w towarzystwie tym zauważono dość wyraźne zajęcie się tego ostatniego ubogą krewną

gospodarstwa, bo kilka osób spojrzało na nią ciekawie i z zadziwieniem, a Klotylda już

na ramieniu męża swego zwieszona, z ironicznym uśmieszkiem na ustach obrzuciła ją od

głowy do stóp jednym z tych spojrzeń, które z namiętnych i wymownych oczu wypadają

jak strzały obelgi. Ale to młode serce, o szczęście swoje strwożone, tylko co jeszcze przyj-

Serce

mować w siebie zaczęło truciznę życia, więc gniew i pogarda ustępowały w nim prędko

przed smutkiem i rozżaleniem. U stóp wschodów gankowych stojąc Klotylda mocno,

mocno tuliła się do boku swego męża i podnosiła ku niemu rozżalone oczy. On na nią

nie patrzał. Oczekując na zejście z ganku matki swej i gospodyni domu, z niecierpliwością

w zaciśniętych wargach, wzrok pełen niespełnionych marzeń topił w gęstwinie ogrodu.

U brzegu ganku gospodyni domu dalszy pochód gości swych zatrzymywała. Płaszczem

Ciało, Nuda

owinięta, z głową koronkami gęsto omotaną, z rozpiętym parasolikiem, mężnie wyszła na

ganek, ale przed wschodami rozdzielającymi go z ogrodem zawahała się i stanęła. Wyraz

cierpienia i zakłopotania twarz jej okrył.

— Doprawdy… — zaczęła — nie będę mogła… nie, nie będę mogła za nic zejść z tych

wschodów.

Nikt się temu nie dziwił; wiedziano powszechnie o sposobie życia, który wiodła, i jej

niezmiernie słabym zdrowiu. Kilku panów z pośpiechem pomoc swą ofiarowało, ale ona

jej nie przyjęła. Bardzo dobrze wiedząc o tym, że wygląda jeszcze młodo i powabnie,

nie chciała okazać się niedołężna. Jednak wschody te były dla niej straszne… Najbliżej

stojącym osobom mówiła, że doświadcza takiego uczucia, jakby przebywając je koniecznie,

koniecznie upaść musiała… Zbliżała się ku nim i odstępowała, wyciągała naprzód śliczną

nóżkę i z lekkimi wykrzykami cofała ją jakby na widok rozwartej paszczęki węża; walczyła

z sobą tak, że aż okryła się rumieńcem wysilenia. Na koniec, z krótkim, nerwowym

śmiechem nie zeszła, ale zbiegła ze wschodów prędko, lekko, z wdziękiem. Powodzenie

to ośmieliło ją znać i ucieszyło, bo pośród kilku kobiet i mężczyzn, którzy ją otoczyli szła dalej aleją ogrodu równym i silnym krokiem, z ożywieniem rozmawiając. Darzecki, który

zza kartowego stołu przypatrywał się tej scenie, ironicznie trochę zauważył:

— Ależ twoja żona, panie Benedykcie, nie jest tak bardzo osłabiona, jak się jej zdaje…

— At! — rozdając karty odrzucił Korczyński — z nudów zasiedziała się i od chodzenia

odwykła… Zresztą, zawsze słabe zdrowie miała!…

W pustym zupełnie salonie Justyna, przed otwartymi drzwiami stojąc, patrzała na

Miłość romantyczna,

Pokusa, Przyjaźń, Siostra

towarzystwo rozsypujące się w różne strony ogrodu, aż odwróciwszy się ku sali jadal-

nej zmierzała. Zaledwie jednak kilka kroków uczyniła, usłyszała za sobą szybkie stąpanie

i z cicha wymówione swe imię. Zygmunt Korczyński szedł za nią, niespokojne spojrzenia

rzucając na fortepian, krzesła i stoły.

— Zapomniałem wziąć swój kapelusz… kapelusza szukam… — ze zmieszaniem i drżą-

cymi usty wyszeptał.

Prędko, zanim usunąć się zdołała, zbliżył się ku niej i rękę jej pochwycił.

— Kuzynko — zaczął — czy nie cofniesz tych słów, które tylko co powiedziałaś?…

Kochanek, Kochanek

romantyczny, Mąż, Żona,

Zupełnie i nigdy! Więc o przeszłości zapomniałaś zupełnie i nigdy niczym dla mnie nie

Dusza

będziesz… nawet przyjaciółką… siostrą? Ależ ja nie mogę…

Osłupiała zrazu, oblana gorącem jego słów i wzroku, prędko jednak i ruchem gwał-

townym rękę swą z dłoni jego wyrwała.

— Czego chcesz ode mnie? — zawołała. — Jakim prawem, za co robisz sobie ze mnie

zabawkę całego swego życia? Dość już… proszę cię, kuzynie… czego chcesz?

Słowa plątały się jej w ustach i głos zamierał w gardle.

— Duszy twojej chcę, Justyno… przyjaźni… ufności…

— Duszy! — zaśmiała się przeciągle i bolesna ironia mignęła jej w oczach. — Czy

myślisz, że jestem takim samym dzieckiem, jakim byłam wtedy, kiedy mnie te wszystkie

twoje piękne… o! takie poetyczne słowa…

Nie dokończyła. Nagle opanowała siebie i postąpiwszy parę kroków naprzód, rękę ku

ogrodowi wyciągnęła.

— Idź, kuzynku, i podaj ramię żonie swojej, która jest ślicznym i zapewne dobrym

dzieckiem, twemu sumieniu powierzonym. Ona cię kocha… a moja dusza…

Nad Niemnem



Od stóp do głowy drżeć zaczęła.

— Moja dusza — dokończyła — nie przyjmie nigdy tego, co ty jej teraz ofiarować

możesz!

Chwiejnym trochę, ale śpiesznym krokiem, jakby nie tylko od niego, lecz i od samej

siebie uciekała, z salonu wyszła.

W sali jadalnej zobaczyła Martę, która nisko schylając się nad stołem i głośno sapiąc,

pogrążona była w układaniu na kryształowych podstawach owoców i konfitur. Stanęła

i patrzała chwilę na szerokie, zgarbione plecy i w tysiąc zmarszczek pogiętą twarz sta-

rej panny. Przybliżyła się prędko i dotknęła ciemnej, kościstej ręki, która z niezmierną

starannością bujnym, czerwonym głogiem warstwę białych porzeczek przyozdabiała.

— A toż co? — głowę podnosząc krzyknęła Marta. — Czego ty chcesz ode mnie?

— łagodniej zapytała.

Drżąca jeszcze i ze łzami w oczach Justyna szepnęła:

— Może pomóc… przynieść… cokolwiek zrobić?

— Ot, jeszcze czego! Wiesz dobrze, że nie lubię, aby kto wtrącał się do moich inte-

resów… Sama sobie zawsze radę daję i teraz dam… Baw się, kiedy ci wesoło…

— Mnie niewesoło… — odpowiedziała.

— A co ja na to poradzę? Melancholiczka jesteś! Do głowy po rozum pójdź, chłopców

bałamuć, to i wesoło będzie…

Mówiła to zwykłym sobie tonem, szorstko i ironicznie, ale zmarszczki jej czoła prze-

rzedziły się trochę, a wzrok ognisty i chmurny nabierał przyjaźniejszego wyrazu. Zdawało

się, że wnet podniesie swą rękę, po której ściekało trochę konfiturowego soku, i ruchem

pieszczoty przesunie ją po rozognionej twarzy stojącej przed nią dziewczyny. Ale w tej

Gospodyni, Kuchnia, Sługa

chwili u końca sali rozległ się przy bufecie brzęk padającego na ziemię i rozbijającego

się szkła wraz z piskliwym wykrzykiem kobiecym. Była to panna służąca pani Emilii,

wystrojona i fertyczna, która tu niby Marcie w zajęciach jej pomagała, ale daleko wię-

cej eleganckim kamerdynerem Różyca niżeli robotą swoją zajęta, jeden z niesionych ku

stołowi przedmiotów z rąk wypuściła.

— Wieczna niedola! — porywając się z miejsca i do bufetu przyskakując krzyknęła

Marta — kryształową karafkę stłukła! Otóż to wasza pomoc! Idź mi stąd zaraz, ygo, i ani

pokazuj się więcej! Ruszajcie stąd wszyscy! Sama wszystko własnymi rękami robić wolę

niż do takich szkód dopuszczać! Od garnituru⁷³ karafka!… Sto lat może garnitur był cały, a teraz, masz!… Wieczna niedola! Uf! Nie mogę!

Zgryziona tak, że aż jej ręce drżały, rozgniewanym, a więcej jeszcze rozżalonym głosem

na służbę krzyczała, dla zebrania szczątków karafki na ziemi przysiadła i zakaszlała się

długim, przeraźliwym, grzmotowym kaszlem.

Justyna bocznymi drzwiami wybiegła z domu i brzegiem warzywnych ogrodów szła w kie-

Natura, Rośliny

runku pola. Wkrótce też znalazła się na ścieżce, kręto biegnącej pomiędzy zbożem i ma-

jącej pozór wąskiego korytarzyka, którego ściany tworzyło żyto wysokie, gęste, jeszcze

zielone, ale już w bujne kłosy wypływające i szafirowymi cętkami bławatków usiane. Było

coś tajemniczego i pociągającego w tej ścieżce utopionej na dnie kłosistego morza, któ-

ra, zaczynając się u stóp zabudowań dworskich, biegła w głąb równiny, biała i twardo

udeptana. Wydłużając się, to skracając, zwracała się ona w różne kierunki; zdawało się

nieraz, że już, już kończy się i urywa, aż za zawrotem albo za zieloną miedzą ukazywała się

znowu, wabiąc i wiodąc — nie wiedzieć dokąd. Nikt widzieć jej nie mógł oprócz tego,

kto nią szedł, a ten, kto nią szedł, nie widział także nic oprócz gęstwiny łodyg i kłosów

dokoła siebie, a nad sobą błękitnej kopuły nieba. Była to niska puszcza, u szczytów swych

samotna i cicha, a w dole wrząca życiem niewidzialnym, które ją napełniało mnóstwem

szelestów, ćwierkań, uwań, brzęczeń, świergotów zlewających się w nieustanny, przy

samej ziemi kipiący szmer.

Justyna wypadkiem znalazła się na tej ścieżce i nie myślała wcale o tym, dokąd ją ona

zawiedzie. Więcej instynktownie niż rozmyślnie uciekała od tego wszystkiego, co ją rani-

Młodość, Sen, Serce

⁷³ a ni

— tu: komplet.

Nad Niemnem



ło, nudziło i poniżało. Od kilku lat cierpiała wiele i coraz więcej… Dlaczego czuła się tak

głęboko i bez ratunku nieszczęśliwa? Jakim sposobem życie jej taki kierunek przybrało?

Dlaczego z gorącego snu pierwszej młodości obudziła się nie tylko samotna i smutna, ale

zarazem obrażona i z nie wyschłą dotąd kroplą goryczy w sercu? W tłumnym nieładzie

Czas , Historia

odłamy przeszłości zbiegały do jej pamięci; szła prędko, ze schyloną głową i myślała, że

kiedy była dzieckiem, już tylko słyszała o tym, że kiedyś ludzie bywali weseli i szczęśliwi,

że im żyć było łatwo; teraz zaś życie stało się próżne uciech, a pełne trudów i przeszkód.

Te przeszkody przełamywano dokoła niej z wyrzekaniami, których treść coraz lepiej ro-

zumiała, i z wysileniami, od których ludzkie ciała chudły i zmarszczkami okrywały się

twarze. Ale jej ojciec czuł się spokojny i szczęśliwy, tak jak i dawniej; nie przełamywał

Ojciec, Artysta, Córka,

Kobieta, Mężczyzna,

nic i żadnych wysileń nie czynił. Wprawdzie ten wychowaniec minionej minuty czasu,

Muzyka

którego przez całą młodość dla pięknej gry na skrzypcach pieściły i wychwalały wszystkie

dostępne mu towarzystwa i za którego rozmarzonymi oczami przepadało wiele kobiet,

nie był zawsze taki, jaki stał się w ostatnich dziesięciu latach, ale posiadał wszystkie zadat-ki tej przyszłej swojej postaci. Justyna pamiętała, jak stopniowo zaokrąglał się i nabierał

pulchności rąk i policzków, smutnym albo zagniewanym nie widziała go nigdy. Jaki-

mikolwiek były otaczające go okoliczności, cokolwiek jego albo bliskich mu spotykało,

zachowywał on zawsze wraz z niezmąconą pogodą, dziecięcą prawie łagodność. Unosił się

i płonął wtedy tylko, kiedy grał. Grał ciągle, z przerwami przez nieuchronne konieczno-

ści sprowadzonymi. Można by myśleć, że ukochana sztuka zużywała wszystkie jego siły

i zaspokajała pragnienia. Tak przecież nie było. Miał drugą jeszcze namiętność. Pod zło-

tawym, a potem już siwiejącym wąsem zawsze purpurowe, zmysłowe jego usta układały

się w wyraz lubości, ilekroć zobaczył jakąkolwiek ładną twarzyczkę lub zgrabną kibić nie-

wieścią. Można było nawet uczynić to spostrzeżenie, że obie jego namiętności podsycały

się wzajemnie. Im dłużej grał, tym posuwiściej i z większym rozmarzeniem przybliżał

się do przedmiotu miłosnych swych wzruszeń, im silniejsze i bardziej przez przeciwności

rozdrażniane były te wzruszenia, tym więcej i zapamiętalej grał. Wiele wspomnień męt-

Mąż, Żona, Podróż, Zdrada,

nych i urywanych, ale o których teraz jeszcze z podniesionymi powiekami myśleć nie

Miłość romantyczna

mogła, pozostało Justynie z czasu tego, kiedy jej matka często i gorzko płakała, a o jej

ojcu domowi z cichym śmiechem wiele pomiędzy sobą szeptali. Wtedy jeszcze dziwiła

się nie rozumiejąc, ale niebawem zrozumieć musiała. Dokładnie, plastycznie, dziś jeszcze

wyobrazić sobie mogła tę kobietę, chudą i zwinną, z włosami jak krucze pióra czarnymi

i ognistymi oczami, czasem gadatliwą i zalotną, częściej ponurą… Była to jej nauczycielka

Francuzka… Uczyła ją krótko i prędko dom opuściła, a prawie jednocześnie w podróż,

która długo trwać miała, wyjechał i Orzelski. Zabrał z sobą swoje skrzypce. Nie tylko

skrzypce — bo przed wyjazdem zaciągnął dług nowy i znaczny. Czy nieobecność ojca

trwała kilka miesięcy lub cały rok, Justyna nie pamiętała, ale o jej przyczynie wtedy już

wiedziała dokładnie i jasno, bo w przeraźliwym rozstroju domowym i majątkowym nikt

jej przed nią bardzo nie ukrywał. W zamian pamiętny był dla niej dzień, w którym pośród

krzyczącej, znieważającej albo żałośnie wyrzekającej gromady kredytorów siadała z matką

do powozu. Pojechały do Korczyna. Z pamięci Justyny nigdy nie wyszła rozmowa mat-

ki jej z Benedyktem Korczyńskim, w której kobieta od dawna już na siłach upadająca,

a teraz śmiertelnie zagrożona, błagała krewnego o zaopiekowanie się jej córką w razie jej

rychłej zapewne śmierci. Zwątlała i bezsilna, drżała na całym ciele, ręce wychudłe i jak

wosk żółte załamując, a twarz jak opłatek przezroczystą strumieniami łez oblewając. Pan

Benedykt mówił niewiele, końce długiego wąsa do ust wkładał i przygryzał, ponuro przed

siebie patrzał, aż na koniec chylące się przed nim czoło krewnej ucałował i ku niemu wy-

ciągnięte, biedne, żółte ręce mocno uścisnął. Kiedy powróciły do domu, na dziedzińcu

już usłyszały tony skrzypiec. Pan tego domu powrócił, nie na długo. Wkrótce wiadomo-

ścią o śmierci swej krewnej przywołany, pan Benedykt przyjechał, z mnóstwem trudów

interesy majątkowe Orzelskiego uregulował, małą sumkę z ogólnego rozbicia uratował

i owdowiałego ojca wraz z czternastoletnią córką do Korczyna zabrał. Orzelski okazywał

się przez ten układ rzeczy zupełnie uszczęśliwiony. Po swej ostatniej romantycznej przy-

godzie postarzał się znacznie, więcej tyć zaczął i dla płci pięknej zobojętniał. Nie pozbył

się przeto wszelkich przyjemności życia. Kuchnia korczyńska dzięki Marcie była wcale

dobra, a dnie całe zostawały wolne, zupełnie wolne od wszystkiego, co przedtem ciąży-

Nad Niemnem



ło niekiedy na nich. Mógł je bez żadnej już przeszkody i odpowiedzialności poświęcać

muzyce.

Teraz przed pamięcią Justyny powstała kobieta z majestatyczną postawą, z głową wy-

Mąż, Śmierć bohaterska,

niośle podniesioną i skromnie spuszczonymi powiekami, w wiecznie czarnym, wdowim

Wdowa, Żona

ubraniu. Była to po panu Benedykcie druga jej dobrodziejka. Zobaczywszy dziewczyn-

kę, która jeszcze nosiła żałobę po matce, przyciągnęła ją ku sobie i serdecznie ucałowała.

Zawsze smutne jej oczy napełniły się litością. Do obecnego pana Benedykta rzekła, że

krewna Korczyńskich nie może być dla niej obca, że obowiązek wychowania jej na jed-

nym tylko z braci ciążyć nie powinien, że ona, w imię Andrzeja, prosi o danie jej w nim

udziału. Gdy wymawiała imię zginionego męża, chłodne zawsze jej usta drżały.

— Ty wiesz, bracie — dokończyła — jak niezachwianie chowam w mym sercu mi-

łość i wierność dla tego bohatera mego. Niewidzialny cielesnym oczom, jest on zawsze

duchowi memu obecny. Często rozmawiam z nim w ciszy nocnej i błagam Boga, aby

pozwolił mu słuchać słów moich; kto wie, może prośba moja wysłuchana bywa! Dziś mu

powiem, że w rodzinie jego jest biedna sierota, której losem, wspólnie z tobą zajmę się

w jego zastępstwie.

Zajęła się, nawet szczerze i starannie. Na spółkę z panem Benedyktem opłacała na-

uczycielki Justyny, sprawiała jej coraz nowe i ładne suknie, sprowadzała dla niej książki

i nuty. Czasem dorosłą już dziewczynkę na tygodnie i miesiące zabierała do swoich nie-

gdyś pięknych i obszernych, a dziś znacznie zmalałych i powoli w ruinę upadających

Osowiec.

Tu umysł Justyny napełnił się mnóstwem obrazów, składających główny moment

Miłość, Młodość

dotychczasowego jej życia. Młody chłopak, o sześć lat od niej starszy, w domu przy dro-

go opłacanych nauczycielach chowany i przez matkę starannie od wszelkich powszednich

zajęć i zjawisk życia uchylany, wypieszczony, delikatny, z przepowiadaną mu przez wszyst-

kich otaczających słoneczną przyszłością genialnego artysty… Z tym na wpół wykwint-

nym paniczem, a na wpół rozegzaltowanym artystą, łączyły się dla Justyny wspomnienia

tych wszystkich wydarzeń i wzruszeń, które zazwyczaj stanowią wątek miłości świeżej,

szczerej, lata trwającej i obustronnie uczuwanej. Były tam ranki majowe i księżycowe

List, Pocałunek

wieczory, długie przechadzki, ciche rozmowy, wspólne czytania poetycznych i wznio-

słych utworów, płacze pożegnań, kiedy on dla kształcenia talentu swego odjeżdżał w da-

lekie kraje, rozłączenia napełnione palącą tęsknotą i kojącymi ją nadziejami, listy wysy-

łane i otrzymywane, namiętne radości powitań, przyrzeczenia, przysięgi, plany wspólnej

przyszłości, upojenia, po których dniami i tygodniami czuła na swych ustach ogień i sło-

dycz jego pocałunków. Dziś jeszcze o tym wszystkim wspominając, stanęła śród ścieżki

Małżeństwo, Pozycja

społeczna, Matka, Syn

i w dłoniach ukryła twarz, do której dawna, silna i jedyna jej dotąd miłość uderzyła fa-

lą wzburzonej krwi. Prędko przecież pobladła, z gniewem w oczach wyprostowała się

i szła dalej. Jakże skończył się ten poemat? O, bardzo prozaicznie! Wprawdzie bohater

poematu wymówił głośno wyraz: „Małżeństwo!” i nawet przez całe dwa miesiące, zrazu

energicznie i uparcie, a potem coraz słabiej go powtarzał. W tych dwóch miesiącach Ju-

styna pamiętała każdy dzień i prawie każde do niej i o niej wymówione słowo. Myślała

wtedy, że idzie o jej życie, więc wzrokiem i słuchem, które stały się nagle bardzo prze-

nikliwymi, badała wszystko, co działo się wkoło niej. Wiedziała też o wszystkim. Wkoło

niej wrzało. Pani Andrzejowej ubyło coś z jej majestatycznej postawy, tak czuła się zroz-

paczona postanowieniem syna. Mogła ona z wielką dobrocią i hojnością wychowywać

ubogą sierotę, związkiem krwi połączoną z człowiekiem, którego w miarę upływające-

go czasu coraz więcej, jak utraconego kochanka i świętego męczennika, kochała i czciła.

Ale kiedy potem tę nawet lubioną przez siebie dziewczynę przymierzała z synem swoim,

znalazła ją tak malutką i położeniem w świecie, i wychowaniem, i urodą, i rozumem,

że po prostu pojąć nie mogła takiego związku. O majątek mniej dbała, chociaż i pod

tym względem, pomimo rzetelnego oderwania się od materialnych spraw świata i bardzo

małego rozumienia majątkowych interesów, czuła, że upadające Osowce potrzebowały

wzmocnienia i podpór. Ale przede wszystkim pragnęła dla syna kobiety wysoko urodzo-

nej, z rozległymi koligacjami, z wychowaniem świetnym, jakiejś na koniec muzy, która

by niewątpliwemu dla niej geniuszowi jego dopomagała do wzrostu i lotu. Wszystko to,

bez gniewu i uniesienia, bo z krewną Andrzeja źle obejść się nie mogła, owszem, smutnie,

ale też i dumnie wypowiedziała Justynie.

Nad Niemnem



Daleko mniej powściągliwa była ciotka Zygmunta, kobieta bardzo żywa i wysoko

ceniąca bogactwo.

— Powinnaś była wiedzieć, moja Justynko — mawiała — że tacy ludzie jak Zygmunt

z takimi jak ty dziewczętami romansują często, ale nie żenią się prawie nigdy!

Na głowę pana Benedykta posypały się gromy. Pani Andrzejowa co parę dni wzywała

go do Osowiec; Darzecka przyjeżdżała sama i z szelestem jedwabnych sukien, wzburzona,

głośno swe gniewy i niechęci wyrażająca, wpadała do gabinetu brata. Wdał się też w sprawę

i sam arystokratycznie wyglądający Darzecki, monotonną i płynną mową swą bratu żony

oświadczając, że wcale nie zgadza się z jego chęciami i gustami, aby tak bliski mu przez

żonę krewny żenił się — nie wiedzieć z kim… Pan Benedykt wpadał w gniewy tak głośne,

że w całym domu go słyszano, gdy zapytywał: „Czy ma dziewczynę utopić albo zastrzelić?”

Na koniec zażądał rozmówić się o tej sprawie z Zygmuntem. Rozmówił się i na zakończenie

z chmurną żartobliwością rzekł:

— Wiesz co, gagatku? jedź sobie znowu za granicę i ucz się malować… Osowce

wprawdzie zrujnują się do reszty, ale tobie samemu serce pewno nie pęknie, bo… bo

prawdę mówiąc, sam nie wiesz, czego chcesz!

Wyjechał — a po dwóch latach spędzonych w ogniskach sztuk pięknych, przeważnie

Duma, Miłość, Serce,

Wzrok

w Monachium, wrócił żonaty.

Całe to zajście było dla Justyny ciosem zrazu, który wtrącił ją w rozpacz, a potem

policzkiem, pod którym uczuła, że jest dumna i że godność ludzka okrutniej jeszcze

zraniona w niej została niżeli miłość. Było ono także ostrą strzałą, która serce jej prze-

szywając, otworzyła zarazem jej oczy. Spostrzegła i zrozumiała wiele rzeczy umykających

dotąd wzrokowi jej i rozwadze. Zrozumiała przede wszystkim położenie własne i dla swej

marnej teraźniejszości wzgardą zdjęta, zlękła się przyszłości… Dotąd miłość, uciechy jej,

cierpienia i marzenia pożerały jej czas i do syta karmiły myśli i serce. Gdy tego pokar-

mu zabrakło, spostrzegła i uczuła, że nie posiada żadnego innego dla nasycenia ciężko

wlokących się godzin i dni; że w niej i dokoła niej nie ma nic takiego, na czym by mo-

gła zawiesić kotwicę nadziei jakiejkolwiek, choćby z pospolitego metalu ukutej. Czasem,

gdy zamykała oczy i myślała o tym, co z nią jest i być może, zdawało się jej, że patrzy

w jakąś bezmierną pustkę, po której niby widma strapione i wątlejące błąkały się mło-

de siły jej ciała i ducha… Teraz człowiek ten chce znowu w tej pustce rozpalić płomień,

który już raz tak srodze opalił jej skrzydła. Przed kilkunastu zaledwie minutami do głębi

istoty swej czuła się wzruszona samym tylko dźwiękiem jego głosu. Była już zapomniała,

a teraz… czyż znowu… czyż znowu? Sto głosów zdawało się w niej wołać: Nie! A jednak

w nudzie i bezcelowości życia swego może kiedy… może… Nie była dzieckiem, miała lat

dwadzieścia cztery i kiedyś bardzo kochała — wiedziała, czuła, czym bywa i jakie prze-

moce wywiera szał krwi i serca… Przerażenie dreszczem po ciele jej przebiegło. Zarazem

czoło jej zapaliło się wstydem. Przypomniała sobie spojrzenia i zaczepki tego drugiego,

wykwintnego pana, z wychudłym ciałem, chorobliwie drgającym czołem i atłasową rę-

ką, która tak bardzo znacząco szukała i dotknęła jej ręki. Cóż to było? Podobała mu się?

Widziała to aż nadto, ale czyliż także z doświadczenia nie wiedziała, że „tacy ludzie jak on

z takimi jak ona dziewczętami romansują często, ale nie żenią się prawie nigdy”. Kimże

więc była? Jakie było jej miejsce i znaczenie pośród tych, z którymi upływało jej życie?

O! Naturalnie, powiedziano jej to kiedyś i sama to przyznawała — była ona nie wiedzieć

kim!

Obu dłońmi schwyciła się za rozpaloną głowę, w gardle uczuła dławienie żalu, a na

Drzewo, Natura

podniebieniu palącą gorycz upokorzonej dumy. Jednak uspokajała się powoli. Z szero-

kiej przestrzeni przylatywały świeże powiewy i łaskawie muskały jej włosy i szyję. Zza

łez widziała wpatrzone w nią litościwie szafirowe oczy bławatków i kłosy zielone, pra-

wie nieruchome, po których przecież cicho płynął kojący szmer. Przed sobą, o kroków

kilkanaście, zobaczyła wznoszącą się nad zbożem, rozłożystą i całą w słońcu stojącą gru-

szę polną; pień, gałęzie i wszystkie liście tego drzewa były złote. Oglądała się dokoła, na

wzburzoną twarz jej spływał wyraz ulgi. Widać było, że powoli o sobie i troskach swoich

myśleć przestawała. Pochyliła się i rozchyliwszy gęste łodygi zboża, z zajęciem popatrza-

ła na fioletowe lady i rohule, gęstymi splotami obejmujące łodygi żyta. Gdy podnosiła

głowę, jeden z kłosów szorstko przesunął się po jej twarzy; wzięła go w rękę i ostroż-

nie obejrzała napełniające go młode ziarna. Liliowy motyl wzbił się jej spod stóp i kręto

Nad Niemnem



wyleciał nad zboże; ścigała go wzrokiem, póki nie zniknął. Była już teraz o parę tylko

Ptak

kroków od gruszy polnej i ogłuszył ją krzyk drobnych ptaków, których ilość nieprzeli-

czona skakała, uwała, kołysała się pośród złotych liści. W tej samej chwili, za zbożem,

niedaleko, rozległ się głos ludzki. Był to silny i czysty głos męski, który zawołał:

— Hej, kasztan, hej, hej!

A w minutę potem po raz drugi:

— Wolniej, gniada, wolniej!

W wołaniu tym, rozchodzącym się po ciszy polnej, nie było nic smutnego; owszem,

brzmiało ono raźnie i ochoczo. Wnet potem rozległo się gwizdanie, w którym wyraźnie

rozpoznać można było nutę piosenki zaczynającej się od słów:

Przy drodze, przy drodze jawor rozkwitnąwszy

Gdzie pojedziesz, mój Jasieńku, konia osiodławszy?

Jaworu tam nie było, ale u stóp gruszy polnej urywał się wąski korytarzyk i w prostej,

długo ze stron obu wyciągniętej linii wysokie żyto stawało nad płachtą nagiej, ciemnej,

świeżo zoranej ziemi. Justyna wyszła ze zbożowej puszczy i pod gruszą stanęła. Z jednej

strony w znacznej odległości widać było długą i szaro stąd wyglądającą wieś, z drugiej

dość blisko stały wzgórza porosłe drzewami; naprzeciw, jak okiem sięgnąć, niski owies

i groch biało kwitnący okrywały ziemię. Ta sama ścieżka, którą Justyna zaszła aż w głąb

równiny, przerwana płachtą zoranej roli, uparcie odradzała się wraz za nią i białym paskiem

przerzynając puszystą zieloność grochu, znowu w owsie przepadała.

Od jednego ze wzgórz ku gruszy polnej posuwał się pług, ciągnięty przez parę koni,

z których jeden był kasztanowaty, z konopiastą grzywą, drugi — gniady, z białą nogą

i białą łatą na czole. Za pługiem, z rękami opartymi na wysoko sterczących

a

pługu, szedł wysoki i zgrabny człowiek, w białym płóciennym surducie, długim do ko-

lan obuwiu i małej czapce, która skórzanym daszkiem osłaniając mu czoło, nie zasłaniała

z tyłu głowy jasnozłocistych włosów. Szedł prosto, równym krokiem bez żadnego wi-

docznego wysilenia; lejce z grubego sznura mocno z sobą połączone i wzdłuż boków

końskich wyprężone, poniżej ramion opasywały mu plecy. Idąc wygwizdywał trzecią już

strofę piosnki:

Rybacy, rybacy, sieci zarzucajcie,

Nadobnego Jasia na brzeg wyciągajcie.

Pług posuwał się dość prędko; lemiesz⁷⁴ głęboko pogrążał się w rolę, po żelaznej, błyszczącej policy⁷⁵ nieustannie przepływały strumienie ciemnej, w miałki piasek rozsypującej się ziemi. Niewielkie konie z połyskującą sierścią szły równo i raźnie, a w niejakiej od nich odległości kilka wron, zdając się zaglądać im w oczy, tu i ówdzie skakało albo

poważnie i ze spuszczonymi dziobami siadało na grudach.

Nagle oracz gwizdać przestał i o kilka kroków spostrzec już można było, że uczuł się

zdziwiony. Prędkim ruchem czapkę zdjął z głowy, konie zatrzymał i na kobietę, która

tak niespodzianie dla niego wyszła spomiędzy gęstego zboża, patrzał ze zmieszaniem na

twarzy i w postawie. Usta mu otworzyły się i pod złotawym wąsem ukazały śnieżne zęby.

Uśmiechnął się, twarz odwrócił, zawahał się, chrząknął, na koniec, bojąc się znać zbyt

głośno przemówić, prawie po cichu przemówił:

— Czy panienka potrzebuje czego? Może drogę dokąd pokazać lub robotnikom pana

Korczyńskiego coś powiedzieć? oni tam za górką…

Odjął ręce od pługa, do odejścia gotów. Justyna postąpiła parę kroków po wąskim,

zielonym pasie, rozdzielającym ścianę żyta z płachtą zoranej ziemi.

— Dziękuję — odpowiedziała — wyszłam na przechadzkę i sama nie wiem, jakim

sposobem aż tutaj zaszłam…

Ruchem głowy wskazał na białą ścieżkę spośród żyta wyglądającą.

⁷⁴ emie — metalowa część pługa, zagłębiająca się w ziemię podczas orki.

⁷⁵

i a — odkładnica; część pługa odkładająca skiby podcięte przez lemiesz.

Nad Niemnem



— Ta ścieżka przyprowadziła — zauważył. — Ale to nic — dodał — że panienka tak

daleko od dworu zaszła. Można wrócić krótszą drogą, tamtędy… między owsem trzeba iść

i wyjdzie się na wprost okolicy, a stamtąd to już do dworu krótka droga.

Mówił teraz głośniej już, prędko i z widocznym pragnieniem okazania się grzecznym

i usłużnym. Wyciągniętym ramieniem wskazywał owies, przerzynającą go zieloną drogę

i szarzejącą u jej końca okolicę. Justyna patrzała na żywe jego ruchy, którym kształtność

ciała nadawała szczególną zręczność i giętkość; nie mogła też nie spostrzec, że z błękitnych, roziskrzonych oczu, zza zmieszania i zawstydzenia, wybuchała mu tajemna, lecz nie dająca

utaić się radość.

— Pan Jan Bohatyrowicz? — trochę nieśmiało zapytała.

Odkryte i od reszty twarzy bielsze jego czoło zaszło rumieńcem, z rumianych i ogo-

rzałych policzków ledwie krew nie wytrysnęła.

— A jakże! — odpowiedział i palcami dotykając rączek pługa, ze spuszczonymi oczami

zapytał: — Skąd panienka wie, kto ja jestem?

— Widuję pana czasem… ciotka Marta mówiła mi o ojcu i stryju pana…

Znów twarz na chwilę odwrócił i chrząknął, ale śmielej już odpowiedział:

— Pewno o stryju Anzelmie, bo on kiedyś dobrze znał pannę Martę…

Urwał i po krótkim milczeniu, zdobywając się widocznie na nową śmiałość, dodał

jeszcze:

— I ja też kiedyś w Korczynie bywałem… ociec mnie tam brał z sobą… ale już potem

nigdy nie byłem. Czego chodzić, kiedy żadnej przyczyny nie ma?

I jakby mu nagle przyszła na pamięć jakaś obraza czy niechęć, głowę podniósł tro-

chę butnie, brwi zmarszczył, ręce na rączkach pługa położył i zawołał na konie, aby szły

naprzód. Lejce tylko, które mu plecy opasywały, ściągnął i parę razy do koni przemówił:

— Wolniej, kasztan! Wolniej, gniada, wolniej!

Pług posunął się znowu, tylko daleko powolniej niż wprzódy, i znowu lemiesz głębo-

ko rył się w pulchną rolę, a po błyszczącej policy spływały strumienie ciemnej, miałkiej

ziemi. Justyna wąskim brzegiem żytniego łanu szła obok pługa, z niejakim zdziwieniem

na zachmurzoną nagle twarz towarzysza patrząc. Po chwili, wskazując rolę, zapytała:

— Po koniczynie?

— A jakże — odpowiedział.

— Pod pszenicę?

Rzucił na nią szybkie spojrzenie, w którym błysnęło trochę niedowierzania i obawy.

Pomyślał może, że ona chce z niego żartować.

— Panienka niby to zna się na gospodarstwie?

Zmieszała się z kolei. Istotnie bardzo mało posiadała wiadomości o tej ziemi, po której

stąpała i której zjawiska, obrazy i plony budziły w niej często ciekawość i zachwycenie.

To i owo z rozmów toczonych dokoła niej zapamiętała, ale z bliska pracom rolniczym

nie przypatrywała się nigdy. W tej chwili dziwiła ją pozorna przynajmniej łatwość, z jaką

Chłop

młody rolnik pracę swoją spełniał. Wyobrażała sobie, że orać jest bardzo ciężko.

— Wszelako bywa — odpowiedział. — Bywa, że ciężko, bywa, że letko. Po pierwsze,

to od gruntu zależy, a po wtóre, od uzwyczajenia i od siły. Do tego i pługi teraz insze jak

dawniej. Dla mnie mórg zaorać to tak, jak prawie na spacer pójść.

Przy ostatnich wyrazach głową rzucił raźnie, w górę spojrzał i znowu w uśmiechu, ale

tym razem jakby triumfującym, białe zęby mu pod złotawym wąsem błysnęły. Widocznie

w poczuciu siły własnej i uzdatnienia do tej pracy, którą przez całe życie spełniał, uczuł się dumny i wesoły. W ogóle w postawie, mowie i całym obejściu się jego dziwnie mieszały

się z sobą i ruchliwie jedna przed drugą ustępowały: dzika nieśmiałość i harda butność,

kobieca prawie wstydliwość i męska dojrzała siła. Znać w nim też było wielką żywość

i mówność, powściągane przez chęć okazywania się grzecznym i przystojnym⁷⁶. W tej chwili przecież żywość i mówność wzięły górę nad nieśmiałością. Coś u pługa poprawiwszy

wyprostował się, na konie, które były stanęły, cmoknął i z promieniejącą twarzą zawołał:

— Prędzej bym śmierci spodziewał się w tym momencie niż panienkę śród pola

zobaczyć. Wszyscy mówili, że dziś we dworze bal…

⁷⁶

n — tu: przyzwoity, zachowujący się jak przystoi; układny, delikatny.

Nad Niemnem



— Niewesoło mi było na tym balu i wolałam iść w pole — żywo też i zupełnie mimo

woli odpowiedziała Justyna.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Dłużej i śmielej niż dotąd popatrzył na nią.

— Ja to już dawno wiem — ciszej znowu odpowiedział — że panience nie zawsze

tam bywa wesoło. Ludziom gąb nie zatknąć, a i twarz człowieka wygada czasem, co się

w sercu kryje. Jaż panienkę, choć z daleka, a często widuję…

Wstrzymał się. Głos jego, ten silny głos, który na całą okolicę rzucał dźwięki rozgło-

śnych pieśni, zmącił się i urwał. Po chwili dopiero dokończył:

— Może panienka gniewa się na mnie, że tak śmiele powiedziałem?…

I niespokojnie, głowę pochylając, spojrzał w twarz idącej obok niego kobiety. Zaru-

mieniona była, ale nie rozgniewana; owszem, spod spuszczonych powiek wzrok jej pod-

niósł się na niego ciekawie i przyjaźnie. Znowu okrągłe i rumiane jego policzki w ogniu

stanęły. Odwrócił twarz, zawahał się, chrząknął i dokończył:

— Panienka i wiedzieć o tym nie może, że ja na panienkę czasem patrzę i różne myśli

Ptak, Słońce, Wolność

przychodzą mnie do głowy. Słonko małego ptaszka nie widzi, jednakowoż on śpiewać

zaczyna, kiedy ono wzejdzie, i nikt jemu tego zabronić nie może, bo choć on w niskim

krzaku mieszka, ale swoje śpiewanie i swoją wolność ma!

Znowu, pomimo woli może, podniósł głowę, oczy błysnęły mu dumą czy zapałem

i u końca wyoranej bruzdy pług zatrzymując, raźnie zawołał:

— Co tam! Ja panience powiem, że nie trzeba nadmiar troskać się i smęcić. Są na

Praca, Umiarkowanie

świecie złe ludzie, są i dobre. Podczas smętno bywa, a podczas może być i wesoło. Naj-

gorsza to jest rzecz, kiedy człowiek nic nie robi, a tylko o swoich biedach myśli!…

— To prawda — uśmiechnęła się Justyna — ale jeżeli kto na świecie nic do robienia

nie ma?…

— To nie może być… — zaczął i nie mógł dokończyć, bo z niejaką trudnością zawracał

pług, aby poprzeczną bruzdą odgraniczyć zaoraną rolę od kwitnącego grochu. Jakkolwiek

utrzymywał, że wyoranie morga ziemi było dla niego tym samym prawie, co przechadzka,

jednak, zatrzymując pług u początku drogi owies przerzynającej, ocierał sobie pot, który

bujną rosą wystąpił mu na czoło.

Justyna pogładziła konopiastą, gęstą i wypieszczoną grzywę kasztanka.

— Ładne i zgrabne koniki — zauważyła.

— Silne i bardzo głaskliwe — widocznie pochwałą jej uradowany odpowiedział —

głos mój znają, do ręki idą… Wszelakie zwierzę — dodał — ugłaskać można, byle jemu

lubienie i dobre staranie okazać. Dla mnie zaś nic w gospodarstwie nie ma nad konie.

Tak już widać przywodziłem się do ojca, bo nieboszczyk ociec za końmi aż przepadał…

Przewrócił pług w ten sposób, aby bokiem sunąć się mógł po ziemi, lejce zdjął z ple-

ców i cmoknął na konie, które weszły na nieszeroką, trawą i dzikimi kwiatami porosłą

drogę.

— Czy pan ojca swego pamięta? — zapytała Justyna.

— Dlaczego nie? Czasu śmierci jego siedem lat miałem i do nikogo, zdaje się, tak

jak do niego, przywiązany nie byłem…

— A matka żyje?

— Żyje, chwała Bogu, ale ja z nią tak jak prawie nigdy nie byłem…

Mówił teraz żywo i prędko, coraz więcej pozbywając się nieśmiałości. Można by nawet

myśleć, że zapytania Justyny sprawiały mu radość, jakąś głęboką radość, która wilgotną

mgłą przyćmiła na chwilę roziskrzony blask jego oczu.

— Prawdę powiedziawszy — dodał — to stryj Anzelm był dla mnie i ojcem, i mat-

ką; ale kiedyściś zachorował i kilka lat nie tylko co, ale z łóżka podźwignąć się nie mógł.

Wtenczas na mnie wszystko spadło: i gospodarstwu, i choremu stryju, i małej siestrze,

i samemu sobie rady dawać musiałem, sam tak jak prawie dzieckiem jeszcze będąc. Naja-

dłem się też w czasie niemało biedy, a w czasie i ludzie niemało mnie nakrzywdzili…

Machnął ręką i znowu brwi trochę zmarszczył, ale zaraz z powracającą wesołością

dokończył:

— Teraz za to wszystko u nas odmieniło się na dobre, i tyle tylko mojej biedy, co jej

we własnych żądaniach wynajdę.

— Jakież to żądania? — z żartobliwym uśmiechem zapytała Justyna.

On zmieszał się znowu, odwrócił twarz, chrząknął i po chwili dopiero odpowiedział:

Nad Niemnem



— Różne u człowieka bywają żądania: podczas i takie, co nigdy spełnić się nie mogą.

Już, zdaje się, i wygnasz je z serca, i zapomnisz, a smętek i tęsknota, wszystko jedno, po

nich ostają…

Spojrzał w górę i zamyślił się, ale w tej chwili w owsie zaszumiało i o kilka kroków

przed końmi ukazała się na wąskiej miedzy, dość szczególnie wyglądająca kobieta. Była to

dziewczyna dwudziestoletnia, wysoka, z potężnymi rozmiarami ciała i twarzą tryskającą

świeżością i zdrowiem. Kasztanowate włosy, słońcem przeniknięte, jeżyły się dokoła jej

głowy jak złota gęstwina; gruby, plątany warkocz opadał na szerokie plecy, okryte ja-

skraworóżowym kaanem. W dużej płachcie, przymocowanej do pasa, niosła mnóstwo

polnego ziela, szła wyprostowana, szerokim i silnym krokiem, a spod kraciastej samo-

działowej spódnicy wyżej niż do kostek ukazywały się jej duże, bose nogi. Z dala już widać

było bławatkowy szafir jej oczu, które pod brwiami kasztanowatymi zaświeciły, rozbłysły

i w twarzy Jana jak w tęczy utkwiły. Kiwnęła ku niemu głową i obojętnym spojrzeniem

powiódłszy po Justynie, z szerokim uśmiechem pąsowych warg zawołała:

— Pan Jan widać czasu ma dużo, kiedy sobie tak pomału idzie!

Uchylił trochę czapki.

— A panna Jadwiga co takiego w fartuszku niesie?

— Ziele dla krów! Czy to pan Jan nie poznał? Widać, że na słońce spojrzał, to w oczach

pociemniało!

— Może panna Jadwiga i zgadła! — z cichym śmiechem odpowiedział.

Teraz ogromna dziewczyna z szafirowymi oczami i szeroko śmiejącymi się usty drogę

mu zajść musiała i przechodząc raz jeszcze z bliska spojrzała na niego. Uśmiech jej zmącił

się i zniknął, głowę trochę pochyliła i wymówiła prędko:

— Dlaczego to pan Jan niełaskaw nigdy nas nawiedzieć? Zdaje się, że nie na końcu

świata żyjem. Już i dziadunio o panu wspominał…

Nie zatrzymując się ani na sekundę, pług i konie wyminęła i przodem poszła, a gdy

z wielkim swym fartuchem, pełnym zieleni, z bogato rozwiniętymi kształtami ciała i jeżącą

się nad głową złotą gęstwiną włosów szła prosto i prędko, można by ją było porównać do

ogromnej, silnej i w sile swojej ponętnej Cerery⁷⁷.

— Kto to? — zapytała Justyna.

— To jest panna Domuntówna, najbogatsza w okolicy aktorka…

Justyna szeroko oczy ze zdumienia otworzyła. Jan uśmiechnął się.

— Państwo nie rozumieją naszych nazwań — objaśnił. — Aktorka, czyli sukcesorka…

to jest… dziedziczka… Dziadunio panny Domuntówny, Jakub Bohatyrowicz, miał tylko

jedną córkę, którą wydał za Domunta. Córka i zięć prędko pomarli i tę jedną wnuczkę

jemu zostawili. Całe tedy gospodarstwo, wcale piękne, na nią spadnie, a o starym gadają,

że i pieniądze jeszcze ma…

Justyna uśmiechnęła się. Spostrzegła była rozkochane spojrzenie, jakie Domuntówna

przez mgnienie oka zatopiła w twarzy Jana.

— Piękna panna! — ścigając wzrokiem oddalającą się, zauważyła.

— Co do piękności, to bynajmniej! — z widocznym niezadowoleniem odpowiedział

— owszem, zdaje się, że nadmiar wielka i gruba! Ale — poprawił się spiesznie — praco-

wita i z dobrym sercem, to prawda! Czy panienka uwierzy, że gospodarstwo u niej idzie

nie gorzej jak u jakiego mężczyzny?… I wszystko ona robić zdoła, taka silna… Przeszłego

lata o najemników trudno było, to, aż śmiech powiedzieć, sama z parobkiem kosiła i ora-

ła… Wtedy mnie stryj powiedział, żebym jej pomagał, bo starego Jakuba bardzo szanuje

i do tego głowę sobie nabił…

Zamilkł, widocznie czegoś nie dopowiadając; zmieszał się znowu, chrząknął i prędko

zagadał:

— Ten Jakub to może już prawie dziewięćdziesiąt lat ma… Francuzów pamięta⁷⁸,

a więcej jak pięćdziesiąt lat temu z dziadem pana Benedykta Korczyńskiego na wojnę

chodził. Po wojnie ożenił się, już w późnym wieku, i doświadczył wielkiego nieszczęścia.

Żonka go porzuciła, a on to sobie tak wziął do serca, że od tego czasu troszkę zwariował.

⁷⁷Cerera — w mit. rzym. bogini urodzaju, patronka uprawy roli.

⁷⁸ an

ami a

— tj. pamięta przemarsz wojsk . ciągnących pod wodzą cesarza Napoleona przez

ziemie polskie na wyprawę na Rosję w czerwcu  r. ( czerwca Wielka Armia przekroczyła Niemen).

Nad Niemnem



Nie to, żeby całkowicie wariatem był, ale troszkę… Jadwiśka pięknie staruszka dopatruje,

lubi jego i pieści jak małe dziecko…

Czuć było, że zbliżali się do wsi dużej i ludnej. Głosy ludzi i zwierząt coraz wyraźniej

dawały się słyszeć. U brzegu kończącego się owsa trzej chłopcy, bosi i w białych z grubego

płótna ubraniach, z niewielkiej przestrzeni pola zbierali koniczynę. Jeden, barczysty, tęgi

i rudowłosy, kosił, a dwaj, młodzi, niedorośli, grabili i zgarniali ściętą trawę w małe kopice.

Jan uśmiechnął się, otworzył usta dla powiedzenia czegoś i powściągnął się, na koniec,

nie mogąc znać powstrzymać się zupełnie, do kosarza, którego kosa pobrzękiwała i na

słońcu pobłyskiwała, zawołał:

— Adaś! A spóźniliście się z koniczyną, aż wstyd patrzeć! Będzie wam za to od ojca!…

Zaczepiony, nie odwracając się, z gniewem odkrzyknął:

— Ciągnij się za swój nos, a o cudzy nie dbaj!

Jeden z młodszych chłopców grabiami rześko ziemię drapiąc, cienkim głosem zawołał:

— E! Ociec dziś na nas i nie patrzy! Z miasta tylko co powrócił i o procesie gada!

— Ja po swojej koniczynie już dziś i zaorałem! — filuternie sprzeciwił się jeszcze Jan.

— Wiadomo! Żebyś ty czego lepiej nie zrobił! Znać dudka z czubka! — sarknął znowu

kosarz.

— W ojca wrodził się — zauważył Jan do Justyny — taki gniewliwy jak i ociec. Oni

mnie streczno-streczni przychodzą, Fabiana Bohatyrowicza synowie… i pomiędzy nami

kłótni żadnej nie ma. Tylko tego Adasia najwięcej teraz to gryzie, że mu w jesieni do

wojska trzeba iść… Jak sobie na to wspomni, gadziną staje… Jeszcze i czwarty brat u nich

jest, Julek, ale taki zawzięty rybak, że go z Niemna ani ściągnąć… Za Niemnem i za

swoim psem, Sargasem, świata nie widzi, a do tego troszkę głupi. A siostrę ich, Elżunię,

panienka widziała…

Wtem stanął, zatrzymał konie i smutnie wymówił:

— Ot już i okolica, i droga do dworu…

Zdjął czapkę i w wahającej się postawie na Justynę patrzał.

— Może bym ja — zaczął nieśmiało — panienkę do domu odprowadził, żeby podczas

jaki zły pies albo bydlę nie nastraszyło!…

Może jedno z tych nie spełnionych żądań, o których przed chwilą mówił, smutkiem

napełniło mu oczy. Może żałował ubiegłej godziny czasu, przedłużyć ją pragnąc Z nie-

pokojem patrzał na tę, tak mu z pozoru obcą kobietę, która w tej chwili wcale go nie

słuchając, głowę podała naprzód, ciekawe i zachwycone oczy wlepiając w obraz tylko co

ujrzany. Był to raczej mały i skromny obrazek wiejskiej zagrody, ale który dziś i z bliska

widziany, powiał na nią czarem ciszy i świeżości.

— Śliczna zagroda! — zawołała — kto tu mieszka?

— Stryj Anzelm, czyli my wszyscy troje, bo pomiędzy nami we wszystkim jest wspól-

ność.

Mówiąc to, dwoma skokami przebył białą drogę wieś z polem rozdzielającą, jednym

ruchem ręki otworzył na oścież zamykającą ogrodzenie, przezroczystą i niewysoką bra-

mę. Przez bramę tę właśnie Justyna ujrzała część zagrody; teraz, gdy wnętrze jej szerzej

odsłoniło się przed nią, szybko postąpiła naprzód.

Jan Bohatyrowicz z czapką w ręku i schyloną w ukłonie głową stał u bramy, wycią-

gniętym ramieniem wnętrze zagrody ukazując…

— Proszę wejść, bardzo proszę wejść i spocząć. Stryj będzie bardzo kontenty i siestry

zaraz zawołam… proszę, bardzo proszę…

Nieśmiałość jego zniknęła bez śladu. Na swoich śmieciach puszył się trochę i dumniał,

grzeczną przy tym gościnność okazać pragnąc.

Zagroda była dość obszerna. Płot, z niewysokich i gładko ociosanych desek zrobio-

ny, obejmował dobry mórg ziemi, na której z zielonej jak szmaragd łąki wyrastała set-

ka młodych, przed kilku laty zaledwie zasadzonych grusz, śliw i jabłoni. Gdzieniegdzie

te wysmukłe i z widoczną starannością piastowane płonki osypane już były zawiązkami

owoców, a tu i ówdzie pomiędzy nimi stare wiśnie stały, całe w potopie czerwonych ja-

gód. Środkiem ogrodu koła wyżłobiły na trawie dość szeroką drogę i gęsto zasiała się

na niej biała dzięcielina. Za owocowymi drzewami ze dwadzieścia ulów, na błękitno po-

malowanych, do połowy kryło się w łanie biało i różowo kwitnącego maku, zza którego

Nad Niemnem



wystrzeliwały malwy obrosłe płaskim i różnobarwnym kwiatem i ukazywała się gęstwina

melisy, bladej na tle ciemnozielonych wysokich i rozczochranych konopi. Dalej nisko na

zagonach rosły lub wiły się warzywa, żółte słoneczniki wzbijały się nad delikatnym lasem

białego kminku; tu i ówdzie pod grzędami wyrastały czerwone gaszty i rozpierały się

rozłożyste krzaki wieczorników. Stuletnia może sapieżanka⁷⁹ gałęzie swe już bezpłodne, ale nieprzeniknioną gęszczą⁸⁰ listowia okryte kładła na oknach i ścianie domu, którego okiennice i narożniki, na biało pomalowane, wesoło zza niej wyglądały. Dom, w samej

głębi tej sporej przestrzeni stojący, niski był, szary, słomą pokryty, z jednym kominem

i słomianą strzechą. Do ogrodu stał boczną ścianą, w której świeciły dwa spore okna,

a mały ganek z zębiasto wyrzeźbionym okapem i niskie drzwi do wyjścia miał od dzie-

dzińca, na którym zza niziutkiego opłotku widać było świron⁸¹ z wystającym i na kilku słupkach opartym dachem i stajnię, przed którą leżała brona, stały kozły do piłowania

drzewa i żółciało trochę rozsypanej słomy. Stodoła wyglądała zza domu i kilku tuż przy

sobie rosnących lip, a jeszcze dalej, za dziedzińcem i lipami, ledwie widzialny z wysokiej

góry, migotał wąski pas Niemna z żółtą za nim ścianą i u samego skłonu nieba ciem-

ną wstęgą boru. Promienie słońca, które pochylało się już do zachodu, igrały po trawie

i w gałęziach rozżarzały barwy kwiatów, a wiśnie w wielkie rubiny zmieniały. Nad tym

wszystkim w głębokiej ciszy dzwonił w drzewach świergot wróbli, brzmiało monotonne,

basowe brzęczenie pszczół i wzbijało się morze woni z przemagającym wszystkie inne

zapachem świeżo skoszonej trawy.

Świeżo skoszoną trawę grabiami zgarniał i w małą kopicę na dziedzińcu składał czło-

wiek dość wysoki, bosy, w ciemnej, do kolan sięgającej kapocie i wielkiej, baraniej czapce.

Ta czapka tworzyła mu jakby drugą głowę i uderzający stanowiła kontrast z resztą ubrania.

Stary być musiał czy osłabiony, bo ruchy miał powolne i przygarbione plecy. Grabie jego

nieustannie, ale powoli posuwały się po ziemi, a od połowy ogrodu słyszeć już można by-

ło rozmowę, którą prowadził z kimś niewidzialnym, za domem znać i płotem dziedzińca

stojącym.

— Apelacja już, chwalić Boga, podana i mucha poniesie to, co pan Korczyński w wyż-

Mucha

szej instancji wygra! — prędko i zapalczywie mówił głos niewidzialnego człowieka.

— A ja sto razy Fabianu mówiłem i sto pierwszy powtórzę, że mucha naje się tym,

co my od pana Korczyńskiego wygramy — powoli i monotonnym głosem odpowiedział

człowiek grabiący skoszoną trawę.

— Czemuż to tak? — wybuchnęło zza płotu popędliwe zapytanie. — Czy to Anzelm

dla naszej powszechności dobra nie życzy?

— Życzę — brzmiała odpowiedź — ale powiadam: po cudze nie sięgaj!

— A jak pokaże się, że wygon nie cudzy, tylko nasz? A Bóg mnie ubij na duszy i ciele,

że pokaże się tak, a nie inaczej…

— Fabiana adwokat zbałamucił i Fabian wierzy…

— Jeszcze ten nie urodził się, kto by potrafił mnie zbałamucić! Do sąsiada po rozum

nie pójdę i nawet u Anzelma jego nie poproszę, choć Anzelmowi jeszcze ta mądrość

z głowy nie wywietrzała, co jej kiedyś od wielkich panów nabrał…

Głos niewidzialnego człowieka przybierał wciąż popędliwości, aż przy ostatnich sło-

wach stał się rozgniewany i zgryźliwy. Grabiący trawę z jednostajną wciąż powolnością

zaczął:

— Niechaj mnie Fabian wielkimi panami oczu nie wypieka… ja ich dwadzieścia lat

nie widziałem i do śmierci już pewno nie obaczę…

— Wszystko równo. Czego się człowiek za młodu nauczy, to i na starość mruczy —

dojadał głos zza płota.

Wtem niewielki, kudłaty pies z żółtą sierścią i wydłużonym tak jak u lisa pyskiem,

który dotąd spokojnie leżał na rozrzuconej przed stajnią słomie, zerwał się i z głośnym

szczekaniem ku ogrodowi poskoczył. Z ogrodu na dziedziniec wbiegła para koni, ciągnąc

za sobą pług w ten sposób, że łatwo mógł zaczepić o płot albo świron i zepsuciu ulec.

Człowiek w baraniej czapce głowę podniósł.

⁷⁹ a ie an a — odmiana gruszy.

⁸⁰

— dziś: gęstwina.

⁸¹ i n (a.

i na; (daw.) — spichlerz, magazyn.

Nad Niemnem



— A toż co? A gdzież Janek? — na widok samopas pędzących koni żywiej przemówił.

Ale w tejże chwili za czepiającym się już płotu pługiem przyskoczył Jan, bez czap-

ki, która w ogrodzie na trawie leżała, zaczerwieniony i zdyszany. Jednym zamachem rąk

pługowi nadał właściwy kierunek, lejce podjął i konie, które głosowi jego posłuszne były

jak dzieci, przed stajnią zatrzymał. W mgnieniu oka przy stryju znalazł się i za ramię go

pochwycił.

— Stryjaszku! Żeby stryjaszek wiedział, jakie mnie dziś szczęście spotkało…

Ręce jego drżały, głos dygotał — w palcach ściskał kapotę starego, który z rąk grabie

wypuścił.

— A toż co? Kto tam w sadzie?

Żółty pies, minąwszy pług i konie, ze szczekaniem wpadł do ogrodu.

— Mucyk! — rzucając stryja wołał za nim Janek — pójdź tu, Mucyk!…

— Daj pokój Mucyku! Kto to taki? Pani jakaś? Czego ona…

Z dłoni sobie daszek nad oczami robił i w głąb ogrodu patrząc, usiłował rozpoznać

rysy kobiety, dokoła której zwijał się poszczekując uspokojony już Mucyk.

Jan stryja za rękę chwycił.

Przemoc, Szaleństwo

— Z Korczyna… panna Justyna. Stryj wie… ta, co to ja stryju zawsze opowiadałem…

Niech stryj idzie i przywita się…

Ze zdziwieniem i prawie przerażeniem przygarbiony człowiek cofnął się ku domowi.

— A toż co? — zawołał — z Korczyna… na co? Po co? Dla jakiej przyczyny?…

— Bardzo jej upodobało się u nas, przyszła spocząć… niechże stryj idzie…

Ale stary plecami przyparł się do ściany domu.

— Na co mnie? Nie pójdę… kiedy ją przywiodłeś, to idźże do niej sam…

— Kiedy mnie konie odprząc i nakarmić trzeba! — gwałtownie szeptał Jan i za obie

już ręce opierającego się pociągał. — Stryjku, stryjaszku, mój mileńki! Mój rodzony!

Proszęż iść… prędko… ona w gościnę do nas przyszła… proszę iść…

— Wariat ty, Janek, czy co? Ze wszystkim jak u wariata oczy błyszczą… czego ty mnie

tam ciągniesz?… sam idź!

— A konie! I czy to pięknie, żeby stryj sam gościa w swojej chacie nie przywitał?…

Proszęż już iść… prędzej… mój rodzony!…

Bosy i przygarbiony człowiek otulał się swą kapotą, głową w wielkiej baraniej czap-

ce trząsł przecząco, do ściany wciąż się przypierał, ale przemoc, którą ten oszalały w tej

chwili chłopak na nim wywierał, była widoczna. Wyrywając ręce swoje z jego dłoni, wpół

z gniewem, wpół ze zgryzotą zawołał:

— A puśćże już! Niechajże choć buty wdzieję! Ze wszystkim wariat!

— Pójdzie stryj?

— A już pójdę… ale niech buty wdzieję…

Zniknął w głębi domu: Jan wpadł jeszcze od ogrodu.

— Niech panienka będzie łaskawa, siędzie, zaraz stryj przyjdzie… ja konie odprzęgę…

I rzucił się ku stajni, do koni.

W dużym tym ogrodzie, który był zarazem owocowy, warzywny i kwiatowy, a także

Ogród

łąką i pasieką, znajdowała się jedna tylko ławka, przy ścianie domu pod dwoma oknami

stojąca, z wąskiej, na dwu słupkach opartej deski złożona i tak długa, że dziesięć osób

rzędem na niej usiąść by mogło. Tuż przed nią wyrastał z trawy szereg sztywnych malw,

a nieco na prawo pszczoły nad błękitnymi ulami i różowymi makami brzęczały. Z tej

ławki podniosła się wysoka i kształtna kobieta, z głową czarnymi warkoczami owiniętą

i śniadą twarzą, o rysach wydatnych, którą rzeźwiące powietrze pola oblało teraz świeżym

rumieńcem. Pomiędzy malwami, sama do pysznie rozwiniętego kwiatu podobna, stała

w nieśmiałej trochę postawie, a szare jej oczy z dala już wpatrywały się w zbliżającego

się ku niej człowieka. Nie był on dla niej całkiem nieznany. Zasłyszała coś była o prze-

szłości jego, wspólnej z przeszłością Korczyńskich, z tą przeszłością, o której teraz prawie nigdy nie wspominano w Korczynie, lecz której niestarte pamiątki tkwiły w sieroctwie

Zygmunta, w wiecznej żałobie jego matki, w położeniu, sposobie życia i posępności oczu

Benedykta. Domyślała się także czegoś, czegoś więcej nad przelotną znajomość, co nie-

gdyś zachodzić musiało pomiędzy człowiekiem tym i Martą. Z bliska, pomimo ruchów

ociężałych i przygarbionych pleców, mniej staro wyglądał on niż z daleka. Z twarzy jego

o rysach ściągłych i regularnym profilu poznać można było, że nie miał więcej jak lat

Nad Niemnem



pięćdziesiąt, ale była to twarz cierpiąca i zamyślona, z cerą od słońca trochę zaróżowioną,

z zapadłymi policzkami i spłowiałym błękitem oczu. Ze sposobu, w jaki zbliżył się do

nieznanej sobie kobiety, z ukłonu, jaki jej oddał, znać było, że dworne obyczaje nie były

mu całkiem obce. Uchylił nieco baraniej czapki, lecz wnet ją znowu włożył na głowę.

— Jestem Anzelm Bohatyrowicz — powolnym swym i monotonnym głosem wy-

mówił — przepraszam, że w czapce ostanę, ale taką mam głowę, która lęka się przezię-

bienia…

Było w nim coś obojętnego i przymuszonego, kiedy dłonią swą dotknął ręki, którą

Chłop, Szlachcic

śpiesznie podała mu Justyna. Wzrokiem twarz jej omijał, a pod krótkim, siwiejącym

wąsem bladawe jego usta zarysowywały linię surową. Jednak dwornym znowu gestem

wskazał ławkę mówiąc:

— Proszę, bardzo proszę sieść i odpocząć…

Sam w stojącej postawie pozostał i daleko kędyś patrząc milczał. Pomimo usiłowań,

które czynił, aby okazać się grzecznym i gościnnym, czuć w nim było dzikie boczenie

się od ludzi i ukrywane, lecz niepozbyte uczucie niechęci. Spostrzegła to Justyna i ze

zmieszaniem zaczęła:

— Przepraszam, że weszłam, ale ogród ten wydał mi się tak świeży i pociągający,

a pan Jan tak mnie uprzejmie zapraszał…

Trudno byłoby zgadnąć, czy pochwała jego zagrody albo też poufałe nazwanie po

imieniu synowca nieco go rozpogodziły.

— Owszem — rzekł — bardzo dziękuję… Już i nie spodziewałem się takiej promo-

cji⁸², ażeby kto z Korczyna moją ubogą chatę nawiedził…

Znowu uchylił czapki.

— A jakże miewa się panna Marta Korczyńska? — zapytał.

Kobieta, Praca,

Przemijanie, Starość

— Często i przyjaźnie o panu wspomina — żywo odpowiedziała Justyna.

— Być nie może — zaprzeczył — pani tak tylko, z łaski swojej… Tyle lat… Widziałem

ja ją… będzie temu lat trzy, w kościele… u! zmieniła się, postarzała… ze wszystkim już

insza, jak była.

— Od wielu lat wujowi memu pomaga i ciężko pracuje — wtrąciła Justyna.

Trochę urągliwy uśmiech po ustach mu przemknął i ciszej rzekł:

— A lękała się pracy! Ot, wszystko jedno, pracować wypadło…

Zamyślił się, długą, bladą ręką poprawił nad czołem czapkę i daleko kędyś bladymi

oczami patrząc, monotonnym swym głosem wymówił:

— Poranek widział kwitnącą, rumianą, a wieczór babą obaczył…

Czy ta krótka rozmowa zajęła go i ożywiła lub też sposób wyrażenia się Justyny przy-

pomnieniem czegoś dawno minionego pociągał go ku niej — postąpił krok naprzód i na

ławce, dość jednak daleko od niej, usiadł.

Wtem zza węgła domu ukazał się Jan, na rozmawiających spojrzał i nie zbliżając się

przemówił:

— Stryju, panience sad nasz bardzo się upodobał!

— Chodźże tu! — zawołał Anzelm.

Chłopak widocznie walczył z sobą.

— Kiedyż jeszcze koniom nie wszystek owies zasypałem…

— To idź i zasypuj!

A zwracając się do Justyny, znowu trochę czapki uchylił:

— Bardzo kontenty jestem, że się pani mój sadek upodobał. Wszystko to pochodzi

z mego własnego sadzenia i starania. Gdyby pani dziesięć lat temu tu przyszła, obaczyłaby

same rudery, badyle, śmiecie i paskudztwo…

Justyna powiedziała mu, że słyszała o jego długiej i ciężkiej chorobie.

— A… a… a… od ko… kogo?

Zdziwił się tak, że aż jąkać się zaczął. Blade oczy jego z wytężeniem w twarzy jej

utkwiły.

— Czyżby w Korczynie kto jeszcze o mnie wspo…wspo… mi…

Machnął ręką i prędko dodał:

— A to pewno Janek pani o tym mówił… Żeby nie! Dobrze jemu zapamiętało się to

Choroba, Ciało, Cierpienie,

Dusza

⁸²

m a — tu: zaszczyt.

Nad Niemnem



niedołęstwo moje, bo wiele on podtenczas biedy przecierpiał, tego i opowiedzieć trud-

no… A co to był za defekt, o tym jeden Pan Bóg wiedzieć może, dość, że zwalił mnie

z nóg jak kłodę i dziewięć lat bezwładnym i w bólach trzymał… U doktorów radziłem się

ze trzy razy, ale nie pomogli i nawet nic zepsutego w ciele moim nie wynaleźli… Mówi-

li, że hipokondrię⁸³ mam… hipokondrykiem mnie nazywali… Duszna to podobno była choroba więcej niżeli cielesna…

Rozgadał się i powolnym, monotonnym swym głosem opowiadać zaczął minione

swe cierpienia. Z tego, co opowiadał, i nawet z wielu trwających jeszcze cech jego po-

wierzchowności łatwo można było odgadnąć jedną z tych strasznych chorób nerwowych,

które dla samej nauki do określenia i zwyciężenia wielce trudne bywają. Jakim sposo-

bem pochwyciła ona tego człowieka prostego i tak ściśle z życiem natury spojonego,

o którym Marta mawiała Justynie, że miał kiedyś postawę dębu i twarz do kwitnącego

maku podobną? Widać, że on sam nieraz zapytywał siebie o to, bo w zwykły sobie sposób

zamyślając się i kędyś daleko patrząc dokończył:

— Różne na świecie bywają zdarzenia… Bywa to, że człowieka przez pole idącego

Wiatr

szkodliwy wiatr obejmie i reumatyzmu albo innej choroby go nabawi. A bywają i insze

wiatry, nie te, co w polu świszczą, ale te, co przez drogę życia człowieka przelatują…

Potrząsł głową i kędyś daleko patrzał.

Powolnym ruchem podniósł się z ławki i znowu czapki nieco uchylił.

— To może pani będzie łaskawa sadek mój obejrzeć, kiedy się tak upodobał…

Drzewo, Ogród

Po niedawno skoszonej i gładkiej jak kobierzec trawie od drzewka do drzewka prze-

chodząc, opowiadał jej wiek i pochodzenie każdego z nich, tłumaczył sposoby hodowania

i gatunki.

— To jest bonkreta… a to panny jesienne… to ancmadama…⁸⁴ tam trzy sapieżan-ki… tam jabłka oliwne, zimowe papierówki… kalwinki… sztetyny…⁸⁵ a tamten gaik cały śliwowy…

Wyprężenie jego rysów, mające w sobie coś obojętnego i razem bolesnego, miękło

i znikało; w bladym błękicie źrenic pobłyskiwać zaczęły nikłe, lecz prawie wesołe iskry. Po

Justynie znać też było, że w tej zagrodzie, napełnionej urodzajnością i ciszą, swobodniej

i szerzej oddychała niż przed godziną w napełnionym gośćmi salonie.

Znajdowali się właśnie przy sporej grupie śliwowych drzewek i Anzelm opowiadał,

w jaki sposób chroni renklody i mirabele przed zimowymi śniegami i mrozami, kiedy

Jan wybiegł znowu z dziedzińca i o kilka kroków stanąwszy słuchał przez chwilę ich

rozmowy.

— Czy panienka da wiary — zawołał — że stryj to wszystko własnymi rękami zasadził

i teraz dopatruje?… Zdaje się taki słaby, a wielką ma siłę i wytrwałość…

Anzelm obejrzał się.

— Chodźże tu, Janek! — po raz drugi zawołał.

Ale chłopak wahał się znowu, to ku dziedzińcowi, to na Justynę patrząc. Widoczne

było, że pragnął być tu i tam.

— A kiedyż jeszcze konie napoić trzeba…

— Pewno, że trzeba — odpowiedział Anzelm.

I zwracając się do Justyny, zwykłą sobie powolną i czasem przerywaną mową, ale

coraz swobodniej opowiadać zaczął, jak w ciężkiej słabości leżąc, nieraz nawet na świę-

tą Wolę Bożą szemrał za to, że go bezczynnym i niepożytecznym uczyniła; jak gryzł go

i przestraszał los tego chłopca, sieroty po bracie, którego źli sąsiedzi krzywdzili i z wła-

sności obdzierali, z sieroctwa i dziecinnego jego wieku korzystając; jak na koniec, kiedy

już dźwignął się z niemocy, ręce paliły się mu do roboty.

— Już to też dziesiąty rok, jak zmartwychpowstałem i chłopiec mój dorósł… Najpierw

od sąsiadów wyprocesowaliśmy to, co nam odebrane było, potem zbudowaliśmy ten oto

domek, a potem już wszystko poszło: i pasieka, i sadek. Janek nauczył się pszczelnictwa

⁸³ i

nd ia — zaburzenie nerwicowe przejawiające się poczuciem nieuzasadnionego lęku o zdrowie lub równie bezpodstawnym przekonaniem, że cierpi się na poważną chorobę; powoduje to nadmierne skupienie na własnym ciele. Tu mamy do czynienia ze zniekształconą formą: i

nd ia.

⁸⁴ n e a (…) an ma ama — odmiany grusz.

⁸⁵ a in a,

e na — odmiany jabłoni.

Nad Niemnem



od jednego takiego człowieka, co sam na naukę do wielkiego miasta jeździł; ja znów od

młodu przyuczony byłem do stolarstwa i jego przyuczyłem.

Szerokim gestem zatoczył dokoła:

— Wszystko to jest robota własnych rąk naszych: i ten płot z desek, i ten ganeczek,

Praca

i ule. W potrzebie najemników do pomocy bierzem, ale sami my rolniki i sadowniki,

i pasieczniki, i stolarze… W biednym stanie inaczej nie może być, kiedy człowiek żąda

nie tylko nasycenia ciała, ale i tych różnych elegancji i przykrasek, co i niekoniecznie

potrzebne, ale dla oczów miłe…

Śmiał się teraz cichym, piersiowym śmiechem, przygarbione plecy prostował; nikłe

iskry zlały się mu w źrenicach w spokojny i ciepły promień. Jednak w głębi tego człowieka

było coś, co falą smutku czy zniechęcenia rychło gasiło jego wesołość. Pochylił znowu

głowę, przygarbił się i powoli dodał:

— Wszystko to jest doczesność i znikomość. Nie na takie roboty człowiek patrzył,

Przemijanie, Vanitas

a wniwecz poszły; nie takimi nadziejami karmił się, a najadł się trucizny… Każda rzecz na

świecie jak woda przepływa, jak liść na drzewie żółknie i gnije…

Patrzył w ziemię, mówił to monotonnie i coraz ciszej; można byłoby myśleć, że słowa

te były pacierzem, który odmawiał od lat wielu, po wiele razy co dzień i może co nocy.

Powoli jednak podniósł twarz i daleko patrzeć zaczął.

— Ale nie każdy ma jednostajną łaskę u Boga i jeden więcej, drugi mniej szczęśliwości

Chłop, Dom, Ojczyzna,

Szczęście, Szlachcic

na tym świecie użyje. Może z tego wszystkiego Janek, dzieci jego i wnuki słodko i mile

korzystać będą… Do tego — dodał — każdemu gniazdo swoje miłe, a osobliwie nam…

Tu wzrok jego przesunął się po twarzy Justyny.

— Panowie to co inszego — dokończył — do wielkich miast jeżdżą, za granicami

przemieszkują, różne zabawy i rozkosze mają… A dla nas co? Dla nas ani Paryżów, ani

honorów, ani pięknych muzyczek, ani wesołych asamblów⁸⁶ nie ma. Gniazdo nasze —

wszystko nasze… i dla tej przyczyny trzymamy się jego zębami i pazurami.

Justyna spuściła oczy. Było w nim znowu coś niechętnego i trochę urągliwego, kiedy

słowa te wymawiał, a przed jej wzrokiem, nie wiedzieć czemu, stanął w tej chwili młody

człowiek w ubraniu żurnal mód przypominającym, z postawą z przyzwyczajenia jakby ma-

lowniczo ułożoną, z wyrazem wiecznego niezadowolenia w pięknych oczach, a na ustach

ze wspomnieniami cudów cywilizacji, widzianych i słyszanych w dalekich krajach. Ona

tego człowieka kiedyś bardzo kochała, ale wydało się jej w tej chwili, że było to bardzo,

niezmiernie dawno. W tej chwili także uczuła, że pomiędzy nią, stojącą wśród tej zagrody,

a nim, przesuwającym swą twarz bladą i niezadowoloną po korczyńskim salonie, leżała

wielka przestrzeń. Uczuła się daleko, daleko od Korczyna — gdzieś na jakimś zupełnie

innym świecie.

Kiedy podniosła oczy, u końca dziedzińca zobaczyła wybiegającego zza góry kasztanka,

a tuż za nim jechał na gniadej Jan. Konie napojone i wykąpane w rzece, otrząsały z siebie

gęste krople wody wesoło parskając. Jan z gniadej zeskoczył, a w minutę potem z wnętrza

stajni zawołał:

— Antolka! Antolka!

Wołał tak na młodziutką dziewczynkę, która w krótkiej spódnicy, w różowym kaanie

i bosa ukazała się zza góry, niosąc na ramieniu koromysło⁸⁷ z dwoma pełnymi wiadrami.

Wysmukła i wątła, przechylała się trochę na bok pod tym ciężarem i jedno ramię dla

utrzymania równowagi z dala od ciała trzymała.

— A co? — cienkim głosem odkrzyknęła.

— Weź kluczkę i wisien z drzewa nazdejmuj! Prędzej tylko!

— Na co?

— Dla gościa.

I ciszej dodał:

— W sad popatrzaj!

Dziewczynka spiesznie wiadra z wodą na ganku postawiła i koromysło z ramienia

zdjęła, po czym na ogród spojrzawszy, ręką twarz zasłoniła i do domu wpadła. W minutę

wybiegła znowu, ale już w trzewikach i z długą, u końca zakrzywioną tyczką w ręku.

⁸⁶ a am e (z .) — zebrania towarzyskie.

⁸⁷

m

— nosidło do noszenia wiader na barkach.

Nad Niemnem



Jak sarna przez ogród ku największej wiśni biegła, zagony przeskakując, ze wstydliwie

spuszczoną głową. Ciemny warkocz aż do pasa spadał po szczupłych i gładkich jej plecach,

u końca czerwoną wstążeczką związany. U początku warkocza sterczał czerwony kwiat

gasztu. Podskoczyła, kluczką gałąź przechyliła i prędko wiśnie rwać zaczęła.

— Przyrodnia jego siostra — z cicha rzekł Anzelm do Justyny — z jednej matki, nie

z jednego ojca… Jaśmontówna… Jego matka, po bracie moim owdowiawszy, drugi raz za

Jaśmonta poszła i o trzy mile stąd w Jaśmontowskiej okolicy żyła.

Siedzieli znowu na ławce, pod ścianą domu, ale dokoła nich mniej cicho i samot-

nie stawać się zaczynało, niż było wprzódy. W szczelinach płotu zaświecił jeszcze jeden

jaskraworóżowy kaanik, zupełnie taki sam, jak te, które miały na sobie Domuntówna

i Jaśmontówna, a nad niewysokimi deskami ukazało się czoło kobiece; oczy pod czo-

łem tym umieszczone, przez szczeliny zaglądać musiały do wnętrza zagrody Anzelma. Po

chwili, dalej nieco, wysunęła się znad płotu cała głowa mężczyzny, z krótko ostrzyżonymi

włosami, sterczącymi wąsami i okrągłą różową twarzą, w miejscu zaś, gdzie kończyło się

ogrodzenie z desek, nad niskim płotkiem, od kilku minut już stała, nie postrzeżona dotąd

przez nikogo, podstarzała kobieta, w ciemnym, krótkim ubraniu i w chustce na kształt

czepka na głowie związanej. Ciekawa znać była także zobaczyć, co się dzieje w ogrodzie

sąsiada, jednak stała nieruchomo, w postawie zamyślonej, z podłużną i bladą twarzą na

dłoni opartą. Anzelm na ciekawych sąsiadów nie zwracał żadnej uwagi i powoli, ale z za-

jęciem zapytywał Justynę o sposoby, w jakie zasadzają i pielęgnują owocowe drzewa we

dworskim ogrodzie. Mało o tym wiedziała, gdyż ogrodem korczyńskim, z wyłącznością

sobie właściwą, zajmowała się Marta.

Uśmiechnął się znowu i głową pokiwał.

— A lękała się pracy!… — z cicha powtórzył.

Jan wbiegł z dziedzińca, zupełnie już widać o wyprzężonych z pługa ulubieńców

i współpracowników swych spokojny. Pobiegł do siostry i za ramię ją wziąwszy, do ławki

pod domem stojącej prowadził. Z koszykiem pełnym wisien w ręku i z pochyloną ciągle

głową przed Justyną stanęła. Widać było, że gdyby ją brat nieco powyżej ręki mocno nie

trzymał, pierzchnęłaby wnet i schowała się gdziekolwiek. Ale wysmukła i cienka jej kibić

była tak do młodej brzózki podobna, drobna schylona twarz miała tyle łagodnego wdzię-

ku, a w oczach, które na chwilę oderwała od ziemi, błysnęła taka dziecinna ciekawość,

z taką dziecinną bojaźliwością złączona, że Justyna ruchem zupełnie instynktownym za

rękę ją pochwyciła, na ławie przy sobie posadziła i objąwszy, w białe, ciemnymi włosami

zarzucone czoło pocałowała. Daleko ognistszy rumieniec niż ten, który oblał twarz jego

siostry, wytrysnął na czoło i policzki Jana. Uszy jego nawet stanęły w ogniu! Stojąc pod

sapieżanką, o pień jej plecami wsparty, spojrzał na niebo, na szczyty drzew, dokoła siebie

i ręką przetarł czoło i oczy. Coś znać w tej chwili wezbrało w tej szerokiej i silnej piersi, a przed oczami iskry sypiącymi świat może zakręcił się wirem. Justyna, patrząc na wiotką

i zaledwie dorosłą dziewczynkę, przypomniała sobie to koromysło i te dwa ciężkie wiadra

z wodą, które przed chwilą na plecach jej widziała.

— Czy to nie ciężko wodę nosić… na tak wysoką górę? — z cicha zapytała.

— Żeby nie! — kręcąc w palcach brzeg fartucha odszepnęła Antolka.

— Krwawa u nas woda — wtrącił Anzelm — z góry po nią iść trzeba i nieść ją pod

górę.

— Toteż, zimową porą osobliwie, częściej ja wody przyniosę niźli ona — jakby uspra-

wiedliwiając się rzekł Jan.

— Częściej on przyniesie niżli ja — podnosząc głowę i na brata patrząc potwierdziła

siostra. — Ale — dodała prędko i z wzrastającym zawstydzeniem — ja takoż mogę…

czemu nie! Już ja w tym roku drugie lato żąć będę…

Justyna zamyśliła się — o czym? Może przed jej pamięcią stanęła kobieta wątła także

i delikatna, którą dziś widziała wysuwającą i cofającą drobne nóżki z niewymowną trwogą

uczuwaną przed zejściem z kilku wschodów.

— Żaden człowiek sił swoich nie zna, dopóki ich w potrzebie… — zaczął Anzelm,

ale nie skończył, bo w tej chwili rozległ się u płota głuchy stuk, podobny do tego, jaki by

sprawiła spadająca na ziemię ogromna kluska. Niewysoka i krępa dziewczyna w różowym

kaanie, podobna istotnie do pulchnej i zarumienionej kluski, przez płot przeskoczyła

i szybko zbliżała się do rozmawiających. Z dala już wśród okrągłej i tłustej jej twarzy

Nad Niemnem



śmiały się do nich jej białe zęby, błyszczące oczy i zuchwale zadarty nosek. Z dala też na

powitanie głową kiwała i wołała:

— Dobry wieczór! Wszystkim państwu dobry wieczór!

— Czego? — patrząc na nią zwięźle zapytał Anzelm.

Tuż przed nim stając, głośno zaszczebiotała:

— Przyszłam do Antolki wody pożyczyć…

— Czy w garść wody nabierzesz? — flegmatycznie zapytał gospodarz zagrody.

Dziewczyna spojrzała na czerwone ręce swe, które wzdłuż jej kraciastej spódnicy wi-

siały, i wybuchnęła śmiechem.

— Bardzo słusznie! — przestając śmiać się, ale wciąż białe zęby ukazując odpowie-

działa. — Wody w garść nie nabiorę, nie po wodę też przyszłam, ale żeby panienkę z Kor-

czyna zobaczyć… Panienka mnie zna!

— O! Już zna! Raz ciebie na wozie jadącą widziała i już zna! — zapominając o bojaź-

liwości swej oburzyła się Antolka.

— Bardzo słusznie! Bo kto na kogo kwiatami rzuca, ten tego nie tylko zna, ale pewno

i lubi!

— To jest prawda, że panienki bukiet wtedy wprost na nią upadł! — potwierdził Jan.

— Takie już moje szczęście! Bardzo słusznie! — na całe gardło zaśmiała się znowu

dziewczyna.

I wszyscy śmiać się zaczęli, nawet Anzelm ze słabym uśmiechem zwrócił się do Ju-

styny:

— Elżunia Bohatyrowiczówna, Fabiana córka… najpuściejsza dziewczyna z całej oko-

licy…

— Bardzo słusznie! I pan Anzelm nie był pewno taki smętny, kiedy był młody —

odcięła się Elżunia.

— A warto by było rozumu troszkę nabrać, kiedy już tak jak prawie zaręczona —

zażartował Jan.

— Nieprawda, jeszcze nie zaręczona, jeszcze ociec na oględziny pojedzie…

— Tak jak prawie zaręczona! Tak jak prawie zaręczona! — rozszczebiotała się nagle

Antolka. — Jaśmont ze swatem przyjeżdżał… nasza mama tobie go wyswatała… Może

nie mówiłaś, że ładny?

I koszyk z wiśniami pod samą prawie twarz przyjaciółki podsunęła.

— Na, jedz wiśnie!

Elżunia pełną garścią zaczerpnęła z koszyka czerwonych jagód i wnet je do ust po-

niosła, ale od płotu zabrzmiał męski głos, z gniewnym i groźnym akcentem wołający:

— Alżunia! A ty tu czego? Czy to tobie w chacie roboty nie stało?… Alżunia!

Człowiek, który przed chwilą głowę znad ogrodzenia ukazywał, przestąpił niski pło-

tek w tym miejscu, gdzie stała podstarzała, mizerna kobieta, i poważnymi, ale szerokimi

kroki dążył ku domowi Anzelma, ustawicznie dziewczynę przywołując. Córka tu przy-

szła niby po wodę, ojciec przychodził niby po córkę. Nie zlękła się ona bynajmniej, tylko

umilkła, może dlatego, że usta miała pełne wisien, i usunęła się trochę pomiędzy wysokie

malwy. Żółty Mucyk z gwałtownym szczekaniem zabiegł drogę przybywającemu, ale on

go końcem buta odtrącił i z fantazją w postawie wśród obecnych stanął. Średniego wzro-

stu był, krępy, w surducie z grubego sukna i wysokich butach, z twarzą bardzo podobną

do takiego rydza, w którego by wprawiono zadarty nos, kępkę sterczących wąsów i małe,

błyszczące oczy.

— Niechże i mnie będzie pozwolone przywitać Anzelmowego gościa — zaczął z nie-

jaką nadętością w głosie i wymowie, a oczki jego drwiąco trochę świeciły. — Dawne to

już czasy, kiedy przez nasze ubogie progi przestępowały takie znakomite nogi, a nie wia-

domo, co by to pan Korczyński powiedział, gdyby wiedział, że siestrzenica jego znajduje

się w Bohatyrowieckiej okolicy, tak jak prawie w samym gnieździe jego największych

wrogów!…

Jan głowę w tył odrzucił i parę kroków naprzód postąpił.

— My nikomu wrogami nie jesteśmy… — żywo zawołał.

Nad Niemnem



— Czy Fabianu język tak świerzbi, że przyszedł tu nie w czas o takich rzeczach gadać?

— ze zwykłą sobie powolnością zapytał Anzelm, ale żywszym trochę ruchem czapkę

poprawił.

— A niby to Anzelm żadnego żalu do pana Korczyńskiego w sercu swoim nie chowa

i żadnej ubligi od niego nie otrzymał? — znacznie już popędliwiej rzucił przybyły i coraz

prędzej, z coraz więcej błyszczącymi oczami ciągnął: — Czy to Anzelm już nie pamięta,

jak pan Korczyński przed całym swoim dworem mnie i Anzelma złodziejami nazwał? Czy

Anzelm nie pamięta, jak pan Korczyński na nas różne kondemnacje⁸⁸ u sądów wyjed-nywał? Czy Anzelm nie pamięta, jak pan Korczyński do góry nos podejmuje, kiedy koło

okolicy przechodzi albo przejeżdża?

Ale Anzelm wyprostował się trochę, baranią czapkę bladą swą długą ręką na czole

przesunął i przerwał:

— Co ja pamiętam o panu Korczyńskim wspominając, Fabian ze wszystkimi swymi

synami na plecach by nie poniósł. Jednakowoż źle nie życzę nikomu i między niczyimi

wrogami nie jestem… Niech pan Korczyński żyje i zdrów będzie długie lata… Ja jemu

przekleństwa nie posyłałem i nigdy nie poszlę…

Spłowiałe jego oczy spojrzały kędyś daleko i plecy wnet przygarbiły się znowu. Fabian

obie dłonie na kłębach oparł i zjadliwie wybuchnął:

— Anzelm zawsze taki, jakby wczorajszego dnia z Panem Bogiem gadał. Ale ja inszy:

Chłop, Konflikt, Mucha,

Szlachcic

ja panu Korczyńskiemu do śmierci nie daruję i tego, że mnie złodziejem przezwał, i tych

krwawych rublów, co ze mnie na różne sztra⁸⁹ wycisnął… Nie zlęknę się ja i przed siestrzenicą jego powiedzieć, że ten proces, który z Bohatyrowiczami ma, przeze mnie

ma. Ja szlachtę do niego namówił, ja adwokata znalazł, ja staram się i zabiegam. Niech

zna, że i biedna mucha odejmuje się, kiedy ją ubijają. Czy wygramy, czy przegramy, ale on

tymczasem naje się kłopotów i koszta położy. Dobrze mnie i to. Dobra kozie brzoza. On

arystokrat i w złotnych pokojach mieszka, a ja ubogi szlachcic, z niskiej chaty, ale bywa,

że mała mucha wielkiego konia do krwi ukąsi. Może ja w tym procesie darmo zdrowie

położę i fortunkę swoją nadwerężę, może mnie głupie ludzie i kląć będą na wypadek

przegrania. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie, bo Bóg kotwica moja, a kogo on ma

w swojej obronie, ten w złej nawie nie utonie…

Mówiąc to wszystko, brał się w boki, szeroko rozmachiwał rękami, głos coraz pod-

nosił, cały wewnątrz kipiał, a na twarzy spotniał. Zdawać się mogło, że nigdy mówić

nie przestanie: ale Jan, który niespokojne wejrzenia na Justynę rzucał, głową kręcił, usta

przygryzał i widocznie powściągał się z trudnością, teraz na ramieniu rękę mu oparł.

— Niech pan Fabian upamięta się… — przez zaciśnięte zęby wymówił.

Stary obejrzał się i głowę podnieść musiał, aby w twarz wysokiemu chłopakowi spoj-

rzeć.

— A co to? — krzyknął.

— Niech pan Fabian do upamiętania przyjdzie! — głośniej powtórzył Jan, a z oczów

jego tryskały takie błyskawice gniewu i z całej siły tłumionej groźby, że stary zmieszał się i nagle ochłonął.

— A co ja takiego nagadałem? — ciszej zapytał.

— Głupstw, głupstw ociec nagadał! — krzyknęła wyskakując zza malw Elżusia i chwy-

tając go za połę surduta, energicznie dodała: — Bardzo słusznie! Niech już sobie ociec

stąd idzie, bo jak jeszcze troszkę tu postoi, znów pan Korczyński na język ojcu wlezie…

Córkę usunął i ze zmieszanym wzrokiem rzekł:

— Jeżeli co nie w czas naplotło mi się w gębie, to przepraszam… przepraszam… Język

bez pamięci, sekretu nie strzyma… Przepraszam… dobranoc państwu!

Zdjął czapkę i miał odchodzić, ale zatrzymał się jeszcze, na Jana patrząc. W rozgnie-

wanej i rozognionej przed chwilą jego twarzy wszystko teraz śmiać się zdawało: i czerwo-

ne policzki, i małe oczy, i zadarty nos, i ruszające się wąsy. Czapką ku Janowi machnął

i zawołał:

— Kiedy Jezus przed Herodem do Egiptu ubieżał, to i mnie przed tobą ubieżać nie

wstyd; ale to sobie pamiętaj, że jaja kur nie uczą. Pierwej doznaj, potem gań… Dobranoc!

⁸⁸ ndemna a (z łac. ndemna i : skazanie) — zaoczny wyrok sądowy.

⁸⁹

a (z niem.) — kara.

Nad Niemnem



Machnął czapką i ku płotowi poszedł. Elżunia biegła tuż za jego plecami, podskakując,

przyśpiewując i pestki od wisien z ust wypluwając. Wtem nad ogrodzeniem przesunęła

się w powietrzu błyszcząca kosa i rozległo się basowe, niegłośne nucenie:

A kto chce rozkoszy użyć,

Niech idzie do wojska służyć…

Czuć było, że ten, kto słowa te nucił, smutny był czy nadąsany.

Fabian przyśpieszył kroku i znowu najgroźniejszym swym głosem zawołał:

— Adaś! A nie mogłeś to koniczyny skosić, kiedy ja w mieście byłem! Wszystkie zęby

ci w gardło wepchnę, gamuło!

— Już skoszona i niech ociec na darmo swego gardła nie mocuje! — wcale nie prze-

straszonym głosem odpowiedział tęgi, rudawy, ale prosty i przystojny chłopak, który

wraz ze swą kosą ukazał się za niskim płotkiem. Nieruchomo dotąd stojąca mizerna ko-

biecina odwróciła się ku szaremu domkowi, nie opodal od zagrody Anzelma, za płotem,

drzewami i kawałkiem ogrodu ledwie widzialnemu.

— Alżusia! Po wodę zbiegaj! — piskliwie i bardzo przeciągle zawołała.

Z daleka już ozwał się rozkazujący głos Fabiana:

— Nie trzeba! Imość zawsze tylko byś się Alżusią posługiwała, a chłopcom wszystkie

folgi robiła. Niech Adaś po wodę schodzi, a dziewczyna i bez tego wieczerzę gotować

będzie!

— Adaś! Schodzisz? — zawołała, a raczej zaśpiewała znowu matka.

— Zaraz! — odkrzyknął niewidzialny już za drzewami chłopak i głośniej zanucił:

Tam on rozkoszy użyje,

Krwi jak wody się napije…

W ogrodzie Anzelma znowu zapanowała cisza. Jan nieśmiało zbliżył się do Justyny.

— Czy pani nie gniewa się za te… nieprzyjemności, które on mówił o panu Korczyń-

skim?

Słyszał, że stryj nazywał ją panią, i w ten sam sposób mówić do niej zaczął. Stryj lepiej

od niego wiedział, jak mówić i z każdym obchodzić się trzeba, bo przez lat parę codziennie

prawie bywał we dworze. Ale Anzelm niespokojny się stawał. Raz w raz poprawiał czapkę

i na słońce mrużącymi się oczami spoglądał. Stało ono u skłonu nieba, w bliskiej już od

ciemnego boru odległości; niewiele więcej nad godzinę do zachodu zostawało…

— Janek!

Spod baraniej czapki blade oczy z niepokojem wznosił ku twarzy synowca.

— Czy my już dziś nie pójdziem do Jana i Cecylii?

Jan zmieszał się także.

— Może nie pójdziem… co tam, że jeden dzień opuścim!…

Stary głowę pochylił.

— Źle! Żle będzie — szepnął — jeżeli do jesiennej pory krzyża nie skończym…

— Czy pani była w parowie Jana i Cecylii ? — zapytał Jan Justynę.

Przypominała sobie. Zdawało jej się, że coś o miejscu nazwę tę noszącym słyszała, ale

nie była tam, nie, najpewniej nie była tam nigdy.

— A pewno, pewno… co państwa takie rzeczy obchodzić mogą! — rzekł Anzelm.

Justyna wstała. Znać pierwszą jej myślą było pożegnać tych ludzi i odejść. Ale rysy jej

Młodość, Serce

wyprężyły się, zesztywniały i twarz przybrała w mgnieniu oka pozór daleko starszej, niż

była istotnie. Tak z nią stawało się zawsze, gdy uczuwała silne dotknięcie jakiejś wielkiej

nudy czy żałości. Łatwo można było odgadnąć, że pomimo zdrowia i siły, które z niej

całej uderzały, należała do organizacji, które rychło głodnymi sercami swymi młodość

swoją pożerają. Nie chciała stąd iść ani tam wracać. Co ona tam będzie robić? Znowu

sztywnie siedzieć obok wystrojonej i szczebiocącej narzeczonej hrabiego, znowu patrzeć

na poniewierkę siwych włosów ojca, znowu spotykać podejrzliwe spojrzenie pani An-

drzejowej lub łzą oszklone oczy Klotyldy, znowu przy każdym zbliżeniu tego człowieka,

którego kiedyś pragnęła jak szczęścia, drżeć przed nim, przed nimi, przed trucizną wła-

snego wzruszenia! Po co tam ona? komu potrzebna? Kto jej powrotu tam pragnie? A jeśli

Nad Niemnem



pragnie ktokolwiek, o! po tysiąc razy bodajby to pragnienie we wstręt się zmieniło! A tu?

cicho, bezpiecznie i tak świeżo, jakby dla niej, rodzącej się na nowo, rodził się jakiś świat

nowy.

Wzrokiem przechodząc ze zmęczonej i cierpiącej twarzy Anzelma ku pochylonej

w nagłym zamyśleniu głowie Jana, z prośbą wymówiła:

— Weźcie mnie z sobą!

Anzelm uważnie i ciekawie na nią popatrzył.

— A dla ja… jakiej przy… przyczyny? — zapytał jąkając się, jak zwykle bywało, gdy

był zdziwiony albo wzruszony.

Zaraz jednak potwierdzająco głową skinął i czapkę prawie zupełnie nad głową pod-

niósł.

— Owszem, owszem — uprzejmie zaprosił.

Szlakiem wzdłuż ogrodu przez koła wyżłobionym i białą dzięcieliną usianym wyszli na

Wieś

nieszeroką drogę, która okolicę z polem rozdzielała. Długi dzień letni zbliżał się do swe-

go końca, w cichej i świetnej glorii pogody. Na całej przestrzeni niebieskiego sklepienia

ani jednej chmurki, ani nawet jednego obłoczka nie było. Szafirowe w środku, bladło

ono u skłonów, na zachodzie świecąc ogromną tarczą słoneczną, samotnie ku ciemnemu

borowi płynącą. Długo rozciągnięta i wraz z brzegiem rzeki w półkole nieco zginająca się

okolica stała cała w złotawej mgle utworzonej z lekkiej kurzawy, na wskroś promieniami

słońca przepojonej. Z dala można by mniemać, że był to tylko gęsty pas roślinności, ale

Dom, Drzewo

co kilkanaście lub co kilkadziesiąt kroków ukazywały się wśród tej zielonej powodzi co-

raz inne ludzkie siedliska. Były to szare, niskie i słomą pokryte domy, w pobliżu domów

stojące świrny z wystającymi i na kilku słupkach opartymi dachami, stodoły, stajnie,

obory, podwórka i sady. Niewysokie albo i całkiem niskie płoty z desek, kołków lub

wzdłuż umieszczanych żerdzi nierozwikłaną dla oka plątaniną rozdzielały pomiędzy sobą

te zagrody, które nie stały w szeregu prosto wytkniętym, ale wypadkiem jakby rozsypane

cofały się w głąb lub wysuwały naprzód, czasem znacznymi przestrzeniami osamotnione,

a czasem jedne zza drugich do połowy zaledwie wysunięte i wzajem na siebie następować

się zdające; czasem zepchnięte aż na skraj wysokiej, ku rzece staczającej się góry, czasem

krańcami ogrodów i tyłami stodół dosięgające przypolnej drogi. O wielkiej dawności tych

siedlisk opowiadała wielka starość otaczających je drzew. Jedne z domów tonęły prawie

w rozłożystych i srebro przelewających topolach, zza innych ciemne lipy wznosiły wy-

soko poważne swe wierzchołki; tu płaczące brzozy kładły na ściany i okna swe wiotkie

gałęzie, ówdzie popielate wierzby wykrzywiały we wsze strony mnóstwo swych węzło-

watych i powyszczerbianych pni albo przysadzisto po ogrodach rozsadały się odwieczne

grusze, albo najrzadsze i najwynioślejsze wyrastały na dziedzińcach słupiaste jawory. Ni-

żej, młodsze od owych prastarych towarzyszy i stróży wsi, wiśniowe i śliwowe gaje nęciły

wzrok głębokim cieniem swych bujnie rozrosłych wierzchołków i pozłacaną przez ru-

chome promienie słońca trawą swych podścielisk. Niżej jeszcze, tuż przy płotach albo

Ogród

pod ścianami świrnów i stodół, pełno było niskich leszczyn, zdziczałych malin i gęsto

splątanych wiklin, wonnej piłowiei, krzaczastego żywokostu i brudnożółtych blekotów,

zmieszanych ze śnieżnymi powojami lulku i kolczastymi kwiatami ostów. Tej dzikiej za-

rośli spod płotów i ścian wypleniać nikt tu znać nie miał czasu albo chęci, ale w zamian

ogrody płynęły istotnym chaosem zmieszanych z sobą uprawnych roślin. Wszędzie tu

nad zielenią niskich warzyw delikatnym lasem powiewały cienkie kminy i lebiody, maki

różowo i biało kwitły, gęstą ścianą stały wysokie konopie, na wysmukłe tyki fasola rzu-

cała zielone girlandy. U końca ogrodów, tuż przy domach, na większych lub mniejszych

grzędach mieniły się mnóstwem jaskrawych i łagodniejszych barw zmieszane, zwikłane,

wzajem głuszące się i jedne nad drugimi bujające gaszty, wieczorniki, malwy, nagietki,

żółte gwoździki, wysokie kiciaste rezedy, krzaczyste boże drzewka, pomarańczowe na-

sturcje, różowe grochy pachnące.

Wszystko to związane z sobą było podwójną siecią płotów i ścieżek. Te ostatnie w nie-

zliczonych skrętach biegły od domu do domu, przerzynały ogrody, przeskakiwały płoty,

prześlizgiwały się pod ścianami, urywały się, znikały i z gęstej zieleni wypływały znowu,

Nad Niemnem



przed myśl i wyobraźnię przywodząc jakieś tłumne, spójne, gromadne życie. Jak obra-

zek za obrazkiem, zagrody te ukazywały się jedna za drugą, z daleka i z bliska, samotne

lub ściśle jedna ku drugiej przysunięte, podobne do siebie, a przecież rozmiarami swych

domów, gatunkami drzew i przemagającymi barwami roślin ze sobą różne. Wspólne tło

błękitu i zieleni, wśród którego rozsiane były, czyniło z nich jeden obraz rozległy i bijący

w otaczające powietrze stugłośnym rozgwarem.

Justyna szeroko otwartymi oczami dokoła siebie patrzała. Znajdowała się teraz w sa-

mym niejako wnętrzu okolicy, spajającymi ją dróżkami i ścieżkami postępując. Kilka-

dziesiąt domów, które okrążała albo przez których dziedzińce i ogrody przechodziła, za-

mieszkiwało kilkaset istot ludzkich, które wszystkie u końca tego dnia pogody i pracy

wysypywały się na zewnątrz. Mnóstwo kraciastych spódnic i kolorowych kaanów ko-

Kobieta, Praca, Wieś

biecych migotało wszędzie… Na dziedzińcach, wśród ogromnego gdakania kur, kobiety

cienkimi głosami do nocnych siedlisk zwoływały domowe ptastwo. Inne siedziały na za-

gonach pieląc warzywo, inne jeszcze szły z wiadrami wody na ramionach albo w wielkich

fartuchach niosły dzikie zielsko, albo przed domami myły domowe statki, albo po grzę-

dach rwały do koszów liście sałaty, lebiody, buraków. Jednokonne i dwukonne pługi, na

Mężczyzna, Praca, Wieś

szeroko rozkraczonych włokach⁹⁰ położone, wracały z pola, a idący za nimi mężczyźni, starzy i młodzi, w kapotach i surdutach, w wysokich butach i bosi, w czapkach ma-

łych i zgrabnych albo wielkich i kosmatych, pokrzykiwali na konie, z daleka zamieniając

się urywkami rozmów; z łąk albo od łanów pastewnych roślin powracający pobłyskiwa-

li kosami albo wznosili w powietrze zębiaste profile grabi. We wnętrzu domów huczały

obracane żarna i stukały krosna. Na każdej drodze, za każdym płotem ożywał się tę-

tent koni, które chłopcy wyprowadzali na nocną paszę. Jedne z nich biegły luzem, na

innych jechały bose niedorostki, w płóciennych ubraniach i z rozweselonymi twarzami

pod zsuniętymi na tył głowy daszkami starych czapek. Na każdym dziedzińcu szczekał

Dziecko, Zwierzęta

lub bawiąc się z dziećmi wesoło skomlił jakiś Mucyk, Żuczek, Sargas, Wilczek, których

imiona, głośno przez dzieci wykrzykiwane, rozlegały się daleko. Pod gęstymi warzywami

śmigały bure i czarne koty; butne koguty z płotów i gałęzi rzucały światu przeciągłe do-

branoc; stada kaczek powracających z rzeki wylatywały zza góry i z krzykiem padały na

trawy. W wiśniowych gajach dziewczęta podskakiwały ku okrytym jagodami gałęziom,

Kobieta, Wieś, Młodość,

Starość

a w pobliżu tych miejsc cienistych niejeden pług zatrzymywał się na chwilę i niejedna

koza z brzękiem wikłała się wśród gałęzi, gdy jej właściciel pochylał głowę — nie wia-

domo, czy ku zerwanej wiśni, czy ku uchu dziewczyny rumieniącemu się pod wetkniętą

we włosy nagietką. Czasem pod ścianą domu kilka podstarzałych kobiet siedziało na dłu-

giej ławie gwarząc spokojnie, z bezczynnie na kolana opuszczonymi rękami. Czasem na

Mężczyzna, Wieś, Młodość,

Starość

koniu, prowadzonym do kuźni, przesunęła się postać młodzieńcza, tak wysmukła i zgrab-

na, jakby przez natchnionego snycerza wykuta, z doskonale pięknymi liniami ogorzałego

i przez słońce pozłoconego profilu. Czasem siwowłosy starzec powoli przeszedł pod sze-

regiem wysokich lip. Lecz w ogólności był to rój ludzki do roju pszczół podobny, ciężki

Lud

i własnoręcznie pracujący, w grubej odzieży, z grubymi rękami, z ciemną ogorzałością

na twarzach i z potem na czołach — nie ponury jednak, owszem, tu i ówdzie rzucający

w powietrze wybuchy śmiechów kobiecych, młodzieńczych, dziecinnych. Pieśni zaczy-

nane i przerywane pracą wzbijały się jedną lub kilku nutami i milknąc tu, odzywały się

ówdzie, to bliżej, to dalej, to skoczne, to tęskne, aż pojedynczy męski głos jakiś prze-

trwał wszystkie inne i rozgłośnie na dziedzińce, ogrody i aż na pola rzucił strofę tej samej

pieśni, którą niedawno wygwizdywał idący za pługiem Jan…

Przy drodze, przy drodze jawor rozkwitnąwszy,

Gdzie pojedziesz, mój Jasieńku, konia osiodławszy…

Może śpiewałby dalej, ale około najbliższego domu powstał krzyk zmieszany z la-

mentem i śmiechem. Na drodze ściśniętej pomiędzy płotami dwóch zagród ukazała się

Opieka, Szaleństwo

para ludzi, z których jeden był małym, przygarbionym starcem, w płóciennej, aż do stóp

zapiętej kapocie, a drugą — wysoka, pleczysta dziewczyna w różowym kaanie i z kasz-

⁹⁰

a (a.

a) — dwa skrzyżowane kije, na których po skończonej orce ciągnie się pług z pola do domu; por. czasowniki: włóczyć, wlec.

Nad Niemnem



tanowatymi włosami. Śnieżnie biała kapota nie była bielsza od włosów staruszka, z rzad-

ka rozsianych po żółtej jego czaszce, a twarz jego bezzębna, malutka od ściągających ją

zmarszczek, okryta była w tej chwili wyrazem nieprzytomnego przerażenia, które ob-

jawiało się także w widocznym drżeniu rąk jego i całej szczupłej, zwiędłej postaci. Nie

mógłby był pewnie ustać na plączących się i podrygujących nogach, gdyby go wielka

i silna dziewczyna wpół nie obejmowała, twarz swą ku twarzy jego pochylając i czasem

łagodnie, a czasem z wybuchającą energią przemawiając:

— Niech dziadunio uspokoi się! Niech dziadunio do chaty powraca! Pacenko nie

przyjechał! Pacenki nigdzie nie ma. On już po babulkę nie przyjedzie! On już umarł

i babulka umarła! Proszę nie dziwaczyć i do chaty wracać!

Ale stary prostował się z całej siły i na perswazje dziewczyny nie zważając, dygocącym

głosem bełkotał i wykrzykiwał:

— Pójdę! Znajdę! Zabiję zwodnika! Babulki nie dam. Gdzie on jest? Chodźmy, Ja-

dwiśku, szukać! Prędzej chodźmy!

Dziewczyna podtrzymując wciąż jego chwiejącą się postać powtarzała:

— Pacenki nie ma! Pacenko umarł i nigdy już nie przyjedzie! To tylko te złe chłopcy

Ładysiowe dziadunia tak straszą.

Ale stary rwał się naprzód i swoje powtarzał, a coraz więcej trząsł się i zwiędłą ręką

w powietrzu wygrażać zaczynał. Za nim dwaj chłopcy, bosi, gołogłowi, z minami wiejskich

urwisów, wyskakiwali śmiejąc się głośno i powtarzając:

— Pacenko przyjechał! Pacenko przyjechał i dziadulkowi babulkę odbierze!

Dziewczyna głowę swą, zjeżoną gęstwiną kasztanowatych włosów, podniosła, a z sza-

firowych jej oczu na pełne i rozognione policzki ciekły łzy…

— Co ja pocznę! — lamentowała — straszą i straszą, a ten idzie i idzie… Znowu

narazi się na klepkowanie ludzkie albo upadnie i stłucze się tak, jak wtedy…

Jan do Justyny szepnął:

— Stary zawsze tak wariuje, jak tylko kto mu powie, że Pacenko przyjechał… To ten

Pacenko, co mu kiedyś żonkę zwiódł i w świat powiózł.

Ale Anzelm przyśpieszył kroku i przed starcem stanąwszy powolnym swym głosem

zapytał:

— A gdzie to pan Jakub idzie?

Małe oczy starca spod czerwonych i nabrzmiałych powiek wzniosły się ku jego twarzy.

Pamięć, Starość

— A… a… a… zdaje się… pan Szymon?

— Ja, Szymon, ale gdzie to pan Jakub idzie?

— Szymon — objaśnił Jan Justynę — to był mój dziadunio, stryja i ojca ociec.

Jakub żyjących ludzi nie rozpoznaje, tylko ich wszystkich za pomarłych ojców i dziadów

przyjmuje… tak samo zupełnie, jak żeby śród nieboszczyków żył…

— Pacenko przyjechał! — prędko mrugając powiekami i głosem skarżącego się dziec-

ka powtarzał starzec.

Anzelm wyprostował się i stanowczym głosem przemówił:

— Pacenko nie przyjechał i nigdy nie przyjedzie, bo już na tym świecie wcale go nie

ma.

Bezbarwne i bezzębne usta starca otworzyły się szeroko, ale drżeć i naprzód wyrywać

się przestał.

— Nie przyjechał? Pan Szymon mówi, że nie przyjechał!… To te chłopcy znów mnie

zwiedli. Przybiegli i krzyczą: „Przyjechał!” Ale czy na pewno nie przyjechał?

— Nie przyjechał! — powtórzył Anzelm.

— Czy słowo uczciwości? — z niepokojem jeszcze pytał.

Anzelm z uroczystością w głosie odpowiedział:

— Słowo uczciwości!

Starzec uspokoił się zupełnie, dziewczyna wielką, czerwoną rękę do Anzelma wycią-

gnęła.

— Dziękuję — rzekła — bardzo dziękuję. On zawsze panu Anzelmu wierzy; kilku

takich ludzi jest w okolicy, którym zawsze uwierzy… Dziaduniu — znowu nad star-

cem schylając się dodała — proszę do chaty wracać… Mleczko dziś na wieczerzę będzie

i pierożki z wiśniami zrobię…

Nad Niemnem



Chciała zawrócić go ku bramie zagrody, ale on uśmiechał się i z widoczną fantazją

wyprostować się usiłował.

— A… a… pan Szymon gdzie idzie?

— Do Jana i Cecylii — odpowiedział zapytany.

Jakby nagle blask słoneczny oświecił wyłysiałe czoło i wygładził zmarszczki starca.

Uśmiech jego stał się szeroki, błogi, oczy usiłowały spojrzeć w górę, wskazujący palec,

cienki i żółty, wzniósł do wysokości swej głowy i drżącym trochę, ale podniesionym

głosem mówić zaczął:

— Jan i Cecylia! Aha! Jan i Cecylia! Było to w starych czasach, w sto lat albo może

jeszcze i mniej po tym, jak litewski naród przyjął chrześcijańską wiarę⁹¹, kiedy w te strony przyszła para ludzi…

Mówiłby pewno dłużej, ale Jadwiga ręce wzdłuż spódnicy opuszczając, z szerokim

uśmiechem przed Anzelmem dygnęła.

— Może panowie będą łaskawi, przy bliskości do chaty naszej zajść…

Szafirowe jej oczy parę razy z ukosa ku Janowi zerknęły.

— Subiekcji⁹² czynić nie chcemy — odpowiedział Anzelm.

Ona dygnęła znowu.

— O subiekcję bynajmniej… proszę, bardzo proszę, dziadunio kontent⁹³ będzie…

Ale Anzelmowi pilno było do celu wycieczki. Z grzecznym ukłonem i czapkę wysoko

nad głową podnosząc, odszedł. Jadwiga posmutniała, dziadka wpół objęła i ze schylony-

mi nad nim szerokimi plecami, ze spadającą na nie roztarganą kosą, wprowadziła go do

zagrody, której dom, stary, ale z gankiem i czterema oknami, zaledwie był widzialnym

zza gęstwiny srebrnych topoli.

Anzelm powolnym ruchem zwrócił się do Jana, który z kilku stolarskimi narzędziami

w ręku z dala i biernie na tę scenę patrzał.

— Poszedłbyś i dopomógł Jadwiśce dziadunia uspokoić…

Chłopak wydął nieco usta, spojrzał na dach najbliższego budynku, chrząknął i odpo-

wiedział:

— Już uspokojony!

W tej chwili bardzo blisko zagrody starego Jakuba i jego wnuczki na sporym po-

dwórku rozpoczynała się gwarna rozprawa pomiędzy kilku ludźmi, którzy stali ściśnięci

w ciasną gromadkę i spomiędzy których wybijał się donośnie zapalczywy głos Fabiana.

Prędko znać przebiegł okolicę i naprędce kilku sąsiadów pochwyciwszy, ze wspólnego

procesu i tylko co odbytej podróży do miasta sprawę im zdawał. Słychać tam było wy-

krzyki jego:

— Bóg mnie ubij na duszy i ciele!

A drugi raz:

— Niech mnie mizerne ciało opuści, jeżeli mu nie pokażę, skąd kozy gonią!

Parę pługów i bron z niewyprzężonymi końmi stało u wrót podwórka. Właściciele

Chłop, Szlachcic, Wieś,

Własność

ich słuchali wymownego sąsiada w zaciekawionych i niespokojnych postawach. Niektó-

rzy odzywali się czasem z zapytaniem jakimś lub powątpiewaniem, ale jeden, wysoki

i poważnie wyglądający w swej siwej, baraniej czapce, chudą twarz na dłoni opierał i spod

czarnego wąsa ciągle, monotonnie, potwierdzająco powtarzał:

— A jakże! A pewno! Żeby nie! A ma się rozumieć!

Inny, bardzo znać ubogi, bosy i w siermiędze, z szerokim, pięknym czołem i bujną,

płową czupryną, ale z chłopska zarywającą mową, co moment jękliwie wymawiał:

— Oj, biedne my, panoczku, biedne bez tego wygonu! Oj, a ⁹⁴ to prawda była, panoczku, że my jego wygramy!

Trzeci, młody i przystojny, ze starannie uczesaną bródką i zawadiacko zakręconymi

wąsami, pokrzykiwał:

— I koniec, i kwita! Wygon powinien do powszechności naszej należeć i koniec,

i kwita!

⁹¹ a i e

i na d

e

a

ia — tj. w  r.

⁹²

ie a (daw.) — kłopot.

⁹³ n en — zadowolony.

⁹⁴ a (białorus.) — żeby.

Nad Niemnem



— Od Adama i Ewy do nas przynależał — wzbił się znowu nad wszystkie inne i po-

pędliwie zagadał głos Fabiana.

Anzelm kroku przyśpieszał. Z ruchów jego widać było, że trwożnie boczył się od

wszelkich gwarów i swarów. Na hałasującą gromadkę prawie lękliwe rzucał spojrzenia.

Prędko przesunął się pod ścianą jakiegoś świrna.

— Wygon nie był nigdy nasz i święcie do pana Korczyńskiego przynależy — zaczął

z cicha — ale oni na każdą garść ziemi aż mrą z chciwości…

Czapkę na czole przesunął, głową potrząsał.

— Chociaż względem niektórych — dodał — to powiedzieć można, że na ziemię

przymierają dlatego właśnie, że jej tak jak prawie wcale nie mają… Między nami wszelako

bywa: jednym gody, drugim głody…

Przechodzili teraz około malutkiej chatki, bez komina, bez ganku, bez płotu, z pię-

Bieda, Bogactwo, Chleb,

Chłop, Ziemia

dzią ogrodu, na którym rosło mizerne warzywo, i z jednym tylko ogromnym dębem,

który litościwie jakby zarzucał na nią szerokolistne gałęzie. Zaduch, brud, nędza tchnę-

ły z otwartej sionki, w której ciemnawym wnętrzu pokwikiwało prosię i blada kobieta

siedząc na ziemi skrobała kartofle.

— To jest Ładysiowa, czyli Władysławowa chata, tego samego Ładysia, co tam stał

z Fabianem i z chłopska mówił; z chłopką ożeniony, czworo dzieci ma i pewno nie więcej

jak półtora morga gruntu. Wszelako — powtórzył — między nami bywa…

Istotnie, każdy mógł łatwo poznać, że rozmaicie pomiędzy nimi bywało. Takich chatek

Drzewo, Natura, Poezja,

Wieś

nędznych i nagich jak Ładysiowa znajdowało się niewiele, ale i pomiędzy zamożniejszymi

znać było różnice dostatku i pomyślności. Znać było, że ziemia, ta jedyna podstawa, na

której stały te zagrody, ulegała tu licznym i nierównym działom, że od dawna, może od

wieków, pokolenia i rodziny kroiły pomiędzy sobą ten chleb dla nich święty i najdroższy:

że w tę przepaść zieleni i kwiatów spływała obfita rosa nie tylko potu, ale i łez. Tylko

drzewa odwieczne szerokimi swymi gałęźmi otulały zarówno dostatek i nędzę, a przyroda,

miłosierna czy obojętna, zarzucała na wszystko welon rajskiej poezji.

Nagle Anzelm opuścił okolicę i z drogi, która w tym miejscu szybko w dół spa-

Rzeka

dać zaczęła, skręcił w stronę, w której płynął niewidzialny stąd jeszcze Niemen. Było to

tak, jakby z powierzchni ziemi oblanej światłem i ciepłem słonecznym weszli w ocieniony

i chłodny korytarz. Roztworzył się przed nimi parów tak długi, że końca jego najbystrzej-

Rośliny

sze oko dosięgnąć nie mogło, a tak głęboki, że dwie jego ściany podnosiły się nad nim jak

wysokie góry. Zrazu ściany te miały pozór nagich, piaszczystych skał, przez niewiadome

siły przyrody pogiętych w niezliczone garby i jamy, śród których gdzieniegdzie wyrastał

krzak jałowcu albo cienka sośninka pochylała się nad przepaścią. Powoli przecież żółte

ich tło usiewać zaczynała roślinność coraz obfitsza, aż wybuchały one morzem zieloności

wszelkich odcieni, usianej kwiatami wszelkich barw. Jak okiem sięgnąć, naprzód i ku

górze, po stromych spadzistościach i łagodnych stokach rosły tam olszynowe i brzozo-

we gaje, jasne i przezroczyste nad nieprzeniknioną gęstwiną berberysów, ożyn⁹⁵, dzikich porzeczek, kwitnących głogów, wilczyn osypanych purpurowymi gronami jagód, kaliny śnieżnymi kwiatami jak wielkimi płatami śniegu bielejącej, które za podścielisko swe

miały całe lasy krzaczystej lucerny, ogromnych pokrzyw, ostrą woń wyziewających pio-

łunów, wysokich i gwiaździstych rumianków i słoneczników polnych, dzikiego chmielu

plączącego się z mnóstwem nierozwikłanych i nigdzie, zda się, początku ani końca nie

mających wiklin. Wszystko to ze stron obu i z wielkiej wysokości ogromną i w różne

kształty wzdymającą się falą spadało aż ku dołowi. U samego szczytu światło słonecz-

ne przeciągało po tej gęstwinie szeroki pas złoty, w którym delikatne olchy zdawały się

drżeć z rozkoszy i biała kora srebrniała na brzozach. Ale niżej słoneczny ten pas bladł

i przygasał, aż znikał zupełnie, a w głębie parowu zsuwały się stopniowo chłodne i wil-

gocią napojone cienie. W głębi, na dnie, sunął kręty, puszysty szlak łąki. On to zdradzał

tajemnicę przyrody i wieków; opowiadał, że tym czymś nieznanym i dawnym, co w tym

miejscu ziemię na tę ogromną szczelinę rozłamało, było gwałtowne ramię wielkiej rzeki.

Kiedyś, kiedyś uderzyło ono o ląd i przedarło w nim sobie łożysko, którego wody znik-

nęły od dawna, ale które dotąd jeszcze wilgocią przejęte zabarwiało tę łąkę zielonością

wiecznie majową i bajeczny nieledwie rozrost dawało roślinnym tłumom wyściełającym

⁹⁵

na — jeżyna.

Nad Niemnem



te wysokie góry. Jednak łagodne i wdzięczne zakręty łąki zwężały się coraz, aż ustąpiły

miejsca wąskiej rozpadlinie, a ścieżki w głąb parowu prowadzące zaczęły piąć się po sto-

kach gór, to nagie, skaliste, ostrymi rozpęknięciami poprzerywane i kolczystą wikliną

zjeżone, to zielone i tajemniczo pod sklepieniami liściastej zarośli przepadające. W roz-

padlinie czuć było zbliżanie się do miejsc mokrych i żywymi wodami przejętych. Leżały

tam wielkie, wilgotną pleśnią obrosłe kamienie, błękitnymi kępami kwitły niezapominaj-

ki, szeroko rozpościerała się leszczyna, a pod miękką pościelą, którą tworzyły trójzębne

łotocie⁹⁶ i okrągły podbiał, toczył się cichy, ledwie słyszalny szmer. Wtem coś zawarcza-

ło i zadzwoniło na kształt gotującego się kipiątku⁹⁷. Była to krynica, której kryształowa szyba przebłyskiwała pod sklepistym pokryciem leszczyny i cienką nić strumienia rzucała

pomiędzy gęste łotocie i czerwonawe kamienie. W gęstwinę leszczyn uplątane, wyso-

ko tam kwitły błękitne cykorie, śniegiem bielały puszyste kity kotuszników, krzaczysty,

liliowy dzięgiel⁹⁸ z groniastych koron swych rozlewał mocną woń heliotropu. I jakby Cisza, Natura, Ptak, Woda

w tym miejscu natura prawo głosu dawała tylko srebrnej strunie wodnej, cisza panowała

tu nieskazitelna. Ptaki mieszkały u szczytów tych ścian wysokich, wśród jasnych olszyn

i brzóz, ale w tej głębi nie było ich prawie. Krynica warczała, strumień dzwonił i cza-

sem w berberysowym czy wilczynowym krzaku dało się słyszeć unięcie skrzydeł lub od

strumienia przeleciał rzeźwy powiew i z cichym szelestem strącił z głogowej gałęzi liście

dzikiej róży.

Justyna pomiędzy leszczyną stanęła i naprzód pochylona patrzała przez chwilę na uto-

pioną w liściach i kwiatach krynicę. Za nią przystanął Anzelm i z brodą opartą na dłoni

przesuwał wzrok dokoła. Cierpiące jego oczy były teraz bardzo pogodne, z żartobliwym

uśmiechem wymówił z wolna:

Luby wietrzyk trawę pieści,

Strumyk mruczy, liść szeleści…

Było to niewyraźne echo, przynoszące mu z odległej młodości urywek na wpół za-

pomnianego wiersza. Zaraz przecież zaczął iść dalej, a raczej wspinać się na górę, po

Młodość, Starość, Opieka

naturalnie wyżłobionych, korzeniami drzew i wrosłymi w ziemię kamieniami najeżo-

nych wschodach. Szedł powoli, z przygarbionymi plecami i z widoczną trudnością, ale

Jan, torując sobie drogę wśród gęstych krzewów, dopomagał mu do przebycia miejsc

najtrudniejszych. Dla wejścia na stromą górę nie potrzebował on wschodów. Wysoka

i kształtna jego postać kołysała się w obie strony, jakby w wesołym i triumfującym po-

czuciu swej siły. Czasem znikał zupełnie w wysokiej zarośli lub ukazywała się z niej tylko

głowa jego małą czapką ocieniona i ramię w białym rękawie, troskliwie wyciągające się

ku staremu. W pamięci Justyny błysnęło wspomnienie. Widziała już tych dwóch ludzi

w ten sam sposób wstępujących na wysoki brzeg Niemna; wtedy jeden z nich przystawał

czasem i twarzą zwracał się ku otwartemu oknu, w którym ona stała. Ale to przypomnie-

nie błyskawicą tylko przemknęło jej przez głowę; zatrzymała się i z ciekawością patrzała

dokoła siebie.

Znajdowali się w miejscu o kilka stóp zaledwie oddalonym od szczytu góry, na ła-

godnym skłonie, który tworzył małą, nieco spadzistą równinę. Trzeba było tylko trochę

wzrok podnieść, aby zobaczyć ruchomą ędzlę zboża rosnącego nad samym brzegiem pa-

rowu. U końca cienistej i w nierówne wschody powyszczerbianej alei, którą wspięli się aż

tutaj, leżał olbrzymi kamień, pełen wgłębień i wypukłości, za siedzenia służyć mogących,

miejscami siwym i brunatnym mchem obrosły, a miejscami zwieńczony gibkimi gałęź-

mi ożyn i rozchodników. Kilka cienkich sosen z szerokimi u góry koronami i rozłożysta

grusza z gęstwiną drobnych liści wyrastały tam z ziemi okrytej rzadką trawą i osypanej

igłami sosen. Pod sosnami i gruszą coś czerwieniało, błękitniało i bielało: trzeba było

Grób

wejść pomiędzy drzewa, aby rozpoznać, że to grobowiec.

Był to grobowiec bardzo prosty i ubogi, ale takiego kształtu i w taki sposób przy-

ozdobiony, że aby móc podobny mu zobaczyć, trzeba by cofnąć się wstecz o kilka wieków.

⁹⁶

(białorus.) — kaczeniec.

⁹⁷ i i e — wrzątek; por. czas. kipieć.

⁹⁸ i ie — roślina z rodziny selerowatych, kwiaty w kulistych baldachach mają kolor biały, u niektórych odmian czerwonawy; wyróżnia się mocnym, charakterystycznym zapachem.

Nad Niemnem



Składał się on z sześciokątnego, grubego u podstaw a zwężającego się ku szczytowi krzyża,

na którego czerwonym tle bielała postać Chrystusa, a którego boki okryte były różno-

barwnymi godłami i figurami. Były tam białym pokostem powleczone i ściśle do krzyża

przylegające trupie głowy i różne narzędzia Chrystusowej męki, płaskie popiersie Marii

z tkwiącymi w nim siedmioma pozłacanymi niegdyś i w kształt miecza wyrzeźbionymi

strzałami, wsparte na rękach i w zamyśleniu na podstawach z drzewa lub gliny siedzące

wypukłe figury świętych. Z chudości tych figur, ze szkieletowej długości ich członków,

z okaleczeń, którymi czas zatarł rysy ich twarzy, poznać można było smak i robotę od-

ległych czasów. Krzyż był tak spróchniały, że rychłym upadkiem groził, ale rozpięta na

nim postać Chrystusa i boki jego okrywające figurę, przez czas okaleczone, ze spłowiały-

mi barwami i pozłotami, zachowywały niezmącenie główne zarysy swe i cechy. Osłaniał

je i od zupełnego zniszczenia chronił rozpięty u szczytu gontowy daszek. Na szerokiej

podstawie krzyża bielał wyraźny jeszcze, choć miejscami zacierający się już napis:

JAN I CECYLIA, ROK 

memen m i ⁹⁹

Tylko nazwiska nie było tam żadnego. Z bezimiennego tego grobowca, osłoniętego

przed światem ścianą nadniemeńskiego parowu, przeszło trzy wieki patrzały na przepaść

zieloną z warczącą w głębi krynicą, na olbrzymi i cały w mchach swych i wiankach le-

żący kamień, na wielki trójkąt Niemna, odsłonięty tu przez wyginające się w tył ściany

przepaści i stojący w tej cichej pogodzie szybą błękitu i srebra. Za nieruchomą, zda się,

rzeką wielka, samotna tarcza słoneczna wisiała nad samym już szczytem boru i tak go

światłem swym przenikała, że żółte pnie sosen wyraźnie oddzielały się wzajem od siebie

pod ciemnym pokryciem koron stojąc nieprzejrzanymi szeregami.

Teraz ciszę tu panującą przerywać począł monotonny szmer hebla, przesuwającego się

Dziedzictwo, Pamięć

po leżącej na ziemi i do połowy już obrobionej kłodzie drzewa. Anzelm wielką czapkę

swą zdjął przed grobowcem, ale wnet znowu głowę nakrył i w milczeniu, z nasępiony-

mi brwiami, pogrążył się w swej robocie. Powoli i jakby automatycznie, nieprzerwanie

przecież, długa i blada jego ręka przesuwała narzędzie po powierzchni drzewa. Krzyż

próchniejący, który pierwsze jesienne wiatry obalić mogły, musiał być zastąpiony przez

inny. Kilkadziesiąt lat temu taką samą robotę spełnił zgrzybiały dziś i na wpół obłąkany

Jakub. Teraz jemu przypadło w udziale stróżować nad tą pamiątką, drogą zapewne licz-

nym pokoleniom, skoro z nich każde znalazło wśród siebie kogoś, kto jej z powierzchni

ziemi zniknąć nie pozwolił. Nowy krzyż okryją stare godła, krótki napis wyraźniej za-

bieleje na czerwonej podstawie grobowca i wszystko tu znowu będzie tak samo, jak było

przed trzema przeszło wiekami, jak było w tej porze dalekiej, gdy dwoje jakichś ludzi

o nieznanych nazwiskach i dziejach złożono w jednej mogile.

Justyna wpatrywała się w stary grobowiec i w pamięci jej uparcie powtarzać się zaczęła

Grób, Miłość, Miłość

silniejsza niż śmierć, Pamięć

strofa pieśni, którą niedawno uniesiona wspomnieniem wydeklamowała przed nią Marta:

A gdy kto przyjdzie albo przyjedzie

Pomyśli sobie:

Złączona para, złączona para

Leży w tym grobie!

Jan i Cecylia! Czy kochali się oni? Czy świat ich rozłączał, a połączyła mogiła? Jak

żyli? I dlaczego, gdy umarli, tak na długo, na wieki, pozostali w sercach i pamięci ludzi?

O parę kroków od niej na obalonym pniu sosny siedział Jan i uśmiechał się wpół

filuternie, wpół tajemniczo.

— Stryj wie wszystko — zaczął — i bardzo lubi historię tę opowiadać. Trzeba go

tylko pięknie poprosić… opowie.

Istotnie, po Anzelmie widać było, że walczyć zaczynał z ogarniającą go chęcią mówie-

nia o czymś, co go do milczenia raczej skłaniało. Zatrzymał raz hebel pośrodku kłody,

spojrzał na Justynę i z cicha rzekł:

⁹⁹ memen m i (łac.) — pamiętaj o śmierci.

Nad Niemnem



— Na co? Dla jakiej przyczyny?

Po chwili jednak znowu podniósł oczy i dłużej popatrzał na zbladłą nieco i smut-

ną w tej chwili twarz młodej kobiety. Czarowne marzenia grobowiec ten budzić musiał

w jej młodej głowie. Nie śmiała prosić o nic tego nieznajomego człowieka, który ze swą

pracowitą niezależnością i przeszłością pełną jakichś wielkich cierpień wydawał się jej

dziwnie poważny i surowy. Ale on prośbę wyczytał z jej oczu. Obejrzał się na słońce:

poczerwieniało i do połowy ukryło się za borem.

— Mało już dziś będzie roboty mojej! A wszystkie pustoty od młodych pochodzą!

Wymyślają, pytają się, czas bałamucą, a tu i nic tak osobliwego do gadania nie ma!

Nigdy jeszcze pod siwiejącym wąsem nie uśmiechał się tak łagodnie; mówił też wesoło

i prawie z odcieniem filuterności. Czapkę nad głową podniósł.

— Dlaczegóż nie? — dodał — jeżeli pani żąda posłyszeć tę historię, to o moją fatygę

Słowo

bynajmniej… Ja owszem… Nikt jej nie opisywał i w książkach nie drukował… Jeden

człowiek opowiadał ją drugiemu i tak ona z daleka, jak rzeka przez różne kraje, przez

przeddziadów, dziadów i ojców naszych przepłynęła aż do nas. Mnie jej nauczył stary

Jakub, gdy jeszcze boso latałem i cielęta pasłem, a jego uczył nie wiadomo kto, może

dziadek, może przeddziadek, bo w ich familii wszyscy długo żyją.

Stolarskie narzędzie położył na stronie i na jednym z wgłębień olbrzymiego kamienia

siedząc, uśmiechał się jeszcze.

— Gadaj gadkę! Bajki babom, a to, co ja powiem, nie bajka!

Wysoki zrąb kamienia, siwym mchem w tym miejscu porosły, służył za oparcie przy-

garbionym jego plecom, a na baranią czapkę i aż na ramiona opadały mu cienkie gałęzie

ożynowego krzaku.

— Było to w starych czasach, w sto lat albo może jeszcze i mniej po tem, jak li-

tewski naród przyjął świętą chrześcijańską wiarę, kiedy w te strony przyszła para ludzi.

Niewiadomego oni byli nazwiska, niewiadomej kondycji¹⁰⁰ i to tylko można było poznać i z mówienia ich, i z ubioru, że przyszli z Polszczy. Dla jakiej przyczyny porzucili

oni swój kraj rodzony i aż tu przywędrowali, zarówno niewiadomym było. Kiedy spo-

tykający ich podczas ludzie pytali ich o nazwisko, odpowiadali, że przy chrzcie świętym

nadano im imiona: Jan i Cecylia. A kiedy ktokolwiek chciał wiedzieć, dokąd i dla jakiej

przyczyny wędrują, mówili: „Szukamy puszczy!” Widać było ze wszystkiego, że bali się

jakiegoś pościgu i żądali skryć się przed ludźmi, a żyć tylko pod boskim okiem. Całej

pewności co do tego nie ma, ale takie o nich chodziły głosy, że kondycja ich była nie-

równa, bo on był ciemnej twarzy i bardzo w sobie silny, tak jak to rzadko pomiędzy

panami, a najczęściej w pospólstwie bywa, a ona, czy to szła, czy to stała, czy mówiła,

czy milczała, wydawała z siebie pańską wspaniałość i piękność. Ale jak tam było z ich

początkiem, wszystko jedno, dość że nietrudno znaleźli to, czego szukali. Cały tutejszy

kraj zalegała podtenczas nieprzebyta puszcza, w której Pan Bóg nasiał co niemiara jezior

błękitnych i łąk zielonych, a ludzie pobudowali troszkę osad, w których trudnili się sobie

różną przemyślnością. W jednych miejscach, nad jeziorami lub nad rzeczułkami, siedzieli

rybaki i bobrowniki; w inszych, tam gdzie stały lipowe lasy, pszczelniki miód i wosk pra-

cowitym zwierzątkom odbierali; niektórym król nakazał, aby dla niego hodowali sokoły,

i od tego poszło, że nazywali się sokolnikami, a inszych wolnością obdarował, aby tylko

wszelkie posyłki jemu sprawiali i dla tej przyczyny mieli oni nazwanie bojarów¹⁰¹, czyli ludzi wolnych. O uprawianie ziemi było im bynajmniej¹⁰²; ogrody mieli, ale najwięcej rzepę w nich sadzili i len w wielkiej obfitości sieli, bo owiec nie mając i wełny nie znając, odzieży płótnianej tylko używali. Zboże zaś rzadko gdzie zobaczyć można było i to przy

miastach, a w głębokiej puszczy jeszcze gdzieniegdzie nikt i nie słyszał o nim. Ale za

to byli tacy, co w dębowych lasach żyjąc, trzody świń na żołędziach hodowali i od tego

dane im było brzydkie przezwisko świniarów, i tacy, co przy łąkach mieszkając, bawoły

obłaskawiali i dla tej przyczyny nazywali się bawolniki. O pieniądzach to jeszcze gdzienie-

gdzie i nic nie wiedzieli, a jak kto chciał co sobie potrzebnego kupić, dawał skóry zdarte

z ubitych bobrów, niedźwiedzi, lisów, kun i inszych zwierząt albo troszkę miodu i wosku,

¹⁰⁰ nd a — tu: stan, pozycja społeczna, pochodzenie.

¹⁰¹ a — szlachcic litewski lub ruski.

¹⁰²

a ianie iemi

im

na mnie (gw.) — nie dbali o uprawianie roli.

Nad Niemnem



albo przyswojonego bawoła, karmną świnię i co tam zresztą kto miał. Chaty ich nazy-

wały się numy i były bardzo biedne i smrodliwe, bez pieców i kominów, bo tym leśnym

ludziom nieznajoma jeszcze była mularka¹⁰³. W Boga chrześcijańskiego niby to wszyscy już uwierzyli, a jednakowoż w głębokościach puszczy wiele jeszcze kłaniało się bałwanom

i żyło z kilkoma żonami. Jan i Cecylia wzdłuż puszczę przeszedłszy poznali różne jeziora

i łąki, zachodzili do rybaków, do bobrowników, do sokolników i do bojarów, zachodzili

takoż do świniarów i do bawolników, ale nigdzie im nie podobało się tak, jak tutaj, nad

brzegiem tego Niemna, i na tym właśnie miejscu, gdzie teraz ten pomnik stoi… Widać

zobaczyli, że tu najmniej ludzie doścignąć ich mogą, a najlepiej im będzie pod jednym

boskim okiem pozostawać. Może już tak im było przeznaczone, ażeby właśnie ten kawał

ziemi zaludnić i nasz ubogi, ale długowieczny ród ufundować.

Powolny i przyciszony głos opowiadającego brzmiał na wysokim stoku góry, mono-

Słowo

tonnością swą podobny do mruczącego u dołu strumienia. Czasem jednak zatrzymywał

się i szukał w pamięci wyrazu lub nazwy, których w życiu codziennym nie używał prawie,

ale jak słowa z pacierza, ze starej gadki wyrzucić nie mógł. Teraz z widocznym napręże-

niem rysów wiązał przez chwilę w swej głowie wątek opowiadania, bojąc się splątać go

albo część jego uronić.

— Podtenczas — zaczął znowu — nie było na tym miejscu żadnego kawałka zora-

nej ziemi ani żadnego ludzkiego plemienia. Z tej strony rzeki i z tamtej strony rzeki,

na prawo i na lewo, naprzód i w tył, rosła jedna tylko puszcza. Jan i Cecylia upatrzyli

Dom, Drzewo, Mąż, Żona

sobie właśnie to miejsce, gdzie teraz ten pomnik stoi, a gdzie podtenczas stał dąb taki

stary, co może i tysiąc lat miał wieku, bo w jego wydrążeniu bawoła skryć byłoby można,

i pod tym dębem zbudowali sobie najpierwej chatę, czyli takąż numę bez pieca i komina,

nędzną i smrodliwą. Od razu inszej zbudować nie mogli. Lepiej mówiąc, on zrąbywał

Kobieta, Mężczyzna, Praca

drzewa, oprawiał kłody i budował, a ona zbierała orzechy i dzikie jabłka, gotowała rybę,

doiła bawolicę, którą on rychło sobie obłaskawił, naprawiała odzież, a gdy wieczór przy-

szedł i on położył się pod dębem, z oszczepem i łukiem napiętym przy boku, by zawsze

od dzikiego zwierza się obronić, siadała przy jego głowie śpiewając i grając na harfie.

Z wysokiego domu pewno była, bo po anielsku grała i śpiewała, i ręce z początku miała

takie białe, by lilie¹⁰⁴. Ale krótko tego było, bo pracując ciężko, w niewygodach i niebezpieczeństwach straszliwych, prędko pociemniała na twarzy i rękach, wyrosła, zmężniała

w sobie, że podobną stała się do płowej łani, której trudności i samotności leśne najmil-

sze. Jak pierwsza matka ludzkiego rodu, miała ona podobno włosy złociste i takie długie,

że pokryć nimi mogła siebie i swoją harfę: gdy też późnym wieczorem nad senliwym

mężem śpiewała, on, choć senliwy, pieścił się z jej włosami, a potem o wschodzie słonka

zdrowy i wesół do roboty wstawał, bo siły miał wzmocnione i serce pocieszone przez nią.

Jednakowoż pomimo kochania i wszelakich jego rozkoszy nachodziły ich takie potrzeby

i strachy, że inszym ludziom i pomyśleć o nich byłoby trudno. Wszystko tu było nie tak,

Natura, Zwierzęta

jak teraz, ale okropniej i dziczej. Po puszczy chodziły stada żubrów, turów, niedźwie-

dziów, dzików i wilków, w gałęziach czaiły się drapieżne jastrzębie i krogulce, szerokimi

skrzydłami łopotały krzywodzióbe orły. Nocami wyły puszczyki i po drzewach wiesza-

ły się rysie, w ciemności oczami jak latarniami świecące. Czasem kruki i kawki czarną

chmurą zakrywały niebo, a dzikie konie napełniały zacisznoście leśne grzmotem swoich

kopyt i przeraźliwym wiżdżeniem. Nad rzeką i na wszelakich mokrych miejscach lęgło

się wielkie mnóstwo obrzydłych żab, tarakanów¹⁰⁵, wężów i jaszczurek. I rzeka ta nie była taka jak teraz. Głębinę i prędkość miała ogromniejsze. Wody były wtedy nadmiar silne

i gniewliwe. Rozlewały się daleko i o ziemię biły, koryta w niej sobie prując, czego do dzi-

siejszego dnia te parowy pamiątką ostały. A po zimie, wiosenną porą, kry szły ogromne

by stada koni dęba stających albo szklanne góry przez słonko, co się w nich przegląda-

ło, tęczami nalane. Jak oni to wszystko znieśli i przemogli, Bogu świętemu wiadomo,

Siła

dość że znieśli i przemogli. Już to jest pewne, że żaden człowiek siły swojej nie zna, nim

jej w potrzebie z siebie nie dobędzie. Prawda i to, że wiele rzeczy i stworzeń podtenczas

człowiekowi do pomocy stało. Narzędzia do wszelakich robót i myślistw przynieśli z sobą

albo różnym sposobem zrobili sobie, dobre i mocne. Las dawał dzikie jabłka, orzechy,

Las, Natura, Rośliny,

Zwierzęta

¹⁰³ m a a — murarstwo.

¹⁰⁴ ia e

i ie — białe niby lilie.

¹⁰⁵ a a an — karaluch, karakan.

Nad Niemnem



jagody i grzyby; do rzeki po napój przybiegały jelenie, daniele i sarny, które ze stad wiel-

kich łatwo ubijać było; u góry żył lud wiewiórek, a u dołu w gęstwinach skrywała się

mnogość zajęcy, łasic i kun; w wodach mieszkały wydry i bobry domki sobie budowały.

A trzeba było tylko wędę, sieć albo oszczep w rzekę zanurzyć, ażeby z niej wyłowić tyle

ryb różnych, jakich już teraz wcale ona nie ma. Do tego i lubości bywało tu nadmiar.

Słowicze śpiewy umilały noce, a jaskółcze i gołębie gminy same przez się szukały przy-

Ptak

tułku pod dachem numy. Podczas¹⁰⁶ ze sznura żurawi spadł jeden i łaskawie ostał już towarzyszem człowieka, podczas płochliwa sarna ugłaskać się pozwoliła, wiernie potem

chodząc przy boku swej pani. Wszelako tam bywało: ciężko i mile, straszno i bezpiecz-

nie. To tylko jest pewne, że nacierpieli się oni nadmiar głodu, chłodu, strachu i zasępu

Ciało, Cierpienie

najedli się do sytości; że wiele razy od upału i mozołu skóra z rąk i z nóg im złaziła, a od wiatrów i mrozu piekące bąble obsiadały ciała. Może dwadzieścia roków minęło im w tej

męce, kroplami rozkoszy słodzonej, aż po puszczy puściły się pogłosy o tej parze ludzi, że

przemyślnością swoją i krwawą pracą kawał duży lasu wyplenili, zboża nasieli i inszych

różnych roślin nasadzili; że dom sobie zbudowali widny i czysty, z którego też dym przez

komin wychodził; że nabyć u nich można niektórych takich rzeczy, których na szeroki

okół nikt jeszcze nie miał. Poszli tedy do nich ludzie z różnych dalszych osad dowiedzieć

się, jakże tam czyniły się takie cuda. A jak raz przyszli, to już na długo przy nich ostawali, przypatrując się różnym niewiadomym do tego czasu dziełom i przemysłom. Niektórzy

Dziecko, Syn, Małżeństwo

prosili się, aby ze wszystkim już ostać przy nich dla wspólności i pomocy, ale Jan i Cecy-

lia wprędce rodzonych doczekali się pomocników. Sześciu synów i sześć córek urodziło

się im i wyhodowało nad brzegiem tej wody, w cienistościach tej puszczy, pod okiem

jednego Boga. Jeden z tych synów pojął sobie żonę u rybaków, drugi ją wybrał pomiędzy

Polak, Rosjanin, Sąsiad

sokolnikami, trzeciemu przeznaczenie dało bojarkę, czwartemu bobrowniczkę, piątemu

pszczelarkę, a szósty handlując rybami, do których łapania wielką miał ochotę, przywiózł

sobie dozgonną towarzyszkę aż z miasta Grodna, które podtenczas, dla przyczyny mnó-

stwa rosnących tam ogrodów, po rusińsku Horodnem zwano. Rusinką też dziewka owa

była, ale podtenczas dwie krwie na jednej ziemi mieszkające nierzadko mieszały się z so-

bą i nie wynikała z tego nikomu żadna obraza ani ujma. Skąd synowie pojmowali żony,

stamtąd przybywali mężowie dla córek i poślubiwszy je nie odjeżdżali nigdzie, tylko tu

sobie budowali chaty, a tnąc las coraz dalej, uprawiali pola. Tak przeminęło lat osiem-

dziesiąt albo może i więcej od tego dnia, kiedy Jan i Cecylia pierwszy raz na tej ziemi

nogi swoje postawili…

Umilkł Anzelm, zmęczony niezwykłym wysiłkiem pamięci i myśli, kilka kropel potu

zaświeciło na jego zapadłych i rozognionych policzkach, spłowiałe zwykle i blade oczy

pobłyskiwały pod wielką czapką. Obejrzał się w stronę słońca; znikło już ono za borem,

Rzeka, Słońce

lecz Niemen teraz stał żółtawą taflą i jasne smugi rozciągnięte u zachodu nieba jaskrawo

oświecały sunący od wschodu zmrok.

— Dzień kończy się i moja gadka także do swego końca idzie — wymówił z uśmie-

chem. — Ale — dodał — w tym końcu także są rzeczy, które walor mają…

Głośniej trochę i żywiej niż wprzódy mówił dalej:

— Osiemdziesiąt lat albo może i więcej przeminęło od tego dnia, kiedy Jan i Cecylia

Dwór, Król

pierwszy raz na tej ziemi nogi swoje postawili. Aż jednego razu znaleźli się tacy ludzie,

którzy samemu królowi donieśli, jakie to dziwy dzieją się gdzieściś, w kraju litewskim,

w najgęstszej puszczy nad samym brzegiem Niemna. Panował podtenczas ostatni Jagiel-

lon, dwoma imionami: Zygmunt i August nazywany. Zapalczywy był on myśliwiec i wła-

śnie w tej porze, kiedy mu to doniesienie zrobionym było, bawił się polowaniem w swoich

knyszyńskich lasach. Zmiarkował zaraz, że od Knyszyna do tego miejsca, o którym jemu

rozpowiadali ludzie, droga była nie bardzo daleka. Łowczym na apel zatrąbić, a panom

jechać za sobą rozkazał i puścił się w drogę. Jechał i jechał, jechał i jechał, a panowie za największym z panów jechali, aż raptem zobaczyli jakoby koniec puszczy. Drzewa rzed-niały i rozstępowały się, jakoby jadącym z drogi ustępując. Król pojrzał przez te szerokie

otwory, krzyknął aż z zadziwienia i żartobliwie do panów swoich zawołał:

„Hej! hej! Waszmoście panowie, widzi mi się, że ktoś tu dla mnie nowe królestwo

gotuje!”

¹⁰⁶ d a — tu: czasem.

Nad Niemnem



Aż tu wszyscy wyjechawszy z lasu stanęli, oczom własnym wiary nie dając. Tam, kędy

dawniej panowała dzicz drzewiasta, bezludna i głucha, srogim zwierzom tylko przytułek

dająca, leżała wielka równina, żółtością ścierniska po zżętym zbożu pozostałego okryta.

Na ściernisku, by wysokie domy lub też by słupy z pozwężanymi wierzchołkami, stały

sterty wszelkiego zboża; sto par wołów orało pole pod przyszły zasiewek, a śród pola na

gładkich łąkach hasały stada obłaskawionych koni, pasły się trzody krów ryżych i białych

owiec. Na dwóch pagórkach dwa wietrzne młyny łopotały swymi wielkimi skrzydłami,

lipowe gaje rozlegały się od bączenia nieprzeliczonych rojów pszczelnych, a w olszynach

i brzoźniakach na wszystkich gałęziach wisiały wielkie jak czapki gniazda gawronie. Sto

domów, przedzielonych ogrodami, sznurem wyciągało się w podłuż rzeki, a z ich komi-

nów, by z kościelnych kadzielnic, sto złotnych dymów podnosiło się prosto do nieba. Na

jabłoniach i śliwach liścia widać nie było za czerwonością i liliowością owocu, po zielo-

nych trawach suszył się len i bieliły się sztuki płócien, w chatach krosna stukały i huczały terlice¹⁰⁷, przed domami na gałęziach i płotach wysychały ufarbowane przędziwa weł-

ny, a na dachach po stronach do słońca wystawionych dojrzewały żółte, ogromne dynie.

Ptastwo¹⁰⁸ domowe, ziemne i wodne, grzebało się w piasku lub z hałasem leciało nad rzekę, od której powracający rybacy wychodzili zza góry, niosąc po kilku sieci i niewo-dy¹⁰⁹ z rzucającymi się w nich rybami. Co do rzeki, tej w dole płynącej, król z oddali zobaczyć nie mógł, ale rozpoznał, gdzie ona płynęła, po wysokiej piaszczystej ścianie, nad

którą stał bór, przez nikogo nie ruszany…. ten sam!

Tu opowiadający wskazał palcem pas boru rozciągnięty nad złotawym trójkątem Nie-

mna. Zająknął się i głos mu zadrżał.

— Te… te… ten sam! — powtórzył.

— Tymczasem — mówił dalej — król jechał naprzód, oglądając się wokół i wesoło

Król

dziwiąc się wszystkiemu, co tu obaczył. Młody był podonczas i tylko co na tron swój

wstąpił. Koń był pod nim arabski, ognisty, z rzędem kapiącym od złota i drogich ka-

mieni. Nad czołem królewskim świeciło na kołpaku brylantowe pióro, a drogie purpury

Dwór

i gronostaje spadały z królewskich ramion aż prawie po końskie pętlice. Wokół niego

i za nim jechali hetmany, senatory i insze panowie, a każden z koni, które pod sobą

mieli, piękniejszy był od drugiego, a od kolorów ich szat i drogocenności siodeł aż ćmiło

w oczach. Za nimi jechali także sokolniki, na dłoniach trzymając zakapturzone sokoły,

pieściwe pazie z różami na licach, hardonosa służba i bystrookie strzelce. A łowczowie

złotne trąby wciąż do ust swych przykładali i rozgłośnym graniem rozgłaszali królewskie

przybycie szerokiej równinie, długiemu Niemnu i aż zaniemeńskim głębokościom boru…

Jako też ze stu domów i ze stu ogrodów, z pola, z łąk, z rzeki pozbiegali się wszyscy ludzie

Lud

patrząc na niewidziane rzeczy i nie lękając się prawie, tylko podziwiając i oczekując: co

z tego będzie? A król ich zapytuje:

„Czy żywie jeszcze rodziciel was wszystkich?”

„Żywie i w zdrowiu przebywa” — odpowiedział najstarszy syn Jana i Cecylii, który

przed króla wystąpił, sam zmarszczkami cały poorany i siwy jak gołąb.

„A rodzicielka czy żywie?” — pyta znów król.

„Żywie i w zdrowiu przebywa”.

Król podonczas rzekł:

„Rad bym na nich pojrzał!”

Wedle królewskiego żądania wnet stać się musiało. Z najpiękniejszego domu syno-

wie i córki, wnuki i prawnuczki wyprowadzili parę rodzicielów. Więcej niźli stuletnie te

starce szli same przez się, niczyjej pomocy nie potrzebując, w śnieżystych płótnianych

sukniach, by dwa białe gołębie, jedno przy drugim. On opierał się na toporze w długim

kiju oprawionym; ona zsiwiałe włosy po pas rozpuściwszy, głaskała biegnącą przy niej

sarenkę. Kiedy już wobec króla stanęli, wszyscy zdumieli się, bo król kołpak swój zdjąw-

szy z głowy, powiał nim przed starcami tak nisko, że aż z brylantowego pióra sypnęły się

gwiazdy.

„Kto ty, starcze? — zapytał Jana — odkąd przyszedłeś? Jak zowiesz się i z jakiej

Praca, Ojczyzna, Szlachcic

¹⁰⁷ e i a (a. a i a, ie i a) — drewniany przyrząd do łamania i zgniatania albo międlenia lnu i konopii.

¹⁰⁸ a

— dziś popr.: ptactwo.

¹⁰⁹ nie d — długa sieć rybacka, złożona z matni i skrzydeł, ciągniona na dwóch łodziach, często używana do połowu pod lodem.

Nad Niemnem



kondycji pochodzisz?”

Starzec, jak przystało, pokłoniwszy się królowi, śmiele odpowiedział:

„Przyszedłem tu od stron onych, którymi przepływa Wisła; nazwisko swoje oznajmię

tylko jednemu Bogu, kiedy przed świętym sądem Jego stanę, a kondycja moja niską

była, pokąd do puszczy tej nie zaszedłem, gdzie wszystkie stworzenia są zarówno dziećmi

powszechnej matki ziemi. Z gminu pochodzę i pospolitakiem na ten świat przybyłem:

ale oto ta pani i małżonka moja z wysokiego domu zstąpiła, aby moje wygnańcze życie

podzielać”.

Odpowiedź tę posłyszawszy król myślał długo, aż odwróciwszy się do panów, co wokół

Dworzanin, Dwór

zgromadzeni byli, rzekł:

„Dufam, że waszmościowie uprzejmie pochwalicie, a przyszły sejm sprawiedliwie za-

twierdzi dekret, który zaraz chcę tu ogłosić”.

Panowie myśl królewską odgadując i potakując głowami razem krzyknęli:

„Inaczej nie może być, miłościwy panie! Sami tego żądamy i o to waszą królewską

mość upraszamy”.

Wtedy król odwrócił się do Jana:

„Ty starcze, wedle własnego żądania bezimiennym ostaniesz i jakeś się urodził, tak

w grobie legniesz pospolitakiem. Ale żeś był bohatyrem mężnym, który tę oto ziemię

dzikiej puszczy i srogim zwierzom odebrał, a zawojowawszy ją nie mieczem i krwią, ale

pracą i potem, piersi jej dla mnogiego ludu otworzył, a przez to ojczyźnie bogactwa przy-

mnażając, przeto dzieciom twoim, wnukom i prawnukom, aż do najdalszych pokoleń

i samego wygaśnięcia rodu twego, nadaję nazwisko od bohatyrstwa twego wywiedzio-

ne”.

Tu z prawicą wyciągniętą nad zdumiałym ludem król donośnym głosem wypowie-

dział:

„Oto ten ród, idący od człowieka z kondycji pospolitego urodzenia, idzie w porówna-

nie ze szlachtą rodowitą krajową i wszystkich praw stanowi rycerskiemu odpowiednich

odtąd aż do wygaśnięcia swego używać ma i takowe wykonywać. Nobilituję¹¹⁰ was i nakazuję, abyście nosili nazwisko Bohatyrowiczów, a pieczętowali się klejnotem¹¹¹ Pomian, który jest żubrzą głową na żółtym polu osadzoną, jako pierwszy rodziciel wasz pokonał

żubra i z odwiecznego jego siedliska uczynił to wdzięczne i obfitością ciekące pole…”

W tym miejscu umilkł opowiadający; wyprostowana teraz postać jego z wielką czapką

na tył głowy nieco zsuniętą wypukle odrzynała się od wysokiego złomu kamienia. Rękę

w górę podnosił i słychać było, jak szeroko i głośno oddychał. Po chwili wymówił jeszcze:

— Działo się to w roku, na tym pomniku wypisanym, tysiącznym pięćsetnym czter-

dziestym dziewiątym…

Na zachodzie, nad borem, gasły pozostawione przez słońce pasy świetliste; zmrok su-

nący od wschodu z wolna obejmował całe sklepienie, na którym tu i ówdzie zabłysły nikłe

gwiazdy. W zmroku naprzeciw umilkłego Anzelma widać było dwoje ludzi siedzących

blisko siebie, pomiędzy cienkimi sosnami, na pniu obalonego drzewa. Kobieta opuściła

ręce na kolana, mężczyzna twarz oparł na dłoni. Słuchali jeszcze, czekali. Po chwili też

człowiek na kamieniu siedzący ozwał się znowu:

— Taka jest historia fundatorów naszych, taki nasz tutaj zaczątek i oto dla jakiej

przyczyny my na tej ziemi siedzimy.

Potem głosem człowieka, który w głębi pamięci swojej budzi drzemiące wspomnienia,

mówił jeszcze:

— Wszelako późniejszym czasem w tym naszym rodzie przez Jana i Cecylię ufun-

Chłop, Szlachcic

dowanym różnie bywało. Włości nie mieliśmy nigdy i krwi ani potu z nikogo nie wy-

ciskali. Bywało, że niektórzy z nas na wojnę chodzili; bywało, że za panami z gardłami

i szabelkami na sejmiki i sejmy ciągnęli. Jeden i drugi przebywał na pańskich dworach,

o urzędnikowskie lub oficjalistowskie posady zaskakując. Jeden i drugi fortuny przyro-

biwszy, gdzie daleko na osobnym folwarku siadał i pański już ród fundował. Ale najwięcej

i tak jak prawie wszyscy, siedzieliśmy w swoich zaciszkach, własnymi rękami od matki

naszej powszechnej chleb dobywając. Szmaty ziemi, by Chrystusowe szaty, rozdzielały

¹¹⁰ n i i

a — nadawać szlachectwo.

¹¹¹ e n — tu: herb szlachecki.

Nad Niemnem



się wciąż pomiędzy nami, a podczas, zrządzeniem boskim albo niedobrym charakterem

ludzkim, wcale przepadały. Jednakowoż po większej części trwaliśmy przy swoich gnieź-

dziech większych czy mniejszych i dotrwaliśmy do tej pory. Teraz szlachectwo przed-

dziadów zdjęte z nas zostało; chłopami nazywamy się i jesteśmy… Ale o to bynajmniej.

Wszyscy my kołki jednego płota i stworzenia czasowe. Bieda jedynie, że ubóstwo nasze

rośnie i duszne¹¹² zamroki ogarniają nas coraz większe…

Trząsł głową.

— Nikt prawie nie da wiary, że i tę historię fundatorów naszych w całej okolicy umie

Kondycja ludzka

może trzech, może czterech ludzi. Umie ją stary Jakub, ale on już jest tak jak prawie

nie żyjący; umiem ja, umiał kiedyś Fabian, umie może ten młody Michał, co tam stał

wystrojony, z wąsami do góry. Insze o takie rzeczy nie dbają i w biedzie, w zasępie pamięci

o nich mieć nie mogą… Chłopami być czy panami, to za jedno; ale w bydło obrócić się,

to smętnie i tęskno…

Widać było, że zgarbił się znowu i że głowa jego z wielką czapką oderwawszy się do

kamiennego złomu pochyliła się nisko. Powolnym, zamyślonym szeptem dokończył:

— Szczęście wywyższa, szczęście poniża, wszystko na świecie czasowe i przemijające…

każda rzecz by woda przepływa, by liść na drzewie żółknie i gnije…

Z obalonego pnia drzewa powstała kobieta i szybko zbliżywszy się ku zasmuconemu,

pochylona, usta swe przyłożyła do szorstkiego rękawa jego kapoty.

— Dziękuję! — wymówiła gorącym szeptem.

On cofnął ramię, w tył się uchylił i przez chwilę w milczeniu na nią poglądał. Potem

jąkając się, ze zdumieniem wymówił:

— Do… do… dobra!

Kobieta prędko odeszła, objęła ramionami cienki pień brzozy i w szarzejącą przestrzeń

patrzała rozmarzonymi oczami. Myślała pewno, że szczęśliwymi, o! jak szczęśliwymi byli

ci ludzie, którzy takie miłości w piersiach swych nosili i takie na ziemi pełnili zadania;

że ona także z ochotą i dumą poszłaby na krańce ciemnej jakiej puszczy i pod dach jakiej

ubogiej numy, byle by nie mieć w sercu i życiu pustyni, byle czuć się kochana serdecznie

i wiernie widzieć przed sobą cel, choćby drobną migocący gwiazdą! Myślała pewno, że

miała dziś sen cudowny, w którym zjawiło się przed nią jakieś długie, czyste, wysokie

szczęście… Gdy oderwała wzrok od przestrzeni, zobaczyła obok siebie wysokiego męż-

czyznę, który, tak jak ona, stał wsparty o drzewo i długo, uparcie patrzał, nie w przestrzeń

— lecz na nią. Krewki i wzburzony rzucił czapkę o ziemię i zawołał:

— Bodaj to takie życie i szczęście! Przeklęta dola, która człowiekowi daje tylko to, co

Kondycja ludzka

bydlęciu! Orz¹¹³ dlatego, abyś jadł, buduj na to, abyś miał gdzie zasnąć! I bydlę ma takie szczęście! Kiedy prawdziwego kochania zażądasz, to ono dla ciebie za wysoko rośnie; kiedy

dla ludzi uczynić co zechcesz, to nie masz sposobów ani wiadomości. Na zgubę tylko

małym mrówkom Bóg skrzydła daje!

Odwrócił się i czoło do drzewa przycisnąwszy stał rozżalony, gniewny jakichś wyższych

przeznaczeń i uczuć pragnący.

Justynie się zdawało, że słuchając tej popędliwej skargi młodzieńczej słucha samej

siebie. Myśl, dotąd jej obca, błysk domysłu przebiegły jej przez głowę. Szybko przebyła

kilka stóp dzielących ją ze szczytem góry i na tym szczycie przy uśpionym zbożu stanęła

ze śpiesznie oddychającą piersią i osłupiałym prawie zdziwieniem na twarzy. Na żółciejące

Noc, Wieś

pola noc już spłynęła, ale z tego wysokiego punktu oko mogło sięgnąć daleko i rozeznać

wśród ciemnej przestrzeni szary szlak Niemna i ciemny pas wysoko nad nim rozciągnię-

tych zagród.

W okolicy życie dzienne ustawało; tu i ówdzie tylko pobłyskiwały w oknach drob-

ne światła, wzdymały się fale oddalonych głosów, ożywał się tętent konia albo turkot

kół. W jednym miejscu dziecinna widocznie ręka wydobywała z harmonijki jęczące tony,

z innego kiedy niekiedy dolatywało urywane śpiewanie skrzypiec.

Justyna spojrzała w górę i wyobraźnia ukazała jej pod gwiazdami postać kobiety ze

Wizja

złocistymi włosami okrywającymi ją i jej harfę, z łaskawą sarną u boku. Płynęła górą,

¹¹² d

n (daw.) — dziś: duchowy.

¹¹³

— tryb rozkazujący  os. lp od czas.: orać.

Nad Niemnem



potężna i cicha, z ręką ku ciemnemu pasowi zagród opuszczoną. Błogosławiłaż je czy

komu ukazywała?

Nad Niemnem

Nad Niemnem



TOM II

W Olszynce, za olchowym gajem, od którego zapewne folwark ten wziął swe nazwanie,

na łagodnej wyniosłości gruntu dom niewielki, drewniany, nieotynkowany, niby z ko-

sza zieleni wychylał się ze starych, ogromnie rozrosłych bzów i z gęstego rzędu fasoli,

która, tuż przy ścianie posadzona, gęste i teraz kwitnące swe sploty zarzucała na tyki się-

gające prawie niskiego dachu. Z tyłu domu znajdował się spory sad owocowy, prostym

częstokołem¹¹⁴ ogrodzony, bez dróg i upiększeń żadnych; z przodu, za małym, trawą i gdzieniegdzie chwastami porosłym dziedzińcem, po łagodnej spadzistości spływały aż ku

olchowemu gajowi duże i urodzajne ogrody warzywne. Gaj był świeży, czysty, z grubymi

i cienkimi drzewami rzadko rozstawionymi na wilgotnej i gładkiej murawie. Za rzadko

rozstawionymi i gładkimi pniami przebłyskiwał w płaskich brzegach płynący tu Niemen

i ukazywało się gdzieniegdzie przeciwległe wybrzeże¹¹⁵, okryte, jak okiem sięgnąć, gładkim, wilgotnym pastwiskiem. Gdzieniegdzie, niby drobne obrazki w zielonych ramach,

widać było zza drzew pasące się na tej zarzecznej płaszczyźnie trzody albo pastuszków

skupionych dokoła roznieconego ognia, albo nędzne, nie wiedzieć czyje, samotnie śród

przestrzeni stojące chaty. Za domem i sadem leżały gładkie pola; z obu stron warzywnych

ogrodów zieleniały niskie łąki, na których rosły grupy wierzb, a w mokrych zagłębieniach

gruntu rozrastał się jasnozielony ajer¹¹⁶ i stały wysokie łozy¹¹⁷ z długimi, obwisłymi liśćmi i wierzchołkami podobnymi do aksamitnych kołpaków. Było to miejsce ciche, skromne

i prawie odludne. Z domu i całego jego otoczenia od razu wnieść było można, że wśród

średniej własności ziemskiej Olszynka była posiadłością możliwie najmniejszą. Wniosek

ten potwierdzała wieś chłopska pomiędzy łąkami do grupy wierzb przyparta¹¹⁸. Składało ją chat kilkanaście, dość czysto i dostatnio wyglądających. Z bliskości, w której znajdowała się od dworku, łatwo było zgadnąć, że kiedyś do Olszynki należała. Był to więc

kiedyś mająteczek kilkunastochatowy, czyli znajdujący się na granicy, za którą już do

najdrobniejszych ułamków ziemi spływała własność mała.

Ostry chłód zapanował po niedawno spadłym gradzie; silny wiatr kołysał wierzchoł-

kami kilku rosnących na dziedzińcu topoli włoskich; deszczowe chmury szybko biegły

jedna za drugą, to zasłaniając, to odkrywając błękit nieba. Jednak w Olszynce wszystkie

okna domu, otoczone kwitnącą fasolą, były na oścież otwarte. Stały na nich pomiędzy

kilku mirtami¹¹⁹ i rozmarynami¹²⁰ kwitnące fuksje i róże miesięczne. Na ganku jedna z ławek zastawiona była hładyszami¹²¹ pełnymi zsiadłego mleka, na drugiej stał naprędce znać tu umieszczony kosz z sałatą i jarzynami. Długa sień, przedpokojem zarazem będąca,

rozdzielała dom na dwie połowy, z których w jednej znajdowały się pokoje mieszkalne,

w drugiej kuchnia i izba czeladna. W głębi sieni wielki zamek wiszący u drzwi niskich

i wąskich oznajmiał spiżarnię. Za starą szafą widać było drabiniaste schodki na strych

wiodące; pod ścianami stały proste, drewniane skrzynie i stołki, kosze z łoziny¹²² uplecio-ne, a na miejscu najwidoczniejszym — niecki¹²³ pełne świeżo upranej bielizny. Miano ją zapewne na strych wynosić, ale tymczasem tu jeszcze pozostawiono. Zapach mydlin z ku-chennymi woniami złączony napełniał sień pomimo drzwi na ganek otwartych; w kuchni

trzeszczał ogień i rozlegały się głosy kobiece i dziecinne; w pokojach mieszkalnych cicho

było zupełnie i tylko czasem dolatywało z nich monotonne mruczenie, z którego można

było odgadnąć pracowicie uczące się dziecko.

Po sieni, kuchni i izbie czeladnej krzątała się Kirłowa. Dla chłodu i panujących w do-

Gospodyni, Praca, Wieś

¹¹⁴

— ogrodzenie z wbitych w ziemię drewnianych pali.

¹¹⁵

e e — tu: brzeg

¹¹⁶ a e — tatarak.

¹¹⁷

a — krzew z rodziny wierzbowatych, osiągający wysokość do  m; wierzba szara.

¹¹⁸

a

— tu: przylegający.

¹¹⁹ mi — rodzaj krzewu pochodzenia śródziemnomorskiego.

¹²⁰

ma n — rodzaj krzewu pochodzenia śródziemnomorskiego, jego liście są używane jako przyprawa do mięs.

¹²¹ ad

— gliniany dzban bez ucha do zbierania mleka.

¹²²

ina — gałązka wierzby.

¹²³ nie a — podłużne, drewniane naczynie.

Nad Niemnem



mu ciągów miała na sobie rodzaj sukiennego tołubka¹²⁴, spod którego widać było tylko brzeg perkalowej¹²⁵ spódnicy. To nawet gospodarskie, grube ubranie uczynić jej nie mo-gło grubą i niezgrabną. Ze swą kibicią¹²⁶ prostą, wysmukłą, o wdzięcznej linii biustu i ramion, która nadawała jej z daleka pozór pierwszej młodości, z ogorzałą¹²⁷ cerą twarzy, silnie odbijającą od zawiązanej na szyi białej chustki, ze ślicznym warkoczem jasnych wło-sów, niedbale z tyłu głowy skręconym — zaglądała ona do dzieży¹²⁸, w której dziewczyna miesiła żytnie ciasto, albo przechodząc do izby czeladnej naglądała¹²⁹ prania bielizny, albo od płonącego w wielkim piecu ognia odstawiała hładysze, w których mleko zsiadłe zamieniło się już na twaróg, i zastępowała je coraz innymi, które z ganku przynosiła. Miała

dnia tego wiele zajęcia około trzech razem odbywających się robót: prania bielizny, pie-

czenia chleba i robienia serów. Była niezadowolona z siebie samej, bo takie zbieganie się

Dziecko, Matka

na dzień jeden robót kapitalnych uważała za błąd i złe rozporządzenie się gospodarskie.

Należało inaczej, wcale inaczej czas i zajęcie rozłożyć; takim sposobem wszystko razem

robiąc, nic się prawdziwie porządnie nie zrobi. Chodząc, krzątając się, naglądając wszyst-

kiego, a to i owo własnymi rękami dokonując, żale swe wypowiadała dwóm pomocnicom

swym, dużym i silnym dziewkom¹³⁰, z których jedna chleb miesiła¹³¹, a druga bieliznę prała. Nie znaczyło to wcale, by te dziewczęta o cokolwiek obwiniać miała. Wcale nie.

Sama była winna wszystkiemu; czy zaleniła się trochę, czy też jej tak jakoś pomieszało się

w głowie. A tu i Marynia plecia ogrodów warzywnych doglądać musi, i pomocną jej być

Córka

nie może! Ostatni ten wykrzyknik oburzył trzynastoletnią dziewczynkę, która kosz z ja-

rzynami tylko co z ganku przyniósłszy i zawinąwszy po łokcie rękawy starej perkalowej

sukienki zabierała się właśnie do mycia sałaty i skrobania marchwi.

— A ja, mamo? — zawołała — przecież ja tu jestem! Czy to tylko Marynia jest mamy

córką?

Przechodząc Kirłowa ręką gorącą od hładyszy, które w tej chwili od ognia odstawiała,

pogładziła jasne, krótko ucięte włosy córki. Wszystkie one miały takie jak len jasne wło-

sy: i ona sama, i szesnastoletnia Marynia, i trzynastoletnia Rózia, i nawet chłopcy. Nie

wiedziała tylko, i nieraz nawet aż w głowę zachodziła, skąd ten najmłodszy jej dzieciak,

ta czteroletnia Bronia, która jak cień za człowiekiem krok w krok za nią chodziła, wzięła

swoją cygańską cerę razem ze swymi czarnymi jak atrament włosami i oczami. Było to

w jej rodzinie pod każdym względem wyjątkowe stworzenie. Żadne z jej dzieci, gdy było

małe, tak stale i nieustannie nie trzymało się jej spódnicy, jak ten mały i czarny rozczo-

chraniec, bo włosy jej nie tylko były czarne, ale i wiecznie rozczochrane; kręciły się one

jak wióry i żeby tam nie wiedzieć ile razy na dzień je czesać, zawsze wszystkie do góry po-

wstawały albo na śniade czoło opadały, a spod nich jak żużle gorejące czarne oczy patrzały

na matkę, ciągle na matkę. I teraz oto tuż przy jej tołubku nieustannie z kuchni do sieni,

z sieni na ganek, z ganku do izby czeladnej drepce a drepce w starych zrudziałych trze-

wikach, których tasiemki, żeby je sto razy na dzień najmocniej związać, zawsze rozwiążą

się i wloką po ziemi za malutkimi nóżkami. W takim samym jak matka, tołubku, bo

najmłodszą będąc najłatwiej zaziębić się może, drepce i gada, tak samo nieustannie gada,

jak drepce, choć nikt jej słuchać ani myśli, a tylko jedna Rózia od kuchennego stołu,

na którym sałatę myje, odzywa się do niej czasem, z żartobliwą przekorą rozpoczynając

sprzeczki czy napomnienia, o które znowu ona wcale nie dba. Wtem potknęła się i jak

długa upadła. Zaraz przecież zerwała się z ziemi, wystraszonymi oczami patrząc, czy przez

czas jej padania matka jej nie uciekła. Kirłowa na ziemi przysiadła i spełniać zaczęła robotę Penelopy¹³², czyli związywanie u trzewików tasiemek, które były przyczyną upadku.

— Żebyś to ty, Broniu, choć na moment gdziekolwiek przysiadła…

¹²⁴

e — ciepły kaan noszony po domu.

¹²⁵ e a — rodzaj cienkiego płótna.

¹²⁶ i i — górna część tułowia.

¹²⁷

a — mocno opalony.

¹²⁸ ie a — duże, drewniane naczynie, służące do rozrabiania ciasta na chleb.

¹²⁹ na

da (reg.) — doglądać.

¹³⁰ ie

a (daw.) — dziewczyna, służąca.

¹³¹ mie i — rozrabiać ciasto.

¹³²

a ene

— niekończąca się praca. W mit. gr. Penelopa była żoną Odyseusza, która przez  lat

czekając na nieobecnego męża, który brał udział w wojnie trojańskiej, w dzień tkała, a w nocy pruła swoją robotę, gdyż po jej zakończeniu musiałaby wybrać na nowego męża jednego z zalotników.

Nad Niemnem



Dziecko zaśmiało się na całą kuchnię, a potem niespodzianie, z zadziwiającą logiką

swej czteroletniej, rozczochranej główki odpowiedziało:

— Kiedyż ja, mamo, jeść chcę!

— Masz tobie! — wstając stęknęła Kirłowa — godzinę temu przecież obiad jadłaś…

Dziewczynka tym razem ramiona swe w grubych rękawach tołubka szeroko rozłożyła

i bardzo poważnie usprawiedliwiła się:

— Kiedyż ja jeść chcę!

Kirłowa z sza wyjęła bochen razowego chleba, odkroiła zeń kawał spory, miodem

posmarowała i małej podała. Ząbki jak perełki drobne i białe zatopiły się chciwie w czar-

nym i osłodzonym chlebie macierzyńskim, ale właścicielka ich, głośno przeżuwając i ró-

żowe policzki miodem sobie osmarowując, nie mniej wytrwale niż wprzódy¹³³ przy to-

łubku, tuż przy matczynym tołubku dreptała, a tasiemki jej trzewików znowu rozwiązane

i wijące się w różne esy ciągnęły się za nią po ziemi. Jak tam przecież było, to było z cór-

Syn

kami, ale co robią chłopcy, mianowicie młodszy Boleś, którego w bawialnym pokoju co

dzień na parę godzin na klucz zamykała, aby już od książki odejść nie mógł. Starszy, Staś,

pewno tam z chłopskimi dziećmi po łące czy drodze hasa i powróci z czołem pełnym

guzów. Ale jemu więcej wolno, bo z promocją do czwartej klasy na wakacje przyjechał.

Boleś zaś dwa lata już w drugiej klasie przesiedział i jeszcze promocji nie dostał. Zlękła

się była tego ogromnie. Na rok trzeci w tej samej klasie pozostać nie wolno. Pójdzie

precz ze szkoły i co ona z nim potem zrobi? Pojechała do miasta i wyprosiła, wychodziła,

wyjęczała dla niego pozwolenie zdania powtórnych egzaminów po wakacjach. Powinien

się więc do nich przygotowywać, a nie chce. Swawolny i leniwy. W ojca się wrodził. Cóż

robić jednak? Napędzać dziecko trzeba, bo bez szkół — zginie. Ile ją już ten chłopiec bez-

sennych nocy kosztował! Ciekawość, czy teraz zamknięty w pokoju na klucz uczy się albo

pustuje? Wyszła do sieni, aby przez drzwi posłuchać, co się w bawialnym pokoju dzieje,

ale w tejże chwili dał się słyszeć stuk, brzęk i na dziedzińcu tętent szybko biegnących

nóg. Kirłowa, a za nią malutka Bronia i większa Rózia na ganek wybiegły. Okazało się, że

więzień, długim zamknięciem zniecierpliwiony, przez okno wyskoczył, wazon z kwitnącą

fuksją stłukł i za bramę uciekał. Rozległy się wołania matki i sióstr, na które przecież był

głuchy, z rozrzuconymi włosami, w swej przeszłorocznej¹³⁴ podartej bluzce szkolnej co sił

uciekając i w ucieczce tej ukazując podarte podeszwy butów. Gdyby Kirłowa na bunt ten

zrezygnowała się¹³⁵ pobłażliwie, macierzyńska powaga jej ucierpiałaby na tym wielce. Nie pierwszy to już raz zresztą Olszynka była świadkiem podobnych skandalów. Dziewka od

dzieży zbiega dogoniła, który z pogardą eskortę jej łokciami odpychając, nadąsany, ale

i zawstydzony, do domu wrócił. Kirłowa z rozpaczą w oczach i gestach ze skrzyni stojącej

w sieni i będącej składem przeróżnych rupieci gruby sznur dostała.

— Chodź! — z wielką powagą do syna rzekła i za rękę go wziąwszy do bawialnego

pokoju wprowadziła, drzwi za sobą zamykając. Słychać było, że mówiła tam z gniewem

i krzykiem, to znowu tonem upominania i przekonywania; wyszła po chwili z twarzą

w ogniu, z drżącymi trochę rękami i ustami. Widać było po niej, że to srogie mentorstwo,

które zmuszona była względem dzieci swych okazywać, wiele ją kosztowało. Drzwi na

klucz już nie zamykała, a na wystraszone i pytające spojrzenie Rózi odpowiedziała:

— Przywiązałam go do kanapy i kazałam uczyć się… Mocno przywiązałam…

Ale wnet uderzyła w nią troska nowa.

— Żeby tylko Staś nie zaziębił się w taki zimny dzień latając… Dziś z rana gardło go

bolało. A nie widziałaś, Róziu, w czym Marynia do ogrodu poszła?

— Marynia poszła w tołubku, ale Staś poleciał w jednej płóciennej bluzce i mówił

Rózi, że gardło go coraz gorzej boli.

— Masz tobie! — za głowę schwyciła się Kirłowa. — Poszłabym go szukać, ale czasu

nie mam…

Istotnie, nie miała ani chwili czasu, bo oto i teraz we drzwiach od kuchni zjawił się

Gospodyni

młody oficjalista¹³⁶, namiestnikiem¹³⁷ tytułowany, jedyny jej w gospodarstwie pomocnik, ¹³³

d — przedtem.

¹³⁴

e

n — zeszłoroczny.

¹³⁵ e

n a i na

(prow.) — pozostawić bez kary, potraktować pobłażliwie.

¹³⁶

a i a (daw.) — urzędnik.

¹³⁷ namie ni — zastępca ekonoma, gumienny.

Nad Niemnem



który oznajmił, że ci kupcy, którzy tu tydzień temu zajeżdżali, przybyli znowu i życzą

sobie zobaczyć wełnę. Ucieszyła się tą wiadomością bardzo. Miała około dwustu owiec,

merynosów, z których co roku sprzedawała mniej więcej dziesięć pudów¹³⁸ wełny. Był

to jedyny grosz, który wpływał do jej kieszeni w miesiącach letnich nie licząc nabiału

i warzyw, których sprzedażą w najbliższym miasteczku opędzała potrzeby domowe¹³⁹.

Przy zbliżających się żniwach, które znacznego wydatku na robotnika potrzebują, kupcy

na wełnę byli jej niezmiernie pożądanymi. Zapomniała na chwilę o chlebie, serach, praniu,

przywiązanym do kanapy Bolku i chorym na gardło Stasiu, z wielkim kluczem wyszła

z domu i skierowała się ku spichrzowi¹⁴⁰, przy którego drzwiach oczekiwali na nią przybyli kupcy.

Jednokonny ich wózek stał przy bramie; za bramą i dziedzińcem widać było ogród wa-

rzywny, na którego zagonach¹⁴¹ siedziało kilka kobiet wiejskich. W pobliżu tych kobiet, na zagonie także, siedziała młodziutka dziewczyna w sukiennym¹⁴² tołubku, na który spadał gruby warkocz jasnych włosów. Siedziała na zagonie i podnosiła głowę ku sie-

dzącemu na płocie młodemu człowiekowi w myśliwskim ubraniu. Młody ten człowiek

miał na plecach fuzję¹⁴³ i z wielkim ożywieniem o czymś rozprawiał. Pomiędzy dwojgiem młodych ludzi leżał wielki, czarny wyżeł i pąsowymi czapkami świeciło kilkoro drobnych chłopskich dzieci. Kirłowa patrząc na ten dość daleki, ale wyraźnie widzialny punkt

przestrzeni uśmiechnęła się. W rozmawiającej i dziecięcym drobiazgiem otoczonej parze

rozpoznała najstarszą córkę swoją i młodego Witolda Korczyńskiego. Nie miała jednak

czasu przypatrywać się im długo; z ciężkością wielkim kluczem spichrz otworzyła i we

wnętrzu jego wraz z kupcami zniknęła. Zabawiła tam dobry kwadrans, potem ukazała

się znowu na dziedzińcu. Wiatr zadął silniejszy jeszcze jak wprzódy i nisko giął szczy-

ty topoli. Olchowy gaj szumiał, za nim przebłyskiwały burzące się fale Niemna; ciemna

i gruba chmura w otoczeniu mniejszych i lżejszych sunęła samym środkiem nieba; ostry

i zimny deszcz padać zaczął. Kirłowa obejrzała się na ogród warzywny i zobaczyła młodą

parę wraz z gromadką dzieci i czarnym wyżłem szybko dążącą ku małemu budynko-

wi, który u końca ogrodów warzywnych do płotu dziedzińca przyparty, służył na skład

ogrodowych nasion. Kobiety pielące z zagonów nie wstając podniosły głowy i patrząc na

dziecinny drobiazg, który zapewne do nich należał, a teraz pod dach był uprowadzony,

śmiały się głośno i z uradowaniem. Kobieta pomiędzy dwoma kupcami od spichrza ku

domowi idąca uśmiechnęła się znowu, ale wnet do towarzyszy swych zagadała. W burz-

liwej fali wichru i deszczu, z mokrymi włosami, zziębłe ręce w rękawy tołubka chowając,

szła jak zwykle prosto, zgrabna i z dala dziwnie młodo i delikatnie wyglądająca, ale mó-

wiła głosem podniesionym, z coraz większą energią i zaciętością; słychać ją było na całym

dziedzińcu i aż w kuchni. Targowała się z kupcami, którzy jej dawali po osiemnaście ru-

bli za pud wełny, a ona żądała po dwadzieścia. Coraz głośniej i energiczniej dowodziła

przymiotów¹⁴⁴ swego towaru, zsyłała się na Korczyńskiego i innych sąsiadów, którzy za tę cenę wełnę swą sprzedawali, przysięgała na dzieci, że taniej nie odda. Tak doszła aż

do ganku, na którym jednak, gdy stanęła twarzą ku dziedzińcowi zwrócona, umilkła,

a potem wykrzyknęła:

— A toż co?

Drogą pomiędzy gajem olchowym a warzywnymi ogrodami szybko jechała i już ku

Gospodyni, Gość, Kobieta,

Ciało, Strój

otwartej bramie dziedzińca zawracała zgrabna, błyszcząca od szkieł i posrebrzeń, czterema

pięknymi końmi ciągnięta kareta. Konie były w angielskich szorach¹⁴⁵, na koźle siedział

brodaty stangret i młody lokaj w zielonej, pozłacanymi taśmami szamerowanej¹⁴⁶ kurcie.

Poznała karetę i konie Różyca. Kupcy na widok przybywającego grzecznie oświadczyli, że

do odjazdu gościa na zakończenie interesu czekać będą. Ale Kirłowa nie słyszała tego, co

mówili. Zmieszała się tak, że przywiędłe policzki i drobnymi zmarszczkami porysowa-

¹³⁸ d (ros.) — jednostka wagi, wynosząca nieco mniej niż , kg.

¹³⁹

a

e

d m e — pokrywać, zaspokajać domowe potrzeby.

¹⁴⁰ i

— budynek przeznaczony do przechowywania żywności; spichlerz.

¹⁴¹ a n — długi, wąski pas ziemi.

¹⁴²

ienn — uszyty z sukna, tj. grubej tkaniny wełnianej.

¹⁴³

a — długa broń palna.

¹⁴⁴

mi — cecha, zaleta.

¹⁴⁵

— rodzaj uprzęży; szeroki skórzany pas zakładany na pierś konia wraz z pomocniczymi rzemieniami.

¹⁴⁶ ame

an — obszyty ozdobnym sznurem.

Nad Niemnem



ne czoło okrył aż po brzegi jasnych włosów świeży jak u młodej dziewczyny rumieniec.

Wielki Boże! Trzy hładyszki z mlekiem zsiadłym na ławce ganku, w sieni niecki z mokrą

bielizną i zapach mydlin, a ona sama w starym tołubku i białej muślinowej¹⁴⁷ chustce na szyi! Do sieni wpadła i z energicznymi gestami przywoływała dziewkę kuchenną, pół-

głosem rozkazując jej wnieść do izby czeladnej niecki z bielizną. Dziewka bosa, w grubej

koszuli i krótkiej spódnicy, z czerwonymi, po łokcie obnażonymi i twarogiem popla-

mionymi rękami, wypadła z kuchni, porwała niecki i biegła z nimi przez sień właśnie

w chwili, kiedy Różyc wysiadłszy z karetki w progu domu stanął. Za nim, na ganku,

widać było zieloną, złotym galonem oszytą czapkę i trochę hardą, a trochę drwiącą twarz

młodego lokaja. Dziewczyna z nieckami jak wryta stanęła, szeroko oczy i usta otwierając,

i żadne mrugania ani gesty gospodyni domu zruszyć jej z miejsca nie mogły. Ale Różyc

zdawał się wcale nie spostrzegać kłopotu, którego był przyczyną, i twarzą ku wieszadłom

zwrócony, bardzo powoli, z pomocą lokaja paltot¹⁴⁸ zdejmował. Potem zwrócił się ku gospodyni, która milcząc ze zmieszania rękę mu na powitanie podawała. Zrazu mniemać by

można, że z niejaką przykrością przyjdzie temu wykwintnemu panu ścisnąć tę opaloną,

widoczne ślady bliskich stosunków z kuchnią i praczkarnią noszącą rękę kobiecą. Przed

chwilą właśnie od dotykania worów z wełną przylgnęło do niej trochę białawego pyłu,

a przy zakręcaniu wielkiego klucza w zamku spichrza gwóźdź jakiś ją zadrasnął i pozosta-

wił długą, czerwoną kresę. Jednak Różyc, nisko pochylony, złożył na tej ręce pocałunek

nie ceremonialny, ale długi i przyjacielski. Bardzo ładne i jeszcze różowe usta Kirłowej

zarysowały pośród zwiędłej twarzy uśmiech serdeczny. Otworzyła drzwi bawialnego po-

koju.

— Proszę wejść, kuzynku, bardzo proszę; tak cieszę się, że cię widzę… tak dawno

u nas nie byłeś!

Widać było, że cieszyła się istotnie, ale zaledwie przestąpiła próg pokoju, rumieniec

znowu zalał jej twarz i czoło. Na kanapce przed rozłożoną książką siedział nadąsany, jak

Dziecko, Gość

piwonia czerwony Boleś z nogą do nogi kanapy przywiązaną. Ten okropny chłopiec wy-

skakując przez okno rozlał atrament i w kilku miejscach poplamił nim pomalowaną na

czerwono podłogę; w dodatku tuż przy jej tołubku znalazła się znowu Bronia, ta czarna,

rozczochrana Bronia ze swymi utrapionymi tasiemkami od trzewików, które ciągnęły się

po ziemi. Mniejsza już o te tasiemki, ale chłopca odwiązać trzeba, choćby dlatego, że

siedzi na jedynym miejscu, na którym z gościem swym zasiąść ona może!

Pobiegła ku kanapie, przysiadła na ziemi i drżącymi trochę rękami rozwiązywała sznu-

rek, który sama z przebiegłością więziennego dozorcy w mnóstwo węzłów była splątała.

Różyc i tego jej kłopotu zdawał się wcale nie spostrzegać. Nachylił się do Broni pytając,

Córka, Kobieta, Mężczyzna

czy zdrowa i dlaczego sobie czarnych oczu lepiej nie umyła, a potem nawet wziął dziecko

na ręce i w oba miodem usmarowane policzki je ucałowawszy, z wolna znowu na ziemi

postawił. Podniesienie tego małego ciężaru sprawiło mu znać zmęczenie, bo ręką powiódł

po drgającym czole i głęboko odetchnął. Binokle¹⁴⁹ opadły mu na piersi. Uśmiechał się do dziecka, ale wyraz oczu jego był smutny. Na koniec, uwolniony z więzów chłopiec,

czerwony i zawstydzony, w kształcie ukłonu szasnął przed gościem nogami, z pokoju wy-

padł i drzwi za sobą ze stukiem zatrzasnął. Różyc trzymając ciemną rączkę dziewczynki

zwrócił się do Kirłowej:

— Ta faworytka¹⁵⁰ moja wyrośnie na niepospolicie piękną kobietę; zobaczysz to, kuzynko. Już ja się na tym znam!

— Zawsze jesteś łaskaw dla małego rozczochrańca tego, kuzynie — ze swym po-

nętnym uśmiechem odpowiedziała Kirłowa, ale oczy jej miały ciągle wyraz roztargniony

i postawa była wahająca się i zmieszana. W małej bawialni swej spostrzegła nieporządki,

Dom, Gospodyni, Gość

które ją zawstydzały. Kwieciste perkalowe pokrycie skromnych sprzętów swawolni¹⁵¹ jej synowie poplamili piaskiem i atramentem, pył okrywał stojącą pomiędzy oknami mahoniową¹⁵² komodę, i była to już wina Rózi, do której codziennie sprzątanie mieszkania ¹⁴⁷ m in — półjedwabna tkanina.

¹⁴⁸ a

(przestarz.) — okrycie wierzchnie; palto.

¹⁴⁹ in

e (daw.) — okulary

¹⁵⁰ a

— ulubieniec.

¹⁵¹ a

n — niesforny, rozbrykany.

¹⁵² ma ni

— z ciemnoczerwonego drewna mahoniowca a. w kolorze mahoniu.

Nad Niemnem



należało. Z pośpiechem zamykała drzwi, przez które widać było sypialny pokój z dwo-

ma usłanymi łóżkami i toaletą mahoniową, wielkim lustrem i rzeźbami przyozdobioną.

Łóżka były czyste i nawet ozdobnie usłane, a staroświecka wyprawna jej toaleta stanowi-

ła sprzęt dość osobliwy i kosztowny. Ale Kirłowa pamiętała dobrze o tym, że sypialnia,

nawet najozdobniejsza, nie powinna ukazywać się oczom gości. Cóż, kiedy w tym dom-

ku były po stronie mieszkalnej tylko cztery pokoje: bawialny, sypialny, dziecinny i mała

jadalnia, w której teraz sypiali chłopcy i kilka kur siedziało na jajach. Nie sposób było

w takiej ciasnocie zachować wszystkie przepisy przyzwoitego urządzenia domu. Właśnie

w chwili kiedy drzwiami otwierającymi się z jednej tylko strony widok sypialnego pokoju

przed gościem zasłaniała, Różyc prawie pieszczotliwym ruchem rękę jej zdjął ze starej,

żelaznej klamki i zatrzymując ją w swych chudych, ale jak atłas białych i gładkich rękach,

z uśmiechem zaczął:

— Widzę, kuzynko, że przyjazdem swoim sprawiam ci zawsze kłopot, i to mnie

martwi… Będę w tym wypadku, o! tylko w tym wypadku, lepszy od ciebie, bo zupełnie

otwarty, i poproszę, abyś mnie szczerzej uważała za krewnego swego, przed którym nie

czuje się potrzeby ani ukrywać czegokolwiek, ani czegokolwiek się wstydzić… Dobrze,

kuzyneczko? Proszę powiedzieć, że tak nadal będzie. Dobrze?…

Rękę jej ciągle w dłoniach swych trzymając mówił to z tak serdecznym połączeniem

żartu i czułości, że Kirłowa, uradowana i ujęta, znowu po brzegi włosów zarumieniona,

ręce jego mocno ściskała.

— Dziękuję ci, Teosiu — zaczęła — bardzo dobry jesteś… ale ja, widzisz, mam dawne

przyzwyczajenia moje, których nigdy pozbyć się nie mogę…

— Niechże ci więc te przyzwyczajenia brużdżą w stosunkach z innymi, ale nie ze mną

— żywiej niż zwykle zawołał Różyc. — Zresztą — dodał — powinnaś wiedzieć, że tyle już

widziałem i zaznałem wszelkiego rodzaju zbytków, że mnie największe bogactwa zadziwić

nie mogą. Gdybyś była taka, jakimi zwykle bywają kobiety bogate, mniej bym się czuł do

ciebie pociągniętym…

Zupełnie już ośmielona, z figlarnym błyskiem oczu, który zdradzał, że kiedyś, w pierw-

szej może młodości, zalotność zupełnie obca jej nie była, zauważyła:

— Lubisz rozmaitość, kuzynku, i temu to widać względy twe zawdzięczam!

Siadając obok niej na kanapie, z uśmiechem odpowiedział:

Grzech, Spowiedź

— Jestem, moja droga kuzynko, wielkim nicdobrego, który choruje od objedzenia

Jedzenie

się marcepanami¹⁵³ i z uszanowaniem spogląda na chleb razowy…

— O! — śmiejąc się zawołała — bardzo trafne nazwanie dla siebie wymyśliłeś! Trzeba

rzeczywiście być wielkim nicdobrego, aby tak ślicznie urządzić się ze wszystkim…

— Otóż to — potwierdził — otóż tak obchodź się ze mną zawsze! Jesteś jedyną

w świecie osobą, która mi w oczy gorzkie prawdy mówi. Z początku mnie tym zdziwi-

łaś, a potem zachwyciłaś. Chciałbym, abyś mnie więcej jeszcze łajała¹⁵⁴. To coś na kształt uczucia owych dawnych pokutników, którym się zdawało, że za każdym uderzeniem dys-cypliny jeden grzech spadał im z pleców…

— Gdyby wszystkie twoje grzechy z pleców ci zrzucić trzeba by ręki silniejszej niż

moja — zaśmiała się jeszcze.

Śmiech jej przecież, z początku swobodny i trochę rubaszny¹⁵⁵, topniał w żalu, który napełnił jej oczy. Wzięła rękę krewnego i patrząc mu w twarz zapytała:

Choroba, Dekadent, Nuda

— Cóż? Jakże? Czy nie chorowałeś bardzo w tych czasach? Może już obejrzałeś swoje

majątki? A z tym okropnym przyzwyczajeniem¹⁵⁶… wiesz! co słychać? Może choć trochę starasz się przezwyciężać?…

Różyc uśmiechał się niedbale, ale zarazem i przyjaźnie.

— Tyle mi naraz pytań zadałaś, moja droga spowiedniczko — rzekł — że nie wiem,

na co wpierw odpowiadać. Nie chorowałem gorzej niż zwykle, ponieważ jedyną chorobą

moją jest nieopisana apatia, mam się trochę lepiej, bo znalazłem coś, co mnie w ostatnich

czasach trochę podniecać zaczęło. Majątków swoich nie tylko jeszcze nie obejrzałem, ale

mnie sama myśl o tych oględzinach w rozpacz wprawia. Wiesz dobrze dlaczego. Lenistwo

¹⁵³ ma e an — słodka masa z migdałów i cukru, symbol luksusu.

¹⁵⁴ a a — strofować, ganić.

¹⁵⁵

a n — swobodny, prosty.

¹⁵⁶

ne

a enie — chodzi tu o uzależnienie od narkotyku.

Nad Niemnem



nieprzezwyciężone, zupełne do podobnych rzeczy i ludzi nieprzyzwyczajenie, na koniec

i może najbardziej wieczne i nieodparte pytanie: po co?

— Na koniec i najbardziej — z żywością przerwała — to twoje dziwne, okropne,

z paskudnego tego świata, w którym żyłeś, przywiezione przyzwyczajenie…

Zaśmiał się głośno.

Kirłowa brwi zmarszczyła, energicznie jednak ściśniętą ręką o dłoń drugiej uderzając

zawołała:

— Śmiej się, ile chcesz, a ja zawsze powiem, że to jest jakaś niesłychana i niewidziana

okropność… Już nasi chłopi lepsi, co się po prostu wódką upijają…

— Niesłychana i niewidziana rzecz dla ciebie, moja kuzynko, i dla was wszystkich

w odludnych kątach żyjących, ale na szerokim świecie rozpowszechnia się to bardzo,

staje się prawie epidemicznym…

Bystro zmęczonymi oczami na niego popatrzała:

— Czy nie mogłeś uniknąć tej epidemii? Skąd ją wziąłeś? Nigdyś mi jeszcze o tym

nie mówił.

— Bardzo prosto — odpowiedział. — Pojedynkowałem się i byłem raniony w taki

sposób, że cierpiałem okropnie… Z początku zadawano mi znaczne dozy narkotyku tego

dla zmniejszenia bólów, a potem przywykłem… Jedyne to już dla mnie wyjście, przez

które uciekam od ciężkiej nudy, od upadku sił i może jeszcze od… od czegoś podobnego

do rozpaczy!

Przykrył binoklami oczy, w których przebiegły gorączkowe błyski. Ona słuchała go

ze zdziwieniem i ciszej jak wprzódy wymówiła:

— Pojedynkowałeś się! Jezus, Maria! I to więc prawda, że pojedynkowałeś się! Z kim?

O co?

Z ostrym, nerwowym śmiechem odrzucił plecy na tylną poręcz kanapy. Po drgającym

czole i dokoła śmiejących się ust przebiegła mu błyskawica cynizmu¹⁵⁷, gdy odpowiedział:

— Z kim? Mniejsza o to! O co? Wiesz? O ścierkę!

Kirłowa obie dłonie do głowy podniosła.

— A niechże diabli wezmą ten wasz wielki świat, na którym rosną takie szkaradztwa

i takie trucizny! Wolę już ja być głupią parafianką¹⁵⁸, gęsią, owcą, a takiego wielkiego świata nie znać!

— I masz słuszność — krótko rzekł Różyc.

Słowa te z prostotą wymówione ułagodziły ją w mgnieniu oka. Z powagą jednak

mówić zaczęła:

— Ponieważ, kuzynie, zwierzyłeś się przede mną ze wszystkim, uważałabym się za

podłą, gdybym ci pobłażała i przytakiwała…

Urwała i zmieszała się trochę, bo uczuła nagle, że w mowę jej wplątywać się zaczę-

ły wyrażenia grube i które dla siebie za niewłaściwe uważała. Tych wyrażeń i pewnych

szorstkich dźwięków głosu nabrała w ciągłej styczności ze służbą, z parobkami, z robot-

nikami, a tak przy tym była żywa, że uniknąć ich nie mogła wtedy nawet, kiedy tego

chciała najbardziej.

— Jak wprzódy w swoim domu, tak teraz w swojej mowie coś nieeleganckiego spo-

strzegłaś, prawda? — zapytał przybyły.

Zarumieniła się znowu trochę, ale wnet od siebie myśl odwracając, z zamyśleniem

wymówiła:

— Dziwna rzecz! Jesteś jednak i dobry, i rozumny… To tak zupełnie wygląda, jakby

Bogactwo, Głupota,

Rozum, Szczęście,

w jednym człowieku było dwóch ludzi…

Sobowtór

Różyc w rękę ją pocałował.

— Powiedziałaś jak filozof. Widzisz, to ta dwoistość jest kluczem do odgadywania

wielu na świecie zagadek…

Splotła ręce na kolanach i kołysała głową w obie strony.

— Wiesz co, kuzynie? — zaczęła — zdaje mi się, że byłbyś daleko szczęśliwszy, gdybyś

się takim bogatym nie urodził.

— Albo — przerwał — gdybym się był urodził… bardzo głupi.

¹⁵⁷ ni m — w znaczeniu potocznym: lekceważenie obowiązujących zasad moralnych i obyczajowych.

¹⁵⁸ a a an a — tu: kobieta z prowincji.

Nad Niemnem



— Jak to? — zapytała.

— Zgadnij! — zażartował i z ciekawością na nią patrzał.

Przez chwilę myślała.

— Cóż to tak trudnego do odgadnięcia! Gdybyś był głupcem, nie dbałbyś o nic i do

końca hulałbyś sobie wesoło, a ponieważ, choć późno, do rozumu przyszedłeś, zrozumia-

łeś, coś zmarnotrawił i stracił!

Śmiał się.

— Nie masz pojęcia, kuzynko, jak lubię z tobą rozmawiać. Zupełnie rozumne rzeczy

wypowiadasz w taki sposób…

Zamyślili się oboje. Kobieta znowu roztargniona stawać się zaczęła. Dość długa już

rozmowa o przedmiotach obcych codziennym jej zajęciom zmęczyła ją nieco. Przypo-

mniała też sobie swoje dzisiejsze roboty i interesy, myślała: czy też chleb posadzono już

do pieca i czy kupcy na wełnę nie zniecierpliwili się czasem i nie odjechali? Wstała z ka-

napy, a zupełnie jednocześnie z nią podniosła się z ziemi siedząca dotąd u jej kolan mała

Bronia.

— Każę zaraz podać herbatę…

Różyc z żywym poruszeniem upewnił, że herbaty nigdy prawie nie pija. Popatrzyła

na niego trochę przenikliwie, a trochę ze zmieszaniem. Po chwili jednak śmiało rzekła:

— Mówisz nieprawdę. Herbatę lubisz i pijasz jej wiele… wiem o tym od męża. Ale

raz już spróbowałeś naszej i wiesz, że nie jest tak wyborna, jak ta, do której przywykłeś…

Różyca prawdomówność jej widocznie bawiła i ujmowała.

— Moja wina! — zawołał. — Złapałaś mnie na kłamstwie. Wszelkiej rzeczy nie-

smacznej lękam się jak ognia…

— Trzeba było powiedzieć tak od razu. Po co kłamać? I bez tego już pewno nakłamałeś

w życiu jak ostatni faryzeusz¹⁵⁹. Przyniosę ci więc konfitur, bo o konfiturach moich nie będziesz mógł powiedzieć, że są niesmaczne. Nauczyłam się kiedyś przyrządzać je od Marty

Korczyńskiej… Niewiele ich zwykle smażę, ale lepszych pewno i w swoim Wiedniu nie

jadłeś!

Prędko wyszła z pokoju, a razem z nią, tuż przy jej tołubku, podreptała Bronia, w ręce

klaszcząc i wołając:

— Konfiturzki będą! Konfiturzki! I ja, mamo, chcę konfiturzek!

Z całej, dość osobliwej rozmowy dwojga krewnych dla tej małej, rozczochranej, czar-

nookiej istotki ten jeden wyraz posiadał sens zrozumiały.

W gruncie rzeczy oprócz szczerej chęci uczęstowania krewnego Kirłowa pałała żądzą

zajrzenia na drugą stronę domu. Musiało tam coś w jej nieobecności zepsuć się czy niezu-

pełnie udać, bo do bawialnego pokoju doszedł po chwili podniesiony nieco głos, którym

przemawiała do służących. Potem jeszcze zamieniła już w sieni kilka słów z kupcami i na

koniec do bawialnego pokoju weszła niosąc na tacy kilka pełnych konfitur spodków. Tuż

obok niej, potykając się co chwilę o rozwiązane tasiemki trzewików, przydreptała Bronia.

Za nią Rózia wniosła talerz pięknych malin i miałki cukier w staroświeckim, kunsztownie

wyrobionym kubku. Takie kosztowne i piękne przedmioty, jak mahoniowa komoda pod

ścianą, dwa olejne portrety na ścianie, toaleta¹⁶⁰ z wielkim lustrem i rzeźbami, srebrny, osobliwego kształtu kubek, dziwnie odbijały na skromnym aż do ubóstwa tle tego do-mu, przypominając zarazem, że gospodyni jego pochodziła ze starego i niegdyś bogatego

domu.

Postawiwszy na stole maliny i cukier Rózia, poważnie prostując swą jak u matki

zgrabną i już wysmukłą kibić z jasnymi, krótko uciętymi włosami, które przy każdym

jej kroku w górę nieco podlatywały, wyszła z pokoju. Matka szepnęła jej coś o bieliźnie,

kupcach i Stasiu.

Różyc prędko i z pewną gwałtownością w ruchu ręki podnoszącej do ust łyżeczkę,

jedząc konfitury mówić zaczął:

— Wyborne, istotnie wyborne! Przepadam za słodyczami i paru godzin obejść się bez

nich nie mogę! Więc nauczyłaś się smażyć konfitury od panny Marty Korczyńskiej… od

¹⁵⁹ a

e

— członek żydowskiego stronnictwa polityczno-religijnego; przen. człowiek obłudny.

¹⁶⁰ a e a — mebel z lustrem i szufladami, służący najczęściej kobietom.

Nad Niemnem



tej oryginalnej starej panny… Bardzo to jest szanowna osoba, skoro takie umiejętności

posiada… Ale,

, dawno widziałaś pannę Justynę?

Kirłowa, spodek, na który położyła trochę konfitur, wkładając w ciemną rączkę Broni,

żywo odpowiedziała:

— Zdaje się, że nikt jej tak niedawno, jak ty, kuzynku, widzieć nie mógł. Przyjechałeś

tu przecież z Korczyna.

— Skądże wiesz?…

— Słyszałam, jak o tym w kuchni mówił twój lokaj, i przyznam ci się, że zła jestem

Kobieta, Mężczyzna

na ciebie za to ciągłe podjeżdżanie do Korczyna…

— Naprzód nie ciągłe, bo byłem dotąd zaledwie kilka razy, a potem, czegóż zła jesteś?

— Wiesz o tym dobrze — sarknęła.

— Łaj mnie więc — odpowiedział — pozwalam i nawet proszę. Ale cóż ja temu

winien jestem, że panna Justyna bardzo mi się podoba?

— Otóż to! — zawołała. — Dla ciebie i tobie podobnych jedna jest tylko ważna rzecz

na świecie: podoba się albo się nie podoba. Zresztą nic.

— Masz słuszność — odrzekł.

— Ale na koniec — z coraz większą irytacją wolała — z czego ona, na nieszczęście

swoje, tak bardzo ci się podobała? Przystojna jest, to prawda, ale tysiąc piękniejszych

widziałeś pewno na świecie. Kokietką¹⁶¹ nie jest…

— Otóż to — potwierdził Różyc.

— Edukowali ją wprawdzie krewni, ale znowu ta edukacja nie jest tak bardzo świet-

na…

— Otóż to — powtórzył.

— Szczególniej od tej swojej historii z Zygmuntem Korczyńskim zrobiła się bardzo

poważna, nie stroi się, nie zaleca do mężczyzn, nie szczebiocze…

— Otóż to — raz jeszcze wymówił.

— Więc cóż? Wy tam przecież na świecie do wcale innych kobiet przywykliście i dla

wcale innych głowy tracicie!

Przestał jeść konfitury, których prędko zjadł bardzo wiele, i o poręcz kanapy plecy

opierając, z na wpół żartobliwą, a na wpół szczerą powagą mówić zaczął:

— Przede wszystkim masz wiedzieć, że takie kryształowe, jak ty, osoby¹⁶² wcale się na takich rzeczach nie znają. My tylko, wiesz? nicponie, wiemy dobrze, dlaczego do tej

lub tej kobiety pociąg czujemy… Rozumiesz? Pociąg, czyli instynkt, który daje nam wie-

dzieć, że z tą właśnie kobietą wychylić możemy w pełni tego słowa znaczeniu kielich

rozkoszy… Otóż i rumienisz się teraz jak pensjonarka¹⁶³… Ach! ach! cóż to za boska rzecz taki rumieniec na twarzy matki pięciorga dzieci!

Rumieniła się istotnie, po swojemu, dziewiczo płomiennym i świeżym rumieńcem,

ale przezwyciężając zawstydzenie, poważnie rzekła:

— Nic nie szkodzi. Mów wszystko. Chcę wiedzieć, co myślisz o Justynie…

— Zatem — mówił dalej — na pierwszym miejscu stoi tu pociąg, czy jaśniej dla ciebie

wyrażając się, sympatia. Do panny Justyny uczułem od razu sympatię… wyznaję nawet,

że bardzo, bardzo żywą… Masz słuszność, że wiele, wiele piękniejszych kobiet znałem na

świecie i nawet… zdrowie i majątek na całopalenie¹⁶⁴ przed nimi składałem… Ale w tym kontraście czarnych włosów i szarych oczu, jaki się znajduje u panny Justyny, w jej kibici,

ruchach etc, etc. jest coś… coś takiego, słowem… ale a n ¹⁶⁵, ty tego nie zrozumiesz…

ta dziewczyna ma temperament, upewniam cię, ma nawet wiele temperamentu…

a n ! — powtórzyła Kirłowa. — Cóż dalej?

— Dalej jest to właśnie, co przed chwilą wyliczyłaś. Kokietek, szczebiotek, histery-

czek, prawdziwych i fałszywych księżniczek miałem dosyć, zanadto;

de e d i ¹⁶⁶

nie było nigdy dewizą moją. Dla zmiany, widać, zacząłem przepadać za zdrowiem ciała

¹⁶¹

ie a (przestarz.) — kobieta zalotna.

¹⁶²

a

a

a — osoba bez skazy, z zasadami.

¹⁶³ en na a — uczennica pensji dla dziewcząt; osoba niedoświadczona, niewinna.

¹⁶⁴ a

a enie — ofiara całopalna, polegająca na spaleniu całego zwierzęcia poświęconego na ofiarę; tu: symbol poświęcenia.

¹⁶⁵ a n (.) — mniejsza z tym.

¹⁶⁶

de e d i (.) — „zawsze kuropatwy”; wyrażenie przysł., oznaczające nieustanną pogoń za wy-kwintem i rozkoszą.

Nad Niemnem



i duszy, czego najlepszym dowodem jest ta admiracja¹⁶⁷ i to rzetelne przywiązanie, które dla ciebie, kuzynko, powziąłem.

Parę razy zdjął swe binokle i znowu nimi oczy zasłonił. Znowu też machinalnie zaczął

jeść konfitury. Nagle, przerywając sobie jedzenie, zaczął:

— Dziś, na przykład, siedziałem obok niej przy obiedzie. Dopóki dawałem jej to i owo

do zrozumienia, okazywała się chmurna i odporna, prawie nie odzywała się, nie patrzała

na mnie. Zmieniłem taktykę i zacząłem z tonu obiektywnego… ożywiła się natychmiast

i rozmawiała bardzo przyjemnie. Opowiadała mi o naturze otaczającej Korczyn, o jakimś

parowie nadniemeńskim i wcale pięknym przywiązanym do niego podaniu ludowym…

w taki sposób, że byłem… byłem prawdziwie zajęty. Bardzo, bardzo jest rozsądna i kiedy

mówi o takich rzeczach, które ją zajmują, ma takie ogniki w oczach i coś takiego w ukła-

dzie ust… Tylko… Szturmem jej wziąć nie można… Dyplomacji cnota potrzebuje… i jest

to jedyną jej przywarą, a zarazem i najsilniejszą ponętą…

Kirłowa była tak zamyślona, że ostatnich słów krewnego zdawała się nie słyszeć. Nagle

podniosła głowę i tonem takim, jakby znakomitego odkrycia dokonywała, rzekła:

— Kuzynie! Jeżeli Justyna tak bardzo ci się podoba, ożeń się z nią…

Flirt, Nuda, Małżeństwo,

Pozycja społeczna

Różyc rękę z łyżeczką na stół opuścił, binokle zwykłym sobie prędkim ruchem w dół

pociągnął, wpółzdumionym a wpółprzerażonym wzrokiem na krewną popatrzył i śmie-

chem wybuchnął.

— Wyborny pomysł, kuzynko, wyborny, nieoceniony! — wołał. — Toż bym dopiero

niespodziankę urządził światu i samemu sobie! A papa Orzelski? Czy ja bym tę chińską

figurkę na kominku u siebie postawił? A ancuszczyzna panny Justyny, en e n

¹⁶⁸,

dość kulawa? Gdyby się oko w oko spotkała z moją księżną ciocią, chybaby biedna ciotka

śmiertelnego ataku spazmów dostała…

Śmiejąc się jeszcze dodał:

— Pomysł twój, kuzynko, świadczy o doskonałej dobroci twego serca i zupełnej zara-

zem nieznajomości świata… W takich amfibiach¹⁶⁹, jak panna Justyna, kochać się bardzo można, ale żenić się z nimi — im

i e¹⁷⁰…

— Amfibie! — zawołała Kirłowa. — Kobietę do żaby przyrównywać!…

— Naturalnie — przerwał Różyc. — Sama pomyśl: urodzona i nie urodzona, wy-

chowana i nie wychowana, biedna i nie biedna… słowem, nie wiedzieć kto…

Z błyszczącymi od gniewu oczami Kirłowa zapytała:

— Więc po cóż jeździsz do Korczyna?

— Bo mnie ta niespodziewana dla mnie samego sympatia ożywia trochę, podnieca,

i doprawdy, zjawiła się ona bardzo w porę, kiedym już zwątpił o wszelkich urokach życia…

— Ale jakiż koniec? — uparcie zapytywała kobieta.

— Moja kuzynko — odpowiedział — za mało jestem filozofem, abym myślał o końcu

każdej rzeczy… d ienne e

e

a¹⁷¹… I chwila przyjemności do pogardzenia nie jest…

Kirłowa z wielką powagą i stanowczością rzekła:

— Nic z tego nie będzie, mój drogi. Justyna nie da się zbałamucić¹⁷²! Przeszła już ona przez smutne doświadczenie, znam dobrze jej charakter i sposób myślenia…

Słuchał z zajęciem; czoło i brwi mu drgały.

— Znasz ją dobrze? Jesteś pewna tego, co mówisz?

— Najpewniejsza.

Zamyślił się, ręką powiódł po czole, źrenice mu zaszły wyrazem dalekiego jakiegoś

marzenia. Kirłowej zdawało się, że westchnął.

— Ale ty, kuzynie, naprawdę zajęty jesteś Justyną! — zawołała.

— O ile jeszcze mogę być czymkolwiek albo kimkolwiek zajęty. Wyznam ci, że sam

się dziwię… Ale niepodobne do przewidzenia są kaprysy serca czy tam wyobraźni…

— Więc ożeń się z nią! — nie dbając jakby o wszystko, co przed chwilą mówił, zaczęła

znowu.

¹⁶⁷ admi a a — podziw, uwielbienie.

¹⁶⁸ en e n

(.) — między nami (mówiąc).

¹⁶⁹ am ia — organizm zdolny poruszać się zarówno w wodzie, jak i na lądzie.

¹⁷⁰ im

i e (.) — niemożliwe.

¹⁷¹ ad ienne e

e

a (anc.) — niech się dzieje, co chce.

¹⁷² a am i — uwodzić, kokietować.

Nad Niemnem



Ale przerwało jej otworzenie się drzwi od sieni i głos Rózi, który zawołał:

— Mamo, Staś wrócił i ma okropną chrypkę…

Kirłowa, jak sprężyną podjęta, skoczyła i z pokoju wybiegła. Wraz z nią, natural-

nie, podobna do myszki wysunęła się Bronia. Różyc sam jeden pozostawszy, z czołem na

obie dłonie opuszczonym, słyszał z głębi domu tu dochodzące napomnienia przelęknionej

matki i odpowiedzi malca wypowiadane głosem tak od ochrypnięcia cienkim, że podob-

ne były do najpiskliwszych tonów jakiegoś zepsutego flecika. Trzask ognia, stuk siekiery,

pluskanie wody, głosy kuchennych dziewek dochodziły tu przez wąską sień z drugiej po-

łowy domu. Na dworze pogoda stawała się cichsza i jaśniejsza. Wiatr ustawał, chmury

rozbiegały się szybko we wszystkie strony nieba; przez gęste, wysokie bzy przedarł się pro-

mień zachodzącego słońca i pozłocił kwitnące na oknie skromne fuksje i róże miesięczne.

Czy ten wysoki i chudy człowiek w wytwornym ubraniu, z uyzowanymi¹⁷³ włosami nad białym czołem i wiszącymi u piersi binoklami w złotej oprawie wsłuchiwał się w odgłosy

tego małego domu i odgadywał z nich to życie, które w nim płynęło wiecznie tym samym,

pracowitym i skromnym potokiem? Czy nasuwało mu ono porównania, uwagi, myśli tak

dotąd nie znane, jak nie znanym dlań był cały rozległy rząd podobnych istnień? Wydawał

się głęboko zamyślony w chwili, gdy Kirłowa do małej bawialni wracając w zakłopotaniu

swym zapomniała nawet o zamknięciu za sobą drzwi sypialnego pokoju. Nie myślała już

także wcale o przedmiocie przerwanej przed kilku minutami rozmowy.

— Syn mi zachorował — ze zmartwieniem rzekła — gardło ma słabe i w przeszłym

Córka, Matka, Syn

roku dostał był tak silnego zapalenia, że doktora wzywać musiałam. Lękam się, aby znowu

nie było to coś złego, i kazałam Rózi, aby lipowy kwiat przygotowała.

Trwoga i zgryzota¹⁷⁴ czyniły twarz jej daleko starszą, niż była przed kwadransem.

Różyc rękę do niej wyciągnął.

— Biedna ty moja kuzyneczko — rzekł — ile ty mieć musisz pracy, trosk i zmartwień

z tym małym mająteczkiem, z dziećmi…

Do głębi ujęta usiadła obok niego na kanapie, policzek oparła na dłoni i o wszystkim,

co ją obchodziło, mówić zaczęła. Rada może była, że znalazła w krewnym współczującego

jej powiernika. Opowiadała mu, jak przed laty dwunastu, we cztery lata po swoim wyjściu

za mąż, spostrzegłszy, że w Olszynce wszystko szło bez żadnego ładu i dozoru i że wcale

bliska groziła im ruina, wzięła się sama do gospodarstwa i interesów. Dla kobiety była to

rzecz niezwykła, ale nie święci garnki lepią. Uczyła się u sąsiadów i sąsiadek, szczególniej u Korczyńskiego i Marty; z każdym rokiem przybywało jej energii i umiejętności, i jakoś

to poszło i idzie, wcale dobrze nawet idzie, tylko z wychowaniem dzieci bieda.

— Pięcioro — mówiła — pomyśl tylko, kuzynie, na tym kawałku ziemi, który około

tysiąca rubli dochodu przynosi… Trzebaż to wykarmić, ubrać i czegokolwiek nauczyć!

O edukacji córek już i nie marzyła. Sama je nauczyła, czego mogła, a zresztą niech

Kobieta

dobrymi gospodyniami będą! Ale synów kształcić pragnęła i do szkół ich oddała marząc

sobie, że jeden z nich gospodarzem na Olszynce zostanie, a drugi w świat z zawodem jakim

pójdzie. Ale szkoły drogo kosztują. Czasem sobie włosy z głowy wydziera przemyśliwając,

czym i jak za nich zapłaci. Dotąd znajdowała źródła i środki, ale nie jest pewna, czy

tak do końca będzie. Lada niepowodzenia, lada klęska w gospodarstwie, a jej najdroższe

nadzieje przepadną! Tymczasem robi, co może, i gdyby tylko Bolek większej ochoty do

nauki nabrał, a Staś tak często nie chorował… Ot, jaka bieda! jeden zdrów, ale nie bardzo

zdolny, drugi zdolny i chętny, ale słabego zdrowia.

Wszystko to opowiadała z policzkiem na dłoni opartym i gęsto, gęsto w tej chwili

drobnymi zmarszczkami okrytym czołem. Końce jej ładnych ust opuszczały się czasem

w dół, rzucając na dolną część twarzy dwie głębokie bruzdy.

— Ile ty lat masz, kuzynko? — zapytał wpatrujący się w nią ciągle Różyc.

— Trzydzieści cztery — z niejakim zdziwieniem odpowiedziała.

— Czy wiesz o tym, że kobiety w twoim wieku i tak jak ty urodzone używają jeszcze

życia na swoją rękę, błyszczą w świecie, łowią w locie różowe godziny wesołości i szczę-

ścia?…

Niedbale skinęła ręką.

¹⁷³

an (przestarz.) — ułożony w loki.

¹⁷⁴

a — zmartwienie, smutek.

Nad Niemnem



— Mniejsza o to! Inne ja rzeczy mam na głowie…

I dalej jeszcze opowiadałaby o swoich biedach i nadziejach, gdyby Różyc jej nie prze-

rwał. Powoli, z przestankami, bo znużenie ogarniać go już zaczynało, mówić jej zaczął

o zupełnej swej niezdatności do osobistego zarządzania Wołowszczyzną, o tym, że niepo-

dobna mu w tych stronach osiedlać się stale, że pragnie i potrzebuje koniecznie kogoś do

zarządzania majątkami tymi i chciałby, aby tym kimś był mąż jej, Bolesław Kirło. Układ

ten — mówił — byłby korzystny dla stron obu. Wołowszczyzna pod zarządem życzliwego

krewnego zaczęłaby prosperować¹⁷⁵ i większe dawać dochody; krewny zaś otrzymywałby za swą pracę wynagrodzenie, które by znakomicie podniosło dobrobyt jego rodziny: trzy

tysiące rocznej pensji, tantiema¹⁷⁶od zwiększających się dochodów i inne różne zyski, które teraz leni się przypominać sobie i wyliczać…

— Jeżeli nic przeciwko układowi temu nie masz, droga kuzynko, pomów o nim ze

Mąż, Mężczyzna, Opieka

swoim mężem. Niech przygotuje kontrakt, umowę czy tam coś podobnego i przywiezie

mi do podpisania. Za parę miesięcy będzie mógł przyjąć rządy majątków od teraźniejszego

rządcy, który stał się zupełnie już niemożliwy.

Kirłowa słuchała z uwagą, potem dość długo milczała i myślała. Widać było, że per-

spektywa przedstawiona jej przez krewnego uśmiechała się do niej prawie rajskim po-

wabem. Odpocząć nieco po kilkunastoletniej ciężkiej pracy, gospodarstwo w Olszynce

ulepszyć, synom i młodszym córkom staranne wychowanie zapewnić! Co za złote marze-

nie! Nic nad to na ziemi nie pragnęła. Ale po długim namyśle wyraz głębokiego smutku

twarz jej pokrył. Głową przecząco wstrząsnęła.

— Dziękuję ci — zaczęła z cicha — dziękuję, dziękuję, ale to być nie może… Ja… ja

nigdy nie zgodzę się na to…

Widziała, że patrzał na nią ze zdziwieniem, więc ze spuszczonymi powiekami, tak

prędko, jakby pilno jej było pozbyć się tego przedmiotu rozmowy, ale zarazem z częstym

wahaniem się głosu mówiła:

— Byłoby to dla nas wielkim szczęściem i rozumiem dobrze, że właśnie dlatego pro-

pozycję tę zrobiłeś… ale widzisz… dla ciebie nie wynikłoby z tego układu nic dobrego…

Jest to ostatni już twój fundusz… trzeba, aby ktoś zajął się nim na dobre, a Boleś… mój

mąż… gdzie tam! ani myśleć o tym nie można!

Nagle pochwyciła jego ręce i podniosła ku niemu wzrok pełen trwogi i prośby.

— Tylko — zawołała — nie myśl o nim nic złego… proszę cię, nie myśl o nim nic

złego! Ja wcale nie mówię, że jest on nieuczciwy czy coś podobnego. Wcale nie! Nic

przecież złego nikomu nie zrobił, spytaj się wszystkich, a każdy ci powie, że nic złego nie

zrobił i że to dobry człowiek, poczciwy…

— Więc dlaczegóż? — pytał Różyc.

— Dlaczego? Mój drogi kuzynie, każdy człowiek ma swoje wady, wiesz o tym do-

brze. I on je ma… Nie są to nawet wady, tylko przyzwyczajenia… Pracować nie lubi, bez

towarzystwa i rozrywek żyć nie może. Gdybyś wiedział wszystko: jak go wychowywali

i jak pierwszą młodość swoją przebył, sam byś przyznał, że są to tylko przyzwyczajenia…

Ojciec jego, mając ten tylko folwarczek, trzymał się wiecznie pańskich klamek, od ko-

mina do komina jeździł i syna z sobą woził. W szkołach trzy klasy tylko skończył i zaraz

za skończonego obywatela uchodzić zaczął. Potem, kiedy ożenił się ze mną i moim po-

sażkiem długi opłacił, ja sama starałam się wyręczać go we wszystkim i kłopoty od niego

usuwać… Tak już przywykł… ale z tymi przyzwyczajeniami jakżeby on mógł tak wielkiej

pracy podołać? Podjąłby się może, ale wiem, że nic by dobrego z tego nie wynikło… Nie

chcę! Wolę już tak, jak jest! Proszę cię na wszystko, abyś jemu o tym projekcie nigdy nie

wspominał i sam o nim nie myślał. Proszę…

Różyc wpatrywał się w nią niby w ciekawe zjawisko.

— Moja droga — zaczął — ty kochasz tego człowieka?

Małżeństwo, Mąż, Miłość,

Przyjaźń, Żona

Spojrzała na niego ze zdumieniem.

— Jakże?… — zaczęła. — Poszłam za niego z miłości, nikt mnie nie zmuszał, owszem,

rodzice sprzeciwiali się, familia odradzała i paru innym dla niego odmówiłam. Czy ty,

¹⁷⁵

e

a — rozwijać się pomyślnie.

¹⁷⁶ an iema — procentowy udział w zyskach.

Nad Niemnem



kuzynie, wyobrażasz sobie, że my, tak jak wy tam, na waszym wielkim świecie, dwadzieścia

razy w życiu kochać i przestawać kochać możemy?

— Dwieście razy! — poprawił.

Ale ona żartobliwej poprawki tej nie słysząc mówiła dalej:

— Nabiera się przecież przyjaźni i przywiązania dla człowieka, z którym choć czas jakiś

przeżyło się szczęśliwie. Zresztą, dzieci!… Mój kuzynie, jeżeli ożenisz się kiedy i zostaniesz ojcem, zrozumiesz, jaki to węzeł!

— Z tym wszystkim nie chcesz, abym twemu mężowi powierzył…

— Nie! — żywo zawołała — nie chcę, stanowczo nie chcę, bo on by nie podołał

i wynikłaby z tego szkoda dla twoich majątków… wiem o tym!

Różyc wstał. Niejaka zdolność do sympatii i współczucia istnieć jeszcze musiała w tym

apatycznym i chorym człowieku, bo wyraz, z jakim patrzył na krewną swą, był bardzo

podobny do wyrazu uwielbienia.

— Cóż robić? — rzekł — kiedy tego żadną już miarą nie chcesz… ale musisz przy-

najmniej pozwolić…

Obie jej ręce w swoich trzymając i w twarz jej patrząc z widoczną nieśmiałością do-

kończył:

— Abym ponosił koszta wychowywania twoich synów, dopóki… dopóki oni nauk

nie skończą albo ja reszty majątku nie stracę.

Przy ostatnich wyrazach próbował uśmiechnąć się żartobliwie, ale nerwowe drgania

tak mu wstrząsały czołem, brwiami i ustami, że twarz jego przybrała wyraz bolesny, prawie

tragiczny.

— Proszę — dokończył ciszej — proszę…

Stała chwilę ze spuszczonymi oczami, płomiennie zarumieniona i milcząca. Może ze

swymi także przyzwyczajeniami w tej chwili walczyła, dobrodziejstw od nikogo przyj-

mować nie chcąc. Dwie duże łzy wypłynęły spod jej spuszczonych powiek i na pięknie

zarysowanych, przywiędłych policzkach przeciągnęły wilgotne bruzdy. Ale wnet potem

podniosła na krewnego spojrzenie pełne głębokiej wdzięczności.

— Dziękuję — rzekła z cicha — i przyjmuję… od ciebie! Zresztą, dla dzieci… wszyst-

ko…

Pocałował obie jej ręce, a gdy wyprostował się, twarz jego wydawała się daleko spo-

kojniejsza niż wprzódy, choć pociemniała jakoś i bardzo zmęczona.

— Zrobiłaś mi prawdziwą łaskę… Na ciemnej przestrzeni, którą ciągle widzę przed

sobą, będę miał choć jeden punkt jaśniejszy… O szczegółach tyczących się tych kochanych

chłopców pomówimy innym razem… Teraz muszę już jechać…

Spojrzał na zegarek.

Choroba, Kobieta,

Małżeństwo, Mężczyzna

— Już przeszło sześć godzin, jak z domu wyjechałem.

— Boże mój! — westchnęła Kirłowa — a więcej niż sześć godzin trudno ci obejść

się bez…

— Bez czego? Nazwijże choć raz rzecz po imieniu! Po prostu, przez usta ci przejść to

nie może, co?

Próbował znowu żartować, ale było coś rozpaczliwego w geście, jakim dłoń po czole

przesunął, i wymówił:

— Trudno… niepodobna!

Ona z bólem na niego patrzała.

— Wiesz co? — rzekła — jedyny dla ciebie ratunek byłby w ożenieniu się z kobietą

rozsądną, szlachetną i którą byś kochał…

— Wracasz do swego…

— I ciągle powracać będę! — zwykłym sobie ruchem ściśniętą rękę o dłoń uderzając

zawołała i z wesołym znowu spojrzeniem dodała: — e

e emme e

ie e e ¹⁷⁷.

Francuszczyzna moja pewno tak samo kulawa, jak u Justyny, ale przysłowie sprawdza

się często. Zresztą, najlepiej po prostu mówić: gdzie diabeł nie może, tam babę pośle…

Zobaczysz, że ja cię namówię…

Przy drzwiach jeszcze, ściskając mu ręce, mówiła:

¹⁷⁷ e

e emme e

ie e e

(.) — czego chce kobieta, tego chce i Bóg.

Nad Niemnem



— Jak tylko złapię swobodną godzinę, sama do ciebie przyjadę i znowu o tym po-

mówimy. I jeszcze coś na myśl mi przyszło. Jeżeli chcesz dla Wołowszczyzny prawdziwie

dobrego rządcy, zrób tę propozycję Korczyńskiemu. To, to ale. Doskonały gospodarz, jak

wół pracowity i perła uczciwości, mówię ci, że perła… Spróbuj…

Niedbale machnął ręką. Widać było, że śpieszył bardzo z odjazdem i że wszystko

na świecie obchodzić go przestawało, ale Kirłowa zbiegła z ganku i przy stopniu karety

zgrabnym ruchem uczepiwszy się jego ramienia, szepnęła mu jeszcze na ucho:

— Pomyśl nad tym, co mówiłam ci o Justynie. Kpij z cioci księżny i ze wszystkich

światowych głupstw! Łajdactwo cię nie uszczęśliwiło, spróbuj poczciwego życia!…

Jakkolwiek zobojętniały i znużony aż do bezsilności, zaśmiał się połową drgających

ust.

— Oto co znaczy prawdziwie rzeczy po imieniu nazywać! Dobrze, przyjedź do Wo-

łowszczyzny, o wszystkim pomówimy.

Zaledwie karetka wytoczyła się za bramę, Kirłowa do domu wpadła, w kuchni i izbie

czeladnej kilka rozporządzeń wydała i do tego pokoju pobiegła, w którym znajdowali

się jej synowie. Tu trafiła na gwarną scenę. Swawolny Boleś i niedomagający Staś za-

wzięcie bawili się z najmłodszą siostrą, strasząc ją niby tupaniem nóg i hukaniem nad

samymi jej uszami; ale więcej niż kiedy rozczochrana i z tołubka swojego rozebrana Bro-

nia znała się dobrze na podobnych żartach i udając tylko, że się lęka, z zanoszącym się

śmiechem w różne kąty pokoju uciekała. Naprawdę przelękły się tylko siedzące w ko-

tuchach¹⁷⁸ kury, które przecież stanowisk swych nie opuszczając, z postawami pełnymi powagi, wniebogłosy gdakały. Uspokojona trochę o syna, boć nie mógł czuć się bardzo

chory, skoro bawił się tak wesoło, Kirłowa kupców do bawialnego pokoju wprowadziła

i po krótkiej jeszcze z nimi sprzeczce prędko, z niejakim rozmachem pióra umowę napi-

sała, zadatek pieniężny wzięła i chwilę jeszcze bardzo grzecznie o urodzaju i cenach zboża

porozmawiawszy, na ganek wyszła.

Na dworze zimny wiatr przez dzień cały szalejący zupełnie ustał, powietrze było chłod-

ne jeszcze, ale ciche i mniej ostre. Daleko, kędyś na krańcu zaniemeńskich pastwisk, słoń-

ce zachodziło pogodnie i jaskrawo, ulewą świateł napełniając przezroczysty gaj olchowy,

zza którego rzadkich pni widać było pstrą trzodę na przeciwległym wybrzeżu rzeki rozsy-

paną. Z wilgotnej łąki, która spływała ku szarzejącej w pobliżu wiosce, od wód stojących,

których istnienie zdradzały jasnozielone ajery i ciemne kołpaki łozy, dochodziły przecią-

głe i coraz bliższe ryczenia krów. Ścieżką, która środkiem łąki biegła od dworu do wsi,

szła gromadka kobiet, które od plecia warzywnych ogrodów powracały. Był to wijący

się pośród zielonej przestrzeni sznur jaskrawych chustek kobiecych, pąsowych¹⁷⁹ czapek dziecinnych i szybko migocących bosych stóp. Sposób, w jaki ta ścieżka wydeptaną by-

ła, opowiadał o częstych i licznych stosunkach zachodzących pomiędzy tym niewielkim

dworem i tym niedługim szeregiem chat. Teraz także z gromadką powracających do wsi

kobiet i dzieci rozminęło się kilku chłopów do dworu dążących. Kirłowa na ganku stojąc

z daleka ich spostrzegła. Wiedziała, z czym przychodzą, ale w tej chwili nie mogła cier-

pliwie czekać nadejścia gospodarzy, którzy po trochu byli jej wspólnikami, bo obrabiali

w Olszynce część gruntów, najbardziej od dworu oddaloną, po połowie dzieląc się zbiora-

mi z ich właścicielką. Po prostu, trudno jej było w tej chwili stać na miejscu. Niespokojna

czuła się widocznie; ze zmarszczonym czołem i wytężonym wzrokiem patrzała w stronę

warzywnych ogrodów. Roboty dzienne były już tam ukończone: dlaczegóż więc córka jej

nie wracała? Dlaczego ten ładny i taki żywy chłopak tak często tu przebywał, ani na krok

dziewczynki tej nie opuszczając? I ojcu jego może się nie podobać, że co dzień prawie dla

Olszynki Korczyn opuszcza. I Marynia… taka młodziutka i tak głębokie, niewymowne

szczęście tryska z jej twarzy, gdy spostrzeże czarnego Marsa, który w szerokich poskokach

na dziedziniec wpada, pana swego poprzedzając.

— Co ja z tym fantem pocznę? — z widoczną troską szepnęła do siebie kobieta.

— Wypowiedzieć mu dom albo niegrzecznie przyjmować go… niepodobna! Bo i za cóż?

Poczciwy chłopak i syn najpoczciwszego sąsiada! Znają się z sobą od dzieciństwa, więc

może to taka przyjaźń… ale dlaczegóż już nie przychodzą!

¹⁷⁸

(gwar.) — zagroda na ptaki domowe, kojec.

¹⁷⁹

— czerwony.

Nad Niemnem



Zbiegła z ganku, prędko przeszła dziedziniec i niedaleko małego spichrza za kilku

bzowymi krzakami stanęła. Zobaczyła córkę swą siedzącą na niskim progu małej budowy,

do której wnętrza parę godzin temu przed padającym deszczem uprowadzała chłopskie

dzieci.

Z warkoczem lnianych włosów opadającym na wąski tołubek szesnastoletnia dziew-

Idealista, Kobieta,

Mężczyzna, Młodość,

czyna różowy swój policzek na dłoni wspierała i błękitne oczy wznosiła w górę ku twarzy

Nauczyciel, Uczeń

stojącego przed nią towarzysza. W myśliwskim ubraniu swym, wysmukły i zgrabny, z lu-

fą fuzji zza ramienia mu sterczącą, Witold Korczyński rozprawiał o czymś z ożywieniem

wielkim i częstymi, żywymi gestami. Nadawało mu to z daleka pozór niepospolitej żywo-

ści i wybuchliwości, jakkolwiek w zmęczonej trochę cerze jego twarzy znać było długą już

i wytężoną pracę książkową. Znać było w tym młodzieńcu dziecię chwili pełnej udręczeń

serc i niepokoju umysłów. Nie rozrósł się on na kształt dębu szeroko i potężnie w ciszy

i dostatkach rodzicielskiego domu, ale na ławach szkolnych we wczesnych trudach pa-

mięci i myśli wybujał jak młoda topól¹⁸⁰, giętka i poddająca się ruchom otaczającego ją powietrza. Czoło miał dziewicze: białe i gładkie, oczy myśliciela, a zarys ust zdradzający

nadmierną wrażliwość i czułość. W ruchach jego głowy była zbyteczna nieco śmiałość

i duma; można by czasem rzec, że tuż, tuż, za parę dni lub godzin, wybierze się w podróż

naokoło świata albo i na podbój całego świata. Znajdując się tu już od paru godzin, wiele

zapewne z towarzyszką swą mówić musiał, przyniósł dla niej książkę, która teraz leżała

na jej kolanach; jednak ani ochoty do mówienia nie stracił, ani ona przestała go słuchać

z ciekawością w ożywionych rysach i wzniesionych ku niemu oczach. Zaniepokojone

serce matki na widok tej młodej pary uspokoić się mogło. On miał pozór nauczyciela,

ona uczennicy; wyglądali jeszcze na parę dobrych przyjaciół zgadzających się z sobą we

wszystkim i razem układających jakieś plany. Dziewczynka czyniła głową potakujące ru-

chy oznaczające zrozumienie albo wysoki stopień zapału, co zdawało się uszczęśliwiać i do

dalszego mówienia zachęcać młodzieńca. Z oddalenia, w jakim się znajdowała, Kirłowa

słyszała tylko oderwane wyrazy: lud, kraj, gmina, inteligencja, inicjatywa, oświata, do-

brobyt itd. Parę razy tylko do uszu jej doszły całe okresy żywcem jakby z mądrej jakiejś

książki wyjęte, a prawiące coś o pracach podstawowych i minimalnych¹⁸¹, o poprawieniu historycznych błędów itd. Uśmiechnęła się prawdziwie po macierzyńsku, trochę żartobliwie, a trochę dumnie.

— Dobrze — rzekła — kiedy tak, to dobrze! Niech sobie gwarzą o takich pięknych

rzeczach!

I miała już odejść ku gankowi, ale jeszcze młoda para wzrok jej do siebie przyku-

ła. Marynia z wolna podniosła się ze swego niskiego siedzenia i z powolnością ruchów

zdradzającą głębokie zamyślenie wsunęła rękę swą pod ramię towarzysza. Powoli prze-

szli ogród warzywny i wzdłuż olchowego gaju kierowali się ku ścieżce do wsi wiodącej.

Nieraz już Kirłowa widziała ich idących w tamtą stronę. Zdawało się, że machinalnie

i bezwiednie prawie ciągnęła ich tam wewnętrzna jakaś siła uczucia i myśli. Teraz posta-

cie ich i profile, blisko ku sobie przysunięte, plastycznie odbijały od zielonego tła gaju,

po którym przesuwały się powoli. On więcej niż kiedy miał pozór apostoła idee swe wy-

głaszającego i myśliciela z chmurnymi trochę oczami pod dziecinnym czołem, ona szła

z pochyloną nieco głową, z opuszczonymi w dół powiekami i tym zachwyconym uśmie-

chem na różowych ustach, który towarzyszy budzeniu się młodej myśli i woli. Za nimi

szedł poważnie wielki, czarny wyżeł, a przed nimi zachodzące słońce kładło na drogę

szerokie szlaki różowych, ruchomych świateł.

Paru godzin do południa brakowało, gdy Justyna z olśniewającej ulewy słonecznego świa-

Lato

tła wchodziła do przyciemnionej nieco sieni korczyńskiego domu. W rękach, więcej niż

kiedy ogorzałych, trzymała wielką więź polnych roślin, która w połączeniu z jasną barwą

¹⁸⁰

— topola.

¹⁸¹ a e

d a

e i minima ne

— Witold, jako przedstawiciel młodego pokolenia pozytywistów, za-

poznaje Marynię z głównymi założeniami nowego prądu, zalecającego ograniczenie się do „małego” programu reform, zwanego inaczej programem pracy od podstaw i pracy organicznej. Sprowadzał się on przede wszystkim do haseł gospodarczego rozwoju kraju i podniesienia oświaty wśród ludu w ramach ustroju kapitalistycznego.

Nad Niemnem



jej sukni i ognistymi rumieńcami policzków czyniła z niej upostaciowanie rozkwitłego

lata. Na wschody ganku wbiegła żywo, ale potem stanęła i długo popatrzała kędyś daleko

za bramę dworu, na pole. Zamyślenie to przecież smutnym być nie musiało, bo znowu

zwracając się ku domowi, prawie głośno zanuciła:

Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne,

Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne¹⁸²…

Ale zaledwie weszła do sieni, przerwała nucenie i przyśpieszyła kroku, bo w sali jadal-

nej słychać było ożywioną rozmowę i nawet jakby sprzeczkę paru głosów. W głębi sali,

plecami o bufetową szafę oparta, wielka i trochę przygarbiona, stała Marta, a przed nią

młody chłopak i niedorosła panienka mówili jej o czymś oboje razem, o coś na nią na-

legali, prosili. Chłopak miał na sobie krótkie i dość zaniedbane ranne ubranie, panienka

zaś, wątła i z żółtawą cerą, cała w muślinach, wstążkach, lokach, przypominała bladego,

ale ładnego motyla. Oboje bardzo prędko mówili.

— Moja ciociu, czyż ciocia dla nas tego nie zrobi? Kiedy my tak prosimy, tak lę-

Choroba, Lekarz, Opieka,

Zdrowie

kamy się o zdrowie cioci… Doktor powiedział, że cioci koniecznie leczyć się trzeba… że

w tym kaszlu jest coś złego… Niech ciocia pozwoli, aby doktor tu przyszedł… my go

przyprowadzimy… Czyż ciocia dla nas tego nie zrobi?…

Cieniutkimi ramionami panienka usiłowała objąć kościstą kibić starej panny, a utre-

fioną swą główkę wysoko podnosiła, aby móc patrzeć w jej twarz, po której przepływały

fale uczuć najsprzeczniejszych: gniewu i rozrzewnienia. Gniew przemógł.

— A dajcież mi święty pokój! — rozległ się po sali głos basowy i ochrypły. — Oto

mnie napadli! Wieczna niedola! Doktor wasz głupi… co on tam takiego w moim kaszlu

usłyszał? Niech Emilkę i Terenię leczy, bo one chore, a ja zdrowa, zdrowiuteńka, mury

łamać mogę i żadnych doktorów nie potrzebuję. Jeszcze czego! Wieczne głupstwo! Uf!…

Miała zakaszlać się, tak jak bywało zwykle, ilekroć mówiła ze wzburzeniem, ale wstrzy-

mała się i tylko krztusiła się głośno. Wtem spostrzegła wchodzącą Justynę i rzuciła się

ku niej jak ku zbawieniu.

— Spacerujesz sobie, kochanko, spacerujesz, nie wiedzieć gdzie przepadasz i nic nie

wiesz, co się w domu dzieje. Wieczna bieda! Emilka zachorowała na nerwy, na piersi,

na serce, na wszystko… doktora sprowadzili… Benedykt tak zląkł się i tak prędko wieźć

go kazał, że konie, powiadam ci, całe w pianie przed gankiem stanęły. Pół godziny temu

przyjechał i powiedział, jak zawsze, że to nic strasznego… Wielkie rozdrażnienie nerwów

i troszkę kataru, bronchitów¹⁸³, jak zawsze, powietrze jej zalecił, ruch, rozrywki, dwie recepty zapisał… Ale ja tam do jej pokoju weszłam z kawą i przekąską dla doktora i trzebaż

nieszczęścia, zakaszlałam… troszkę tylko, mówię ci, że troszkę… A on popatrzył na mnie

i powiada, że to zły kaszel, że mnie leczyć się trzeba… Ja w nogi, a dzieci za mną! „Lecz

się, ciotko, i lecz się, pogadaj z doktorem i pogadaj!” A żeby on choć przez trzy dni ust

nie otwierał, daj Boże! Chora… chora… wieczne głupstwo! Już jeżeli ja chora, to któż

zdrowy? Powiadam ci, że w tej ścianie pięścią dziurę zrobię, jeżeli zechcę!

Kiedy Marta prędko, z rozmachiwaniem ramion i trzęsieniem głowy, nad którą ster-

czał wysoki grzebień, wszystko to mówiła, Witold i Leonia prędko także i z ożywionymi

gestami cicho porozumieli się ze sobą; z sali wybiegli. Justyna powolnym ruchem wzięła

rękę Marty, cicho ją pocałowała i długo w oczy jej patrzyła.

— Ja to wszystko rozumiem, ciotko — wymówiła z cicha.

— Już?… rozumiesz? — z trochę zjadliwym śmiechem zadziwiła się Marta, ale wnet

spostrzegłszy, że coś niepotrzebnego powiedziała, wybuchnęła: — Cóż ty rozumiesz? Tu

najmniejszej rzeczy do rozumienia nie ma! Zdrowa jestem zupełnie i wcale nie potrze-

buję, aby mi jak indyczce gałki do gardła rzucali… A ty zaraz w melancholię wpadasz…

„Rozumiem!” Nic nie rozumiesz… Wieczne…

Umilkła, bo wzrok jej upadł na snop roślin, które przyniosła Justyna i na stole po-

Kwiaty, Miłość, Pozycja

społeczna

łożyła.

¹⁸² e

i ie

d e (…) — początek pieśni Wincentego Pola (–) ze zbioru ie ni an

a, zaty-

tułowanej

ie

m i . (W oryginale początek brzmi: „Leci liście z drzewa”) Według niezupełnie pewnych danych muzykę do słów tej pieśni ułożył Fryderyk Chopin.

¹⁸³

n i — ostre zapalenie oskrzeli.

Nad Niemnem



— A toż skąd? — wskazując bukiet bardzo do różnobarwnej miotły podobny zawołała.

— Niech ciotka zgadnie — uśmiechnęła się Justyna.

Czy zgadywała? Wąskie jej wargi zacisnęły się i pośród zmarszczek prawie zniknęły;

górną połowę swej ciężkiej postaci naprzód podała, a rozpłomienione przed chwilą oczy

jej przygasły i w więź roślin wpatrzyły się tak, jakby ktoś wpatrywał się w nagle przed

nim powstałe widmo czegoś, co niegdyś było żyjącym, znanym, może drogim.

— Justyna!

Na dnie stłumionego jej głosu czuć było jakieś wewnętrzne warczenie.

— Co, ciotko?

— Gdzie ty byłaś?

Młoda panna spokojnie odpowiedziała:

— W Bohatyrowiczach.

— A któż ci dał… to…?

Ciemnym, pomarszczonym palcem wskazywała bukiet, jeszcze odeń wzroku nie od-

rywając. Tym razem Justyna głowę nad więzią roślin pochyliła.

— Jan Bohatyrowicz — ciszej odpowiedziała.

Jakby ją to nazwisko w pierś uderzyło, Marta wyprostowała się i ze szczególnym po-

łączeniem śmiechu i tego samego, co wprzódy, wewnętrznego warczenia wybuchnęła:

— Cha, cha, cha! No, to już u nich familijne! Wiecznie bukiety wiążą, a co który

zwiąże, to miotła. Czysta miotła! Widywałam ja kiedyś takie bukiety często, a ten do

tamtych podobny jak dwie krople wody! Ależ pachnie, aż się po całej sali rozeszło! Znałam

ja kiedyś i te zapachy… Uf… nie mogę…

I nie mogła już wstrzymać się, zakaszlała; pomarszczone jej czoło nabiegło krwistym

rumieńcem. Z tym rumieńcem na czole i krztusząc się jeszcze wymówiła znowu:

— Justyna!

— Co, ciotko?

Stała teraz przed młodą panną prosta i ciężka, podobna do słupa umieszczonego na

wielkich, w kwieciste pantofle obutych stopach, i wprost jej w twarz ostro patrzała. Po

chwili wskazujący palec do wysokości swej twarzy podniosła i poruszyła nim w powietrzu

prawie groźnie.

— Cóż ty sobie myślisz, panienko?… — z cicha zaczęła. — Może ty myślisz, że jed-

nym ludziom Pan Bóg daje serca, a drugim kamienie?… Pewno tak myślisz, ha? U ciebie

serce, bo ty panienka, a u niego kamień, bo to chłop! Ha? Pobaw się z kamuszkiem,

pobaw się, co to szkodzi? Z nudy, z melancholii! Na pociechę po pańskich karmelkach

chłopskie miotły, tymczasem, póki Pan Bóg znowu jakiego panicza nie ześle, ha?

W sposób ten mówiłaby może więcej, ale do sali wbiegł lekki, strojny, głośno śmiejący

się podlotek i z radosnym błyskaniem oczu przylgnął cały do niej, jak blady motyl do

ciemnego słupa.

— Otóż i postawimy na swoim! Otóż ciocia będzie musiała z doktorem porozmawiać!

Choroba, Lekarz

Już go Widzio tu prowadzi!

W salonie słyszeć się dały kroki dwu mężczyzn, z pokoju pani Emilii ku sali jadal-

nej zmierzające. Marta, jak wybuchającą miną podrzucona, porwała się z miejsca i kilku

susami salę przesadziwszy wpadła we drzwi do dalszych pokojów wiodące. Za nią biegła

Leonia, a potem i Witold, który doktora w salonie pozostawiwszy próbował jeszcze ciot-

kę dogonić i do zamiaru swego namówić. Ale Marta, pochylona, piętami suknię wysoko

za sobą podrzucając, z głośnym tętentem stóp przebiegła parę pokojów, w których parę

krzeseł na drodze jej stojących przewróciła, aż wpadła na dość długi korytarz, u które-

go końca znajdowała się spiżarnia. Biegnąc już wydobyła z kieszeni wielki klucz, który

dopadłszy drzwi spiżarni drżącą z pośpiechu ręką w zamku obracać zaczęła. Oddychała

przy tym głośno i coś po cichu mruczała. Ale tu dopędziła ją Leonia i, zdyszana także,

za suknię ją pochwyciła.

— Ciociu! — zabrzmiał na cały korytarz cienki i prawie płaczący głos podlotka. —

Ja cioci śliczne pantofle wyszyję! Ja ciocię co dzień tak wycałuję… tylko proszę…

Marta odwróciła się i wątłą dziewczynkę nad ziemię uniósłszy, namiętnymi poca-

łunkami jej włosy, oczy i usta okryła. Zarazem do wnętrza spiżarni ją wciągnęła, prawie

wniosła, za sobą i za nią drzwi z trzaskiem na klucz zamykając. Dopadł do nich teraz

i Witold.

Nad Niemnem



— Ciotko! — zawołał. — Proszę iść do doktora!…

Pod ściągniętymi brwiami oczy gniewnie mu już błyskać zaczynały. Ale we wnętrzu

spiżarni słychać było wiele naraz odgłosów: śmiech, całusy, brząkanie szklanych naczyń.

Widocznie w fortecy tej bawiono się wybornie. Z czołem do drzwi przyciśniętym Witold

zawołał:

— Czy ciocia nie zrobi tego, o co proszę?

Za drzwiami głos gruby, ale w tej chwili miękki i pokorny, mówić zaczął:

— Kotku ty mój, robaczku złoty, miły! Nie trzeba, jak Boga kocham, mnie nic nie

trzeba! Czyż ja mogę komu ambaras jaki robić i sobą ludziom głowy kłopotać?… Nie

gniewaj się na mnie, mój mileńki! Może chcesz co przekąsić?… Serek mam doskonały

i świeże powidła. Chcesz? Ha? Chodź do nas!

— Niechże ciocia otworzy!

Po chwili wszyscy troje znajdowali się w spiżarni. Ileż chwil, odkąd tylko pamięcią

sięgnąć mogli, przepędzili oni w tym miejscu z tą wielką, gderliwą i często szyderską

kobietą, która ich tu całowała, na ręku swym nosiła, przysmakami najrozmaitszymi kar-

miła, czasem tak pasła, że aż potem chorowali, a ona doglądała ich znowu, leczyła, drżąc

o nich tak, że aż gorączkowe rumieńce żółte policzki jej paliły, a do snu i dla rozrywki

śpiewając im grubym swym głosem te stare pieśni, które z dala od dworu unosiły się nad

polami.

Wcale co innego działo się w sypialni pani Emilii. Błękitny ten pokój błękitna lam-

pa u sufitu zwisająca co nocy napełniała światłem do księżycowego bardzo podobnym.

Oprócz tej lampy do późna zwykle paliła się tam jeszcze jedna, tuż przy łóżku pani Emilii

Kobieta, Książka, Marzenie,

Miłość

umieszczona i czytającej Teresie przyświecająca. Codziennie do późna Teresa czytywała

głośno powieści, pamiętniki, podróże w trzech językach pisane, bo ta mizerna, podsta-

rzała panna, z twarzą przypominającą uwiędłą różę i chorobliwie erotycznym wyrazem ust

i oczu, wcale dobrze znała trzy obce języki. Tej nocy książką, którą czytały, była podróż

po Egipcie. Tyle naczytały się razem o wszystkich krajach Europy, że od jakiegoś czasu

powędrowały już dalej, do innych części świata. Egipt podobał się pani Emilii do tego

stopnia, że obudził w niej uczucie niewysłowionej tęsknoty. Wszystko, co o nim czyta-

ła, było tak nowe, uderzające wyobraźnię, ponętne. Czemuż nie urodziła się w Egipcie?

Byłaby tam najpewniej szczęśliwsza! Zarzuciła nad głową szczupłe ramiona, wzdychała,

oczy jej zdawały się rozszerzać, powiększać. Przerwała na chwilę czytanie.

— Jak myślisz, Tereniu? Ja bym tam pewno mogła wiele chodzić, ruszać się, żyć,

kochać?

— O, tak! — odpowiedziała Teresa. — Jakże tam ludzie wśród takiej natury i takich

widoków gorąco kochać muszą!

I jej blade źrenice w daleki punkt utkwione napełniły się także marzeniem. Stanął

przed nimi wysmukły fellach¹⁸⁴ z oliwkową cerą, ognistym wzrokiem i mówił takie rzeczy, które usłyszeć ona pragnęła zawsze i których nigdy nie słyszała. Na świecie już świt

błękitny zamieniał się w dzień biały, kiedy Teresa długo i gorąco ucałowawszy panią Emi-

lię odeszła do sąsiedniego pokoiku, w którym sypiała. Ale zaledwie długim czuwaniem

Choroba

zmęczona połknęła parę codziennych pigułek i ułożyła się do snu, zaledwie przed usy-

piającym jej wzrokiem zjawił się i przemówił do niej ów oliwkowy fellach, zbudziło ją

i z łóżka zerwało wołanie pani Emilii. Było ono tak żałosne, że prawie bosa, w narzuconym

naprędce szlaoku, wbiegła do sypialni, którą jeszcze księżycowym blaskiem oświecała

błękitna lampa. W tym łagodnym blasku pani Emilia wiła się na pościeli w męczarniach

silnego ataku nerwów. Dusiła się, śmiała się i razem płakała, obu dłońmi przyciskała

serce, które biło tak, że o parę kroków uderzenia jego słyszeć było można. Oprócz tego

wszystkiego kaszlała jeszcze i czuła kłucie w piersi. Może to nie był tylko atak nerwowy,

ale także skutki przeziębienia i zgryzoty. Przed dwoma bowiem dniami Witold uprosił ją,

aby przeszła się z nim po ogrodzie. Wahała się długo, ale usilnym prośbom syna oprzeć

się nie mogąc, poszła. W czasie przechadzki użalała się przed nim na swoje smutne ży-

cie i zapewniała, że już długo chodzi i że rosa padać zaczyna. Przy tym syn nie okazał

jej dość współczucia, na skargi jej odpowiadał milczeniem, i to ją zgryzło, bo raz jesz-

¹⁸⁴ e a

— chłop egipski; od arabskiego a a : orać. Nazwa stosowana do osiadłej ludności Egiptu, Arabii, Palestyny.

Nad Niemnem



cze dowiodło, że nikt, nawet własne dziecko, ani zrozumieć, ani kochać jej nie umie.

A potem znowu ten Egipt!… Słowem, dawno już nie cierpiała tak silnie jak teraz. Te-

resa utraciła zrazu przytomność; od toalety do sza biegając rozbiła flakon z perfumą

i flaszkę z lekarstwem, ale co pewna, to że zupełnie zapomniała o sobie i ze współczuciem

gorącym, z gorliwością nieopisaną poiła i karmiła chorą różnymi zaradczymi środkami,

grzała dla niej wodę, ocierała ją, pocieszała. Z przyzwyczajenia już tylko uwała drobnym

i lekkim kroczkiem, ale zrobienie jakiejkolwiek toalety ani nawet obawa przed rannym

chłodem na myśl jej nie przyszły, kiedy o wczesnej rannej godzinie biegła budzić Martę

i Benedykta. Oboje już nie spali. Marta doglądała oterowania posadzek dokonywanego

przez kredensowego chłopca, polewała wazony u okien i jednocześnie przyrządzała her-

batę dla Benedykta, którego osiodłany wierzchowiec stał już pod gankiem. Była to pora

żniw, której część znaczną właściciel Korczyna spędzał zazwyczaj na koniu. Kiedy Teresa,

w luźnym i mocno przybrudzonym szlaoku, z trochą własnych włosów rozczochranych

nad pomarszczonym czołem, wbiegła do sali jadalnej, na żółtoróżowej jej twarzy malo-

wało się tyle przerażenia i żalu, że Marta i Benedykt domyślili się wszystkiego. I rzecz

szczególna! Pomimo że wypadki podobne dość często powtarzały się w jego domu, po-

mimo że od lat kilku nic już na pozór nie łączyło go z żoną, Benedykt dowiedziawszy

się, o co idzie, kilku skokami znalazł się na ganku, a gdy wydawał rozkazy tyczące się

zaprzęgania koni i przywiezienia lekarza z bliskiego miasteczka, wielkie ręce jego trochę

drżały. Wnet potem pobiegł do pokojów żony i wkrótce z nich wybiegł, obu dłońmi

głowy swej dotykając. Do Marty, która śpieszyła na górę po zażądane przez chorą ziółka,

w przechodzie¹⁸⁵ zagadał:

— Nieszczęście z tymi babami! Biedna kobieta! Męczy się okropnie! A ta znów druga

klęczy przy łóżku i fontanną płacze! O nic u żadnej dopytać się nie można!

Z ganku potężnym swym głosem krzyczał na służbę o jak najprędsze zaprzęganie koni

i lecenie błyskawicą po lekarza i z lekarzem.

Około południa jednak pani Emilia uspokoiła się znacznie i była już tylko tak osła-

biona, że aby usłyszeć, co mówiła, trzeba było ucho do ust jej przykładać. W białych

muślinach i haach leżała na pościeli z zamkniętymi oczami, z wyrazem tak cichego

i łagodnego cierpienia na twarzy, że w każdym na nią patrzącym istotną litość budzić

musiała. Toteż Teresa, tuż przy jej łóżku siedząca, wpatrywała się w nią wzrokiem żało-

snym, a Leonia, która cichutko wsunęła się tu po odjeździe doktora, smutnie z robótką

w ręku w kąciku siedziała. Wtem do cichego pokoju doleciał turkot zajeżdżającego przed

dom powozu, drzwi uchyliły się i dał się słyszeć szept Marty:

— Pan Darzecki przyjechał z młodszymi panienkami, Benedykt prosi, aby Leonia

Córka, Gość, Matka, Strój

przyszła panienki bawić…

Marta mówiła, jak tylko mogła najciszej, jednak świszczący szept jej doszedł do uszu

chorej, która otworzyła oczy, niespokojnie palcami poruszyła i wymówiła:

— Darzeckie… Jak Leonia ubrana?

— Chodź do mamy! — pośpieszenie zaszeptała Teresa.

Panienka na palcach do łóżka matki przybiegła; pani Emilia ogarnęła ją wzrokiem,

który, przed chwilą omdlały i zagasły, teraz nabrał trochę bystrości i blasku.

— Suknia dobra — zaszeptała chora — ale kokarda zmięta i buciki brzydkie.

Oczami dała znać córce, aby pochyliła się nad nią, i w czoło ją pocałowała.

— Nie trzeba, aby moja córka była gorzej ubrana od Darzeckich… które stroją się…

W tej chwili na pochylonej ku niej głowie córki spostrzegła coś takiego, co ją tak

przeraziło czy podnieciło, że dość prędkim ruchem podniosła się i na łóżku usiadła.

— Loki rozyzowane! — jęknęła.

A potem spiesznie do Teresy mówiła:

— Moja Tereniu, niech Zofia co najprędzej przypnie Leoni świeżą kokardę i włoży

jej na nogi warszawskie pantofelki… Ale z włosami? Co tu robić z włosami?

— Zwiążę je wstążką! — zaproponował podlotek.

— Cóż robić? Zwiąż wstążką! — odpowiedziała matka. — Tylko — dodała — żeby

wstążka tego samego koloru była co kokarda.

¹⁸⁵

e

ie — przechodząc.

Nad Niemnem



Kiedy Leonia odbiegła, z dala i już głośno panny służącej przywołując, chora ruchem

zmęczenia i nadzwyczajnej słabości osunęła się znowu na pościel i ledwie dosłyszalnym

głosem poprosiła:

— Moja Tereniu, pilnuj tylko, aby nikt tu nie przychodził, nikt a nikt… Nie mogę

teraz znieść najmniejszej fatygi. Poczytaj trochę o Egipcie… tylko niegłośno czytaj…

W błękitnej sypialni Teresa stłumionym głosem czytała ancuskie podróże po Egip-

cie, chora czytania tego słuchała w bezwładnej nieruchomości, po salonie zaś przechadzało

się dwóch mężczyzn, których wysokie postacie rozmijały się wciąż z przechadzającymi się

także trzema niedorosłymi panienkami. Darzeckie i córka Korczyńskich trzymając się

pod ręce chodziły wyprostowane i mierzonymi krokami, ale nad ich sztywnymi posta-

ciami, rogi gorsetów zdradzającymi, małe, utrefione głowy bardzo ruchliwie zwracały się

ku sobie w bardzo ożywionej pogadance. W rogu salonu z otwartą książką w ręku sie-

dział Witold, ale nie czytał, tylko bystrym, uważnym i coraz chmurniejszym wzrokiem

wpatrywał się w ojca i z kolei w siostrę. Widać też było, że przysłuchiwał się pilnie rozmo-

wom przez obie te osoby prowadzonym. Istotnie, zaciekawiająca była zmiana, która zaszła

w ruchach, fizjonomii i sposobie mówienia Korczyńskiego. Mogło się zdawać, że zmalał

trochę i wyszczuplał, tak nisko głowę pochylał i porywcze swe i rozmachliwe zazwyczaj

gesty powściągał. Sposób, w jaki do szwagra swego przemawiał, powściągliwy był także,

jakby staranny, a wyraz oczu i ust zdradzał wyraźną chęć przymilenia się i przypodobania.

Tylko może właśnie ten umizg i ta staranność o stanie się przyjemnym gościowi pogłę-

biły grube fałdy jego czoła i policzków, a długie wąsy opuściły aż na klapy płóciennego

surduta, w którym przed chwilą zamierzał udać się w pole. Doskonałe przeciwieństwo

z panem domu przedstawiał gość. Wysoki, cienki, tak sztywny, że można by go wziąć

za chodzący posąg, wytwornie ubrany, chodził on po salonie krokiem mierzonym, tro-

chę drobniejszym, niż by z natury wypadało, z lekkim poskrzypywaniem błyszczącego

obuwia. Ręce trzymał w kieszeniach, a blada, wąska, delikatna i krótkim, siwiejącym

zarostem otoczona twarz jego okryta była wyrazem głęboko uczuwalnej i wielostronnej

wyższości majątkowej, rodowej, cywilizacyjnej. Mową płynną i monotonną wyrażał on

Korczyńskiemu głębokie swe ubolewanie nad tym, że niepokoić go musi upomnieniem

się o dług swój, czyli o niewypłacony mu dotąd posag żony. Korczyński przy pierwszych

zaraz słowach jego tej sprawy tyczących się drgnął, jak gdyby mu kto ostrze jakieś za skó-

rę zapuścił, nagle i dziwnie lekko do bocznego stolika poskoczył i z uśmiechem prawie

zalotnym wzięte stamtąd cygaro szwagrowi podał:

— Dziękuję, przed obiadem nie palę nigdy — rąk z kieszeni nie wyjmując i prze-

chadzki swej nie przerywając odmówił Darzecki.

Benedykt z wyrazem prośby popatrzył mu w oczy.

— A może?… Wcale dobre… Przywiozłem takich parę pudełek z miasta na wypadek

takich gości, jak kochany szwagier… tylko takich gości!

— Dziękuję, nie — powtórzył gość z ledwie spostrzegalnym i pierwszym, odkąd tu

przybył, poruszeniem głowy, a zaraz potem mówił dalej: — Właściwie, te kilkanaście

tysięcy rubli są bagatelką, o której i mowy pomiędzy nami być nie powinno… Pojmuję

dobrze solidarność obywatelską, będącą niejako fundamentem społecznej budowy. Po-

winniśmy podtrzymywać się wzajem, chociażby z ujmą własną… tak, cho-ciaż-by z uj-

-mą. Człowiek cywilizowany nie może doświadczyć większej przykrości, jak kiedy mu

przychodzi pogwałcić w najmniejszej rzeczy te węzły, te sympatie, te najlepsze chęci,

które uczuwa dla swoich bliskich, tak, dla swo-ich blis-kich…

— Procenty płacę regularnie — nieśmiało i cicho przerwał Benedykt.

Mała, siwiejąca głowa, na sztywnym karku osadzona, uczyniła drugie z rzędu, zaledwie

dostrzegalne poruszenie, tym razem twierdzące.

— Regularnie, tak, re-gu-lar-nie. Jesteś, kochany szwagrze, człowiekiem honoru

i serca i za prawdziwe szczęście uważam sobie, że ci to przyznać mogę…

— Więc może i nadal… — szepnął Benedykt.

Błyszczące obuwie gościa głośniej trochę skrzypnęło i była to jedyna oznaka, że czuł

się cokolwiek zakłopotany.

— Niepodobna, kochany panie Benedykcie… Gdyby człowiek mógł zawsze być pa-

nem okoliczności, bezwarunkowo miałbym sobie za punkt obywatelskiego honoru, tak,

ho-no-ru, a także za miłą powinność pokrewieńską i przyjacielską, uczynić ci i nadal,

Nad Niemnem



jak dotąd czyniłem, folgę, ustępstwo, ułatwienie w twoich interesach… tak jak dotąd

czyniłem…

— Za co ci, kochany szwagrze, najpokorniej wdzięczny jestem — przerwał znowu

Benedykt, a głos jego był istotnie bardzo pokorny. — Dobroć i względność twoja… —

ciągnął — ośmiela mię…

Wtem jak jasne motyle pomiędzy nagie ciernie w rozmowę tę wpadły trzy panienki.

Trzymając się pod ręce, drogę dwom rozmawiającym mężom zabiegły i na paluszkach

wstecz przed nimi idąc, chórem srebrzystych głosików zaczęły:

— Papciu, kuzynki mówią, że salon nasz jest bardzo pusty i wcale nieładnie wygląda…

I ja jestem tego samego zdania…

— Wujaszek mógłby już, doprawdy, nowe meble sprowadzić i lepsze dywany spra-

wić… — jednogłośnie przywtórzyły dwie niedorosłe córki Darzeckiego.

— U nas na pensji nawet salon daleko jest piękniejszy, a ja bym tak chciała, aby nasz

był choć taki, jak tamten…

— Pomiędzy oknami powinny być lustra i konsole¹⁸⁶… — zadecydowały kuzynki.

— Papciu, mój papciu, proszę sprowadzić lustra i konsole, bo doprawdy, mnie aż

wstyd, że u nas takie nagie ściany… — żałośnie i prawie ze łzami ojcu w oczy patrząc

wołała Leonia.

Benedykt z rodzajem osłupienia na te trzy śliczne istotki patrzał, aż krzyknął prawie:

— No, nie przeszkadzajcie nam rozmawiać! Lalkami wam jeszcze bawić się, a nie

salony urządzać…

Panienki trochę rozśmieszone, a trochę zagniewane, unęły ku tej stronie salonu,

w której siedział Witold. Pierwszy raz, z siedzenia swego nie powstając, wmieszał się on

do ich rozmowy.

— Może byś ty, Leoniu, mozaikowej posadzki i esków na suficie chciała…

Gniewnej ironii, z jaką to wymówił, nie dosłyszawszy, cmoknęła bledziutkimi war-

gami tak, jakby czegoś smacznego skosztowała.

— Czemuż by nie! — zawołała — to prześliczne… ja to widziałam…

I prędko, z zachwyceniem takim, że aż oczy jej błyszczały, opowiadała kuzynkom

o wszystkich pięknościach, które czasem w wielkim mieście widywała. Ale kuzynki daleko

od niej więcej o tym przedmiocie mówić mogły; bywały przecież u ciotecznej babki swej,

bardzo bogatej hrabiny, która to właśnie skojarzyła małżeństwo pomiędzy ich najstarszą

siostrą a swym krewnym, niebogatym hrabią. O nim to w tej chwili, o tym przyszłym

zięciu swoim, mówił Darzecki Korczyńskiemu.

— Zrozumiesz to łatwo, kochany szwagrze, że do takiej rodziny wchodząc córka moja

musi posiadać wyprawę odpowiednią przyszłemu otoczeniu i stanowisku, tak, sta-no-

-wisku. Tę sumkę właśnie, o którą z przykrością, z rzetelną przykrością upominam się

u ciebie, przeznaczamy z żoną na jej wyprawę…

— Tak wielką sumę na wyprawę! — nie mogąc już powściągnąć się, tubalnym swym

głosem wykrzyknął Benedykt i ręce szeroko rozpostarłszy jak wryty stanął. Ale zaraz

musiał naprzód postąpić ze swym gościem, który ani na sekundę swych drobnych i po-

skrzypujących kroków nie zwalniając uśmiechnął się i odpowiedział:

— Nie całą, nie całą… ale połowę pewno… Cóż szwagier myśli? Srebra, futra, koronki

i inne tam różne kobiece fatałaszki to są rzeczy kosztowne… bardzo kosztowne. Fortepian

z Paryża sprowadzić musimy. Żona moja chce i ja się na to zgadzam, aby córka nasza

miała fortepian własny, a kiedy już kupować, to coś pięknego, wykwintnego, doskonałego,

tak wy-kwint-ne-go i do-sko-na-łe-go! Prawda? Szwagier sam pewno przyzna mi rację,

najzupełniejszą rację.

Czy Korczyński wszystkim koniecznym potrzebom przez szwagra wymienionym rację

przyznawał — sam on tylko wiedzieć mógł o tym, ale co pewna, to że z pozoru wyglądał

na osłupiałego i całkiem pognębionego człowieka. Milczał, myślał, ze spuszczoną głową

długi wąs do połowy prawie w usta wpychał i zębami zawzięcie przygryzał, aż na koniec

z cicha wymówił:

— Może byście więc w tym roku na połowie tej sumy poprzestali… Kilka tysięcy

mógłbym jeszcze jakimkolwiek sposobem dostać, ale kilkanaście, od razu…

¹⁸⁶ n a — stolik pod lustrem, zwykle przytwierdzony do ściany.

Nad Niemnem



Uderzył się w czoło tak silnie, że po całym salonie rozległo się jakby klaśnięcie z bicza,

a po wąskich ustach Darzeckiego przebiegło drgnienie niesmaku. Jednak tym samym

zupełnie co wprzódy głosem zaczął znowu:

— Niepodobna, kochany szwagrze, tak nie-po-do-bna! Oprócz wyprawy córki mamy

inne potrzeby i wydatki, a sam przyznasz, niezawodnie to przyznasz, że czasy teraz są

ciężkie, bardzo ciężkie…

— Niech diabli wezmą takie czasy! — coraz trudniej w tonie delikatności utrzy-

mać się mogąc wykrzyknął Benedykt, ale zaraz głos zniżając i nader uprzejmie dodał: —

Szwagierek przynajmniej na ciężkie czasy wyrzekać nie możesz…

— Kto wie? — ze sfinksowym uśmiechem i melancholijnym spojrzeniem w dal zaczął

Darzecki — tak, kto wie…

Znowu w rozmowie dwu mężczyzn ta sama, co wprzódy, zaszła przeszkoda. Trzy pa-

nienki drogę im zabiegły i na paluszkach przed nimi idąc, z oczami ku Korczyńskiemu

wzniesionymi, chórem zaszczebiotały:

— Papciu! Wujaszku, wpadłyśmy na wyborny, doskonały pomysł!

— Śliczny pomysł! — wzbił się nad inne głos Leoni. — Niech papcio sprowadzi

cztery posągi, koniecznie cztery: dwa pomiędzy oknami staną, a dwa po rogach salonu!…

— Teraz modnie salony posągami ubierać…

— U nas na pensji są posągi, wprawdzie gipsowe, ale to nic nie szkodzi… zawsze to

bardzo zdobi salon… Mój papciu, mój złoty, proszę do naszego salonu sprowadzić cztery

posągi, choć gipsowe…

Z nowego osłupienia budząc się Benedykt krzyknął prawie:

— Zwariowałaś, Leoniu, czy co? Ruszaj mi zaraz z drogi i rozmawiać nie przeszkadzaj!

Znowu z tym samym połączeniem śmiechu i obrazy podlotki unęły w inną stronę

salonu i znowu Witold, którego oczy iskrzyły się pod ściągniętymi brwiami, do siostry

przemówił:

— No, poprośże jeszcze ojca, żeby ci jaki pałac królewski do Korczyna sprowadził!

Darzecki zaś za odbiegającymi córkami patrząc, z pobłażliwym uśmiechem mówił:

— Wesoła, swobodna, różowa młodość, wiek szczęśliwy, marzeń pełny!…

A potem zaraz do ostatniego wyrazu przerwanej mowy swej powrócił:

— Kto wie? Kto na pewno wiedzieć może, dla kogo los łaskawy jest lub surowy? Nie

narzekam, nie narzekam; w porównaniu z innymi w interesach stoję dobrze, tak, bardzo

do-brze. Jednak równowaga ich trochę w ostatnich czasach zachwiana została… trochę…

W na wpół spuszczonych oczach Korczyńskiego przeleciał przy tych słowach gościa

zjawiający się w nich czasem błysk mądrej i nieco złośliwej filuterności¹⁸⁷, lecz zgasił go natychmiast gruby cień troski.

— W zeszłym roku potrzebowaliśmy dom nasz powiększyć i trochę przyozdobić…

żonie mojej zachciało się małej oranżerii, do której by wychodzić było można prosto

z jadalnej sali… córki moje pragnęły inaczej umeblować swoje pokoiki… ja znowu popeł-

niłem szaleństwo, tak, przyznaję to, sza-leństwo — powiozłem je wszystkie za granicę…

Podróż sześciu osób kosztowała wiele, ale sprawienie im tej przyjemności było prawdziwą

potrzebą mego serca, której odmówić sobie nie mogłem. Słowem, od lat kilku, to jest

od czasu, kiedy starsze córki moje dorosły, wydawałem trochę za wiele, tak, za wie-le,

i dlatego równowaga trochę się zachwiała…

Wzburzeniu, które szeroką pierś jego podnosiło, folgi trochę dając, z całych sił prze-

cież hamując się, Korczyński zauważył:

— Ależ, kochany szwagrze, zawsze byłem zdania, że to powiększanie domu, te oran-

Honor, Obowiązek,

Pieniądz, Pozycja społeczna

żerie i te wojaże były dla was wcale niepotrzebne!…

O jedną czwartą tonu głos podnosząc i z widoczniejszym niż kiedy wyrazem własnej

wyższości na twarzy, Darzecki odpowiedział:

— To względne, kochany panie Benedykcie, tak, bardzo względne. Jesteśmy ludźmi

cywilizowanymi, a cywilizacja stwarza w nas potrzeby, gusty, przyzwyczajenia, dążenia,

tak, dą-że-nia, które są naszym życiem, których wyrzekając się gwałcimy niejako własną

naturę, samą naszą duszę. Człowiek ucywilizowany rozkochany jest w pięknie, w harmo-

nii, w rzeczach wykwintnych, wzniosłych; pragnie on także wrażeń, duchowego zasiłku,

¹⁸⁷

e n

— zachowanie prowokujące, zalotne.

Nad Niemnem



umysłowego wzrostu, których bez wytwornego otoczenia, bez podróży i tym podobnych

zbytków życia posiadać nie można. Zresztą, mam córki i nikt mi tego za złe brać nie po-

winien, że pragnę dla nich losu najświetniejszego, tak naj-świet-niej-sze-go. Na koniec,

znasz dobrze, kochany szwagrze, moje stosunki familijne. Jedna z ciotek moich wyso-

kie zajmuje miejsce w kołach arystokratycznych… stryjeczny brat mój, powiększywszy

znacznie swą fortunę, posiada dom po książęcemu prawie urządzony. Z tych dwóch źró-

deł płyną liczne moje znajomości i kuzynostwa. Stosunki zaś do wielu rzeczy obowiązują,

niejako zmuszają. Jest to moralna presja, której poddajemy się chętnie, bo daje nam w za-

mian znaczną, bardzo zna-czną sumę przyjemności zupełnie wyższych. Eksplikuję się¹⁸⁸

przed tobą, kochany szwagrze, ponieważ z przykrością, z rzetelną przykrością przychodzi

mi kłopotać cię o tę sumkę… Ale znam cię, kochany szwagrze, jako człowieka hono-

ru, serca i rozumu, więc nie wątpię, że gdy nad pozycją moją zastanowić się zechcesz,

przyznasz mi rację, najzupełniejszą rację!

Z powierzchowności sądząc nie widać było, aby Korczyński przyznawał szwagrowi

najzupełniejszą rację; nic jednak o tym nie powiedział. W zamian, zniżonym i prawie

pokornym głosem mówić zaczął o tym, że długu tego ani na chwilę uważać nie przestał

za najsprawiedliwszy, że procenty regularnie opłacał i nawet przed kilku laty na żądanie

szwagra stopę ich podniósł, że za wielkie wyświadczone mu dobrodziejstwo uważa, iż tak

długo nie żądano od niego wypłacenia tej sumy. Potem, z kolei, eksplikował się z przy-

czyn, które tę wypłatę czynią dla niego niezmiernie trudną i prawie rujnującą, wyliczał

dochody swe i wydatki, ciężary obarczające Korczyn, starania swe o zachowanie i ulepsza-

nie majątku. Mówił długo, a ponieważ nie chciał, aby dzieci słyszały wszystko, co mówił,

głos zniżał prawie do szeptu, co mowę jego podobną czyniło do odbywanej spowiedzi.

Była to spowiedź widocznie męcząca, bo plecy garbiły mu się coraz więcej i wzrok coraz

nieruchomiej tkwił w ziemi, a na sfałdowane czoło występowały krople potu. Na koniec,

Darzecki u jednej z kanap otoczonych fotelami zatrzymał swe drobne, poskrzypujące

kroki i na jeden z fotelów opuścił się w ten sposób, że można go było wziąć za siadający

posąg. Benedykt usiadł także i przestając mówić słuchał długich i płynnych wywodów

szwagra o różnych źródłach kredytu istniejących, a także takich, które by tylko istnieć

mogły; o kapitale, który ludzie nie dość postępowi znieruchomiają w niewycinanych la-

sach, o zyskach, które on sam spodziewa się osiągnąć z powiększonej swej gorzelni i nowo

przez się założonej olejarni, o łączeniu przemysłu z gospodarstwem rolnym; o różnych

systemach gospodarskich we Francji, Niemczech, Belgii, Holandii. Skończył na tym,

że doradzał szwagrowi albo sprzedanie zaniemeńskiego lasu, albo pożyczenie wiadomej

sumy u jednego z kapitalistów miejskich, z którym on sam posiada niejakie stosunki

i szwagra zaznajomić gotów, który wprawdzie zażąda procentu wyższego, daleko nawet

wyższego nad ten, jaki Benedykt płacił dotąd siostrze, co jest smutną, ale nieuniknioną

koniecznością budzącą w nim samym żal, rzetelny żal, ale jeżeli tylko kochany szwagier

zastanowić się zechce, nie tylko tego nalegania i tych strat, które poniesie, za złe mu nie

poczyta, ale pozycję jego i jej potrzeby wyrozumiawszy przyzna mu niezawodnie rację,

naj-zu-peł-niej-szą ra-cję. Korczyński jednemu tylko z tych punktów rację przyznawał:

winien był siostrze kilkanaście tysięcy i oddać je, skoro tego stanowczo żądano, było jego

bardzo naturalnym i prostym obowiązkiem. O sprzedaży lasu myśleć będzie i z kapitali-

stą zaznajomi się. Prawdopodobnie drugiego środka użyje raczej niż pierwszego, chociaż

jakim sposobem z tej lichwy wylezie, gdy raz w nią wlezie, sam nie wie i nie rozumie.

Szwagier utrzymuje, że racjonalniej byłoby las sprzedać; może i jest w tym słuszność, ale

Grób

są znowu względy, które…

Umilkł i zamyślił się najmłodszy z trzech niegdyś braci Korczyńskich, tak zamyślił

się, że przypuścić było można, iż na chwilę o szwagrze i ciężkim kłopocie swym całkiem

zapomniał. Po chwili twarz swą do samej prawie twarzy Darzeckiego przysuwając, jak

tylko mógł najciszej, szepnął:

— Szwagier może pamięta, że tam jest… to… tamto… mogiła…

— Jaka mogiła? — zadziwił się Darzecki.

— Andrzeja… i to… tamto… tego… tych, którzy z nim razem…

Po chwili dokończył.

¹⁸⁸ e

i

a i — tłumaczyć się, uniewinniać.

Nad Niemnem



— Wszystko to przeszło i wiadoma rzecz, że nawet wspominać o tym nie trzeba. Ale

wie szwagier, czasem, kiedy na to… tamto… spojrzę i przypomnę sobie, zdaje mi się, że

to kościół…

Teraz Darzecki milczał chwilę, przypomniał sobie także, i oczy, których blade źrenice

zmąciły się trochę i zamigotały, wzniósł ku sufitowi. Potem z westchnieniem zaczął:

— Sentymentalność… tak, jest to, kochany szwagrze, sentymen-tal-ność, której, na

nieszczęście, każdy z nas mniej albo więcej ulega, a która już nam tyle złego narobiła…

— Pewno, pewno! Tyle złego! — głośno przerwał Benedykt i z przekonaniem, prawie

z zapałem dokończył: — Szwagier ma pod tym względem rację, najzupełniejszą rację!

Umilkli, salon napełniały już tylko cienkie i mieszające się z sobą głosy panienek, które

Moda, Próżność, Strój

na trzech krzesłach w rząd ustawionych siedząc, z ptaszęcymi ruchami ładnych główek

po ptaszęcemu świegotały:

— Najmodniejsze teraz pantofelki z szarego płótna ze skórzanymi deseniami…

— Nie cierpię płóciennych… dla mnie najpiękniejsze z wyzłacanej skórki… tylko

trzeba koniecznie, aby miały wąskie nosy…

— Ach, wąskie nosy… koniecznie! Koniecznie! U moich są za szerokie, prawda?

I podnosząc nieco małą nóżkę Leonia ze smutkiem na twarzy, ze zmarszczonym tro-

chę czołem ukazywała kuzynkom pantofelek swój na ażurową pończoszkę włożony.

Darzecki powstał i odmawiając śniadania, na które zapraszał go Benedykt, wymawiając

się tym, że dziś jeszcze córki swoje zawieźć musi do jednej ze swych ciotek o trzy mile

stąd mieszkającej, brata żony żegnał i bratowej najgłębsze swe ubolewanie nad jej chorobą

oświadczyć polecał. W przedpokoju mówić zaczął o Zygmuncie i nowym zajęciu, które

ten młody człowiek dla siebie znalazł, a które raz jeszcze świadczyło o jego wyższych,

niepospolitych zdolnościach. Zabrał się on mianowicie do rozkopywania tak zwanych

okopów szwedzkich znajdujących się w bliskości osowieckiego dworu i niezmiernie się do

tej roboty zapalił. Znalazł już nawet jakiś od rdzy podziurawiony pałasz i kilka monetek

ze szwedzkimi napisami.

— Zadziwiająco zdolny… wielostronnie utalentowany młody człowiek… genialny,

tak, powiedzieć można… ge-nial-ny!

Te pochwały synowcowi jego oddawane nie zdawały się bardzo Benedykta uszczęśli-

wiać. Słuchał ich z trochę posępnym, a trochę żartobliwym wyrazem twarzy.

— Szkoda tylko — zauważył — że do gospodarstwa to już, jak się zdaje, najmniej-

szego talentu nie posiada.

— Cóż szwagier chce? — z niezwykłym ożywieniem ukochanego siostrzeńca żony

Artysta, Pozycja społeczna

bronił Darzecki. — Cywilizacja ma swoje prawa. Jest to chłopak ucywilizowany, tak,

wysoko nawet ucy-wi-li-zo-wa-ny. Przy tym artysta! Czy podobna wymagać, aby go te

rzeczy… te małe i niziutkie rzeczy interesowały?…

— Kiedyż bo — zarzucił znowu Benedykt — on podobno i nic nie maluje teraz…

— A nie, a nie! Szkoda, tak, nieodżałowana szko-da! Ale inaczej być nie może…

Artyście trzeba wrażeń, swobody, ciągłych widoków piękna… Gdzież on to wszystko tu

znaleźć może? Przy tym pomiędzy tymi oborami, stajniami, parobkami etc, etc. czuje się

on przygnębiony, obniżony, unieszczęśliwiony…

Rozmowa ta o synowcu, zamiast łagodzić, wzmagała jeszcze wzburzenie i rozdrażnie-

nie Benedykta.

— A, na miłosierdzie boskie! — zawołał. — Czy to ziemia jest rajem, żeby od niej

Żona

wszystkiego dobrego razem wymagać było można! Czegóż ten gagatek więcej od losu

swego żąda? Ma majątek, talent, matkę, która za nim świata nie widzi, młodą i śliczną

żonę, tak w nim rozkochaną, że aż czasem ludzi śmieszy…

Na ganku już stojąc, w płaszczu jakiegoś przedziwnego i zapewne bardzo wytwornego

kroju, z lekka na ramiona zarzuconym, Darzecki pochylił się ku uchu szwagra tak, jakby

to czynił posąg, i szepnął:

— Nie mów tylko nic o jego żonie! Ładna i dobra kobiecina… koligatka¹⁸⁹ przy tym i niebiedna… ale zdaje się… że Zygmusia już znudziła… Cóż szwagier chce? Natura

artystyczna! Nudzi go to, co posiada, pragnie tego, czego nie ma…

Z tymi słowami i przy odgłosach pożegnalnych całusów panienek do powozu wsiadał.

¹⁸⁹

i a a — osoba spokrewniona z zamożnymi i wpływowymi rodzinami szlacheckimi.

Nad Niemnem



Korczyński zawołał z ganku na stajennego chłopca, aby mu konia siodłano, i szeroki-

mi krokami, wąs na palec matając, do salonu wrócił. Musiał jeszcze przed wyjechaniem

w pole z synem się rozmówić. Innym razem może by tę rozmowę na później odłożył, polu

i odbywającym się śród niego robotom pierwszeństwo dając. Ale teraz świeżo nań spadłą

troską rozjątrzony musiał wypowiedzieć synowi uczute względem niego niezadowolenie.

— Witold! — od drzwi salonu zawołał. — Czemuś to nie był łaskaw porozmawiać

Konflikt, Ojciec, Syn,

Konflikt pokoleń

trochę z wujem i na ganek go przeprowadzić?

Młody człowiek, który plecami do salonu zwrócony stał przed jednym z okien, powoli

zwrócił się ku ojcu, ale przez chwilę nie odpowiadał nic. W delikatnych i ruchliwych

rysach jego malował się niepokój.

— Dlaczego obchodzisz się z wujem tak, jak gdyby to był twój koleżka, z którym

wolno ci rozmawiać lub nie rozmawiać, grzecznym być albo niegrzecznym? Dziesięciu

słów do niego nie przemówiłeś, gdy odjeżdżał, ukłoniłeś mu się z daleka i nie wyszedłeś

nawet do przedpokoju, aby mu pomóc do włożenia płaszcza? Czy dlatego tak postępujesz,

że jest to człowiek, którego ja łaski potrzebuję? Który mnie jednym swoim słowem może

teraz z największego kłopotu wybawić? Czemuż nie odpowiadasz?

Jeszcze nie odpowiadał, ale nie przez nieśmiałość; owszem, mnóstwo wyrazów cisnęło

mu się na usta, które kilka razy zadrżały, otworzyły się i zamknęły znowu. Głębsze jakieś

uczucie nad nieśmiałość wstrzymywało go od mówienia. Powieki miał spuszczone, ale

gdy raz na ojca wzrok podniósł, był on pełen żalu i dręczącego wahania.

— Czemuż nie odpowiadasz? Czy oniemiałeś? — krzyknął już Benedykt.

— Nie chciałbym, ojcze, rozgniewać cię i zmartwić.

Benedykt z irytacją wybuchnął:

— Facecja¹⁹⁰! Już to zrobiłeś! Rozgniewałeś mnie i zmartwiłeś, a teraz przynajmniej powiedz: dlaczego tak postępujesz z wujem?

Smutne dotąd oczy Witolda błysnęły; zwyczajnym sobie ruchem ręce w tył założył

i podnosząc czoło prędko i dość głośno wymówił:

— Dlatego, mój ojcze, że dla pana Darzeckiego nie mam szacunku, a nigdy nie zniżę

się do nadskakiwania człowiekowi, którego nie szanuję.

Zdumienie Benedykta granic nie miało; wpatrzył się w syna osłupiałymi oczami i po

chwili dopiero zdolnym był wymówić:

— A toż co? Skąd? Dlaczego?

Ale ani wiedział, ani pomyślał o tym, że natarczywymi pytaniami swymi otwierał

ujście potokowi wartkiemu i naciskał grunt przepojony ogniem.

— Dlatego — z kolei wybuchnął Witold — że jest to pyszałek, sybaryta¹⁹¹, egoista, nie dbający o nic oprócz własnej pychy i wygody, nie widzący dalej niż do końca swego

nosa, który zadziera pod obłoki dlatego, że ma większy od innych majątek, ciotkę hrabinę

i stryjecznego brata wzbogaconego nie wiedzieć w jaki sposób, zapewne potem i krzywdą

swych bliźnich. Nie tylko ludziom tego rodzaju sam nadskakiwać nie myślę, ale bolało

mnie, o! jak mnie bolało, że ty, mój ojcze, nadskakiwałeś jemu i robiłeś się przed nim

taki mały, pokorny…

Boleć go to musiało istotnie, bo i teraz ręką powiódł po czole, a wzrokiem już zno-

wu nie rozgniewanym, lecz rozżalonym, twarz ojca mijając, kędyś daleko patrzał. Ale

u Benedykta zdziwienie przytłumiło wszystkie uczucia inne, nawet gniew.

— Patrzcie, jaki mi sędzia! — z ironią wymówił. — Jeszcze ci nie pora…

— Pora, ojcze — popędliwie przerwał młody chłopak.— Zawsze jest pora i wi-

dzieć, i mówić prawdę. Młody jestem, ale właśnie dlatego czuję się w prawie sądzić tych,

których sposób myślenia, życie, wszystko znajduje się w przeciwieństwie absolutnym ze

wszystkimi ideałami młodego, lepszego, mojego świata!

O rzeczach takich, jak ideały, lepsze światy itp., Benedykt od tak już dawna nie my-

ślał, nie mówił i nie słyszał, że i teraz ominęły one organy jego słuchu, żadnego na nich

nie czyniąc wrażenia. Głęboko w zamian dziwiło go i oburzało to, co syn jego powiedział

o Darzeckim i o nim samym. Szwagra przywykł lubić i szanować nie pytając wcale, za

¹⁹⁰ a e a — żart.

¹⁹¹

a

a — osoba lubiąca rozrywki, zbytki.

Nad Niemnem



co lubi go i szanuje; był wdzięczny mu istotnie za wieloletnie nieupominanie się o wy-

płacenie długu; na koniec, obejście się Darzeckiego, jego wykwintność, koligacje, sam

nawet sposób mówienia imponowały mu nieco bez własnej o tym jego wiedzy. Wszyst-

ko to było przyczyną, dla której wobec słów syna czuł przede wszystkim zdziwienie. Był

przecież i rozgniewany.

— Raczysz więc mieć mi za złe — zaczął — że byłem uprzejmy dla człowieka, który

uszczęśliwia moją siostrę i mnie wyświadczał dotąd ważną przysługę?

— Nie uprzejmy, ojcze — z cicha poprawił Witold — ale nadskakujący, pokorny!

— Głupiś — rzucił Benedykt, którego jednak posępne źrenice zmąciły się przy sło-

wach syna i na chwilę utkwiły w ziemi — alboż ty znasz życie i jego konieczności? Za-

pewne, może z Darzeckim obchodzę się trochę… trochę inaczej niż z innymi, ależ on

prawie los nas wszystkich w rękach swoich trzyma… Zresztą szanuję go istotnie…

— Za co? — bystro w same oczy ojca patrząc zapytał Witold.

Było to pytanie, którego Benedykt sam sobie nie zadał był nigdy i które dlatego

właśnie sprawiło mu wielką przykrość.

— Jak to za co? Co za co? Jakie za co? Choćby za to, że jest dobrym mężem i ojcem

i interesy swoje dobrze prowadzi!

— Czy jesteś pewny, ojcze, że choć to jedno dobrze czyni? A też oranżerie, wojaże,

paryskie fortepiany, stosunki z tym kapitalistą i za-chwia-nie rów-no-wa-gi…

Ostatnie wyrazy młody chłopak wymówił z tak wybornym naśladowaniem układu

ust i akcentu mowy Darzeckiego, że Benedykt odwrócił się na chwilę, by ukryć uśmiech

mimo woli wybiegający mu na usta. Bardzo jednak poważnie i z powracającym gniewem

odrzucił:

— Głupiś? Co ty tam znasz się na tym! Dlaczegóż przynajmniej kuzynek swoich

bawić się nie starałeś? One chyba żadnych jeszcze ciężkich grzechów nie popełniły, za

które czułbyś się w prawie wysyłać je do piekła?

— One same, mój ojcze, są całe jednym grzechem przeciw zdrowemu rozsądkowi

i postępowi kobiet popełnionym… — z wybuchającym na nowo zapałem zaczął Witold.

— To są, mój ojcze, konsumentki, które z pewnością nic nigdy dla cywilizacji nie wy-

produkują. Co ten stary kołek w płocie prawił o cywilizacji, fałszem jest i potwarzą na

cywilizację rzucaną. Córki jego nie są ucywilizowane kobiety, ale światowe sroki, które

w swoich ptasich główkach dwóch ucywilizowanych myśli nie mają, choć czasem o lite-

raturze i muzyce mówią…

— Witold! — zawołał Benedykt. — Nie pluć mi tak na krewnych!

Ale chłopak tego wykrzyku ojca może nawet nie słyszał. Po czole przepływały mu

rumieńce i zwilgotniały oczy.

— Siostra moja na tej samej znajduje się drodze — coraz prędzej i zapalczywiej mówił.

— Dawno już, mój ojcze, mówić z tobą chciałem o niej, ale wahałem się… nie śmiałem…

Teraz powiem. To mój obowiązek i moje prawo. Jestem jej bratem i kochaliśmy się od

dzieciństwa. Kierujecie ją na lalkę, na taką samą światową srokę…

— Witold!

— Tak, mój ojcze, na lalkę i światową srokę, która jeszcze od ziemi zaledwie odrosła,

a już jej w głowie pantofle i posągi! Pantofle i posągi! Oto uczucia i myśli, na których

gruncie wzrasta przyszła kobieta i obywatelka…

— Witold!

— Tak, mój ojcze! Marnujecie mi siostrę i to mnie boli, bo nie jest ona ani zła,

ani głupia, ale takie niestosowne do ducha czasu wychowanie, takie przykłady zrobią ją

najpewniej, jeżeli nie zupełnie złą, to przynajmniej głupią sroką, gęsią, papugą…

— Witold! Milcz!

Tym razem wykrzyk był tak namiętny i głośny, że młody człowiek umilkł.

— Milcz! Milcz! Milcz, błaźnie! — coraz namiętniej powtarzał Korczyński i z oczu

ciskał błyskawice. Długo nic więcej przemówić nie mógł, aż na koniec zdławionym głosem

rzucił:

— Jesteś złym i zarozumiałym chłopcem, który nic nie szanuje i nikogo nie kocha.

Nikogo nie kochasz i wszystkich krytykujesz, krewnych, siostry, nawet ojca… ojca, który

jednak ciebie… w tobie… no! Cóż robić?… Niech jeszcze i to…

Nad Niemnem



I prędko odwróciwszy się, szerokim krokiem wyszedł z salonu. Witold pozostał jakby

do miejsca przykuty, bardzo blady, z zagryzioną wargą i gorejącym wzrokiem. Dwa wy-

buchliwe temperamenty, dwie rozdrażnione dusze: ojca i syna, starły się z sobą i scenę tę

wykrzesały. Byli bardzo do siebie podobni, a podobieństwo to stało się jedną z przyczyn

gwałtowności starcia, przygotowującego się zresztą od kilku tygodni. Od kilku tygodni,

od pierwszego prawie dnia przyjazdu Witolda do domu po dwuletniej w nim niebytności,

syn spostrzegał w ojcu i w ojcowskim domu mnóstwo rzeczy, które dawniej wcale go nie

raziły, a teraz kłuły w oczy, w serce i w mózg; ojciec zaś uczuwał ze strony syna przymus,

przemilczenia, chłód… Teraz gorzka uraza, którą w dumnego chłopca uderzyły krzyki

i obelżywe słowa ojcowskie, mieniła się na pobladłej jego twarzy z wyrazem gryzącego

żalu. Widział dobrze, że w oczach odwracającego się od niego ojca zamigotały łzy. Uraza

jednak przemogła.

— Milczeć! — przez zaciśnięte zęby zawołał. — Dobrze! O, pewno, że będę milczał

i na takie ubliżenia nie narażę się już nigdy.

Ale w tej samej chwili, innym znowu uczuciem zdjęty, rzucił się ku drzwiom i bez tchu

prawie na ganek wypadł. Zobaczył ojca na konia wsiadającego i zbiegłszy ze wschodów

ganku, tuż prawie przy koniu stanął:

— Mój ojcze! Może weźmiesz zamiast czapki swój kapelusz z szerokimi brzegami, bo

słońce dziś bardzo dopieka…

Nie podnosząc schylonej twarzy, z której długie wąsy aż na surdut mu spadały, i na

syna nie patrząc, Benedykt krótko ofuknął:

— Idź precz!

I w tejże chwili ku bramie dziedzińca pocwałował. Wybornym był jeźdźcem; wyso-

ki, silny, z grzbietem końskim jakby zrośnięty, pomimo ciężkości swej pięknie na koniu

wyglądał. Niegdyś, w dziecinnych i pacholęcych swych latach Witold zachwycał się wido-

kiem pędzącego na koniu ojca. Uwielbiał go on wtedy więcej jeszcze niż zwykle i pragnął

stać się do niego podobny. Ale dziś daleki był bardzo od poetyzowania tej postaci, która

na domowym, lecz zgrabnym wierzchowcu z siłą i mimowiedną fantazją osadzona, mia-

ła w sobie istotnie jakąś szlachetną, dzielną, z błękitnych mgieł przeszłości wyłaniającą

się rycerskość. Ofuknięty znowu, zbladł jeszcze więcej niż wprzódy, cofnął się i do krwi

prawie przygryzając wargę, wzrok utkwił w ziemię. Z gorzkiego i gniewnego zamyślenia

Chłop, Pozycja społeczna,

Przyjaźń, Szlachcic

obudził go głos tajemniczo i jakby trwożnie wołający:

— Witold! Witold!

Podniósł wzrok i zobaczył wyglądającą zza węgła domu głowę, na pierwsze wejrzenie

dość szczególny pozór mającą. Była to głowa mężczyzny dwadzieścia dwa lub trzy lata

mieć mogącego, wielka, obrosła niezmierną gęstwiną rudawych i mocno rozczochranych

włosów, z twarzą wielką, o rysach kształtnych, ale grubych, okrytych cerą tak ogorzałą,

że prawie jak krew czerwoną, i u dołu policzków obrosłych również rudawą i rozczochra-

ną gęstwiną włosów. Pośród tej grubej, czerwonej, obrosłej twarzy jaśniał szereg zębów

białych jak śnieg a ukazujących się w uśmiechu trochę gapiowatym, a trochę jak u ma-

łego dziecka niewinnym i wesołym, i niewinnie, wesoło, przyjaźnie, błękitem i srebrem

świeciła para wielkich, podłużnych oczu. Te to właśnie połączenie dziecięcej prawie nie-

winności i wesołości z grubością rysów, czerwonością cery i obfitością jaskrawych włosów

nadawało charakter szczególny i zaciekawiający tej głowie należącej do potężnie wzdłuż

i wszerz rozrosłego, ciężkiego, muskularnego, w krótką, szarą siermięgę¹⁹² i wysokie, zrudziałe buty ubranego ciała. Z szerokich pleców tego wielkiego, niewinnie i gapiowato zębami i oczami śmiejącego się chłopca sterczały dwie wysokie i suche linie w grube

sznury zaopatrzonych wędzideł¹⁹³.

— Julek! A co? — zawołał Witold, którego chmurna twarz rozpogodziła się w mgnie-

niu oka.

Ale wielki chłopiec nie odpowiadał nic, tylko tajemniczymi gestami ręki i głowy

przyzywał go ku sobie. Witold paru skokami znalazł się przy nim, a wtedy i on grubym

szeptem mówić zaczął:

¹⁹² ie mi a — odzież wierzchnia, noszona przez chłopów w dawnej Polsce.

¹⁹³

id a — tu w znaczeniu: kije od wędek.

Nad Niemnem



— Jeżeli Witold chce dziś na kiełby¹⁹⁴ jechać, to proszę teraz, bo pod wieczór może deszcz spadnie…

— Dobrze! Dobrze! Ale czegóż ty, Julek, tak szepczesz i chowasz się za ścianę?…

Rudy chłopiec wielką swą głowę wtulił w ramiona i z gapiowatym śmiechem zaszeptał

znowu:

— A jakże! Czy ja wiem? Tak jak prawie sześć lat we dworze nie byłem… może tu

kto na mnie gniewać się będzie…

— A dlaczegóż czapki na głowie nie masz?

Z tą samą mimiką chłopiec odpowiedział:

— Czy ja wiem? We dworze? Może kto będzie gniewał się na mnie?

— Włóż zaraz czapkę i mów głośno — zadyrygował Witold i widać było, że go znowu

coś w serce ukłuło. Ale spojrzał na wędy i zwracając się ku dziedzińcowi zawołał:

— Mars! Mars!

Wielki, czarny ponter wyskoczył z kuchni, w pobliżu której stali dwaj młodzi ludzie.

— Chodźmy! — zawołał Witold.

— Chodźmy! — głośno już i raźnym gestem starą czapkę na ogromną czuprynę swą

wkładając, powtórzył chłopiec w siermiędze.

Przez furtkę do ogrodu wbiegłszy od starych klonów, długą ścianą stojących nad

samym brzegiem wysokiej góry, szybko z niej zstępować zaczęli ku Niemnowi. Mars

cwałował przed nimi.

— A gdzież Sargas? — zapytał Witold.

— He, he, he! Łódki pilnuje! — zaśmiał się jego towarzysz.

— W domu u was wszyscy zdrowi?

— A zdrowi, chwała Bogu!

— Już z pięć dni w okolicy waszej nie byłem‥:

— A jakże! Już my mówili, że Witold może przestanie do nas chodzić, bo może

Witoldu ociec zabronił…

— Mnie nikt zabronić nie może przestawać z wami i być przyjacielem waszym —

oburzył się Witold, ale tym razem wszelkie przykre uczucie krótko w nim trwać mogło.

Dzień był taki pogodny, upalny, Niemen u stóp wysokiej góry toczył się taki błękitny

i złoty, a u brzegu stała łódka mała, w której wnet z towarzyszem swoim usiądzie, aby

na środek rzeki wypłynąć i koniec wędy w błękitach utopiwszy patrzeć mniej może na

pływające po ich powierzchni i obecność małej rybki drżeniem swym zdradzające piórko,

jak na ten mały, piękny, nad wszystko milszy mu kawałek świata. Oddychać będzie pełną

piersią świeżością powietrza i wody i gwarzyć całym sercem z tym towarzyszem swym,

z którym ileż razy w dziecinnych swych i nieco nawet późniejszych latach zbiegał razem

z tej góry i tak jak teraz siadał razem do łódki, przy której w tej chwili na kształt posążka z czarnego marmuru siedział na straży wyprostowany i nieruchomy, czarny, kudłaty, sporej wielkości Sargas. Niezmącona, dziecinna wesołość okrywała delikatne, inteligentne,

trochę już zmęczone rysy Witolda Korczyńskiego i grubą, czerwoną, rudawymi włosami

obrosłą twarz Julka Bohatyrowicza. Gdy wiosłami zgodnie uderzyli oni o wodę, łódka

zakołysała się na błękitnej i złotej toni, a dwa czarne psy, wyżeł i kundel, każdy naprze-

ciw swego pana siedząc, wesołymi także oczami ścigały niskie loty nadwodnych muszek,

strzelistych babek¹⁹⁵ i złotym miodem obarczonych pszczół…

Salon korczyńskiego domu rozbrzmiewał teraz muzyką skrzypiec i fortepianu. Pani

Muzyka

Emilia po całogodzinnym przebywaniu wyobraźnią w Egipcie i zjedzeniu paru łyżek ro-

sołu uczuła się znowu tak cierpiąca i smutna, że zapotrzebowała jakiejkolwiek rozryw-

ki, jakiejkolwiek moralnej podniety. Czerpała je niekiedy w usposobieniach podobnych

z muzyki Orzelskiego. Uszczęśliwiony wezwaniem przez Teresę przyniesionym mu, stary

z pomocą córki ubrał się co najprędzej i wraz z nią na dół zszedłszy, z rozkoszą wygrywał

teraz jedną po drugiej długie i zawiłe kompozycje. Justyna akompaniowała mu wprawnie,

dokładnie i jak od dawna już bywało, obojętnie, prawie machinalnie. Trwało to dobrą

godzinę. Orzelski, niezmordowany, zachwycony, rozmarzone oczy topił w rozciągniętej

za oknami gęstej zieleni ogrodu, wysubtelniał się, piękniał, unosił się czasem na palcach

¹⁹⁴ ie — rodzaj słodkowodnej ryby.

¹⁹⁵ a a — ważka.

Nad Niemnem



nóg, jakby miał wnet oderwać się od ziemi. Justyna stawała się przeciwnie coraz bledsza,

rysy jej sztywniały, oczy gasły, kilka razy ziewnęła głośno, czego jednak Orzelski, ekstazą

porywany, nie spostrzegł. Niezmiernie trudnymi i mistrzowsko wykonanymi pasażami

zakończył czwartą czy piątą z rzędu odegraną kompozycję i koniec smyczka do błogo

uśmiechniętych ust przykładając, z rozkosznym cmoknięciem wymówił:

— Caca nokturnek¹⁹⁶! Prawda, Justysiu? Cukierek! A teraz te… może sobie rapsodie zagramy… dobrze?

I już skrzypce pod pulchną brodę podłożywszy, okrągłym ruchem ramienia smycz-

kiem w powietrzu powiódł i na struny spuścić go miał, a Justyna, cierpliwa, bierna, ze

spuszczonymi powiekami, palce swe ku właściwemu miejscu klawiatury kierowała, kiedy

w progu przedpokoju zjawiła się Marta. Nie zważając wcale, że czyni przerwę w domo-

wym koncercie, oznajmiła ona, że z podaniem obiadu na powrót Benedykta oczekiwać

będzie, a tymczasem dla tych, którzy się czują głodni, śniadanie podać kazała.

Usłyszawszy wyraz śniadanie Orzelski jakby się ze snu obudził i chwilę tylko jeszcze ze

Jedzenie

smyczkiem na struny opuszczonym osowiałymi oczami za odchodzącą Martą popatrzał.

Potem ostrożnie, z pieczołowitością troskliwej piastunki, skrzypce swe w podłużnym pu-

dle składając, z innym nieco jak wprzódy, lecz również błogim uśmiechem zamruczał:

— Śniadanie! O! Dobra rzecz śniadanie! Z rana, przy kawie, tylko troszkę sucharków

zjadłem! Żeby to panna Marta tego syrka dała z kminkiem i szyneczki… bo bifsztyk u nas

robią nie te…

Z tymi słowami, wyprostowany, i okrągły żołądek naprzód podając, uśmiechnięty,

szczęśliwy, do sali jadalnej wszedł, a po chwili przy stole już siedział z serwetą na pier-

si rozpostartą i nad talerzem szynki, którą z taką samą starannością i uwagą, z jaką na

skrzypcach wygrywał pasaże i trele, oblewał i zaprawiał oliwą i musztardą.

Justyna przy fortepianie pozostała. Rzecz szczególna! Trudny i zawiły akompaniament

Muzyka

do wielkich muzycznych sztuk wygrywając, czyniła to widocznie z musu tylko i koniecz-

ności, a myślami gdzie indziej przebywała. Teraz zaś nie tylko fortepianu nie opuściła,

ale ze schyloną nieco nad klawiaturą twarzą, z zajęciem, szukać na niej zaczęła akordów,

którymi widocznie zawtórzyć chciała nucie jakiejś, we wnętrzu jej zapewne śpiewającej.

Zamyślona była, oczy jej w klawiaturę utkwione miały wyraz pytania, które może po-

wtarzało się w jej myśli tak uparcie, jak uparcie wiła się po niej owa daleka nuta, do

której szukała wtóru. Znalazła go wkrótce; spod palców jej wyszło kilka przyciszonych

akordów, przy których z cicha też zanuciła:

Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne,

Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne…

Rumieńce powoli opływały znowu śniadawe jej policzki, oczy błysnęły.

Nagle z krzesła zerwać się chciała, ale wnet znowu usiadła. Zamyślenie jej, marzenie,

tę nutę dalekiej pieśni, którą dziś wraz ze snopem dzikich roślin z pola przyniosła, prze-

rwał jej turkot kół na dziedzińcu. Po chwili usłyszała w przedpokoju głos Kirły, który,

rzecz dziwna! nie zażartował wcale z siedzącego naprzeciw otwartych drzwi Orzelskiego,

ale owszem, przesłał mu z dala bardzo uprzejme powitanie. Do salonu wszedł z kape-

luszem w ręku, ze sztywnym jak puklerz i śnieżnie białym przodem koszuli, szeroko

wyłaniającym się spośród cienkiego i starannie sporządzonego ubrania. Na widok Justy-

ny nie posunął się ku niej, jak to bywało najczęściej, z żartobliwą galanterią, nie spojrzał

jej w oczy z drwiącą admiracją, ale przeciwnie, zbliżył się z zupełną powagą w postawie

i na twarzy i rękę swą kościstą, lecz białą i wypielęgnowaną, ruchem serdecznym po jej

rękę wyciągnął. Podała mu ją bardzo chłodno, ale on z głębokim prawie ukłonem złożył

na niej pełen uszanowania pocałunek. Przy tym bez cienia uśmiechu przemówił:

— Winszuję, z całego serca winszuję i proszę, abyś pani była pewna, że nikt nade

mnie goręcej szczęścia życzyć pani i szczerszym jej przyjacielem być nie może…

Mówił to ze wzruszeniem, które małe, świecące jego oczka wilgotnymi uczyniły. Ju-

styna lekceważąco ramionami wzruszyła. Powagę, uszanowanie, powinszowania i oświad-

czenia brała ona za nową formę drwin wesołego sąsiada.

¹⁹⁶ n

n — rodzaj utworu muzycznego.

Nad Niemnem



— Zapewne mam wujence oznajmić przyjazd pana? — obojętnie zapytała.

— Jeżeli łaska, jeżeli łaska! — prawie pokornie poprosił Kirło.

Pani Emilia słuchała była muzyki Orzelskiego nieruchomo na pościeli wyciągnięta,

z zamkniętymi powiekami, spod których czasem na blade jej policzki spływała łza. Teresa,

bezsennością i krzątaniem się około chorej znużona, siedząc na krześle, co chwilę usypiała

i z gwałtownymi ruchami głowy budziła się w trwodze, czy nie drzemała za długo; Le-

onia zaś w kątku pokoju, przy szczupłym świetle dochodzącym tu zza spuszczonej sztory,

zawzięcie wyszywała na kanwie pantofle dla Marty. Od czasu do czasu szeroko poziewała

albo z wyrazem znudzenia i niezadowolenia wydymała bledziutkie wargi. Oznajmienie

Flirt, Kobieta, Mężczyzna

o przybyciu Kirły wywołało w tym dusznym i przyciemnionym pokoju ruch niespodzie-

wany. Pani Emilia dość raźnie i z uśmiechem, który od razu zmęczoną twarz jej odświeżył,

usiadła na łóżku i oświadczyła, że czuje się znacznie lepiej, ubierze się i do buduaru swego wyjdzie. Teresa z radości nad polepszeniem się jej zdrowia w ręce ją całowała, chichotała,

od łóżka do toalety i na powrót biegała, przynosząc mnóstwo przedmiotów do ubierania

się potrzebnych. Przy tym i sama rzucała w lustro spojrzenia to przelotne, to dłuższe.

Kirło samotnie w salonie przesiedział prawie godzinę, którą pani Emilia w asystencji

Teresy i panny służącej spędziła przed zwierciadłem swej toalety, otwierając i zamykając

pudełka i flakony; a w pracy tej czasem tylko i dla odpoczynku czyniąc krótkie pauzy.

Kiedy na koniec wstała od toalety i na spotkanie wchodzącego do buduaru sąsiada po-

stąpiła, chód jej powolny był i trochę jeszcze osłabiony, ale z ubrania i twarzy prawie

niepodobna byłoby odgadnąć świeżo przebytych cierpień. Jednak nie udawała nic: ani

choroby, ani polepszenia zdrowia. Zmiany te zachodziły w niej pomimo jej woli i wie-

dzy, mocą wpływów i wrażeń działających na jej nerwy. Z Kirłą łączył ją stosunek bardzo

osobliwy. Był to jej przyjaciel, wielbiciel, powiernik. Myślała zawsze o nim jako o jedy-

nym człowieku, który ją rozumiał i czynił wszystko, co od niego zależało, aby dopomóc

jej w dźwiganiu smutnego życia. W głębokich tajnikach swej myśli była też przekonana,

że kochał się on w niej od dawna, stale, wiernie… Nie dziw więc, że teraz przybycie je-

go obudziło w niej tę samą siłę, jaką przed kilku tygodniami znalazła była w sobie, aby

przez cały dzień i część nocy przyjmować licznych gości i lekko zbiegać ze wschodów,

z których zazwyczaj ją znoszono. Miała mu zawsze mnóstwo rzeczy do powiedzenia o so-

bie, wiedziała, że zawsze zabawi ją, rozerwie, coś miłego jej szepnie, jakimś wzruszeniem

rozgrzeje.

Istotnie też, na samym już wstępie przyjemnie ją rozczulił długim i pełnym współczu-

cia ubolewaniem nad stanem jej zdrowia, a potem rozśmieszył ścigając przez dwa pokoje

Teresę, którą dziś koniecznie chciał pocałować. Następnie, gdy wygodnie i miękko ułoży-

ła się już na swym pąsowym szezlongu, z udaną powagą oznajmił, że przywiózł ciekawą,

dla panny Teresy szczególniej niezmiernie ciekawą nowinę. Obie kobiety z upragnieniem

wpatrzyły się w niego; on zaś z odpowiednią okoliczności mimiką opowiedział, że przy-

bywa z Wołowszczyzny, której dziedzic, Teofil Różyc, zakochany jest po uszy w pannie

Teresie, że wychwalał dziś jej figurkę, oczy, skromność, dobroć, że słowem, kto wie, czy

pomimo wszystkich różnic majątkowych i innych na serio o niej nie pomyśli. Dziś wła-

śnie ma do Korczyna przyjechać i Kirło pośpieszył z oznajmieniem paniom tej wizyty.

Usta pani Emilii drżały powstrzymywanym uśmiechem, ale Teresa rumieniła się, to bla-

Kobieta, Miłość, Starość,

Strój

dła na przemian; wszystkie nerwy jej twarzy drżeć zaczęły i oczy napełniły się łzami. Ze

śmiechem i razem z płaczem rzuciła się ku pani Emilii, przysiadłszy na ziemi kolana jej

ucałowała i z pokoju drobniejszym jeszcze kroczkiem niż zwykle wybiegła. Kiedy salon

i przedpokój przebiegała, można by ją było wziąć za istotę nieprzytomną; jednak spotka-

nego lokajczyka zdyszanym głosem o Martę zapytała, a dowiedziawszy się, że znajduje się

ona w swoim pokoju, jak wicher wschody przebyła i do tego pokoju wpadła.

— Moja pani, moja złota, moja najdroższa, proszę mi na dziś swoich liliowych kokard

pożyczyć! — obejmując Martę wyjęczała.

— Pfuj! Zgiń, maro, przepadnij! Toś mnie dopiero przestraszyła! Któż to widział

z takim impetem wpadać! — ofuknęła stara panna. — Na co ci te kokardy? Owszem,

pożyczę, ale na co ci dziś kokardy?

— Trzeba, trzeba. Podobno mi w nich do twarzy… Pan Orzelski i pan Kirło mówili,

że mnie w nich było do twarzy…

Nad Niemnem



— Cóż to? Czy konkurent jaki przyjeżdża? — dostając z szuflady żądany przedmiot

zapytała Marta.

— Może i przyjeżdża! — z figlarnym mruganiem i kręceniem głową odpowiedziała

Teresa.

A gdy dwa jedwabne łachmanki znajdowały się już w jej ręku, stanęła przed małym,

na ścianie wiszącym lusterkiem i poczęła nimi sobie włosy i stanik przyozdabiać. Oprócz

tego układała na głowie zrudziały warkocz i brzeg stanika odchylała w ten sposób, aby

zza niego ukazywała się jak najwięcej szyja, w samej rzeczy niepospolicie ładna. Ta głowa

w brzydkim, zrudziałym warkoczu i twarz, która kształtem i barwą przypominała uwiędłą

różę, osadzona na tej młodej, białej, delikatnej szyi, sprawiała wrażenie prawie bolesne.

Marta, znająca dobrze usposobienie swej towarzyszki, a przy tym pogrążona w liczeniu

sztuk stołowej bielizny, którą dziś do prania oddać jej było trzeba, najmniejszej uwagi nie

zwracała na przystrajającą się i mizdrzącą przed lustrem kobietę. Ale i ona sama przystrajać się i mizdrzyć przestając, splecione swe ręce, małe i chude, na stolik opuściła i zamyśliła

się. Wyraz nieskończonej, lecz cichej radości i wdzięczności twarz jej oblał i przyozdobił.

Wyglądała teraz na słodką, dobrą, Bogu i ludziom wdzięczną istotę. Można by mniemać,

że odmawiała w myśli gorącą, dziękczynną modlitwę. I jakże mogło być inaczej? Wczoraj

jeszcze marzyła o oliwkowym fellachu, a dziś oznajmiono jej, że kocha ją lub bardzo,

bardzo bliskim ukochania jest Europejczyk, młody, wykwintny, interesujący. O tym, że

był także bogaty, nie myślała wcale. Nie za bogactwem tęskniła, lecz za miłością. Miłości

jej było trzeba, miłości! Miłości! Rzuciła się ku siedzącej na ziemi Marcie i przysiadłszy

przy niej ręce jej, z których brudne serwety wypadły, całować zaczęła.

— Moja droga, moja najmilsza! — szeptała — jeżeli Bóg w dobroci swojej to sprawi,

że ja kiedy szczęśliwą będę, nigdy, nigdy o was i o domu waszym nie zapomnę, nigdy wam

wdzięczna być nie przestanę za to, że przytuliliście mnie sierotę i ze słabym zdrowiem.

— Czy ty, Tereniu, blekotu dziś najadłaś się, czy co? — burknęła Marta, ale wielką swą

rękę pieszczotliwie przesunęła po tulącej się do jej piersi, rozpalonej, wyrazem szczęścia

oblanej, a jednak tak biednie, biednie wyglądającej twarzy.

— No, no! Dość już tego! — łagodnie dokończyła. — Wiadomo, że jesteś dobrą

dziewczyną, a tylko masz bzika…

Trzydziestokilkoletnia dziewczyna porwała się z ziemi i chichocąc, skocznego walczyka

nucąc, figlarnie głową kręcąc, najdrobniejszym swym kroczkiem z pokoju wyunęła.

W buduarze pani Emilii wnet po wyjściu stamtąd Teresy dwoje ludzi rozśmiało się

głośno i wesoło.

— Uwierzyła! — wśród śmiechu zawołał Kirło.

— Uwierzyła! — ze śmiechem także powtórzyła pani Emilia.

Bawiła ją łatwowierność i naiwność towarzyszki, jednak zaczęła Kirle wyrzucać, że

z niej żartował.

— Ona jest dla mnie bardzo dobra… tak czule pielęgnowała mnie dziś, gdy cierpia-

Flirt

łam… Jedyna to istota, przez którą kochana jestem…

— Jedyna! — z wyrzutem zaszeptał Kirło i rączka użalającej się kobiety znalazła się

w jego ręku. Delikatne jej policzki opłynął blady rumieniec, powieki spuściła i cicho

wymówiła słów kilka o swoim biednym sercu i smutnym, smutnym życiu. Zwierzanie

się z jednej strony, a wyrażanie najgorętszego współczucia i uwielbienia z drugiej trwało

kilka minut, po czym Kirło budząc się jakby z upojenia, w które go zbliżenie się do

sąsiadki wprawiało, z westchnieniem i omglonymi jeszcze oczami wypowiedział, że jednak

ma istotnie do oznajmienia jej ciekawą i ważną nowinę. Dla niej nowina wszelka była

prawdziwym dobrodziejstwem, więc niecierpliwie dowiadywać się o nią zaczęła. Widać

było także, iż wieść, którą oznajmić miał, całkiem odbierała Kirle usposobienie tak do

żartów, jak do zalotów. Zupełnie poważnie opowiedział, że wszystko, co Teresie mówił

Małżeństwo, Miłość,

Pozycja społeczna

o Różycu, stosuje się w rzeczywistości do Justyny; że ten dziedzic starego nazwiska i wcale

pięknego jeszcze majątku bardzo żywo zajęty jest panną Orzelską; że z nasuniętej myśli

ożenienia się z nią śmiał się zrazu i żartował, ale teraz zaczyna się nad nią zastanawiać i kto wie? czy nie wyniknie z tego naprawdę ta dziwna niespodzianka, że prędzej lub później

oświadczy się o jej rękę.

— W głębi duszy — mówił Kirło — jest to desperat lamentujący nad ruinami swego

zdrowia, majątku i życia. Może być więc, że jak deski ratunku schwyci się ożenienia

Nad Niemnem



z osobą, która mu się bardzo podoba. Sam przez się nie uczyniłby tego zapewne nigdy,

ale żona moja, której jest wielkim admiratorem, nad skłonieniem go ku krokowi temu

pracuje, a wiadoma to już rzecz, że e a am e¹⁹⁷…

e

e a emme e … — dopomogła pani Emilia.

— Otóż to! A jeszcze taka am jak moja Marynia; bo pani i wyobrazić sobie nie mo-

żesz, jaka to energiczna baba! Zawczoraj była w Wołowszczyźnie, długo z nim rozmawiała

i przyjechała do domu tak uszczęśliwiona, jakby skarb na drodze znalazła… Dowiedziałem

się też od niej, że swoje swatostwo na dobrą już drogę wprowadziła.

Z postawy i sposobu wysłowiania się Kirły widać było, że rzecz tę uważał za bardzo

ważną dla Korczyńskich, dla siebie, a przede wszystkim dla Justyny, której imię wymawiał

teraz z uszanowaniem, może mimowolnym, ale takim, że głowę przy nim nieco pochylał.

Pani Emilii taki mezalians zrazu w głowie pomieścić się nie mógł, a potem samo jego

przypuszczenie zachwyciło ją i rozrzewniło do stopnia najwyższego. Dla Justyny byłoby

to szczęściem wielkim, niespodziewanym, o którym nawet marzyć ona nie mogła, ale ta

strona nowiny niewiele ją zajmowała. Główny interes jej zawierał się w wielkości, wznio-

słości i gorącości uczucia, które Różyca do tak nadzwyczajnego kroku skłaniać mogło.

— O, Boże! Cóż to za szczęście musi być dla kobiety obudzić taką miłość, miłość,

która wszystkie przeszkody łamie i depcze, której się nic oprzeć nie może, która… dla

której… przez którą… Dlaczego każdej nie danym jest spotkać na drodze swego życia

takiego serca, takiej namiętności, takiego poświęcenia…

Długo na temat ten fantazjując nie zauważyła niedorosłej, lekkiej jak motyl panienki,

która wszystkiego przez otwarte drzwi sypialni wysłuchawszy kanwę z wyszytą różą na

ziemię rzuciła i na paluszkach do dalszych pokojów wybiegła. Po chwili cienki głosik Le-

oni rozlegał się na wschodach, na których spotkała schodzącą na dół Teresę, i w pokoju

panny Marty i Justyny, gdzie usłyszaną nowinę z niezmiernie żywymi gestami i błyszczą-

cymi oczami opowiadała.

W kilka minut potem w tym samym pokoju Teresa leżała na jednym ze znajdujących

się tam łóżek, z wykrzywioną na głowie kokardą, spłakana i tak do poduszek przytulona,

jak chore dziecko tuli się do piersi matki lub piastunki. Skoczne walczyki i dziękczynne

modlitwy dalekimi już od niej były. Od czasu do czasu cicho i jękliwie wymawiała:

— Co ja złego jej zrobiłam, że pozwala ona tak żartować ze mnie!

A potem z żałosnym westchnieniem:

— Ja ją tak kocham, a ona dla mnie nie ma żadnej sympatii!…

Zaczęła znowu płakać i śród łkań mówiła jeszcze:

— I jakiż to zresztą sens tak żartować ze mnie? Gdybym już była taka stara i straszna…

Dwadzieścia dziewięć lat mam, dlaczegóż bym więc uwierzyć nie mogła, że się komuś

podobałam!

Po chwilowym uspokojeniu się jęknęła znowu:

— Ja ją tak kocham, tak kocham, a ona żartuje ze mnie! O Boże, jak mnie głowa

boli!

Wtem zerwała się i na łóżku usiadła.

— O mój Boże! — krzyknęła — wszakże to ja jej lekarstwa nie dałam! Która godzi-

na, Justynko? Pewno już pora minęła, a ona zagawędziła się i nie wzięła. Ten pan Kirło

taki przyjemny… jak zagawędzi się z nim, pewno o lekarstwie zapomni… Która godzina,

Justynko? Trzeba biedaczce dać tej mikstury, bo jeszcze znowu duszenie schwyci… A ja

i zapomniałam, o Boże!

Drżącymi rękami, żółtsza niż kiedy i od płaczu zaczerwieniona, warkocz i kokardę na

głowie poprawiała i machinalnie już osuwała brzeg stanika, aby białą i kształtną szyję lepiej odsłonić. Potem za bolącą głowę chwytając się, na zapomnienie się swoje wyrzekając, nad

chorą, o której zapomniała, użalając się, z pokoju wybiegła. Marta podniosła się wtedy

znad stosu bielizny, którą już przeliczyła, i na siedzącą u okna Justynę popatrzała.

— Cóż? — ozwała się. — Winszuję! Może cię świetny los spotka. Ten Różyc, sło-

Kobieta, Małżeństwo

wo honoru, musi być uczciwym człowiekiem, kiedy naprawdę żenić się myśli z biedną

dziewczyną. Cieszę się, życzę, winszuję…

¹⁹⁷ e a am e — to, czego chce kobieta; tu w pisowni naśladującej niepoprawną wymowę.

Nad Niemnem



Z rozjaśnionego jej czoła i mniej niż zwykle ostrego spojrzenia widać było, że cieszyła

się naprawdę. Jednak ku drzwiom idąc, znowu oburkliwie i z ironią rzuciła:

— Nie melancholizuj tylko i nie kapryś, ale Panu Bogu dziękuj, bo jeżeli cię ten Różyc

weźmie, nie będziesz miała nigdy szczęścia zrobić się cholerą albo synogarlicą. Cholera,

uważasz, to ja, a synogarlica to Teresa…

Z tymi słowami z pokoju wyszła. Justyna u otwartego okna siedząc naprawiała swo-

ją znoszoną suknię. Od dawna robiła to zawsze sama, starając się jak najmniej usługi

potrzebować i kogokolwiek sobą zajmować. Ale teraz igła wypadła jej z palców. Lepiej

od wszystkich wiedziała ona, że w wieści przez Kirłę przywiezionej wiele było prawdy.

W czasie ostatnich odwiedzin Różyca zajmowanie się nią młodego pana zaprawione było

tym uszanowaniem i tą badawczością, z jakimi mężczyzna zbliża się do kobiety, wzglę-

dem której tworzy poważne zamiary. Może więc być, że lada dzień złoty owoc z cza-

rodziejskiej jabłoni szczęścia spłynie jej do rąk. Myśląc o tym nie wyglądała jednak na

szczęśliwą. Z pobladłą cerą, zmarszczonym czołem i zesztywniałymi rysami wydawała się

znowu daleko starsza, niż była. We wzroku jej tkwiło uparte, naprężone, bolesne pyta-

nie. Zadawałaż je sercu swemu, przeszłości swej czy przyszłości? Chwilami widać było, że

przez własne myśli czuła się upokorzona: rumieńce po czole jej przepływały i opuszczały

się w dół powieki. Może wstydziła się własnych wahań i namysłów. Wypadkiem oczy

jej spotkały się z leżącą na stole niewielką książką, której kosztowna okładka połyskiwała

dwoma wyzłoconymi literami: Z. K. Wczoraj książkę tę wraz z małym, pachnącym listem

przywiózł dla niej posłaniec z Osowiec. Przysunęła ją ku sobie, wyjęła z niej pachnącą,

cieniutką kartkę i chmurny wzrok powoli przesuwała po okrywającym ją piśmie:

Przestałaś lubić muzykę, Justyno, ale może jeszcze kochasz poezję. Czy

Kochanek romantyczny

jeszcze cokolwiek lub kogokolwiek kochasz? Cóż stało się z tą, którą niegdyś

nazywałem moją iskrą i moim światłem księżyca? Jakie ty piękne, Justyno,

miałaś niegdyś zapały i marzenia! Teraz spotykam istotę zimną i trzeźwą,

z pospolitością życia pogodzoną, z prawami świata liczącą się i zapytuję: co

stało się z tamtą? Próbuję wskrzesić cię, dawna Justyno moja! Weź do ręki tę

książkę, idź do grabowej altany, czytaj i wspominaj! Może we wspomnieniach

choć na chwilę dla ciebie z martwych powstanę, może cię one skłonią do

przebaczenia, może zapragniesz, aby znowu, jak dawniej, oczy nasze razem na

tych kartach spoczywały… Czy pamiętasz, Justyno, czy pamiętasz? Pozwól

mi kiedy długo sam na sam z tobą porozmawiać. Wytłumaczę ci zagadkę

mego złamanego życia, a wtedy zrozumiesz, że duszom naszym wolno zawsze

do siebie należeć. O, nie lękaj się! Ja duszy tylko twojej pragnę, ale o nią, jak

o swą dawną własność, nigdy upominać się nie przestanę. Gdybyś wiedziała,

jak głęboko i bez ratunku jestem nieszczęśliwy!

Zygmunt

Czy pamiętała? Mocna, prawie trująca woń wspomnień biła jej do głowy z tej małej

Książka, Wspomnienia

książki, którą dawniej tyle razy trzymali oboje, jakby jej ciężar wspólnych ich sił wymagał, z głowami ku sobie pochylonymi, z oczami utkwionymi w te ancuskie wiersze, tam,

u końca ogrodu, w grabowej altanie. Czy pamiętała? Każdy wiersz, każdy niemal wyraz

tej książki był dla niej niby zmartwychwstającym słowikiem. Oczy jej zachodziły łzami

i pierś podnosiła się wysoko, gdy zobaczyła dwa wiersze, silnie niebieskim ołówkiem

podkreślone:

e ien de m in ine madame de an

n

ei

en ie e en

e a en

¹⁹⁸

Dwie jej łzy upadły na dwa te wiersze. Wyobraźnia ujrzała go klęczącego przed nią

i z dumą u jej stóp złożoną pokornie jej tłumaczącego zagadkę swego życia i ich rozłączenia.

Przerzuciła kilka kartek i czytała znowu:

¹⁹⁸ e ien de m in ine (…) (.) — kłaniam się kornie, pani, przed tobą, cała moja duma jest jeszcze na kolanach.

Nad Niemnem



Tym razem wiersze te uderzyły w nią czymś innym niż wspomnienie. Oczy jej oschły,

podniosła głowę, myślała. Nie, nie! Kochać nie jest to wątpić o sobie i o drugich ani czuć

Miłość

się gardzoną, zdradzaną… Nie jest to przede wszystkim plamić się i krzywdzić! Kochać

to ufać i w dwa serca na raz spoglądać jak w czyste zwierciadła, razem iść drogą długą

i czystą, a u jej końca móc dwa swe imiona wypisać złotem przywiązania niezłomnego

i zwyciężonych wspólnie postrachów życia…

— Jan i Cecylia!

Dwa te imiona Justyna prawie głośno wymówiła, książkę Musseta¹⁹⁹ porywczym prawie ruchem zamknęła i powstała. Wszystko na świecie mówić umie. Wymowę swą

posiadają także zapachy. Wielka więź polnych roślin, która w prostym naczyniu z pole-

wanej gliny stała na stole, zapachem swym napełniała pokój. Justyna rozgarniać zaczęła

splątane ze sobą łodygi i kwiaty. Z rana Benedykt Korczyński, chorobą żony przelękniony

i stroskany, wysłał ją w pole z zapytaniem do rządcy o ilość zebranych na dzisiaj żeńców.

Wrócić mogła w kwadrans, wróciła po paru godzinach. Spędziła je na zielonych miedzach

rośliny te zrywając. Zawsze je lubiła, ale nie znała nazw ich ani dziejów. Teraz każdą z nich nazwać mogła po imieniu, powiedzieć, kiedy rozkwita i w jakich dniach późnego lata lub

jesieni znika z ziemi, którą stroiła. Czy podobna, aby ten słuszny, zgrabny chłopak z błę-

kitnymi jak turkusy oczami, który, gdy nadchodziła, wiązał w snopy zżęte zboże, mógł

czegokolwiek ją nauczyć? Jednak nauczył. Długo razem chodząc po miedzach i układając

ten bukiet, bardzo do różnobarwnej miotły podobny, nieustannie ze sobą rozmawiali,

nie o sobie jednak, tylko o tej naturze, której wtedy wydawali się wolnymi i szczęśliwy-

mi dziećmi. Teraz Justyna pamięta całą tę lekcję wziętą z tak rumianych, a tak przecież

niekiedy wzruszonych ust Jana Bohatyrowicza. Ta delikatna łodyżka z mnóstwem trój-

kątnych i w przedziwne fugi²⁰⁰ wyrzniętych wisiadełek u szczytu to drżączka, która ręką ludzką poruszona wydaje się żywą, trwożliwą istotą. A to lenek kukawki, szorstki i twardy, z szafirowym kwiatkiem służącym do uściełania gniazda miłemu ptakowi wiosny.

To szelestuszka o liściach prawie złotych i przy każdym dotknięciu zdających się coś ta-

jemniczo szeptać, a to w bujny, śnieżny kwiat ustrojona trująca gałąź psianki. Ten liść

szkarłatny jest więdniejącą lebiodą, która na trawy zielone rzuca krwiste plamy, a ta wijąca

się gałązka drobnym, różowym kwiatem osypana to szczęście. Nazywa się ona szczęściem

dlatego, że wróży dziewczętom. We włosy wpleciona, jeżeli rozkwitnie, ukochany kocha

wzajemnie. A wzajemność w kochaniu czyż nie jest szczęściem?

Z zamyślonym na ustach uśmiechem Justyna wyjęła z wielkiego bukietu gałązkę

szczęścia i wplotła ją w czarny swój warkocz. Potem stanęła przed otwartym oknem z cie-

niutką i uperfumowaną kartką papieru, którą ze stołu wzięła. Przez chwilę szemrała ona

w jej ręku, jakby była złotawą gałązką szelestuszki, aż powoli, z namysłem — któż od-

gadnie? może z walką — Justyna rozdarła ją na kilkanaście drobniutkich płatków, które

rozsypały się za oknem i w morzu słonecznego światła zniknęły. Jak giętka roślina polna

w jej warkoczu, tak na jej ustach wiła się cicha nuta:

Lecą liście z drzew, co wyrosły wolne,

Na mogile śpiewa jakieś ptaszę polne…

W porze żniw na tej rozległej równinie ziemia wydawała się złotym fundamentem dźwi-

Obraz świata, Przestrzeń

gającym błękitną kopułę i okrytym ruchliwym mrowiem drobnych istot. Właściwa barwa

ziemi ukazywała się tylko tu i ówdzie na drogach porosłych rzadką trawą i na wcześnie

zaoranych małych szmatach pola. Zresztą, wszędzie, od wzgórz obrosłych drzewami do

wysokiej ściany nadniemeńskiej, dojrzałe zboża płynęły gorącą żółtą lawą, która miejsca-

mi wyginała się w zagłębienia, okryte również gorąco żółtym ścierniskiem²⁰¹. W tych to zagłębieniach, rozszerzając je coraz i okrywając wypukłościami zżętych snopów, mrowiły

¹⁹⁹Musset Aled (–) — . poeta i dramaturg z epoki romantyzmu. Jego liryki miłosne i poematy cechuje pesymizm, niewiara w człowieka i gorzka ironia. Pełne realistycznych obserwacji utwory sceniczne Musseta (wykpiwające wady i śmieszności burżuazji ancuskiej) cieszą się do dziś niesłabnącym powodzeniem.

²⁰⁰

a (starop.) — szpara, szczelina, wcięcie.

²⁰¹ ie ni

— pole, na którym po żniwach pozostały łodygi zbóż.

Nad Niemnem



się drobne, ku ziemi schylone istoty. Na linii poziomej spostrzegane, wydawały się one

drobnymi, bo rozsypane śród wielkiej przestrzeni pełzały przy samej ziemi. Ale widziane

z góry, spod obłoków, wydawać by się musiały niezawodnie tłumem rzeźbiarzy urabia-

jącym w przeróżne wzory złoty fundament świata. One też to były, które go uczyniły

złotym; ich to ręce w mgliste dnie jesieni i wiosny miesiły ten wosk cudowny, aż przy

letnich skwarach spotniał on tą złotą lawą, która sokiem życia przeleje się w żyły ludz-

kości. Ulewą żaru błękitna kopuła oblewała ich zgięte plecy, a gorący ten oddech nieba,

skraplając się na ich twarzach, spadał na ziemię deszczem potu. Z poziomu spostrzegane,

były to malutkie, przyziemne robaki. Z góry widziane — jubilerowie obracający w swym

ręku najdroższy metal ludzkości, artyści urabiający postać świata, pośrednicy otwierający

łono ziemi dla zapładniających uścisków słońca.

Na rozległej przestrzeni pola, którą wąska droga z bohatyrowicką okolicą rozdziela,

żniwiarze wydawali się rojem istot nie tylko ruchliwych, ale i różnobarwnych. Wyglądało

to tak, jakby malarz jakiś gorąco żółte tło bez ładu i symetrii osypał kroplami różnych

farb. Biała i różowa przemagały wszystkie inne. Były to koszule mężczyzn i kaany kobiet.

Białość pierwszych była śnieżna, różowość drugich - gorąca. Przez parę tygodni poprze-

dzających porę żniw w Bohatyrowiczach panował wielki ruch prania i szycia. Do kilku-

nastu najmozolniejszych dni w roku przygotowywano się tam jak do wielkiego święta.

Cała ludność okolicy jednocześnie wylec miała w pole, dla każdego więc było to wy-

stąpienie publiczne, o którego przystojność, a nawet i niejaką wykwintność niezmiernie

dbano. Kobiety dłużej niż zwykle przesiadywały nad brzegiem rzeki, stukami pralników

napełniając powietrze, a pranie to jeszcze poprawiały w domu dopóty, dopóki koszulom

mężów i braci nie nadały prawie olśniewającej białości. Otwierały one skrzynie i wydo-

bywały z nich najnowsze i z najlepszym smakiem, na domowych krosnach z lnu i wełny

wytkane spódnice. Szyły też nowe kaany i bardzo biedna była już ta, która, jak żona

Ładysia z chatki pod dębem stojącej, nie miała wtedy na palcu mosiężnego naparstka,

a w ręku kilku łokci liliowego, błękitnego lub różowego perkalu. Bardzo też biedny był

ten, który, jak ów Ładyś z chłopska mówiący a bujną, złocistą czuprynę w górę zaczesu-

jący nad szerokim czołem, nie mógł na tę porę przywdziać nowego obuwia, cholewami

kolan sięgającego, i czarnych spodni, których szelki ciemnymi liniami przerzynały na

krzyż olśniewającą białość koszuli. Ale młody Michał, pierwszy elegant okolicy, który

nosił spiczasto przystrzyżoną brodę i w górę zakręcone wąsy, od stóp do głowy ubrał

się w dymkę koloru kanarkowego i w zgrabnej czapce, w nowych butach, z fantazją stał

na pustym wozie, galopem prawie przez parę koni ciągniętym od jednego z domostw

ku polu. Zwolnił nieco bieg koni krzyżując się z innym wozem spiętrzonym górą sno-

pów, na szczycie której siedział Jan Bohatyrowicz, w podobnież nowej czapce, z szelkami

skrzyżowanymi na śnieżnej koszuli, z lejcami w rękach.

— Matka pomagać przyszła? — gromko zapytał kanarkowy lew okolicy.

Kobieta, Praca

— A jakże! — odkrzyknął wiozący snopy.

— Szczęśliwemu i aniołowie ku pomocy stają! Do mnie nikt nie przyszedł! Niechby

choć panna Antonina troszkę pomogła?

— A to dla jakiej przyczyny? — z trochą obrazy w głosie wykrzyknął Jan.

— Psie kawalerskie życie! Jak kobiet w domu nie ma, człowiek bez rąk prawie! Ale ja

sobie trzy najemnice wziął; żną, aż szumi, i basta!

— Hej! Z drogi — za wozem Jana rozległ się głos basowy i trochę gniewny. —

Stanęli na drodze i językami mielą! Z drogi, hrabiowie!

Był to nadjeżdżający syn Fabiana, tęgi, rudawy, jak zwykle chmurny Adam. Za nim

nadjeżdżało jeszcze kilka wozów, z których, przy jednym, ciągniętym przez mizernego

konika, ciężkim krokiem szedł bosy i cały w płótno ubrany Ładyś; na drugim, pustym,

z grubą kasztanowatą kosą na plecach, w różowym kaanie, z rozognioną twarzą, stała

dziewczyna wysoka, prosta, silna.

— Dzień dobry pannie Domuntównie! — z galanterią czapki uchylając zawołał roz-

mijający się z nią Michał.

W odpowiedź dziewczyna brwi sobolowe ściągnęła i pogardliwym nieco śmiechem

wybuchnęła:

— O Jezu! Wszak to pan Michał! A ja myślałam, że to wilga na wozie siedzi!

Nad Niemnem



I ze zręcznością, której niejeden mężczyzna mógłby jej pozazdrościć, parą tęgich koni

kierując, starała się przegonić wóz Jana, który przecież raźnym kłusem w bramę zagrody

Anzelma wjechał i środkiem ogrodu, drogą białą od dzięcieliny, ku domowi pod sapie-

żanką²⁰² stojącemu dążył.

Kiedy na drodze rozlegał się turkot kół, gwar urywanych i głośnych rozmów, a cza-

Praca

sem nawet zapanowywał ścisk wymijających się albo usiłujących wzajem przegonić się

wozów, nad polem mrowiącym się gromadkami żniwiarzy, wraz z upałem i blaskiem

słońca, stała wielka cisza. Gromadki żniwiarzy, nieprawidłowo śród szerokiej przestrzeni

rozrzucone, nierównej wielkości, z wolna, lecz nieustannie posuwały się naprzód, w róż-

nych kierunkach. Jedne z nich postępowały od okolicy ku wzgórzom, inne — od wzgórz

ku korczyńskiemu dworowi; inne jeszcze poruszały się naprzeciw piaszczystej rozpadliny

stanowiącej wejście do wielkiego parowu Jana i Cecylii. Czasem tylko wzbijał się nad

nimi krótki wybuch śmiechu lub powietrzem przeleciało głośno wykrzyknięte imię, sta-

do wróbli podjęło się z krzykiem, tu, tam, ówdzie szybko mignęły stalowe błyskawice

sierpów. Zresztą, opróżnione wozy, jedno i dwukonne, zbaczając z drogi i bez szelestu

prawie tocząc się po ściernisku, stawały w zagłębieniach otoczonych dokoła złotym lasem

nietkniętego jeszcze zboża; owady ćwierkały, czasem przelękniony ptak trwożnie zaświe-

gotał, a wszędzie, szeroko, jak okiem zajrzeć i uchem zasłyszeć, płynął po polu suchy,

nieprzerwany szelest przecinanych i na ziemię kładnących się kłosów.

Paru godzin do zachodu słońca brakowało, kiedy Jan, po raz dziś może dziesiąty, wóz

swój na ściernisko zawrócił i wjechał w szerokie i długie zagłębienie, w którym pracowa-

ła jedna z najliczniejszych gromad mężczyzn i kobiet. Była ona tak liczna, bo składało ją

rodzin kilka. Chuda i chorowito²⁰³ wyglądająca żona Fabiana, w sztywnej chustce osłaniającej głowę i część mizernej jej twarzy, prędko jednak i wprawnie żęła obok swej córki,

pulchnej i przysadzistej Elżusi, z dala świecącej jaskrawą różowością swego kaana i mnó-

stwem polnych maków sterczących nad jej czołem, tak prawie jak one pąsowym. Za nimi

Pies

dwaj niedorośli chłopcy żęli także, a jeden wielki, pleczysty, rudy chłopak, z czerwoną

twarzą i rzędem białych zębów w wiecznym, gapiowatym uśmiechu ukazywanych, wiązał

snopy, układał je w dziesiątki i pomagał do naładowywania nimi wozu nieco młodsze-

mu, lecz również pleczystemu²⁰⁴ i silnemu bratu. Wszystko to czynił powoli, z leniwymi ruchami, jakby sennie. Za nim, jak nierozłączny cień jego, siedział lub chodził czarny,

kudłaty kundel. Pan i pies jednostajnie często garbili się, wyciągali, poziewali. Czasem

pies podnosił głowę i wtedy patrzali sobie w oczy. Pan śmiał się do psa wszystkie zęby

ukazując.

— A co, Sargas? Na Niemen może pójdziem? Na Niemen lepiej, he, he, he!

Pies wyciągał się i głowę w stronę rzeki zwracał.

— Nie można, Sargas, nijak nie można! Nie puszczają nas na Niemen, he, he, he!

— Julek! — zabrzmiał głos zawsze czegoś rozgniewanego Adama — zasnął stojąc czy

co? Snopy dawaj! Hrabia!

— Julek! — po kilku minutach donośnie wołała Elżusia — położyłeś się już czy co?

Bardzo słusznie! Leż sobie, a żyto niech gnije na ziemi!

Wielki chłopiec, który istotnie jak długi rozciągnął się był na ścierni²⁰⁵ i leniwą rękę zatopił w kudłach Sargasa, wstał, wyciągnął się i począł znowu snopy wiązać.

Dalej, co kilka i kilkanaście zagonów, różowiały i błękitniały kaany kobiet i dziew-

cząt, iskrzyły się na głowach kwieciste chustki, czerwone i żółte kwiaty; pod jedną ścianą

stojącego jeszcze zboża widać było kilka żwawo zwijających się najemnic Domuntówny i ją

samą, to żnącą, to góry snopków uwożącą ku domowi, a na przeciwnym krańcu wydrążo-

nego w zbożu zagłębienia, z dala od wszystkich, wlokła się smutnie uboga, samotna para

ludzi. Mężczyzna był tam bosy i cały odziany w grube, szarawe płótno; kobieta w ciemnej,

starej odzieży starą chustkę miała na głowie. Na ich zagonie stał wóz zaprzężony jednym

mizernym konikiem i owinięte w płachty leżało kilkomiesięczne dziecko. Nikt im nie

pomagał, nikt nawet z tych, którym obok nich z sierpem lub snopem przechodzić wy-

²⁰² a ie an a — rodzaj gruszy.

²⁰³

i — dziś: chorowicie.

²⁰⁴ e

— mający silne plecy; dobrze zbudowany.

²⁰⁵ ie

— pozostałe po żęciu łodygi zbóż.

Nad Niemnem



padło, z nimi nie rozmawiał. Był to najuboższy z Bohatyrowiczów, mieszkaniec chatki

bez komina i ogrodu, stojącej pod dębem, i jego żona-chłopka.

Wszyscy ci ludzie znajdowali się tak blisko siebie nie dlatego, aby zagony, na któ-

rych pracowali, były jedyną ich własnością, ale dlatego, że własności pojedyncze mieszały

się na tej szerokiej równinie w chaos samym tylko właścicielom znany, a dla wszelkie-

go obcego oka i pojmowania do rozwikłania niepodobny. Żaden z nich gruntu swego

nie posiadał w jednej ściśle odgraniczonej całości ani w bezpośrednim z domem swym

sąsiedztwie. Rzekłbyś, paciorki do mnóstwa osób należące i na traf w najróżniejsze kie-

runki rozsypane, a w przeciągu czasu na drobne ułamki rozbite i rozpierzchnięte. Każdy

z nich wiedział, gdzie szukać swoich ułamków, i od jednego do drugiego przechodził

z pługiem, siejbą, kosą i sierpem. W tym miejscu ułamek Jana i Anzelma znajdował się

tuż obok tego, na którym pracowała rodzina Fabiana. Dwie tylko żniwiarki znajdowały

Kobieta, Mąż, Mężczyzna,

Matka, Dziecko

się na nim: młodziutka, wiotka dziewczyna, której delikatnej twarzy nawet ciężki, ca-

łodzienny mozół zaczerwienić nie mógł, okrywając ją tylko słabym rumieńcem i lśniącą

wilgocią potu, i tęga, muskularna, prosta jak świeca kobieta na pięćdziesiąt lat wyglą-

dająca. O lat pięćdziesiąt można ją było posądzić tylko z powodu zmarszczek, gęsto jej

czoło okrywających i ciemnej skóry, która jej drobne, chudawe rysy okrywała. Ale z ru-

chów sprężystych i trochę nawet nerwowych, z blasku małych, ciemnych oczu, z białości

zębów, co chwilę ukazujących się zza przywiędłych warg, wydawała się prawie zupełnie

młoda. Żęła prędko, z zapałem, wybornie, zabierając na raz wielkie garście żyta i tnąc je

równo, nisko przy ziemi. Jednak ile razy prostowała się i nieco w tył odgięta ściętą garść

do innych, już na ziemi leżących przyłączała, tyle razy do kogoś zagadywała, z żartem

zawsze, ze śmiechem, z filuternymi spojrzeniami i zamaszystymi ruchami ramion, od

których sierp jej rzucał w powietrze błyskawice wesołe i częste. W białej koszuli, osło-

niętej nieco skrzyżowaną na piersi chustką, w krótkiej spódnicy w czerwone i granatowe

pasy, w małym czepku z białego perkalu na siwiejących włosach, wydawała się najwesel-

szą, najżwawszą i najrozmowniejszą ze wszystkich żniwiarek, choć była pomiędzy nimi

najstarsza. Kobiety i dziewczęta odcinały się jej, czasem z chwilowym gniewem, gdy jed-

nej dogadywała, że żnie powoli, i na wyścigi z sobą wyzywała; drugiej kawalerem jakimś,

który ożenił się już, w oczy kłuła; trzeciej o weselu zaraz po żniwach nastąpić mającym

przypominała. Chłopcy śmieli się z niej, o zdrowie trzeciego jej męża i o to, wiele jeszcze

razy za mąż wyjść myśli, zapytywali. Teraz przed kilku minutami przerwała znowu pracę

swoją i stojąc przed kimś na snopach siedzącym głośno prawiła:

— Bo to, widzi panienka, po czym poznać głupiego? Po śmiechu jego. Kpinkują

sobie ze mnie, że trzeciego męża mam. Owszem! Ja temu nie winna, że mnie Pan Bóg

towarzyszów życia odbierał, a takie już moje przyrodzenie, że nijak bez kochania i bez

przyjaciela dozgonnego żyć nie mogę. Kiedy Jerzego, ojca Janka, ten przypadek spotkał…

Tu ręką w stronę zaniemeńskiego lasu rzuciła.

— Niezupełnie we dwa lata za Jaśmonta wyszłam. Ludzie różnie gadali. Pusta baba,

tak prędko towarzysza swego zapomniała! Owszem. Bo to wy jedno wiecie, a ja drugie.

Co umarłym z tego, kiedy żyjącym w zasępie²⁰⁶ życie ubiega? Niech tamtemu Bóg najwyższy królestwo niebieskie dać raczy, a my sobie z tym wieczne kochanie przed ołtarzem

zaprzysięgniem. Jedno zachodzi, drugie wschodzi, a ze smętku, jak z kozła, ani wełny,

ani mleka!

Zaśmiała się tak, że aż głowę na bok odkręcała, i wnet prawiła dalej:

— Panienka śmieje się. Owszem. A jak Boga kocham, ja prawdę mówię. Bo to u mnie

dwie rzeczy największy walor mają: kochanie i dozgonny przyjaciel. Takie już przyrodzenie

mam. Jaśmonta, Antolki ojca, w dziesięć lat po ślubie odebrał mi Pan Bóg najwyższy.

Tak samo jak po tamtym, Jerzym, desperowałam²⁰⁷, ale kiedy rok ubiegł, zdarzył mi się Starzyński ze Starzyn. Ludziom znów na języki padłam. Owszem. Wy wiecie jedno, a ja

drugie. Noc po dniu następuje, a dzień po nocy. Śmiech od płaczu smaczniejszy. Bieda

mnie tylko była z dzieckiem. Ze Starzyńskim my jedne do drugiego chylili się jak dwa

gołębie, ale wdowcem on był, gromadę wielką w chacie miał, z przyczyny córki mnie

nie chciał brać. „Bo to gdzie ja tam będę — powiada — do siedmiorga swoich jeszcze

²⁰⁶ a

— smutek.

²⁰⁷ de e

a — rozpaczać.

Nad Niemnem



jedno cudze przyprowadzał!” Boże najwyższy! Nie już mnie tak bez kochania i przyjaciela

dozgonnego na całe życie przepadać! Wzięłam Antolkę i do Janka ją przywiodłam: „Masz

tobie, synku, siestrę. Hoduj ty ją, a ona tobie do pomocy stanie”. Jemu było wtedy lat

dwadzieścia, a jej sześć. Anzelm był strasznie gniewny. „Dla jakiej to przyczyny — mówi

— sama dziecka swego hodować²⁰⁸ nie możesz? Zachciało się babie trzeci korowaj²⁰⁹ piec!

Chłopca i bez tego brud zjada, że go dopatrzyć nie ma komu!” Ale Janek jak przystał do

niego: „Wezmę, stryjku, siestrę, i wezmę. Co ma u ojczyma w poniewierce ostawać, niech

lepiej u nas rośnie, a jak troszkę podrośnie, to i nas dopatrywać będzie”. Antolka! Może

nieprawda, że on tak mówił? Ot, jaki on! Bo to drugi odepchnąłby, a on przygarnął,

na rękach ją nosił, karmił, odziewał i do mnie jeszcze przez okazję raz wraz nakazywał:

„Mamie powiedzcie, że Antolka zdrowa i dobrze sobie rośnie!” Ot, jaki on! Antolka, może

nieprawdę ja mówię?

Do błyszczących, wesołych jej oczu nabiegły łzy. Rozczuliła się tak, że aż usta do płaczu

skrzywiła i fartuchem całą twarz otarła. Wysmukła Antolka jak wiotka trzcina odgięła się

znad ziemi i obie ręce, z których w jednej sierp błyszczał, ruchem zmęczenia nad głowę

wyciągając odpowiedziała:

— Lepszego jak on to już prawie na całym świecie nie ma. Żadnego ja smętku przy

nim nie doznała.

em²¹⁰ razem i hulamy razem, a częściej on co ciężkiego zrobi jak ja…

Zgięła się znowu ku ziemi i stara, gadatliwa kobieta także ku żytu zwrócić się miała,

gdy żona Fabiana, żąć nie przestając, jękliwym i śpiewającym głosem swym przemówiła:

— A koniec taki, że pani Starzyńska masz dwoje dzieci i żadnego sama nie wyhodo-

wałaś…

W mgnieniu oka spracowana i sucha ręka Starzyńskiej oparła się na jej kłębie. Cień-

szym trochę niż wprzódy głosem odkrzyknęła:

— Nie wyhodowałam, a najśliczniejsze ze wszystkich mam… Owszem!

I zaniosła się od śmiechu.

— Jak ku-kaw-ka²¹¹! — z ironią zaśpiewała znowu Fabianowa.

W tej chwili wóz ciągnięty przez kasztanka i gniadą cicho wtoczył się na ściernisko.

— O Jezu! — zanim jeszcze konie stanęły, z woza zeskakując krzyknął Jan i paru sko-

kami znalazł się przy kobiecie na snopach siedzącej, którą usuwając się odsłoniła przed

nim matka, a której suknia słomianej barwy złocisto na słońcu jaśniała. Więcej niż we-

sołością, bo serdeczną radością jaśniała twarz Justyny, kiedy z niskiego siedzenia swego

oczy na przybyłego wzniosła i żywym, pośpiesznym ruchem rękę ku niemu na powita-

nie wyciągnęła. On tę rękę w obie dłonie pochwycił i nisko schylony, na chwilę do niej

ustami przylgnął.

— Troszkę spodziewałem się, że pani dziś do nas przyjdzie, bo mówiła, że chce na

naszą robotę z bliskości popatrzeć; ale wszystko jedno, jak zobaczyłem, że pani tu siedzi,

jakby mnie słońce przed oczami zaświeciło…

— Przecież dziś słońce nie tylko świeci, ale aż prawie oślepia — z łuną rumieńca

przepływającą po czole jej i policzkach zaśmiała się Justyna.

Można by myśleć, że twarz Jana od jej śmiechu sposępniała.

— Pani żartuje — opuszczając ręce rzekł ciszej.

— Bo to on prawdę mówi — wmieszała się stara podnosząc się znów znad zboża

i obok syna stając. — Tydzień już dziś, jak do niego przyszłam, i ciągle patrzę, jaki to

zasęp na niego padł. Taki pochmurny zrobił się, że podczas przez całą godzinę gęby ani

razu nie otworzy. Wszystko robi, co trzeba, owszem, ale smętliwie… ani pożartuje, ani

zaśpiewa, a jak spytam się: „Co tobie takiego, Janku?” — to mówi: „Bo to mnie, mamo,

ciemno robi się w oczach…”

— Co tam o tym gadać, mamo! — z niezadowoleniem przerwał Jan — chodźmy

lepiej do roboty.

Łokciem czyniąc ruch taki, jakby odtrącić go chciała, z nogi na nogę przestępując,

głową kręcąc, filuternie oczami błyskając, tajemniczo szeptać zaczęła:

²⁰⁸ d a — wychowywać.

²⁰⁹

a — białoruska nazwa placka weselnego.

²¹⁰

a (gwar.) — harować, ciężko pracować.

²¹¹

a

a (gwar.) — kukułka.

Nad Niemnem



— Owszem. Ja wiem, skąd ten zasęp na niego przyszedł i dla jakiej przyczyny ciemno

mu robi się przed oczami. Bo to trzydzieści lat ma i bez kochania żyje. Żenić się czas…

— Co tam o takich rzeczach gadać! — z żywością tym razem i gniewnym błyskiem

oczu przerwał Jan.

— Owszem, czemu nie gadać? — żywo poruszając rękami i głową zagadała stara. —

Bo to, widzi panienka, z Jadwiśką Domuntówną tak jak prawie od dzieciństwa lubili się…

stryj tego tylko czeka, żeby pobłogosławić… i jej dziadunio pobłogosławi…

— Chodźmy do roboty, mamo! — wykrzyknął prawie chłopak.

— Owszem, dziewczyna jak raz dla niego para… pracowita, poczciwa, śliczna… i ak-

torka… Bo to całe gospodarstwo na nią po dziaduniu spadnie, a mówią, że może i z pięć

tysięcy rubli warte…

Daremnie tym razem odtrącała go łokciem: silnie, żelazną niby obręczą syn ramię jej

ścisnął.

— Bo to — próbowała mówić jeszcze — był taki czas, że pomiędzy nimi zaczynało

się już kochanie…

Ale teraz twarz Jana od brzegu włosów aż po ogorzałą szyję krwią nabiegła i z turku-

sowych jego oczu sypały się błyskawice.

— Niech mama lepiej żąć idzie, co głupstwa ma wygadywać! — krzyknął i ku na

wpół zżętemu zagonowi ją pociągnął, sam także ku wozowi odchodząc.

Wesoła baba wybuchnęła głośnym śmiechem.

— Bo to wstydliwy zrobił się! O kochaniu i żenieniu się ani przypomnieć nie pozwala.

Wszystko jedno, w czasie ożenisz się!

— A jak nie ożenię się?… Otóż pewnie nigdy nie ożenię się! — czapkę na ściernisko

rzucając i snop z ziemi podnosząc zawołał. — Jeszcze tego nie było, żeby mnie kto do

czego przymusił!

Hardo głowę podnosił, usta wydął i gdy silnymi, namiętnymi ruchami snopy na wóz

rzucać zaczął, łatwo było uwierzyć w to, że dumę i wolę swą miał. Nietrudno byłoby także

wyczytać z jego twarzy ten zasęp i tę smętliwość, o których opowiadała jego matka. Pod

okrywającą je czerwoną ogorzałością policzki jego schudły i wydłużyły się nieco, a gdy

uspokojonymi już i prawie rytmicznymi ruchami snopy na wóz rzucając zamyślił się, na

czoło jego znacznie bledsze od policzków wybiegła gruba, poprzeczna zmarszczka.

Po chwilowych rozmowach znowu na łanie zapanowała praca milcząca i gorliwa. Lek-

kie przedwieczorne wiatry muskać poczęły wierzchołki niezżętych jeszcze zbóż i urywa-

nymi akordami szmeru wtórować temu suchemu, monotonnemu, nieustannemu szele-

stowi, jaki wydawały łamiące się pod sierpami kłosy i z ziemi podnoszone snopy. W tym

szeleście i w tych szmerach postacie żniwiarek, różnobarwne, milczące, wysokie i niskie,

grube i wysmukłe, prostowały się co chwilę i w tył nieco odgięte podnosiły w rękach

garście długich, kłosistych łodyg, które na rozciągniętym powróśle²¹² złożywszy, znowu ku ziemi przypadały. Czasem ta lub owa szybkim ruchem rękaw odzieży po spotniałym

czole przesunęła lub odetchnęła głośno. Do stóp im wraz z kłosami upadały różowe kąko-

le²¹³, pąsowe maki i szafirowe bławatki; za nimi niskie, liliowe grochy, drobne rumianki, kosmate kotki zostawały nietknięte śród ostrych kolców ścierni; spod ich rąk niekiedy

wznosił się i w powietrzu igrał biały puch przekwitłego brodawnika²¹⁴; przed nimi, o kilka czasem kroków od pochylonych ich głów, zrywał się ptak spłoszony i przelęknionym lotem przerznąwszy powietrze, nie wiedzieć gdzie, może w gęstwinie zbóż jeszcze stojących

przepadał.

Na kilku snopach w jednym miejscu złożonych Justyna siedziała w zamyślonej po-

stawie, z twarzą na dłoń spuszczoną. Uważnie, ciekawie przypatrywała się ruchom pra-

cującego przed nią mrowiska ludzi. Ona także od dnia tego, w którym po raz pierwszy

weszła do zagrody Anzelma i Jana, od wieczoru tego, w którym wraz z nimi wróciwszy

z parowu Jana i Cecylii, pod dachem ich parę wieczornych godzin spędziła, odbywała

podróż po kraju nieznanym. Przedtem w bezpośrednim jego sąsiedztwie żyjąc, wiedziała

o nim to tylko, że istnieje, i wiedziała to w sposób obojętny, niewyraźny. Teraz przenikała

w coraz dalsze jego głębie. Jak imion i dziejów wielu z tych roślin dzikich i pachnących,

²¹²

— pasło słomy, służące do przewiązywania snopków zboża.

²¹³

— gatunek goździka.

²¹⁴

da ni — dmuchawiec.

Nad Niemnem



po które zawsze sięgała chciwie okiem i ręką, tak imion i dziejów wielu z tych ludzi już

się nauczyła. Ta podróż po kraju natury, ku któremu zawsze pociąg czuła, i ludzi, któ-

rych dotąd nie znała, budziła jej ciekawość i zajmowała umysł. Jak bujne kwiaty, rzeźwą

rosą operlone i nieskończoną ilością barw jaśniejące, te poznawane z bliska widoki, pra-

ce, dzieje wpadały do tej wielkiej, ciemnej pustki, którą od dawna widywała ona, ilekroć

przymknąwszy oczy patrzeć usiłowała w siebie i swoje życie. Teraz pełnym, bystrym, na

wszystko uważnym okiem patrzała na to, co działo się przed nią. Czasem napełniało ją

wielkie rozradowanie podnoszące się, kto wie skąd? Może z łanów złotych, ze ścierni prze-

tykanej kwiatami, z powietrznych ruchów sprawianych przez skrzydła ptasie i powiewy

nadrzecznych wiatrów. Czasem wspaniała, choć prosta malowniczość widoku uderzała

w nią falą zachwycenia, w której prostowała ona swą kibić tak, jakby sama, na wzór żni-

wiarek podnoszących w rękach kłosiste więzie, wnet powstać miała i niecierpliwie czy

błagalnie nad głową wyciągnąć puste swe dłonie. Były też chwile, w których nieustający,

suchy szelest kłosów wydawał się jej mową ziemi. Nie darmo dawny jej kochanek wspo-

minał o jej dawnych marzeniach i zapałach. Była do nich skłonna i teraz, bo pochylona,

z blaskiem w oczach i uśmiechem na wpółotwartych ustach wsłuchując się w szepty ziemi

uczyniła ruch taki, jakby zaraz zsunąć się z niskiego siedzenia swego i do jej łona przypaść

miała.

Pod rękami coraz gorliwiej pracujących żniwiarek szelest kłosów stawał się coraz gło-

śniejszy, coraz żwawiej rzucane snopy upadając na wozy wydawały głuche, szemrzące

stuki… Od ziemi oblanej wonią świeżej słomy i okrytej ścierniskiem wyhaowanym

w drobne kwiaty Justyna podniosła twarz, zbladła nieco, zesztywniała, przez kilka minut

postarzałą o lat kilka, ze źrenicami przygasłymi, które wilgocią zachodziły. Z dziwnym

zmieszaniem, jakby nagle uczuła się w tym miejscu gościem natrętnym, istotą obcą i nie-

potrzebną, chwastem w kłosy wplątanym, uczyniła ruch do powstania. Usiadła jednak

znowu i zmieszane, niespokojne spojrzenia rzucała dokoła siebie. Jedno z tych jej spoj-

rzeń spotkało się ze stojącą w pobliżu, znieruchomiałą postacią Jana. Od kilku minut

już robotę swą przerwawszy, u samego woza do połowy snopami napełnionego stojąc,

wpatrywał się on w Justynę z takim wytężeniem, że aż głowę podawał naprzód, a na

białe czoło wystąpiła mu znowu gruba, poprzeczna fałda. W rękach jego długie widły

ukośną linią opuszczały się ku ziemi, badawcza ciekawość znieruchomiała i pogłębiała

błękitne jego źrenice. Nagle widły mu z rąk wypadły i namiętnym niepokojem zadrgały

rysy. W mgnieniu oka znalazł się przy niej, pochylił się, uczynił ruch taki, jakby rękę jej

chciał pochwycić, lecz tylko przyciszonym głosem przemówił:

— Co pani takiego? Taka pani raptem zrobiła się smętna? Aż łzy w oczach stanęły…

Dla jakiej przyczyny?…

Wyrazy, śpieszne zrazu, prawie gwałtowne, stopniowo miękły mu w ustach, prawie

mdlały.

— Może nadmiar śmiały jestem? — dokończył bardzo cicho.

Podniosła na niego oczy napełnione blaskiem i łzami i cicho odpowiedziała:

— Po co ja tu między wami? Wstyd mi! Taki wstyd!… Poszłabym sobie, ale i w domu

także nic… nic…

Umilkła, lecz on chciwie jeszcze słuchał chwilę, a potem z tą głęboką bruzdą, która

w ostatnich dniach na czole jego zjawiać się zaczęła, wyprostował się i przed nią stanął.

Nie wydawał się wcale zdziwiony, tylko w zamyśleniu, ze wzrokiem w ziemię utkwionym

końcami palców dotykał czoła. Potem milcząc zrobił parę szerokich kroków, pochylił się

nad matką, szepnął do niej słów kilka, a gdy do Justyny powrócił, sierp trzymał w ręku.

Ona podniosła się z niskiego siedzenia swego i przed nim stanęła. Przez kilka sekund

patrzali sobie w oczy, jakby wzajem myśli swe odgadnąć usiłowali, potem Jan śmiałym

ruchem głowę podniósł i podając Justynie sierp, w którym słońce krzesało srebrne bły-

skawice, z cicha wymówił:

— Proszę!

Z pochyloną trochę głową wyciągnęła rękę i z poważnym na ustach uśmiechem po-

łyskujące narzędzie z ręki jego wzięła.

Na całe ściernisko pokryte mrowiskiem istot ludzkich, na cały ten łan szumiący upa-

dającymi kłosami, rozległ się dźwięczny, donośny, pełną drżeń i uśmiechów radością

nabrzmiały głos Jana:

Nad Niemnem



— Mamo! Proszę tutaj! Mamo! Mamo! Proszę!

Żwawa, wesoła kobieta w perkalowym czepku na siwiejących włosach biegła już ku

Justynie, rękami machając i językiem trzepiąc:

— Dobrze, panieneczko! Dobrze, robaczku! Owszem. Bo to i nie bardzo trudna

robota! Kiedy ja stara mogę, to dla jakiejże przyczyny nie mogłaby młoda? Nie świę-

ci, panieneczko, garnki lepią… Owszem… proszę tylko nachylić się, popatrzyć, a potem

i samej spróbować…

Antolka, Elżusia, dwie inne jeszcze dziewczyny wyprostowały się na zagonach i z uśmie-

Kobieta, Praca, Strój

chami, z niedowierzaniem, ale bez zdziwienia, patrzały na schylającą się ku zbożu pannę,

w sukni z takiegoż perkalu, jak ten, z którego uszyte były ich kaany, ale modnie skro-

jonej i przybranej, a obcisłością swą rysującej wydatnie kibić wysoką, silną i kształtną.

Nagle przysadzista Elżusia zawołała:

— Bardzo słusznie! Panienka żąć może tak, jak i my… jeszcze prawie silniejsza od

nas… tylko gorset zdjąć trzeba, bo w nim i godziny wytrzymać nie będzie można…

— Bardzo słusznie! — chórem zaśmiało się kilka kobiecych głosów i rzecz dziwna!

z kilku par oczu trochę złośliwe i pogardliwe wejrzenia strzeliły na obcisły i wyraźnie rogi gorsetu zdradzający stanik Justyny.

Z ognistym rumieńcem Justyna pochylała się ku ziemi obok matki Jana.

— Jutro niedziela — rzekła z cicha — ale pojutrze przyjdę wcześnie i ubiorę się

stosownie, a dziś, tymczasem, proszę mi pozwolić choć trochę… ile będę mogła…

— Owszem, robaczku, dobrze! — zagadała stara — bo to nie słuchaj tego, co te

sroki kraczą! Taka sama ty dobra, panieneczko, jak i one, tylko w poniedziałek kaan

sobie taki luźnieńki, szerokieńki włożysz i jak zaweźmiem się, to we dwie z dziesięć kop

użniem Jankowi… Owszem…

Jan teraz znajdował się na wozie, w połowie snopami napełnionym, a że więcej już

Miłość, Śpiew

snopów do zbierania nie było, stojąc na tym kłosistym, żółtym, sprężyście pod stopami

jego uginającym się posłaniu, ze ścierniska zjeżdżał na drogę. W tej samej chwili z drogi

na ściernisko wjeżdżała Domuntówna. Przestrzeń paru morgów przedzielała dwoje tych

ludzi, których postacie na wozach stojące, jednostajnie wysokie, wyprostowane i silne

przypominały ścigających się na arenach klasycznych atletów. Śnieżna białość jego ko-

szuli na błękitnym tle powietrza odpowiadała gorącej różowości jej kaana. Jego włosy

w słonecznym blasku miały złotawą płowość zaczynającego dojrzewać żyta; jej bujna roz-

targana kosa wydawała się snopem gorąco brunatnej pszenicy. W takim od siebie znaj-

dowali się oddaleniu, że rozmawiać z sobą nie mogli. Jednak dziewczyna w stronę jego

wozu, z wolna jeszcze toczącego się po zagonach, patrząc rozpoczęła rozmowę taką, którą

prowadzić z sobą od najmłodszych lat swych byli zapewne przywykli, która płynęła gó-

rą, nad złotym łanem i pochylonym nad nim mrowiskiem ludzi, w powietrzu czystym,

gorącym, rozchodząc się czystą, rozgłośną nutą pieśni:

O góro! O góro! Zielony lesie!

O drzewa zielone, liście spadające!

O serce strwożone, do ciebie pragnące!

O góro! O góro! Zielony lesie!

Jan Bohatyrowicz, skręcając na drogę brzegiem ścierniska sunącą, męski swój głos

połączył ze śpiewem dziewczyny, w której stronę przecież nie patrzał. Jechał powoli i twarz

obracał ku temu zagonowi, na którym obok białego czepka jego matki pochylała się młoda

kobieca głowa, czarnymi warkoczami owinięta. Do niej, dla niej, o niej śpiewał:

Jak drzewo od mrozu pęka lub usycha,

Tak serce do ciebie śmieje się, to wzdycha,

O góro! O góro! Zielony lesie!

Jak kwiatek na słońcu kwitnie lub więdnieje,

Tak serce do ciebie pali się, to mdleje,

O góro! O góro! Zielony lesie!

Umilkł, a Domuntówna czystym, silnym kobiecym kontraltem sama ciągnęła:

Nad Niemnem



O drzewa zielone, liście spadające,

O serce strwożone, do ciebie pragnące,

O góro…

Strwożone może było jej serce, bo głos jej zemdlał i na zatrzymanym wozie stała

nieruchoma, na ten sam punkt łanu patrząca, ku któremu Jan z dala jeszcze twarz zwracał

i wzrok wytężał. Z drogi, z daleka już, ale wyraźnie i rozgłośnie znowu na łan zleciały i po nim płynęły długie, namiętne dźwięki pięknego głosu Jana:

Jak słowik na drzewie zaczyna swe pienie,

Zasyłam do ciebie serdeczne westchnienie,

O góro! O góro! Zielony lesie!

O piękna kalino, prześliczna malino,

Najdroższa z klejnotów ma luba dziewczyno,

O góro! O góro! Zielony lesie!

Odchodzę od ciebie, tyś zawsze mi w oczach,

I w myśli, i w sercu, i we dnie, i w nocy.

O drzewa zielone, liście spadające,

O serce strwożone, do ciebie pragnące…

O góro… o góro…

Wesoła baba, w białym czepku nad Justyną schylona, błyskając oczami gadała:

— Bo to, widzi panienka, on pierwszy śpiewak w okolicy, a ona pierwsza śpiewacz-

ka. I na gitarze dziadunio ją grać nauczył… Zimową porą, jak cała młodzież zejdzie się

wieczorem do takiego domu, w którym największa jest świetlica, tańczą sobie, a jak nie

tańczą, to Jadwiśka gra na gitarze, a mój Janek śpiewa… Owszem. Niech kochają się ro-

baczki, niech kochają się! Niezadługo pewnie i pobiorą się… bo to słońce pierwej wzejść

musi, nim dopiekać pocznie… Tak i kochanie zaczyna się pomaleńku, niby to jest, niby

to nie ma, aż dopiecze i do ołtarza doprowadzi! Ha, ha, ha!

W tej chwili Justyna, która pod dyrekcją starej kilkanaście już garści żyta z trudnością

i niezręcznie zżęła, ostrzem sierpa drasnęła się w rękę. Może sama przed sobą nie umiałaby

zdać jasnej sprawy, dlaczego przy słowach i chichocie matki Jana ostre narzędzie drgnęło

w jej silnym i bynajmniej jeszcze niezmęczonym ręku. Draśnięcie było niewielkie i kilka

tylko kropel krwi wystąpiło na ogorzałą, lecz delikatną skórę jej ręki; przecież wydało się

jej, że ból dolegliwy uczuła, nie w ręku jednak, lecz w piersi. Tak jak tamte wszystkie

robiły, wyprostowała się i dużą garść kłosistych łodyg w dłoniach podniosła, aby je za

sobą na zagonie złożyć. Ale mimo woli wzniosła ręce wyżej, niż to czyniły tamte, i w tej

postawie nieruchoma przez chwilę została. Myślała, że istotnie ta para ludzi młodych,

silnych, jak poranek wiosenny świeżych i żadnym, zda się, południowym pyłem życia nie

dotkniętych, stworzona była dla siebie. Nadejdzie południe i piekące kochanie zaprowadzi

ich do ołtarza, przed którym staną czyści i szczerzy, aby potem przez długie lata razem

żyć w tym domku pod sapieżanką albo w tamtym pod lipami, który ona jemu bogatym

wianem wniesie, razem tę ziemię złotymi plonami okrywać i razem je zbierać, a w zimowe

wieczory przy szumie nadniemeńskich wiatrów i bieli śniegiem okrytych rozłogów, przy

blaskach księżyca srebrzących bór odwieczny i brylantami szronów okryte ściany parowu,

dźwiękami gitary i dwu swych połączonych głosów napełniać białą świetlicę.

— Bo to panienka skaleczyła się! — zabrzmiał głos gadatliwej baby. — Boże Prze-

najświętszy! Ale to nic! To z nieuzwyczajenia! Ha, ha, ha! Nim panienka za mąż wyjdzie,

zagoi się! Ha, ha, ha! Ej! Bo to panienka i sama na paluszek swój nie dmucha, kiedy

znowu do roboty bierze się! Owszem! To tak prawie, jak ja. Klepkują²¹⁵ ze mnie ludzie, Kobieta, Mężczyzna, Miłość

że kochliwa jestem, ale o to mnie bynajmniej! Za toż o lenistwo nigdy na ludzkie języki

nie padałam! I w swojej chacie wszystko zrobię, i synkowi na pomoc przybiegnę! Wiele

zaś razy sierpem albo nożami do krajania zielska, albo tam czym innym ręce sobie pokro-

iłam, to by już tego i Bóg Przenajświętszy nie zliczył. A przy kochaniu wszystko dobrze.

Tak i panience rączka zagoi się, jak tylko luby pocałuje. A czy jest luby?

²¹⁵ ie

a — żartować.

Nad Niemnem



— Nie ma — z uśmiechem odpowiedziała Justyna.

— Oj, to źle! Trzeba, żeby był! Ale ja cościś słyszałam, że i był… tylko… niestały!

Bo to ludziom gęby nie zatknąć. Gadali! A ja, owszem, dziwowałam się temu panu, że

takiej ślicznej panienki nie wziął… i Jankowi za przykład stawiałam: „Nie bądź ty taki,

synku! Jadwiśki swojej nie porzucaj!” A on jak ofuknie: „Ja — mówi — nic Jadwiśce nie

przyrzekał, a ten pan tej pannie przyrzekał i nie dotrzymał. A kiedy tak, to on jest prawie

łajdak i do tego jeszcze głupi, bez oczów, bo panna śliczna i taka po nim teskliwa²¹⁶, że mnie, zdaje się, łój roztopiony do serca kapie, kiedy ją gdzie obaczę!” Ot, jaki on! do mnie

przyrodził się… czuły i taki romansowy…

Ciemną, mnóstwem istotnie śladów skaleczeń okrytą ręką oczy sobie otarła, bo za-

wsze płakała albo przynajmniej na płacz się jej zbierało, ilekroć o rzeczach czułych i ro-

mansowych mówiła.

W tej chwili na brzegu ścierniska rozległo się pozdrowienie, męskim głosem wymó-

wione:

— Dopomóż Boże!

— Dziękujemy! — odpowiedziało kilka męskich i kobiecych głosów, a matka Jana

wyprostowała się i rękę na kłębie opierając zaśmiała się do przybyłego całym rzędem

swoich białych zębów.

— Pan Fabian widać do hrabiów zapisał się, kiedy w taki roboczy czas spaceruje sobie.

Owszem. Bo to wygoda w chacie wielką gromadę mieć. Żonka i dzieci wszystko zrobią,

a ociec muchy po drogach łapie, ha, ha, ha!

Na brzegu ścierniska rumianością rydza jaśniała twarz Fabiana, szorstkim wąsem zje-

żona i parą małych, bystrych oczu połyskująca.

— Ot, i poruszyła baba rozumem jak cielę ogonem! — z wolna postępując naprzód

odkrzyknął. — U pani Starzyńskiej zawsze gęba wiatrem nabita… Kiedyż to ja od pracy

ubiegałem? A że dziś przy robocie nie stoję, to z przyczyny takich interesów, których taka

głowa, jak pani Starzyńskiej, pojąć nawet nie zdoła. Teraz zaś idę do moich snopków, co

pod laskiem na mnie czekają, i tu zaszedłem dla obaczenia, wiele mego żyta na przyszły

tydzień pozostanie.

— Nic, tatku, nie pozostanie! Wszyściutko dziś zeżniem! — zawołała Elżusia.

— Taki koniec, że bez jegomościa obeszło się i jednego naszego kłosa na tym kawałku

dziś nie pozostanie! — zaśpiewała matka rodziny.

Rodzina ta, z dwu kobiet i czterech mężczyzn złożona, już i przedtem gorliwie pra-

Ojciec, Rodzina

cowała, ale wraz z nadejściem zwierzchnika swego gorliwość tę zdwoiła. Nawet wielki,

pleczysty Julek, który przedtem stanął był na zagonie jak słup nieruchomy i sennym, tę-

skliwym wzrokiem w stronę Niemna patrzał, teraz z podniesionymi ramionami, głośno

sapiąc i bardzo pośpiesznie widłami snopy z ziemi podnosił i układającemu je na wozie

bratu podawał. Fabian coraz dalej po ściernisku powoli i z powagą postępował, a na widok

kilkunastu swych zagonów zupełnie już ze zboża obranych z widocznym zadowoleniem

kępką sterczących wąsów poruszał. Puszył się zaś coraz więcej, szerokie, czerwone ręce

w kieszeniach czarnych spodni zatopił i coraz dumniej po tej części państwa swego kro-

czył, na której tak pomyślnie gospodarowała jego rodzina. Wtem stanął, rękę z kieszeni

Konflikt, Własność

wyjął i czyniąc z niej sobie nad oczami daszek, w stronę dwojga ludzi samotnie u brzegu

ścierniska pracujących patrzał.

— Hej! Ładyś! — na całe ściernisko rozległ się krzyk jego popędliwy i głośny —

a czyje to żyto żonka twoja sierpem zaczepia? Niby to na swoim zagonie żnie, a obok

rosnące skubie! Bóg mnie ubij na ciele i duszy, kiedy te chamy ćwierci mego prawowitego

zagonu nie spustoszyli!

Krew zalała mu czoło, policzki i nawet białka oczu, które niepohamowaną złością za-

gorzały. Na widok szkody dobru jego wyrządzanej powaga jego i pycha zniknęły w mgnie-

niu oka i tak lekki, jakby miał lat dwadzieścia, z pięściami tak zaciśniętymi, jakby na

śmiertelnego wroga godził, biegł, leciał prawie, zagony przeskakując i wysoko za so-

bą podrzucając ciężko obute nogi. Żona i córka jego żęły dalej, ale dwaj dorośli i dwaj

niedorośli synowie, przerywając robotę swą, patrzali za nim z widocznym przestrachem

w oczach, któremu jeden z nich tylko, zapalczywy i także do gniewu skłonny Adam, nie

²¹⁶

i a (starop.) — tęskniąca.

Nad Niemnem



uległ. On także na widok szkody zbożu ojcowskiemu wyrządzonej gniewem zapłonął i na

wozie pełnym snopów stojąc, z brwiami ściągniętymi i oczami błyskającymi, cały podał

się naprzód, do skoku i rzucenia się ojcu z pomocą gotowy. W połowie drogi Fabian

stanął, ku synom się zwrócił i obu rękami machnąwszy, z całej piersi jeden tylko wyraz

im rzucił:

— Gomuły²¹⁷!

Dwa zagony jeszcze przeskoczywszy, znowu obejrzał się i krzyknął:

— Harbuzy²¹⁸!

Znowu poskoczył naprzód i raz jeszcze krwistoczerwoną twarz swą odwracając wrza-

snął:

— Z dopustu bożego durnie!

Adam z wozu skoczył; niedorosłe chłopcy, z których jeden lat piętnaście, drugi sie-

demnaście liczyć mógł, sierpy na ziemię rzucili i wszyscy trzej wielkim biegiem puścili

się za ojcem. Czas też był, aby z pomocą mu pośpieszyli, bo młodszy o lat kilkanaście,

barczysty Ładyś i żona jego, wysoka, muskularna, z wielkimi rękami, choć z wychudłą

twarzą kobieta, z krzykiem też, z pięściami i widłami na spotkanie napastnika biegli.

Adam z wozu zeskakując widły z rąk Julka pochwycił. Dwie minuty zaledwie od rozpo-

częcia się sporu minęło, gdy na ściernisku, tuż przy zagonie Fabiana, który stał się kością

niezgody i którego brzeg istotnie przez sierp Ładysiowej żony w dziwne zęby i wykąsy po-

szczerbionym został, powstał kłąb zwikłanych z sobą ciał ludzkich, strasznymi krzykami

buchający a ramionami i widłami na kształt miotanych przez wicher skrzydeł młyńskich

rozmachany. Żniwiarki z sierpami w opuszczonych rękach na zagonach stanęły i w stro-

nę bójki zwróciły twarze z przelęknionymi oczami i porozwieranymi ustami. Widowiska

takie nieczęsto zdarzać im się musiały, skoro czyniły na nich silne wrażenie. Zdarzały się

jednak; bo i teraz niektóre szeptały pomiędzy sobą, że może Fabian Ładysia tak zbije, jak

dwa lata temu zbił Klemensa, który mu łączkę spasał²¹⁹, albo sam okaleczony zostanie tak, jak mu się to zdarzyło w wypadku jakimś, w którym innemu sąsiadowi swemu przez

pomstę za jakąś ubligę²²⁰ drogę zaorał.

— Bo to — zagadała matka Jana — on i sam krzywdy ludziom robić umie… Te

pólko Jankowe był już sobie przywłaszczył, kiedy Janek był mały, a Anzelm chory, aż go,

owszem, procesować musieli…

— Pani Starzyńska bardzo już wszystko pamiętająca — zajęczała żona Fabiana, która

tak drżała, że aż zęby jej głośno uderzały o siebie. — A taki koniec, że ten Ładyś, złodziej, na wszelki kłosek, na wszelką trawinkę cudzą przymiera z chciwości.

— Bardzo słusznie! Z chamką ożenił się i sam schamiał, a teraz ojca jeszcze skaleczy!

— popędliwie krzyknęła Elżusia. — Julek! — krzyczała dalej rozpaczliwie, oglądając się

na wszystkie strony. — Julek! Biegaj ojcu pomagać!

I zaraz czerwone ręce załamała.

— Bardzo słusznie! — jęknęła. — Uciekł.

— Owszem, bo to na Niemen drapnął! Ha, ha, ha! — roześmiała się Starzyńska.

Istotnie, widać było z dala ogromnego, rudego chłopca biegnącego co sił przez ogrody

i podwórka okolicy ku rzece. Z głową w tył odrzuconą, z miotającymi się w obie stro-

ny ramionami, przeskakiwał niskie płotki i pędem strzały obiegał domy, a za nim biegł

też, pod płotkami prześlizgiwał się, zagony ogrodów przeskakiwał radośnie i rozgłośnie

skomlący Sargas.

Ale wrzawa kłótni przyciągnęła kilku ludzi z pobliskich łanków; Jan także, który na

Bijatyka, Chłop, Kłótnia

ściernisko pieszo już wrócił, z gniewnie ściągniętymi brwiami biegł ku walczącym. Po

cichym przed chwilą polu rozlegały się krzyki trwogi i oburzenia.

— Pozabijają się! Wstyd! Obraza boska! Biją się jak chamy! Fabian, upamiętaj się!

Ładyś, rzuć widły!

W kilka minut walczący rozbrojeni i rozłączeni zostali; napastnicy sapiąc i jeszcze

krzycząc na swe zagony odchodzili; napastowani, z głośnym płaczem kobiety i dziecka,

zjeżdżali ze ścierniska na swym mizernym, jednokonnym wozie, na którym siedział Ładyś

²¹⁷ m

— tu: niezdary.

²¹⁸ a

(gwar.) — głupcy (

ni

a Jana Karłowicza cytuje tu Orzeszkową jako źródło).

²¹⁹ a a — zużyć na paszę.

²²⁰

i a — obelga.

Nad Niemnem



w podartym nieco odzieniu i ze śladami uderzeń na twarzy. Rozjemcy pośpiesznie do

pracy wracali. Jan oddając Adamowi widły, które mu z rąk był wydarł, ocierał pot z twarzy,

okrytej wyrazem goryczy i pogardy.

— Oj, wy, wy, złośniki, drapieżniki, wstydu w oczach i Boga w sercu nie mający! —

głośno i z gniewem do Fabiana i synów jego mówił. — Czy wy psu oczy sprzedali, żeby

takie rozbójnictwa i awantury wyrabiać? I za co? Dla jakiej przyczyny? Za garść żyta…

— Nie garść, ale pół zagona! — krzyknął Fabian — a ty w cudze garnki nie zaglądaj,

żeby czasem na twojej głowie nie pękły! Ot, z dopustu bożego pośrzednik i jednacz jaki!

Zaperzony był jeszcze, na czole miał czerwoną szramę, około nasrożonej kępki włosów

siną plamę; jednak ze zmieszaniem na twarzy coś około wozu swego poprawiał i oczu nie

podnosząc, coraz ciszej mruczał:

— Kruk z rodu złodziej! Bodaj go marnie zabito, chama tego! Bodaj on na psa zszedł!

Adam na wóz wskakując, jak piwonia czerwony, krzyczał:

— Kto hrabia, dla tego pół zagona nic nie znaczy, ale ubogiemu i prosiątko drogie!

Jan arystokrat, to może swoje darowywać, ale my biedne mrówki, które swój gniew mają,

gdy krzywdy ponoszą!…

Jan parsknął szczerym, głośnym śmiechem.

— Oj, Adaś, Adaś! — wśród śmiechu tego wołał — chyba ty na morzu rozum swój

zostawiłeś, kiedy takie głupstwa gadasz! Jakiż ja arystokrat? Ja tylko to wiem, że nijaki

porządny gospodarz nie zubożeje, kiedy mu biedny człowiek jaką tam garść zboża zeżnie

albo trawinę spasie, i materia do zwady, a osobliwie do takiego rozbójnictwa z tego wy-

nikać nie powinna. Ale twój ojciec na wszelką pylinkę²²¹ ziemi i na wszelkie ziarneczko mrze z upragnienia, a ty znów w tym roku sępa ludziom pokazujesz ze strachu, że cię

w sołdaty zaraz wezmą²²². W cudze garnki zaglądać nie lubię, ale to wam powiedzieć musiałem. Bić się z wami ani z nikim, jak Bóg jest na niebie, nie będę, ale językiem nie

poruszyć, kiedy takie haniebne postępki widzę, to już nijak nie mogę.

Głośno z gniewu i oburzenia sapnął, ręką machnął i wyzywającym ruchem czapkę na

głowie przesunąwszy, na swoje zagony wrócił.

Nic już prawie na tych zagonach do robienia nie pozostawało; trochę stojących jesz-

cze na nich kłosów za krótki kwadrans upaść miało pod sierpami żniwiarek. Starzyńska

mówiła o pszenicy, której zbieranie w poniedziałek zaczynać trzeba, bo tak już dojrzała,

że wnet wysypywać się zacznie.

— Bo to panienka — gadała dalej — pewno już do nas drugi raz nie przyjdzie,

takie grubiaństwo dziś obaczywszy. Nadmiar panienka przelękła się i już nawet uciekać

chciała… ha, ha, ha!

Istotnie, hałaśliwy spór w polu wybuchający strwożył był Justynę tak bardzo, że sierp

z ręki upuściła. Oprócz trwogi doznała może jeszcze i innych przykrych uczuć. Niesmak

odmalował się był na jej pąsowych ustach, brwi ściągnęła i zdawać się mogło, że wzgardli-

wie na ten kłócący się i do bójki zrywający się motłoch ramionami wzruszywszy, spiesznie

i zaraz odejdzie. Ale było to tylko mgnienie oka, po którym coś w sobie widocznie zwy-

ciężała i nad czymś myślała. Z chciwą ciekawością patrzała na Jana, gdy usiłował rozbrajać

walczących, i słuchała gniewnych jego wyrzutów, Fabianowi i synom jego czynionych.

Teraz zupełnie spokojna, z twarzą od ciągłego pochylania się rozognioną, złożyła na ziemi

garść użętego zboża i prostując się odpowiedziała:

— Alboż to tutaj tylko zdarzają się rzeczy niedobre i smutne? Wszędzie są takie,

i daleko jeszcze gorsze, a jedyna różnica — w formie!

W słowach tych wypowiedziała myśl, która przed kwadransem zwyciężyła w niej

przestrach i niesmak i od ucieczki stąd ją powstrzymała. Wypowiedziała ją po prostu,

łagodnie, z lekkim wzruszeniem ramion głębokie przekonanie objawiającym.

— Z daleka patrząc — z mimowolnym, na Korczyn spojrzeniem dodała — można

wyobrażać sobie, że tam, wyżej, nic złego ani brzydkiego nie ma, ale z bliska… jeżeli nie

jedno, to drugie, i może jeszcze gorsze… jedyna różnica w formie!

Starzyńska w grube i pokaleczone, ale kształtne, suche ręce klasnęła i zawołała:

²²¹

in a — pyłek

²²² da — pogardliwie o żołnierzu rosyjskim; wziąć kogoś w sołdaty: wziąć kogoś do wojska.

Nad Niemnem



— Bo to panienka prawdę mówi. Owszem. Wszędzie znajdą się złe ludzie… tylko

jedni inaczej, a drudzy inaczej złość swoją okazują… A Bóg najwyższy na jednym polu

i barana, i kozła cierpi…

— Jaki ja kontenty²²³, jaki ja kontenty, że pani tak sobie pomyślała — zabrzmiał obok Justyny głos Jana — a to już mnie do głowy przychodziło, że pani Bóg wie za kogo nas

poczyta, może za rozbójników jakich…

Promieniał cały, śmiał się i nie wiedzieć czemu, pochyliwszy się nagle, kilka kwia-

tów ze ścierniska zerwał. Nie myślał o nich wcale, ale chciał ukryć płomienie, które mu

czoło, policzki, uszy i aż ogorzałą szyję opłynęły. Z tym jeszcze powoli spływającym poża-

rem krwi i ze szczególnie przy nim odbijającym zamyśleniem w oczach powtórzył słowa

Justyny:

— Jedyna różnica w formie… czyli że wszelakie charaktery wszelako bywają obja-

wiane: u jednych pięknie, u drugich brzydko… ale to jest forma, czyli powierzchowność

i znikomość, a prawdziwy walor człowieka w tym, co on we środku ma…

Zrozumieli myśl Justyny, wybornie ją zrozumieli oboje i syn, i matka. Antolka wpół

gołębie, a wpół dziewicze swe oczy z ciekawością niezmierną i ze słodyczą głębokiego

lubowania się ku Justynie wzniosła.

— Żeby to Justynka w poniedziałek bez gorsetu przyszła, tobyśmy może i cały dzień

Praca

razem żęły… — szepnęła.

Przed dwoma już dniami zawarły pomiędzy sobą umowę, że wzajem po imieniu na-

zywać się będą.

— Bo to i robotnica tobie, Janku, przybyła! Facecja, dalbóg, facecja! Ha, ha, ha!

Głośnym, filuternym śmiechem, na wsze strony oczami błyskając, zaniosła się Sta-

rzyńska, a potem nogą o ziemię uderzając i szeroko ramionami rozmachując zawołała:

— A teraz, owszem, do roboty, dziatki! Bo to jeszcze jaki kwadransik i calutkie te

pólko Jankowi ogolim! Żwawo, dziatki, żwawo! A i ty, Janek, za ten sierp chwycić się

możesz, który Alżusia tam na zagonie rzuciwszy, sama za ojcem pobiegła! To nic, że takim

wielkim mężczyzną wyrosłeś, swoim babom dopomóc nie wstydno! Żwawo, dziatki!

Wyrazem dziatki i nową robotnicę swą ogarniała. Żwawo wszyscy czworo rzucili się ku

zbożu, żwawo i milcząc żęli; tylko raz Antolka zachichotała z mimowolnych stękań, które

niekiedy wydzierały się z piersi Justyny. Justyna zaśmiała się tak głośno, jak nie śmiała się nigdy, i zaledwie oddychać już mogąc upewniać zaczęła, że wcale a wcale zmęczona się nie

czuje, a Jan, z ogromną garścią zboża prostując się w całej swej wysokości, dziwnie w tej

chwili poważnym i zamyślonym ruchem odgarniał z czoła opadające na nie włosy i w górę,

wysoko, ku samym obłokom patrzał oczami napełnionymi srebrzystym światłem.

Wtem tuż za nimi rozległ się gwar kilkunastu grubych głosów, z którego wyróżnił

się głos jeden, młodzieńczy, dźwięczny i wesoły, ze śmiechem i klaskaniem rąk wołający:

— Brawo, Justynko, brawo! Boże dopomóż robotnicy nowej! Jak się masz, Janku! Jak

się ma pani Starzyńska! Brawo, Justynko, brawo!

Szczupłym, lecz giętkim ramieniem znad ziemi podniesiona Justyna zobaczyła mło-

dego krewnego swego, Witolda, który z głośną, dziecinną prawie wesołością w śmiechu,

w oczach i na promieniejącym czole kilka razy ją po zagonie okręcił.

— Dużoś nażęła? Długoś żęła? Czy naprawdę żąć umiesz? Przecież choć raz nie brzą-

kasz na fortepianie i nie tułasz się po domu jak Marek po piekle. Bo przecież na świecie

każdemu coś robić trzeba! Prawda, Janku? Pamiętasz, Janku, jakeś mnie niegdyś z Nie-

mna wyłowił, kiedym jeszcze malcem będąc pod sekretem przed Julkiem wybrał się na

pływanie? Julek to pływać mnie uczył! A panna Antonina czy mnie nie poznaje? Przecież

dwa lata temu, i przedtem jeszcze, ile razy zbieraliśmy razem grzyby i poziomki! Ale z cie-

bie, Justynko, zuch! Znudziłaś się klepaniem po klawiszach i romansowymi książkami

i żąć poszłaś — brawo!

Śmiejąc się i w różne strony zwracając ściskał ręce Starzyńskiej, Antolki, Jana, który

przyjaźnie i poufale śmiał się także, przypominając sobie, jak o lat blisko dziesięć młod-

szego od siebie Witoldka raz z wody wyciągnął.

— Czemu Witold nigdy do nas nie zajdzie? — z wyrzutem zapytał. — Do Fabianów

ciągle chodzi i do Walentych, nawet u Ładysiów raz był, a o nas zapomniał.

²²³ n en — zadowolony.

Nad Niemnem



— A kiedy twój stryj podobno chory i nie lubi widywać się z nikim! Ale zajdę, dziś

jeszcze zajdę. Ja dziś na polu prawie cały dzień przesiedziałem, tam pod laskiem, i tak

nagadałem się z ludźmi, że aż mnie język piecze…

Tu, jak swawolne dziecko, język z ust wysunął i wnet poskoczył za gromadą z kil-

kunastu mężczyzn złożoną, która minęła już ściernisko Jana i z gwarem grubych głosów

postępowała drogą wzdłuż okolicy sunącą nieszerokim szlakiem.

Wieczór zresztą nastawał. Za okolicą i rzeką słońce połową ognistej tarczy iskrzyło się

Wieś

nad borem. Ostatnimi promieniami jego przeniknięty, kołami wozów i licznymi stopami

ludzi podniesiony, złoty tuman pyłu owinął znowu długi szereg domostw i ogrodów, po-

tężne grupy drzew rozłożystych, splątaną sieć płotków i ścieżek. Biały pas drogi i wszyst-

kie ścieżki, podwórka, wąskie przejścia pomiędzy ścianami świrnów i stodół napełniły się

powracającym do domów mrowiem ludzi i zwierząt. W powodzi zieleni i tumanie pozło-

conego pyłu pojedynczo i gromadnie przesuwały się, krzyżowały się z sobą, tu ukazywały,

tam znikały barwiste kobiece ubrania, głowy w czapkach, chustkach i warkoczach, twarze

zmarszczkami pokryte, mizerne, smutne lub rumieńcami kwitnące i pomimo przebytego

dnia ciężkiej pracy w wesołych uśmiechach ukazujące perłowe rzędy zębów, ale wszystkie

ciemną brunatnością ogorzelizny obleczone i wszystkie lśniące od potu, zaledwie poczy-

nającego wysychać na daleko bielszych niż policzki czołach. Powietrze huczało od gwaru

ich głosów, od ryku krów, meczenia owiec, turkotu kół i szczekania psów. Słychać było

głuche postękiwania kobiet usiłujących prostować zbolałe plecy pod odzieżą, na której

ciemniały mokre plamy potu, i chichoty dziewcząt, którym niesione sierpy nie przeszka-

dzały w grubych i ciemnych rękach układać małych wiązanek lub wianków z zerwanych

po drodze kwiatów. Słychać było cienkie głosy dzieci wybiegających na spotkanie matek,

swawolne krzyki podrostków, gdakanie kur, gruchanie gołębi i pianie kogutów.

W zagrodzie Anzelma czerwone blaski słońca długimi szlakami kładły się na puszy-

Ogród

stym kobiercu po raz drugi podrastającej koniczyny i ukośnymi strzałami wślizgując się

między gałęzie drzew, zarumieniały gęsto osypujące je owoce. Pszczoły ułożyły się już

do snu w błękitnym tłumie przysadzistych ulów, za którymi w migotliwych światłach

zachodu cicho stały rozłożyste wieczorniki i wysokie malwy. Ogród był pełen świego-

tu ptastwa i zapachu kwitnącej rezedy zmieszanego z ostrymi woniami mięty, piłowiei

i bożego drzewka. Za gęstym listowiem stuletniej sapieżanki dwa okna w błękitnych ra-

mach gorzały jak rozpalone rubiny. Przez otwartą na oścież bramę na szeroką, śladami

kół zbrużdżoną i od dzięcieliny bielejącą drogę z rykiem i meczeniem wchodziły małe

trzódki krów i owiec.

Pomiędzy drzewami Anzelm w grubej swej sukiennej kapocie i wielkiej baraniej czap-

ce przechadzał się z Witoldem Korczyńskim zwykłym sobie powolnym krokiem, młodego

swego gościa od drzewa do drzewa prowadząc. Od wielu już lat na robotę w pole nie wy-

Samotnik

chodził, dla czego w okolicy nosił przezwisko hrabiego. Wszyscy jednak wiedzieli dobrze,

że nie pracy unikał, lecz tłumu i gwaru, które znać sprawiały mu dolegliwą przykrość, bo

ilekroć wśród nich się znalazł, wyraz niepokoju, bolesnego niemal rozdrażnienia okrywał

jego zmęczone rysy i napełniał bladobłękitne oczy. Prawie z przestrachem w postawie

i ruchach otulał się wtedy swoją kapotą, cofał się i usuwał. W zagrodzie swej za to cichy

był jak otaczająca go tutaj cisza i od wschodu słońca aż do jego zachodu czynił wszystko,

co do czynienia było: kosił, grabił, sadził, podlewał, grodził, dopatrywał bydła i owiec,

a w zimie cepem²²⁴ bił o klepisko, heblem, piłą, młotkiem i siekierą pracował około ulów, parkanu i domu. Wszystko to robił powoli, lecz nieustannie z monotonnymi ruchami,

w których tkwiło wieczne jakby zamyślenie duszy, daleko od obecnej rzeczywistości ula-

tującej. Dziś przez dzień cały z pomocą najętego parobka układał w stodole snopy przez

synowca z pola przywożone, a gdy już snopów zabrakło, parobkowi po wodę zejść kazał do

rzeki, sam zaś dopatrywał kasztana i gniadej, których Jan po raz pierwszy może w swym

życiu sam nie dopatrzył, z gorączkowym pośpiechem na pole wracając. Wyszedłszy ze

stajni Anzelm jak wryty stanął przed wrotami i z ręki daszek sobie nad oczami robiąc,

w głąb ogrodu patrzał. Żółty Mucyk, z lisim pyskiem i ogonem, miotał się tam jak sza-

lony, ujadając i zarazem trwożliwie cofając się przed wielkim, czarnym wyżłem, który

poprzedzał dwóch środkiem ogrodu postępujących ludzi. Jednego z tych ludzi Anzelm

²²⁴ e — narzędzie do młócenia zboża.

Nad Niemnem



poznał od razu. Był to fanfaron²²⁵ i elegant Michał, w ubraniu z dymki kanarkowego koloru, idący tu pewno w nadziei zobaczenia Antolki, do której od przeszłej zimy widocznym był aspirantem²²⁶. Ale drugi… Tego drugiego poznał Anzelm wtedy dopiero, kiedy się znalazł przed nim o kilkanaście kroków, i nie poznał nawet, raczej domyślił się,

kim on był, i mimowolnym, instynktowym ruchem otulając się kapotą, cofnął się nieco.

W oczach jego zagrał bolesny niepokój, a cienkie, blade wargi ironicznym uśmiechem

drgnęły pod płowym, siwiejącym wąsem.

— Korczyński — szepnął — młody Korczyński… Na co? Po co? Dla ja… ja…kiej

przyczyny?

Jednak, tak jak i w ów wieczór, gdy po raz pierwszy zobaczył Justynę, krokiem po-

wolnym, ale uprzejmie naprzód postąpił, gestem grzecznym i dwornym czapkę nad gło-

wą podnosząc. Zdawać się mogło, że pomimo cierpienia, jakie sprawiało mu wszelkie

zetknięcie się z ludźmi — z tymi może szczególniej ludźmi — ukazywanie się wobec

nich uprzejmym, nawet wytwornym za konieczność dla własnej swej osobistej godności

uważał. Jak wtedy ręki Justyny, tak teraz śpiesznie ku niemu wyciągniętej dłoni Witolda

końcami palców zaledwie dotknął i nie na gościa, lecz kędyś daleko patrząc przemówił:

— Nie spodziewałem się, nie spodziewałem się takiej promocji i ta… ta…kiego miłego

spotkania!

— Widzi Witold — zaostrzonego wąsika pokręcając triumfująco zawołał przystoj-

ny, śmiały chłopak w kanarkowym ubraniu. — Czy ja Witoldu nie mówiłem, że będzie

grzecznie i jak się należy przyjętym? A to Anzelm tak już za swoją dzikość na ludzkie

języki padł, że Witold nijak do Anzelma iść nie śmiał. „Chcę, a nie śmiem” — powia-

da. Aż ja wziąłem, przyprowadziłem, zaznajomiłem, i koniec, i basta! A gdzież to panna

Antonina?

I skoczył ku domowi, w którego sieni słychać było śmiejące się głosy i huk obracanych

żaren. W małej, przyciemnionej sieni Starzyńska żwawo obracała okrągłym kamieniem

żaren.

— Ot, tak, panieneczko, ot, tak, robaczku, okręcać trzeba i okręcać…

Siwiejące włosy spod białego czepka opadały jej na twarz rozognioną i spotniałą, ale

po całodziennym żęciu nie wyglądała wcale mniej sprężystą i żwawą.

— O, ciężko! — zawołała Justyna, gdy kamienne koło zaturkotało pod jej rękami.

Oparty o odrzwia wysoki mężczyzna, którego śnieżna koszula bielała, lecz rysy znikały

prawie w półzmroku sionki, śmiał się cichym, w głębi piersi szemrzącym śmiechem.

— Rączki już nadmiar zmęczone, niech już odpoczną sobie, te miłe, śliczne rączki…

Do takiej pracy nie wzwyczajone.

Przez drzwi otwarte widać było kuchnię dość obszerną, w której po samym środ-

Kuchnia

ku siedziała gromadka królików, tak ułaskawionych, że ludzkie głosy i kroki wcale ich

nie płoszyły. Tylko w nierozwikłanej tej mieszaninie długich uszu i czarnej, białej, sza-

rej szerści z dziesięć par oczu błyszczało na kształt czarnych paciorek w koralową oprawę

ujętych. Przed niewielką kuchenną płytą, ogromnym kapturem osłoniętą, stała Antolka,

cała w świetle rozpalonego w piecu ogniska. Złotawe blaski obejmowały jej wątłą, wy-

smukłą kibić, drobne rysy różowej twarzy i włosy pełne więdnących kwiatów. Stawiając

Jedzenie, Kobieta,

Mężczyzna

na płycie garnek pełen wody nagle drgnęła. Kanarkowy kawaler, wybornie naśladując

kukawkę, za plecami jej zawołał:

— Kuku! Kuku! Kuku!

— O Jezu! — zawołała i usta nieco wzgardliwie wydęła, choć w ciemnych jej oczach

przebiegły wesołe błyski — czy to pan Michał nic dziś nie zmęczony, że aż tu jeszcze

dokazywać przyszedł?

— Ja okropnie zmęczony! Oj, oj! Oj! jaki ja zmęczony! Chyba mnie panna Antonina

usieść przy sobie pozwoli, bo jeżeli nie, to tak zaraz, hrym! I z wielkiego zmęczenia do

nóżek padnę!

— Nie zapraszam i nie zabraniam — uśmiechnęła się dziewczyna — tylko ciekawość,

dlaczego pan Michał na wieczerzę do domu nie idzie. Czy to pan zwykle wieczerzy nie

jada?

²²⁵ an a n — osoba zarozumiała.

²²⁶ a i an — osoba ubiegająca się o coś.

Nad Niemnem



— Kiedy ja biedny człowiek jestem, sierota bezżenny, i nie ma dla mnie komu wie-

czerzy gotować!

— A ciotka?

— E! Jaki tam smak w ciotczynej wieczerzy! Ja tu przyszedłem w nadziei, że na tę

wieczerzę zaproszony będę, którą panna Antonina własnymi rączkami zgotuje. Czy mnie

do tych przynależeć przeznaczono, którzy nadzieję za matkę sobie mają?

— Nie potwierdzam i nie zaprzeczam — filuternie odpowiedziała dziewczyna.

On podłużnymi, z szarą źrenicą oczami śmiało i razem czule na nią patrząc, dalej

rozmowę ciągnął:

— A żebym ja był kotkiem, toby pani inaczej mnie przyjmowała, bo bardzo kotków

lubi. No, to ja zrobię się kotkiem.

I z wiernością niezmierną przeciągłe miauczenie kotów naśladować począł. Na ustach

coraz różowszej dziewczyny przelatywały i drgały uśmiechy. Spuszczała jednak powieki,

wargi przygryzając.

— I kotka panna Antonina dobrym słówkiem pogłaskać nie chce? No, to ja siędę

sobie na drzewie i przemienię się w płaczącego puchacza!

Siadł na ławce u pieca stojącej, głowę nisko zwiesił, ramiona u piersi skrzyżował, nogi

daleko przed siebie wyciągnął i zaniósł się żałośliwym, a do złudzenia podobnym lamen-

tem puchacza. Było to już więcej niż znieść zdołała powaga dziewczyny. Wybuchnęła

takim śmiechem, że aż na ziemi pod piecem przysiadła.

— Ha, ha, ha, ha, ha! — dźwięcznym, nieposkromionym, szesnastoletnim chichotem

śmiała się Antolka.

— Puha! puha! puha! — wtórował jej śmiechowi coraz zawziętszy i żałośniejszy krzyk

puchacza.

W ogrodzie, w pełnym jeszcze słonecznych blasków świetle, Anzelm ogród swój go-

Gospodarz, Ogród

ściowi ukazywał. Witold bacznie i z zajęciem oglądał młode drzewka, częste czyniąc uwagi

nad niezupełnie dobrym ich hodowaniem. Tu gałęzie nie były obcięte, jak należało, gdzie

indziej zbyteczne pędy pozostawione zostały, tam nie odjęto pąków, których istnienie

wyniszczało drzewo. Anzelm ciekawie słuchał i uważnych, zamyślonych oczu nie spusz-

czał z twarzy Witolda. Twarz ta, ożywiona, nerwowa, z bladawą cerą i trochę zmęczonym

czołem, tę miała właściwość, że jakimikolwiek były myśli, które w chwili jakiejś napełnia-

ły głowę młodego człowieka, płonęła w nich cała, jakby w łunie z wewnętrznego pożaru

bijącej.

— Pan tego wszystkiego uczy się teraz — powolnym, monotonnym swym głosem

zaczął Anzelm — i widać, że uczy się nieobojętnie. Ja bez żadnej nauki sadek ten założy-

łem, a i poradzić się także nie było u kogo. Toteż i dowiaduję się ze słów pana, że niejedną

zrobiłem pomyłkę… Wierzę… wierzę… Nauka ludzkim czynnościom przyświeca…

Mówił z widocznym roztargnieniem, o czym innym myśląc, a wzrok jego coraz prze-

Duch, Dziedzictwo,

Idealista, Śmierć

nikliwiej i głębiej zatapiał się w twarzy młodzieńca. Nagle policzek na dłoń spuszczając,

cicho szeptać zaczął:

— Ale jaki pan jest podobny do stryja swego, pana Andrzeja! Chryste, jakiż podobny!

I czoło, i oczy, i głos, i mówienie, wszystko takie… jakby pan Andrzej z mogiły powstał…

Blade źrenice jego wejrzeniem pobiegły daleko, ku zaniemeńskiemu borowi, a potem

znowu w twarzy Witolda utkwiły.

— Tylko — zaczął jeszcze — nie daj Boże panu takiego… lo… lo… losu!

Zająknął się dlatego może, że we wnętrzu swym zaraz słowom swym zaprzeczył. Pod-

niósł pochyloną dotąd głowę, czapkę na niej poprawił, powoli wyprostował przygarbione

plecy.

— Albo i nie — ze srebrnym błyskiem oczu poprawił się — albo i nie! Daj Boże

każdemu dobremu tak żyć i tak umrzeć, choćby i przedwcześnie!

Serdecznym i zarazem ostrożnym jakby ruchem Witold w obie swe dłonie wziął jego

rękę.

— Za drugie życzenie dziękuję! — wzruszonym głosem wymówił. — Życia bez wyż-

szych uczuć i myśli nie chcę i wolałbym umrzeć z wielkim ogniem w piersi niźli z ka-

mieniem lub mętną wodą żyć wieki!

Nad Niemnem



Zrazu przy dotknięciu młodego człowieka Anzelm uchylił się nieco i zwykłym sobie

trwożnym ruchem otulił się kapotą. Nie uścisnął też ręki Witolda, ale w słowa jego cały

wsłuchany, usta w zdziwieniu otworzył i z cicha wymówił:

— Nie spodziewałem się… nie spodziewałem się już w swoim życiu mowy takiej

słyszeć… Chryste! Czy ubici mogą drugi raz ożyć?

— Nie — zawołał Witold — oni sami śpią na wieki, ale uczucia ich i myśli krążyć

nie przestają w przestrzeni i płonąć w powietrzu, aż wejdą znowu w żywych, młodych,

silnych, kochających ziemię i ludzi!

— Amen! — dokończył Anzelm, po czym oba stali przez chwilę wzruszeni, milczący

i wzajemnie w siebie wpatrzeni.

— Może być — zaczął Witold — że kiedykolwiek, gdy po skończeniu nauk do Kor-

czyna wrócę, w wielu względach o pomoc pana prosić będę.

— Mnie? — zadziwił się Anzelm i cofnął się znowu trochę. — Ej, nie! — ze spo-

kojnym już zamyśleniem mówił dalej — ze mnie już żadnej pomocy nikomu nie będzie.

Lata sił ujmują i ubiegłej wody nie wrócisz. Ale to jest prawda, że kiedy pan w Korczynie

osiędziesz, trudno będzie, trudno… uskuteczniać dobre zamiary. Mnie, w moim zaciszku

siedzącemu, zdaje się podczas, że jakieś wielkie lody świat ten pokryły i zrobiło się na

nim nadmiar już zimno. Z nieba na nas leje się pochmurność, a my w tej pochmurności

tak jak prawie groch rozsypany, którego każde ziarnko toczy się po osobno i po osobno

gnije… plonu nie wydając. Kiedyś to były między ludźmi insze myślenia i insze zamiary,

ale wszystkie czasy mają swój czas i każda rzecz przed oczami człowieka jak woda ubiega,

jak liść zwiędnięty żółknie…

— Dziwnie pan smutny jesteś i zdawać się może, że już o wszystkim dobrym zwątpiłeś

— z palącą ciekawością w twarz mówiącego wpatrując się przerwał Witold.

Zamyślony uśmiech przewinął się po ustach Anzelma.

— Zasmęciłem się ja raz w życiu swoim tak, że i na zawsze smętny już ostałem, to jest

prawda. Ale co do zwątpiałości²²⁷, to bynajmniej! Widziałem ja, owszem, stare drzewa, co próchniały i waliły się po lasach, swoje przeżywszy, ale naokoło nich wychodziły z ziemi

latoroście zielone i swoją koleją w silne drzewa wyrastały. Ot, i pan teraz taką prawie

jest latoroślą, co nowy las przepowiada, a jeżeli panu w jakiej trudności czy w jakich

zamiarach pomocy będzie trzeba, to nie ode mnie pan ją weźmiesz, ale od mego Janka,

który zarówno jest jak latorośl, co na mogile silnego dębu wyrosła. Tymczasami…

Nagle ożywił się i prędzej nieco mówić zaczął:

— Tymczasami ja cościś już i słyszałem o różnych pańskich rozmowach z ludźmi

Chłop, Szlachcic,

Współpraca

i radach, które pan dajesz. Ot wczoraj Walenty przyszedł do nas i mówił, że pan z usil-

nością ludzi namawiał, żeby złożyli się wszyscy i ze cztery studnie w okolicy wykopali,

to by nam woda tak prawie krwawa nie była. I Michał rozpowiadał, że pan zbudowanie

spólnego młyna doradzasz, aby już na żarnach mleć potrzeby nie było, i różne tam in-

sze myśli ludziom do głów podajesz. Owszem. Mnie tylko dziw brał, skąd to wszystko

wzięło się u syna pana Benedykta Korczyńskiego, który dla nas wszystkich prawie taki

jest obojętny, jakby on tylko był człowiekiem z duszą przez Pana Boga jemu daną, a my

kamieniami, które nogami potrącać i odpychać trzeba.

— Niech pan tego nie mówi. O, niech pan tego nigdy przede mną nie mówi! —

porywczo zawołał Witold i płomienne rumieńce uderzyły mu do czoła.

— Sam to już czuję, że zbyt śmiele przed synem na ojca powiedziałem, i o wybaczenie

proszę — ze słabym też rumieńcem na chudych policzkach i znowu trwożnym ruchem

owijając się kapotą przemówił Anzelm.

— Nic to, nic! Pan nie byłeś zbyt śmiały, tylko, widzi pan, ja ojca mego… dla mnie

ojciec… no, ale nie mówmy już o tym! Lepiej ja panu opowiem niektóre z moich myśli,

czego bym dla was pragnął i o czym myślę, że być powinno…

Przechadzali się teraz z wolna pomiędzy drzewami w jaskrawych blaskach zachodu,

którego ukośne strzały ślizgały się po ich głowach i twarzach. Witold mówił jak zwykle

prędko i popędliwie, z gestykulacją żywą, z ruchliwą grą rysów o czymś towarzyszowi

swemu opowiadając, coś mu tłumacząc. Anzelm z przygarbionymi plecami i twarzą prawie

nieruchomą słuchał go z uwagą i ciekawością, rzadko kilka słów zapytania lub odpowiedzi

²²⁷

ia

— zwątpienie.

Nad Niemnem



w rozmowę wtrącając. Parę razy jak w tęczę wpatrzony w twarz młodzieńca, cicho do

samego siebie przemówił:

— Jaki do stryja podobny! Chryste! Jakiż podobny!

I w miarę przedłużania się rozmowy ściągła, chuda, z lekka zaróżowiona twarz jego

pod wielką, baranią czapką okrywała się wyrazem dziwnie z sobą zmieszanych uczuć: ma-

rzycielskiej radości i niezgłębionej tęsknoty. Wejrzenie jego coraz częściej biegło daleko,

ku zaniemeńskiemu borowi, a długie, blade ręce, do połowy w rękawy kapoty wsunięte,

splatały się palcami silnie — trudno było odgadnąć, czy w radości niespodziewanej, czy

w żałości wspomnień.

Na długiej ławce u ściany domu stojącej, pod sięgającą dachu, ogromną gałęzią sa-

pieżanki, za wysokimi malwami i wieczornikami, w woniach rezedy i piłowiei dwoje

młodych ludzi rozmawiało z sobą długo i z cicha. Dlaczego z cicha? Oni jedni tylko

przyczynę tego znać mogli, jeżeli sobie o niej sprawę zdawali, bo tajemnicy żadnej w roz-

mowie ich nie było. Mężczyzna trzymał w ręku garść dzikich kwiatów i ziół, które jedne

po drugich kobiecie podawał.

— Widzi pani, jak bławatki już posiwiały! A takie były szafirowe, śliczne! To tak

Kwiaty, Szczęście

prawie, jakby i jasne lato starzało razem z nimi… A to przekwitły brodawnik; zdaje się

tylko taka kulka puchu, a przy słońcu wygląda, jakby z najpiękniejszego szkła była zro-

biona. Szkoda, że jak dmuchnąć, rozleci się zaraz na wszystkie strony i zniknie. Może to

i szczęście człowieka takie samo, jak ta kulka puchu. Dziś jest, a jutro przeciwny wiatr

powieje i daleko odegna wszystko, co człowiekowi nad życie miłym było. Jak pani myśli,

panno Justyno, czy szczęście człowieka zawsze jest takie niestałe?

— Nie wiem — odpowiedziała kobieta — ja myślę czasem o szczęściu takim, którego

by żadne najprzeciwniejsze wiatry rozwiać nie mogły, i innego — nie chcę.

— To panna Justyna myśli, że ludzie mogą ciężko pracować i wszelakie biedy znosić,

a szczęścia swego nie utracić?

Wpół poważnie, wpół ze śmiechem odpowiedziała pytaniem:

— A Jan i Cecylia?

Chwilę milczeli.

— Ot, ta gałązka z tymi ładnymi kitkami nazywa się tymotka, a ten różowy kwiatek

to zajęczy lenek, a te żółte, takie jak prawie ogień żółte kieliszki…

Z głębi domu, z kuchni, w której Antolka wieczerzę gotowała, doleciało grube i długie

bełkotanie indyka, przy którym wybuchnął srebrny i nieposkromiony śmiech dziewczęcy.

— Ha, ha, ha, ha, ha! — nieskończoną, zda się, gamą śmiała się dziewczyna.

— Bołtu-bołtu-bołtu! — śmiechowi jej wtórowało wyborne naśladowanie indyczego

krzyku.

— Michał, widzi pani, już z rok do Antolki chodzi i chce z nią żenić się. Może co

z tego i będzie, tylko nie zaraz, bo stryj i ja nie pozwolimy jej w szesnastu latach za

mąż wychodzić. Jeżeli wiernie kocha, to niech jakich lat dwa albo i trzy poczeka, póki

dziewczyna wzmocni się w sobie i pomądrzeje. Drugiemu smętny byłby ten odkład²²⁸,

a jemu nie! Zawsze wesoły i wszelakich konceptów pełno mu w głowie. Ja temu dziwuję

się, bo choć z przyrodzenia smętliwy nie jestem, ale kiedy w jakich zamiarach swoich

przeciwności doświadczam, to, zdaje się, do grobu poszedłbym zaraz.

W kuchni wesoło i donośnie zagwizdała wilga, a jakby w odpowiedź jej z zagrody

Fabiana doleciało także gwizdanie na nutę pieśni:

A kto chce rozkoszy użyć,

Niech idzie do wojska służyć.

— Te kieliszeczki, takie prawie żółte jak ogień, to kwiat mokrzycy, a ta gałązka, widzi

pani, ja ją do rączki pani przyłożę i zaraz przylepi się tak, że i oderwać będzie trudno, dla tej przyczyny i nazywa się ona lepka.

Ostrożnie, z uśmiechem na ręku jej położył zieloną gałązkę, która też istotnie mnó-

stwem swych drobniutkich, zaledwie widzialnych kolców do niej przylgnęła.

— Czy pani doprawdy popłynie z nami jutro na Mogiłę?

²²⁸ d ad — przełożenie, odłożenie czegoś na później.

Nad Niemnem



Pochylił się trochę i nieśmiało w twarz jej spojrzał.

— Bo to troszkę i wstydno, że do tego czasu nigdy jej pani nie odwiedziła…

Śmiałość tego zarzutu w dziwnej była w sprzeczności z nieśmiałością, z jaką na mgnie-

nie oka w twarz jej spojrzał. Ona zamyślonym wzrokiem daleko gdzieś patrzała.

— Iluż, iluż ja rzeczy w życiu swoim wstydzić się muszę — powoli i ze zsuniętymi

brwiami wymówiła — a nigdy — dodała — nigdy tego tak mocno nie uczułam jak teraz.

— Pani pewno popłynie jutro z nami?

— Najpewniej.

— A jeżeli czasem stryj zostanie w domu?

Spojrzała na niego pogodnie, ufnie i odpowiedziała:

— Popłynę z panem.

Tuż obok zielonej gałązki na ręku Justyny czerwieniła się szrama od draśnięcia sierpu

pochodząca. Jan patrząc na tę różową szramę, tak jakby oczu od niej oderwać nie mógł,

z cicha mówił:

— Bo to, widzi pani, już ja dziś z twarzy stryja widzę, że go jutro chandra schwyci.

A kiedy go już ta pochmurność napadnie, to za nic z domu nie wyjdzie, nie je, nie pije

i z nikim gadać nie chce… Tak czasem przeżyje dzień jeden, a czasem dwa i trzy dni…

My podtenczas z Antolką na palcach chodzim i cicho gadamy, tak jakby umarły w domu

leżał… Taka już u niego duszna choroba jakaś!

W tej chwili Anzelm, niezwykle spiesznym krokiem Witolda wyprzedzając, zbliżył

się do jednego z otwartych okien domu.

— Ja panu zaraz te książki pokażę — mówił — zaraz po… po… po…każę!

Wąska ławka nie broniła wcale przystępu do okna; owszem, Witold przyklęknął na

niej i do wnętrza zajrzawszy, jednym spojrzeniem ogarnął dość szczególnie wyglądającą

izdebkę. Był to tak zwany przeciwek, dlatego tę nazwę noszący, że sień go rozdziela z ob-

szerną świetlicą. Malutka to była izdebka, więcej długa niż szeroka, z niskim, belkowanym

sufitem i chropowatymi, skąpo pobielanymi ścianami. Drewniany tapczan z siennikiem,

poduszką i na domowych krosnach wytkaną kołdrą, prosty stół pod oknem, zielona

skrzynia, zapewne z odzieżą, i jedno stare krzesło z drewnianą tylną poręczą stanowiły

wszystkie sprzęty znajdujące się w tej izdebce. Nad łóżkiem wisiały trzy spore obrazy:

najwyżej, prawie pod sufitem, Ostrobramska Maria w ramach, złoconym i dość jeszcze

błyszczącym papierem oklejonych; niżej, prawie nad samą pościelą, dwa szare, w drewnia-

nej oprawie, wizerunki siedzących na koniu rycerzy. Zza ramy świętego obrazu wychylał

się pęk palm święconych; na szare wizerunki opadała na ćwieczku zawieszona mała ko-

rona cierniowa. U okna, na stole, stał niewielki dzban z wodą i stała przy nim dnem do

góry przewrócona szklanka, a dalej, przy samej ścianie, za lampką z wysokim kominkiem

leżało kilka książek w zniszczonej oprawie. Po te książki Anzelm rękę wyciągnął i jedną

po drugiej podawał je Witoldowi. Przy tym powoli czytał ich tytuły:

a m Kochanowskiego²²⁹… Niech pan spojrzy na te dwa wyrazy, co na boku wypisane.

— Andrzej Korczyński — głośno przeczytał Witold.

an ade

… Niech pan spojrzy na te dwa wypisane wyrazy…

— Andrzej Korczyński…

d

n ne… ²³⁰… Niech pan spojrzy…

W ten sposób kilka tytułów przeczytał, bladym swym palcem wskazując napisy im

towarzyszące, z jednostajnym zawsze brzmieniem. Jeden tylko był nieco dłuższy. Zawierał

się w czterech wyrazach: „Andrzej Korczyński — Jerzemu Bohatyrowiczowi”.

— Ojcu Janka, jego ojcu — ze szczególnym ku Witoldowi mrugnięciem szepnął

Anzelm, a potem książki znowu na stole złożył.

— Wszystko to od niego, i tyle tylko u nas światłości jest, ile jej on zostawił. Gdzie

tam! I tyle już nie ma, bo jedni pomarli, drudzy zgłupieli i zapomnieli, a są i tacy nawet,

co bez uszanowania i wdzięczności, owszem, z pośmiewiskiem, go wspominają. Z mułu

ziemskiego zlepieni jesteśmy i o to tylko dbamy, co tyczy się mułu tego, czyli naszego ciała.

²²⁹ a m

an

ie

— mowa tu o

a e

a id , wydanym po raz pierwszy w r.  i odtąd

wielokrotnie przedrukowywanym.

²³⁰

d

n ne — w w. XIX był to podstawowy podręcznik ogrodnictwa, napisany przez J. Strumiłłę; od r.  do  miał  wydań.

Nad Niemnem



Ale kto raz, choć troszkę, duszne radości i żałości poznał i dusznego światła zapragnął,

ten dla niego ma wieczną wdzięczność i czuje za nim wieczną tęsknotę. On tu siał, on

oświecał, on ten ogień, o którym pan tylko co mówił, w sercach ludzkich podtrzymywał,

on za niego i młodą głowę swoją oddał… Niechże mu światłość Twoja niebieska, o Boże

sprawiedliwy! świeci na wieki wiekuiste, amen!

Głowę ku rękom splecionym pochylił i dwie grube łzy ściekły na dwie ogniste plamy,

które przy ostatnich słowach wybiły się mu na policzki. Witold wpółklęcząc na niskiej

ławie, o ramę okna ramieniem oparty, wpadł w zamyślenie długie i posępne. Dość dziwną

było rzeczą, jak ta twarz młodzieńcza mieniła się stosownie do wewnętrznych poruszeń

duszy. Przed godziną wesoły, prawie swawolny jak dziecko, potem cały oblany łuną apo-

stolskiego zapału, teraz wyglądał tak, jak gdyby skąpał się cały w cierpieniach, klęskach,

upadkach i urąganiach napełniających całe lat dziesiątki. Istotnie, był on w nich ską-

pany, wzrósł wśród nich, zaprawiły mu one krew i myśl, aż teraz, dziecko prawie, stał

z chmurnym czołem twardo doświadczonego męża i ponurym wzrokiem kogoś, kto pa-

trzy w ciemne i niezgłębione otchłanie. Długo przecież trwać to u niego nie mogło i po

chwili ciekawie znowu przypatrywał się wnętrzu izdebki Anzelma.

— Izdebka pana przypomina klasztorną celę — zauważył.

Anzelm także poskromił wzruszenie swe albo je ukrył i ze spokojnym już uśmiechem

odpowiedział:

— A tak. Ja też ją celką swoją nazywam. W jednej piosence są takie słowa… śpiewałem

ja tę piosenkę, często śpiewałem, kiedy jeszcze pogoda i upał na świecie panowały:

Ty będziesz panną, ty będziesz panną

Przy wielkim dworze;

A ja będę księdzem, a ja będę księdzem

W białym klasztorze…

Czółno, wysłane gałęźmi srebrnej topoli, Jan silnie od brzegu odepchnął, a potem sam

w nie wskoczył. Z wiosłem w ręku, z czołem na wpół tylko daszkiem czapki osłoniętym,

w krótkiej, kolan nie sięgającej siermiędze, zielonymi taśmami przyozdobionej, z uśmie-

chem towarzyszkę swą zapytał:

— Czy wygodnie?

— Wybornie — odpowiedziała.

Zielone i wonne posłanie z liści było istotnie wygodne; przykrywała je do połowy jej

biała suknia. Kilka lat już minęło, odkąd ani razu nie pomyślała o przybraniu się w ten

strój prosty i tani, ale świeży i zalotnie odkrywający szyję jej i całe prawie ramiona. Od

dawna też nie układała swych czarnych włosów w sposób tak dobrze uwydatniający piękne

linie niskiego jej czoła i nie zwijała ich z tyłu czaszki w węzeł tak ciężki i malowniczo

opuszczający się na kark, z lekka przez ogorzeliznę pozłocony. W kilka godzin po południu

zstąpiła z wysokiej góry ku rzece i na chwilę stanęła w tym miejscu, gdzie w równej

prawie linii z zagrodą Anzelma, pośrodku góry, na małej jej wypukłości, wyrastała gruba,

rozłożysta topól. Pod topolą stanęła, pochyliła się i w dół spojrzała. W dole, na wąskim,

piaszczystym wybrzeżu, tuż przy czółnie wysłanym zielenią, Jan spostrzegłszy ją, wysoko

wzniósł czapkę nad jasnozłotymi włosami.

— Dzień dobry! — donośnie zawołał.

Woda pod dotknięciem wiosła zaszumiała, czółno zakołysało się i z przybrzeżnej mie-

lizny na toń spłynęło.

— A stryj? — zapytała.

— Chory. Wczoraj po pożegnaniu się z państwem do swojej izby poszedł i drzwi

na kruczek²³¹ zaszczepił. Przez okno tylko widać, że na tapczanie leży oczy sobie ręką zasłoniwszy, senliwy taki czy w myślach utopiony? Bóg to wie!

W górę rzeki powoli płynęli. Nad rzeką wznosiła się z jednej strony naga, żółta ściana,

Obłok, Rzeka

z nieruchomym borem u szczytu; z drugiej wysoka, zielona góra, u której wierzchu białe

²³¹

e — tu: haczyk.

Nad Niemnem



i szare domostwa okolicy, z gankami swymi, świecącymi oknami i dymiącymi kominami,

jak paciorki jedno po drugim wychylały się zza zieleni potężnych drzew i przezroczystych

gajów. Od każdego z domostw biegły ku rzece wydeptane ścieżki i łamiąc się w różne kie-

runki, rysunkiem białych linii okrywały zielony, w garby i płaszczyzny pogięty stok góry.

Upalne słońce osypywało nieścigniony szlak wody ulewą iskier, a tu i ówdzie łamiące się

w falach promienie jego tworzyły ogniska olśniewających świateł. Chwilami te ogniska

wyrzucające z siebie niskie snopy promieni bladły lub całkiem gasły, a w błękitach wo-

dy, pod delikatnym rysunkiem drobnych fal, sunęły ciemne odbicia przepływających pod

niebem chmur. Nie były to chmury natychmiastową burzą grożące, ale raczej białe obłoki

mętną szarością wydęte, wydłużające się wciąż i przybierające, z brzegami przelewającymi

się w coraz nowe linie i kształty. W cichym i parnym powietrzu powoli i nisko sunąc, co

chwilę przysłaniały one, to odkrywały rozżarzoną tarczę słońca, sprawiając tym w powie-

trzu zmienną grę promiennych jasności i nagłych przyciemnień. Tam gdzie rzeka daleko

przed pomykającym czółnem za bór skręcała, zgromadzały się one, łączyły i skłon nieba

zasłaniały ścianą wełnistych, ciemnych, srebrem obrębionych kłębów.

— Może dziś deszcz albo i burza będzie — zauważył Jan, który na wąskiej ławeczce

w sam prawie dziób czółna wprawionej siedział, w wodę patrzał i z pochyloną nieco głową

powoli wiosłem fale jej rozganiał.

Na wysokiej, zielonej górze zniknęły ostatnie domy okolicy, a tuż za nimi góra roz-

szczepiła się na rozpadlinę głęboką i długą, otwierającą się od strony rzeki olbrzymim

trójkątem ścian w tył odgiętych i ku szczytom rozwierających się coraz szerzej. Jan ru-

chem głowy wskazał Justynie parów Jana i Cecylii i napełniające go nieprzebite, różny-

mi odcieniami zieloności mieniące się, jaskrawymi barwami kwiatów i jagód nakrapiane

gęstwie roślinne. Podniosła się trochę na swym siedzeniu, w tym chaosie linii i barw

pragnąc odkryć stary grobowiec.

— Schowany on jest przed światem i z nijakiej strony zobaczyć go nie można —

rzekł Jan. — Chyba jesienią, kiedy drzewa i krzaki wszystkie liście swe utracą, zamajaczy

on przed oczami tego, kto tędy płynie. Czy pani nie uprzykrzyło się płynąć?

Opowiedział, że do Mogiły z Korczyna i Bohatyrowicz dwie drogi prowadzą. Można

przeprawić się na przeciwną stronę rzeki naprzeciw dworu lub okolicy i potem dobrą

godzinę iść lasem; albo płynąć trzeba dłużej, z pół godziny, i wylądować na piaskach, od

których do tego miejsca i wiorsty nie będzie. Powiózł ją tą drugą drogą, bo chciał jej

pokazać piaski.

— Później powiem — dodał — dla jakiej przyczyny zechciało mi się, aby pani na

tych piaskach była. Dla mojej pamięci to takie miejsce…

Nie dokończył, bo z uwagą, mrużącymi się nieco przed blaskiem oczami, przypatrywać

się zaczął pszczole, która z głuchym brzęczeniem nisko nad wodą leciała. Z przeciwnego

brzegu rzeki wracające pszczoły od czasu do czasu nad głowami płynących przelatywały,

ale ta opuszczała się coraz niżej, okrywającą ją żółtą lepkością jak kroplami roztopionego

bursztynu na słońcu błyszcząc. Jan chwiejnego jej i coraz niższego lotu z oczu nie spuszczał

i zręcznym ruchem, w chwili gdy skrzydłami muskać wodę już zaczynała, posunął ku niej

wiosło, na które z głuchym stuknięciem osiadła. Potem ostrożnie, troskliwie omdlały

owad z wiosła na brzeg czółna zsunął.

— Szkoda pracowitego zwierzątka, aby utonęło marnie — zauważył. — Może ty moja?

— uśmiechnął się do pszczoły nieruchomo na brzegu czółna siedzącej.

Za wielkim trójkątem otwierającym parów Jana i Cecylii zielona góra przemieniła się

Ptak, Dom

w stromą, gładką i nagą wyniosłość, od pokładów marglu²³² zaczerwienioną i u samego szczytu wystającą szerokim, pogarbionym gzymsem twardej, gorąco-żółtej gliny. Pod tym

gzymsem ciemniały otwory z niezmierną regularnością zaokrąglone i w równych od siebie

odległościach ciągnące się długim szeregiem.

— Co to? — ukazując je zapytała Justyna.

Ale zanim towarzysz jej miał czas odpowiedzieć, w jednym z tych ziemnych wydrążeń

zaczerniało coś, bielą błysnęło i ptak wysmukły, ze śnieżną piersią i długimi skrzydłami

szafirową czarnością połyskującymi, błyskawicznie szybko na dół spłynąwszy, krętym lo-

tem prawie nad ich głowami przeleciał.

²³² ma ie — rodzaj jasnoszarej skały osadowej.

Nad Niemnem



— Jaskółka! — zawołała Justyna.

— To są jaskółcze gniazda — na okrągłe otwory patrząc potwierdził Jan. — Taką

ten ptak ma przemyślność, że w tej twardej i gołej skale mieszkania sobie wykuwa. Kie-

dyś nadmiar ciekawy byłem tych pałaców, i czy pani da wiarę? Przekonałem się, że one

tam sobie, te ptaki, prawdziwe pokoje i korytarze budują… Ot, i druga leci, i trzecia,

i czwarta!…

Z pokojów i korytarzy w nagiej i gładkiej ścianie wykutych ptaki wylatywały co-

raz liczniej, czarnymi skrzydłami i śnieżnymi piersiami na jej czerwonawym i żółtym tle

migocąc i szybko spuszczając się nad wodę. Szelestem ich skrzydeł spłoszona pszczoła

z odzyskaną w spoczynku siłą zerwała się z brzegu czółna i z głośnym, tryumfującym

brzęczeniem wzbijając się w powietrze, w kierunku parowu i okolicy uleciała. Jan patrzał

za nią.

— Ot, i uratowane pracowite, dobre zwierzątko! — z pogodnym, zadowolonym

uśmiechem w oczach i na ustach z wolna wymówił.

— Zawsze to o jedną śmierć mniej, a o jedną krople słodyczy więcej na świecie —

dodała Justyna, i zdawać się mogło, że pogodne zadowolenie z uśmiechu Jana na jej twarz

spłynęło.

— Prawdę pani mówi! — wiosło w wodzie zatapiając odparł — umierania i goryczy

wszelakich pełno na świecie, a słodycz na nim bardzo jest droga…

— Skąd pan wie o tym? — żywo zapytała.

Popatrzył na nią długo, dziwnie, z trochę ironicznym uśmiechem w oczach.

— Państwo myślą — zaczął — że człowiek w prostym stanie będący uczucia swego

i swoich myśli nie ma. Ale może w tym jest pomyłka…

Chciał coś jeszcze mówić, ale powstrzymał się, usta mu tylko drgnęły, krewkim ru-

chem czapkę na czole poprawił i żywiej wiosłować zaczął.

— Wiem i wierzę — z powagą rzekła Justyna. Uśmiechnął się znowu i ręką skinął.

— Co pani wie? — trochę porywczo rzucił.

— To prawda — odpowiedziała i cała rumieńcem spłonęła.

Jemu we wpatrzonym w nią wzroku zagrał żal.

— Nie ma czego wstydzić się ani smęcić — łagodnie już przemówił — tak już pani

urodziła się i uczyła się też czego innego…

W tej chwili usłyszeli żałosne skomlenie psa i przewlekłym, gapiowatym głosem wy-

mówione:

— Dobry wieczór państwu!

O kilkadziesiąt kroków od brzegu, w malutkim czółnie przymocowanym do tyki

w dnie rzeki utkwionej, siedział z wędą na wodę puszczoną Julek Bohatyrowicz, a na

małym, zielonym przylądku, w wyciągniętej postawie i z oczami w pana swego wpatrzo-

nymi, czarny Sargas coraz głośniej i przeciągłej skomlił. Ten pleczysty człowiek, z wielką,

czerwoną twarzą i wydobywającą się spod czapki gęstwiną ognistych włosów, w malutkiej

łupince nieruchomo nad wodą siedzący, miał w sobie coś prawie fantastycznego. Wziąć

by go można było za bajecznego mieszkańca wód, który na chwilę tylko i w połowie przy-

brał postać ludzką, drugą połową ciała tkwiąc w swym rodzinnym żywiole. Ale zupełnie

ludzki był uśmiech, którym człowiek ten witał nadpływających. Widać było zresztą, że

takim samym uśmiechem, szerokim, dziecinnym, rząd śnieżnych zębów ukazującym,

witał on wszystko, cokolwiek na niebie i ziemi spotykał wzrokiem podłużnych, pełnych,

szafirowych oczu, tak samo, jak usta, śmiejących się dziecinnie, niewinnie i przyjacielsko.

— A dokąd? — na płynącą parę patrząc, lecz najlżejszego poruszenia nie czyniąc

zapytał.

— Na Mogiłę — odpowiedział Jan.

— He, he, he, proszę tylko nie bawić się długo!

— A dla jakiej przyczyny?

— A dla tej, że przed zachodem słońca ulewa spadnie, he, he, he!

Czółno Jana otarło się prawie o to, na którym siedział śmiejący się wciąż wodny atleta.

— Czemu Sargasa do czółna nie wziąłeś?

Pies

— Przeszkadza.

— Głupie zwierzę! Przypłynąć mógłby do swego pana, kiedy tak już tęskni…

— Nie pozwoliłem!

Nad Niemnem



Prędkim ruchem targnął wędę i mała rybka trzepocząca się u jej końca srebrną iskrą

błysnęła w powietrzu.

Jan i Justyna płynęli dalej. Jan mówił o Julku. Dziwny to był chłopak. Od dzieciń-

Głupiec

stwa durniem go nazywali, ojciec nawet często go bił za nierozgarniętość i w familii był

on zawsze ostatni. Toteż przyrósł do Niemna; zdaje się, jakby duszę swoją w tej rzece

zostawiał, tak pilno mu wracać do niej, ilekroć opuścić ją musi. Rzadko też ją opuszcza.

— Na wodzie jada, na wodzie albo przy brzegu często i nocuje. Do roboty gospodar-

skiej nadmiar leniwy i niezdatny, ryb mnóstwo łowi, w bliskim miasteczku je sprzedaje

i pieniądze regularnie ojcu odnosi. Niemen i jeszcze ten pies Sargas to całe jego kocha-

nie. Kiedy trzy lata temu do wojska iść miał, to po całych dniach lamentował, jak on bez

Niemna wyżyje i traf! Skurczyły się mu dwa palce u prawej ręki. Ni z tego, ni z owego

skurczyły się; okaleczał. Wszyscy dobrze wiedzą, co o tym okaleczeniu myśleć. Na to mu

rozumu wystarczyło. Głupi niby, a chytry. Teraz za niego drugi z rzędu syn Fabiana do

wojska pójdzie i dla tej przyczyny u nich tam wielka niezgoda w familii panuje.

— Ale ot! — przerwał sobie opowiadanie Jan — już i piaski widać!…

Brzegi rzeki stawały się coraz uboższe i dziksze. Z jednej strony, tam gdzie przed kwa-

dransem sielsko i malowniczo uśmiechały się szare i białe domki

i , a potem wielki

parów wspaniale rozchylał wargi swe zielonością po brzegi nalane, nad nagą, gładką czer-

wonawą ścianą widać było stojące rzadkie zboża, tu i ówdzie ocienione krzywą wierzbą

albo starą gruszą. Z drugiej strony brzeg zniżał się, do równego z rzeką poziomu spływał,

a gęsty bór nie znikał wprawdzie, lecz cofał się, usuwany jakby przez rozległe, białe, ma-

łymi wzgórzami zbałwanione piaski. Czółno wiozące dwoje młodych ludzi skierowało się

ku tym piaskom i wężowymi skrętami prześliznąwszy się pośród wielkich kamieni, nad

płytką wodą z piaszczystego dna wystających, u lądu stanęło.

— Proszę stanąć i naokoło spojrzeć — głosem cichszym niż zwykle rzekł Jan.

Justyna usłuchała i zatrzymawszy się wzrokiem dokoła powiodła.

Znajdowali się wśród piaszczystego rozłogu²³³, którego część nie bez trudności już Przyroda nieożywiona,

Pustynia, Syn, Ojciec,

przebyli. Podobne to było do jeziora, z jednej strony ujętego w ciemne półkole boru,

Rozstanie, Wspomnienia

a z drugiej rozdzielonego z rzeką, zasłaniającym ją pasmem piaszczystych pagórków. Jak

powierzchnia wody, tak piaski te pokryte były nieskończonymi łańcuchami zmarszczek,

a choć z pozoru powietrze wydawało się nieruchome, unosiły się z nich tu i ówdzie ni-

skie tumany i poziomym lotem przebywając małe przestrzenie, opadały na ziemię pyłem

cichym i tak miałkim, że prawie ziarnko od ziarnka rozróżnić w nim było można. Bór

niechętnie jakby usuwając się w głąb widnokręgu, zostawiał za sobą szerokie pasy karło-

watych, kolczastych, białością piasku przeświecających zarośli i za nimi dopiero powoli

wzbijał się znowu w wysoką, ciemną ścianę. U stóp zarośli różowate wrzosy rozciąga-

ły daleko swe suche, smętne girlandy, a potem już od krańca do krańca tej pustki nie

było nic prócz pomarszczonych, głębokich piasków i małych tumanów, które tu i ów-

dzie wzbijały się na płaszczyźnie lub na kształt znikomych dymów wytryskiwały i nikły

nad okrągłymi, nagimi czołami pagórków. Ani drzewa, ani kwiatu, ani najdrobniejsze-

go ziółka. Żadnego też dźwięku oprócz krakania wrony, która ciężko i wysoko wyleciała

znad rzeki i w borze przepadła; żadnej barwy oprócz białości piasku i szarawej różowości

wrzosów, żadnego ruchu oprócz sunących po niebie ciężkich, długich, mętną szarością

nabrzmiałych obłoków; żadnej woni oprócz suchego i krztuszącego pyłu, który wydawał

się oddechem tego miejsca.

Stopy Justyny pogrążały się całkiem w miałkiej, suchej, gorącej topieli, a wzrok jej ze

zdziwieniem przesuwał się po tej pustyni, której nie widziała nigdy, na którą też prawie

nigdy nie patrzało żadne ludzkie oko, bo żadna praca, żaden plon i żadna dokądkolwiek

prowadząca droga nie przywodziła tu ludzkich kroków i zamiarów. Ale gdy spojrzała

na towarzysza swego, większe jeszcze uczuła zdziwienie. Jan zdjął czapkę i zamyślonymi

oczami wodził po nagich szczytach pagórków. Miał postawę człowieka, który stanął na

progu kościoła i wpatruje się w ołtarz. Można by myśleć, że nigdzie tyle, ile w tym

miejscu, nie czuł się człowiekiem i nigdzie tyle nie doznawał ludzkich, wyższych, od

codziennego życia dalekich uczuć i myśli.

²³³

— rozległy obszar.

Nad Niemnem



— Dawno tu nie byłem — zaczął też takim głosem, jakim człowiek w progu świątyni

przemawia. — Może pięć, może sześć lat nie byłem… Stryj woli na Mogiłę tamtą drogą

chodzić, bo raz, jak przez te piaski szedł, twarzą wprost na ziemię upadł i z godzinę od

płaczu ryczał…

— Czegóż tak płakał? — ze wzruszeniem, z którego przyczyn jeszcze sobie jasno

sprawy nie zdawała, spytała Justyna.

— Bo długo chorym będąc, z chaty prawie nie wychodził i pierwszy raz wtedy po

swoim wskrzeszeniu te miejsce zobaczył, przez które kiedyściś z wielką kompanią jechał…

Zrozumiała i więcej nie zapytała o nic. Jan ciągle na wzgórza patrząc, sam mówił dalej:

— Dla mojej pamięci to miejsce jest bardzo ważne, bo ja tu, z tego pagórka, ostatni

raz ojca swego widziałem…

Wskazujący palec ku jednemu z pagórków wyciągnął.

— Widzi pani, tam, ten trzeci od boru pagórek… Dniem i nocą, latem i zimą pusty

on stoi i żadne nawet ziółko uczepić się go nie chce. A jednakowoż był kiedyś taki wieczór,

że od góry do dołu zdeptały go ludzkie i końskie nogi i łez niemało na niego spadło…

— Pan to wszystko dobrze pamięta?

— A jakże! Pani i wiary dać nie może, jak pamiętam. Siedem lat podtenczas skoń-

czyłem, ósmy mi szedł, to może i nie dziwno, że pamiętam.

Uszli już byli kilkadziesiąt kroków naprzód; Jan znowu twarzą zwrócił się ku pagór-

kowi i stanął.

— Stąd Niemna nie widać — zaczął — ale my wtedy z tego pagórka dwie godzi-

ny albo może i trzy patrzali na rzekę, którą przepływały czółna i łodzie, z jednej strony

i z drugiej ludzi przywożąc. Od brzegu do brzegu zaś szedł i powracał promek na łodziach,

nieduży… Wszyscy przez te piaski przeszli, przejechali, i już ich widać nie było. Wieczór

zrobił się majowy. Jak dziś pamiętam, że księżyc dobrze już posunął się do środka nieba

i tkwił nad samymi piaskami. Cichość panowała na rzece, na brzegach, tylko w borze

słowik śpiewał… Wtenczas ojciec pocałował matkę, cościś jej poszeptał, a potem mnie

z ziemi na rękach swoich podniósł i całować zaczął. Wprzódy nigdy mnie tak nie całował,

bo człowiekiem był więcej pochmurnym niżeli wesołym i częściej w milczącym zamyśle-

niu pogrążał się, niż okazywał to, co miał w sobie. Całkiem inaczej jak stryj Anzelm, który

wesoły był, gadatliwy i cały na wierzchu. Podobno też za tę pochmurność i za te utapianie

się w myślach tak nadmiar ojca mego polubił pan Andrzej. Ale wtenczas ociec dziecko

swe żegnający w zamkniętości swej nie wytrzymał, cisnął mnie do siebie tak mocno, że

aż bolało i mało nie tysiąc razy mnie pocałował. W tej samej minucie pan Andrzej żegnał

się ze swoją żoną i ze swoim synkiem; stała też tam panna Marta, która w tę porę młoda

jeszcze była, i kiedy troszkę wprzódy stryja żegnała, święcony medalik jakiś na szyi mu

powiesiła; stało i więcej ludzi różnych ze dworu i z okolicy, może wszystkich osób ze

dwadzieścia. Nikt tam bardzo głośno nie mówił, ale wszyscy rozmawiali, i zrobił się z te-

go taki gwar, jak kiedy wiele razem rojów pszczół brzęczy. Do tego dwa konie osiodłane

i pod pagórkiem tym stojące z niecierpliwości prychały, kopytami piasek grzebiąc. Kiedy

mnie ociec całować przestał i z rąk na ziemię wypuścił, tego momentu już nie pamiętam,

to tylko pamiętam, że zobaczyłem go jeszcze, jak obok pana Andrzeja przez te piaski

jechał. Widać bardzo płakałem i za łzami wprzódy zobaczyć go nie mogłem, bo wten-

czas dopiero zobaczyłem, kiedy już znajdował się na połowie drogi pomiędzy pagórkami

a borem. Księżyc tkwił wprost nad piaskami, a w jego światłości ociec i pan Andrzej je-

den przy drugim na koniach równej piękności jechali. Jechali oni ani bardzo prędko, ani

bardzo powoli, czapki ich karmazynowym kolorem świeciły, a konie pod nimi podnosiły

się równo, równo, jak przy muzyce… Nie obejrzawszy się ani razu, piaski na ukos tędy

przejechali i tam… widzi pani to miejsce, gdzie jodły mieszają się z sosnami, tam, w tym

miejscu z oczu naszych znikli… Słowik w borze śpiewał…

Wyciągniętym ramieniem wskazywał punkt boru, ku któremu właśnie zbliżali się

powoli. W miarę zbliżania się do lasu piasek twardniał pod ich stopami; szli teraz po

szeroko rozpościerających się różowatych girlandach wrzosów. Milczeli chwilę.

— I więcej nigdy już pan ojca swego nie widział?

Śmierć, Walka

— Raz już tylko po tym ostatnim rozstaniu o nim usłyszałem. Pewno dobrze po

świętym Janie, a może i około świętej Anny, bo zboże już na polu prawie dojrzewało

i gdzieniegdzie żąć je zaczynali, stali my w okolicy, nad samym brzegiem, w tym miejscu,

Nad Niemnem



gdzie, pani wie, na naszym podwórku lipy rzędem rosną. Niedużo nas było, może osób

kilka, bo inni ludzie na swoich podwórkach zgromadzali się i, tak samo jak my, kupkami

stojąc, wszyscy ku stronie piasków obróceni, stuków i grzmotów słuchali, co tam toczyły

się i turkotały, to dłużej, to krócej, to prędko, to pomaleńku, jakby z całego nieba pio-

runy zebrały się i w te miejsce biły. Słowik już wtenczas nie śpiewał, tylko gdzieniegdzie

podejmowały się znad boru chmury wszelakiego ptastwa i jak zwariowane, z przeraźli-

wymi krzykami latały nad borem, nad rzeką, na drugi brzeg uciekając albo też lecąc jak

najdalej, zdaje się na oślep… Nad piaskami zaś ciągle grzmiało a grzmiało, i dopiero przed

samym wieczorem grzmoty te zaczęły pomału ustawać, aż i zupełnie ustały, a za to po

całym borze poniosły się wielkie ludzkie krzyki i zgiełki. Ja wtedy tak przeląkłem się, że

całego mnie trząść zaczęło i mocno uczepiłem się matki, która fartuch przy oczach trzy-

mała i przed sąsiadkami, co do niej z szeptami przybiegły, po cichu lamentowała. Potem

jednakowoż i krzyki zamilkły, noc nastała, widać, że niebo chmury zaległy, bo zrobiło

się bardzo ciemno. Ale pomimo nocy ludzie wciąż kupkami na swoich podwórkach stali

albo siedzieli ku piaskom patrząc, a na miejsce tych ptasich wrzasków, które rozlegały się

we dnie, po całej okolicy w ciemności nocnej rozeszły się szepty ludzkie, szumienie wia-

tru naśladujące. W tej cichości i w tym szumieniu posłyszeli my jednakże na przeciwnym

brzegu rzeki wielkie pluśnięcie wody, a potem już ciche, ale ciągle jednostajne, jedno-

stajne pluskanie. Ktościś do wody skoczył, płynął, rzekę przepłynął, i spod lip naszych

widać było cień jakiś wstępujący pod górę to prędko, to pomału, aż ostatni raz skoczył

i wprost przed nami stanął. Matka przeżegnała się, krzyknęła: „Anzelm!” — i zakręciła

się na miejscu jak nieprzytomna. Ale stary Jakub, który jeszcze wtenczas niezupełnie był

wariatem, wziął stryja za rękę, do chaty go zawiódł i światło rozniecił. Kupka też ludzi

wcisnęła się do chaty. Mnie znowu trząść zaczęło, kiedy na stryja spojrzałem. Jezu drogi!

Jak on wyglądał! Twarz miał czarną jak u Murzyna i tylko oczami wilczymi błyszczącą,

odzież calutką w dziurach, rękę jedną opuszczoną i bezwładną, a z włosów i z odzienia

woda mu potokami ciekła. Dyszał tak, że słowa wymówić nie mógł, i tylko kiedy niekiedy

tak stękał, jakby w nim co pękało. Ludzie koło niego szeptali, pytali, nawet go za ręce

i odzież targali, on nic. Raptem na mnie spojrzał i łzy potokiem ściekły mu po uczernio-

nej twarzy. Za kołnierz od koszuli mnie schwycił i tak nagle do siebie przysunął, że aż

krzyknąłem ze strachu. A potem zaczął do mnie mówić. Z początku niewyraźnie mówił,

że i zrozumieć nie mogłem, ale potem, nie wiem czemu, zrozumiałem, że on mnie każe

do dworu korczyńskiego lecieć, do pana Benedykta, który teraz w domu siedzi, i powie-

dzieć jemu… „O, Jezu drogi… powiedz ty jemu, że pan Andrzej tu…” i na czoło sobie

pokazał… „a twój ociec tu…” i na piersi sobie pokazał. A potem jeszcze dołożył: „Oby-

dwóch nie ma!” i spytał się mnie: „Zrozumiałeś?…” Zrozumiałem… Zrozumiałem tak

dobrze, że do dziś dnia…

Do dziś to wspomnienie rwało mu głos w piersi, która kiedy indziej tak rozgłośne

pieśni na pola rzucała.

Oboje nie spostrzegli, że już znajdują się w lesie; nie widzieli dokoła siebie drzew,

świateł i cieni; nie słyszeli szczebiotu ptastwa, który nad nimi rozlegał się coraz głośniej.

On szedł z nisko pochyloną głową, w ziemię patrzał i o towarzyszce swej całkiem w tej

chwili zapominać się zdawał; ona, przeciwnie, ku niemu zwrócona, ani na chwilę nie

spuszczała z twarzy jego swych szarych źrenic, które spod czarnych rzęs i brwi gorzały

ciekawie i chmurnie.

— Żałość mnie wtenczas ogarnęła taka, że o strachu zapomniałem. Do dworu drogę

znałem dobrze, ociec mnie tam z sobą brał i panna Marta często po mnie przysyłała.

Niedługa droga. Do dworu tedy leciałem w ciemności i od płaczu zataczałem się, ale

leciałem, aż do sieni wpadłem, gdzie lokaj stał i z początku puszczać mnie dalej nie chciał.

Ale dziecko całe we łzach obaczywszy puścił. Ja przez salę stołową i drugi jakiś pokój

do gabinetu pana Benedykta wleciałem i wprost przed jego nogami na ziemię padłszy,

głośno zawyłem. On stał pomiędzy kominem, na którym ogień palił się, i biurkiem,

którego szuflady wszystkie powysuwane były. Więcej ja cień jego na ścianie niż jego

samego zobaczyłem i zdało się mnie, że na tym cieniu wszystkie włosy jakby rozrzucony

snop zboża zjeżone stały. Nachylił się, poznał mnie i na nogi postawił. „A co?” — zapytał.

Ja jemu tchu od płaczu nie mając tyle tylko: „Stryj powiedzieć kazał, że pan Andrzej tu…”

i na czoło sobie pokazałem, „a mój ociec tu…” i na piersi sobie pokazałem. I dołożyłem

Nad Niemnem



jeszcze: „Obydwóch nie ma!” Tylko co zaś te dwa słowa wymówiłem, jak rozejdzie się po

pokoju jakiś okrzyk okropny, ni to ludzki, ni to zwierzęcy, i wtenczas dopiero obaczyłem,

że w kąteczku pokoju pani Andrzejowa jak martwa kłoda zwaliła się z kanapy czy z krzesła

na ziemię. Zwaliła się i leżała z twarzą do sufitu obróconą i taką białą jak kreda, z oczami zamkniętymi. Pan Benedykt tylko obydwoma rękami za głowę złapał się, tasiemkę od

dzwonka tak mocno targnął, że mu w ręku została, i jak tylko do pokoju panna Marta

wbiegła, panią Andrzejową jej pokazał, a sam pędem wielkim z domu wypadł i prosto

do okolicy biegł. Ja też za nim biegłem, ale dopędzić go nie mogłem, bo już i zmęczony

byłem… więc kiedy do chaty naszej wszedłem, pan Benedykt i stryj z sobą rozmawiali,

a tego, co mówili, nie słyszałem. Jedno tylko to posłyszałem, że pan Benedykt zapytał

się: „A Dominik?” Stryj zaś znak taki około rąk i nóg zrobił, jakby je czym wiązał, i stał

ciągle plecami do ściany przyparty, z jedną ręką bezwładną, a drugą sobie po uczernionej

twarzy jakby w nieprzytomności wodząc. Nogi pod nim trzęsły się i z włosów jeszcze

po kropelce, po kropelce woda ściekała. Pan Benedykt nie zapłakał i nic nie powiedział,

tylko do okna poszedł i w nocne ciemności patrząc, kilka razy takim głosem, jak człowiek

w momencie konania będący, imienia boskiego wezwał…

— Dziwne, straszne historie! — szepnęła Justyna.

Jan, jakby obecność jej w tej chwili sobie przypominając, nagle zwrócił się ku niej

i długo patrzył na kilka łez, które jedna za drugą, cicho i powoli, spod rzęs spuszczonych

staczały się na jej policzki. Przed siebie potem spojrzał i żywym ruchem ramienia jej

dotknął:

— Niech pani stanie i popatrzy!

Stanęła i w tej chwili dopiero spostrzegła, że znajduje się w głębi boru. W tej chwili

Grób, Rośliny

też po raz pierwszy do słuchu jej dostał się ogromny gwar ptastwa, który od początku

lasu rósł, wzbierał, a tu wybuchał niepodobnym do rozplatania chaosem dźwięków. Za-

razem ogarnęły ją mocne wonie smoły, jałowcu, cząbrów²³⁴, zmieszane z tym wilgotnym i cmentarze przywodzącym na pamięć zapachem, który wydaje z siebie wiecznym cieniem

osłonięta, białą pleśnią kwitnąca ziemia.

— Niech pani przed siebie patrzy — powtórzył Jan.

To, co jej ukazywał, było rozległą polaną czy łąką leśną, objętą regularnym i ściśle

zamkniętym kołem falistych wzgórzystości, po których pięły się i spływały coraz gęściej

tłoczące się i plączące z sobą stare sosny, jodły i młode zarośla. Miejscami szerokie, aż

do ziemi opuszczające się gałęzie jodeł i bujające dokoła nich, mnóstwem sęków zjeżone

i girlandami szorstkich widłaków oplatane, młode zarośla jodłowe tworzyły długie ściany

i grube kolumny zieloności tak ciemnej, że prawie czarnej. Gdzie indziej sosny wysmu-

kłe, proste, gładkie, u szczytów swych dopiero korony gałęzi rozpościerające, podnosiły

się znad kobierca w przedziwne wachlarze paproci i przedziwniejsze puchy mchów róż-

nobarwnych wyhaowanego. Te paprociowe liście, strzępiaste, wzajem na sobie spoczy-

wające, lekkie, choć ogromne, wszystkimi odcieniami zieloności umalowane, i te wyglą-

dające spod nich lub całkiem je zastępujące mchy seledynowe, brunatne, siwe, z niepo-

jętą delikatnością w miriady drobniuchnych gałązek wyrzeźbione, słały się daleko, jakby

w nieskończoność, znikając pod gęstwinami i odrodzonym morzem wypływając znowu

na przezroczyste przestrzenie boru. Na przezroczystych przestrzeniach, w rozległym pół-

cieniu, po gładkich pniach sosen, po mchach i paprociach, w górze, u dołu, wszędzie

biegały, goniły się, ślizgały, tu pożarem wybuchały, tam rozbijały się w roje iskier, smugi,

potoki, strzały światłości słonecznych. Wydawało się to świetną, zawrotną, w tajemnicy

i milczeniu odbywającą się grą jasnych i mrocznych geniuszów lasu.

Ale na otoczonej lasem polanie gier tych nie było. W górze zaokrąglał się nad nią

błękit nieba, nieustannie przysłaniany sunącymi pod nim chmurami; w dole okrywała

ją przyćmiona płachta słonecznego blasku, przerywana długimi, nieruchomymi słupami

cieniów, od jodłowych gęstwin padających. Wysłaniem jej była trawa niska i nierówna,

którą z rzadka usiewały liliowe cząbry i brunelki, białe krwawniki²³⁵, drobne pączki dzię-

cieliny i gwiazdki nieśmiertelników²³⁶. Brzegiem rosły i ku środkowi wybiegały krzaki jadłowców, twardymi jagodami niby czarną, połyskliwą rosą osypane albo czerwonawą

²³⁴

e — rodzaj rośliny zielnej, używanej jako przyprawa.

²³⁵

a ni — rodzaj rośliny o pierzastych liściach i białych lub różowych kwiatach.

²³⁶ nie mie e ni — roślina z rodziny astrowatych.

Nad Niemnem



rdzawością tu i ówdzie od ciemnej zieleni na kształt krwistych plam odbijające. Z su-

chych, kolczastych ich splotów wychylały się żółte kwiaty wilczej paszczy i wypełzały

daleko po ziemi ciągnące się girlandy mnóstwa odmian powoi, bluszczów i widłaków.

Tu i ówdzie pod krzakami i śród niskiej trawy czerwieniły się i żółciły grzyby najszcze-

gólniejszych kształtów lub woń stęchlizny z siebie wydając bielała pleśń ziemi. W głębi,

pod ciemną kolumną kilku splecionych z sobą jodeł, słupem padającego od nich cienia

okryty, wznosił się niewysoki pagórek, kształt podługowaty²³⁷ i łagodne stoki mający, niby wał, niby kurhan, widocznie kiedyś rękami ludzkimi usypany i jak cała ta polana

niską, w nierówne kępy pogarbioną trawą obrosły.

Jan w milczeniu pagórek ten Justynie ukazał, ona też milcząc skinęła głową; wiedziała,

że to zbiorowa mogiła.

— Ilu? — z cicha zapytała.

— Czterdziestu — odpowiedział, głowę znowu odkrył i kroku przyśpieszył.

Suche, czarne szyszki pod stopami ich zatrzeszczały, kiciasty ogon uciekającej wie-

wiórki zaszeleścił w jodłach, kos gwizdał donośnie, trochę dalej szczygły zanosiły się od

śpiewu, jeszcze dalej gruchały gołębie i tętniały we wszystkich stronach rytmiczne stuka-

nia żółn i dzięciołów, skądciś z wielkim szelestem skrzydeł i przeraźliwym ćwierkaniem

wzniosła się chmura czyżów i trznadli, krasnoskrzydła sójka mignęła błękitem i na ga-

łęzi sosny usiadła; w powietrzu jak w kadzielnicy olbrzymiej, głuszone zapachem pleśni,

kipiały wonie jadłowca, smoły i cząbru, kiedy Jan i Justyna stanęli u Mogiły, na której

gdzieniegdzie bujały proste i wysokie łodygi kampanuli²³⁸, mające, zda się, tuż, tuż, przy najlżejszym powiewie, w delikatne liliowe dzwonki uderzyć. Jan z głową odkrytą u stóp

Mogiły stojąc z wolna wymówił :

— Zupełnie jak w pieśni:

Chyba czarny kruk zakracze,

Czarna chmura dżdżem zapłacze…

Kwadranse upływały, godzina prawie minęła, a Justyna siedziała jeszcze na stoku Mo-

giły utopiona w myślach i uczuciach prawie zupełnie dla niej nowych.

Dziecko czasu ciągnącego się pasmem ciężkim i szarym, najdalszym wspomnieniem

Historia, Kondycja ludzka

nie sięgała ona żadnej z tych ognistych i strzelistych chwil, które serca, nawet maluczkich, obejmują pożarem i rzucają w górę. Kolebka jej stała już w katakumbie²³⁹ napełnionej zmrokiem i milczeniem, pośród których szemrały tylko nisko, nisko przy ziemi krzą-

tające się interesy powszednie i jednostkowe lub rozlegały się wzdychania i jęki podob-

ne tym, które wydają wiatry w ciasnych przestrzeniach zamknięte. Rosła w atmosferze

trosk i klęsk, domowymi ścianami ogrodzonych, dojrzewała w kole rozkoszy i strapień

we własnym jej sercu tylko źródło mających. Wszystko, co otaczało ją, pogrążone było

w staraniach, w pracach, w rzadkich nadziejach i uciechach, w częstych obawach i ża-

lach, zawsze i tylko osobistych, ciasnych i powszednich. Dokoła niej myśli ludzkie, jak

ptaki z połamanymi skrzydłami, trzepotały słabo, ciężko, zakreślając nieustannie te same

malutkie kółka; uczucia ludzkie, jak motyle, po świetnym momencie miłości i wzlotów,

skurczone, zgniecione, podarte padały na ziemię. Ani razu w swym życiu nie widziała

tych błyskawic, które z nieba ideałów zlatują w dusze mieszkańców ziemi; ani razu przed

jej oczami nie wypadł z ziemi — nieba ideałów sięgający grot bohaterstwa. Nie widziała

nigdy bohaterstwa, poświęcenia, dobrowolnie podejmowanych śmierci, walk, których by

pole nie mierzyło rozległością majątku czy szczęścia jednostki, a celem były ludzkość, na-

ród, idea. Odwiecznym porządkiem padały na świat błyskawice owe, strzelały z ziemi owe

groty, staczały się owe walki, ale daleko, daleko od miejsca, w którym urodziła się, wzro-

sła i dojrzała Justyna. Ani sztuka muzyczna, w której od dzieciństwa ćwiczył ją ojciec,

ani lekcje udzielane jej przez nauczycielki, ani tyczące się obejścia i układu wskazówki

i przestrogi, których często udzielała jej pani Emilia, ani czytywane wspólnie z kocha-

²³⁷ d

a — podłużny.

²³⁸ am an a — dzwonek leśny.

²³⁹

e a e a a

a a m ie — tu: wychowała się w trudnym dla polski okresie popowstaniowym.

Nad Niemnem



nym człowiekiem poezje Musseta i Feuilletowskie powieści²⁴⁰ — nie podjęły przed nią zasłony, która tu i w tym momencie opadła na rzeczy wielkie, ważne i wysokie. Nieszczę-

ście rzadko bywa mistrzem dobrym, a pognębienie, jak olbrzymia tłocznia, szczyty nawet

kruszy i wtłacza w padoły. W życiu jednostek i narodów bywają momenty taką miarą

nieszczęść napełnione, że nic już w nich więcej zmieścić się nie może. Takiego momentu

dzieckiem była Justyna i dlatego z tej mogiły uderzyły w nią strumienie uczuć i myśli,

jeżeli niezupełnie dla niej nowych, to nigdy dotąd silnie nie zaznanych i wyraźnie nie

określonych. Pogrążyła się w nich tak, że całkiem zapomniała o sobie. Pierwszy może raz

w życiu, zupełnie, absolutnie o sobie zapomniała, i tylko tego nie czuć nie mogła, że ser-

ce jej stawało się większe, jakby nabrzmiewało jakąś z tonów bez słów uplecioną pieśnią,

i gorętsze, jakby spod tej trawy, do której piersią lgnęła, wydobywał się i w nią wnikał

niewidzialny płomień. Byłyżby zaraźliwym żarem spoczywające w samotnych mogiłach

prochy zapomnianych? Albo w zamian nie otrzymanych wawrzynów otrzymywałyżby ich

kości dar wiecznego pod ziemią gorzenia i wyrzucania na świat niewidzialnych iskier?

Samotność i zapomnienie. Ileż wiosen, ile zim i jesieni przeminęło nad tym pagór-

Grób

kiem wznoszącym się za jeziorem jałowych piasków, w zamkniętym kole starego boru!

Ileż przez ten czas przeniosło się po świecie hucznych, tryumfalnych, wesołych szumów,

których najlżejsze echo tu nie doleciało! Płynęły dnie za dniami, lata za latami; kędyś,

daleko, w wesołe pary łączyli się tancerze i zakochani; pracownicy z plonami w dłoniach

wracali do ognisk domowych, wojownicy z chwałą na czołach nieśli zwycięskie sztandary,

po cmentarzach płonęły pochodnie żałobnych parad i kwitły róże kochającymi dłońmi

zasadzone. Tu, nad tym grobem, wiecznie było cicho i samotnie. Świat o nim nie wie

nic i tylko niebieskie sklepienie zapala nad nim w pogodne noce gromnice gwiazd i lam-

pę księżyca, a w dżdżyste i burzliwe rozciąga mokre całuny chmur i huczy potężnym,

żałosnym hymnem wichrów. Wiosny i lata grają mu rozgłośną muzyką ptasich śpie-

wów, a zimy kładąc po drzewach śniegi i szrony zmieniają je w marmurowe i kryształowe

grobowce. Wtedy tu bywa zimno i pusto; blade słońce miriadami iskier hauje śnież-

ne wysłanie polany, a w kryształowych koronkach drzew przemienionych w grobowce

czerwony gil niekiedy zagwiżdże, sroka uderzy w żałobne skrzydła lub siwe wrony, te

kumochy lasu, osiądą na nich i ochrypłymi głosy zagadają o plotkach ziemi… Zupełnie

jak w starej pieśni:

Chyba czarny kruk zakracze,

Czarna chmura dżdżem zapłacze…

Chyba też ziemia i drzewa powieją cmentarnymi woniami jadłowcu i pleśni, a w letnie

wieczory wysmukłe kampanule, tknięte powietrzną pieszczotą, uderzą w liliowe dzwonki

na pacierz żałobny, który wyszepczą chyba niskie trawy…

Justyna podniosła głowę, bo usłyszała szmer monotonny, prawie srebrny, podobny do

tego, jaki wydaje łagodnie z wysokości spadająca woda. Podniosła wzrok i zobaczyła przed

sobą spływającą po czarności jodeł szeroką, ruchomą, srebrzącą się wstęgę. Ruchomość

jej i srebrzystość podobna była do ściekającej z góry do dołu i wielkimi kroplami przele-

wającej się wody. Co to było? Czarodziejska kaskada jakaś przez rozrzewnioną dłoń leśnej

bogini nad mogiłą tą zawieszona? Była to grupa osin cienkich, blisko przy sobie rosną-

cych, w liście bogatych i gałęźmi w jedną wstęgę ze sobą splecionych. Trafem zdarzającym

się dość często wyrosły one wśród iglastej gąszczy, srebrzystym potokiem przerzynały jej

ciemność, a listki ich, okrągłe, drobne, gęste, jak srebrne krople w trwożliwym drżeniu

błyskające, nieustannie, monotonnie, srebrnie szemrały, szemrały.

W pobliżu osin o gładki pień sosny plecami oparty Jan stał z rękami na piersi skrzyżo-

wanymi, roztargnionym wzrokiem po drzewach wodząc. Justyna z odległości kilkudzie-

sięciu kroków widziała dokładnie profil jego twarzy i całą postać, wypukłe w słonecznej

smudze odrzynającą się od tła lasu. Długo na niego patrzała. Parę razy głowa jej zakołysała

się jakby pod wpływem zdziwienia. Myślała może o niespodziance życia, która ją z tym

człowiekiem niedawno nieznanym, dalekim zapoznała i tu z nim przywiodła. Potem we

²⁴⁰ e i e

ie

ie i — tzn. Oktawa Feuilleta (–), pisarza ancuskiego, autora poczytnych niegdyś powieści obyczajowych drugorzędnej wartości literackiej.

Nad Niemnem



wpatrzonych w niego jej oczach zamigotały światła coraz żywsze i rozrzewniony uśmiech

rozchylił wargi. Coś snuło się w jej myśli i grało w sercu, snuło się coraz prędzej, grało

coraz głośniej, aż blady rumieniec wypłynął na jej policzki, a czarne rzęsy nagle w dół opa-

dły i zwilgotniały. Prędkim, prawie porywczym ruchem powstała i nie chcąc znać deptać

Mogiły obchodziła ją dokoła, ku niemu idąc. Szła prędko i lekko; suche nieśmiertelniki

i zeschłe igły jodłowe szeleściły pod jej stopami. On szelest ten usłyszał, twarz ku polanie zwrócił, ramiona rozplótł i na spotkanie jej postąpił, ale zaledwie uczynił kroków parę,

gdy ona przed nim stanęła i z pochylonym spłonionym czołem, ze spuszczoną, wilgotną

rzęsą podała mu obie ręce. Nie porywczym ani namiętnym, owszem, miękkim i nieśmia-

łym ruchem wziął je w szerokie swe dłonie i nisko schylony przylgnął do nich gorącymi

usty. Gdy wyprostował się i ona podniosła powieki, oczy ich po raz pierwszy, odkąd się

znali, utonęły w sobie długim, pełnym nieśmiałych żarów spojrzeniem, a potem z trud-

nością odwracając się od siebie, jednocześnie zwróciły się ku Mogile.

— Chodźmy — rękę pod ramię mu wsuwając rzekła Justyna.

— Chodźmy — powtórzył.

Skierowali się ku wyjściu z polany, a gdy szli jedno przy drugim, krokiem równym

i jednostajnym, z twarzami trochę pochylonymi i mieniącymi się niemym wzruszeniem,

można by mniemać — rzecz dziwna! — że w tym właśnie miejscu śmierci zdwojonym

potokiem wezbrało w nich uczucie życia. Szli po przezroczystych przestrzeniach lasu,

przez smugi świateł i cieniów, okrążając miejsca zbyt gęstą paprocią obrosłe, stąpając

najczęściej po miękkich mchach, jeżących się gdzieniegdzie młodymi płonkami sosen

i osin nakrapianych czerwonością brusznic²⁴¹ lub granatową czarnością czernic²⁴². Kilka minut milczeli. Justyna parę razy podnosiła wzrok na towarzysza swego, jakby przemówić

chciała, lecz wnet spuszczała powieki. Znać w niej było nieśmiałość, która w wyrazie jej

twarzy zastąpiła dumę albo raczej hardą odporność, z jaką od dawna i najczęściej stawała

przed ludźmi. Zdawać się mogło, że zdjęła z siebie jakiś obronny puklerz, że porzuciła ją

wszelka troska o ustrzeżenie swej ludzkiej albo kobiecej godności; że ufna i spokojna, nie-

śmiała tylko stała się wobec człowieka tego, który szczelnie w szerokiej piersi wzruszenia

swe zamykając, z głębokim uszanowaniem wiódł ją przez miejsca bezludne; który, tak jak

ona, kochając naturę, znał ją lepiej i zżył się z nią ściślej niż ona; który w ukrytych przed światem głębiach parowu i boru ukazywał jej przedwiekowe grobowce i zapomniane mo-giły. Czyżby przez głowę przemknęła jej myśl, że był on od niej wielowzględnie wyższym?

Jakkolwiek dziwną, może niepojętą myśl ta komukolwiek wydać by się mogła, powstała

ona niezawodnie w głowie tej kobiety, która wiele prawd życia znalazła w gorzkich wo-

dach bólu i obrazy, przed którą życie podniosło znad wielu zjawisk ułudne zasłony. Myśl

ta niezawodnie w głowie jej powstać musiała, bo nieśmiało zrazu i urywanymi słowami,

a potem coraz ufniej i żywiej mówić mu zaczęła o tym, co było największą męką jej życia

i co najgłębiej uczuwała na widok powszednich nawet prac ludzkich; cóż dopiero w obli-

czu wielkich, spełnionych zadań i poświęceń, z których wspaniałymi widmami oko w oko

spotkała się u grobowca Jana i Cecylii i na Mogile. Tę mękę już od lat kilku sprawiało

jej uczucie zupełnej, rozpaczliwej bezużyteczności własnej.

Skąd uczucie to w niej powstało? Rozumiała to dobrze, bo nieraz zastanawiała się

Kobieta, Nuda, Praca

nad tym długo. Powstało ono naprzód z doświadczeń życia, które serce jej opustoszyły

z wielu marzeń i złudzeń; może jeszcze z jakichś myśli i dążeń czasu, które ją z dala do-

tknęły; może na koniec z tego, że była bardzo dumna. Ci, pośród których żyła, oskarżali

ją o dumę. Słusznie. Była istotnie tak dumna, że głęboko upokarzały ją otrzymywane

łaski i przysługi, których niczym odwdzięczyć nie mogła, nade wszystko zaś dnie i lata,

które upływały marnie, bezczynnie. Porównywała siebie czasem do kamienia zalegającego

darmo kawał pola, na którym by wyrość mogła jakaś garść plonu. Wstyd i nuda. Ciężką

nudą przejmowała ją co rana myśl o dniu, który rozciągał się przed nią pustym, bezcelo-

wym szlakiem; z ciężką nudą co wieczór kładła się do spoczynku. Czuła w sobie często

bunt młodości, zdrowia i sił, które ją porywały, prawie niosły ku jakimś żywym i trud-

nym poruszeniom ciała i ducha. Pragnęła iść, biec, komuś w czymś pomagać, na celu coś

mieć, ku czemuś zmierzać; pragnęła czasem choćby kamienie z miejsca na miejsce prze-

²⁴¹

ni a (gwar.) — borówka.

²⁴² e ni a (gwar.) — czarna jagoda.

Nad Niemnem



nosić, choćby piłę żelazną pochwycić i drzewo nią przerzynać, byle to tylko na cokolwiek

przydać się mogło, byle rozgrzać stygnące dłonie a ochłodzić rozgorzałe czoło. Ale w jej

położeniu i otoczeniu nie było dla jej sił i chęci miejsca żadnego. Stary ojciec wprawdzie

potrzebował niekiedy jej usług, ale drobnych, niewiele czasu zabierających, z których naj-

ważniejszą było wspólne z nim granie. Zresztą, wszyscy w Korczynie oddawali się swym

zajęciom, jej w nich udziału nie potrzebując, nie przyjmując. Ilekroć przemocą prawie

wedrzeć się w nie chciała, uczuła się zawsze tym, czym by być mogło piąte u wozu koło.

Nikt nawet nie przypuszczał w niej tej potrzeby serca, ciała i duszy, nikomu na myśl ona

nie przychodziła. Była ubogą krewną domu, panną mogącą jeszcze wyjść za mąż, i czym-

że więcej być mogła? Dla zajęcia czasu miała książki, fortepian, przechadzki po ogrodzie,

wizyty sąsiadów — czegóż więcej potrzebować mogła? Potrzebowała jednak, tak dalece,

że po razy kilka niepokoiła ją myśl opuszczenia Korczyna i udania się gdzieś daleko, do

jakiegoś miasta, w którym by znalazła pracę, niezależność, pełnię dni i cel życia. Ale,

naprzód, miałaż z sobą na walkę i biedę zabierać ojca, tego rozpieszczonego starca, który

w Korczynie czuł się jak w raju albo go pozostawić na barkach krewnych, którzy sami

wcale wolni nie byli od trosk i ciężarów? A potem, dziecię wsi, rozłączenia z nią lękała

się tak, jak przeraźliwego rozłamania życia na dwie połowy. Raz tylko z panią Emilią

była w wielkim mieście, które sprawiło na niej wrażenie ciasnoty, zaduchu, zamętu nie

rozwikłanego i blasku nie mającego dla niej ponęty żadnej. Nie znała świata, jego sto-

sunków i wymagań; do rzucenia się w jego chaos i boje brakowało jej odwagi. Na koniec

i zdolnościom swym nie ufała bardzo. Nie należała do tych, którzy wyobrażają sobie, że

wszystko potrafią; ani do tych, którym rojenia o stanowiskach wysokich sił i odwagi

dodają. Namyślała się więc, wahała, wpadała w głuche bunty lub martwą apatię, a dnie

i lata, jak błyszczące, lecz wewnątrz puste paciorki, staczały się w przeszłość…

O wszystkim tym mówiła coraz prędzej, żywiej, wzburzoną falą wyrzucając z ust zwie-

rzenia, których dotąd nie czyniła nigdy przed nikim. Coraz śmielsza stawała się i coraz

szerzej duszę swą otwierała, bo widziała, czuła, że ten, do kogo mówiła, słuchał jej także

wszystkimi siłami duszy i rozumiał ją wybornie. Mimo woli ku niej pochylony, z wytężo-

nym słuchem, ze skupioną uwagą, Jan od czasu do czasu czynił głową znaki potwierdzenia

i zrozumienia.

— A tak! — wymawiał. — A jakże!… Naturalnie! To wszystko prawda!…

Raz, gdy umilkła, z namysłem rzekł:

— Wszystko to prawda. Smętnie to i wstydno bogactwa używać, a nie swego; wysoko

Bogactwo, Pozycja

społeczna, Praca

stać, a nie na swoich nogach; młodym i silnym być, a jak w zgrzybiałej starości, żyć

w wiecznym odpoczywaniu…

Innym razem jakby do siebie samego przemówił:

— Ani ptak, ani mysz… jak nietoperz!

W sposób ten uplastycznił przed sobą to zmieszanie bogactwa i ubóstwa, oświaty

i nieuctwa, dość wysokiego stanowiska społecznego i zupełnej życiowej nicości, które

ona sobą przedstawiała. Nigdy jeszcze nie czuła się tak zupełnie, tak nawet subtelnie

zrozumiana, jak przez tego człowieka, który do jej życia i położenia przykładał miarę

pracowitości i niezależności własnej. Powiedział nawet, że nie pojmuje, jak ona taką mękę

wytrzymać może, bo gdyby jemu kazano po dniach całych z założonymi rękami siedzieć

i kawałka chleba, dachu, surduta z cudzych rąk wyglądać, utopiłby się niezawodnie albo

na pierwszej gałęzi powiesił.

— Dziecko albo stary, to co innego, ale jak pani do tej pory tak wyżyć mogła, dziw

mnie bierze… bo, chwała Bogu, zdrowie i siła aż biją od pani i zdaje się, choć wiadra

z wodą na plecy zarzucić, to by podniosła pewno…

Zaśmiała się i odpowiedziała, że najpewniej wiadra z wodą dźwigać by zdołała, skoro

je dźwiga Antolka, dziecko jeszcze prawie i o połowę od niej szczuplejsza.

Ale on, choć nie pojmował możności takiego życia, za winę go jej nie poczytywał.

Tak już urodziła się i tak już ludzie i zwyczaje zrządzili, że stała się jak nietoperz, ni to

myszą przy samej ziemi biegającą, ni to ptakiem kołyszącym się pod obłokami. Dawno

domyślał się, że nie była ona szczęśliwa; od ludzi to i owo o niej słyszał. Co słyszał? Nie

powiedział tego wyraźnie, ale raz ręką gniewny gest uczynił i pomimo woli wybuchnął:

— Ot! Nie przyrodził się do ojca swego ten pan Zygmunt Korczyński!…

Nad Niemnem



Urwał, zmieszał się strwożony, czy jej nie obraził, i z odwróconą od niej twarzą nie-

śmiało wytłumaczył, że ludziom gąb pozatykać nie można… gadali, a on dziwił się i przez

ciekawość przypatrywać się jej zaczął, ile tylko razy zdarzyło się mu ją widzieć. A zdarzało

się czasem. Ona go nie widziała, lecz on ją widywał to w kościele, to znowu kiedy z pan-

ną Martą albo z gośćmi na spacer szła. Popatrzył tedy na nią raz i drugi przez ciekawość,

a potem wiecznie już patrzeć by żądał i ilekroć zobaczył, serce dzwonem w nim uderzało.

Czyż on wie, dlaczego tak było? Może i nikt na świecie nie doszedł jeszcze i nie wytłu-

maczył, co w jednym człowieku dla drugiego taką przyjaźń wznieca, że gdybyś i widłami

od siebie ją odpychał, powraca. Zdaje mu się jednak, że pierwszą przyczyną jego dla niej

przyjaźni było to, że smętek i ubolenie w niej rozpoznał. Twarz człowieka zdradza to,

co się w sercu kryje. Nieraz myślał sobie, że Pan Bóg dał jej tyle piękności i wysoko ją

postawił, a szczęścia nie dał. A ile razy o tym pomyślał, jakby roztopiony łój do serca

mu kapał, taką boleść w nim uczuwał i taką łzawość. Gdyby był mógł, byłby wszystko

porzucił i na koniec świata skoczył po wodę gojącą dla niej, tak jej żałował. Ale o takiej

wodzie bajki tylko gadają i nie ma jej wcale na świecie. Więc tylko, ile razy ją zobaczył,

cały dzień potem albo śpiewał, albo miał ochotę zaśpiewać tę piosenkę:

Wyszła dziewczyna, wyszła jedyna,

Jak różowy kwiat,

Rączki załamała, oczki zapłakała,

Zmienił jej się świat…

Raz, kiedy to ją wracającą z kościoła spotkał na drodze z panną Martą, popłynął ze

stryjem na Mogiłę i z przeciwnego brzegu w oknie stojącą ją obaczywszy nie mógł wy-

trzymać i tę piosenkę do niej zaśpiewał. Ale pewno ona wtedy ani patrzała na niego, ani

słuchała tego, co śpiewał…

Owszem, widziała go, pieśń, którą śpiewał, słyszała i od tego właśnie dnia zapamiętała

i rysy jego, i głos tak wybornie, że potem spotkawszy go orzącego w polu poznała od

razu.

— Nie może być! — z wybuchającą mu na twarz radością zawołał — to pani choć raz

okiem na mnie rzuciła! A ja wtenczas myślałem, że nigdy tego szczęścia nie dostąpię!

Pochylił się trochę, w twarz jej spojrzał i taki ruch uczynił, jakby rękę jej pochwy-

cił chciał. Ale dotknąwszy tylko rękawa jej sukni, ramię w dół opuścił, wyprostował się

i z głębi piersi głośno odetchnął. Zarazem, jak najczęściej bywało, kiedy uczuwał się zmie-

szany lub wzruszony, przelotne spojrzenie rzucił w górę. Justyna w tej chwili ku niemu

wzrok podniosła i już go przez kilka sekund nie spuszczała. Spostrzegła, że gdy tak patrzał

w górę, błękitne oczy jego wydawały się nalane po brzegi roztopionym srebrem.

Wtem stanęli. Przed stopami ich, bladożółtym pasem zieloność trawy i mchu prze-

rzynając, wśród grubej warstwy białego, drzewnego miału leżała na wpół obrobiona gruba

kłoda drzewa.

— A! — stając przed tą przeszkodą zadziwił się Jan — w tamtą stronę idąc koło tej

kłody nie szliśmy!

— Nie szliśmy — potwierdziła Justyna.

Rozejrzał się dokoła.

— Co mnie stało się? Zdaje się, że dobrze ten bór znam, a nie tędy, kędy trzeba,

panią powiodłem. Ślepota jakaś na mnie napadła… żeby jeszcze, broń Boże, deszcz nas

nie złapał…

Pilnie teraz patrzał na niebo, które nad drzewami tu i ówdzie już tylko ukazywa-

ło małe kawałki błękitu zza chmur łączących się w coraz większe i ciemniejsze płach-

ty. U spodu boru pogasły wszystkie niedawno tak świetnie igrające światła słoneczne,

a po szczytach jego wiatr przelatywał krótkimi jeszcze, urywanymi szmerami. Ptastwo

ze zdwojoną żywością świegotało i gałęzie napełniły się trwożliwym uwaniem skrzydeł.

Jan chwilę jeszcze rozglądał się po lesie.

— Niewielka bieda! — rzekł. — Niezupełnie złą drogą my poszli, tylko dłuższą. Teraz

trzeba nam ciągle na prawo iść, to za kwadrans na brzeg wyjdziem, wprost naszego czółna,

i przez piaski już przechodzić nie będziem.

Nad Niemnem



Przeskoczył kłodę i wyciągnął rękę, aby do przebycia jej pomóc towarzyszce. Ale ona

już także znajdowała się po drugiej stronie i tylko suknią zaczepiła o gałąź zgniecionego

przez obalone drzewo jadłowcu. Pochylił się, w mgnieniu oka przezroczysty zwój muślinu

uwolnił od czepiających się go kolców i błyskawicznie prędko do ust go przycisnął. Justyna

tego spostrzec nie mogła, tym bardziej że wnet prostując się, omglonym, lecz pozoru

obojętnym wzrokiem po lesie rzucił i tonem przedmiotowo czynionej uwagi rzekł:

— Piękne drzewa! Pan Korczyński dobre pieniądze mógłby wziąć, gdyby ten las sprze-

Las, Chłop, Szlachcic,

Dwór, Wieś

dał. Ale ot, nie sprzedaje jakoś…

Po chwili mówił dalej:

— Do nas też piękny kawałek tego lasu należy, to jest, nie do stryja tylko i do mnie,

ale wspólnie do całej okolicy. Wszyscy mają prawo w nim rąbać, a że w tym rąbaniu

żaden porządek zaprowadzony nie jest, powstają z tego kłótnie i niezgody. Las niszczą

tak, że za lat kilka śladu po nim nie ostanie, i między sobą za włosy się o niego ciągają.

Z panem Korczyńskim też z racji tego lasu ciągłe wojny idą i żeby on dobry był, toby już

dawno zamianę jaką z nami uczynił, czy tam pewne rozgraniczenie jakie, byle po sądach

siebie i ludzi nie włóczyć. Jeszcze by i nam do zaprowadzenia porządku dopomógł. Ale on

i gadać z nami nie chce, chyba z przyczyny interesu jak do psów zagada, a inszym razem

spotkawszy się i nie spojrzy nawet na człowieka, jak wilk w ziemię patrząc…

Rzucił ręką i usta trochę wydął.

— Co tam o tym gadać! Każdy teraz o sobie tylko myśli i siebie kocha. Pan Korczyński

podobno inszy był kiedyś, a potem go coś odmieniło… nie wiadomo tylko, co takiego!…

Justyna próbowała bronić krewnego i opiekuna, o jego uciążliwej pracy gospodarskiej

i majątkowych kłopotach opowiadając, ale przed tym sercem świeżym i nienawiścią nie

zatrutym długo bronić go nie potrzebowała.

— Pewno! Pewno! — twierdząco wstrząsając głową powtarzał Jan — utrapienia

i aprensje²⁴³ złość w człowieku rodzą. Ja sam, pamiętam, kiedy kilka lat temu Fabian mnie prześladował, na kłótnie wciąż wyzywał i pole moje jak swoje zaorywał, w taką

złość wpadłem, że do domu przyszedłszy garnek, co na stole stał, o ziemię cisnąłem i roz-

tłukłem, siestrę, małą jeszcze, złajałem i stryjowi jeżem się postawiłem. A wszystko to

uczyniłem nie dobrowolnie, tylko przez nieścierpliwą zgryzotę i aprensje. Często cierpiąc,

Cierpienie

zdarza się, że nie ścierpisz!…

Opowiadał, że w okolicy żyjąc wiele zgryzot i krzywd przenieść trzeba. W jednym

Konflikt, Wieś, Własność

gnieździe niejednaki ptak się lęgnie. Szczenięta od jednej psicy urodzone niejednostajne

mają przyrodzenie. Tak samo i między ludźmi. Są w okolicy ludzie dobrzy i spokojni, są

i tacy, co jak psy rozjadają się na sąsiadów. Ale najwięcej złych jest dlatego, że mało mając, z chciwością ubijają się o więcej i blisko siebie żyjąc, fałdów jeden drugiemu przysiaduje.

— Pijactwa pomiędzy nami nie ma ani rozpusty nijakiej, ani złodziejstwa. Chatę

choć na cały dzień otworem zostawić można, a nikt marnego węgla z pieca nie wyjmie.

Za toż każdą grudkę ziemi jeden drugiemu z gardła by wydarł, a za najmniejszą szkodę

albo ubligę do czubów się biorą lub do sądów ciągną. O szkodę zaś i ubligę łatwo tam,

gdzie zagony jak groch w worku zmieszane, a okno w okno patrzy…

Stryj i on sam zatargów i procesów, jak tylko mogą, unikają, po prostu za wstyd je

poczytując, a także i dlatego, że smaku ani też pożytku w nich nie znajdują. Hojniejsza

Wojna

jedna garść z pokojem niżeli dwie z wojną. Lepiej z małego garnuszka jeść w spokojności,

niż morze wychłeptać ze zgryzotą. Cukru garścią nie jedzą, ale niedostatku nijakiego nie

cierpią. Prawda, że za bogatych w okolicy uchodzą, a to z tej racji, że gospodarstwo do

nich dwóch tylko należy, raczej do stryja, ale to już wszystko jedno. Przy tym i ziemi

mają sporo, morgów dwadzieścia. Trzech tylko w okolicy gospodarzy tyle jej ma, ale za

to większe u nich gromady, jak u Fabiana na przykład: dusz siedem w domu. Inni daleko

mniej mają: po dziesięć, osiem, pięć morgów, a i tacy są, którzy, jak na przykład Ładyś,

i ćwierci beczki na swojej ziemi nie wysiewają. Co dziwnego, że w cudze lazą? Pusty żo-

łądek mruczy. I u nich kiedyś bieda była, kiedy stryj był chory, a on jeszcze mały i nie

bardzo do czego zdatny. Teraz zaś to już nie tylko że dobrze sobie żyją, ale i Antolka

dostanie posag jak za mąż wychodzić będzie, nieduży, pięćset rubli, ale Michałowi, który

²⁴³ a en a — właśc. a e en a: nieokreślona obawa przed czymś, co ma się zdarzyć, podejrzenie, lękliwość, smutek.

Nad Niemnem



i bez tego by ją wziął, wielką tym pomoc przyniesie, a zawsze później większej poszany²⁴⁴

i od męża, i od jego familii doświadczy, jeżeli się choć małą rzeczą do wspólnego dobra

przyczyni. Dziewczyna też zasłużyła na to, bo pracowita i choć taka młoda, ze wszyst-

kiego korzyść ciągnąć umie: z krów, z ptastwa, z przędziwa, z tkanin. Krów mają cztery,

owiec dwadzieścia; więcej mieć by potrzeba, ale z wypasem i łąką bieda. Dwie ciężkie

biedy okolica przenosi, jedną, że łąk i wypasów za mało ma, a drugą, że woda nadmiar

krwawa. Zresztą, praca około gospodarstwa nie Bóg wie jaka; człowiek się nią nadwe-

Wieś

rężyć nie może. Bywają czasy

ania i czasy odpoczywania — w zimie na przykład.

Robota i wtedy jest, ale nie ciągła; wieczorami to już chyba tam kto około stolarstwa

majstruje, inni siecie na ryby wiążą, jest jeden, co obuwie szyje; zresztą, zbierają się po

takich domach, gdzie świetlice największe, grają na harmonikach i skrzypcach, śpiewają,

czasem tańczą, czasem czytają. Czytaliby więcej i częściej, ale te książki, co u stryja są,

dawno poprzeczytywane a insze…

Tu przerwał mówienie i niespokojnie obejrzał się za siebie. Z głębi boru leciał i kulą

Burza

w powietrzu toczyć się zdawał szum do głuchego turkotu podobny. Wierzchołki sosen

zakołysały się i gałęźmi jak wachlarzami poruszyły; na dno lasu niby welon z ciemnej kre-

py spadł zmrok szarawy, wszędzie jednostajny i gdzieniegdzie smugami krwistych świateł

błyskający. Ptastwo znieruchomiało, ucichło, z rzadka tylko odzywając się urywanym

ćwierkaniem; miarowe pukanie dzięciołów i żółn ustało; w krzakach i pod paprociami

słychać było pośpieszny szelest owadów; wiewiórka wbiegająca na wysoką sosnę zatrzy-

mała się w połowie drogi i, na sęku zawieszona, z odwróconą głową, czarne, zlęknione

oczy w pociemniałą ziemię utkwiła. Nad kołyszącymi się czołami i powiewającymi gałęź-

mi drzew niebo usłało się puszystą, wzdętą szarością; wrony pod nim chmurą przeleciały,

przeraźliwie zakradały i skryły się wśród ruchomych szczytów, nagle milknąc przed to-

czącym się w głębiach boru szumem i turkotem. Jan niespokojnie na Justynę spojrzał.

— Burza nadlatuje. Czy pani nie lęka się? — zapytał.

Odpowiedziała, że trwogi najmniejszej nie czuje, i ciekawie rozglądała się w szczegó-

łach ponurego w tej chwili obrazu przyrody. Jednak wywierał on znać na nią wrażenie

mimowolnej obawy czy przygnębienia, bo zbladła trochę i pod muślinową suknią lekki

dreszcz przebiegł jej ciało. Jan rozpaczliwym gestem rękę do głowy poniósł:

— Głupiec czy wariat ze mnie! — zawołał — żeby w lesie zbłądzić i panią na trwogę

albo i na przeziębienie narazić…

Wnet jednak poskromił wzruszenie swe i zimną krew odzyskał.

— W lesie pozostać na żaden sposób nie można, bo zaraz wicher gałęzie z drzew

strącać zacznie, a niejedne cieńsze, to i z korzeniami z ziemi wyrzuci. Lepiej już płynąć.

Z wodą czółno strzałą poleci… minut dziesięć, i pod okolicą staniem. Ulewy może i nie

będzie albo bardzo krótka, bo chmury ptakami lecą, a choćby i była, lepiej dostać na

głowę wiadro wody niż sosnę. Chodźmy prędko!

Ostatnie dwa wyrazy nagląco wymówił i wziąwszy rękę Justyny w swoją, ku brzegowi

lasu biec prawie zaczął. W parę minut stanęli na wąskim, kamienistym wybrzeżu, za

którym rzeka, tak jak niebo ciemna, gwałtownym wiatrem gnana, toczyła fale wzdęte,

w regularne fugi wyrzeźbione, białe plamy piany wyrzucające. Jan skoczył do czółna,

silnym pchnięciem z piasku na wodę je zsunął i wiosłem u brzegu zatrzymując, do Justyny

zawołał:

— Proszę!

Zawahała się. Spojrzała na wzburzony szlak rzeki, na małe czółno, które pod silnie

przyciskającym je wiosłem woda rwała i targała; pobladła więcej jeszcze i nie wiedziała,

co począć. Brwi Jana ściągnęły się nad oczami, z których strzelił błysk zniecierpliwienia.

— Tu czasu do medytacji nie ma. Proszę do czółna siadać! — wymówił, a głos jego

w szumie i huku wiatru brzmiał stanowczo, prawie rozkazująco.

Wahanie Justyny zniknęło bez śladu; podbiegła do czółna, wskoczyła w nie i na dnie

jego usiadła. On szybkim ruchem zgarnął jej pod głowę wyściełające czółno gałęzie topoli

i szybko, ale łagodniej już przemówił:

— Proszę nie lękać się. W różne ja pory i nie w takie burze jak ta po Niemnie

jeździłem, a pływać umiem prawie jak ryba…

²⁴⁴

ana — poszanowanie, szacunek.

Nad Niemnem



Widać było po niej, że lękać się przestała. Z siły jego wlała się w nią ufność. Ale w tej

chwili huk i turkot wichru zleciał już na brzeg boru, rozległ się suchy trzask łamiących

się gałęzi i zaskrzypiały rozkołysane sosny, a przestrzeń, od skłonu do skłonu widnokręgu,

od ciemnego nieba do ciemnej wody, stanęła jedną gęstą i z każdą sekundą przybierającą

deszczową mgłą. Justyna znowu od głowy do stóp zadrżała.

— Niewzwyczajona — szepnął Jan — jak dzieciątko!

Błyskawicznym ruchem zdjąwszy siermiężkę swą, rzucił ją na towarzyszkę, którą okry-

ła ona od szyi do stóp, a sam u dzioba czółna stojąc, wiosłem o wodę uderzył. Wicher

szalał, ciemne chmury pod niebem białą płachtą zaciągniętym ptakami leciały, z rzadka

rozsiane grusze i wierzby wściekle miotały się nad wysokim, żółtym brzegiem. Z drugiej

strony stał bór kipiący w głębi, lecz na zewnątrz nieruchomy jak kamienna ściana, a po

ciemnym, wzdętym, białymi plamami usianym szlaku rzeki czółno strzałą mknęło, wciąż

ukośnie, ukośnie, po falach puszczane, boki im umykając, a dziobem je porąc. Nie było

samotne; przed nim, w ten sam jak ono sposób, mknęło drugie, trzecie, czwarte; ryba-

cy to uciekali do domów przed gwałtownym wybuchem przyrody, a na spotkanie tych

niby lotnych, czarnych ptaków ciężko z przeciwnej strony sunęły, do wodnych potwo-

rów podobne, rudlami²⁴⁵ jak olbrzymimi płetwami o wodę uderzające, ciężkie, spłakaną żółtością wśród powszechnej szarości smutne płyty.

W niespełna kwadrans, jak to przepowiadał Jan, ukazały się nad wysoką górą domy

i drzewa okolicy. Rybackie czółna stały już na piasku wybrzeża; w przerzedzającej się mgle

deszczowej widać było rybaków spokojnym krokiem wchodzących na górę; za jednym

z nich, najbarczystszym i na burzę najobojętniejszym ciągnął się ze spuszczonym ku ziemi

pyskiem i ogonem czarny, zmokły pies.

Kiedy Justyna stanęła na wybrzeżu, gwałtowny krzyk, który wydała z siebie przyroda,

uciszał się, a płacz jej ustał. Wichrem przygnane chmury wicher przeniósł i pędził coraz

dalej po jednej połowie sklepienia, którego druga połowa oblekła się nagle promien-

nym błękitem i zajaśniała tarczą słoneczną, czystą, wielką, zawieszoną nad zalegającym

zachodni skłon nieba pasem roztopionego złota. Pas ten odbił się w rzece, która popłynęła

szafirem i złotem, a nad nią z sunących wciąż powoli rozjaśnionych płytów podniosły się

kręte, złote sznury dymu. Zielona góra z okrywającym ją rysunkiem ścieżek stanęła cała

w kryształowych kroplach, drgających i świecących na każdym źdźble trawy i na każdym

liściu chwastów. U szczytu jej wybuchnął świegot ptactwa i z dołu dostrzec można było

w napełnionych światłem gałęziach drzew, które u góry rosły, tańczące z radości wróble,

pliszki, szczygły i makolągwy²⁴⁶. Wiatr słabł, opadał, cicho jeszcze i z lekka dmąc w jedną stronę; chmury kłębiąc się i mieszając naprzeciw słońca zwijały się w wał półkolisty

i srebrem oblany.

Po jednej z krętych ścieżek Justyna wstąpiła na górę i u połowy jej pod rozłoży-

stą topolą stanęła. Jan czółno na piasek ściągnął i kilku skokami przy niej się znalazł.

Niespokojny wydawał się i zakłopotany; cienia uśmiechu na twarzy jego nie było. W prze-

Kobieta, Mężczyzna, Siła

mokłej koszuli, ze zmokniętą siermięgą na ramieniu, szybko oddychając, od razu kilka

pytań rzucił:

— Przestraszyła się bardzo? Zmokła? Może przeziębiła się? Zdrowiu może zaszkodzi?

Ale dość było jednego na nią spojrzenia, aby zrozumieć, że nie dręczącą wcale, lecz

może rozkoszną chwilę przebyła. Odkąd usiadłszy w czółnie w oczach jego blask odwagi

a w ramieniu wznoszącym się do walki siłę i zręczność ujrzała, wszelka trwoga w niej

znikła, a natomiast przenikała ją do głębi słodycz zaufania. Ufała mu. Gdy stojąc u steru

czółna, z brwią ściągniętą, z całą duszą w oczach skupioną, ku wodzie nieco schylony,

wiosłem odpędzał żywioł napastniczy i na wodnym bezdrożu niezawodne torował drogi,

wydawał się jej samą śmiałością i siłą; uczuła się także śmiała, silna, dumna nim i tym,

że zaufać mu potrafiła. Oprócz tego wydawał się on jej i samą dobrocią. Pod gęstą mgłą

deszczową z trudnością powieki podnosząc widziała jednak kilka szybkich, zmartwionych,

troskliwych spojrzeń, jakie na nią rzucił, i razem z ufnością wdzięczność nieskończona dla

tego serca, które tak prosto i szczerze słało się pod jej stopy, upoiła jej serce. Upojona

²⁴⁵ de — wiosło.

²⁴⁶ ma

a — niewielki ptak śpiewający.

Nad Niemnem



i szczęśliwa stała pod topolą upewniając go, że nie przelękła się, nie zmokła, nie przeziębiła, i tego tylko żałuje, że wycieczka ich dłużej nie trwała.

— To i chwała Bogu! — zawołał.

Widząc ją zdrową i wesołą uspokoił się zupełnie. Widział też, że nie przemokła wcale.

Kobieta, Mężczyzna, Uroda

Siermięga jego była tak gruba i choć na nim wydawała się krótka, ją tak dobrze osłoniła, że

deszcz suknię jej tylko przejął wilgocią. W zamian, mokre włosy zdwojonym ciężarem na

kark jej spadały. Wstrząsnęła głową; luźny i w czasie burzy więcej jeszcze rozluźniony węzeł

rozwinął się i czarną, wilgotną falą okrył jej plecy. Może sama nie czuła tego, że była w tej chwili zalotna. Ale on do tych opadłych, falistych zwojów przylgnął rozgorzałymi oczami

i o krok za nią cofnięty, rękę ku nim wyciągnął, cofnął ją, wyciągnął znowu i lękliwie

dotknął ich miękkiej, błyszczącej gęstwiny.

— Że też to Pan Bóg takie cudności stwarza!

Szept ten razem z jego gorącym oddechem ucho jej musnął, na włosach uczuła do-

tknięcie jego ręki; w tył nieco głowę odgięła i nieruchoma stała, z twarzą różową a wzro-

kiem utkwionym w szeroki pas złoty, który pod tarczą słońca zdawał się na oścież roz-

twierać błękitne niebo.

Wtem na tym tle złotym zamajaczyły białe, skrzydlate plamy lecące nad rzeką, to

niżej, to wyżej, ku zielonej górze. Były to ptaki dziwne i piękne, duże, niepokalanie białe,

szerokoskrzydłe, z dziobami i nogami ognistej barwy. Ze dwadzieścia ich było; wyglądały

jak napowietrzne lilie o ognistych łodygach i strzałach. Od stóp zielonej góry wzbiły się

wysoko i ciężkie, milczące, poważnym, lekko szumiącym lotem popłynęły dalej, dalej,

znad wody spłaszczając malutkie wobec nich i trwożliwie przed nimi uciekające rybitwy.

Justynę ciekawość o parę kroków naprzód rzuciła. Wydała okrzyk zdziwienia; pierwszy

raz w życiu ptaki te widziała.

— To są morskie wrony — zmąconym głosem wytłumaczył Jan — czasowe u nas

ptaki i rzadkie. Nie każdego roku przelatują one tędy; podczas i kilka lat ich nie widać,

potem pokażą się znowu, przelecą i polecą Bóg wie dokąd!

Z zadumą za śnieżnymi ptakami okiem powiódł.

— Ciekawość podczas człowieka ogarnia dowiedzieć się czego o tych stronach dale-

kich, do których ptaki latają… Żeby choć w książce albo w rozpowiadaniu jakim zobaczyć

te morza, te kraje, te cudności i dziwy…

— Razem o nich czytywać będziemy. Czy dobrze?

Wszystkie promienie słońca w źrenicach mu zaświeciły.

— Żebyż to kiedyś nastąpiło! Żeby to doprawdy…

Wiatr powiał; topól zaszumiała i strząsnęła na nich krótką ulewę kropel. Roześmieli

się oboje głośno, jak dzieci.

— Chodźmy do chaty! — zawołał Jan.

— Chodźmy! — ochotnie powtórzyła Justyna. Szereg lip na podwórku Anzelma

i Jana stojących raz jeszcze osypał ich chłodną rosą, zanim stanęli przed otwartym oknem

przeciwka, czyli izdebki, którą Anzelm celą swoją nazywał.

Pod otwartym oknem, na podługowatym, prostym stole, na kilku książkach w znisz-

czonej oprawie stała lampka z wysokim kominkiem; przy glinianym dzbanku i szklance

z zielonawego szkła leżał wśród grubych okruch nie dojedzony kawał razowego chleba.

— Już kiedy okno otworzył i chleb jadł, to prędko i odżyje — szepnął Jan.

W głębi izdebki, pod ścianą okrytą cienkim i chropowatym pokładem wapna, na

tapczanie zasłanym kraciastą, domowego wyrobu kołdrą Anzelm w kapocie i butach na

wznak leżał, z jednym ramieniem bezwładnie wzdłuż ciała spoczywającym, a drugim na

głowę zarzuconym. Szeroki rękaw kapoty zakrywał całkiem górną część jego twarzy i wi-

dać było spod niego tylko bladoróżowe, siwiejącym wąsem ocienione usta. Układ tych

ust był tak surowy, jakby wnet otworzyć się one miały dla wydania słów gromiących albo

gniewnego czy rozpacznego okrzyku. W górze nad leżącym w martwej nieruchomości

człowiekiem blado błyskały ramy świętego obrazu i szaro majaczyły wizerunki rycerzy,

cierniową koronką zwieńczone.

Nad Niemnem



— Żeby teraz z fuzji mu nad głową wystrzelić, ani poruszy się, ani przemówi, i żadne

proszenie albo krzyczenie nic nie pomoże. Sam przez się potem dźwignie się i odżyje…

Odeszli. Z małego ganku, gzymsem w grube floresy wyrzeźbionym otoczonego, wi-

dać było ciemnawą sionkę, w której stały żarna, i przez drzwi otwarte w kuchni czy-

sto wymiecionej dwie naprzeciw siebie u białego sosnowego stołu siedzące na stołkach

dziewczyny. W niedzielnych sukniach bijących w oczy morderową²⁴⁷ i granatową barwą, w obcisłych stanikach i kolorowych kokardach u szyi, łokciami o stół oparte, głowy

owinięte gładko uplecionymi warkoczami pochylały one ku sobie szepcząc o czymś z oży-

wieniem i bez ustanku. Pomiędzy nimi leżał na stole zaledwie rozpoczęty bochen chleba

i stał gliniany, czarny garnek, z którego one drewnianymi łyżkami czerpały gęsty, biały

chłodnik, z mleka, octu i posiekanej boćwiny²⁴⁸ złożony.

Ujrzawszy wchodzącą Justynę powoli wstały, do progu podeszły, a gdy im ona rękę na

powitanie podała, Antolka dotknęła jej nieśmiało i z krótkim dygiem. Elżusia zaś ścisnęła

ją tak silnie, że aż całym ramieniem zatrzęsła, i wnet zagadała:

— Panienka znowu do nas przyszła! Bardzo słusznie. Nam bardzo jest miło panienkę

widzieć.

Uśmiech, z którym to mówiła, przyjacielski był i wesoły, ale oczy jej, tak jak u Fabia-

na, małe i błyszczące, zdawały się ze złośliwą trochę ciekawością prześwidrowywać twarz

przybyłej i złośliwie też zerknęły za znikającym w drzwiach świetlicy Janem.

— Proszę usieść — przemówiła młodsza z dziewcząt. — Czy Justynka nie bardzo

zmokła, w deszcz z Mogiły wracając?

— Oho! — zadziwiła się Elżusia. — Większa poufałość niż znajomość po imieniu

panienkę nazywać…

Antolka zawstydziła się i twarz ku ścianie zwróciła.

— Kiedyż prosiła… — szepnęła.

Justyna cienką jej kibić ramieniem otoczyła i w zarumieniony policzek pocałowała.

— Suknia mi tylko zmokła, ale chętnie ogrzałabym się przy ogniu…

— To ja zaraz rozpalę!

Skoczyła i kilka polan z sionki przyniosła.

— Poczekaj — zawołała Justyna i z lekka ją usunąwszy, sama przed piecem na pod-

łodze przysiadła i ogień rozniecać zaczęła.

— Oj, oj! Nie potrafi! — na całe gardło zaśmiała się Elżusia.

— Potrafię. Nie święci garnki lepią! — odpowiedziała Justyna.

— Bardzo słusznie, tylko że panienka nie do tego stworzona!

— Ot, widzicie, że już się pali…

Kawał brzozowej kory płonął istotnie w piecu i językami ognia suche polanka obej-

mował. Popielaty królik spod pieca wyjrzał. Justyna wzięła go w ręce i ułaskawione,

łagodne stworzenie wnet do piersi jej przylgnęło. Za tym pierwszym ukazał się drugi,

trzeci, czwarty i wszystkie zwinąwszy się w jeden jedwabisty, pstrokaty kłębek, czarnymi

oczami w czerwonych oprawach na nią patrzały.

— A my o panience tylko co mówiły. O wilku mowa, a wilk tu. Bardzo słusznie!

— Ona do Justynki ma wielką prośbę — kruczkiem²⁴⁹ drzewo w piecu poprawiając uśmiechnęła się Antolka.

Elżusia łokciem ją trąciła i dłonią usta zamknąć chciała. Ale Antolka chichocąc i głowę

odwracając, rękę jej odepchnęła.

— Ona Justynkę chce na wesele swoje prosić. Mówi, że wesele większy dla niej walor

Małżeństwo, Wesele

będzie miało, jeżeli Justynka i młody pan Korczyński na nim będą. I w oczach ludzkich

to jej wielką promocję zrobi²⁵⁰. Młodego pana Korczyńskiego sam Fabian zaprosi, choć długo ani słuchać o tym nie chciał, ale on ambicjant²⁵¹, więc sam nie żartem żąda panów w chacie swojej przyjmować.

Wesele to odbyć się miało w parę tygodni po żniwach, około Matki Boskiej Zielnej.

Fabian przed tygodniem na oględziny domu i gospodarstwa konkurenta jeździł i wszyst-

²⁴⁷ m de

— brunatnoczerwony.

²⁴⁸

ina — młode liście i łodygi buraków.

²⁴⁹

e — tu: pogrzebacz.

²⁵⁰

i

m

— przysporzyć popularności.

²⁵¹ am i an — osoba ambitna, z dużym poczuciem własnej godności.

Nad Niemnem



ko dobrze znalazł; niezupełnie dobrze, bo w chacie gromada spora, matka, dwóch braci,

siostra, ale za to ziemi u nich morgów²⁵² z piętnaście, inwentarz piękny, bo aż dwadzieścia sztuk bydła, i familia bardzo porządna: matka Giecołdówna z domu, jeden z braci ekonomem u panów różnych służył, a teraz żeni się z Zaniewszczanką, aż tysiąc rubli posagu

bierze i zaraz folwark jaki w dzierżawę weźmie.

— A pan młody? — zapytała Justyna.

Dziewczęta znów zachichotały.

— Taki młodzieńki… — szepnęła Elżusia i rozrzewnienie napełniło jej małe błyszczące

oczki.

— Może więcej nie ma jak dwadzieścia jeden rok, i w sołdaty nie pójdzie, bo dwóch

starszych braci już w wojsku odsłużyło — rozgadała się Antolka. — Ładnieńki sobie,

tylko że bardzo maleńki…

— A ty by chciała, żeby na świecie same takie herody byli, jak twój Michał! — ujęła

się Elżusia. — Niech będzie sobie maleńki, ale milusieńki…

Znowu rozrzewniła się, aż łzy jej w oczach stanęły, lecz zaraz potem opowiadać zaczęła,

że ociec jej sześćset rubli posagu przyrzeka, ale od razu dać nie może, bo pieniędzy nie ma.

Więc połowę da gotówką, a na drugą połowę weksle wyda. Już to z familią narzeczonego

umówione.

— Ale wesele to już huczne sprawi, taki ambicjant! — wykrzyknęła Antolka.

I wyprawę śliczną dostanie. Pościeli i bielizny cały kufer złożyła dla niej matka, a oj-

Strój, Wieś

ciec, jak do miasta jeździł, przywiózł jej kaszmiru²⁵³ na suknię, prawdziwego czarnego kaszmiru, a to już jest najpiękniejsza suknia, jaka na świecie być może. I drugą jeszcze

mieć będzie, morderowego koloru, ale tańszą…

O strojach mówić zaczęły. Justyna dopytywała się o cenę sukien, które na sobie miały,

kto je szył, czy w święta je tylko noszą albo czasem i na co dzień? Teraz już obie rozgadały

się jak czeczotki. Suknie im krawiec szyje. Żydek w miasteczku; mają takich po jednej,

po dwie najwięcej, i noszą je tylko w święta. Na co dzień nie używają inszych, jak te, które

utkają same, a która więcej i ładniej utka, tej sława i honor. Żadna dziewczyna w okolicy

tyle strojów nie ma, co Domuntówna. Bransolety nawet ma, złotne kolczyki i pierścionki,

bo i bogata jest, sukcesorką całego dziadowskiego gospodarstwa będąc, i Jankowi nadmiar

przypodobać się pragnie. Ale Janek wcale na jej suknie z ogonami i złotne ozdoby nie

patrzy; nawet mniej upodobanie w niej znajduje, odkąd nimi popisywać się zaczęła. Raz,

jak na hurbie (tak się u nich zebranie z tańcami nazywa) w broszce i kolczykach przyszła,

a złotnymi bransoletami tańcząc dzwoniła, cygańskim koniem ją nazwał. Dla tej przyczyny

tak ją nazwał, że Cyganie zawsze swojego konia we wszelakie błyskotki i dzwonki ubierają.

Przy tym opowiadaniu aż zanosiły się obie od śmiechu. Justyna śmiała się także.

Kiedy Jan, zdjąwszy z siebie przemokłą odzież, w kurcie z domowego sukna i z wy-

winiętym na nią kołnierzem białej i cienkiej koszuli wszedł do kuchenki, gwarno w niej

było i wesoło. Antolka przed chwilą do bokówki była wbiegła i wyniosła z niej tak wielki

pęk tkanin, że aż uginała się pod jego ciężarem. Rzuciła go na stół i teraz wszystkie trzy

oglądały te wyroby jej rąk; suknie, dywany, kołdry mieniące się najróżnorodniejszymi

barwami i wzorami, pasiaste, kraciaste, nakrapiane, z czystej i z lnem pomieszanej weł-

ny. Jan siostrę o matkę zapytał. Powiedziała mu, że do Starzyn poszła, do męża, a jutro

Matka, Starość

raniutko powróci jeszcze na dni kilka, aby im żąć pomagać. W Starzynach grunta niskie,

więc żniwa późniejsze, dlatego może ona przy żniwach dzieciom pomagać, a potem do

swoich w porę doskoczyć. Dwie mile ujdzie dziś w jedną stronę, a dwie jutro z powrotem

i z sierpem na polu stanie, jakby nie pięćdziesiąt, ale dwadzieścia lat miała.

— Chwała Bogu za taką starość — zauważył Jan — a z tej racji jest ona taka, że matka

zawsze wesoła była i żadnych aprensji²⁵⁴ do serca nie dopuszczała. Ale nie każdy z takim charakterem urodzić się może…

Drzwiczki od przeciwka, w kącie kuchni umieszczone, a tak wąskie, że prawie ich

widać nie było, otworzyły się po cichu i ozwał się zza nich głos Anzelma:

— Czy mi się tylko tak wydało, czy doprawdy głos panny Justyny usłyszałem?

Justyna żywo ku drzwiczkom podbiegła.

²⁵² m

a — dawna miara gruntu.

²⁵³ a mi — miękka tkanina z wysokogatunkowej wełny kóz kaszmirskich (Azja).

²⁵⁴ a en a — troska, smutek.

Nad Niemnem



— Przez próg nie witam! Przez próg nie witam! Bo niezgoda jaka mogłaby z tego

Wierzenia

pomiędzy nami wyniknąć,a ja sobie niezgody z panią nie życzę… nie życzę! — z rzadką

u niego żywością i żartobliwością zawołał gospodarz domu i w kapocie, zza której grubego

kołnierza widać było koszulę u szyi tasiemką związaną, wysoki próg przestąpił. Justyna

w obie dłonie rękę jego wzięła i chwilę milcząc na niego patrzała. Więc był to ten sam czło-

wiek, któremu na piaszczystym pagórku Marta niegdyś święcony medalik u szyi zawiesiła

i który potem, z twarzą uczernioną, z potokami wody ściekającymi z włosów i odzieży…

Pierwszy raz zobaczyła go bez czapki. Czoło miał białą i cienką skórą powleczone, wyso-

kie, z mnóstwem zmarszczek, które snopem leżały pomiędzy brwiami i stamtąd cienkimi

nićmi rozchodziły się po całym czole aż do przerzedzonych, siwiejących włosów.

Antolka podbiegła i w rękę go pocałowała.

— Jeszcze dziś pierwszy raz stryjka widzę! Dopilnował tej minuty, kiedy po wodę

poszłam, i wtedy do kuchni przyszedł, aby sobie kawałek chleba ukroić. Przychodzę do

domu, chleb na stole, a drzwi od przeciwka znów zaszczepione… Wszystko zaś dlatego,

żeby nie widzieć się z nikim…

— Taka już mnie czasem oblega zgryźliwość, że i najmilszy staje się niemiłym —

odpowiedział Anzelm i mocniej niż zwykle ściskając rękę Justyny, uważnie, prawie ba-

dawczo na nią patrzał.

— Żęła podobno wczoraj na naszym pólku? Dziś na Mogiłę z Jankiem jeździła? A?

— uważnego tego wzroku z niej nie spuszczając przemówił. — Nowiny, prawdziwe no…

no… no… winy! — jąkając się dodał jeszcze i uśmiech przyjazny, prawie radosny otworzył

mu usta i rozszedł się po całej twarzy, aż na wysokie czoło, którego zmarszczki wyciągnęły

się jak ukośne promienie. — Proszę, do świetlicy proszę! Kto widział gościa w kuchni

przyjmować? Chata nasza niska, ale nie ciasna, nie ciasna!

Jedną ręką poły kapoty u piersi przytrzymując, drugą na drzwi ukazywał i parę razy

jeszcze powtórzył:

— Proszę! Proszę do świetlicy!

W kuchni znajdowało się troje drzwi, z których jedne, zwykłych rozmiarów, otwierały

się do sieni, a dwoje innych, wąziutkich i niskich, prowadziło do przeciwka i do bokówki.

Justyna zawahała się, niepewna, w którą stronę iść jej wypada, stary to spostrzegł, ramię

jej podał i przez sień do świetlicy prowadził. Niegdyś, niegdyś widywał w korczyńskim

dworze w ten sposób prowadzące się pary i sam od obiadów, od wieczerzy wstając podawał

ramię wysokiej, czarnookiej, wesołej pannie.

Świetlica była izbą niską, lecz bardzo obszerną, bo więcej niż połowę całego domku

Dom, Wieś

zajmującą, z trzema sporymi oknami, z których dwa były otwarte, ze ścianami gładko

otynkowanymi, z podłogą ułożoną z prostych, sosnowych, lecz gładko wyheblowanych

i czystych aż do białości desek. U niskiego sufitu, grube, wapnem pobielone belki, krzy-

żując się z cienkimi deskami, tworzyły szeregi ciemnych próżni; całą prawie długość jed-

nej ze ścian zajmował piec, do sufitu wysoki, z białych kafli zbudowany, a u dołu mający

rząd małych sklepień, z których w zimowe wieczory rozlegać się musiały na całą izbę

ćwierkania świerszczy. W kącie samotna, rozłożysta, ogromna, sto lat może mająca stała

kanapa z olchowego drzewa, na czerwono pomalowana i kraciastą, domowego wyrobu

tkaniną obita; naprzeciw znajdowało się łóżko z sosnowych, białych desek zbite i dostat-

nią pościelą wysoko usłane, a między oknami komodę olchową i na czerwono pomalo-

waną zdobiła szkatułka z czeczotkowego drzewa²⁵⁵ z ukośnie stojącym lusterkiem, mały, czarny krucyfiks wiankiem z żółtego rozchodnika okręcony i mała lampa z grzybiastym

szklanym kloszem. Zresztą, pod ścianami stały wysokie, zielone albo w kwiaty malowa-

ne skrzynie o bombiastych, żelazem okutych wierzchach, zydle²⁵⁶ z białych desek, przed nimi olchowe, czerwone stoły, a u stołów kilka krzeseł domowej widać roboty, niedawno

sporządzonych, bo niepomalowanych, z drewnianymi siedzeniami i tylnymi poręczami,

z giętkiej może grabiny czy klonu w wysokie łuki powyginanymi. Przez drzwi za olbrzy-

mim piecem otwarte ukazywała się bokówka, mała, podługowata izdebka, z jednym zno-

wu, wysoko usłanym łóżkiem. Antolka sypiać tam musiała, bo wśród mnóstwa świętych

²⁵⁵ e

e d e

— drzewo z pnia brzozy (lub topoli), sękowate, służy do wyrobu kosztownych mebli

i przedmiotów.

²⁵⁶ de — drewniany stołek.

Nad Niemnem



obrazków, które nad łóżkiem ścianę okrywały, największymi rozmiarami i najjaskraw-

szymi barwami jaśniał obraz jej patrona, w wianki na Boże Ciało poświęcone, w palmy

wielkanocne, w pęki suchych nieśmiertelników i świeżych nagietek ubrany. Przez otwar-

te okna zapachy kwiatów i ziół wnikając z ogrodu napełniały po brzegi całą świetlicę,

a wtłaczające się przez nie gałęzie starej gruszy ocieniały ją zieloną, ruchomą firanką.

Anzelm do jednego ze stołów Justynę przyprowadził.

— Na krześle sieść proszę… wygodniej będzie niż na ławie… proszę na krześle usieść…

I z żywością ruchów, której by nikt po nim spodziewać się nie mógł, zgrabnie, dwor-

nie, krzesło dla niej niósł ku stołowi. Elżusia, która za całym towarzystwem wysoki próg

świetlicy jak pulchna kluska przeskoczyła, śmiechem teraz, na gospodarza domu patrząc,

parsknęła.

— Już chyba skończenie świata nastąpi, kiedy pan Anzelm tak się rozruszał! — za-

wołała. — Takim alegantem ukazuje się, jakby nigdy tetrykiem²⁵⁷ nie był!

— Ot, i z głupia odezwała się! — żartobliwie odparł Anzelm — bo gdyby mądra była,

to by wiedziała, że kto niedźwiedzia przemoże, za nos go wodzić może. Widać, że mnie

panna Justyna tak przemogła.

Potem sam na zydlu siadając do Antolki zawołał, aby gościa wieczerzą poczęstowała.

— Sam też — dodał — od wczorajszego wieczora tylko kawałek chleba przełknąłem,

a i Jankowi po tej kąpieli, którą na Niemnie dziś wziął, głodno być musi.

Wczoraj jeszcze dowiedział się od synowca, że na Mogiłę z Justyną on popłynie, a teraz

Grób

dwojga młodych zapytywał, jak w czasie burzy wydobyli się z kłopotu, czy bardzo zmo-

kli, ile czasu w borze spędzili. Opowiedział, że kilka razy spotkał się na Mogile z panią

Andrzejową, która to miejsce odwiedza czasem, ale bardzo rzadko i niby przypadkiem.

Wielką panią jest i wszystkie oczy na siebie ma zwrócone, to i trudniej jej takich wypraw

dokonywać jak na przykład jemu, który przez nikogo niepostrzegany może sobie często

pomodlić się i podumać, tam, gdzie brat jego wiecznym snem odpoczywa.

Dwóch ich tylko było i siostra, która do zaniewickiej okolicy za mąż poszła, skąd

Kobieta, Małżeństwo, Dom

też i matka ich pochodziła; a Jana matka znów Siemaszczanka z Siemaszek, tak jej zaś

wypadło, że aż w czterech okolicach życie swoje pędziła: najpierw w ojczystej, czyli w Sie-

maszkach, potem w Bohatyrowiczach, gdy za Jerzego wyszła, potem za drugim mężem

w Jaśmontach, a na ostatku, za trzecim, w Starzynach.

— Nie wiadomo, czy to już ostatni mąż i ostatnie jej osiedlenie — żartobliwie znowu

zauważył. — Bo mnie się zdaje, że gdyby dziś owdowiała, to by za rok poniosła się jeszcze

za czwartego!

Justyna zapytywała go o rozległość i ludność okolic, których nazwy wymienił. Odpo-

wiadał jej chętnie i obszernie, o szczegóły, których nie wiedział, bo przez wiele lat nigdzie

nie jeździł, do Jana się odzywając.

— Wszystkich ich pani po troszku na weselu Elżusi zobaczy — rzekł Jan — bo

Fabian pełno ma wszędzie krewnych i znajomych, a zechce pewno, aby o weselu jego

córki cały świat gadał.

Tymczasem Antolka i Elżusia stół szmatą płótna starły i w przeciągu pół godziny

Jedzenie

zastawiły go wszystkim zapewne, na co w tej chwili zdobyć się mogła chata Anzelma

i Jana. Dokoła wielkiego bochna chleba zjawiła się misa kwaśnego mleka, w połowie

z różową śmietaną zmieszanego, potem druga z położonym na niej plastrem miodu, tylko

co znać razem z drewnianą ramką z ula wyjętego, dwa sery, z których jeden przywiędły

a drugi świeży, żółte masło na spodku, na koniec, przez zaczerwienioną od ognia Elżusię

przyniesiona patelnia z dymiącą jajecznicą.

— Już jak ja jajecznicę zrobię — zawołała wesoła dziewczyna — to, bardzo słusznie!

Sam ociec czasem pochwali, choć jemu dogodzić tak prawie trudno, jak przez ten dom

przeskoczyć…

— Ja myślę, że Elżusia kiedykolwiek i przez dom przeskoczyć potrafi, taki z Elżusi

kozak — zażartował Jan, ale na miód spojrzawszy brwi ściągnął.

— A kto do ula chodził? — z gniewem zapytał.

— A któż by, jak nie Antolka? Tylkoż siestra i mogła tak śmiele postąpić — odsark-

nęła córka Fabiana.

²⁵⁷ e

— osoba zgorzkniała, zgryźliwa.

Nad Niemnem



— A raz na zawsze tego jej wzbroniłem! — zawołał Jan i po brzegi włosów zaru-

mieniony ręką w stół uderzył. — Nieświadomy wszystko zepsuć może, a ona kiedy nie

uczyła się, jak z pszczołami postępować, to niech nosa w nie swoje nie tyka!

Wstawał już, aby do siostry z wymówkami iść, ale z bokówki cicha i zalękniona,

wysunęła się dziewczyna, z ustami skrzywionymi i ręką policzek przyciskając.

— A co? Ukąsiła? — zawołał Jan.

— Żeby ją cholera… — ze łzami kręcącymi się w oczach jęknęła Antolka.

Jan, trochę jeszcze nasępiony, nic już siostrze nie powiedział, a Anzelm zażartował

znowu:

— Nie dbaj, że pszczoła kąsa, byleś miodu dostał! Co tam, że troszkę boli, nim za

mąż wyjdziesz — przestanie!

Kiedy chleb w rękach podniósł i kroić go zaczął, na spodzie bochna ukazały się wy-

Chleb

raźne odbicia suchych lipowych liści, którymi gospodynie wkładane do pieca pieczywo

od zetknięcia się z gliną i popiołem zabezpieczają.

Na zydlu i krzesłach wszyscy dokoła podługowatego stołu zasiedli nabierając sobie

na gliniane talerze jajecznicy i kwaśnego mleka. Przez parę minut nikt nic nie mówił.

Anzelm, Jan i dwie młode dziewczyny jedli w sposób dość szczególny. Z grubo pokraja-

nych porcji chleba małe kąski odłamywali i dwoma palcami do ust je nieśli. Drewniane

łyżki trzymali w palcach zgrabnie, delikatnie i zawartą w nich żywność powoli w usta

wkładali, powoli też i cicho ją przeżuwając, po czym łyżki na stołach kładli i po kilku

sekundach dopiero lub po minucie znowu je delikatnie ujmowali i powoli do ust nieśli.

W tym szczególnym, przesadnie powolnym i delikatnym sposobie jedzenia widać było

od dzieciństwa nabieraną albo i z krwią dziedziczoną obawę przed okazaniem grubiań-

stwa i żarłoczności. Anzelm przemówił pierwszy. Spojrzał na Justynę i jakby sobie coś

nagle przypominając zapytał:

— A może by pani herbaty wypiła? My ją rzadko kiedy pijemy, ale zaraz można

zrobić…

W bokówce, na olchowej czerwonej szafie stał niewielki blaszany samowar²⁵⁸ i Antolka już się z krzesła zrywała, aby biec go nastawiać. Ale właśnie w chwili, w której Anzelm

pytanie swoje uczynił, Jan łyżkę na stole złożywszy, ręce na kolana opuścił i z uśmiechem

głębokiego zadowolenia patrzał na Justynę, która w porcji ciemnego chleba, złotawym

miodem posmarowanego, ze smakiem zęby zatapiając, także na niego patrzała. Oboje

mieli uśmiechy w oczach i pytanie Anzelma usłyszeli dopiero wtedy, gdy je powtórzył.

— Zdaje się — powoli zauważył Jan — że apetytu po spacerze nie brakuje i może

obejdzie się bez herbaty…

— Obejdzie się z pewnością! — zaśmiała się Justyna.

— A ja teraz już na siestrę i nie gniewam się, że sama do ula po miód poszła!

Zaśmiał się tak, jak śmieją się szczęśliwi, bez widocznej przyczyny, głośno, serdecz-

nie, z głową w tył odrzuconą, i bez widocznej także przyczyny siedzącą obok Antolkę

po włosach pogładził. Po czym łyżkę ze stołu delikatnie ujął i mleka nią zaczerpnąwszy,

powoli do ust poniósł. Rękę miał dużą, w skórę ciemną i grubą, obleczoną, bardzo czystą,

o szerokiej dłoni i długich, cienkich palcach.

Dnia tego przecież Anzelm był niepospolicie ożywiony, mówny²⁵⁹ i każde ciekawe Gospodarz, Gość

oko długo zatrzymywać by się mogło na tym ociężałym, schorowanym, piętnem wielkich

boleści przyobleczonym człowieku, kiedy dziś, pobudzany jemu tylko znanymi uczuciami,

dworną uprzejmość i przyjacielską gościnność okazywał, rozmowę z gościem podtrzymać

usiłując. Na ręku Justyny zobaczywszy czerwoną szramę zapytał, czy pochodzi ona od

sierpa, a otrzymawszy twierdzącą odpowiedź, długo, dziwnie migocącymi oczami na nią

popatrzył.

— Ciężka praca! A? Chociaż to wszystko od uzwyczajenia²⁶⁰ zależy. Nie wiem ja tylko i wątpliwości mam co do tego, czy osoba tak pięknie na fortepianie grająca do takich

grubych robót uzwyczaić się może.

Opowiedział, że nieraz idąc wybrzeżem rzeki albo przeprawiając się na jej drugą stronę,

słyszał ją wspólnie z ojcem grającą.

²⁵⁸ am a — urządzenie do gotowania wody i przyrządzania herbaty.

²⁵⁹ m n — rozmowny.

²⁶⁰

a enie — przyzwyczajenie.

Nad Niemnem



— Słodka muzyka — uśmiechnął się — uszy głaszcze i serce przenika. To jest prawda,

ale druga znów prawda, że tak prawie po całych dniach w instrument stukać to może i nie

mniejsza fatyga, jak pleć albo żąć…

Na podwórku rozległo się ryczenie krów; dziewczęta zerwały się z siedzeń i pośpiesznie

naczynia ze stołu sprzątać zaczęły; potem Elżusia nie ukazała się już więcej, a Antolkę

widać było z dojnicą²⁶¹ w ręku prędko przez sień na dziedziniec wybiegającą. Słońce zaszło już było od pół godziny; świetlicę napełnił szarawy zmrok. Jan małą lampę na komodzie

zapalił i stryjowi oznajmił, że idzie najrzeć, czy parobek dobrze w nieobecności jego bydła

i koni dopatrzył. Anzelm i Justyna zostali we dwoje.

Niespodzianie dla Anzelma i może dla samej siebie Justyna z krzesła swego zsunęła

się na zydel i ku staremu pochylona, ustami do ramienia jego przylgnęła.

Nie zdziwił się bardzo, tylko zrazu, jakby przelękniony, w tył nieco uchylić się i kapotą

otulić się spróbował.

— Nowina! — wyszeptał. — No… no… wina!

Ale ona z czoła i ramion wilgotne jeszcze włosy swe odgarniając i z wyrazem pieszczoty

oczy ku niemu wznosząc, z cicha mówiła:

— Wiem, stryjku, wszystko, wszystko wiem…

— A skąd? Kto mówił? Pewno już Janek językiem nasiekł… Nic ja w tym złego nie

widzę, bo jeżeli pani jest tak łaskawa, że z nim w przyjaźni chce pozostawać, to i nie

powinien mieć żadnych przed panią skrytości.

Potrząsł głową.

— Ale żeby ktokolwiek, choćby i on, wszystko to wiedzieć i przeniknąć mógł, o tym

Wiedza

wątpię… Głęboko trzeba kopać, aby wodę znaleźć, a tym bardziej człowieka, żebyś nie

wiedzieć wiele lat z nim przebywał, jeszcze wszystkich skrytości jego nie rozpoznasz…

Ze wzrokiem kędyś daleko za otwarte okno puszczonym mówił dalej:

— Wszelako zdarza się na świecie. U Boga i mucha, kiedy każe, żołnierzem musi

Historia, Powstanie,

Pozycja społeczna

być. Mały ja człowiek jestem, ale na wielkie rzeczy w młodości swojej patrzałem i w nich

maleńki udziałek wziąłem, a z tego i całe późniejsze życie moje wyciekło. Korczyn! Oj!

Mucha

I domyśleć się teraz nie można, jakie tam wtenczas rozlegały się mowy i postępki… Zdaje

się, że wszystko, co ludziom Pan Bóg dał dobrego, poruszyło się wtenczas i zagadało.

Brat obejmował brata, nie zważając na to, czy bogatego albo ubogiego obejmuje, rozum-

ni głupim drogi pokazywali. A przed wszystkimi jeden cel świecił. Nas do tej festyny²⁶²

nie tylko dopuszczono, ale i zapraszano, żądając, abyśmy życie narażali, ale tym, co go

nie utracą, takie rzeczy pokazując, że aby je dostać, każdy chętliwie głowę pod niebez-

pieczeństwa podstawiał… Wiele bym ja mógł w tej materii mówić i opowiadać, ale…

Długo wstrząsał głową, na parę gwiazd przez gałęzie sapieżanki przebłyskujących pa-

trząc.

— Senne widowiska… czasowe mary…

Justyna, blisko do niego przysunięta, z jedną ręką pieszczotliwym ruchem na jego

ramieniu złożoną a na drugiej twarz swą opierając, w milczeniu słuchała mowy jego po-

wolnej, częstymi milczeniami przerywanej, w części tylko zwróconej ku niej a daleko

więcej do półgłosem smutnych myśli i wspomnień podobnej.

— W książce jednej wyczytałem… „Jak muchy padną w boju syny ludzkie…” A w dru-

Kondycja ludzka

gim miejscu tej samej książki, czy może jakiej inszej, napisano: „Jak glina w ręku garnca-

rza, tak ludzie w ręku Stwórcy”. Taka to już być musi kondycja nasza, ale serce człowieka

podczas za słabe bywa, żeby ją cierpliwie i pokornie przenieść. Widać za mało cierpliwy

i pokorny byłem, bo kiedy już te rzeczy obróciły się na złą stronę i zaćma²⁶³ nieprzeniknio-na świat ogarnęła, zacząłem doświadczać nieścierpliwego żalu i gniewu, sam nie wiedząc

nawet, przeciw czemu i przeciw komu ten gniew obrócić. Odżałować tego, co przeminęło,

nie mogłem, ani też przywyknąć znów do zwyczajnego życia, od którego jakby na skrzy-

dłach mnie odniosło. Co dawniej miłe było — obrzydło; co bawiło i radowało — wydało

się samą marnością. Pójdę, bywało, z pługiem w pole i tylko wspominam, co w tamtych

złotnych dniach widziałem i słyszałem; twarze różne, postępki, sprzeczki i zdania wspo-

minam i z pamięci swojej umyślnie je wybieram, podobnie jak skąpiec dukaty ze skrzyni

²⁶¹ d ni a — naczynie na mleko.

²⁶² e na, właśc: e n — uroczystość. Mowa tu o okresie przygotowań do powstania styczniowego.

²⁶³ a ma (gwar.) — zaćmienie.

Nad Niemnem



wybiera, oglądając je i lubując się nimi. Tak czasem pośród mgły wiosennej i pół dnia na

polu przy pługu przestoję o robocie, do której wprzódy chętliwy i zdatny byłem, zapo-

minając. Albo zimową porą do wesołej jakiej świetlicy, bywało, wejdę i patrzę, jak ludzie

rychło o wszystkim zapominający śpiewają, weselą się, tańczą. „Czy oni powariowali?”

— myślę sobie, słupem niemym i nieruchliwym w kącie stojąc, a im więcej oni wese-

lą się, tym widoczniej przed oczami staje mnie ta polana leśna z tym swoim smętnym

pagórkiem i śniegiem, co na nią w ciemności nocnej białymi płatami pada. Co nowy

taniec zagrają, to ja zaszepczę: „Wieczne odpoczywanie racz im dać, Panie!” Co nową

pieśnię kto zawiedzie, to ja znów: „Wieczne odpoczywanie!” Co głośniejszym śmiechem

kto wybuchnie, w mojej głowie rozlega się: „Wieczne odpoczywanie!” Na weselących się

ręką machnę i do chaty pod śniegiem padającym idę, a w chacie… Chryste!… Miejsce

po bracie jedynym już i zastygło, żonka jego już po drugich weselnych godach, tylko

sierotka mały mnie spotyka i tuli się do opiekuna jedynego, który mu na tym świecie

pozostał…

W drzwiach bokówki ozwał się szelest; Jan stał na progu, plecami o drzwi oparty,

z ramionami na piersi skrzyżowanymi. W cieniu postać jego rysowała się w liniach pro-

stych i wyniosłych. Cała świetlica pogrążona była w cieniu, bo mała lampa na olchowej

komodzie stojąca słabe rzucała światło i tylko wąski jej promień spływał na ciemną kapo-

tę Anzelma i na połyskliwe, rozpuszczone włosy Justyny. Po długim milczeniu Anzelm

półgłosem i powoli znów mówić zaczął:

— Każdemu jednakże stworzeniu dany jest zmysł ratowania się i od ostatniej zguby

ubiegania. Tak i ja w jednym miejscu ratunek dla siebie postrzegając, do niego się udałem.

Małżeństwo, Miłość,

Pozycja społeczna

Nie było mnie wtenczas więcej nad lat trzydzieści, nie dziwno tedy, że kochanie tyle pra-

wie dla mnie znaczyło, co życie i szczęście. Widać, że przeznaczonym było, aby wszystkie

miody i trucizny z Korczyna na mnie ściekły, bo tam mnie objawiły się te widowiska sen-

ne, po których pocieszyć się nie mogłem, i tam też gwiazda kochania mego zaświeciła.

Może niejeden powie, że moja nadzieja nierozsądna była i że za wysoko odważyłem się

spojrzeć, ale ja tak wtenczas nie myślałem. Wszak już mało nie dwa tysiące lat temu Pan

Jezus równość po świecie ogłaszał i dużo o niej gadania w tym samym Korczynie słysza-

łem. Choć ta panna do pańskiej familii należała, ale ja też od niewolników rodu swego

nie wiodłem, a choć ubogi, żonie i dzieciom kawałek chleba dać mogłem, nie gorszy mo-

że od tego, który w te czasy niektórzy panowie jadać zaczynali, a może i spokojniejszy,

pewniejszy. Do tego, choć z pańskiej familii ona pochodziła, niewielka z niej była pani…

niewielka! Cudze suknie na grzbiecie nosiła, wszystkiego od łaski krewnych wyglądając.

Czemuż by jej, zdaje się, własnego domu, choć niskiego, i własnej woli przy mężu ko-

chanym i kochającym nie chcieć? Wzajemność zaś wiedziałem, że mam… wiedziałem.

Nie na ślepego przecież patrzała ona swymi takimi ognistymi oczami i nie głuchemu

takie rzeczy niejeden raz mówiła, które o wzajemności upewniają. Posunąłem się tedy…

i odprawiony zostałem. Nie chciała. Nie można nawet powiedzieć, aby jej familia wielkie

przeszkody stawiła. Pewno, że były tam ze strony krewnych perswazje, może i pośmiewi-

ska, ale od ołtarza nikt by gwałtem jej nie odciągał. Sama nie chciała. I widzieć się ze mną

nie chciała, aż ją raz w ogrodzie dopilnowałem i za rękę chwyciwszy, o przyczyny tego

despektu, który mnie od niej spotykał, zapytałem. Powiedziała przyczyny takie, że tylko

na nie plunąć było warto. Perswadować chciałem i przekonywać, ale wyrwała się mnie

i uciekła. Z płaczem ode mnie uciekła. I sama desperowała, a jednakowoż nie chciała…

nie chciała…

Od tej pory zaczął się najgorszy czas jego życia. Tylko co był świadkiem przeraźliwej

zawodności ludzkich walk i nadziei, teraz poznał zmienność ludzkiego serca. Wszystko

wydało mu się niepewne, nietrwałe, marne.

— Taka mnie ogarnęła zwątpiałość, że wszystko, na co tylko pojrzałem, okazywało

mi się w postaci znikomej mary. Dziś jest, myślałem sobie, a jutro rozwieje się i zniknie.

Posłyszałem raz, jak ksiądz w kościele mówił: „Z ziemiśmy poszli i w ziemię przemienić

się mamy”, i te słowa nigdy już z głowy mojej nie wychodziły. Gorzej od wszystkiego

zwątpiałość ta mnie gniotła, bo żadnej już chęci i żadnego zamiaru do serca nie dopusz-

czała. Kiedy jeszcze cokolwiek robiłem, to tylko o tym biednym sierotce myśląc, żeby

przy mnie z głodu nie zdechł, a dla siebie to bym już i palcem nie kiwnął, bo ciągle mnie

na myśli stało: „Na co? Dla jakiej przyczyny o marność i doczesność dbać?” Przed Bogiem

Nad Niemnem



się upokarzałem, ale już tylko o zlitowanie dla nieśmiertelnej duszy swojej prosząc, o to

zaś, co mnie w tym życiu spotka, bynajmniej nie dbałem, pewnym będąc, że wszystko na

zawsze utraciłem, a gdybym znów nabył, zaraz bym znów utracił…

Jednak zbyt młodym był może i zbyt proste, zdrowe dotąd życie prowadził, aby w tym

zwątpieniu o trwałości i wartości rzeczy ziemskich zastygnąć mógł i zmartwieć. Owszem,

tęsknota za lepszymi dniami i żal po ukochanej kobiecie dręczyły go ciągle.

— Nie zaskórną, ale głęboko w sercu zasadzoną tęskliwość i boleść czułem. Gdyby

Łzy, Szaleństwo,

Samobójstwo, Modlitwa

człowiek mógł łzami do grobu ściec, już bym wtenczas ściekł pewno. Samego siebie lękać

się zacząłem, myśląc, że zwariuję albo nieprzyrodzoną śmiercią zginę; bo mi też już gałęzie

drzew i głębokości Niemna po głowie chodziły. Wstyd mnie zdejmował, że mocy nijakiej

nad sobą mieć nie mogłem, i Pana Boga na pomoc wzywałem, i niedobrowolnie łzy ciekły

mnie z oczu. Którego dnia dźwignę się już z myśli ponurych i samego siebie nauczam: „Siły

do kupy ściśnij, na biedę oczy zmruż i rzuć ją pod nogi, a pocieszenia sobie jakiego szukaj,

ażeby woli boskiej nie sprzeciwiać się i marnie nie ginąć”. Zdaje się, że już i wyperswaduję sobie, desperację odpędzę i dzień, drugi jak wszyscy ludzie przeżyję. Nie, do życia ochota

nie bierze i choć tak pracuję, że aż cały oblewam się potem, najmniejszym czasem o miłych

nadziejach utraconych i o marności wszystkiego myślę. Raz już nawet zaswatałem się

do panny jednej i sam pojechałem do niej. Jadąc myślałem: „Ożenię się i kwita! Chatę

Choroba, Ciało, Dusza

zaludnię, rozweselę się i odżyję”. Ale kiedym przyjechał i na pannę spojrzał: nie! Szpetna

ona nie była ani głupia i to mi też tajnym nie było, że miłym okiem na mnie patrzała.

Nie i nie! Tamta przed oczami stoi, a przy tym do czego inszego już uzwyczajony, co

inszego poznawszy i pojąwszy, ani w jej mowie, ani w obchodzeniu się, ani w zamiarach,

które objawiała, smaku żadnego znaleźć nie mogłem. Dużałem się²⁶⁴ tak z samym sobą, jak pływacz z wodą, lat może ze trzy, a smętek zdrowia ubierał i czarne myśli siłę zjadały,

aż bezsilny i z jakimiś dziwnymi, przechodzącymi i znów powracającymi boleściami na

łoże padłem, dziewięć lat potem przez tę chorobę gnieciony, której doktorowie rady dać

nie mogli i hipokondrią ją nazywali…

Znaczenia nazwy tej nie rozumiał, ale wytłumaczył mu ją jeden z lekarzy powiadając,

że choroba to jest więcej duszna aniżeli cielesna i że ją też duszne lekarstwa więcej niżeli cielesne ukrócić mogą. Zapewne tym dusznym lekarstwem była wielka chęć pomożenia

synowcowi w dźwignięciu się z ruiny i biedy, a także pociecha, którą mu sprawiał widok

dorastającego sieroty po bracie. Dziewczynka też, którą Jan naparł się wziąć od matki,

mileńka była, wesoleńka i zawczasu już porządek w chacie robić zaczęła, a i bratowa, choć

płocha i w romansach niepowściągniona, dzieci swoje często nawiedzała i jego doglądała,

wesołą swoją gadatliwością babską śmiesząc czasem i rozrywając.

— U Boga i ubity, kiedy każe, drugi raz ożyć może. I ja też wskrzesłem²⁶⁵, choć niezupełnie… niezupełnie, bo mnie zdaje się, że u ludzi wiele czujących i raz już nadmiar

zasmęconych nie tylko na ciele, ale i na duszy robią się takie zmarszczki, które nigdy

zupełnie nie znikną. Tak i ja do tej pory nie mogę już ze wszystkim do zwyczajnego

życia powrócić. Ruchliwości wszelakiej, hałasów, tłumliwych gadań ubiegam²⁶⁶, bo śród nich prawie bezprzytomnym się staję. Każdej nieznajomej twarzy ludzkiej najpierw zlęknę

się zawsze, nim pokonawszy siebie przybliżyć się do niej zdołam. Podczas i boleści mnie

napadają: cielesne i duszne. Od zaziębienia, by najmniejszego, w głowie łamania i bólu

doświadczam, a kiedy w starych przypomnieniach i zgryzotach pomimo woli utopię się

pamięcią, dwa i trzy dni jak martwy leżę, niczyjego widoku znieść nie mogąc i samego

siebie prawie nie czując. Ale o to wszystko bynajmniej. Nieduże to dolegliwości i cierpliwie je przenieść można, spokojność i niejedną przyczynę do uciechy mając…

Cieszyło go teraz wiele rzeczy: domek na miejsce starego i prawie już walącego się

Dom

zbudowany; sad, który własnymi rękami założył; pasieka, którą Jan umiejętnie prowadził

i powiększył; dorodny i szanujący go chłopak; łagodna i gospodarna dziewczyna; dobrze

przez oboje prowadzone gospodarstwo; zresztą, słońce jasne, kwiaty pachnące, jaskółki

gnieżdżące się pod okapem, cichość i spokojność panujące w zagrodzie, w tej samej za-

grodzie, w której żyli dziady i przeddziady²⁶⁷ jego, a on sam urodził się, wyrósł i postarzał, ²⁶⁴ d a i a. d a i (gwar.) — mocować się, pasować się.

²⁶⁵

e n

— zmartwychwstać; tu w znaczeniu przenośnym.

²⁶⁶ ie a (gwar.) — unikać, omijać.

²⁶⁷

ed iad — prawdziad.

Nad Niemnem



więc nie tylko każdy kącik i każde drzewko, ale każdą jej trawkę i prawie każde ziarnko

piasku znał, prawie w przyjaźni i poufałości z nimi żyjąc.

— Te wiatry okrutne, które mnie drogę życia zabiegły, przeszumiały, przeleciały i da-

Ojciec, Syn

leko już znajdują się ode mnie. Więcej ja teraz dobrych godzin przepędzam niżeli złych

i o to już tylko ubijam się przed Bogiem, aby Jankowi szczęśliwą dolę zesłał. Nic też

nigdy przeciw jego sercu i żądaniu nie uczynię, a choćbym sam kiedy cokolwiek inszego

myślał i żądał, jego myślom i żądaniom w poprzek nie stanę, owszem, dopomóc w nich

postaram się z całej swojej siły i możności. Nie wróg ja jemu, aby mu w czym przeszko-

dy stawić lub go do czego przymuszać, ale przyrodzony zastępca ojca i jak ociec niczego

oprócz tylko jego dobra i szczęścia nie żądający…

Jan szerokim krokiem przeszedł izbę, pochylił się i stryja w rękę pocałował. Potem

wstrząśnieniem głowy odrzucił z czoła opadłą na nie gęstwinę jasnych włosów.

— Bardzo już państwo zasmęcili się oboje; stryjowi to niezdrowo, a u panny Justyny

nawet i łezki w oczach widzę. Co tam tak długo rozwodzić się nad starymi czasami!

Słów tych jeszcze nie domówił, gdy pod oknami dał się słyszeć szelest kroków i słowa

dość donośnym, ale dygocącym głosem wymawiane:

— Ho, ho! Znajdę ja go! Znajdę bałamutnika²⁶⁸ tego, zwodziciela, złoczyńcę! Znajdę i ubiję!… Tak mi Boże dopomóż, że jak psa ubiję!

Drzwi świetlicy otworzyły się szeroko i naprzód wszedł przez nie trzęsący się staruszek,

z kijem w ręku, z twarzą, która ceglaną różowością odbijała od śnieżnej białości włosów

i kapoty. Trochę tylko za nim, ramieniem go podtrzymując, ukazała się wysoka, barczysta

dziewczyna, dość szczególnie wyglądająca. Na pierwszy rzut oka trudno byłoby poznać

Ciało, Strój, Uroda

w niej tę Jadwiśkę Domuntównę, która, bosa i rozczochrana, w ogromnym fartuchu niosła

przez pole zielsko dla krów, a w porze żniw żęła aż do skąpania się w strugach potu

i snopy do gumna²⁶⁹ zwożąc, z męską siłą i zręcznością kierowała parą koni. Teraz miała ona na sobie suknię z wełnianej materii tak jaskrawo szafirowej, że patrząc na nią oczy aż

mrużyć się musiały, z obcisłym stanikiem i bardzo długim ogonem, który ciągnął się za nią

w miękkich, niezgrabnych, od rosy i pyłu zabłoconych zwojach. Na głowie jej piętrzyła

się koafiura²⁷⁰ od sukni jeszcze niezwyklejsza, wysoka, kołysząca się, pomadą nasiąkła, jaskrawymi wstążkami i błyszczącymi szpilkami upstrzona. Błyszcząca, bardzo licha²⁷¹

brosza ozdabiała jej stanik, liche także, ale błyszczące kolczyki i bransolety kołysały się u jej uszu i brzęczały u rąk wielkich i czerwonych. Potężna jej kibić, która śród pola, w stroju

pracownicy wiejskiej, przypominała poetyczną i w sile swej dobroczynną Cererę, która na

drabiniastym wozie ciągniętym przez rześkie konie do pamięci przywoływała klasyczne

atletki, w tym stroju zbyt ciasnym i zbyt długim wydawała się spętana i niezgrabna;

twarz jej, pięknie szafirowymi oczami i kasztanowatymi brwiami przyozdobiona, wśród

jaskrawych barw i błyskotek uderzała grubością rysów i burakową czerwonością cery.

— Dobry wieczór… — zaczęła w progu, ale gdy spojrzenie jej upadło na stojącą obok

Jana Justynę, zdawać się mogło, że nagle oniemiała.

Stary Jakub za to, uwolniwszy się od ramienia wnuczki, dygocącym krokiem ku go-

Hańba, Mąż, Szaleniec,

Szaleństwo, Żona

spodarzowi chaty postępował srożąc się coraz bardziej.

— Gdzie Pacenko? Niech mnie pan Szymon zaraz powie, gdzie tego krzywdzicie-

la i naigrawcę mojego ukrył… a jeżeli nie powie, to jak mi Bóg miły, chatę zrewiduję

i sam znajdę… a jak znajdę, to pomstę na nim wywrę za to, że mi kobietę na całe życie

nieszczęśliwą uczynił, a mnie w a ie pogrążył…

— Znowu dziadunia Pacenką nastraszyli? — na Jadwigę patrząc zapytał Anzelm.

— A jakże! — odzyskując mowę zawołała. — Taki był dziś spokojny, grzeczny, ro-

zumny, jak już lepiej i nie potrzeba. Zjadł na kolację kwaśnego mleka i mówi: „Jadwiśka,

pójdziem sobie którego sąsiada nawiedzić”. „Może pana Szymona?” — zapytuję, bo już

wiem, że gdyby powiedzieć: pana Anzelma, zaraz obruszyłby się i powiedział: „Ja do

błaznów nie chodzę”. On zawsze myśli, że pan Anzelm młodym kawalerem jest, a go-

spodarzem w chacie nieboszczyk pan Szymon. Poszedł i pięknie, grzecznie szedł sobie,

nawet siłę dobrą mając, bo tylko troszkę opierał się na kiju; aż tu jak wyskoczą chłopcy

²⁶⁸ a am ni — mężczyzna uwodzący kobiety.

²⁶⁹ mn — stodoła.

²⁷⁰ a

a — yzura.

²⁷¹ i

— o małej wartości artystycznej.

Nad Niemnem



zza płotu, jak krzykną mu w same ucho: „Pacenko przyjechał i znów babulkę zabierze!”

Aż zatrząsł się cały, i żeby nie ja, na ziemię padłby… i już teraz nijak jego nie wstrzymać

ani wyperswadować… drze się naprzód, że i zawrócić go do chaty nie zdołałam…

Stary tymczasem kijem wywijając i groźnie pokrzykując, z kąta do kąta dreptał, we

wszystkie pilnie zaglądając, ciemną bokówkę nawet obejrzał i do świetlicy wróciwszy,

pod wielką kanapą kijem czas jakiś wodził, aż do pieca przydreptał i chciał zajrzeć w znaj-

dujące się pod nim małe sklepienia. Ale usiłując pochylić się do samej ziemi, równowagę

stracił i całym ciężarem swego wyschłego, lecz kościstego ciała na podłogę runął. Naj-

bliżej upadającego znajdująca się Justyna najprędzej znalazła się przy nim i pochylona,

już zręcznym ruchem głowę jego podnosiła, gdy rubasznym i wyraźnie rozgniewanym

ramieniem odtrąconą się uczuła.

— Za pozwoleniem, proszę dziadunia mego nie ruszać… już ja sama dam rady…

już co się tyczy dziadunia, to on pewno do mnie należy… — prędko i plączącym się ze

wzruszenia językiem zagadała Domuntówna.

Jednocześnie z ostrożnością, lecz i niepospolitą siłą dziadka z ziemi podniosła, popę-

dliwym gestem usuwając Jana, który jej chciał przyjść z pomocą.

— Niech pan Jakub uspokoi się — przemówił Anzelm — Pacenki nie ma; ani tu,

ani nigdzie nie ma, bo on już dawno z tym światem rozstał się.

— Nie ma? — na kiju wspierając się i jeszcze cały drżący zapytał starzec — czy

doprawdy nie ma? czy słowo honoru?

— Słowo honoru! — uroczyście przemówił Anzelm. — Ot, niechaj pan Jakub spo-

kojnie sobie usiędzie i grzecznie z nami pogada…

W tej samej chwili Jan do Justyny szeptał:

— Nadmiar bym chciał, żeby on przy pani opowiedział jedną historię o dwunastym

roku… która zdarzyła się z jego bratem, kiedy tu Francuzi byli… On dużo ciekawych

historii pamięta…

Anzelm szept synowca może usłyszał, może też wiedział, czym najłatwiej starca zu-

pełnie już uspokoić można, bo posuwając ku niemu krzesło przemówił:

— Proszę usieść, bardzo proszę. Ciekawość mnie bierze, czy też pan Jakub pamięta

Historia, Pamięć

jeszcze tę historię, co bratu Franciszku wydarzyła się w dwunastym roku… czy może już

o niej i zapomniał!

Na pomarszczoną, ceglastoróżową twarz starca spłynęła taka sama łuna odradzającej się

i rozczulonej pamięci, jak wtedy, kiedy mu Anzelm wspomniał o grobowcu Jana i Cecylii.

Zdawać by się nawet mogło, że nogi jego nabrały nagle większej mocy i skrzepiło się całe

ciało, bo nie zważając na podawane sobie krzesło wyprostował się, obie ręce na kiju wsparł,

czoło podniósł, ku sufitowi spojrzał.

— A jakże — zaczął — a jakże! Pamiętam… ho, ho! Jakby to wczoraj zdarzyło się…

Najstarszy był… pięciu nas było… ja najmłodszy, a Franuś najstarszy… może mnie dzie-

sięć lat było, a jemu dwadzieścia, kiedy go pan Dominik Korczyński, pana Stanisława,

teraźniejszego dziedzica Korczyna ociec, do legionów zwerbował… przy Napoleonie oby-

dwa wojować poszli… Z pana Dominika dobry był kamrat²⁷²… dobry… ja o tym wiem…

bo prawie we trzydzieści lat potem i sam z nim na wojnę chodziłem… Nad Franusiem

naszym, starszym będąc, opiekę rozciągał, i przez listy my o jego powodzeniach i pro-

mocjach wiedzieli… Aż tu dwunasty rok przyszedł… Francuzi idą! Ociec mówi: „Pewno

i Franuś nasz z nimi idzie”. A matka głową kiwa i odpowiada: „Pewno idzie! Może i do

nas zajdzie! Może my jego jeszcze raz przed śmiercią obaczymy!…” „Może i obaczymy”

— mówi ociec… Czekali jego, spodziewali się… Matka najmniejszym czasem w pole,

na drogę wychodziła, a my, młodsze bracia, tylko co oczu nie powyślepiali, brata oficera

wyglądając.

Gdy stary to mówił, Jadwiga nie spuszczała z Justyny oczu, które coraz więcej zapalały

Zazdrość

się i roziskrzały. Nie dosłyszała tego, co Jan do niej przed chwilą szepnął, ale spostrzegła dobrze, że kiedy się nachylił ku niej, na ustach miał taki uśmiech, jakiego ona nie wi-

działa u niego nigdy, a ciągle patrzał na jej rozpuszczone włosy; zdawać się mogło, że po

prostu oczu od nich oderwać nie mógł. Justyna zaś słuchała go ze wzniesionym ku nie-

mu wzrokiem, z którego biły promienie cichej, jakby nieśmiałej radości. Z trochę jeszcze

²⁷² am a — towarzysz.

Nad Niemnem



dygocącym, ale coraz wzmagającym się i czystszym głosem opowiadającego starca złączył

się gruby szept jego wnuczki. Zdawać się mogło, iż szeptem mówiła dlatego, że trudno

jej było wydobyć głosu ze wzburzonej piersi lub też że sama lękała się tego, co mówiła.

— Aaaa! — nie spuszczając wzroku z Justyny zadziwiła się — czy to teraz taka moda

Kobieta

przyszła, żeby rozpuszczone włosy nosić?… Aaaa! rychło może i taka nadejdzie, żeby panny

i gołe albo w jednych koszulach chodziły!

Justyna w opowiadanie starca wsłuchana, może złośliwych słów dziewczyny nie sły-

szała, a może też udawała, że ich nie słyszy… Jan na mówiącą gniewne spojrzenie rzucił,

ale przygryzłszy wargę i ramiona u piersi krzyżując, milcząc plecami ku niej się zwrócił.

Starzec prawił dalej:

— Tak my w zaciszku naszym siedząc, wędrownika z dalekich stron po drogach

Matka, Syn, Trup, Zima,

Żołnierz

wypatrywali, aż zima naszła, taka okrutna, jakiej nigdy za ludzkiej pamięci nie bywało.

Ludzi ledwie kiedy z chaty wychodzących zamrozie po rękach i nogach opadały, a pod-

czas z wielkiego chłodu prawie tchu odwieść nie było można. Śnieg też często sypiąc płoty

zasypywał i góry albo, zdaje się, kościoły na polu wystawiał. Jednego razu, samym ran-

kiem, zawołał nas ociec, żeby my czegoś szli za nim w pole… już i nie pamiętam czego…

Przez całą noc zawierucha była taka, że o dwa kroki domu albo drzewa byś nie rozpoznał.

Śniegu moc nasypało. Idziem my w kożuchach przez ogród w śniegu brnąc, aż na końcu

ogrodu ukazuje się nam cościś czarnego, stojącego… ni to goły pień z nagła wyrosły tam,

gdzie go wprzód nie było, ni to drzewniana figura, do płotu plecami przyparta. „A co tam

takiego stoi?” — mówi ociec. „Nie wiemy” — odpowiadamy. A matka za nami idąca, nie

wiadomo na co, ot tak, przez to chyba, że już ją ciągiem niespokojność jakaściś w pole

i na drogi parła, powiada: „Może to, nie daj Boże, człowiek zmarznięty!” Wszyscy my

poszli prędzej, tak że matka nie zdążywszy iść razem z nami, w tyle ostała. Przyszli my

w te miejsce, pojrzeli i tylko co ze strachu na ziemię nie popadali. „Toż to człowiek!” —

krzyknął do nas ociec. A ja, choć najmłodszy, ale najśmielszy, przyskoczył i z bliskości

na tego człowieka popatrzywszy takoż krzyknął: „Oficer, tatku, oficer!” Mundur na sobie

ten zmarznięty człowiek miał cały w dziurach, a czy obuty był, tego i widzieć nie można

było, bo śniegu nasypało się jemu aż po kolana i od kolan dopiero wyrastał on z tego

śniegu, zupełnie jak drzewniany, plecami do płotu przyparty, żółty na twarzy gdyby wosk

i tylko długie wąsy blond na brodę mu spadały, a oczy były jak w głowę wstawione szyby.

Jedną rękę miał opuszczoną, a drugą bułkę w ściśniętej garści przy gębie trzymał. Od razu

już my domyślili się, że uchrony od zamieci i chłodu szukając, po polu wędrował, nigdzie

nie trafił, bułkę, co ją pewno w kieszeni miał, z głodu gryźć począł, i tak go śmierć od

mrozu pod samym płotem naszej chaty schwyciła. Stoim my, patrzym, dziwujem się,

ociec żegnać się świętym krzyżem począł, aż tu i matka nadchodzi. W śniegu brnęła, ale

szła; cościś ją do tego miejsca parło… Przyszła, spojrzała, rękami klasnęła i okropnym

głosem wykrzyknąwszy: „Jezus, Maria! Toż to Franuś!” na śnieg padła… Podtenczas²⁷³

i my wszyscy rozpoznali, kim ten zmarznięty oficer był…

Prawie jednocześnie, gdy stary słów tych domawiał, na uboczu nieco stojąca dziew-

czyna głośniej już jak wprzódy i z większym rozjątrzeniem zaszeptała:

— Wielka rzecz! Każden, żeby tak włosy swoje rozpuścił, pokazałby, że ich niemało

Kobieta, Pozycja społeczna,

Uroda, Zazdrość

ma… ale nam, prostym dziewczętom, wstydno byłoby tak chodzić!… Oj, oj, włosów dużo,

aby rozumu tyle!

Jan prędko teraz ku niej przystąpił.

— Niech panna Jadwiga żadnych przytyków nikomu w chacie naszej nie robi, ja pannę

Jadwigę pięknie o to proszę — cicho, ale z czołem poprzeczną zmarszczką przerzniętym

zaszeptał.

— To i co, że pan Jan mnie prosi? — z iskrzącymi się oczami odszepnęła. — Mo-

że kiedyściś prośba pana Jana i miała dla mnie walor jaki… ale teraz to już widzę, że

trzeba mnie zawczasu na ubocz schodzić, aby, broń Boże, pan Jan, z wielkimi paniami

przestawając, mnie za swoją poddankę nie poczytał…

Posrebrzane, pozłacane i paciorkowe bransolety dzwoniły u jej czerwonych rąk, któ-

re gwałtownymi ruchami splatała i rozplatała; we wzburzonym jej głosie zadrżały i na

kasztanowatych rzęsach zawisły łzy.

²⁷³ d en a — wówczas.

Nad Niemnem



— Dla jakiej przyczyny panna Jadwiga tak złości się i alteruje²⁷⁴? A czy panna Jadwiga wie, że złość piękności szkodzi? — z trochą szyderstwa sprzeciwiał się Jan.

Stary Jakub z wyrazem grozy na podniesionym czole, ze wzniesionym w górę żółtym

jak wosk palcem mówił jeszcze:

— Takim sposobem on do swego rodzinnego zaciszka powrócił i jak wartownik nie-

poruszony u wrót rodzicielskich stanął… Tak już jego, w drzewnianą figurę przemienio-

nego, my wszyscy z ojcem na rękach swoich do chaty wnieśli a matka na tapczanie przy

nim położywszy się jak wilczyca wyła…

Do rozgniewanej wilczycy podobną była dziewczyna, która w tej chwili starca ramie-

niem objęła i usiłując ku drzwiom go zawrócić mówiła:

— Chodźmy stąd, dziaduniu, no! Chodźmy! Dość my już tu pobyli i miłych słów

Gniew

nasłuchali się… Tutaj nasza kompania niepotrzebna… Na co nam w oczy leźć… gar-

dzicielom, co wcale inszej przyjaźni i sławy żądają? Znajomych nam, chwała Bogu, nie

zabraknie…

Policzki jej i nawet czoło zachodziły sinym prawie rumieńcem, z oczu sypały się iskry.

Dziadka, który w chwilach przytomności posłuszny był jej jak dziecko, ku drzwiom upro-

wadzając, jeszcze mówiła:

— Jedno wschodzi, drugie zachodzi! Nas już tu nie potrzebują. Tu już dobre przy

lepszym staniało. To i chwała Bogu! Owszem! Aby tylko wszyscy na tym handlu dobrze

wyszli, bo wiadoma rzecz, że kto wiele ściga, mało dogoni. Dobranoc państwu! Zdrowia

i dobrego weselenia się życzymy!

I gniew nieposkromiony, i ambitna obraza, i łkania z całej siły tłumione odzywały się

w jej głosie. Dziadka do sieni wysunęła, flakowaty i zabłocony ogon sukni dla łatwiej-

szego przejścia przez próg w garść zebrała i z głośnym stukiem drzwi za sobą i dziadkiem

zamknęła.

Po wyjściu tych dwojga ludzi pozostali przez parę minut nie mówili nic. Jan pierwszy

śmiechem parsknął.

— Ot, języczna! — zawołał. — No, ależ zła! Ja i nie spodziewał się nawet, żeby aż

taka była! Może komu taka szparkość i języczność upodobać się może, ale już mnie to —

bynajmniej!

Anzelm nie zapytywał o nic i żadnej uwagi synowcowi nie uczynił. Widać było jed-

nak, że zmarkotniał, nad czymś zastanawiał się i czegoś żałował. Ale Jan po wybuchnięciu

śmiechem trochę zmieszany do ciemnej bokówki wyszedł, a wkrótce raźnie już do świe-

tlicy wracając zawołał:

— Może panna Justyna chce z bliska popatrzeć, jaka zaraz na Niemnie śliczna ilu-

minacja będzie?

— Jacicę²⁷⁵ łapią? — zapytał Anzelm.

— A jakże! Tylko co z ogniami wypływać zaczęli…

— Już mnie i do domu pora! — wstając rzekła Justyna.

Kobieta, Mężczyzna,

Obyczaje

— Ja panią odprowadzę, bo na dworze zupełnie ciemno…

— Pójdę z państwem i ja — powoli wymówił Anzelm; powoli z zydla wstał i An-

tolce, która z dzbankiem pełnym mleka do świetlicy weszła, powiedział, aby mu czapkę

z bokówki przyniosła.

— Stryjka spacer po nocy sfatyguje²⁷⁶ — zauważył Jan.

— Nie bój się. Choć i po nocy, kiedy zechcę, jeszcze prędzej od ciebie iść potrafię —

zażartował Anzelm.

W świetlicy zrobiło się trochę ruchu. Za Antolką wszedł Michał w kanarkowym

ubraniu swym, uświetnionym jeszcze z powodu niedzieli szafirowym, w kształcie mo-

tyla związanym krawatem. Nie dokazywał jak wczoraj, ale owszem, z powagą ukłonił

się i wszystkim: „Dobry wieczór państwu!” powiedziawszy, z jedną ręką u zaostrzonego

wąsika, a drugą na kłębie złożoną w kącie izby stanął i ciekawie na Justynę patrzał.

Antolka z dzbanka do szklanki ciepłe jeszcze mleko nalewała.

— Może Justynka świeżego mleka wypije? proszę, bardzo proszę! — zapraszała.

²⁷⁴ a e

a i — martwić się.

²⁷⁵ a i a — owad wodny, uważany przez rybaków za świetną przynętę.

²⁷⁶ a

a — zmęczyć.

Nad Niemnem



Anzelm swoją wielką baranią czapkę na głowę kładnąc, powolnym szeptem do sy-

nowca mówił:

— Czy sfatyguję się, czy nie, a żeby panna z twojej przyczyny na ludzkie języki padła,

nie przystanę. Już niedobrze, że na Mogiłę popłynąć nie mogłem, a nocne spacery we

dwoje odbywać i jej za dobroć złością płacić nijak nie wypada…

Jan objął go nagle, okręcił się z nim w kółko i z głośnym śmiechem w oba policzki

go pocałował.

— Każdy młody głupi! — otulając się kapotą i trochę na synowca rozgniewany sarknął

Anzelm.

Wieczór był ciemny, bo strzępiaste, wieloramienne, do rozwiewających się dymów

podobne obłoki tu i ówdzie zasłaniały niebo i gwiazdy.

— Jeżeli pani chce dobrze widzieć, to trzeba aż pod topolę zejść — ozwał się Jan.

Justyna prędko zbiegła; Jan stryjowi zstępować z góry pomagał.

Spod topoli widać było długi szlak Niemna, z jednej strony, naprzeciw Korczyń-

Motyl , Polowanie, Rzeka

skiego dworu, za wysoki brzeg skręcający, z drugiej niknący w przestrzeni za dalekimi

piaskami. Justyna czwarty już raz dnia tego widziała go w coraz innej postaci. Naprzód

ciężkimi chmurami podszyty, a z powierzchnią wybuchającą promienistymi ogniskami

świateł i skrzydłami jaskółek muskaną; potem wzburzony, ponury, wzdęte fale i białe

piany toczący, z wlokącymi się w deszczowej zawiei żółtymi płytami i chyżo mknącym

stadem czarnych czółen; potem jeszcze, po burzy, najczystszym błękitem i złotem pły-

nący, w złote dymy ubrany, z poważnym nad sobą chórem śnieżnych wron morskich

i płochliwą gromadką atłasowych rybitw; teraz, pozornie nieruchomy, słał się on w dole

wstęgą na dwie podłużne połowy przeciętą: głęboko czarną pod długim cieniem boru,

a z drugiej strony ciemnostalową. W tym pasie roztopionej stali nie błyskały odbicia

gwiazd dymnymi, strzępiastymi obłokami przysłanianych, w zamian ślizgały się po nim

blade połyski i wypływać nań poczęły czerwone, jaskrawe, z daleka kształt okrągły ma-

jące ognie. Spod stóp wysokiej góry wysuwały się one na punktach różnych, aż z rzadka

uszykowanym szeregiem rzekę usiały. Gdy płynąć zaczęły, rozpoznać można było, że były

to płomienie rozniecone na drobnych czółnach i przez siedzących przy nich ludzi wciąż

podsycane. Było ich ze dwadzieścia. W głębokim dole, po nieruchomej z pozoru rzece

płynęły bardzo powoli, powoli też ich odbicia kołysały się w ciemnej toni, a w blasku

ich zaczerwienione profile ludzkich postaci i twarzy z wypukłością rzeźby i zarazem wid-

mową tajemniczością odrzynały się od ciemnego tła przestrzeni. Lecz najdziwniejszym

i prawie fantastycznie wyglądającym zjawiskiem była jakaś mgła gęsta, która niepojętym

mnóstwem drobnych, jakby śniegowych płatków osypywała czółna i siedzących w nich

ludzi, często blask ogni kulami niby białej pary przyćmiewając. W powietrzu jej nie było,

nie było też na przestrzeniach rozdzielających czółna; nie wiedzieć skąd się brała. Jednak

wkrótce widoczne się stawało, że składały ją niezliczone roje śnieżnych, malutkich mo-

tyli, które na skrzydłach z krepy jakby utkanych wylatywały z wody. Może było ich tyle,

ile ziaren piasku na dnie Niemna, w którego głębiach zrodzone opuszczały swój żywioł

rodzinny, z żądzą niepowściągnioną i nieścignioną chyżością w blask i upał płomieni wpa-

dając. Podstępni rybacy z żywymi ruchami ramion cicho, szybko zgarniali do worów tę

skrzydlatą zamieć, która ich głowy, odzież, czółna okrywała białością śniegu.

Cicho, bardzo powoli, bez najlżejszego odgłosu, który by trwożliwe stworzenia wod-

Cisza

ne spłoszyć mógł i odstręczyć, nawet bez plusku wioseł, czerwone ognie i siedzące przy

nich zaczerwienione profile ludzkie płynęły z dala od siebie w ciemnej przestrzeni po

ciemnym szlaku rzeki, aż całą jego widzialną długość zajęły. Cicho było wszędzie: pod

niebem, w powietrzu, na ziemi i na wodzie; tylko w górze, kędyś nad drzewami, wyso-

ko wzbite i w ciemności niewidzialne, brzęczały roje nadniemeńskich muszek. Było to

brzęczenie nieustanne, monotonne, metaliczne; zdawać się mogło, że wydawała je z sie-

bie struna rozciągnięta i drżąca pomiędzy usianą płomienistymi punktami ciemną wstęgą

rzeki a niebem, pod którym wisiały obłoki do rozwiewających się dymów lub do podartej

krepy podobne.

Troje ludzi u połowy góry pod topolą stojących w jednym z czółen poznało Witolda.

Pierwszy spostrzegł go Jan.

— Ot i pan Witold z Kaziukiem, Walentego synem, płynie! — zawołał.

Nad Niemnem



Nie z Julkiem tym razem, ale z innym jakimś rybakiem Witold płynął istotnie, cały

śnieżną mgłą jacicy osypany, w milczeniu i pilnie tę samą robotę co i towarzysze je-

go spełniając. Delikatny profil jego wyraziście zarysowywał się na tle ognia, naprzeciw

grubszej, lecz także młodej i kształtnej twarzy towarzysza.

— Syn pana Korczyńskiego tutaj i siestrzenica jego z nami — z cicha rzekł Anzelm.

— Nowina… no… wi… na…! Już i nie spodziewałem się nowin takich o… o… glądać! —

cicho i mocno jąkając się dodał.

Niewiele przed północą Justyna bocznymi drzwiami do Korczyńskiego domu we-

szła i zaraz w garderobie, w której się znalazła, usłyszała bardzo wyraźnie z sypialni pani

Emilii dochodzące głośne czytanie Teresy. Przez dwoje drzwi na wpół otwartych widać

nawet było część pokoju w błękitne sprzęty ubranego i oświetlonego błękitnym światłem,

w którym rozlegał się zbyt pieszczotliwy, ale przyjemnie brzmiący i biegle po ancusku

czytający głos kobiecy.

— „Znalazłszy się przed królem zrobiłam dyg aż do ziemi głęboki i długo nie śmia-

Dwór, Raj

łam spojrzeć na tyle uwielbiane oblicze wielkiego Ludwika²⁷⁷. Kiedy na koniec wzrok podniosłam, zobaczyłam przed sobą wszystkie wielkości i chwały Francji otaczające monarchę, tak jak gwiazdy otaczają słońce. Był tam wielki Kondeusz, książę de Luynes,

książę Montmorency, książę Saint-Simon, książęta Broglie'owie, hrabia de la Rochefo-

ucauld, margrabia Créquy²⁷⁸ i inni, i inni, a wszyscy oczy swe mieli utkwione we mnie i we wszystkich tych oczach wyraźnie wyczytałam podziw i uwielbienie, którymi ich

piękność moja przejmowała. To potwierdzenie świadectwa, które tyle już razy wydawało

mi moje zwierciadło, ośmieliło mię do ogarnięcia spojrzeniem twarzy królewskiej, a ja-

kimże był mój zachwyt, gdy i jej także uśmiech, uśmiech króla—słońca, powiedział mi,

że na niebie jego dworu wkrótce gwiazdą pierwszej wielkości zaświecę. Doświadczałam

uczuć boskich; myślałam, że wstępuję do raju wielkości, blasku, elegancji i rozkoszy…”

— Moja Tereniu — przerwał czytanie drugi głos kobiecy, słaby, łagodny, tęskny —

czy możesz sobie przedstawić podobnie piękną, podobnie promienną egzystencję, jak tej

margrabiny!…

— Ach! Takiego życia nawet wyobrazić sobie niepodobna! — westchnęła Teresa.

— Być gwiazdą pierwszej wielkości na dworze wielkiego króla… bawić się, jaśnieć…

— Być kochaną… — przerwała Teresa.

— O, tak! i przez kogóż? Przez takiego margrabiego de Créquy!… Jakąż musiała być

miłość tych wykwintnych, pięknych, poetycznych ludzi!

— Ach! Takiego szczęścia wyobrazić sobie nawet niepodobna!

— W takich warunkach ja także byłabym zdrowa, wesoła, zadowolona, mogłabym

tańczyć, nie tylko chodzić, pełną piersią oddychać, słowem, żyć! Prawda, Tereniu?

— O!

— Jakże nierówno pomiędzy ludźmi rozdzielone jest szczęście! — raz jeszcze wes-

tchnęła pani Emilia i zapewne łza spłynąć musiała po jej chudym i białym jak lilia policzku, bo słyszeć się dały perswazje Teresy:

— Niech tylko najdroższa pani nie denerwuje się, nie płacze, bo znowu atak być

może… Moja najmilsza pani, proszę zapanować nad sobą i nerwy oszczędzać… może już

kula dusi?…

Tego więc wieczoru pani Emilia i jej towarzyszka zamiast po rozłogach kuli ziem-

skiej podróżowały po przestrzeni czasu zatapiając się w czytaniu pamiętników jednej ze

sławnych w wieku siedemnastym wielkich dam ancuskiego dworu.

Justyna weszła do ciemnej sali jadalnej, w której głębi przez drzwi szeroko otwarte

widać było gabinet pana domu, obficie dużą na biurku stojącą lampą oświetlony. Przy

biurku siedział Benedykt Korczyński i w rozwartej przed nim rachunkowej księdze kreślił

długie kolumny cy i notatek. W świetle lampy wysoka i gruba jego postać z długimi

wąsami, ciemną twarzą i gęstymi, rozrzuconymi włosami uwypuklała się ciężko i ponuro.

Było coś smutnego i bardzo poważnego w tym człowieku, samotnie o północy w głębi

wielkiego, starego domu pracującym. Wydawał się tak w pracy swej pogrążony, że żadna

²⁷⁷ ie i

d i — Ludwik XIV (–), król Francji, panujący w okresie szczytowego rozwoju ancuskiej monarchii absolutnej.

²⁷⁸

nde

i

de

ne (…) — wyliczeni tu są przedstawiciele arystokracji ancuskiej, dworzanie Lu-

dwika XIV.

Nad Niemnem



myśl jej obca, żadna troska nie mająca związku z wychodzącymi mu spod pióra notatkami

i cyami dosięgnąć by go nie mogły. Jednak w sąsiedniej ciemnej sali odgłos stąpania

usłyszawszy, żywym ruchem głowę znad księgi rachunkowej podniósł.

— Witold? — głośno zawołał.

Justyna w progu oświetlonego gabinetu stanęła.

— A! To ty! — wymówił takim tonem, jakby tylko co był się ucieszył, a teraz uczucia

zawodu doświadczył.

Ręką po drgających od zmęczenia powiekach powiódł.

— Nie wiesz czasem, gdzie… Witold?

Powiedziała, że tylko co widziała go pływającego po Niemnie z rybakami, którzy jacicę

łowią.

— A! — rzekł krótko i znowu pochylił się nad rachunkową księgą.

Justyna zbliżyła się ku niemu.

— Dobranoc, wuju — rzekła z cicha i dłużej, serdeczniej niż zwykle rękę jego uca-

łowała.

Po głowie jej kręciły się słowa:

„Nie krzyknął, nie zapłakał, tylko przed oknem stanął i w nocne ciemności patrząc

takim głosem, jaki u konających bywa, kilka razy imienia boskiego wezwał!”

Całując go w rękę, w twarz mu patrzała. Boże! Ileż zmarszczek, ileż zmarszczek tę

Starość, Czas

twarz okrywało! Tworzyły one grube fałdy i cienkie promienie na czole, na policzkach,

dokoła wypukłych oczu z piwną, posępną źrenicą. Która z tych zmarszczek była mogiłą

jego obu braci? W których pogrzebane leżą nadzieje i uniesienia jego młodości? Które

wyrył czas przez dwadzieścia kilka lat długo, ciężko, ołowianymi kroplami na głowę mu

ściekający?

— Dobranoc, dobranoc! — z roztargnieniem odpowiedział i szorstkimi wąsami czo-

ła jej dotknął. O nic jej nie zapytał. Nigdy domowych nie zapytywał o nic, co się ich

samych tyczyło. Wiecznie zajęty, zaasowany²⁷⁹, zamyślony, wydawał się na wszystko, co z gospodarstwem i interesami związku nie miało, obojętny, a zapewne taki był i istotnie. Jednak gdy odeszła, podniósł znowu głowę, odrzucił pióro i długi wąs gwałtownym

ruchem w dół pociągnął. Coś w nim wrzało żalem, gniewem, niepokojem.

— Z rybakami po Niemnie pływa… błazen! — gniewnie i prawie głośno sarknął. —

Nigdy go w domu nie ma… nigdy przy mnie… nigdy tak, jak dawniej… zły chłopak…

bez serca… egoista!

Koniec wąsa do ust włożył, szklannym wzrokiem wpatrzył się w przestrzeń i ze zdu-

mieniem, cicho, kilka razy wymówił:

— Co mu się stało? Co mu… co mu… co mu się stało?

Nieopisana tęsknota poruszyła zmarszczki jego czoła, osłupiałe oczy wilgocią zaszły.

Wszedłszy na wschody do górnej części domu prowadzące Justyna uchyliła po cichu

drzwi pokoju swego ojca. Rozlegające się w ciemności przeciągłe, głośne chrapanie oznaj-

miało o głębokim i spokojnym uśpieniu Orzelskiego. Otworzyła naprzeciw znajdujące się

drzwi i znalazła się w pokoju swoim i Marty, lampką palącą się na stole oświetlonym.

— Aha! Jesteś! Przecież wróciłaś! O północy panienka ze spacerów wraca. Winszuję,

ale nie zazdroszczę! Mnie lepiej w łóżku leżeć. Starość i młodość! Wieczna historia!

Słowami tymi powitał ją gruby i trochę ochrypły głos z kąta dość obszernego pokoju

wychodzący. W kącie pokoju stało łóżko, na którym watową kołdrą owinięta i w ca-

łej długości swej wyciągnięta, z twarzą ku sufitowi zwróconą leżała Marta. W półcieniu

sztywne jej ciało podobne było do spowitej mumii; żółta twarz majaczyła śród bieli po-

duszek i oczy jak czarne paciorki błyszczały.

Justyna w milczeniu zbliżyła się do komody, nad którą wisiało przybite do ściany

lusterko, i powoli suknię zdejmować i włosy splatać zaczęła. Marta mówiła ciągle:

— Skądże to bogi prowadzą? A miotły żadnej z sobą nie przyniosłaś? Widziałam ja

dziś, widziałam, jak stroiłaś się w muślinową sukienkę i z pół godziny włoski sobie przed

lusterkiem układałaś. Byłam pewna, że spodziewasz się wizyty bogatego konkurenta. Ot,

biały kruk znalazł się, słowo honoru! Biedną dziewczynę, nie tak to wysoko edukowaną

i nie tak to nadzwyczajnie piękną, wprost z rezydencji u krewnych za żonę chce wziąć

²⁷⁹ a a

an — zmartwiony.

Nad Niemnem



i wielką panią zrobić! „No, no! — myślę sobie — nic dziwnego, że sama nie wie, jak do

niego przyozdobić się i ustroić!” Aż tu wzięła, poszła sobie i na pół dnia zginęła. Gdzie

ty ginęłaś? Czy znów tam?… I po co to? Wieczne głupstwo! A żeby Różyc przyjechał,

ha? Dwom bogom nie można służyć… albo książę… no, nie książę, ale w porównaniu

z tobą więcej niż książę… królewicz albo chłop. Po chłopskie miotły chodząc królewicza

stracić możesz i lament będzie, i prędko zrobisz się do cholery podobna, jak ja, albo do

synogarlicy, wiecznie szyję po cukier wyciągającej, jak Teresa! Wieczny śmiech, słowo

honoru! Ha, ha, ha, ha! Uf, nie mogę…

Zaśmiała się, zakaszlała i zaraz znowu mówić zaczęła. Oprócz zwyczajnej żywości i po-

pędliwości czuć było w jej mówieniu niezwykły niepokój. Nogami pod kołdrą czasem

poruszała i oczy jej w półcieniu coraz silniej połyskiwały.

— Cóż tam słychać?… Ha? Co ty tam robisz? O czym rozmawiasz? Alboż ty umiesz

z nimi rozmawiać? Oni tam nic o ancuskich romansach ani o sonatach²⁸⁰ i noktur-nach nie słyszeli, a przy tym wyrazów takich śmiesznych używają… wszelako, smętek,

przeddziady, złotny, siestra… pamiętam… pamiętam! Kiedyś tak byłam do ich mówienia

przywykła, że i sama, bywało, omylę się czasem i powiem: przeddziad albo złotny, a po-

tem aż palę się od wstydu. No, co tam! Pewno aż cię korci, tak chcesz dowiedzieć się, czy

królewicz dziś przyjeżdżał. Bądź spokojna, nie przyjeżdżał. Kirłowa tylko zaraz po twoim

wyjściu przyjechała; Emilka przysłała po mnie, abym ją przyjęła, bo sama spodziewała się

migreny i już nawet poziewać zaczynała… W gruncie rzeczy, nie tyle z powodu migreny

Kirłowej przyjąć nie chciała, ile dlatego, że leniła się rozmawiać. A Teresa znów mówi-

ła, że jakąś bardzo ciekawą książkę dziś czytają. Wieczne głupstwo! Dość, że z Kirłową

godzin ze dwie przesiedziałam, choć mnie aż z kanapy podnosiło, bo bułki dziś piekłam.

Od pierwszego momentu o ciebie pytać się zaczęła: gdzie ty? Co robisz? Jak teraz wy-

glądasz? Czy poweselałaś? Potem delikatnie naprowadziła rozmowę na Zygmusia i po

cichutku mnie zapytała: czy ty już w nim ani troszkę zakochana nie jesteś? Aż nareszcie

i o kuzynku gadać zaczęła: jakie mu jeszcze majątki i bogactwa zostały, jaki on dobry, jaki

nieszczęśliwy! Zapytałam się: dlaczego taki nieszczęśliwy? „Ot, mówi, żałuje, że młodość,

zdrowie i tyle majątku zmarnował, a przy tym…” i cościś mnie takiego powiedziała, że

nie zrozumiałam… „Największe jego nieszczęście” — zaczęła i zaczerwieniwszy się, jak to

ona czerwieni się zawsze, za język siebie ukąsiła. Mnie ciekawość wzięła. Dopytywać się

zaczęłam: jakie to nieszczęście? Ze spuszczonymi oczami jak truśka²⁸¹ mruknęła: „Morfina!” I niczego już więcej o tym dopytać się u niej nie mogłam. O tym już tylko mówiła,

że pragnęłaby bardzo, aby się ożenił i w Wołowszczyźnie stale osiadł, bo to jedno jeszcze

mogłoby go ze wszystkich jego nieszczęść wyleczyć. Trzeba tylko, żeby ożenił się z ko-

bietą dobrą, rozsądną, poważną i taką, która mu się bardzo podoba, Ta kobieta byłaby

z nim szczęśliwa, bo dobry jest, rozumny, szlachetny i tyle tylko jego winy, że bogatym

będąc za wiele sobie za młodu pozwolił. On sam już to zrozumiał i żenić się postanowił…

Słyszysz, Justynko? Już postanowił, a ona, zdaje się, dlatego tylko dziś tu przyjechała, aby

wyrozumieć, co ty o tym myślisz i jak postanowisz… Na swachę²⁸² wykierowała się, ale nic w tym dziwnego nie ma: kuzynka chce od baletnic, bankructwa i jakiejś tam morfiny wyratować, a on podobno dobry dla niej i trochę jej nawet świadczy… Widzisz, co ja

tobie naopowiadałam! Może zła koleżanka ze mnie? Teraz możesz spokojnie położyć się

i o panowaniu marzyć. Nie rozumiem tylko, słowo honoru, dlaczego dziś w domu nie

siedziałaś i na królewicza nie czekałaś? Papcio cały dzień sam grał, a nad wieczór zachciało

mu się z akompaniamentem pograć… Jakiegoś nowego nokturna czy diabła nauczył się

i ciebie nauczyć chciał… Po całym domu córeczki szukał, a córeczka jak w wodę wpadła.

Gdzie ty przepadałaś? Pewno sama jedna jak mara nie włóczysz się po polach i lasach!

Nim królewicza do reszty złapiesz, pasterza sobie jakiegoś wynalazłaś. No, przemówże

choć słowo! Czy oniemiałaś? Ja do niej gadam i gadam, wszystkie nowiny, które ją inte-

resować mogą, opowiedziałam, od gadania aż ochrypłam, a ona nic powiedzieć mnie nie

chce… skryta, harda… niedobra dziewczyna… słowo honoru, niedobra! Uf!

Łatwo odgadnąć było można, że pragnęła, aby ta, do której przemawiała tak długo,

odpłaciła jej wzajemnym opowiedzeniem czegoś, co ją zajmowało, zaciekawiało gorąco,

²⁸⁰ na a — rodzaj utworu muzycznego.

²⁸¹

ia — osoba trwożliwa, nieśmiała.

²⁸² a a — swatka.

Nad Niemnem



namiętnie. Namiętnym blaskiem gorzały teraz w półcieniu jej czarne oczy; ręce spod

kołdry wydobyła i czyniła nimi niespokojne, prawie gwałtowne ruchy. W głosie, jakim

ostatnie wyrazy swe wymówiła, brzmiał żal do towarzyszki uczuwany.

— Skryta, harda, niedobra! — powtórzyła.

Zakaszlała, umilkła i z oczami w sufit wlepionymi. nieruchomo znowu leżała.

Justyna z warkoczem już splecionym i z tyłu głowy zwiniętym, w białym, luźnym

kaanie, bosa, do łóżka jej podeszła i przy nim uklękła. Rękę jej dużą, kościstą w swoje

ręce biorąc, blisko ku niej schylona, cicho zapytała:

— Ciotko, dlaczego ty żoną jego zostać nie chciałaś?

— A? Co? — wzdrygnęła się stara panna i całym swym ciężkim ciałem ku pytającej

się zwróciła.

— Co? Dlaczego ja… jego żoną… — głośnym i trochę świszczącym szeptem mówić

zaczęła. — Jego?… Czyją? Czy ty go naprawdę widujesz… znasz? Czy to on sam tobie

mówił… o mnie mówił… wspominał?… Naprawdę wspominał?

— Wspominał, mówił, wiele przecierpiał, i teraz jeszcze nie stał się zupełnie taki jak

wszyscy…

— Przecierpiał! A jaż nie przecierpiałam? Niezupełnie taki jak wszyscy?… a jaż taka?

Wieczny smutek… wieczny smutek… wiecz-ny smu-tek!…

Wielkie, ciężkie, długie westchnienie szeroką jej pierś podniosło; ozwała się w nim

chrypka do jękliwego szmeru podobna.

— Dlaczegóż? Dlaczegóż więc? Dlaczego? — rękę jej coraz mocniej w dłoniach cisnąc

z gorączkowym prawie pośpiechem zapytywała Justyna.

Rozgorzałe oczy Marty tkwiły w jej twarzy, jakby przeszyć ją chciały i dostać się aż

do mózgu, aż do najskrytszych myśli.

— Nie powiedział przyczyn? Wszystko powiedział, a przyczyn nie powiedział? A?

— Nie powiedział.

Długo milczała, potem spokojniej nieco niż wprzódy, od klęczącej przy niej dziew-

czyny wzrok odwracając, mówić zaczęła:

— A ty chcesz wiedzieć? Chcesz? Przez ciekawość? Zawsze to rzecz ciekawa, dlaczego

Miłość, Małżeństwo,

Chłop, Pozycja społeczna,

panna kawalerowi, choćby takiemu, harbuza dała²⁸³. Pewno myślisz, że o czymś ciekawym Praca, Szlachcic, Śmiech

posłyszysz? Jakaś osobliwa historia… przymus… przeszkody… awantury… tragedie! Otóż

mylisz się. Niczego osobliwego, romansowego, jak na teatrze odegranego nie było. Była

to sobie rzecz ordynarna²⁸⁴, prozaiczna, taka, co wszędzie rośnie, i tam nawet, gdzie jej nie posieją. Było to wieczne głupstwo… moje własne głupstwo… widzisz, jak prozaicznie…

Zaśmiała się.

— Przyczyny… — powtórzyła. — Przyczyny… przyczyny… Dwie ich były: raz, że

królewna okrutnie bała się ludzkiego śmiechu; po wtóre, że bardzo też zlękła się ciężkiej

pracy. Ot, i wszystko. Zabraniać nie zabraniali, bo nikt też i prawa do tego nie miał. Sie-

rotą byłam i dwadzieścia kilka lat miałam. Ale wyśmiewali, żartowali, kpili! Dopóki na

świecie gotowało się jak w garnku i ludzie z pozapalanymi na karkach głowami chodzili,

dopóty o równości mowa była; obejmowali się, ściskali, bratali, pan chłopa w karecie

swojej woził i pięknie prosił: „Kochaj ty mnie choć troszkę i nazywaj po imieniu, Wa-

sylku! Czy tam Jurasiu albo Anzelmku!” Ale kiedy pożar zgasł, na zgliszczach znowu

pokazały się góry i doliny jak dawniej, jak dawniej… góry i doliny! „A ty, Wasylku albo

Anzelmku, nie waż się z doliny na góry wchodzić! A ty, królewno, jeżeli z góry na dolinę

zstąpisz, to my cię ani bić, ani prześladować nie będziem, bo za rozumni jesteśmy na to

i za delikatni, ale wyśmiejem cię, tak wyśmiejem, że aż kolki nas w bokach zeprą!” Ot,

jak było! Nie przeszkadzali, nie prześladowali, tylko wyśmiewali. „Ot, ślicznego konku-

renta Marteczka sobie zdobyła!” Darzeccy wyśmiewali, ten błazen Kirło kpił, nawet pani

Andrzejowa uśmiechała się na samo wspomnienie, że ja bym mogła wyjść za takiego

człowieka, co własnymi rękami orze. Ten błazen Kirło aż zalegał się od śmiechu: „Co to

orze! Orać to jeszcze pięknie, poetycznie, ale on sam gnój na pole wywozi i pewno od

tego bardzo śmierdzi!” I każdy, kto tylko o tym konkurencie posłyszał, aż kładł się od

²⁸³ da

a

a — odmówić kawalerowi reki panny.

²⁸⁴ d na n — pospolity.

Nad Niemnem



śmiechu. A ja, wiesz? Jak w ogniu paliłam się we wstydzie. Nocami, bywało, płaczę z tę-

sknoty za nim i z wyobrażenia, jaka bym z nim szczęśliwa była, jak bóbr płaczę; a w dzień

przed krewnymi i znajomymi, słowo honoru! Zapieram się jego jak Piotr Chrystusa, i…

wiesz? Wieczna podłość! sama, sama z takiego konkurenta śmieję się, więcej jeszcze niż

oni. Czasem łzy gradem leją się mnie po twarzy, ale oni myślą, że to od śmiechu… Jeden

Benedykt nie wyśmiewał, bo mu i nie do śmiechu wtedy było i może nie tak prędko, jak

inni, zapomniał o tym, że brat tego, którego tak wyśmiewali, do jednej mogiły położył

się z jego bratem. Ale on znów z innej beczki zaczynał. Perswadował: „Praca ciężka. Bę-

dziesz musiała sama pleć, żąć, krowy doić, gotować, prać…” Całą litanię wypowiadał tego

wszystkiego, co ja robić będę musiała. „Nie wytrzymasz, zdrowie stracisz, zgrubiejesz,

schłopiejesz!” To mnie i najwięcej odstręczyło, jeszcze więcej niż kpiny i wyśmiewania.

W samej rzeczy, jakimże to sposobem, ja, królewna, miałabym pleć, żąć, krowy doić,

prać?… Zamęczę się, pewno zamęczę się, nie wytrzymam przy tym i schłopieję! Skąd te

moje królestwo pochodziło? Diabli chyba wiedzą, bo goła byłam jak bizun, w dziurawych

trzewikach czasem chodziłam; edukację jakąś miałam, ale wcale pewno nieosobliwą²⁸⁵,

a pracowałam w Korczynie od najmłodszych lat, zawsze, i nie na żart, bo całym domem,

folwarkiem, ogrodem zarządzałam, szyjąc przy tym odzienie dla siebie i dla innych, dla

siebie te tylko, które w prezentach od krewnych dostawałam. Ale z obywatelskiej familii

pochodziłam, krewni majątki mieli… Więc tedy i królewna… Naprawdę, takiej pracy,

jaką bym tam miała, przelękłam się… „Co tam — myślę — zapomnę, odtęsknię się,

odżałuję!” A Darzecka trzepała: „Zdarzy ci się pewno ktoś inny, stosowniejszy, ja ci sama

wyswatam!” Nie zdarzył się, nie wyswatała, bo prędko zaczęła własne córki swatać, a czy

ja odżałowałam i zapomniałam, o tym już tylko mnie i Panu Bogu wiadomo. Dość, że za

chłopa nie wyszłam, nie żęłam, nie płełam i krów nie doiłam… bo co się tyczy gotowania

i prania, to zdarzało się, zdarzało się… Korczyn z wielkiego zrobił się małym królestwem

i wypadało w nim nieraz ręce przy robocie namozolić… Ale nie żęłam i nie płełam… a to

wiele znaczy… dla tego wyrzec się wiele warto… dla tego tylko, aby nie żąć i nie pleć, żyć

warto… już to za wszystko wynagradza: i za kochanie, i za dach własny, i za te dzieciaki,

które by może pieszczotami życie słodziły, i za to, że człowiek, zanim jeszcze postarzał,

do cholery podobnym się zrobił, za wszystko wynagradza… za wszystko nagrodę sobie

znajduję w tym, że nie żęłam, nie płełam i nie schłopiłam się… Toteż kontenta jestem,

bardzo kontenta, i całe życie w wielkim ukontentowaniu przebyłam… A przy tym sława

i honor mnie należy za to, że wyratowałam się od wstydu i poniżenia… sława i honor…

wieczny honor… wieczny honor!

— Ciotko! ciotko! biedna, biedna ciotko! — rękę rozgorączkowanej i coraz spieszniej

oddychającej kobiety w dłoniach swych tuląc szeptała Justyna.

Ale ona, zwracając ku niej swą żółtą twarz, na której policzki wybiły się dwie ogniste

plamy rumieńców, prędkim, świszczącym szeptem pytać zaczęła:

— Cóż tam z nim? Jak on wygląda? Czy zupełnie wyzdrowiał? Czy z synowcem

w zgodzie żyje?

Długo obie z twarzami ku sobie przybliżonymi szeptem z sobą rozmawiały.

— Dom nowy zbudował? Jakże tam we środku? Świetlica duża, czysto? Porządnie?

A gdy Justyna na wszystkie już pytania jej odpowiedziała, zapytywała znowu:

— Wspomina? Jak wspomina?

Czasem zamyślały się obie i chwilę milczały. Potem słychać było znowu szept pytający:

— Wspomina? Czy często wspomina?

Przyjaźnie, łagodnie, z cicha, klęcząca przy łóżku, kwitnąca młodością i siłą kobieta

opowiadała drugiej — tej poranionej, zestarzałej, gorzkiej i gniewliwej — jak i kiedy o niej mówił, opowiadał, wspominał.

Po wklęsłych, zwiędłych ustach Marty przewijać się zaczął uśmiech, uspakajały się

wzburzone jej rysy, powieki opadały na ukojone, przygasłe, cichą słodyczą omglone źre-

nice.

— Wspomina! — szepnęła raz jeszcze i uciszyła się zupełnie.

Nie usnęła, ale cicho i nieruchomo leżała, tylko w jej piersi, wzruszeniem i długim

mówieniem wzmożona, grała, jęczała, szemrała chrypka.

²⁸⁵ nie

i

— nieszczególny.

Nad Niemnem



— Ciotko — szepnęła Justyna — ty chora jesteś naprawdę i ciężko. Dlaczego leczyć

się nie chcesz?

Podniosła powieki i znowu ze zwykłą swą porywczością i oburkliwością sarknęła:

— Po co? Na co? Czy nie możesz powiedzieć mi, po co i na co?

A potem dodała prędko:

— Któż ci to powiedział? Wymyśliłaś! I dzieci wymyślają, że ja chora. Zdrowszej ode

mnie na świecie nie ma. Dajcie mi pokój z waszym leczeniem i z waszymi doktorami. Idź

spać! Dobranoc!

Wymówiwszy to zamknęła znowu powieki i znowu powoli wyrazem ukojenia i sło-

dyczy oblekły się jej rysy.

Justyna wstała, chwilę jeszcze na nieruchomo leżącą kobietę patrzała, aż pochyliła

się i długo, cicho pocałowała ją w usta. Potem odeszła, lampę zagasiła i u zamkniętego

Ptak, Świt

okna usiadłszy patrzała na błękitnawe świtanie, wśród którego drzewa, niby zaczarowa-

ne straże, stały w nieruchomości kamiennej, blade obłoki krepowym welonem zasłaniały

niebo, a na Niemnie bladosrebrnym gdzieniegdzie pluskały ryby, w wielkie koła rozbijając

zwierciadlaną powierzchnię wody lub wyrzucając nad nią krótkotrwałe, niskie fontanny.

Wkrótce znad boru, we wschodniej stronie nieba, wychylił się różowy rąbek jutrzenki, po

gałęziach drzew przebiegły szeleszczące dreszcze, ciszę zmąciło przeciągłe, donośne pianie

koguta, które rozległo się blisko domu, potem powtórzyło się dalej i znowu dalej, coraz

dalej, a zarazem słabiej. Jak czujni wartownicy na rozległej przestrzeni rozstawieni i ko-

lejno sobie hasło podający, tak ptaki te wśród powszechnego uśpienia powtarzały jeden

za drugim wschód dnia zwiastujące, tryumfalne krzyki. Justyna w coraz rozszerzającą się

i gorętszą wstęgę jutrzenki wpatrzona, uchem łowiła kogucie piania, które teraz słabym

odgłosem dochodziły z okolicy, z najbliższych zrazu jej domów, potem z dalszych, na ko-

niec, zaledwie dosłyszalne, z bardzo daleka, może aż znad parowu Jana i Cecylii. Zamknęła

Marzenie, Sen

oczy i głowę złożyła na wspartym o okno ramieniu, i marzyła czy śniła? Widziała przed

sobą wyraźnie, żywo, prawie jaskrawo zagrodę, blaskiem jutrzenki zaróżowioną, operloną

poranną rosą i stąpającego po niskiej trawie dziedzińca młodego, pięknego chłopca. Do

stajni poszedł, wrota jej otworzył, wóz drabiniasty wyciągać z niej zaczął. Młodziutka, bo-

sa dziewczynka z wiadrami na ramionach pod szeregiem starych lip przebiegała, ku rzece

dążąc; stary człowiek w grubej kapocie, z promienistym snopem zmarszczek na wysokim

czole, otwierał okno przeciwka i blade, cierpiące źrenice ku porannemu niebu podnosił.

Lecz któż to jeszcze wyszedł na ganek domu i stoi pod jego gzymsem w grube floresy

wyrzeźbionym? To ona sama… ona… w krótkiej, kraciastej spódnicy, z kosą spuszczoną

na luźny kaan, z twarzą szczęśliwą jak szczęście tego pięknego chłopca, który ku niej

oczy zwrócił, z sierpem w ręku…

Marzyła czy śniła? Wydało się jej znowu, że zmrok panował na świecie, przezroczysty,

ale bez dnia i słońca, a ona górą płynęła i szeroki widnokrąg obejmowała wzrokiem,

tak szeroki, że widziała wyraźnie dwór korczyński i okolicę, i w gęstej zieleni ukryty

grobowiec legendowej pary, i u drugiego końca widnokręgu smutną pustynię piasków,

a za nią w zamkniętym kole wzgórzystości leśnych samotną, wielką mogiłę. Wszystko to

pogrążone było w przezroczystym zmroku; a ona płynąc górą trzymała w ręku lampę…

lampę tę samą, która wczorajszego wieczora na olchowej komodzie Anzelma płonęła.

Widać stamtąd ją wzięła i teraz podnosiła wysoko, a promienie jej, skąpe wprawdzie,

wąskie, padały jednak na dachy domostw, złote nicie rzucały na spajającą zagrody sieć

płotów i ścieżek, dostawały się z jednej strony aż na prastary grobowiec, z drugiej na

opuszczoną mogiłę, oświetlając je i niby je wiążąc, łącząc jak ogniwa jednego łańcucha.

Marzyła czy śniła? Na włosach swych, na twarzy, na ustach uczuła ciepłe, długie poca-

Słońce

łunki. Były to promienie słońca, które wytryskując zza różowego pasa jutrzenki rozdarły

białą krepę obłoków i końce strzał swoich spuściły na drzewa, na trawę, na wodę, na

rozszczebiotane nagle ptaki i — na nią. Lecz sen czy marzenie niosły jej te pocałunki nie

od gwiazdy dnia może, ale od kogoś innego, innego… bo twarz jej spłonęła rumieńcem

i upojony uśmiech roztworzył pąsowe usta.

Nad Niemnem



Nad Niemnem

Nad Niemnem



TOM TRZECI

Wielką panią — jak nazywał ją Anzelm Bohatyrowicz — Andrzejowa Korczyńska nie

Małżeństwo, Miłość

była, ale gdy młodziutka, piękna i posażna przed trzydziestu kilku laty jednego z trzech

braci Korczyńskich zaślubiała, powszechnie utrzymywano, że do małżeństwa tego tylko

miłość skłaniać ją mogła. Starających się o jej serce, rękę i majątek było wielu; wybrała

z nich najmniej bogatego i noszącego nazwisko najskromniejsze. Kochała, z ukochanym

łączyła się w uczuciach i dążeniach, które młodość jego napełniły, a wkrótce przedwcze-

śnie życie przecięły. Milionów mu w posagu nie wniosła, ale — majątek znacznie warto-

ścią przewyższający ten, który on posiadał, a stanowiący dziedzictwo piękne, do niej, jako

do jedynaczki, wyłącznie należące. Osowce — podług ówczesnego rachunku — posia-

Dwór, Ogród

dały około stu chat, ziemi wiele, lasy piękne, dwór z pretensjonalną nieco wspaniałością

zbudowany. Od razu poznać było można, że wzniósł go był przed kilkudziesięciu laty

zamożny szlachcic, z panami w gonitwę wstępujący. Dom, na wiele mil dokoła pała-

cem nazywany, był po prostu dwupiętrową kamienicą z dwoma rzędami wielkich okien,

czerwonym blaszanym dachem i szerokim, krytym podjazdem, którego arkady oplatała

niezmierna gęstwina dzikiego bluszczu. Budowa ta, dość zimno i nago wyglądająca, mia-

ła przed sobą ogromny dziedziniec zdobny w klomby i trawniki, a tło jej stanowiły stare

aleje i za nimi na znacznej przestrzeni rozciągnięty tak zwany ogród angielski²⁸⁶, w któ-

rego głębokich gęstwinach błyskała sieć wąskich dróżek, bielały w różnych kierunkach

rozstawione ławki i wdzięcznymi łukami wyginały się mostki nad wąską, bystrą, wiecznie

szumiącą rzeczką zawieszone. Niemna tu nie było, ale rzeczka przebiegając ogród o wior-

stę stąd do niego wpadała, i tam w wielkim trójkącie utworzonym przez jedno szerokie,

a drugie wąskie koryto, na rozległej łące wznosiły się łańcuchy niewysokich, widocznie

sztucznych wzgórz, którym miejscowa ludność dawała nazwę okopów szwedzkich. Poda-

nie niosło, że niegdyś, przed dwoma wiekami, obozowały tu wielkie wojska i staczały się

krwawe bitwy. Gdy aleje i zarośla ogrodu w jesieni liście swe traciły, łąkę, okopy i dwie

łączące się rzeki, wielką i małą, w dalekiej perspektywie widać było z okien górnego piętra

osowieckiego domu czy pałacu.

W tym domu czy w tym pałacu pani Andrzejowa urodziła się, wzrosła i spędziła całe

Dama, Pozycja społeczna,

Żona

życie, z wyjątkiem ośmiu lat, które jej u boku męża i w jego domu upłynęły. U począt-

ku tych lat wyjechała stąd oblubienicą młodą i szczęściem promieniejącą, u końca ich

wróciła wdową, w czarnych szatach, których już nigdy zdjąć nie miała. Nigdy nie by-

ła płocha, zalotna ani do zbytku wesoła; w pierwszej nawet młodości i najszczęśliwszych

chwilach wyniosła jej postać zachowywała coś z ciszy i powagi znamionujących głębokość

i powściągliwość uczuć, a w samym rozpromienieniu, z jakim od ślubnego ołtarza odcho-

dziła, czuć było skupienie się, rozmyślanie, wewnętrzną modlitwę, zdradzające naturę do

surowości względem siebie i może do mistycyzmu usposobioną. Ktokolwiek jednak znał

ją w owej porze życia, pamiętał, że cera jej twarzy przypominała kwitnące róże, a układ

i mowa, jakkolwiek poważniejsze i powściągliwsze, niż powszechnie u kobiet jej wieku

i położenia bywało, posiadały wiele uprzejmości i wdzięku zdradzając zarazem zdolność

do szlachetnych uniesień i zapałów. Wiedziano powszechnie, że dzieliła wszystkie prze-

konania i dążenia swego męża. Żona demokraty i patrioty, była mu ona powiernicą,

pomocnicą, wspólniczką, a jeżeli w pracy jego zbliżania się do ludu i zawiązywania z nim

poufałych węzłów dopomagać mu nie mogła, nie wynikało to z pychy, wzgardliwości albo

z kastowych przesądów, ale z zupełnej niezdolności do chwilowego choćby rozstania się

z wykwintnymi formami, do cierpliwego znoszenia zjawisk życia grubych i trywialnych.

Nikt lepiej i łatwiej od Andrzeja nie umiał zbliżać się do serc prostych, nieoświeconych

umysłów, nieokrzesanych postaci ludzkich, i nikt do tej czynności od jego żony mniej

zdolnym nie był. On, zakochany w niej i wybornie ją rozumiejący, z łatwością i wesoło

jej to pobłażał; ona zgryziona i upokorzona się czuła tym jedynym rozdźwiękiem, który

w zupełnej skądinąd zgodzie ich panował. Chciała, usiłowała, pracowała nad sobą, wal-

Duma

czyła z przyzwyczajeniami i najgłębszymi instynktami swymi — nie mogła. Wiele, wiele

²⁸⁶

d an ie i — w przeciwieństwie do ancuskiego, odznacza się swobodnym zadrzewieniem (bez regu-larnych alejek i strzyżonych drzew) oraz dążeniem do zachowania naturalności krajobrazu.

Nad Niemnem



razy wchodziła była do niskich chat z sercem pełnym życzliwych uczuć, z ustami drżącymi

od cisnących się na nie słów i zawsze stawała tam ze swą wspaniałą postawą i podniesioną

głową, jak bogini, która w progi śmiertelnych wstąpić raczyła, z pozoru dumna i pogar-

dliwa, w głębi rozpaczliwie zmieszana, co czynić i jak mówić niewiedząca, można, a wobec

nie znanej sobie siły niedołężna, oświecona, a stającej przed nią zagadki nierozumiejąca,

pełna najprzyjaźniejszych uczuć, a drżąca od wstrętu obudzanego w niej przez prozaicz-

ność, prostaczość i chropowatość gruntu na który wstąpiła. Ilekroć przemówiła — nie

rozumiano jej, gdy do niej mówiono — nie rozumiała. Ogół ją pociągał, szczegóły raziły

i odstręczały. Z nieprzezwyciężoną odrazą spoglądała na brudne ciała, niezgrabną odzież,

odymione ściany, zgrubiałe i wykrzywione kształty i rysy. W duszę tego wielkiego, zbio-

rowego zjawiska wierzyła i zrozumieć ją pragnęła, ale aby do jej powłoki końcem palca

dotknąć, ciężko z sobą walczyć musiała. Machinalnie cofała się przed trochą rozsypanego

na ziemi śmiecia, do choroby prawie dławiły ją zapachy obór i stajen. Zdolna do zrozu-

mienia najwznioślejszych abstrakcji i do namiętnego przeniknięcia się nimi, jak dziecię

zdziwione i przelęknione stawała wobec wszelkiej choć trochę suchej i twardej realności

życia. Wiedziała o tym, że z tych realności: z faktów, z cy, z poziomych prac, splata się

drabina wiodąca ku ideałom; ideały kochała i rozumiała, ale żadnego szczebla prowadzącej

ku nim drabiny własnymi rękami upleść nie mogła. Przeszkadzała jej w tym niezmierna

estetycznosć i wykwintność przyzwyczajeń i smaku tudzież duma prawie bezwiedna, ale

całą jej istotą rządząca — duma nie tyle wysoko urodzonej i bogatej kobiety, ile istoty

czującej, że sercem, myślą, smakiem wzniosła się nad wszelką pospolitość, płochość i pro-

zę, że zdolna była do wielkiej czystości i podniosłości życia. Za dumę tę, nie rodową, nie

majątkową, lecz raczej z idealistycznego pojmowania życia pochodzącą, do której jednak

mimo jej woli i wiedzy mieszało się coś z arystokratyzmu rodu i majątku — karciła siebie

nieraz, wyrzucała ją sobie i ze względu na jedyny rozdział, który ona stawiła pomiędzy nią

a ukochanym przez nią człowiekiem i przez głęboką religijność, która wszystkich na ziemi

ludzi miłością i pobłażaniem ogarniać nakazywała. Jednak zniszczyć jej w sobie nie mogła

— nie dlatego, aby była słaba i dla siebie pobłażliwa, ale może dlatego, że ta jej właściwość ściekła w nią razem z krwią wielu pokoleń, a utrwaliła się w atmosferze komfortu, poezji,

wyniesienia się nad wszystkie powszednie sprawy i roboty życia, która napełniała jej dom

rodzinny, otaczała ją ze wszech stron, gdy z dziecka wzrastała i dojrzewała. Potem, kiedy

Andrzeja nie było już na ziemi, a krąg jej widzenia, stosunków, dążeń ogromnie zwęził się

i zmalał, przyszła pod tym względem do zupełnej z samą sobą zgody. Powiedziała sobie,

że jak ogień i woda, tak organizmy wyższe i niższe, istnienia poziome i wzniosłe pogo-

dzić się z sobą nie mogą; że arystokracja ducha — polegająca na zamiłowaniu tego, co

czyste i piękne, jest i być ma prawo, i że ona to może stanowi całą rację bytu ludzkości;

że dla tego, co poniżej mozoli się, grzeszy i choćby z piękną duszą, ale w brzydkim ciele

po świecie chodzi lub pełza litość i pobłażliwość mieć, w potrzebie pomoc nieść trzeba,

ale spokoju swego, samotnych wzlotów ducha, uszlachetnionych przywyknień i smaków

w ofierze składać nie należy. Powiedziała to sobie i ze spokojnym już sumieniem, jak

łabędź niepokalany, płynęła życiem wysoko, wysoko nad nizinami, po których zwijały się

mrówki, skakały wróble i skrzeczały żaby, jednostajnie od pracowitych owadów, jak od

płochych ptasząt i obłoconych płazów oddalona.

Nie była wcale słaba ani dla siebie pobłażliwa. Już z samej jej powierzchowności wy-

czytać było można energię nie wylewającą się na zewnątrz ruchliwością i czynami, lecz

ku wewnętrznemu życiu zwróconą i w ścisłych karbach je trzymającą. Energia ta roznie-

cała w niej ogniska gorących uczuć, może nawet namiętności, ale zarazem zamykała je

w formę spokojną, niby płomień w marmurowym naczyniu płonący. Kiedy w dwudzie-

Matka, Wdowa

stym szóstym roku swego życia rozstawała się z ukochanym mężem i jedynego jej dziecka

ojcem — niepewna czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczy — złośliwi utrzymywali, że usi-

łowała naśladować Spartanki²⁸⁷ i inne tym podobne postacie i historie. W rzeczywistości nie naśladowała nikogo, zbyt silnie kochała, aby w chwili owej o jakichkolwiek dawnych

historiach myśleć mogła. Może te dawne historie rządziły jej krwią i nerwami, ale wca-

le nie pamiętała o nich i sama sobą tylko była, gdy na owym piaszczystym wzgórzu —

przez Jana Bohatyrowicza Justynie ukazywanym — wyprostowana, silna, z rozbłysłymi

²⁸⁷Spartanki — mieszkanki starożytnej Sparty; stały się symbolem surowych obyczajów, niezłomności i hartu.

Nad Niemnem



od zapału oczami ramiona zarzuciła na szyję męża, mocno go pocałowała, a wnet z uścisku

uwalniając, z uśmiechem wymówiła: „Jedź, jedź!” i kilka innych wyrazów dodała, których

już nikt nie dosłyszał. Gdy odjechał, spomiędzy skupionej na wzgórzu gromadki nieco

wyosobniona, dała jej przecież hasło do wspólnej modlitwy. Uklękła i głośno zaczęła:

— W imię Ojca i Syna…

Odmawiała modlitwę za podróżujących i w niebezpieczeństwie będących głośno, po-

woli, wyraźnie, czasem tylko na parę sekund milknąc, jak gdyby słuchając oddalającego

się w głębie boru tętentu konia lub znad boru ku niebu wzlatujących trelów słowika. Łzy

wielkie i rzadkie jedna za drugą płynęły po jej policzkach, ale w jej głosie nie czuć było

płaczu, wyprostowana kibić nie zachwiała się i nie zgięła ani na chwilę, nie wykrzywił się

i nie zadrżał żaden rys twarzy. Potem raz przy dźwięku dziecinnego głosu zwiastującego

straszną nowinę bezprzytomna padła na ziemię, ale dźwignąwszy się z parodniowej sła-

bości, w której zdawało się, że rozum utraci, nigdy już więcej nie mdlała, nie wybuchała,

świadomości i powściągliwości poruszeń i słów nie traciła. Taką też wróciła do rodzin-

nego domu swego. Na fizyczne cierpienia żadne nie uskarżała się nigdy jednak świeże

jej przedtem rumieńce zniknęły bez śladu i na zawsze. Rozpaczy, płaczu jej nikt też nie

widywał, ale i wesołego jej śmiechu nie słyszano też nigdy. Ceremonialnie uśmiechała

się czasem do obcych, przyjaźnie do krewnych i domowników, czule i nieraz z głębo-

kim uszczęśliwieniem do syna, ale nie śmiała się nigdy. Rażące to w niej nie było, bo

w zupełnej harmonii zostawało z powagą i wyniosłością całej jej postaci. Znający ją od

dzieciństwa wiedzieli zresztą, że wybuchliwej żywości i wesołości nie posiadała nigdy. Lu-

dzi przecież to usposobienie jej, skupione w sobie, trochę zimne i dumne, onieśmielało

i odstręczało, a ona nie czyniła nic, aby ku sobie ich pociągnąć. Owszem, osamotnienie,

w jakim żyła, zupełny wkoło niej brak wszelkiego gwaru i żywego ruchu wydawały się jej

jakąś wysokością, na której stała nad pospolitymi duszami i istnieniami górując. Łatwiej

też w ten sposób ukryć mogła cierpienia moralne, a może i fizyczne, które na jej twarzy

od razu zgasiły rumieńce młodości i zdrowia, łatwiej uniknąć zawsze dla niej przykrych

zetknięć ze wszelką pospolitością lub brzydotą, łatwiej pogrążyć się bez podziału i prze-

rwy w ulubionych zajęciach i tym trybie życia, który od razu i jak się pokazało, na zawsze

sobie wybrała.

Jakie były te zajęcia i ten tryb życia przez dwadzieścia trzy lata pustelniczego prawie jej

przebywania w wielkim dwupiętrowym, murowanym domu osowieckim? Można to było

odgadnąć z najbliższego jej otoczenia, gdy w południowych godzinach dnia sierpniowego

siedziała ona u wielkiego okna w głębokim fotelu i ręce z robotą na kolana opuściwszy,

wzrokiem zamyślonym po zielonych głębiach ogrodu i parku wodziła.

Był to pokój na górnym piętrze znajdujący się, rogowy, z dwoma oknami na istotne

morze ogrodowej zieloności wychodzącymi. Wysokość sufitu i prawie okrągły kształt po-

koju nadawał mu pozór kaplicy, a wrażenie to wzmagało okrywające ściany stare obicie,

w wielu miejscach spłowiałe, ale jeszcze błękitne i złoconymi gwiazdami usiane, zarów-

no jak znaczna ilość wiszących na ścianach malowideł i w przyćmionym rogu pokoju

wznoszący się przed klęcznikiem wielki czarny krucyfiks. Klęcznik był z cennego drze-

wa, pięknymi rzeźbami okryty; od ciężkiego, czarnego krzyża odbijała białością kunsz-

townie ze słoniowej kości wykonana postać ukrzyżowanego Chrystusa. Zresztą, oprócz

tego krucyfiksu i leżącej na klęczniku bogato oprawnej książki do nabożeństwa świętości

żadnych tu nie było. Na ścianach, z wyjątkiem kilku starych portretów i jednego da-

leko świeższego, który nad ozdobnym kominkiem umieszczony przedstawiał Andrzeja

w porze najpełniejszego rozkwitu jego męskiej piękności, powtarzała się wciąż w ramach

małych i dużych, rzeźbionych, złoconych, aksamitem oklejonych twarz jedna, dziecinna,

pacholęca, młodzieńcza, męska, w różnych porach życia i usposobienia fotografowana,

rysowana, szkicowana, malowana twarz Zygmunta. Wizerunek męża pani Andrzejowa

posiadała jeden tylko, na żądanie jej w parę lat po ich pobraniu się gdzieś daleko stąd

przez jakiegoś biegłego malarza mistrzowsko wykonany; portretów syna różnych roz-

miarów i różnego rodzaju miała ze dwadzieścia. Daleko jeszcze więcej znajdowało się tu

robót jego, od pierwszych dziecinnych prób ołówka do szkiców, studiów, kopii, które

w różnych porach życia rzucał na papier i płótno. Było to małe muzeum z niezmierną

troskliwością zgromadzone i które by każdemu bystremu oku istotę i historię jej syna

opowiedzieć mogło. Takież samo zamiłowanie w zgromadzaniu pamiątek objawiało całe

Nad Niemnem



umeblowanie pokoju, które składało się ze sprzętów cennych i wytwornych, ale nieno-

wych i niemodnych.

Inne części tego domu starannie i wymyślnie odnowiono i przybrano przed ożenie-

niem się Zygmunta; sąsiedzi nawet złośliwie szeptali, że na te różne odnawiania, ozda-

biania, przerabiania użyta została znaczna część posagowej sumy jego żony. Nikt się temu

zresztą bardzo nie dziwił, bo powszechnie wiedziano o wysokim estetycznym wykształce-

niu i nader wymyślnych gustach młodego Korczyńskiego, zarówno jak o szerokich koli-

gacjach i świetnej edukacji kobiety, którą zaślubiał. Ale w pokojach pani Andrzejowej nie

zmieniono nic. W domu należącym niegdyś do jej męża od dawna mieszkali ludzie obcy,

ale część sprzętów, które ją tam otaczały, znacznym trudem i kosztem przez nią nabyta

i teraz znajdowała się wkoło niej. Były to przed trzydziestu laty używane, lśniące włosien-

nicą lub spłowiałym dziś adamaszkiem²⁸⁸ obite kanapy i fotele, męskie biurko z cennego drzewa, piękna szafa napełniona książkami w zniszczonych oprawach. Jednak pomimo

tej czci pamiątek znać tu było także żywe zajmowanie się i teraźniejszością. Mnóstwo

dzienników i nowych książek napełniało stoły i nosiło na sobie ślady pilnego ich czyta-

nia. Długie godziny, całe dnie czasem schodziły pani Andrzejowej na przypatrywaniu się

za pośrednictwem druku różnym społecznym drogom i przemianom, na ściganiu okiem

nowych strumieni myśli i prac tego ogółu, o który troszczyć się przywykła była niegdyś

wraz z ukochanym człowiekiem. Tu i ówdzie na ścianach i stołach rozrzucone wizerun-

ki współczesnych pracowników: niejakiej sławy myślicieli, artystów i pisarzy krajowych,

więcej jeszcze przekonywały, że znała i wielbiła tych wszystkich, którzy temu samemu

bóstwu, na którego ołtarzu zgorzał Andrzej, choć innymi niż on sposoby, ofiarę z życia

swego składali. Przed głębokim fotelem u okna wielki, głęboki kosz pełen był płócien

Dama, Opieka

i wełnianych materii, których część i teraz z igłą i innymi przyrządami do szycia na kola-

nach pani Andrzejowej spoczywała. W godzinach pozostających od czytania szyła odzież

dla rodzin ubogich, na których widywanie zdobywała się bardzo rzadko, ale o których

przez domowników swych zgromadzała liczne i dokładne wiadomości. Pajęczych robó-

tek i ładnych drobiażdżków nie wykonywała nigdy, ale zręcznie i przemyślnie własnymi

rękami sporządzała znaczne ilości różnorodnej niewykwintnej odzieży, która wiele istot

ludzkich osłaniała przed udręczeniem chłodu i wstydem łachmanów.

Tak jej zeszło lat dwadzieścia trzy, na których tle jednostajnym uwypuklało się kil-

ka momentów stanowczych, do pewnego stopnia rozstrzygających o całej przyszłości jej

i jej syna. Przed osiemnastu mniej więcej laty w tym samym pokoju stoczyła była z bra-

tem zmarłego męża rozmowę długą i burzliwą, która o mało nie nadwerężyła na zawsze

panującej w ich stosunkach zgody i przyjacielskiej poufałości. Prawny i przyrodzony opie-

kun małoletniego bratanka, Benedykt Korczyński, często podówczas bywał w Osowcach.

Młody jeszcze w porze owej i niedawno ożeniony, dotkliwie już jednak uczuwać zaczynał

ciernie ogólnego i swego życia, w kłopoty różne popadał, grubiał, posępniał. Niemniej,

w rządach majątku bratowej czynny przyjmował udział, tym czynniejszy, że ona po szcze-

rze i gorliwie przedsiębranych w tym kierunku próbach zadaniu temu podołać nie mogąc,

w imię sieroty po bracie pomocy jego zażądała. Z gospodarstwem i interesami dziedziczka

Osowiec doświadczyła tych samych do zwalczenia niepodobnych trudności, którym ule-

gła wprzódy wobec jednego z pełnionych przez jej męża zadań społecznych. Jak tam, tak

i tu zetknięcie się z ludzką ciemnotą i nieokrzesanością okazało się konieczne, a tak dla

niej przykre, że do zniesienia prawie niepodobne. Rachunki, procesy, gospodarskie prace

i plany w żelazne jakby kajdany ujmowały myśli jej i uczucia. Bezwiednie, pomimo nawet

najsilniejszego panowania nad sobą, słuchając sprawozdań rządcy przypatrywać się zaczy-

nała malowniczym grom świateł w zielonych gęstwinach parku, uchem ścigać melodię

wiecznie wyśpiewywaną przez przebiegającą go rzeczkę, rozmyślać nad świeżo przeczy-

taną książką, wspominać jakąś rozmowę, swawolę, słowo, uśmiech małego Zygmunta.

Gdyby szło o nią tylko, o nią jedną, wolałaby o wiele poprzestać na najskromniejszej

mierności niż troszczyć się o materialne zyski lub straty. Do pewnego stopnia troski

takie wydawały się jej nawet obniżającymi godność i wartość człowieka. Do ascetyzmu

skłonna, zbytków żadnych nie pragnęła i nie używała, żałobne jej suknie kosztowały nie-

wiele, stare sprzęty były jej najmilsze, próbując samą siebie przekonała się nieraz, że przez ²⁸⁸ adama e — gruba, wzorzysta tkanina jedwabna; zwana tak od Damaszku, gdzie ją początkowo wyrabiano.

Nad Niemnem



czas długi poprzestawać mogła na pożywieniu najgrubszym i najszczuplej wymierzonym.

Nieraz chęć życia w dobrowolnym, surowym ubóstwie przybierała w niej rozmiary go-

rącej żądzy. Wobec skarbu serca, który utraciła i o którym nigdy zapomnieć nie mogła,

bogactwa materialne wydawały się jej marnością, po którą schylać się nie było warto,

wobec zapałów i poświęceń, których była świadkiem i w których udział wzięła, dbanie

o wygody, zbytki poczytywała za poniżenie moralne, co najmniej za płytkość i pospolitość

wobec publicznych nieszczęść i nędz, którym ze swej pustelni przypatrywała się chciwie

i z bólem, dogadzanie zachciankom własnym i zgromadzanie środków, które je czynią

możliwym, stawało przed nią w postaci wstydu i grzechu. Ale nie była sama. Rozumiała

dobrze, że dla dobra syna, dla tej przyszłości jego, o której w ciche, szare godziny dziwne

dziwy roić lubiła, powinna była przechować w całości to jedno przynajmniej dziedzictwo,

skoro drugie, ojcowskie, na zawsze i nieodwołalnie stracone dlań zostało. Znowu więc

pracowała nad sobą, walczyła, przezwyciężyć usiłowała przyzwyczajenia swe i najgłębsze

instynkty, i znowu — nie mogła.

Na szczęście brat męża przychodził jej z pomocą, którą z wdzięcznością przyjmowała,

w inną jednak sprawę, stokroć w jej oczach ważniejszą i sercu jej bliższą, mieszania się jego dopuścić nie chcąc. Benedykt podobny był w tym wypadku do ostrożnego i lękliwego

strategika, który po wiele razy i z wielu stron ku obozowi nieprzyjacielskiemu z wojskiem

swym podjeżdża, nim bitwę stanowczą wydać postanowi. Dla bratowej miał on szacunek

rzetelny i onieśmielał go do niej układ jej pomimo przyjaznych z nim stosunków zawsze

nieco dumny i chłodny. Więc po wiele razy o małym Zygmuncie mówić z nią zaczynał, to

i owo do zrozumienia jej dawał, na myśl nasunąć usiłował, ale ona zdawała się nie słyszeć

go lub nie rozumieć. Na koniec dnia pewnego do tego samego pokoju wszedł więcej niż

kiedy zasępiony i pociągając wąsa, który już wtedy długi i w dół opadający twarzy jego

nadawał wyraz wiecznego zmartwienia, oświadczył, że zamierza otwarcie i bez ogródek

o małym synowcu z bratową pomówić. Zapytała go co by jej dziecku miał do zarzucenia?

Odpowiedział, że wyrasta ono na ancuskiego markiza, nie na polskiego obywatela, na

panienkę, nie na mężczyznę.

Przed panią Andrzejową stał właśnie na stole pięknie wykonany i oprawiony portret

dwunastoletniego chłopca w stroju ancuskim zeszłego stulecia z aksamitu i koronek

złożonym, z opadającymi na plecy strugami uyzowanych włosów. Dziecko było istot-

nie bardzo ładne, delikatne i w malowniczym ubraniu swym wyglądało na książątko.

Oczy matki i stryja zbiegły się na tym portrecie, pierwsze wyrażały miłość i uszczęśli-

wienie, drugie — lekceważenie i zgryzotę. Z lekceważeniem i zgryzotą Benedykt mówił

dalej, że panicza tego na przechadzkach guwerner za rękę prowadzi, pilnie go strzegąc

od widoku i poznania wszelkiej rzeczy do świata tego należącej, że jest on fizycznie za

mało na wiek swój rozwinięty, w gustach wybredny, z otaczającymi często despotyczny

i wzgardliwy, że na koniec, jako jedyny środek nadania mu hartu ciała, trzeźwiejszego

kierunku umysłowego i przyzwyczajeń lepszych, pan Benedykt doradza oddanie go do

szkół publicznych. Wtedy pani Andrzejowa w całej wysokości swej powstała i nie tylko

stanowczo, ale z oburzeniem oświadczyła, że nie uczyni tego nigdy. Ona, ona miałaby

jedyne dziecko swoje zmieszać z tłumem pełnym najpoziomszych, a może i najbrud-

niejszych instynktów, zwyczajów, pojęć, wystawić je na niebezpieczeństwo zarażenia się

pospolitością, prostactwem, może nawet panującą na świecie gonitwą za zyskiem, karie-

rą, grubym materialnym użyciem! Nie gardzi ona tłumem, owszem, namiętnie pragnie

doskonalenia się jego i szczęścia, ale dążeniem jej i celem życia jest to, aby syn jej był

nad tłum wyższy, czystszy, doskonalszy. Tam rosną i na los szczęścia kształcą się prości

szeregowcy, on, wzorem ojca, stać się powinien wodzem, w tym znaczeniu wodzem, iż

kiedyś, w przyszłości, zaświeci tamtym wzorem wzniosłych uczuć i myśli, a może także

i natchnionych przez nie czynów. On, przy jej boku, pod jej czuwającym okiem, wzróść

musi czysty od wszelkiej moralnej skazy, z duszą tak wybredną, aby wszelki cień brzydoty

i pospolitości wstrętem ją napełniał. Umysłowego wychowania jego przecież nie zanie-

dbuje, drogo opłacani nauczyciele uczą go mnóstwa rzeczy, a z czasem, gdy dorośnie,

wyjedzie w świat po wyższą jeszcze naukę, ale tymczasem w dziecinnych i pacholęcych

latach, atmosfera czystości moralnej i estetycznego piękna otaczać go nie przestanie. Ten

zbytek w otoczeniu i stroju, który tak bardzo razi jego stryja, jest tylko środkiem do nada-

wania mu tych wytwornych przywyknień ciała i ducha, które przez całe już następne życie

Nad Niemnem



chronić go będą od wszelkich nawet pokuszeń ku złemu, będącemu zawsze fizyczną albo

moralną szpetotą. Od tego wychowawczego planu, od tych względem syna postanowień

nie odwiodą jej żadne rady lub upomnienia dlatego też życzy sobie ona i prosi, aby ją

nimi więcej nie niepokojono.

Benedykt zrozumiał, że wszelkie dalsze próby w tym kierunku pozostałyby nada-

remne. To, co usłyszał, nie było kaprysem lekkomyślnej wietrznicy ani deklamacją roz-

romansowanej gęsi, ale przekonaniem i wolą kobiety myślącej i energicznej. Był to plan

Duma

obmyślany, wyrozumowany, podstawy swe mający w najgłębszych właściwościach umy-

słu i charakteru tej kobiety, w samej niejako treści własnego jej życia. Ile do rozumowań

mieszało się w tym planie dumy spoglądającej wiecznie ku szczytom dla tłumów niedo-

sięgłym i spomiędzy nich wyosobnionym, nie zdawała ona z tego przed sobą dokładnej

sprawy, jakkolwiek wiedziała o tym, że jest dumna, wzniosłymi pobudkami cechę tę swo-

ją nie tylko usprawiedliwiając, lecz ją w sobie wysoko ceniąc. Kiedy Benedykt upierając

się jeszcze mówić zaczął o tej właśnie dumie, którą tak przedwcześnie objawiać zaczynał

mały Zygmunt, odpowiedziała, że pielęgnować jej w nim nie przestanie, bo z czasem stać

się mu ona może puklerzem przeciw wszelkiemu poniżeniu się i bodźcem ku coraz wyż-

szemu życiu. Benedykt w ziemię patrzał, wąsa w dół pociągał i chmurny, niezadowolony,

lecz bezsilny, opuścił ten pokój do kaplicy podobny, w którym niedługo potem odegrać

się miała jedna ze stanowczych scen życia jego właścicielki.

Bardzo samotne i jednostajne życie prowadząc, pustelnicą zupełną pani Andrzejowa

Ciało, Dusza, Pokusa,

Swaty, Wdowa, Wierność

zostać nie mogła. Kiedy niekiedy odwiedzano ją, tu i ówdzie ukazywała się w domach

krewnych i sąsiadów. Rzeczą więc było nie tylko naturalną, ale nieuniknioną, że raz ktoś

zapragnął posiąść serce jej i rękę. I dlatego tylko wydarzyło się to raz jeden, że sposób

jej życia i obejścia się zrażały do niej usposobienia płoche i odbierały nadzieję najśmiel-

szym. Tym razem człowiek świeżo w okolice te przybyły, więc nieuprzedzony, poważny,

nieskazitelny, równe jej położenie w świecie zajmujący, coraz częściej samotne Osow-

ce nawiedzać zaczął, gorącą cześć i sympatię właścicielce ich okazując. Zamiary, które

względem niej żywił, najbliższym jej krewnym powierzył, o wstawienie się ich i pomoc

jak o łaskę największą prosząc. Wtedy cichy ten zawsze pokój stał się miejscem częstych

rodzinnych zebrań, narad, namów, perswazji. Nikt prawie zrozumieć tego nie mógł, aby

kobieta podówczas trzydziestoletnia, piękna, majętna zagrzebać się miała żywcem w ża-

łobnym prochu wspomnień, wyrzec się na zawsze realnych i każdemu, zda się, niezbęd-

nych uczuć i uciech życia. Nawet rodzina zmarłego Andrzeja nie tylko tego całopalenia

od niej nie wymagała, lecz ją od niego wszelkimi siłami odciągała. Ruchliwa i we wszyst-

ko mieszająca się Darzecka za swatostwami przepadała zawsze. Benedykt miał nadzieję,

że wykształcony i z prawości swej znany ojczym zgodniej z własnymi jego wyobraże-

niami wychowaniem Zygmunta pokieruje. Przyjeżdżano więc do Osowiec, namawiano,

rozpowiadano o cnotach i zaletach konkurenta, o jego szczerych i gorących dla młodej

wdowy uczuciach. Ale najwymowniejszym ze swatów było jej własne serce, które za roz-

kochanym w niej człowiekiem przemawiało goręcej niżby ona spodziewać się albo nawet

przedtem przypuszczać mogła. Pomimo woli przy zbliżeniu się jego uczuwała, że nie jest

abstrakcyjną formułą niewieściej cnoty, ale człowiekiem zmuszonym do doświadczania

ludzkich pociągów i pokus. Pomimo woli odzywała się w niej żądza jakby zmartwych-

powstania, jakby otrząśnięcia z siebie mogilnych prochów i wyjścia na świat słoneczny,

pomiędzy kwiaty. Nęcić ją zaczęła myśl posiadania obok siebie rozumnego i kochającego

towarzysza wszystkich chwil życia, tęsknota za ciepłem rodzinnego ogniska, jak smutna

lilia o kroplę rosy błagająca, wyrastała z grobu, dotąd samotnie i niewzruszenie wzno-

szącego się na dnie jej serca. Przyszła na koniec chwila, w której przyjaciele i doradcy

ujrzawszy ją słabą i wzruszoną wymogli na niej wahające się jeszcze i warunkowe słowo

przyzwolenia. Odjechali, aby co prędzej radosną wieścią obdarzyć tego, kto na nią niecier-

pliwie i niespokojnie oczekiwał, ale zaraz po ich odjeździe w młodej kobiecie podniosła

się burza gwałtownych i gorzkich uczuć. Dopóki rzecz była niepostanowiona i w dalekich

zaledwie przypuszczeniach ukazująca się, dopóty wywierała na nią urok odpychany, ale

często nieprzezwyciężony. Teraz, gdy wnet życie jej rozłamać się miało na dwie połowy,

pierwsza ta, która przeminęła, uderzyła ją w serce i oczy całym blaskiem drogich i świę-

tych wspomnień. Nigdy, nigdy tak jasno i dokładnie nie roztoczyły się przed nią dzień

po dniu, godzina po godzinie lata jej pierwszej młodości i miłości, nigdy tak wyraźnie

Nad Niemnem



wyobraźnia jej nie odtwarzała postaci jej pierwszego i jedynego kochanka i męża. Jakieś

smutne szmery powstawały wkoło niej i napełniały samotny jej pokój, zdając się przynosić

długie, wieczne pożegnania, nie wiedzieć skąd, może z tej mogiły wznoszącej się w głębi

boru, na którą teraz spadała mgła jesiennego deszczu i na której obraz w wyobraźni jej

powstający spłynęły jej rzęsiste, gorące łzy. Nie, ona zapomnieć nie mogła ani wyrzucić

z siebie tego, co tak głęboko zapadło w jej istotę i samo jedno dotąd ją wypełniało. Kiedy

pomyślała, że wkrótce, prawie zaraz, kibić jej obejmą ramiona, a na ustach jej spoczną usta

innego mężczyzny, że nowe obowiązki, a może i uroki życia do reszty rozerwą związek

jej z tamtym i miłość dla niego, wspominanie o nim uczynią prawie grzechem i zdradą,

uczuła naprzód ból taki, jakby po raz drugi na wieki rozstawała się z Andrzejem, a po-

tem zdjął ją niezmierny wstyd nad małością i słabością własną. Jak to! Dla pospolitych

i przemijających rozkoszy, choćby dla trwalszych i wyższych, lecz zawsze samolubnych

uciech, miałaby ona własnymi rękoma zdruzgotać ideał jedynej i wiecznie wiernej miło-

ści, porwać nici pamięci wiążące ją z człowiekiem, który dla celów wysokich poświęcił

życie, zdjąć z siebie nawet jego nazwisko, strzec się nawet jak zdrady westchnienia po

nim! Jak to! Miałaby ona, jak najpospolitsza z niewiast, przerzucić się z jednych objęć

w drugie, w jednym istnieniu do dwóch należeć, szczęście sobie zdobywać, gdy tamten

życie nawet utracił! Tamtemu więc śmierć wczesna i przez wszystkich, nawet przez nią

zapomniana mogiła, a jej wszystkie wdzięki i pomyślności życia! Któż pamięć o nim na

ziemi przedłuży, jeżeli ona wyrzuci ją z siebie? Kto przyjmie udział w jego ofierze, jeżeli

ona go się zrzeknie? Kto myślą przynajmniej, żalem, uwielbieniem towarzyszyć mu będzie

w stronach ponurych, jeżeli ona w słoneczne, kwieciste odleci? Za samo przypuszczenie,

Mąż, Modlitwa, Wizja

że tak stać się mogło, za minutę słabości zmysłów i serca wstydziła się tak srodze, że gdyby

była mogła, deptałaby siebie własnymi stopami, że z gwałtowniejszym niż kiedykolwiek

wybuchem miłości dla Andrzeja upadła na twarz przed krucyfiksem, nie do Boga prze-

cież, ale do kochanka o przebaczenie wołając. Bogato rozwinięte, piękne jej ciało wiło się

u stóp czarnego krzyża w objęciach upokorzenia i skruchy, a dusza niby sztyletem nie-

wysłowioną tęsknotą przebita, z takim natężeniem wszystkich sił wzbiła się ku temu, za

kim tęskniła, że wywołała jedną z tych wizji, którym organizmy ludzkie w wyjątkowych

tylko stanach ciała i ducha ulegają. Była to halucynacja posiadająca dla niej wszystkie

cechy dotykalnej rzeczywistości. Ujrzała Andrzeja, spłynął ku niej z góry z krwawiącą się

plamą na bladym czole i łagodnym ruchem przebaczenia czy tkliwej opieki nad głową jej

dłoń wyciągnął. Widziała go wyraźnie, z doskonałą wypukłością kształtów i dokładno-

ścią linii. Milczał, ale ona do niego mówiła. Co i jak mówiła, nigdy tego przypomnieć

sobie nie mogła, wiedziała tylko, że była to dla niej chwila nieziemskiego zachwycenia,

z której obudziła się smutniejsza, ale zarazem silniejsza niż kiedy i której powtórzenia się

nigdy pragnąć nie przestała. Ale nie powtórzyła się ona nigdy, tak jak nie powtórzył się

wypadek, który ją poprzedził. Umysł miała zbyt oświecony, aby nie rozumieć, że wizja,

której doświadczyła, była złudzeniem zmysłów, przez wyjątkowy w chwili owej stan jej

ciała i ducha sprowadzonym, niemniej pozostawiła w niej ona ślad niestarty i z upływem

czasu pogłębiać się mający.

Na swój sposób i niezupełnie prawowiernie matka Zygmunta religijna jednak by-

Bóg, Miłość, Religia,

Zaświaty

ła głęboko i żarliwie. Zewnętrzne praktyki dopełniała rzadko, drobiażdżki noszące imię

świętości: obrazki, posążki, poświęcane paciorki itp. wydawały się jej oznakami czci bła-

hymi, nieestetycznymi, niegodnymi idei bóstwa. W zamian idea ta była jej nieskończenie

droga i święta, wiara w ideał doskonały i niedościgniony, w potęgę i dobroć najwyższą

i opiekuńczą stanowiła niezbędną potrzebę jej duszy i nie tylko nie zachwiała się w niej

nigdy, lecz w życiu pełnym samotnych rozmyślań i cierpień dościgła niezwykłej mo-

cy. Wierzyła także w istnienie zagrobowe, bo niepodobnym jej się wydawało, aby duchy

ludzkie jak zdmuchnięte świece gasnąć mogły i na zawsze bo myślała, że Twórca nie mógł

daremnie dać stworzeniu swemu przeczucia i pragnienia nieskończoności, z którego po-

wstały wszystkie jego wielkie dążenia i dzieła. Wierzyła więc niezłomnie w zaświatowe

istnienie Andrzeja i zrazu nieśmiało, potem z coraz żywszą nadzieją myślała, że kto wie,

czy miłość jej trwałością i siłą swoją nie okupiła sobie prawa wniknięcia w krainę niezna-

ną i dosięgnięcia tego, ku któremu od tak dawna wzbijała się bezustannym płomieniem

ofiary. Jak martwy przedmiot poruszać się zdaje przed oczami tego, kto się weń długo

wpatruje, tak cel niedościgły, ale długo i wyłącznie myśli i uczucia człowieka na sobie

Nad Niemnem



skupiający, zdaje się ku niemu zstępować i przybliżać. Przez długie godziny klęcząc przed

krzyżem, symbolem męczeństwa za ideę poniesionego, które w jej osobistym życiu tak

stanowczą odegrało rolę, kobieta, która przez lat dwadzieścia kilka ani razu nie zdjęła

z siebie żałobnego stroju, pomimo woli i wiedzy przemawiać nieraz zaczynała do tego,

po kim strój ten nosiła. Przemawiała czasem z zupełną i dziwnie uszczęśliwiającą wiarą,

a czasem tylko z nieśmiałą nadzieją, że jest przez niego słyszana. Nikt z ludzi nie sły-

szał tego, co ona mówiła i opowiadała jemu — nie tylko o sobie, ale i o tym, co on

na ziemi najbardziej kochał i za co śmierć poniósł. Był to jedyny powiernik jej cierpień,

tęsknot, pragnień, obaw i tego błysku szczęścia, który raz oświecił jej samotne, ciche,

prawie klasztorne życie.

Niewiele potem, gdy przekonała siebie i innych, że ani przeszłości zapomnieć, ani

w objęcia nowej, chociażby najpromienniejszej przyszłości rzucić się nie może, jeden z na-

uczycieli małego jej syna odkrył w nim talent malarski. Ile w tym odkryciu z triumfem

matce oznajmionym było prawdy, a ile złudzenia lub może chęci przypodobania się pa-

ni domu, pani Andrzejowa o tym nie myślała. Od dzieciństwa w kierunku estetycznym

starannie kształcona, grać i rysować umiejąca, nie posiadała przecież znajomości sztuk

pięknych dość gruntownej, aby przez nią odkrycie to zgłębić i sprawdzić. Może zresztą

sprawdzenie takie w stosunku do dwunastoletniego dziecka nie było możebne. Od razu

i niezłomnie uwierzyła w miłą sobie wiadomość, przyjęła ją nawet bez zdziwienia, jak coś,

czego spodziewała się zawsze i co koniecznie stać się musiało. Zawsze i silnie przekonana

była, że w synu jej i Andrzeja prędzej lub później objawić się musi jakaś zdolność nad

pospolity poziom go wynosząca, jakaś niby iskra z krwi rodziców przez naturę wzięta

i na jego czole w gwiazdę pierwszej wielkości rozniecona. W mniemaniu jej inaczej być

nie mogło, syn jej i Andrzeja człowiekiem pospolitym, takim, jacy składają szare i bez-

imienne tłumy, być nie mógł. Bez zdziwienia więc i uniesień, ale z wewnętrzną głęboką

radością wieść o rodzącym się talencie Zygmunta przyjęła i odtąd całe otoczenie jego,

wszystkie na niego wywierane wpływy, przedtem już pierwiastkami wykwintu i piękna

przesycone, skierowane zostały ku rozwijaniu w nim estetycznych zdolności i gustów.

Pełne delikatnego wdzięku i wybujałych wymagań dziecko, w cieplarnianej atmosfe-

Ambicja, Artysta, Dziecko

rze osowieckiego domu czy pałacu wzrastające i tak od otaczającego je świata oddalone,

jakby mieszkańcem jego nigdy być nie miało, rwało się istotnie do ołówka, potem do

pędzla, z niecierpliwością przypisywaną ognistemu temperamentowi, z fantastycznością

za nieomylną oznakę geniuszu poczytywaną. Biegli i coraz kosztowniejsi nauczyciele wró-

żyli mu przyszłość wielkiego artysty, o której on słuchał z rozkoszą, każdy szczegół własnej osoby i codziennego życia tak wyjątkowy uczynić usiłując, jak wyjątkową być miała przypadająca mu w świecie rola wybrańca. Jak promienie słońca skupiają się w soczewce, tak

wszystko, co go najbliżej otaczało, starania swe i uwielbienia skupiało na nim, i tak z kolei on własne swoje myśli i rojenia na samym sobie skupiał. Wszystko, co istniało poniżej

tej wysokości, na której niedorostkiem jeszcze będąc w mniemaniu swoim stanął, wyda-

wało mu się brzydkie, niegodne uwagi, nawet brudne i wstrętne. Nad sobą widział tylko

przyszłego siebie. Był środkowym punktem świata dla wszystkich, których widywał, i dla

samego siebie w oczekiwaniu, aż stanie się nim dla ludzkości, to jest dla tej specjalnej

ludzkości, która ma gładką skórę na twarzy i rękach, estetyczne ubranie i zna się na sztu-

kach pięknych. O innej słyszał wprawdzie i czytywał nieraz, ale nie żywił dla niej uczuć

żadnych ani ujemnych, ani dodatnich. Po prostu nie myślał o niej, nie dbał o nią, nie

istniała ona dla niego. W zamian rósł i dojrzewał w absolutnej pewności, że jest jednym

z najdostojniejszych członków owej znanej mu i pokrewnej ludzkości i że w przyszłości

stanie się jednym z jej ulubieńców i bożyszcz. Przyszłość ta błysnęła mu nieprędko, raz

jednak błysnęła. Po wielu latach daleko od rodzinnego miejsca spędzonych, po długich

studiach, długo niepomyślnymi tylko próbami wieńczonych, obraz przez niego wyko-

nany wyróżnił się spośród wielu innych i ściągnął na siebie przychylną uwagę znawców.

Właściwie, nie był to obraz, ale obrazek, rozmiarami drobny i z pomysłem dość po-

spolitym, ale w którego wykonaniu, pomimo niejakich usterek technicznych, czuć było

pracowicie wybijającą się na wierzch zdolność. Pospolitość pomysłu i techniczne usterki

krytykowano, lecz młodą zdolność przychylnie zachęcano do dalszej pracy. Powodzenie

obrazka zwiększyła o wiele wiadomość, że malował go człowiek majętny, z bytem nie-

zależnym i dość wysokim towarzyskim stanowiskiem. Spodem płynęły szepty mniej lub

Nad Niemnem



więcej wiernie historię jego ojca opowiadające. To i drugie sztucznie wydęło rozgłos imie-

nia młodego malarza i pierwszej roboty, z którą popisywał się on publicznie. Ale ani on

sam, ani jego matka o sztuczności tej nie wiedzieli nic, a pochwały i zachęty raz jeszcze

w ich umysłach sztucznemu wydęciu i powiększeniu uległy. Dla pani Andrzejowej była

to chwila prawie upajającego szczęścia. Ziściły się jej najgorętsze pragnienia. Z ekstazą

prawie myślała, że na tym samym ołtarzu, na którym zgorzał Andrzej, syn jego składać

będzie ofiary geniuszu i pracy. Będzie on, wspólnie z garstką wybranych, światłem roznie-

conym w ciemnościach, chlubą poniżonych, świadectwem życia pozornie umarłym. Jego

natchnienia utworzą jedną z desek ratunkowego mostu nad przepaściami unicestwie-

nia i zguby, wytworzą jedną z cegieł do budowania arki, która płomień życia przenosi

na drugą stronę gaszącej go powodzi. Ta myśl panowała w niej nad wszystkimi innymi.

W okazywaniu uczuć swoich jak zwykle powściągliwa, w głębi szalała prawie z radości

i dumy. Na powierzchowność jej wybiło się to promiennością cichą, ale stałą. Częściej niż

wprzódy ukazywała się pośród ludzi, żądna może usłyszenia tego, co o jej synu mówiono,

a może w radości swej większy do nich pociąg czująca. Ale w długie zimowe wieczory

Duch

przy świetle lampy obszerny i wysoki pokój oświecającej albo w letnie gwiaździste noce,

od których przez otwarte okna płynęły do tego pokoju potoki szmerów i woni, dłuższe

niż kiedy godziny spędzała przed czarnym krzyżem na klęczkach. Bogato oprawnej książ-

ki na klęczniku spoczywającej nie otwierała prawie nigdy, ale z ust jej płynęły natchnione

słowa dziękczynienia i błagania. Tyle lat w tym miejscu z zamkniętego przed światem

swego serca wylewała tyle łez i skarg. Teraz o szczęściu i nadziejach swoich opowiadała

duchowi Andrzeja, w którego związek z własnym duchem w miarę upływającego czasu

wierzyła coraz mocniej.

Działo się to przed czterema laty. Dziś prawie pięćdziesięcioletnia, pani Andrzejo-

wa wyglądała na daleko młodszą niż była. Kibić jej, zawsze okazała, w ostatnich latach

wypełniła się jeszcze i zmężniała biła z niej niepospolita siła i powaga. W wielkiej czy-

stości i regularności prawie zakonnego życia niby w krynicznej wodzie, blada jej cera

zachowała delikatność i gładkość, drobnymi zmarszczkami gdzieniegdzie tylko mąconą.

W pięknym pokoju, któremu kształt okrągły i ściany obrazami okryte nadawały pozór

kaplicy, na tle wielkiego okna, za którym rozlewało się morze zieleni, opłynięta ciężkimi

fałdami żałobnej sukni, przedstawiała postać malowniczą i szanowną. Regularny jej profil

ocieniały koronki czarnego czepka i dwa gładkie pasma złotawych włosów, z rzadka jesz-

cze srebrnymi nićmi przetkanych. Piękne, białe ręce na zwoje grubego płótna opuściła,

w samotności nawet, gdy była bezczynna, zachowywała najcharakterystyczniejszą cechę

swojej powierzchowności, głowę miała podniesioną i spuszczone powieki.

Jednak w wyrazie tej niemłodej, lecz pięknej i szlachetnej twarzy niewieściej nie wi-

dać teraz było ani szczęścia, ani spokoju. Cicha promienność, która ją przed czterema laty

okrywała, bez śladu znikła. Zamyślenie jej nie było pogodną kontemplacją rzeczy miłych

i pomyślnych, lecz niespokojną zadumą nad czymś niezrozumiałym i groźnym. Parę razy

dłonią po czole powiodła, westchnęła, z piersi wydała dźwięk do cichego okrzyku zdzi-

wienia podobny, palce jej szybkim, nerwowym ruchem kłuły igłą grubą tkaninę kolana

jej okrywającą. Nie wyglądała na kogoś, w kogo by już uderzył cios bolesny i wszyst-

kie jego nadzieje rujnujący, ale na kogoś, kto możliwość takiego ciosu jeszcze z daleka

spostrzega i przyczyny jego odgadnąć usiłuje. Od dwóch lat zresztą, prawie od czasu gdy

Zygmunt ożeniony do Osowiec wrócił i stale w nich zamieszkał, obcy nawet ludzie ten

niepokój i gryzącą, choć żadnym słowem nigdy nie wyjawioną troskę w niej spostrzegali.

Przed kwadransem zobaczyła była przez okna młodą parę ludzi ścieżkami parku dążącą

Mąż, Żona

ku owej łące ujętej w trójkąt dwóch rzek i wzdymającej się łańcuchem małych, sztucz-

nych pagórków. Miejsce to stanowiło przed paru miesiącami ulubiony cel przechadzek jej

syna, rozpoczął on był w nim archeologiczne poszukiwania, które przez tygodni kilka go-

rączkowo niemal go zajmowały. Teraz szedł tam znowu w wykwintnym letnim ubraniu,

które czyniło go podobnym do obrazka z żurnalu mód wyciętego, z giętką laską w rę-

ku, z twarzą ocienioną szerokimi brzegami fantastycznego nieco kapelusza. Pod jednym

ramieniem trzymał sporą tekę rysunkową, u drugiego zwieszała się mała, przedziwnie

zgrabna, w lekką, jasną tkaninę ustrojona kobieta. Twarzy tych dwojga ludzi pani An-

drzejowa nie dostrzegała, ile razy przecież wychyliwszy się zza zieleni drzew przebywali

widną część ścieżki lub trawnika, widziała dokładnie, że młodziutka kobieta tuliła się do

Nad Niemnem



boku męża, strojną głowę ku niemu podnosiła, szczebiocząc, przymilając się, wszystkimi,

zda się, siłami serca i wdzięków usiłując niby iskrę z krzemienia wykrzesać z niego jedno

słowo serdeczne lub jedno wesołe spojrzenie, on zaś szedł obok niej mierzonym krokiem

salonowca, może znudzony, może roztargniony, co pewna, to że milczący i obojętny. Tak

przeszli część parku, przepychem starannie uprawianej roślinności otoczeni, blaskiem

letniego słońca oblani, lecz dla troskliwie śledzącego ich oka ani szczęśliwi, ani nawet

spokojni aż na jednym z białych mostków, wdzięcznie nad szemrzącą rzeczułką zawie-

szonych, Klotylda gwałtownym ruchem wysunęła rękę spod ramienia męża i na chwilę

gestem gniewu czy żalu obie ręce do oczu podniósłszy, szybkim biegiem puściła się ku

domowi. On nie oglądając się i kroku nie zmieniając poszedł dalej, w przeciwną stronę,

ku wiodącej na łąkę ogrodowej furtce. Jedyną oznaką wzruszenia, którego doznał, było

parokrotne ćwiknięcie giętką laseczką rosnących przy ścieżce krzewów. Wkrótce zniknął

za gęstym klombem akacji. Klotylda zaś biegła wciąż po trawnikach i ścieżkach parku, do

bladoróżowej chmurki podobna. Parę razy stanęła i obejrzała się, jakby miała nadzieję, że

ten, z którym rozstała się przed chwilą, obejrzy się także za nią lub ją ku sobie przywoła.

Za każdym jednak razem czyniła ręką gest zniechęcenia czy oburzenia, aż przystanąwszy

u wspaniale pośród trawnika wyrastającego modrzewia, czoło o gruby pień jego oparła

i po ruchach jej pleców poznać można było, że gwałtownie zapłakała. Potem, jak rozża-

lone dziecko wstrzymując nerwowe drgania rozognionej twarzy, skręciła w ciemną aleję

wprost już ku jednym z wchodowych drzwi domu prowadzącą. Potem pani Andrzejowa

usłyszała lekkie kroki synowej przebiegające szybko wschody i parę salonów potem jeszcze

drzwi jakieś zamknęły się ze stukiem zdradzającym rękę rozgniewaną albo zrozpaczoną

— i wszystko ucichło.

Tak było od dawna, więcej niż od roku, tak było ciągle. Dlaczego? Nieskończoną już

ilość razy pani Andrzejowa zadawała sobie to pytanie, ale głośno nie wymówiła go jeszcze

ani razu. Po wielekroć już chciała iść do niej, do niego, zapytywać, zwierzenia wywołać,

może coś poradzić i czemuś zapobiec, ale powstrzymywała się zawsze. Widziała, czuła ra-

nę życia tych dwojga ludzi, a lękała się jej dotknąć przez obawę sroższego jej zaognienia,

przez delikatność uczuć szanującą uczucia i tajemnice choćby własnego dziecka. I teraz

także powstała, zwróciła się ku drzwiom prowadzącym do salonów rozdzielających jej

pokój z pokojem młodej synowej, ale wnet przy stole książkami i dziennikami spiętrzo-

nym stanęła. Był to okrągły stół pośrodku pokoju umieszczony i fotelami staroświeckiego

kształtu otoczony. Pośród książek i dzienników stała tam pięknie oprawiona, dość duża

fotografia Zygmunta, przedstawiająca go w tej jeszcze porze życia, gdy dwudziestopię-

cioletnim młodzieńcem przebywał on w stolicy sztuki malarskiej, w Monachium. Wi-

zerunek ten był jednym z ustępów jego życia, które rysowane, malowane, fotografowane

napełniały pokój jego matki. W postawie trochę niedbałej, a trochę wyszukanej, wsparty

o zrąb kolumny, ukazywał on twarz młodzieńczą, z rysami dość pięknymi, bez uśmiechu,

bez ognia w spojrzeniu, z kapryśnym zagięciem warg cienkich i elegancko zaostrzonym

wąsem ozdobionych. Z samego układu stóp jego u dołu kolumny skrzyżowanych można

było wyczytać, że z uczuciem własnej wyższości nad wszystkim, co było na ziemi, opierał

je o ziemię. Pani Andrzejowa splecione ręce na stół opuściła i długo wpatrywała się w ten

portret syna, który przed sześciu laty wzbudzał w niej doskonałe zachwycenie i wzniecał

cudowne nadzieje. Dziś nagle w tych ściągłych, ładnych rysach dostrzegła chłód i ude-

rzył ją wyraz kaprysu te wargi otaczający. Uczyniła ręką ruch taki, jakby natrętną marę

nie wiedzieć skąd zjawiającą się przed nią odegnać chciała. Ale ta mara wysuwała się nie

z próżni urojenia, lecz z długich spostrzeżeń i uwag, które od czasu stałego osiedlenia się

w Osowcach Zygmunta na kształt roju ostrych żądeł kąsały jej duszę. Osłupiałymi oczami

wpatrywała się wciąż w portret.

„Nie kocha jej! po dwóch latach małżeństwa już jej nie kocha! Czy on naprawdę

Miłość, Trup

kogokolwiek i cokolwiek kocha?”

Pytanie to dla tej kobiety, która sama tak niezmiernie i wiernie kochać umiała, po-

siadało wagę ogromną. Mieszcząca się w nim wątpliwość była dla niej taką wątpliwością,

którą ludzie odczuwają u śmiertelnego łoża swoich najdroższych. Nie z większą boleścią

nad złożonym ciężką chorobą synem zapytywałaby siebie: „Wyżyje czy nie wyżyje?” Ona

widziała ludzi umierających z wielkich miłości i czciła ich jak świętych, człowiek bez

miłości, choćby małych, powszednich, wydawał się jej trupem.

Nad Niemnem



Wzrok podniosła na jedną ze ścian w połowie prawie okrytych rysunkami i malo-

Artysta

widłami syna w różnych porach życia jego wykonanymi. Widokiem tym chciała może

upewnić siebie, że posiada on nie tylko to, co poczytywała ona za życie człowieka, ale i to, co jest życia płomieniem i skrzydłami. Artystą był przecież, kochał sztukę! Ale to, na co

patrzała, było tylko pacholęcymi próbami, tu, przy tym stole, pod jej okiem dokony-

wanymi. Gdzieniegdzie zaledwie, wśród tych dziecinnych prawie zabawek, ukazywały się

roboty dojrzalszego wieku z dalekich krajów przesłane lub przywiezione: jakaś główka

kobieca, jakieś studium martwej natury, jakiś drobny pejzażyk z niewolniczą wierno-

ścią z kawałka obcej ziemi zdjęty. Drobnostki zdradzające bladość wyobraźni i wielkie

wysilenia nierozgrzanej ręki. Nicość pomysłów, mozolność, a przecież i niedokładność

wykonania, żadnego śmiałego rzutu myśli ani oryginalnego uderzenia pędzla — nic oso-

bliwego. I było to już wszystko, oprócz tego jednego obrazka, który przed czterema laty

skrzesał nad jego głową pierwszy promyk sławy. Drugi po nim nie przybył — i nawet

nie zaświtał. Dlaczego? Nie byłżeby on naprawdę artystą?

Spokojną zwykle tę twarz kobiecą wykrzywił strach i ból, blade jej czoło zarumieni-

ło się pod uderzającą w nie falą krwi, białe ręce kurczowo ścisnęły kartę rozwartego na

stole dziennika. Widać było, że twierdzące odpowiedzi na pytania, które jak przeraźliwe

błyskawice umysł jej przerznęły, byłyby dla niej gromem…

W pełni słonecznego blasku, który tego dnia sierpniowego świetny, ale łagodny spły-

wał z nieba bez skazy, suchą i niedawno skoszoną łąką szedł Zygmunt Korczyński. Rów-

ninę, jak okiem sięgnąć szeroką a jak szmaragd zieloną, przepasywały dwie wstęgi rzek

zbiegających się ze sobą na dalekim punkcie firmamentu, a usiewały grupy drzew i krze-

wiastych zarośli, które tę łąkę czyniły podobną do parku rozległego, zasadzonego ręką

przez bujną fantazję kierowaną. Pełno tu było blasków i zmroków, rozłożonych na tra-

wach misternych rysunków cieni, złotych deszczów pomiędzy liśćmi, świateł w różnym

stopniu natężenia, szczebiotu ptactwa, metalicznego brzęczenia owadów, aromatycznych

woni bijących w powietrze nabierające już kryształowej przejrzystości zbliżającego się po-

czątku jesieni. Pośród tego wszystkiego Zygmunt postępował mierzonym krokiem do-

Nuda

skonale przyzwoitego człowieka, który z przyzwyczajenia i z umysłu w zupełnej nawet

samotności nie rozstaje się z umiarkowaniem i gracją poruszeń. Szedł coraz powolniej,

a gdy w żurnalowym ubraniu, obcisłym i kosztownym, w płytkim obuwiu, które poły-

skiwało na słońcu, i ukazujących się zza niego cielistych kamaszach, spod mrużącej się

trochę wzgardliwie powieki dokoła spoglądał, każdy wziąć by go musiał za turystę zwie-

dzającego ziemię obcą i ukazującą się mu w postaci bardzo ubogiej albo za mieszkańca

wielkiego miasta wypadkiem pośród natury dzikiej i nieznanej zabłąkanego.

Teka, którą niósł pod ramieniem, zdradzała intencje rysowania. Istotnie, przed kilku

dniami spostrzegł tu był o tej samej godzinie w pewnej grupie olch pewne rysunki gałęzi

i efekty światła stworzone jakby ku rozkoszy i natchnieniu pejzażysty. Zbyt długo uczył

się sztuki malarskiej, zbyt wyłącznie skierowywał ku niej marzenia i ambicje swoje, by

mógł nie być zdolny do spostrzeżenia pięknego zjawiska natury i poświęcenia mu choć-

by chwil kilku uwagi. Dziś właśnie przed wyobraźnią mignął mu pejzażyk przed kilku

dniami spostrzeżony; uczuł w sobie dawno nie zaznane ciepło i co prędzej udał się na łą-

kę. Może, może na koniec przyszła chwila rozpoczęcia po czteroletniej przerwie nowego

dzieła, drobnego wprawdzie, drobnego, ale które stanie się przerwą w nudzie i chłodzie

jego życia, a zapewne i szczeblem ku dziełom większym. Po półgodzinnym przebywaniu

łąki, w czasie którego krok jego stawał się coraz powolniejszy, a wzrok coraz więcej wzgar-

dliwy i znużony, znalazł się tam, dokąd dążył. Stanął i patrzał. Było to zupełnie to samo,

co widział przed kilku dniami, te same misterne rysunki liści, te same ciekawe oświe-

tlenia podnóży i szczytów drzew, ta sama żółta wilga kołysząca się na gałęzi w głębokim

cieniu. Z rana przez parę minut marzył o tym obrazku, teraz stał przed nim obojętny,

samego siebie zapytując, co w nim dojrzeć mógł szczególnego. Drobna iskierka, którą

przed paru godzinami uczuł w sobie, zgasła i nie czuł już nic prócz chłodu i zniechęce-

nia, które gniotły go od dawna. Oglądał się dokoła i myślał, że wszystko tu takie proste,

pospolite, ubogie, blade. Światłocienie w tych olchach są wprawdzie dość piękne i mogą

posłużyć za materiał do studium z natury, ale spróbuje przenieść je na płótno potem,

kiedykolwiek… Dziś nie. Znudziła go swoją wieczną czułością i nie milknącym szcze-

Nad Niemnem



biotem Klotylda, ostudził widnokrąg płaski, ubogi, choć niby dość bogatą roślinnością

ozdobiony… Przewiduje na koniec jedną z najprzykrzejszych dla niego rzeczy: wieczorną

rozmowę z rządcą o gospodarstwie. Przewidywanie to truje go po prostu, odbiera mu

chęć nie tylko do malowania, ale prawie do życia.

Opuścił grupę olch i zmierzał ku okopom, które łańcuchem niskich wzgórz część łąki

przerzynały. Jedno z tych wzgórz, szeroko rozkopane, z dala świeciło żółtością piasku czy

Historia

gliny. Stanął przed tym otworem i myślał, jak powolną i nudną jest robota wygrzeby-

wania z ziemi przedmiotów spoczywających w niej przez stulecia. Do tej roboty zapłonął

był przed paroma miesiącami, ale wcale czego innego spodziewał się od niej niż to, co

otrzymał. W szkole sztuk pięknych od niechcenia przebywanej, od niechcenia przerzu-

cał starożytne księgi, a rysowane na ich kartach wykopaliska niejednokrotnie wzbudzały

w nim ciekawość i przyjemne rozkołysanie fantazji. Wiedział wprawdzie, że tu nie po

gruncie starożytnej Hellady lub Romy stąpa, jednak wyobrażał sobie, że znajdzie, jeżeli

nie czary, ornamenty i posągi, to przecież zawsze coś szczególnego, co fantazji jego poda

złotą kądziel. Do poszukiwań tych zachęcał go także mąż ciotki, Darzecki, z urzędu wy-

soce cywilizowanego człowieka, za jakiego się poczytywał, we wszelkich osobliwościach

rozlubowany, a w geniusz żoninego synowca, chociażby dla honoru familii, świętą wiarą

wyznający.

Przez pewien tedy szereg dni obaj wytrwale stawali nad wzgórzem, które kilkuna-

stu najemników rozkopywało, potnieli od upału, prawie ślepli od rozpatrywania każdej

wyrzuconej przez rydel grudki ziemi, cieszyli się i nużyli, spodziewali się i zniechęcali, aż zniechęcenie i znużenie przemogło, roboty około starych okopów zaniechane zostały. Bo

i cóż z nich wynikło? Po kilku tygodniach Zygmunt pomiędzy rupieciami napełniają-

cymi jego pracownię umieścił kilkadziesiąt sczerniałych monetek wpółzatartym herbem

Szwecji opatrzonych, a Darzecki uwiózł do domu rdzą przegryziony i podziurawiony pa-

łasz. Rzeczy podobnych w okopach mnóstwo zapewne znajdować się musiało i badacz

historii mógłby z nich zrobić niejaki użytek. Dla Zygmunta jednak nie przedstawiały

one nic ciekawego ani ważnego. Gdyby to były urny do chronienia popiołów ludzkich,

łzawnice²⁸⁹, dziwnych kształtów naszyjniki, przedhistoryczne czaszki, może by językiem tajemniczości lub malowniczości do wyobraźni jego przemówiły. Stojąc teraz przed żół-

tym otworem rozkopanego wzgórza, niechętny gest ręką uczynił. Wszystko tu, na tej

ziemi, było takie biedne, marne, prozaiczne, nic wcale znaleźć na niej nie mógł takie-

go, co by dogadzało jego estetycznym i towarzyskim potrzebom. Marniał tu, po prostu

marniał. Jedyną usługą, jaką oddało mu kilkotygodniowe zajmowanie się tymi okopami,

Ciało

było to, że więcej mając fizycznego ruchu schudł był trochę. Myśląc o tym spojrzał po

własnej postaci. Utył znowu! Rzecz dziwna! Od czego on tyć może? Nudzi się, martwi

się, tęskni, a jednak tyje! Cerę twarzy ma wprawdzie bladą i znużoną, ale postać jego,

szczególniej w środkowym punkcie, zaokrągla się i pełnieje. Na lat trzydzieści i jeden

jest stanowczo zbyt ciężki. Kto w tym wieku tak wygląda, za lat dziesięć najpewniej bę-

dzie otyły. Myśl ta wprawiała go w rozpacz. Otyłość jest szpetnością, a wszelka szpetność

budziła w nim obrzydzenie. Czyliż męczarnie duchowe nie przeszkadzają ciału nabywać

kształtów prozaicznych? Wprawdzie wyborny osowiecki kucharz mistrzowsko umie łą-

czyć kuchnię ancuską z polską…

Nagle odskoczył od rozkopanego wzgórza i daleko żywszym krokiem niż wprzódy

z powrotem ku domowi dążyć zaczął. Przyczyną tego szybkiego odwrotu była gromadka

ludzi, którzy od strony wsi, na krańcu łąki szarzejącej, ścieżką pomiędzy zaroślami udep-

taną kierowali się w stronę okopów. Na ich widok znużone przedtem oczy Zygmunta,

piękne, piwne oczy w podłużnej oprawie, napełniły się wyrazem prawie przestrachu. Mo-

że ci ludzie nie ku niemu szli, ale może i ku niemu, a on wolał o wiele zejść im z drogi

i skryć się przed nimi w ścianach swego domu, w które bez pozwolenia jego wejść nie

mogli. Gotowi byli jeszcze zapytywać go o co albo prosić, jak się to już niejednokrotnie

ku utrapieniu jego zdarzało. Takie spotkania i rozmowy utrapieniem były mu nie dla-

tego, aby miał on względem ludzi tego rodzaju nienawiść, niechęć, urazę, ale właściwie

dlatego, że byli mu oni tak doskonale obojętnymi, jak na przykład płynące pod niebem

²⁸⁹ a ni a a. a i a — naczynie, w którym poganie mieli rzekomo przechowywać łzy wylewane na po-grzebach.

Nad Niemnem



stada obłoków. I więcej jeszcze, bo obłoki bywają piękne i on czasem grze ich świa-

teł i barw przypatrywać się lubił, ci zaś ludzie z grubymi kształtami i rysami są zawsze

szpetni, a siermięgi²⁹⁰ ich czy kożuchy śmierdzą. Rozmawiać z obojętnymi rzecz to zwykle fatygująca. Po prostu lenił się fatygę tę ponosić i nie widział najmniejszej przyczyny

do zadawania jej sobie. Wprawdzie byli to ludzie, ale najpewniej też wcale innego niż

on gatunku. Że ród ludzki rozłamał się na dwie zasadniczo różne z sobą ludzkości: tę,

którą składali tacy ludzie, i tę, do której on i jemu podobni należeli, nie przedstawiało

to dla niego wątpliwości żadnej. Zresztą, myślał o tym rzadko, przypadkowo, przelotnie

i niewiele go to wszystko obchodziło.

Wchodząc na wschody swego domu spotkanemu lokajowi rzucił krótki rozkaz:

— Śniadanie podawać!

Czuł się bardzo nieszczęśliwy i bardzo głodny.

Pracownia młodego pana domu w Osowcach była pięknym pokojem z oknami dają-

cymi tyle i takiego światła, ile i jakiego wymaga praca malarska. Mnóstwo w nim znaj-

dowało się rzeczy różnych: sztalugi z rozpiętym i białą firanką osłoniętym płótnem, stosy

tek, rysunków, szkiców, marmurowe i gipsowe posążki, popiersia, grupy, kawałki spło-

wiałych makat i staroświeckich materii, kilka oryginalnych kanapek do siedzenia lub do

leżenia urządzonych, kilkanaście pięknych roślin w kosztownych wazonach — wszystko

to z pozorną niedbałością rozstawione i rozrzucone, na koniec, w jednym z rogów po-

koju śliczna szafka świecąca zza szkła różnobarwną oprawą paruset książek. Były to raczej

książeczki niż książki małe, ozdobne, lekkie. Panowały w nich poezja i powieść, jedna

i druga w specjalnym i prawie wyłącznym gatunku: trochę tylko poetów polskich, zresz-

tą zmysłowy Musset, tu i ówdzie Wiktor Hugo²⁹¹, wiele rozpaczliwego Byrona²⁹², ser-cowy Shelley²⁹³, uperfumowany Feuillet²⁹⁴, pesymista Leopardi²⁹⁵, najniespodziewaniej spotykające się z tym poetą-myślicielem bajki starego Dumasa²⁹⁶, awantury bezmyślnej Braddon²⁹⁷, jeszcze coś z dzisiejszych ulubieńców ancuskiej arystokracji: Claretiego²⁹⁸,

Craven²⁹⁹ etc., etc.

Przed tą szafką, śliczną jak cacko, książkami do cacek podobnymi napełnioną, Zyg-

munt Korczyński stanął po krótkiej przechadzce wzdłuż i wszerz pracowni odbytej. Tylko

co zjadł śniadanie w towarzystwie zapłakanej żony i matki, która wprawdzie z zupełnym

spokojem jaką taką rozmowę przy stole utrzymywała, ale dziwnie bacznie wpatrywała się

w niego. Zapłakane oczy żony i przenikliwe spojrzenia matki do reszty humor mu zepsuły.

Czuł gwałtowną potrzebę czegoś, co by go rozerwało, pocieszyło, silnym jakimś wraże-

Artysta

niem omdlewającą istotę jego wstrząsnęło. Chciał malować — malować chciał zawsze,

bo w sztuce, o której rojenia pochłonęły mu całą młodość, widział jedyne swoje prze-

znaczenie i jedyny piedestał, który mógł go umieścić wysoko… Dziś przecież, tak jak od

czterech lat zawsze i co dzień, nie mógł wydobyć z siebie nic: żadnego pomysłu, żadnego

ciepła, żadnej energii. Po krótkim okresie najpierwszej młodości, w którym zdawało mu

się, że tworzy, i raz nawet coś drobnego, lecz niejaką wartość mającego utworzył, nastąpiła

impotencja ciągła i zupełna. Wiedział o tym, że po widnokręgach sztuki przelatują często

²⁹⁰ ie mi a — wierzchnie ubranie noszone przez chłopów w daw. Polsce.

²⁹¹Hugo, Victor (–) — . poeta, dramaturg, powieściopisarz i publicysta; przedstawiciel postępowego nurtu w romantyzmie europejskim. Doniosłą rolę w rozwoju realistycznej powieści odegrały czołowe utwory Hugo m. in.:

ie mie

i N

ni ; protestujące ostro przeciw krzywdzie społecznej. W księgozbiorze

Zygmunta znalazły się zapewne jego nacechowane pesymizmem d (), napisane w okresie młodzieńczym.

²⁹²Byron, Georges (–) — jeden z największych poetów angielskich, czołowy przedstawiciel romantyzmu; utwory jego były wyrazem buntu i ostrej krytyki wobec panujących stosunków polityczno-społecznych.

²⁹³Shelley, Percy Bysshe (–) — angielski poeta epoki romantycznej, uczestnik walk o wolność Irlan-dii, życiem i twórczością dał wyraz swemu umiłowaniu wolności. Wśród arystokratycznych czytelników znane i popularne były tylko jego liryki erotyczne.

²⁹⁴Feuillet, Octave (–) — pisarz ancuski.

²⁹⁵Leopardi, Giacomo (–) — wybitny włoski poeta romantyczny; załamany klęską ruchu narodo-wowyzwoleńczego, a jednocześnie nieuleczalnie chory, wyzwolenie człowieka widział jedynie w śmierci, stąd pesymistyczny ton jego utworów.

²⁹⁶Dumas, Aleksander (–) — powieściopisarz i dramaturg ancuski, popularny twórca awantur-niczych powieści opartych na motywach historycznych; autor:

e

m

ie e

,

a ie

n e

i

i in.

²⁹⁷Braddon, Mary Elizabeth (–) — angielska autorka powieści sensacyjnych.

²⁹⁸Claretie, Jules (–) — autor dramatów i popularnych powieści z życia paryskiego.

²⁹⁹Craven, Pauline (ok. –) — konserwatywna pisarka ancuska, autorka powieści z życia dworskiego.

Nad Niemnem



meteory natchnień słabych i niedokrwistych, które raz błysnąwszy nie wracają już nigdy,

że w ambitnych szczególniej głowach bywają miraże natchnień, a wytężona ku jednemu

celowi praca sprowadza czasem jeden jakiś wysilony i odradzać się nie mogący owoc. Ale

nigdy ani na mgnienie oka nie pomyślał, że te meteory, miraże, ułudy jego tyczyć się

mogą. O niemotę swego geniuszu oskarżał świat zewnętrzny. Od zewnętrznego świata

oczekiwał wszystkiego i na niego zwalał wszystkie winy. Nie przychodził mu na myśl ani

Tasso³⁰⁰ wielką pieśń swoją snujący w celi więziennej, ani Milton³⁰¹ śpiewający o raju w wiekuistych ciemnościach ślepoty. Nie przychodziło mu na myśl, że w każdej fali powietrza, światła, woni, w każdym kamyku przydrożnym i każdej trawie polnej, w liniach

każdego ludzkiego oblicza i westchnieniu każdej piersi ludzkiej tkwi cząstka duszy świata,

niewidzialnymi nićmi połączona z duszą artysty i w ruch ją wprawiać mogąca, jeżeli tylko

naprawdę jest to dusza artysty. On był pewny, tak pewny, jak tego, iż żył i oddychał, że

trzeba mu było gór, skał, mórz, puszcz, gorących szafirów niebieskich, nagich modeli,

fantastycznych draperii, gwaru, gorączki, gonitwy, aby czuć, myśleć i tworzyć. Gdyby

świat zewnętrzny oblał go jakim wielkim bogactwem i ugodził weń jakimi piorunami

wrażeń… Tu, niestety, niestety! nic nie czyniło na nim wrażenia żadnego… Chodząc po

swej pracowni, obu rękami, jak nieraz już bywało, pochwycił się za włosy… Był to gest

gniewu czy rozpaczy, czy obu tych uczuć razem…

Przy tym zjedzone przed chwilą śniadanie uczyniło go nieco ciężkim. Ten kucharz

— przed samym ożenieniem się jego do Osowiec przybyły — doskonale gotował. Matka

jego poprzestawała dawniej na starych i trochę już niedołężnych sługach, ale dla młodych

państwa wszystko w domu odnowione i ulepszone zostało. Z takiej kuchni, jaka tu była

teraz, niewidzialnie sączył się w żyły ludzkie ociężający olejek sybarytyzmu³⁰². Po półgo-

dzinnym łechtaniu podniebienia wybornymi sosami i słodyczami uczuwało się potrzebę

wyciągnięcia ciała na elastycznej kuszetce³⁰³, ponętnie ustawionej śród palm i dracen³⁰⁴.

Zbliżając się do szafki z książkami Zygmunt spojrzał po swojej postaci. Tyje, stanowczo

tyje! Co chwilę porywała go złość lub rozpacz jednak tyje! Wina to braku wrażeń. Czymże,

jeżeli nie opasłym wołem, stać się może człowiek wszelkich wrażeń pozbawiony?

Wpółleżąc na elastycznej kuszetce przerzucał tomik poezji Leopardiego, którego nie-

zgłębiony smutek zgadzał się z dzisiejszym od dość dawna zresztą trwającym jego usposo-

bieniem. Wszystkie westchnienia, łzy, zwątpienia wielkiego pesymisty stosował do siebie.

Czytając o nicości i rozpaczy powszechnego życia myślał o swoim życiu. Nie spostrzegł,

Mąż, Żona, Miłość, Nuda

że drzwi pracowni otwierały się parę razy, a zza nich wyglądała i wnet znowu cofała się

piękna kobieca główka, w misterne puchy złocistych włosów i różowe astry ubrana. Parę

razy główka ta zajrzała i cofnęła się aż na koniec, równie cicho jak przedtem drzwi otwie-

rając, do pracowni weszła Klotylda. Trochę jeszcze zapłakane jej oczy nieśmiało i prawie

pokornie utkwiły w twarzy męża, który od kart książeczki wzroku nie odrywał. Na mło-

dziutkiej jej twarzy malowało się pytanie: „Podejść do niego czy nie podejść? Przemówić

czy nie przemówić?” Wahała się z tym nie dlatego, aby jeszcze czuła gniew lub urazę…

Wprawdzie nie obdarzył on ją dzisiaj ani jednym serdecznym słowem lub choćby spojrze-

niem i zdawał się nawet nie słyszeć tego, co ona do niego mówiła, wprawdzie obojętność

ta, którą zresztą okazywał on jej teraz prawie zawsze, rozgniewała ją i rozżaliła tak bardzo, że przez całe dwie godziny snuła w ciężko zmartwionej swej głowie mnóstwo dziecinnych

zamiarów wyjazdu, rozstania się, nawet samobójstwa. Ale żyć w nieporozumieniu z nim

dłużej nad dwie godziny — przechodziło jej siły. Z natury była łagodna i łatwo prze-

baczająca. Pragnęła teraz pogodzenia się i choć jednej godziny pogodnego przestawania

z nim sam na sam. Gdyby tylko wzrok podniósł na nią, z okrzykiem radości rzuciłaby

się mu na szyję. Ale on nie spostrzegając czy udając, że nie spostrzega jej obecności, pa-

³⁰⁰Tasso, Torquato (–) — poeta włoski, autor e

im

ne ,  lat spędził w szpitalu wię-

ziennym.

³⁰¹Milton, John (–) — poeta angielski, po utracie wzroku główny swój utwór, a

a n , dyktował

żonie i córkom.

³⁰²

a

m — od: sybaryta, czyli określenia człowieka rozmiłowanego w zbytku, wygodach i przyjemno-

ściach życia.

³⁰³

e a (z .

e e) — tu w zn. kanapka, kozetka.

³⁰⁴ d a ena a. m

e d e

— drzewo z rodziny liliowatych o grubym, rozgałęziającym się pniu i dużych

liściach. Występuje tylko na Maderze i Wyspach Kanaryjskich. Niektóre gatunki hodowane są w doniczkach jako ozdobne.

Nad Niemnem



trzał ciągle w książkę. Szafirowe jej oczy, blaskiem, głębią, zdradzające temperament żywy

i namiętny, były teraz bardzo strwożone, zmącone. Delikatne ramiona wzdłuż zgrabnej

Portret

kibici opuściła i stała chwilę pośród pracowni, wahająca się, nieśmiała, rozkochana aż na

usta jej wybiegł figlarny uśmiech. Na palcach, cichutko, zbliżyła się do sztalug i odchyla-

jąc zawieszone na nich płótno, odsłoniła własny na wpół wymalowany portret. Posiadać

swój portret ręką męża wykonany było od dnia zaręczyn z Zygmuntem ciągłym jej marze-

niem. Po roku bezczynnego życia w Osowcach Zygmunt malować go zaczął, lecz dotąd

nie skończył, robotę około rozpoczętego dzieła z dnia na dzień odkładając. Przed tym

niedokończonym, lecz już dość wyraźnym wizerunkiem swoim Klotylda złożyła naprzód

dyg głęboki, a potem przemawiać do niego zaczęła:

— Dzień dobry pani. Dlaczego pani dziś taka smutna? Czy dlatego, że ktoś malować

pani już nie chce? Ktoś jest bardzo niedobry. Wie on dobrze, że pani go kocha, kocha,

kocha, a nie chce zapomnieć małego pani uniesienia i nadyma się, milczy, w książkę

patrzy, kiedy pani przyszła i z całego serca pogodzić się już pragniesz… Biedna pani! Czy

pani już nie kochają? O, nie, niech pani tak nie myśli, bo byłoby to zbyt bolesne… Ktoś

jest tylko trochę kapryśny, trochę znudzony, ale niestały nie jest… I za cóż miałby przestać

panią kochać? Przecież nie zmieniłaś się wcale na gorsze… owszem, trochę wyładniałaś

jeszcze, a co do serca, tego nie odebrałaś mu dotąd ani cząsteczki… ani kropelki… ani

iskierki…

Łzy kręciły się w jej oczach, a w głosie drżał śmiech. W dziecinnym jej figlowaniu

czuć było zaczynające rozdzierać się od zwątpienia serce kobiece, z ruchów jej, gestów,

mimiki bił niewymowny wdzięk. Przed dwoma laty ten jej wdzięk wesoły i pełen gracji

wprawiał Zygmunta w zachwyt pod jego to wpływem, zarówno jak pod wrażeniem pięknej

gry na fortepianie i śpiewu Klotyldy, rozpoczął on był małżeństwem uwieńczone staranie

się o wypieszczoną i dość posażną jedynaczkę. Ale od tego czasu minęły dwa lata. Teraz

uśmiechnął się wprawdzie, ale ze znudzenia i lekceważenia więcej niż z przyjemności.

— Przeszkadzasz mi, Klociu — przemówił.

Na dźwięk jego głosu unęła ku niemu i z gracją przed nim przyklękła.

— Przemówiłeś na koniec! Widzisz, ja pierwsza, ja, kobieta, przyszłam, aby pogodzić

się z tobą. Powinno być przeciwnie, ale mniejsza o to! Kiedy się kocha, nie zważa się

na miłość własną. Popatrz na mnie długo, dobrze, serdecznie, jak teraz rzadko patrzysz

i podaj mi rękę…

Nie tylko wziął jej rękę, ale dość czule ją pocałował.

— Więc nie jesteśmy już pogniewani? — z wybuchem radości zawołała.

— Ach, nie! tylko… przeszkadzasz mi trochę…

Znowu onieśmielona zaczęła:

— Zdawało mi się, że nic nie robisz, bo przecież przerzucanie tej książki, którą znasz

dobrze, nie jest robotą…

— Wiele razy już ci mówiłem, że choć żadną pozytywną robotą zajęty nie jestem, nie

idzie za tym, abym nic nie robił. Myślę… marzę… Wszak to materiał do przyszłej pracy…

— To prawda — z powagą odpowiedziała — wiem o tym dobrze, ale jestem tak

żywa… Czy chcesz zostać zupełnie samotny? W takim razie odejdę…

Może uległością jej ujęty, uprzejmie przemówił:

— Owszem. Miło mi zawsze, gdy blisko mnie jesteś…

Twarz i nawet ręce jego pocałunkami osypała, ale wnet zerwała się z miejsca.

— Dobrze. Mój Boże, jak to dobrze! Wezmę sobie książkę i cichutko tam w kątku

sobie posiedzę… Kiedy już będziesz miał czas, razem może poczytamy, a po obiedzie na

przechadzkę pójdziemy, znowu razem… la, la, la, la, la!

Piękny jej głos napełnił pracownię radosną, krótką gamą z mozaikowatej płyty stolika

wzięła małą książkę i na palcach szła z nią ku kanapce w przeciwległym rogu pokoju

stojącej, gdy nagle usłyszała głos Zygmunta :

ien

ien

i de³⁰⁵! pokaż mi tę książkę, którą trzymasz… co to?

— Trzeci tom Musseta — z trochą zdziwienia odpowiedziała.

— Skąd on się wziął tutaj? — książkę z rąk żony biorąc badał dalej. — Jakim spo-

sobem mogłem nie spostrzec go na stole?…

³⁰⁵ ien

ien

i de (.) — no, no! Klotyldo.

Nad Niemnem



Młoda kobieta chmurnie na męża popatrzała. Twarz mu ożywiła się dziwnie nagle,

a oczy, przygasłe wprzódy, błyskały.

— Książkę tę — zaczęła z wolna — odwieziono tu przed kilku dniami z Korczyna…

Wzięłam ją sama od posłańca i tu położyłam… Musiałeś ją pożyczać stryjence, pannie

Teresie czy…

Po ozdobny tomik rękę wyciągnął.

— Daj mi to, a sama do czytania weź co innego, wszak ci to wszystko jedno…

— Zupełnie wszystko jedno — odpowiedziała i podjąwszy tomik Leopardiego, który

Zygmunt na posadzkę upuścił, usiadła z nim w przeciwległym rogu pokoju. Wesołość jej,

szczęście, jednym serdecznym słowem męża obudzone, znikły bez śladu. Domyśliła się,

komu w Korczynie pożyczona była ta książka…

Karty tej książki Zygmunt przerzucał teraz niecierpliwie, prawie gorączkowo, na nich

i pomiędzy nimi czegoś szukając. Ta, której poezje te przesłał, pragnąc przez nie wspo-

mnienia jej obudzić i uczucia wskrzesić odesłała mu je przy pierwszej zapewne sposob-

ności bez słowa odpowiedzi na list, który towarzyszył książce. Może jednak pomiędzy jej

stronicami znajdzie jaką kartkę albo na stronicach jaki wiersz, wyraz przez podkreślenie

w znak porozumienia zamieniony. Szukał, nie znajdował nic, ale w zamian Justyna jak

żywa stanęła mu przed wyobraźnią i dreszcz uczutego wrażenia przebiegł po ciele. Wtem

w przeciwległym rogu pokoju głos kobiecy, trochę ostry i szyderski, przemówił.

— Czy słyszałeś o tym Zygmuncie, że panna Orzelska wkrótce zapewne za mąż wyj-

dzie?

Prędkim ruchem twarz ku mówiącej zwrócił.

— Za kogo? — rzucił krótko.

— Za pana Różyca — odpowiedziała.

Zygmunt wpółleżącą postawę na siedzącą zmienił.

e e id e³⁰⁶! — zawołał. — Różyc nie ożeni się z nią nigdy!

— Owszem — sucho i ostro twierdziła młoda kobieta — podobała mu się od razu

i coraz więcej się podoba.

e a de a

an e e e

e e

e e

ien d

³⁰⁷! Pani

Kirłowa, która ma wielki wpływ na kuzyna, nad skojarzeniem tego małżeństwa pracuje

i od pana Kirły słyszałam, że zdecydowanie się na nie pana Różyca jest tylko kwestią czasu.

Z krzywym trochę uśmiechem Zygmunt powtórzył:

m

i e³⁰⁸! Co? Ona, ten model na silną Dianę³⁰⁹, miałaby wyjść za tego młodego starca!…

Niedbale śmiejąc się chodzić zaczął po pracowni, ale oczy miał chmurne i błyskające

pod ściągającymi się brwiami. Klotylda wodziła za nim wzrokiem i tym samym co wprzó-

dy, suchym, ostrym, ironicznym głosem mówiła, w nieskończoność mówiła o nadzwy-

czajnym, cudownym szczęściu, jakim takie zamążpójście byłoby dla takiej panny Orzel-

skiej… Bo czymże ona była? Córką opasłego, idiotycznego ojca, rezydentką siedzącą na

łasce krewnych, prostą, zupełnie prostą dziewczyną, bez układu, wdzięku, dowcipu i ja-

kiegokolwiek talentu. Gra nieźle, ale jak po ancusku mówić zacznie, to aż uszy bolą…

ne

e an nai an e e an di in i n

ne ien d

³¹⁰ Nie wiadomo nawet, co

Różyc zrobi, gdy się z nią ożeni, i jak ją w świecie będzie mógł pokazać… Chyba przede

wszystkim na pensję jaką ją odda… Model na Dianę! Zapewne, zdrowa jest i silna, jakby

była przebraną chłopką, ale ręce ma wiecznie opalone, jakby nigdy w życiu rękawiczek

nie nosiła… Czy malarze wyobrażają Dianę w postaci rezydentki z opalonymi rękami?

Pierś młodej kobiety szybko podnosiła się i opadała, gdy z drobnych jej ust sypały się te

wszystkie złośliwe i obelżywe słowa. Roziskrzonymi oczami nie przestawała ani na chwilę

wodzić za mężem, który przechadzając się ciągle, zdawał się nie widzieć jej ani słyszeć.

Pociągnął taśmą dzwonka i lokajowi, który zjawił się natychmiast, rzucił w zwykły sobie

sposób krótki rozkaz:

— Konie zaprzęgać!

³⁰⁶

e e id e (.) — cóż za pomysł.

³⁰⁷

e a de a

an e

(.) — ma szczęście… takie, takie… takie nic.

³⁰⁸ im

i e (.) — niemożliwe.

³⁰⁹Diana — starorzymska bogini łowów i lasów, przedstawiana w sztuce starożytnej jako kobieta będąca uosobieniem piękna i zdrowia.

³¹⁰ ne

e an nai an e

(.) — dziewczyna bez urodzenia i ogłady, takie kompletne nic.

Nad Niemnem



Lokaj zniknął za drzwiami, Klotylda porwała się z kanapki.

— Jedziesz! — z żalem zawołała.

Ironia i złośliwość, które wrzały w niej przed chwilą, znikły bez śladu, czuła już tylko,

że mąż jej odjedzie i cały jej plan dnia szczęśliwie z nim spędzonego pierzchnie.

— Muszę — obojętnie odpowiedział Zygmunt.

— Dokąd? — zapytała znowu i ramionami objąć go próbowała, ale on twarzą zwra-

cając się ku oknu, po paru sekundach milczenia odpowiedział:

— Do Korczyna!

Zbladła i znieruchomiała.

— Zygmusiu…

Głos jej był teraz cichy, zdławiony.

e e

e en an ³¹¹.

— Ty tam nie pojedziesz, Zygmusiu…

Szybko zwrócił się ku niej i z głębokim zdziwieniem zapytał:

— Dlaczego?

— Dlatego… — zaczęła — dlatego…

I nie dokończyła. Strwożyła się, czy też ogarnął ją wstyd.

— Dawno nie odwiedzałem stryja i mam do niego interes. Czy chciałabyś, abym

zerwał stosunki z moim stryjem?

— O, nie, nie! — z wybuchem zawołała — niech Bóg broni, abym wnosiła niezgodę

do rodziny, w którą weszłam!

— Czegóż więc sobie życzysz?

Bladła i rumieniła się na przemian. Nie mogła, nie chciała być zupełnie szczera. Duma

i skromność usta jej zamykały. Wreszcie z płaczem prawie wybuchnęła:

— Więc przynajmniej weź mnie z sobą!

— I to jest niepodobne — perswadował. — Wiesz dobrze o słabym zdrowiu i dzi-

wactwach stryjenki… częstych wizyt składać jej nie wypada…

— To prawda — szepnęła mnąc i rozdzierając w palcach cieniutką chusteczkę. Naj-

mniej baczne oko spostrzec by musiało, że bardzo cierpiała.

— Jaki ty masz do stryja interes, Zygmusiu? — zapytała jeszcze, a niespokojne jej

oczy tonęły w twarzy męża z takim natężeniem, jakby za cenę życia wyczytać z niej chciała

prawdę.

Uśmiechnął się.

— Zmuszasz mnie do mówienia ci o rzeczach niezajmujących… Poradzić się chcę

stryja co do zmian, jakie zaprowadzić należy przy zamienianiu gospodarstwa ekstensyw-

nego na intensywne…

Znowu zamknął jej usta, że nic odpowiedzieć nie umiała. Po krótkim więc wahaniu

zarzuciła mu tylko ręce na szyję i lgnąc do niego całym swym lekkim, zgrabnym ciałem,

z błaganiem szeptała:

— Dziś tam nie jedź… o mój jedyny… tylko dziś… proszę… proszę!

Zygmunt łagodnie uwolnił się z jej objęcia, pocałował ją w czoło, dłonią parę razy po

włosach jej powiódł i z tabureta biorąc kapelusz wymówił:

— Do widzenia! Ne d ai nne

a ma mi n nne³¹²! Za kilka godzin przecież po-

wrócę!

Wyszedł z pracowni. U podjazdu turkotały już koła powozu. Klotylda stała chwilę

pośrodku pracowni z obwisłymi na suknię rękami, z przygryzioną wargą, bez kropli, zda

się, krwi w twarzy i po kilku dopiero minutach za głowę się pochwyciła.

— Do niej pojechał! — zawołała.

Z szybkością strzały przebiegła parę salonów i do pokoju matki męża wbiegając wy-

buchnęła płaczem.

Pani Andrzejowa siedziała na tym samym co przed kilku godzinami fotelu, ale nie nad

Dama, Lud, Opieka,

Obowiązek

robotą pochylona. Na kolanach jej leżała rozłożona książka, a u kolan na niskim stołecz-

ku siedziało kilkoletnie dziecko, dziewczynka w grubej spódniczce i perkalowej chustce

na głowie. Jednym z zajęć, którym wdowa po Andrzeju Korczyńskim oddawała się od lat

³¹¹

e e

e e en an (.) — czegóż chcesz, drogie dziecko?

³¹² Ne de ai nne

a ma mi n nne (.) — bądź rozsądna, maleńka.

Nad Niemnem



dwudziestu kilku, było uczenie wiejskich dzieci. W obszernym dworze i wsiach najbliż-

szych pełno było dorosłych już teraz ludzi, którzy w dzieciństwie swoim codziennie przez

czas jakiś wchodzili do jej pięknego pokoju i dłużej lub krócej u kolan jej przesiadywali.

Zstępować ku nim, mieszać życie swoje z ich życiem ani mogła, ani chciała. Przechodziło

to jej siły i od dawna już przekonała siebie, że obowiązkiem nie było. Ale te dzieci czysto,

na tę przynajmniej chwilę, ubrane, czasem ładne, często dobre, nie raziły wcale jej smaku

i przyzwyczajeń, pracując zaś nad nimi myślała, że spełnia zakon³¹³ miłości bliźniego, na-de wszystko zaś, że łączy się z Andrzejem w tym, co było jego najukochańszą ideą. Myśl

o tej niewidzialnej łączni, którą przez pracę wytwarzała pomiędzy nim a sobą, sprawiała

jej przejmującą, mistyczną rozkosz. Od dawna nieobecny i niepowrotny, nie przestawał

on być dla niej natchnieniem i celem.

Kiedy drzwi otworzyły się ze stukiem i śliczna kobieta w różowej sukni z nadaremnie

Matka, Syn, Sumienie,

Wina

tłumionym płaczem do pani Andrzejowej przypadła, dziewczynka cichutko wysunęła się

z pokoju. Po raz pierwszy Klotylda powierzała matce męża swoje obawy i żale, ratunku

i rady od niej wzywając, a po części za los swój odpowiedzialną czyniąc. Tę odpowiedzial-

ność pani Andrzejowa czuła i uznawała sama. Ona to na wezwanie Zygmunta pośpieszyła

w strony zamieszkiwane przez rodziców Klotyldy i wahających się nieco skłoniła do po-

wierzenia jej synowi siedemnastoletniego, pięknego, utalentowanego dziecka. Urodzenie,

stosunki rodzinne, posag, same nawet muzykalne zdolności starannie rozwijane i które

w przyszłości wzrastać jeszcze mogły, zapowiadały Klotyldzie przyszłość świetną. Mia-

łażby ona teraz, z winy jej syna, być nieszczęśliwa? Wina jego ciężko spadała i na serce

jej i na sumienie. Wiedziała aż nadto, że skargi młodej kobiety były słuszne, rozumiała

wybornie, że cierpienie jej było dotkliwe i niezasłużone. Drżała na myśl, czym stać się

mogło to dziecko zbytku i pieszczot, gdyby miłość jego dla męża, jedyna, na jaką zdobyć

się mogło, nieodwzajemniona, zdeptana, zagasła. Na swoim, i więcej niż na swoim, bo na

syna swojego sumieniu czuła odpowiedzialność nie tylko już za szczęście, ale i za duszę tej

niewinnej dotąd i kochającej istoty ludzkiej. W samej sobie nosząc wierność niezłomną,

syna po prostu zrozumieć nie mogła. Przed dwoma laty przecież widziała go zakochanym

w Klotyldzie. Jednak o wystygnięciu tego uczucia wiedziała z większą jeszcze pewnością

niż sama Klotylda. Przed dwoma miesiącami odprawiła jedną ze swych służących, którą

Zygmunt nazywał modelem do Fryny³¹⁴ i w której towarzystwie parę razy spostrzegła go była w parku. A teraz te wycieczki do Korczyna? Kochałżeby on naprawdę Justynę,

a miłość dla Klotyldy byłażby w nim tylko omyłką zmysłów czy wyobraźni? Ależ gdyby

ją kochał prawdziwie i silnie, byłby ją pojął za żonę! Ona małżeństwa tego nie chciała,

sprzeciwiała się mu, to prawda, przymusu jednak na jego wolę, gdyby ją był stanowczo

objawił, nie wywierałaby nigdy. Sam wahał się, namyślał, chciał i nie chciał, na koniec

odjechał i zdawało się, że o wszystkim, co go z Justyną wiązało, zapomniał. Teraz jednak…

znowu… Co to wszytko znaczyło?

Czule, macierzyńsko obejmowała synową, głowę jej do piersi tuliła i z łagodnym

spokojem pocieszała ją wszystkim, czym mogła, o jej obawach i cierpieniach poważnie

z Zygmuntem pomówić przyrzekała, a na dnie duszy snuła rozpaczliwe myśli i pytania.

Kiedy młoda kobieta, której uczynione zwierzenia, a także pieszczoty i obietnice mat-

ki ulgę przyniosły, blada i spłakana, ale już znowu uśmiechająca się do życia, wyszła do

ogrodu, aby ulubione kwiaty swe obejrzeć, pani Andrzejowa powstała i poruszyła stojący

na stole dzwonek.

— Dokąd pan Zygmunt pojechał? — zapytała zjawiającego się we drzwiach lokaja.

Miała jeszcze trochę nadziei, że pojechał nie do Korczyna, a usłyszawszy odpowiedź,

która jej tę nadzieję odbierała, po chwilowym milczeniu rzekła jeszcze:

— Kiedy powróci, powiedz, że proszę, aby zaraz przyszedł do mnie.

Po odejściu służącego długo sama jedna stała pośrodku pokoju z rękami spleciony-

mi i opartymi o stół, pełen dzienników i książek. Na blade jej policzki wystąpiły plamy

ognistych rumieńców. Wrzała w niej burza zgrozy i niezmiernego żalu. Zbyt wiele w sa-

motności rozważała i myślała, aby miłość i nawet namiętność wzrok jej utrzymać mogły

³¹³ a n — tu: prawo.

³¹⁴Fryne — właśc. Mnesarete (IV w. p.n.e.), słynna hetera grecka, kobieta lekkich obyczajów. Uważana była za wcielenie kobiecego piękna i wielokrotnie służyła jako model słynnym rzeźbiarzom i malarzom.

Nad Niemnem



w wiecznej ślepocie. To zaś, co niezupełnie jeszcze dokładnie, ale już spostrzegała, było

grubą ciemnością zachodzącą na najdroższe ideały i wszystkie pociechy i chluby.

W ostatnich dniach lipca, kiedy część zboża jeszcze niezdjęta stała na korczyńskich polach,

Witold i Justyna postępowali drogą z Bohatyrowicz do Korczyna wiodącą. Szli prędko

i rozmawiali żywo, tak żywo i z takim zajęciem, że aż na policzki młodej panny wybiły się

gorące rumieńce, a oczy jej, zazwyczaj trochę chmurne, jaśniały radością. Nie zatrzymując

się i nawet kroku nie zwalniając, do młodego krewnego rękę wyciągnęła.

— Dziękuję ci, Widziu, z całego serca dziękuję — z niezwykłym sobie wylaniem

mówiła. — Wszystko, co mi powiedziałeś, przejęło mnie głęboko. Od jakiegoś czasu te

same myśli przechodziły mi przez głowę, tylko ich tak wyraźnie układać nie umiałam.

Nie jestem, widzisz, ani uczona, ani pod żadnym względem wyjątkowa… sama jednak nie

wiem dlaczego, dostrzegłam już w życiu wiele rzeczy marnych i trochę ważnych…

Z wesołym uśmiechem dodała:

— Nudziłam się okropnie i może z nudy wymyślałam sobie to wszystko, o czym ty

daleko lepiej i więcej wiesz ode mnie…

Spojrzał na nią z boku i filuternie.

— A teraz nie nudzisz się? — zapytał.

Przecząco wstrząsnęła głową.

— Nie, od jakiegoś czasu nie! Chociaż, przyznam ci się, że jeszcze dobrze nie rozu-

miem…

Urwała.

— Czego jeszcze nie rozumiesz dobrze?

Po chwilowym wahaniu się odpowiedziała z cicha:

— Tego, co czuję i tego, co myślę…

— Brak przygotowania — zauważył — ale — dodał wesoło — wyjaśni się to zapewne,

bo i doprawdy, dlaczegóż byś nie miała pójść nową drogą…

Zarumieniła się jeszcze ogniściej i z żywością szepnęła:

— Nie wiem… nie wiem… może to tylko złudzenie… lękam się…

— Czego? — ciekawie zapytał Witold.

Ale ona spłonioną twarz ku polu zwróciła i może pod wpływem zakłopotania, jakie

jej ta rozmowa sprawiała, silnie ściskała w dłoni sporą wiązankę tylko co znać zerwanych

floksów, pośród których tkwiła ogromna czerwona georginia.

— Wcale niewytworny bukiet — patrząc na kwiaty uśmiechnął się Witold. — Rzecz

jest jednak godna uwagi, jak ci ludzie kochają się w kwiatach. Nawet ta prozaiczna Elżusia,

która na dwa tygodnie przed ślubem liczy sztuki bydła narzeczonego i myśli o e e a , które wyda jej ojciec, mnóstwo ich w ojcowskiej zagrodzie hoduje…

Nagle zwracając się ku towarzyszce zapytał:

— Czy doprawdy będziesz na tym weselu?

Obyczaje, Wesele

— Naturalnie! — z żywością zawołała.

— Drużką Elżusi?

— Naturalnie.

— A tworzącym dla ciebie parę d

an em będzie pan Kazimierz Jaśmont, którego

cyy na cieniutkiej chusteczce wyhaujesz i tę chusteczkę ofiarujesz mu w zamian po-

danych ci przez niego bukietów mirtowych… Tak? Umiesz to zapewne na pamięć, jak

i wiele innych rzeczy, których ponauczałaś się w czasach ostatnich. Czy wiesz o tym, że

wczoraj, kiedy panna Teresa łzawiąc się z czułości opowiadała ci radość swoją i mamy

z przypuszczalnego twojego małżeństwa z panem Różycem, śmiejąc się odpowiedziałaś:

„Bo to wy wiecie jedno, a ja drugie!” Gdybym wtedy na ciebie nie patrzał, myślałbym, że

to stara Starzyńska mówi! Prościejesz, Justysiu, widocznie prościejesz…

Śmiał się głośno, wesoło i patrzał na Justynę bardzo przyjaźnie. Nagle zagadnął:

— Czy to prawda, co pani Fabianowa Bohatyrowiczowa, née³¹⁵ Giecołd, mówiła, że już nauczyłaś się żąć wcale dobrze?…

³¹⁵ nee (anc.) — z domu (nazwisko panieńskie).

Nad Niemnem



Justyna uśmiechając się pokazała mu obie ręce ze stwardniałymi trochę dłońmi i kilku

szramami od ostrza sierpa pochodzącymi.

— Przez cały prawie tydzień po kilka godzin dziennie żęłam… Praca to ciężka, mniej

przecież ciężka niż…

— Niż co?…

Z błyskiem oczu dokończyła:

— Niż wieczne gryzienie siebie popielcową myślą: „Prochem jesteś!” z dodatkiem:

„Zanim jeszcze w proch się rozsypałaś!”

— Brawo! Masz słuszność! Są na świecie ludzie, którzy od takich myśli naprawdę

z rozpaczy w proch rozsypać się mogą i ty widać do nich należysz!

Po chwili z powagą zapytał:

— Czy nie przechodzi to sił twoich?

Kształtną i silną kibić swą prostując odpowiedziała:

— Czy wyglądam na istotę, co ma taką postać, jakby do nieba miała się wnet dostać³¹⁶?

Oboje parsknęli głośnym śmiechem, który przez kilka sekund wtórował ogromne-

mu, ogłuszającemu ćwierkaniu świerszczy w przydrożnych trawach. Znajdowali się w tej

chwili tuż za stodołą korczyńską, która ze starymi już ścianami, lecz murowanymi słupami

i starannie utrzymywanym dachem zdrowo i silnie wyglądała.

— Trzeba wiedzieć — zaczął Witold — że ojciec utrzymuje Korczyn w dziwnej całości

i porządku. Pracuje też prawdziwie jak wół, tylko że wół takich kłopotów i niepokojów

nigdy nie ma… Dobrze, że mu dziś trochę dopomóc mogłem, bo kiedyśmy się w okolicy

spotkali, wracałem właśnie z pola, gdzie mię do robotników był posłał. Biedny, kochany

ojciec!

W tej samej prawie chwili stanął jak wryty i z nagle ściągniętymi brwiami słuchać

zaczął. Z drugiej strony stodoły na folwarcznym dziedzińcu rozlegał się głośny, gruby,

rozgniewany krzyk Benedykta. Słów tego krzyku nie można tu było rozróżnić, ale czuć

w nim było groźby i obelgi. Witold rękę podniósł do czoła.

— Jak mnie to boli! Boże, jak mnie to zawsze boli…

Krokiem przyśpieszonym zaczął iść dalej, o towarzyszce swej zupełnie zapominając.

Słońce zaszło już przed kwadransem i tylko nad zaniemeńskim borem pozostawiło

szeroki pas jaskrawy, który dachy i szczyty drzew korczyńskiego dworu oblewał do pożogi

podobnym czerwonym światłem. Tam, gdzie dziedziniec folwarczny szeroko otwierał się

Chłop, Gospodarz, Lud,

Nauka, Ojciec, Pan, Syn,

na Niemen, pomiędzy jednym z czworaków a stajnią na tle czerwonych zarzecznych ob-

Własność

łoków postać pana Benedykta rysowała się na kształt czarnej sylwetki, wysokiej, ciężkiej,

wąsatej, której rysy znikały w oddaleniu, ale ramiona dokonywały gwałtownych gestów

i długie wąsy szamotały się u piersi. Naprzeciw tej sylwetki stała druga, również na tle

czerwonych obłoków czarna, ale znacznie niższa, z krępymi kształtami i głową, która je-

żąc się rozczochraną czupryną, lękliwie wtulała się w ramiona. Pośrodku znajdowało się

jakieś narzędzie rolnicze zaprzężone we dwa konie, melancholijnie ku trawie dziedziń-

ca łby pochylające, u drzwi czworaka i wrót stajni stały gromadki ludzi, w milczeniu

i nieruchomości krzyków pana domu słuchając.

Witold szybko przebywając dziedziniec kierował się ku dwom czarnym sylwetkom,

przez narzędzie rolnicze i parę nieruchomych koni rozdzielonym. Stając, od pośpiechu,

z jakim szedł, trochę zdyszany, zapytał:

— Co to, ojcze?

Nie było już na nim ani śladu wesołości i szczęśliwego, młodzieńczego uniesienia,

z jakim przed chwilą z Justyną rozmawiał. Ale pan Benedykt na wyraz twarzy syna wcale

nie zwrócił uwagi. Rozpaczliwym gestem wskazując mu stojącego o dwa kroki parobka,

głośniej jeszcze niż przedtem wybuchnął:

— Skaranie boże! Nieszczęście! Zguba prawdziwa z osłami i łajdakami tymi! Żni-

wiarkę mi zepsuł! Kilka dni z nią po polu pojeździł i już zepsuł! A czy ty wiesz, gałganie,

że ta żniwiarka więcej kosztuje, niż ty cały wart jesteś! Czy ty wiesz, że ja dobrze musiałem sobie głowy nałamać, nim zdobyłem się na jej kupienie?… Ale co to was obchodzi, że

komuś szkodę zrobicie? Czy wy macie serce albo sumienie, osły, łajdaki, gałgany!…

³¹⁶ ma a

a

a

d nie a mia a i

ne d a — zniekształcony cytat z

a ii Antoniego Mal-

czewskiego, romantycznej powieści poetyckiej o dziejach nieszczęśliwej miłości; zacytowane słowa stosują się w utworze do głównej, tytułowej bohaterki, która ostatecznie istotnie umiera.

Nad Niemnem



— Mój ojcze… — spróbował przerwać Witold.

Ale Benedykt, jakby właśnie próbę tę chciał udaremnić, więcej jeszcze głos podniósł.

— Czy ty myślisz — wciąż do parobka się zwracał — że ja ci to daruję? Żniwiarkę

do naprawy poślę, ale co za nią w mieście zapłacę, to ci z pensji wytrącę…

Na te słowa chłop krępy, w siermiędze ubrany, po raz pierwszy kudłatą głowę z ramion

wysunął i mrukliwie przemówił:

— Nie wytrącajcie, panoczku, bo z czegóż ja z dziećmi żyć będę…

— Z głodu nie zdechniesz!… — krzyknął Benedykt. — Ordynarię³¹⁷ masz… dach nad głową masz… krowę nawet trzymać wam pozwalam… A gdybyś zresztą i ziemię miał

gryźć, wytrącę… jak Boga kocham, wytrącę… żebyś nauczył się, łajdaku, własność cudzą

szanować!

— Mój ojcze! — głośniej niż przedtem przemówił znowu Witold i wyprostował się

znad żniwiarki, której zepsucie bacznie i prędko obejrzał. — Mój ojcze! Ja się na tym

znam trochę… w przeszłym roku tam, gdzie lato spędziłem, żniwiarki psuły się często,

a ja przypatrywałem się, jak je naprawiano. Tę można będzie naprawić w domu, z małym

kosztem i prędko… ja sam się tym zajmę… Maksymowi nie trzeba będzie nic z pensji

wytrącać…

Zwrócił się do parobka, który czapkę mnąc w rękach z nogi na nogę przestępował,

wzdychał i coś niewyraźnie mruczał.

— Słuchaj, Maksymie, czy ty rozumiesz, jak ta żniwiarka jest zrobiona i jakim spo-

sobem żąć może? Pewno nie rozumiesz i dlatego ją zepsułeś, że nie rozumiesz… Oto,

popatrz i posłuchaj, ja ci to zaraz pokażę i wytłumaczę…

Łagodnie, powoli, wyrażeń chłopu zrozumiałych dobierając, z łatwością zdradzającą

wielkie oznajomienie się z ludem, Witold mówił przez dobry kwadrans, składowe czę-

ści narzędzia i połączenia ich żywymi gestami pokazywał. Parobek w postawie pokornej

i ociężałej słuchał zrazu leniwie i tylko z przymusu, ale po paru minutach pochylił się i na żniwiarkę, to znowu na mówiącego spoglądać zaczął z ożywieniem i ciekawością. Kiwał

przy tym głową w znak zdziwienia lub zrozumienia, z cicha pomrukiwał, wskazywanych

mu części żniwiarki grubymi i węzłowatymi palcami dotykał.

— No, widzisz — prostując się kończył student — nic tu takiego mądrego nie ma

i tylko w obchodzeniu się z tą maszyną trochę trzeba ostrożności i uwagi. Jutro obydwa

wstaniemy o świcie, maszynę do kowala zawieziemy, a w jaką godzinę po wschodzie słońca

będziesz już mógł w pole z nią wyjechać. Straty nie będzie żadnej ani nam, ani tobie…

Ostatnie słowa widocznym zadowoleniem okryły ciemną, gęsto obrosłą twarz chłopa.

Schylił się i z głośnym cmoknięciem całując rękaw surduta Witolda, z uśmiechem i głośno

przemówił:

— Dziękuję, paniczu! Daj Boże zdrowie!

Po czym lejce z ziemi podniósł i cmoknął na konie, które żniwiarkę ku stajni pocią-

gnęły.

Benedykt od chwili wmieszania się syna w scenę pomiędzy nim a parobkiem zacho-

dzącą stał nachmurzony i silniej wąsa w dół pociągał. Po oddaleniu się chłopa wzrok

podniósł na syna.

— Dałeś mi lekcję obchodzenia się z ludźmi. Teraz widać takie czasy przyszły, że jaja

kury uczą. Dziwię się tylko, że od tylu lat nad książką ślęcząc umiesz tak biegle i w sposób

odpowiedni z chłopami rozmawiać…

— Jeżeli ci się to nie podoba, mój ojcze — żywo odrzucił Witold — samemu sobie

chciej winę przypisać. Kiedy dzieckiem pod twoim okiem rosłem i kiedy następnie ze

szkół do domu przyjeżdżałem, nie wzbraniałeś mi przestawania z wiejską ludnością…

Zwracając się ku domowi Benedykt sarknął:

— Na siebie samego bicz kręciłem. Według idylli, która w twojej dziecinnej głowie

powstała, sądzisz teraz ojca…

— Idylla! — popędliwie zawołał Witold. — Upewniam cię, mój ojcze, że patrzę na

rzeczy bardzo trzeźwo i że… na razie… szczytem moich marzeń jest to, aby ludzie nie

obchodzili się z ludźmi jak z bezmyślnymi bydlętami… gorzej, jak z kamieniami chyba,

³¹⁷ d na ia — część wynagrodzenia służby dworskiej wypłacana w naturze.

Nad Niemnem



bo przecież są na świecie takie dziwaczne usposobienia, które i dla bydląt wyrozumiałość

i litość mają…

Benedykt zaśmiał się z lekceważeniem.

— Kiedy już sam poturbujesz się dobrze nad gospodarstwem i interesami, będziesz

Idealista, Samobójstwo

wiedział, jakie różnice zachodzą pomiędzy teorią a praktyką, rzeczywistością a sielanką.

Witold wpadł mu w mowę:

— Jeżeli kiedy, mój ojcze, przekonany zostanę, że teorie moje z praktyką w żaden

sposób pogodzone być nie mogą, w łeb sobie strzelę, ale od teorii nie odstąpię za nic…

Benedykt stanął jak wryty i popatrzył na syna takim wzrokiem, jakby go ujrzał nad

brzegiem przepaści. Po chwili przecież uśmiechnął się:

— Dziecko jesteś… Każdemu zdaje się za młodu, że jeżeli gwiazdy z nieba nie zdejmie,

w łeb sobie palnie, a potem i przy świetle śmierdzącej łojówki żyje…

— Albo — zaprzeczył Witold — za swoją gwiazdę i aby smrodu łojówek nie czuć,

łeb sobie roztrzaskać daje… Ty, mój ojcze, znasz z bliska takie przykłady…

— Nie znam, nie wiem i nic wiedzieć nie chcę… — sarknął Benedykt.

— Stryj Andrzej… — drżącymi trochę usty zaczął Witold.

Ale Benedykt znowu jak wryty stanął…

— Cicho! — stłumionym szeptem zawołał.

Szybko i z trwogą rozejrzał się dokoła, lecz w pobliżu nie było nikogo. Na usta Witolda

wybiegł uśmiech bolesnej ironii.

— Nie lękaj się, ojcze — z wolna wymówił — nikt nie usłyszał, że ze czcią imię

twojego brata wspomniałem!…

Ciemny rumieniec od siwiejących gęstych włosów aż po kołnierz koszuli okrył twarz

Benedykta. Zmieszał się więcej jeszcze niż wtedy, kiedy Witold pokorną jego względem

wierzyciela uniżoność zauważył. Złagodniał też i w bramie ogrodzenia, które dziedziniec

folwarczny z dworskim rozdzielało, mówić zaczął:

— Każdy za młodu ma swoje marzenia i teorie, którym później praktyka kurty kroi³¹⁸.

Młodość, Starość, Ojciec,

Syn, Konflikt pokoleń,

Łbem muru nie przebijesz, a tych ludzi gdybyś i miodem smarował, będą oni zawsze

Lud, Dwór

leniwi, niedbali i nieżyczliwi…

— Cóż dopiero, kiedy się ich pieprzem karmi! — uśmiechnął się Witold.

— A kto ich tam, do diabła, chce pieprzem karmić? — z odradzającym się rozjątrze-

niem rzucił Benedykt.

— Naprzód — zaczął Witold — aż nadto nasypało się im go do garnków z przeszłości,

a potem…

Stanął i twarzą zwracając się ku folwarcznemu dziedzińcowi, na czworaki wskazał.

— Wszak nie myślisz pewnie, ojcze, że ludzkie energie i uczucia rozwijać się mogą

w tych okopconych i przeludnionych izbach? Mówiłeś przed chwilą, mój ojcze, że dach

nad głową mają i ordynarię biorą… w dodatku trzydzieści rubli na rok, które zmniejszają

się przy każdej szkodzie uczynionej przez nieoświeconą i niezgrabną rękę… Istotnie, jest

to byt mogący wzniecać i rozwijać gorliwość, dbałość, życzliwość…

— A więc — wybuchając przerwał Benedykt — wynajdź sposoby na budowanie dla

nich pałaców i żywienie ich pasztetami… bo ja i sam ani pałacu sobie nie wystawiłem,

ani pasztetów nie jadam… Tak krawiec kraje, jak materii staje. Kiedy sam z kredką w rę-

ku zaczniesz kroić, przymierzać, łatać i koniec do końca tak ciągnąć, aby je związać, że

ci czasem aż ciężkie poty na skórę wystąpią, wtedy przekonasz się, co to jest praktyka

i w ogólności, co to jest w naszych warunkach życie… oj, życie!

Roziskrzonymi oczami spojrzał na syna.

— Chciałbym — trochę ciszej dokończył — chciałbym bardzo, abyś po ukończeniu

nauk do domu wracając mnie już tu nie znalazł… abym już wtedy był tam, gdzie… to…

tamto… gdzie sobie dawno poszedł… to… tamto… Andrzej! I mnie byłoby lepiej, i tobie…

— Mój ojcze! — przerażonym głosem przerwać chciał Witold.

Ale Benedykt przerwać sobie nie dał.

— Tak — kończył — najpewniej byłoby lepiej… bo gdybyś miał do mnie przywią-

zanie…

— Wątpisz o nim, ojcze!

³¹⁸

i — dać komuś nauczkę.

Nad Niemnem



— Wątpię. Ale ponieważ tego nie ma… nie ma… no, to gdyby stary grat ustąpił,

mógłbyś samowładnie w Korczynie rządzić i chłopów za pasterzy przebrawszy razem z nimi

położyć się nad strumykiem i w dudkę gwizdać…

Słowa te wymówiwszy koniec wąsa do ust włożył i z pochylonym karkiem, ciężko,

prędko, szerokimi krokami ku domowi poszedł. Witold w bramie ogrodzenia stał jak

skamieniały. Tak był wzruszony, że ramię mu drżało, gdy rękę do czoła podnosił.

Po kilku dopiero minutach z cierpiącą i bledszą niż zwykle twarzą młody człowiek

wszedł do sali jadalnej oświetlonej lampą palącą się nad stołem do wieczerzy nakrytym

i dokoła którego dość liczne grono osób już zasiadało. Z wyjątkiem Kirły, który od kil-

ku godzin bawił w Korczynie i po wieczerzy miał odjechać, było to tylko towarzystwo

domowe. Ale, co się zdarzało nieczęsto, pani Emilia, dość zdrowa, w ładnym, letnim

szlaoczku, przyszła dziś do stołu, obok niej umieściła się Teresa z lewą ręką, w której

czuła reumatyczne bóle, na białej chusteczce u szyi związanej zawieszoną, u końca stołu

Orzelski, błogo uśmiechnięty, dla lepszego przyjrzenia się ustawionym na stole półmi-

skom srebrne swe włosy pod światło lampy wysuwał, przy nim, wyprostowana, z ładną,

żółtawą twarzyczką, siedziała Leonia, Kirło zaś ze śnieżystym i wykrochmalonym przo-

dem koszuli, z przymilonym uśmiechem na kościstej twarzy, z rąk pana domu przyjąwszy

kieliszek wódki, umieścił się naprzeciw Justyny z takim pośpiechem, jakby się lękał, aby

go ktokolwiek w zajęciu tego punktu przy stole nie uprzedził. Od jakiegoś czasu okazywał

on Justynie uprzejmość z nadskakiwaniem graniczącą, ani ku niej żartobliwej i lekcewa-

żącej galanterii, ani ku jej ojcu wesołych drwin nie zwracając. Teraz naprzeciw niej siedząc

nie tylko poruszenia, ale i spojrzenia jej śledzić się zdawał. Przy tym z serwetą na szyi

zawiązaną i całą pierś mu okrywającą zajadając ze smakiem kotlety, nieustanną prawie

rozmową zajmować usiłował niezbyt ożywione towarzystwo. Mówił o Różycu. W ogól-

Krew, Szlachcic

ności mówił o tym krewnym swojej żony tak często i z takim zadowoleniem, że można by

go było posądzić o szczycenie się tym pokrewieństwem. Zresztą sam nie taił tego, że się

nim szczycił. Tym razem przecież mówił o nim nie tylko dla chwalenia się, ale i w innym

jeszcze celu.

— Zaręczam państwu — mówił — że gdyby mu żyłę przeciąć, popłynęłaby z niej tak

krew błękitna… jak na przykład… jak na przykład niemeńska woda w pogodę…

Teresa zachichotała.

— Ej, doprawdy! Pan zawsze żartuje! Kto kiedy widział błękitną krew!…

— Tak się mówi, moja Tereniu, o dobrych, starych rodach — łagodnie wytłumaczyła

pani Emilia.

Benedykt zamruczał:

— Doskonałe porównanie… bo czy tam ta krew błękitna, czy nie błękitna, ale że

wody w niej wiele, to pewno…

Witold, ze spuszczonymi powiekami dotąd siedzący i nie dotykający wcale jedzenia,

wzrok na ojca podniósł i w twarz jego nad talerzem pochyloną, surową, pomarszczoną

długo popatrzał.

— Zawsze to jednak, panie dobrodzieju — ciągnął Kirło — rzecz przyjemna… przy-

jemna… z takiego, jak Teofil, rodu pochodzić. Wprawdzie tytułu żadnego nie ma… ani

książę, ani hrabia… ale takie szlachectwo, jak jego, równa się hrabiostwu, a może i jakie-

mu kiepskiemu księstwu… a jaka parantela³¹⁹… fiu, fiu! Z najpiękniejszymi familiami…

panie dobrodzieju mój… rodzona ciotka za księciem…

Ku Justynie błyszczącymi oczkami spojrzał, a spostrzegłszy, że potrzebowała soli,

z pośpiechem i przymileniem ku niej ją posunął. Potem omletu z konfiturami z pół-

miska nabierając mówił znowu:

— Poczciwy ten Teofilek! Dwadzieścia dwa lata miał, kiedy mu ojciec umarł… matka

Bogactwo, Pieniądz

żyje jeszcze i w Rzymie na dewocji siedzi³²⁰… bardzo zacna matrona… a on dwadzieścia dwa lata miał, kiedy stracił ojca i w sukcesji wziął fortunę malutką, maluteńką, ni mniej,

ni więcej, tylko, panie dobrodzieju, coś tak około miliona rubli, około jednego, jednego

sobie milionka rubli…

— O Jezu! — jęknęła Teresa.

³¹⁹ a an e a — krewni należący do jednego, tego samego rodu.

³²⁰ na de

i ie ie — potocznie: mieszkać w klasztorze bez składania ślubów zakonnych.

Nad Niemnem



Orzelski językiem mlasnął.

— Caca fortunka… caca… Żeby to te… mieć… choć dziesiątą część tego!

— Aha! Pewno! — podchwycił Kirło — żeby to te… ha! Dziesiątą część… tak ze sto

tysiączków… Ale pan omleciku jeszcze nie brał… służę panu!

Ze słabym zaledwie odcieniem dawnej żartobliwości ojcu Justyny półmisek podał.

— Teraz zaś — ciągnął — w trzydziestym pierwszym roku życia swego Teoś posiada

już tylko trzysta tysięcy, bo Wołowszczyzna, lekko licząc i na najniższą cenę ziemi, warta

jeszcze pewnie trzysta tysięcy. Przez osiem czy dziewięć lat stracił więc chłopak sześćset

tysięcy… malutkie sobie sześćset tysiączków przez osiem czy dziewięć lat stracił… Ha?

Jak się to państwu podoba… zuch chłopak, co?

I zaśmiał się dobrodusznie, serdecznie, a triumfującym i uszczęśliwionym wzrokiem

po obecnych wodził. Kolosalność cy wymienianych zachwycała i niejako w dumę wbijała

posiadacza malutkiej Olszynki. Śmiech uspokoiwszy i z miną smakosza sącząc z kielisz-

ka tanie ancuskie wino, które na korczyńskim stole zjawiało się tylko przy gościach,

opowiadał o sposobach, w jakich owe sześćset tysięcy przez Teofilka straconymi zostały.

Powtarzał pogłoski i opowiadania, które krążyły po okolicy od przybycia do niej Różyca

i które mieszkańców tych stron ciężkim życiem mniej lub więcej steranych w zdumienie

wprawiały, Sodomę, Babilon i inne tym podobne miejsca nieprawości im przypomina-

jąc. Łatwiej byłoby wyliczyć to, czego o Różycu nie mówiono, niż to, co mówiono, a co

teraz Kirło z werwą okraszoną dowcipami i dwuznacznikami, ze szczególnym i widocz-

nym lubowaniem się powtarzał. Wille w okolicach Wiednia i Florencji, apartamenty

przy paryskich bulwarach, gry w ruletę³²¹ i sztosa³²², głośne przygody z najgłośniejszymi przedstawicielkami półświatka, w dziennikach aż opisywane zakłady i pojedynki… Ile

w tym wszystkim mieściło się prawdy, a ile przesady, trudno zgadnąć, najpewniej prze-

sady było niemało, ale i prawdy wiele. Siedzące przy stole korczyńskim osoby niektóre

z opowiadanych szczegółów już znały, innych słuchały z rozmaitymi wyrazami twarzy.

Z wyjątkiem przecież Benedykta, który schylał się jeszcze nad talerzem i Witolda, który

wciąż blady i smutny powiek prawie nie podnosił, wszystkie spojrzenia nieustannie zwra-

cały się na Justynę. Kirło spostrzegłszy, że ku karafce rękę ona wyciąga, z pośpieszną, lecz i pełną uszanowania galanterią do szklanki jej wody nalał, po czym o wartości i piękności

Wołowszczyzny mówić zaczął:

— Pałacyk szyk! Zaniedbany teraz, co prawda, ale gdyby go odrestaurować, urządzić…

byłaby rezydencja pańska, rozkoszna…

Końce palców swoich pocałował, a Orzelski, który niegdyś przez Wołowszczyznę prze-

jeżdżał i pałacyk widział, ustami pełnymi omletu cmoknął.

— Caca pałacyk… caca!

Palcem w powietrzu wykręcać zaczął.

— Wieżyczki, balkony, wykrętasy… tylko że z drogi patrząc zdaje się, że zaraz to…

runie!

— Nie runie. Pałacyk nie runie, wyrestauruje się, odświeży, urządzi, gdy tylko wła-

ściciel tego zechce… a zechce wtedy, gdy zrobi projekt ożenienia się. Ale co grunt, to

że Wołowszczyzna posiada osiem folwarków ze śliczną glebą, a w tych folwarkach, jak

u Pana Boga w spiżarni, wszystkiego pełno: lasy, stawy, ogrody, pachty³²³, młyny, dwie gorzelnie, dawniej fabryka czegoś tam była i przynosiła dużo, a choć upadła, znowu powstać może i dużo przynosić. Wszystko tam, co prawda, podupadło i zrujnowało się, ale

podniesione i wyrestaurowane być może, gdy tylko Teofilek zechce, a zechce najpew-

niej wtedy, kiedy się ożeni, żoneczka rozumna i energiczna do gospodarstwa go zachęci

i pieszczotami, rozumkiem, taktem swawolnego ptaszka w gniazdku zatrzyma…

Tak mówił Kirło i wpółżartobliwie, wpół z rzetelną admiracją na Justynę patrzał. Fi-

Kobieta, Pozycja społeczna,

Służalczość

luternie i uniżenie przymilone jego rysy zdawały się do niej przemawiać: „Uwielbienia

godną jesteś już przez to, żeś wzrok jego zwrócić na siebie potrafiła, a gdy to wielkie,

cudowne szczęście, które ci prorokuję, posiędziesz, bądź na uniżonego sługę swojego

łaskawą!” i wszyscy zresztą, oprócz Benedykta i Witolda, na Justynę spoglądali, a w spoj-

³²¹

e a — gra hazardowa.

³²²

— hazardowa gra w karty.

³²³ a

— dzierżawa.

Nad Niemnem



rzeniach i uśmiechach pani Emilii, Teresy, nawet niedorosłej Leoni, którą opowiadania

Kirły zaciekawiły i ożywiły, wyraźnie malowały się wykrzykniki: „Dziwne, nadspodzie-

wane szczęście! Cud prawdziwy nad biedną dziewczyną przez Opatrzność okazany!” Pani

Emilia myśli te nawet słowami wyraziła:

— Prawdziwy zaszczyt sprawi pan Różyc kobiecie, którą za żonę wziąć zechce. Taki

Duma

ród, majątek…

— Ach, i takie serce! — przebiła jej mowę Teresa.

— A pałacyk! Ach, mamciu, pałacyk! To najmilsze ze wszystkiego — na krześle

podskakując wykrzyknęła Leonia, która przed niewielu dniami tak gorąco a nadaremnie

błagała ojca o posągi i nowe meble do korczyńskiego salonu.

Justyna przez cały ciąg wieczerzy milczała. Nie mogła jawnie odpierać ani przyjmować

spadających na nią spojrzeń, uśmiechów, półsłówek, bo nie były jawnie ku niej zwracane.

Rzadko podnosiła oczy, ale ile razy je podniosła, przebiegał w nich błysk obrazy. Wargi

jej, jak dojrzała wiśnia pełne i purpurowe, przybierały chwilami wyraz dumny i wzgardli-

wy. Nie wiedzieć dlaczego, to, co innym wydawało się pochlebne i zaszczytne, ją drażniło

i obrażało. Wszyscy wprawdzie wiedzieli o tym, że najwybitniejszą cechą jej charakteru

była duma. Ale właśnie dumna kobieta powinna była być świetnym zwycięstwem na wpół

już odniesionym i otwierającą się przed nią perspektywą czuć się pochlebiona i uszczę-

śliwiona…

Benedykt, który swoim zwyczajem jadł wiele i długo, a raz w rozmowę słowo rzuciw-

szy, więcej się już nie odzywał, rozumiał dobrze, iż wszystko, o czym przy stole mówio-

no, odnosiło się do Justyny. Kiedy po raz pierwszy usłyszał był od żony pełne zdumienia

i zachwycenia opowiadanie o prawdopodobnych względem Justyny zamiarach Różyca

i o staraniach w celu urzeczywistnienia się ich przez Kirłową czynionych, zdziwił się tak-

że i trochę ucieszył.

— Daj Boże! — wymówił. — Daj Boże! Dla biednej dziewczyny świetna to partia

i niespodziewana… istotnie niespodziewana!…

Ale później niewiele myślał o tym. Krewnej i wychowanicy swej dobrego zamążpój-

ścia życząc, czynnie doń dopomagać czasu ani ochoty nie miał. Wprzódy jeszcze nieraz

przychodziło mu na myśl, że gdyby Justyna za mąż wychodziła, musiałby jej oddać zloko-

wane na Korczynie a do niej należące pięć tysięcy, co by mu nowych kłopotów przyspo-

rzyło. Teraz, przy tej wieczerzy, przyszło mu na myśl, że jeśli wyjdzie ona za Różyca, kłopot ten oszczędzony mu zostanie, bo dziedzic Wołowszczyzny natychmiastowego wchodzenia

w posiadanie tej sumki potrzebować nie będzie. Więcej o tym nie myślał wcale, tylko,

widać, opowiadania Kirły, a szczególniej brzmiący w nich ton bałwochwalczej dla bogac-

twa i użycia chwalby zirytował go nieco. Kirło zresztą irytował go zawsze. Podniósłszy

więc twarz znad talerza i wąsy serwetą otarłszy, jakby do wstawania od stołu obie ręce

o stół opierając, przemówił:

— Wszystko to bardzo piękne i ja panu Różycowi ubliżać nie chcę. Młody jest i po-

Praca, Szlachcic

prawić się może, bo jak słyszałem i sam spostrzegłem, rozsądek i dobre serce ma… Ale

abym przeszłość jego pochwalał, to nie. Taką fortunę stracić na karty i metresy³²⁴ rzecz niegodna. Tak tylko łajdaki robią…

— Benedykcie! — z cicha jęknęła pani Emilia.

— A tak — nie zwracając oczu na żonę energicznie potwierdził. — Przy tym tak już

nic a nic nie robić, jak ci panowie, to także, powiem prawdę, świństwo. Człowiek, który

na świecie jedząc chleb nie pracuje, czy tam w nim błękitna krew płynie, czy popielata,

czy czerwona, jest darmozjadem i niczym więcej… Jeżeli zaś jeszcze i na marcypanach

pasie się, a nawzajem dla świata, który mu marcypany daje, palcem nawet pokiwać nie

chce, no, to już go mam za…

Wtem przypomniał coś sobie, pomiarkował się i trochę miększym głosem dokończył:

— Ale ja tego nie mówię do pana Różyca… nikomu ubliżać nie chcę… może on jest

i najlepszym człowiekiem… tylko… te wielkie bogactwa, które takie ukta rodzą, te…

te… to… tamto…

Chciał widocznie połknąć wyrazy, które wydzierały mu się z gardła, ale nie dokonał

tego. Ręką machnął i dokończył:

³²⁴ me e a (przestarz.) — utrzymanka, kochanka.

Nad Niemnem



— Te wielkie fortuny niechby wszyscy diabli wzięli!…

Krzesło ze stukiem odsunął i od stołu wstał. Obok niego, ciche jak westchnienia,

rozległy się jęki:

— Benedykcie! Ja nie mogę… o mój Boże… ja nie mogę wyrazów takich słuchać…

ja… takich zdań… o takim człowieku… nie mogę… ja…

Pani Emilia usiłowała podnieść się z krzesła, ale nie mogła. W gardle ją dławić zaczęło,

nogi chwiały się pod nią.

— A toż co? — ze zdziwieniem zapytał Benedykt — co ci się stało?

Ale już Kirło z troskliwością i współczuciem przyskakiwał do pani domu ramię jej

podając, a z drugiej podtrzymywała ją Teresa. Tak we troje przeszli całą długość jadalnej

sali, Benedykt zaś jak wryty wzrokiem za nimi prowadził.

— W imię Ojca i Syna… a cóż ja jej złego zrobiłem? Znowu zachoruje czy co?

Ale w tej chwili giętkie dłonie obie ręce jego ujęły i przylgnęły do nich gorące usta.

— Mój ojcze — z cicha wymówił Witold — pocałuj mnie… proszę!…

Coś dziwnie pocieszonego i roztkliwionego mignęło w ponurych źrenicach pana Be-

nedykta, jednak surowo brwi zmarszczył.

— Cóż? Może za to, żem w twoją dudkę zagrał o tym panku mówiąc, raczysz mi winy

moje przebaczać?

Witold w dłoniach swoich ręce jego trzymając, powtórzył:

— Pocałuj mnie, mój ojcze…

Na bladawym, smutnie przed nim pochylonym czole syna złożył pocałunek szorstki,

ale długi. Uśmiech niewesoły jednak gorzki raczej, pod długim wąsem mu przebiegł.

— Gorącą masz głowę — zauważył.

Ale tej krótkiej, dwuznacznej uwagi Witold może i nie dosłyszał. Ze słowami, które

ojciec jego u końca wieczerzy wymówił i z pocałunkiem ojcowskim wróciła mu cała ży-

wość i wesołość. Pochwycił wpół Martę, która do kredensowej sza kompot i resztę wina

chowała i kilka razy obrócił ją w kółko, potem przy wtórze śmiechu, łajania i kaszlania

starej panny przyskoczył do stojącej u okna Justyny.

— Wiesz, Justynko — pięścią jednej ręki o dłoń drugiej uderzając prędko i z błyska-

Konflikt pokoleń

jącymi oczami mówił — ten Kirło to pasożyt, pieczeniarz, błazen, czciciel złotego cielca,

hipopotaurus, mastodont³²⁵, przedpotopowe zwierzę! Gdybym mógł, to bym takich ludzi jedną ręką brał tak… za włosy, a drugą za gardło i — trrraf! Karki bym im skręcał!

Justyna parsknęła śmiechem.

— Zrób to naprzód z kurczęciem — zawołała — a wtedy uwierzę, że mógłbyś zrobić

z Kirłą!

— Jak ojca kocham! — srożył się jeszcze student. — Bo to, widzisz, zakała świata!

Gdyby nie tacy, jak on, świat by już był daleko… daleko… A nam o to przecież idzie…

ty nie masz może pojęcia, jak nam o to idzie… o idee… o ludzką wolność, godność…

W ogień bym za to wskoczył, rodzonego ojca mógłbym się wy…

Wstrzymał się, nie domówił, trochę ochłódł. Nagle w twarz kuzynki przenikliwie

spojrzał.

— Czy ty, Justynko, za to dziurawe sito pójdziesz?

Zaśmiała się znowu.

— Masz taki sposób pytania, Widziu…

— Wiesz dobrze, o kim mówię… No, za tego welinowego człowieka, jeżeli oświadczy

się o ciebie, pójdziesz?

Wzruszyła ramionami.

— Mój drogi — z wolna odpowiedziała — czyżbym mogła odrzucać od siebie tak

wielkie, niespodziewane, cudowne szczęście… taki zaszczyt i łaskę? Sam pomyśl, czyżbym

mogła?

Zdawało mu się, że w jej głosie dosłyszał tłumiony śmiech, ale twarz miała poważną,

surową i niezwyczajnie błyszczące oczy. Ręką rzucił.

³²⁵ i

a

, ma d n — nazwa dawno wymarłych zwierząt, tu przenośnie: człowiek niewspółczesny,

zacofany.

Nad Niemnem



— At — rzekł — niczego z kobietami pewnym być nie można! Zdaje się, że rozsądna,

a może i pstro ma w głowie, czy ja wiem? Na Buszmanki³²⁶ was wychowują, to i wszystko na świecie gotowe jesteście zrobić, byleby was ładnie ufarbowano. Ale tymczasem, nim

wielką panią zostaniesz, na wesele Elżusi pójdziesz… wiesz? Marynia tam także będzie, już

ja to u pani Kirłowej uproszę, byleby tylko pod opieką cioci Marty, którą także podejmuję

się namówić…

W tej chwili drobne jakieś ręce ramię jego objęły i prawie dziecinny głos tuż przy nim

Nuda

zawołał:

— Widziu, i mnie weźcie na te wesele! Już mnie o nim Zofia tyle nagadała… ona

krewna pana młodego i zaproszona… tańczyć będą… i ja chcę potańczyć!

— Z największą ochotą! — zawołał Witold. — Choć raz zobaczysz w Korczynie coś

więcej nad dom i ogród!

— Nie żartuj, Widziu — krzywiąc ładne, blade usta skarżyła się dziewczynka — mnie

tak nudno, nudno ciągle u mamy w pokoju siedzieć albo po tych alejach w ogrodzie

chodzić…

— Patrzcie! — sarknął młody człowiek. — Od ziemi ledwie odrosła, a już nudzi się!

Czy nie zaczynasz już i na nerwy chorować, moja ty… przyszła Buszmanko!…

Dziewczynka skarżyła się dalej:

— A pewno! Głowa mnie boli często! Wiesz, Widziu, wolę już być na pensji, bo tam

choć rozmaitości więcej… Całe moje szczęście, że dla cioci Marty pantofle wyszyłam…

Tu niedokrwistość zdradzająca żółtawa jej twarzyczka rozjaśniła się uśmiechem praw-

dziwie dziecinnej radości.

— Śliczne pantofle! — zawołała. — Jutro je cioci oddam! To dopiero będzie rada!

Rada!

Klasnęła w dłonie, podskoczyła, brata wpół objęła i znowu żałosnym głosem prosić

zaczęła:

— Weź mnie, Widziu, na te wesele… potańczyć chce się… Zofia mówi, że tam wesoło

Choroba, Matka

będzie… taką ładną suknię już sobie przygotowuje!

Witold zamyślił się.

— Mamy o pozwolenie poprosić trzeba…

— Poproś… — błagał podlotek.

— Czemu sama nie chcesz?…

Dziewczynka ruchem przestrachu ręce splotła.

— Lękam się… nie mogę… jeszcze się zmartwi i zachoruje… Mama zawsze choruje,

jak tylko co się jej nie podoba… Tobie łatwiej… ty rozumniejszy…

W godzinę potem Marta z trzaskiem otwierając drzwi do pokoju swego wpadła i zo-

baczywszy znajdującą się tam Justynę wołać zaczęła:

— Awantury! Słowo honoru, arabskie awantury! Na wesele iść z nimi! Przymila się,

obejmuje, całuje, prosi… „Idź, ciotko, z nami do Bohatyrowiczów na wesele… idź, idź!”

I śmiech, i złość! Co ten chłopiec wymyślił sobie? Stare kości po weselach ciągać! Wieczny

śmiech! A co ja na tym weselu robić będę? Na co ja tam potrzebna! Pfuj, zgiń, maro,

przepadnij! A to przyczepski z tego Widzia! Uf! Nie mogę!…

Jak huragan, od łóżka do sza, to znów od sza do łóżka biegała i trudno było

zgadnąć, czy rozgniewana była lub rozśmieszona, bo śmiała się, łajała, rękami machała…

Justyna przy świetle lampy u otwartego okna stojącej, szyciem zajęta, przyjazny wzrok na

starszą towarzyszkę swoją podniosła.

— Bo też ciocia pójdzie z nami na to wesele — z filuterną przekorą rzekła.

— Wieczny śmiech! — krzyknęła stara panna. — Po co ja tam mam iść? Na co?

Dlaczego?

— Naprzód dlatego, że ciocia Witoldowi niczego by odmówić nie potrafiła, a potem

dlatego, że są to przecież dawni znajomi cioci…

Jak słup pośrodku pokoju stanęła, czarne jej oczy zapłonęły zrazu jak żużle, a potem

zmąciły się wielkim zmieszaniem. Ciszej daleko niż wprzódy zamruczała:

³²⁶Buszmenki — kobiety jednego z koczowniczych plemion murzyńskich Ayki południowej. Orzeszkowa często używa tego określenia w stosunku do kobiet z arystokracji, pragnąc zaznaczyć, że powierzchowna kultura salonu bliższa jest stanowi „dzikości” niż prawdziwej cywilizacji.

Nad Niemnem



— Dawni znajomi! To prawda… i dobrzy niegdyś znajomi! Ale kiedy to było! I…

krótko to było! A teraz… po co? Czy po to, ażeby ludzi straszyć? Jak upiór z tamtego

świata przed oczami ich stanąć! Dawni znajomi! Ale… czy poznaliby mnie teraz? Czy ja

bym ich poznała? Wieczny smutek…

Nagle uciszona, przygarbiona trochę, naprzeciw Justyny po drugiej stronie stołu usia-

dła i w twarz towarzyszki wlepiając spojrzenie rozgorzałe i razem dziwnie jakby wstydliwe

zagadnęła:

— Jakże to było? Skąd się to wzięło? Czego dziś córka Fabiana tu przylatywała i gdzie

biegałyście razem, jak podsmalone? Czy i Witold tam był? Wieczne dziwy! Czy myślicie

przerobić się na chłopów?

Było to tak. Dziś, dużo jeszcze przed zachodem słońca, gdy Justyna po parogodzin-

Chłop, Dwór, Ambicja

nym wtórowaniu na fortepianie ojcu do pokoju tego przyszła i w nadchodzący wieczór

jak w pustą jamę patrzała, czym go zapełnić nie wiedząc, w otwierających się drzwiach, za-

sapana trochę od szybkiego biegu, w swojej odświętnej, bordowej sukni, stanęła Elżusia.

Stanęła, krępą figurkę wyprostowała, zadarty nosek podniosła i zagadała:

— Czy tu przyjmują, czy nie przyjmują? Jeżeli przyjmują, to dobry wieczór, a jeżeli

nie przyjmują, to bywajcie zdrowi! Bardzo słusznie! Przyszłam panienkę na świeży miód

zaprosić…

Na krześle podanym jej przez Justynę siadając trzepała dalej:

— Ten gamuła Julek sprzeczał się ze mną, że nie będę miała śmiałości iść do dworu

i z radą wystąpił, żebym koło oficyny szła i w kuchni spytała się, czy do panienki można…

Ale ja nie taka! Czy ja pies, żeby koło kuchni chodzić? Bardzo słusznie. Poszłam sobie

prostą drogą, przez ganek do sieni, aż tu nie wiem, gdzie iść… na prawo czy na lewo?

Na szczęście do sieni weszła panna Marta, taka sroga, ale ona nie zlękła się jej wcale, bo

i czegóż lękać by się miała? Nie przyszła przecież kraść i nie jest psem, aby ją można było

wypędzać! Bardzo słusznie. A gdyby i samego pana Korczyńskiego spotkała, nie zlękłaby

się również, choć on jest arystokrat. Ale on sobie, a ona sobie. U ojca rodzonego mieszka,

cudzego chleba nie je i nikt nad nią żadnego postrachu ani pośmiewiska wywierać nie ma

prawa. Jednego tylko Boga lęka się, po Bogu ojca, a więcej to już chyba takiego człowieka

na świecie nie ma, którego by ona lękać się mogła.

Ciekawie rozejrzała się po ścianach i sprzętach pokoju.

— Nic osobliwego — zauważyła — w naszej świetlicy może jeszcze i piękniej. Na

dole, to prawda, że pokoje piękne, ale nie nadmiar, chyba, ot, że podłogi błyszczą jak

szkło i to jest bardzo ładnie. Ale dziw wielki, że u króla żonka piękna! Bardzo słusznie!

Prawdę powiedziawszy i pod sekretem, ojciec kazał jej iść do dworu i spróbować, czy

też panna Justyna do chaty ich przyjść zechce. „Idź i niby to na miód zaproś!” Bardzo

słusznie. Kto wspólnie z nami pracował, niech z nami i zabawi się, kto naszej gorzkości

spróbował, niech i słodkości pokosztuje. Ale ona wie bardzo dobrze, o co jej ojcu idzie.

Zachichotała.

— Ojciec ambicjant taki, że już i przenieść nie może, aby w sąsiedztwie państwo

bywali, a u niego nie. Powiedzieć, za nic tego przed nikim nie powie, ale już ja wiem, że

jemu to smętliwie… A teraz i z tym procesem, co go z panem Korczyńskim zaprowadził,

wielką alterację³²⁷ ma. Słyszę, w miasteczku mu powiedzieli, że adwokat apelację, czy coś tam takiego, nie w czas podał i że wszystko przepadnie. Może ociec myśli, że przyjdzie

z panem Korczyńskim pojednać się i orędowników u niego chce mieć. Bardzo słusznie.

Ale i na tym wszystkim nie koniec. Elżusia zachichotała znowu, zarumieniła się, oczy

na chwilę spuściła i wnet potem śmiało wypowiedziała:

— Najwięcej, że ociec żąda oświadczyć, że wielkim dla nas wszystkich szczęściem to

będzie, jeżeli panna Justyna i pan Witold na moim weselu będą.

Gdy już obie w drodze były, pomiędzy dworem i okolicą Justynie powiedziała, że

narzeczony ze swatem dziś do nich przyjechali. Swatem jest pan Starzyński, Janka ojczym.

Justyna tedy narzeczonego jej pozna.

— Młodzieńki i mileńki bardzo, a taki pokorny, że zdaje się jak baranek…

Sposób, w jaki to mówiła, zdradzał wyraźnie, że była narzeczonym zachwycona. Jed-

nak i o praktycznej stronie małżeństwa nie zapomniała. Podobało się jej bardzo, że Franuś

³²⁷ a e a a (przestarz.) — wzburzenie, niepokój.

Nad Niemnem



Jaśmont miał dobre konie, krów aż sześć i spory kawał łąki. Gdyby to jeszcze ojciec mógł

jej gotówką cały posag wypłacić! Ale gdzie tam! Połowę tylko wypłaci, a na połowę e e

e wyda. Na ten proces z panem Korczyńskim wielkie koszta położył i teraz dla rodzonego dziecka kurczyć się musi. Żeby te procesy licho wzięło!

Kiedy wchodziły do zagrody Fabiana, słońce rozścielało po jej trawach złoty kobie-

Dom, Wieś

rzec, a mnóstwem tajemniczych i ruchliwych świateł napełniało gaj śliwowy, w którym

sterczało kilkanaście starych ulów, brzęczały pszczoły i na zabój śpiewały szczygły. Za śli-

wowym gajem, łankiem dojrzałego owsa i zagonami warzywa, u których kresu iskrzyły

się krzaczyste floksy i czerwone georginie, dom ku ogrodowi bokiem, a ku małemu po-

dwórku gankiem zwrócony stał pod srebrnymi topolami, które na jego strzechę i jedyny

komin lać się zdawały nieustanny deszcz srebrnych kropel. Wszystko tu było tak prawie,

jak u Anzelma i Jana, jednak daleko ciaśniej i biedniej. Ule były starej konstrukcji i nie

pomalowane, stodoła mniejszą i lasem chwastów dokoła obrosłą, ściany domu od staro-

ści trochę wykrzywione, strzecha miejscami od porastającego ją mchu zielona, miejscami

żółtą słomą połatana. Z drzew owocowych, oprócz śliwowego gaju, tu i ówdzie pośród

zagrody stało tylko kilka prawie zdziczałych grusz i jabłoni.

Ale z ławy stojącej pod wykrzywionymi ścianami domu, spod dwu otwartych okien

Gospodarz, Gospodyni,

Gość

o małych i mętnych szybach, na widok wchodzącego do zagrody gościa bardzo poważnie

podniosła się para ludzi i bardzo ceremonialnym krokiem naprzód dążyła. Mężczyzna,

do rydza ze sterczącymi wąsami i błyszczącymi oczami podobny, jedną rękę opierał na

kłębie, drugą, w której wytartą czapkę trzymał, spuszczał u boku. Kobieta, cienka, mizer-

na, w krótkiej spódnicy, przedwiecznej, rozwiewającej się mantyli i

ne ie, czyli białym

czepcu z obfitym i sztywnym wygarnirowaniem, szła cała w takich uśmiechach i krygach,

jak gdyby zaraz do ceremonialnego i dygającego menueta³²⁸ stanąć miała. Na ścieżce po-między owsem i zagonami buraków wydeptanej Fabian głośny pocałunek złożył na ręce

Justyny, a wnet potem obie już ręce na kłębach opierając zaczął:

— Bardzo jestem kontenty i najuniżeniej dziękuję, że otrzymać mogłem tę promocję,

której tak często sąsiedzi moje doświadczają. Bo choć oni troszkę i bogatsi ode mnie, ale

ja również sam sobie pan jestem i znacznym nie będąc mogę być zacnym. Proszę panią

dobrodziejkę naprzód postąpić… z ukontentowaniem proszę!

Fabianowa zaś usta sznurując dygała i w wyciągającą się ku niej dłoń Justyny wsunęła

rękę kościstą, do pomarańczowej prawie barwy ogorzałą, od spracowania twardą. Trochę

była zakłopotana i bardzo zajęta tym, aby okazać się nie tylko przystojną, ale i dworną,

nad to, co ją otaczało, nieco wyższą. Za mężem powtarzała:

— Proszę… z ukontentowaniem proszę!

I po zagonach buraków idąc stopą w gruby trzewik obutą, suche gałązki zrzucała ze

ścieżki, którą szła Justyna.

— Śmiecie u nas — tłumaczyła się — zwyczajnie, jak na małym gospodarstwie… pani

do tego nie przywykła i ja kiedyś insze życie i uzwyczajenia miałam. Giecołdówna z domu

jestem, ociec mój na takiej zagrodzie nie siedział, ale po dzierżawach chodził… później

już, kiedy Pan Bóg nie pobłogosławił, pożary i mory na bydło nawiedziły, na ekonomię

zszedł…

Westchnęła i chudy policzek na dłoni oparła.

— Jeszcze i teraz rodzonego mego brata syn, Józef Giecołd, dzierżawę trzyma… może

pani słyszała?… od Korczyna niedaleko… A drugi Giecołd w biurze…

Ale przerwał jej mąż:

— A u imości wiecznie tylko Giecołdy w pamięci zasadzone! Wczas już by było znacz-

nemu gościowi zarekomendować przyszłego naszego zięcia. Franuś, panie Franciszku!

Proszę tu do nas!

Pod ścianą domu z ławy powstali znowu dwaj ludzie, z których jeden co najmniej

Strój

dziwnie wyglądał. Dość wysoki, od karku do stóp jednostajną grubość mający, w zielo-

nym jak trawa surducie, a z czerwoną, dobroduszną, śmiejącą się twarzą podobnym był

do równo okrzesanego krzaku z zasadzoną u wierzchu piwonią. Drugim był młodziut-

ki, dwudziestoparoletni chłopak, niski, szczupły, w czarnym surducie, z twarzą nieładną,

ogorzałą, trochę głupkowatą i bardzo łagodną.

³²⁸ men e — wytworny, dworski taniec ancuski z XVII–XVIII w.

Nad Niemnem



— Pan Starzyński ze Starzyn, mąż dawniejszej pani Jerzowej. A to Alżusi kawaler,

Franciszek Jaśmont… — zarekomendował Fabian.

Elżusia, która dotąd w cichości szła za towarzystwem, zza ojca wyskoczyła i zagadała:

— Jezu! A toż to pan Starzyński! Bardzo słusznie! A ja myślałam, że to taki wielki

krzak piwonii pod naszymi oknami zakwitnął!

Starzyński po surducie swoim wzrokiem powiódł i zaśmiał się najgłębszym basem,

a tak serdecznie, że aż mu tłuste policzki trzęsły się i łzy do małych oczu nabiegły.

— A to mnie tak moja imość wystrychnęła… — śmiać się nie przestając mówił —

utkała sukno i kazała je na zielono pofarbować… Ja do niej: „Czy ty, babo, rozum na

drodze straciła?” A ona: „Niech jegomość mnie podziękuje, bo zielony kolor najmilszy,

nadzieję oznacza”. Co robić? kiedy choć stara, a romansowa! Wszystko równo! co człowiek

wdzieje na siebie, to wdzieje… byle było co do gęby włożyć!

Elżusia do ucha Justynie szepnęła:

— Zdaje się, że dobry, a taki skąpiec, że niech Pan Bóg broni… od gęby sobie i dzie-

ciom odejmuje, a pełną szufladę w komodzie ma asygnatek³²⁹…

Jednak tusza i barwa twarzy Starzyńskiego nie zdawała się świadczyć, aby miał on

sobie bardzo od gęby odejmować.

Przed ławą pod ścianą domu stojącą, na niedużym zydlu stała spora misa z pięk-

nym, złotawym, tylko co z plastrów wyciekłym miodem, a przy niej leżał wielki bochen

razowego chleba i szeroki nóż w kościanej oprawie.

Pierwszą po przyjściu do domu czynnością Elżusi było zdjąć trzewiki. Boso teraz po

Gość, Jedzenie, Obyczaje

trawie biegała narzeczonemu rozkazy wydając.

— Panie Franciszku! Proszę przynieść krzesło dla panny Justyny!

Chłopak w mig ku chacie się rzucił. Fabian kroił chleb, którego spód, tak jak u Anzel-

ma, okrywały wyraźne rysunki klonowych czy lipowych liści. Przez parę minut panowało

trochę kłopotliwe milczenie, przerywane tylko wykrzyknikami Elżusi, która narzeczone-

go posyłała to po osobną miseczkę dla Justyny, to po łyżkę, to mu rozkazywała przepędzać

psa na widok chleba zbliżającego się do zydla, musztrując go przy tym i niby wyśmiewa-

jąc, to że powoli chodzi, to że niezgrabnie przyniesione przedmioty umieszcza, a wszystko

to głośno, rezolutnie, białymi zębami w uśmiechach błyskając a imponująco zadarty no-

sek podnosząc. On zaś, milczący, pokorny, ze zmieszania niezgrabny, spełniał wszystkie

jej rozkazy i komenderówki, a ilekroć na nią spojrzał, z podziwu czy zakochania usta

otwierał i na podobieństwo słupa nieruchomiał. Miodu jeszcze ani skosztował, tak go

Elżusia ustawicznie pędzała i musztrowała. Za to wszyscy inni, po kolei, nóż w kościanej

oprawie brali, miód nim na chleb kładli i kęs jego odgryzłszy porcje na zydlu składali,

powoli ze skrzyżowanymi na piersi lub opuszczonymi na kolana rękami przeżuwając. Fa-

bianowa przewlekłym swym głosem opowiadała o pasiece, którą miał ojciec jej Giecołd,

kiedy jeszcze po dzierżawach chodził.

— Dzień po nocy, a noc po dniu następuje… — śpiewała — tak i ja… z dostatków ta-

kich na te małe gospodarstwo przyszłam, jak robotna pszczoła całe życie

e

a am,

i ot… czego dobiłam się!…

— Mruczydło z imości — sierdzisto przerwał Fabian — ze wszelakiej rzeczy materię

do lamentów wyprowadzisz. Wiadomo, im gorsze koła, tym więcej skrzypią!

Starzyński śmiał się znowu tak, aż mu łzy do oczu nabiegały. Fabian zaś nagle wzrok

Gość, Pies

utkwił w ścieżce od bramy ogrodzenia przez ogród wiodącej, prostować się zaczął, z ławy

wstał i rękę na kłębie oparł.

Od wielkiego zadowolenia, jakie uczuł, rumiane policzki mu zadrgały i poruszyła się

kępka twardych wąsów.

— Wesoły nam dziś dzień nastał! — gromko zawołał. — Drugiego już znacznego

gościa Bóg nam prowadzi!…

Drugim tym gościem był Witold, który od kilku już minut niespostrzeżony przez

nikogo za niskim ogrodzeniem stał, gronu osób siedzących pod ścianą domu przypatrując

się z daleka, aż nieprzezwyciężoną widocznie ochotą zdjęty, ku niemu dążyć zaczął. Czarny

Mars biegł za nim. Rękę gospodarzowi zagrody podając młody Korczyński przepraszał,

³²⁹ a na a, właśc. a na a — dokument w formie kwitu kasowego będący dowodem dokonanych wpłat lub wypłat.

Nad Niemnem



że psa za sobą wiedzie. Ale Fabian z uprzejmością niezmierną i z szerokimi zarówno jak

niskimi ukłonami wykrzykiwał:

— Nic to! Nic to! Z ukontentowaniem witamy… z ukontentowaniem, spólnie z pie-

skiem, witamy. A co to szkodzi! Kto pana kocha i jego psa głaszcze. Pies dobry lepszy

niżeli zły człowiek!

Łagodnego wyżła gładził istotnie, a Fabianowa z ławy powstawszy, w rozwiewającej

się mantyli najpiękniejsze ze swych krygów przed nowym gościem wykonywała. Ale nic

ją więcej uszczęśliwić nie mogło nad to, jak gdy Witold o zdrowie jej zapytał. Upatrywała

w tym naprzód okazane jej uszanowanie, a potem była to na jej młyn wyborna woda.

Uśmiechając się więc od radości, żałośliwym jednak tonem mówić zaczęła:

— Skrzypię… ciągle skrzypię, ale to nic skrzypiącego drzewa dłużej! My z panem do-

brodziejem nie od dzisiaj znajomi… takim malutkim jeszcze przybiegał do nas, a i potem

z klas do mamy i papy przyjeżdżając, czasem nawiedzał… Pan dobrodziej wie, od czego

moje zdrowie na suche lasy poszło…

a am, wodę na górę ciągałam… ta krwa-

wa woda najwięcej mnie zgubiła… przy tym nie do tego urodziłam się… uzwyczajenia

z początku nie miałam… bo pan dobrodziej przypomina pewno sobie, że Giecołdów-

na jestem, tego Giecołda, co po dzierżawach chodził… Brata mego syn jeszcze i teraz

dzierżawę trzyma, a drugi w biurze…

— Taż baba, też koła! — mruknął Fabian i mowę żonie przebijając począł gościa

o żniwa korczyńskie rozpytywać.

Starzyński, który także młodego Korczyńskiego znał od dzieciństwa, wmieszał się do

rozmowy, o gospodarstwie, o urodzajach i różnych glebach tej okolicy prawiąc i często

rozmowę basowym, dobrodusznym, nieskończonym, zda się, śmiechem przerywając.

Elżusia tymczasem, nieco z daleka, u węgła domu narzeczonemu do ust po odrobinie

miodu łyżką wkładała, a on za każdym razem czerwoną jej rękę z głośnym cmokaniem

ust całował.

— Niech pan Franciszek tego cmokania zaprzestanie, a po ludzku ze mną pogada —

zakomenderowała.

Jak maszyna posłuszny, całowania zaprzestał, a w zamian szeptać ze sobą poczęli,

a raczej ona szeptała, on zaś z pokornym wzrokiem wszystkiemu, co mówiła, głową po-

takiwał.

Wtem u ogrodzenia z desek, rozdzielającego zagrody Anzelma i Fabiana, coś zaszele-

ściło. Była to Antolka, która ze szczytu ogrodzenia zsunęła się na ziemię, wywdzięczając

się tym sposobem sąsiadce, tą samą drogą nieraz do niej w odwiedziny przybywającej, tyl-

ko że gdy tamta spadała jak pulchna kluska, ta, wysmukła i lekka, zlatywała jak piórko.

W codziennym stroju była, bo i dzień był powszedni, a tylko u Fabianostwa z powodu

odwiedzin narzeczonego stał się świąteczny. Spostrzegłszy Justynę, do głowy obie ręce

podniosła:

— Oj, Bożeż mój, Boże — zawołała — toż Jankowi zgryzota będzie, że dziś go w domu

nie ma! Po siano na łąkę pojechał… aż o dwie mile!…

Naiwny ten wykrzyk dziewczęcia purpurą okrył twarz Justyny, której właśnie Fa-

bianowa opowiadała o najlepszych sposobach moczenia i suszenia lnu i o lnie mówiąc

zupełnie o Giecołdach zapomniała. Witold nachylił się do ucha kuzynki.

— Czegoś się tak zarumieniła? — z filuterną przekorą szepnął.

Antolka, widokiem wielu na raz osób onieśmielona, zbliżała się powoli. O, ta nie

potrafiłaby pewno rozkazywać narzeczonemu i do musztry go układać! Lękliwa była, ła-

godna i dziwnie delikatna w kształtach i ruchach. Ale też i ten młody mężczyzna, którego

dymkowy surdut najpiękniejszą kanarkową barwą w tej chwili błysnął w bramie zagro-

dy, pewno nikomu nad sobą przewodzić by nie pozwolił. On także jeździł po siano na

łąkę, którą o dwie mile stąd wspólnie z kilku sąsiadami dzierżawił, ale przed godziną już

powróciwszy kanarkowy surdut przywdział i tam, gdzie go serce ciągnęło, pośpieszył.

Może z drogi zobaczył ukochaną, przez płot do sąsiadów wskakującą. Z podniesionym

do góry wąsem i spiczastą bródką, w wysokich butach i zgrabnej czapeczce, szedł śmiało

i szerokimi krokami, a gdy już doszedł do śliwowego gaju, za drzewo się ukrył i po całej

zagrodzie rozległ się głośny, do złudzenia wiernie z natury naśladowany śpiew słowika.

— Jezu! — krzyknęła Antolka.

Nad Niemnem



Po raz to pierwszy pewno na świecie słowicze trele młodą dziewczynę tak przestraszyły.

Nie spostrzegła nadchodzącego Michała i zlękła się teraz bardzo, bo wyglądało to tak,

jakby zmówili się tu przyjść jednocześnie…

— Ciach, ciach, ciach… la… la… la… — w śliwowym gaju wyśpiewywał słowik,

Starzyński brał się za boki od śmiechu, Fabianowa chichotała, Elżusia śmiała się na całe

gardło, a narzeczony wiernie jej wtórował. Na koniec, elegant okolicy wynurzył się z gaju,

a zmieszana Antolka, rezonem nadrabiając, zawołała:

— Pan Michał nie wiadomo co dokazuje, a lepiej powiedziałby, czy Janek prędko

przyjedzie?

Odpowiedział, że Janek dziś na łące nocować będzie, bo wszystkiego siana jeszcze nie

zebrał.

Witold znowu figlarnie na ucho kuzynce szepnął:

— Czegoś tak posmutniała, Justynko?

Wesoło przed chwilą rozmawiała z dziewczętami, ale odpowiedź Michała mowę jej

przecięła. Spłonęła znowu i parę minut na sapieżankę, z drugiej strony ogrodzenia szeroko

gałęzie rozkładającą, z zamyśleniem popatrzała. Fabian sąsiada o Adasia zapytywał, który

także z odległej, wydzierżawionej łąki siano zbierał, a według wieści Michała, tak jak i Jan, wrócić miał ledwie nazajutrz. On, Michał, najprędzej swoje skosił. Zmachał się tak, że

mu i teraz jeszcze krzyż trzeszczy. Ale cóż robić? Komu pilno, temu pilno! Przy ostatnich

słowach na Antolkę z ukosa spojrzał i z fantazją poprawił u szyi błękitną chustkę, w którą

pomimo trzeszczenia krzyża ustroić się nie zapomniał. Dokoła zydla z misą, która zamiast

Mucha

miodu napełniła się teraz muchami, siedzące i stojące osoby toczyły rozmowę gwarną,

z której najgłośniej wybijały się narzekania na brak łąk i pastwisk. Mała to rzecz o dwie

mile po siano i to, gdybyż na swoją, ale na wynajętą łąkę jeździć! Już i koniczynę sieją,

i pola z zielsk wszelkich ogałacają, a zawsze srogi niedostatek cierpią. Zresztą, nie ta jedna bieda ich gniecie. Fabiana twarz zmarkotniała i okryła się mnóstwem zmarszczek. Powoli

butę swoją tracił i ze zgryźliwością, markotnie wynurzać się zaczynał.

— Języka — mówił — w czarce nie moczyłem i much po drodze nie ścigałem, a co

z tego! Tyle tylko, żem duszę w ciele utrzymać zdołał, a chaty nawet nowej za co zbudować

nie mam.

Ręką ku zagrodzie Anzelma rzucił.

— Tym dobrze! Więcej niż dwadzieścia morgów gruntu mają i we troje żyją… a u mnie

i dwunastu morgów może nie ma, a dzieci pięcioro. Co ja z synami zrobię, jak wszyscy

wyrosną, a żenić się zechcą? Dawniej w obowiązki szli i podczas dorabiali się czego, teraz

o to trudno. Dzierżawkę, żeby i miał który za co wziąć, także trudno, bo na wielkie nie

wystarczy, a małych naokolutko tak jak prawie nie ma… Jednym słowem, ani tędy, ani

siędy… ani ty człowiecze, na prawo nie pójdziesz, ani na lewo… nijakiej drogi i nijakiego

przyrobku³³⁰ nie ma. Choć zgiń, człowiecze, choć na śmierć zapracuj się, a poprawy losu swojego nie otrzymasz…

— I ziemi przykupić — odezwał się Starzyński — żeby kto nawet siły do kupy wziąw-

szy na pieniądze i wzmógł się, dla inszej przyczyny nie możno…

— A nie możno — przytwierdził Fabian — ni w czym rozszerzenia i ni w czym

postępowania dla nas nie ma. Zewsząd otoczyła nas rola bogaczów, a my ledwie ścieżeczką

wąską przecisnąć się możemy…

W elegijny³³¹ ton popadł i na wzór żony, która już od dawna z twarzą na rękę opuszczoną kołysała się to w tył, to naprzód, policzek na dłoń opuścił. Gorzki uśmiech przebiegł

mu pod szorstkimi wąsami.

— O jednego syna to już i nie mam po co głowy suszyć… w sołdaty za trzy miesiące

pójdzie, a choć za pięć lat i powróci, to ja tymczasem bez niego chyba potem do mogiły

ścieknę. Najstarszy i pracowity, posłuszny, choć do mnie przyrodziwszy się, gniewliwy.

Drugiego mnie Pan Bóg bałwana dał, co tylko po Niemnie orać i kosić umie, a tamte

dwa to jeszcze niedostałe trawy… ledwie do pasienia koni lub bronowania zdatne…

Tak wyskarżywszy się uczuł wracającą mu dumę i zuchowatość. Głowę podniósł,

chwilowego rozczulenia się zawstydził.

³³⁰

e — w gwarach istnieje słowo „przyrobiska” oznaczające grunta powstałe na karczowiskach; tu raczej w znaczeniu: powiększenie, to, co zostało przyrobione.

³³¹ e e n — smętny, żałosny.

Nad Niemnem



— At! — wykrzyknął — szczęśliwe powodzenie robi szkodliwe ubezpieczenie. Może

Pan Bóg dlatego nas, grzesznych ludzi doświadcza i w gardło nieprzyjacielskie oddaje,

abyśmy się na tym świecie nie fundowali³³², ale ojczyzny wiecznej szukali…

— Cierpliwość w niebo wwodzi — wtrącił Starzyński.

— Bóg mnie ubij na ciele i duszy, jeżeli nie to samo zawsze myślę! — wykrzyknął

Fabian — tylko jak podczas nieścierpliwe już bóle zdejmą, to człowiekowi trzy po trzy

naplecie się w gębie…

— Kogo Pan Bóg stworzył, tego nie umorzył, i koniec, i kwita! — wąsa w górę

podnosząc zakończył Michał, który bardzo poważny udział brał w rozmowie toczącej się

dokoła zydla, a do Antolki wobec tylu osób nie zbliżył się ani razu, to zapewne na względzie

mając, aby dziewczyna na ludzkie języki nie padła.

Starzyński z basowym śmiechem zauważył, że Fabian Panu Bogu za starszych synów

Ojciec, Syn

dziękować powinien. Z młodszych to nie wiadomo jeszcze co będzie, ale starsi obydwaj

poczciwi i dobrze prowadzący się kawalerowie. Choć on w tej okolicy nie mieszka, ale

wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Widocznym było, że Fabian pochwałami synom jego odda-

wanymi czuł się uradowany i pochlebiony, ale obojętność i nawet niezadowolenie udawał.

Głową lekceważąco trząsł, ręką machnął i niedbale rzucił:

— At! Osobliwa pociecha! Jeden kiep, drugi dureń, a obydwa błazny!

Wkrótce potem odchodzących gości z ukłonami i długimi przemówieniami na wesele

Bieda, Bogactwo, Duma

córki zapraszał. Kiedy kłaniał się po wielekroć i nisko, a wnet potem prostował się i dłonie na kłębach opierał, mówił o swojej ubogiej chacie i wnet dodawał, że mu o jej ubóstwo

bynajmniej! Bo sam sobie jest panem i znacznym nie będąc, może być zacnym kiedy

z przymileniem i prawie uniżonością patrzył w twarz młodego Korczyńskiego, a przy

wzmiance o procesie z jego ojcem, którą nieuważnie uczynił Michał, wąs najeżył i czo-

ło groźnie zmarszczył, widać w nim było naturę pełną cech z sobą sprzecznych, którymi

były: głębokie dla wyższego w świecie stanowiska poważanie i butna z własnej niezależno-

ści duma, popędliwa gniewliwość i przebiegła filuterność, skołatanie troskami i trudami

ubogiego życia, a w facecjach, przysłowiach, przypowieściach wytryskająca jowialność.

— Łazarz mizerny — prawił — o bogaczowych pokojach wyśpiewywał: „Stołów,

stołków obficie, i na ścianach obicie!” W mojej chacie takoż pięknych pokojów nie ma

ani złotnych materii na ścianach, ale mnie o to bynajmniej! I przed takimi znacznymi

gośćmi nie powstydzę się swego ubóstwa, jeżeli przyjdą dziewczynie mojej w dniu jej

ślubu szczęścia życzyć, a za wielką promocję i osobliwą łaskę będę to sobie miał. Bo to

każdy ptak podług swego nosa śpiewa, a w małym garnku barszcz tak samo w górę kipi

jak i w wielkim…

Fabianowa zaś menueta tańczyła na trawach ogrodu, krygując się i dygając, przy czym

o Giecołdach nie zapominała.

— Józika Giecołda żonka swachą³³³ na Elżusinym weselu będzie, pan Starzyński swatem, a panna Justyna pierwszą drużką do pary z panem Kazimierzem Jaśmontem, którego

Franuś na pierwszego drużbanta zaprosił…

W chude ręce klasnęła i z ukontentowania jakieś niby menuetowe en e a ³³⁴ wykonała.

— Widać już Pan Bóg mojej Alżusi takie szczęście dał, że taką chwalebną asystę będzie

miała!…

A Elżusia, floksy dla Justyny zrywając, narzeczonemu rozkazywała, aby najpiękniejszą

georginię zerwał.

— Nie ta! — wołała. — Tamta, wielka taka, czerwona… czy pan Franciszek ślepy,

kiedy nie widzi, na co ja palcem pokazuję? Ej! Pan Franciszek widać do zrywania kwiatów

zdatny jak wół do karety!

— Ale może za to w kochaniu zgrabniejszym się okaże! — jak grzmot potoczył się

śmiech Starzyńskiego.

Kiedy Justyna i Witold pod blednącym wieczornym niebem przy wielkim krzyku ko-

ników polnych, przerzynanym ostrymi głosami chruścieli i melodyjnym wołaniem prze-

³³² nd a i —tu: umacniać się, utwierdzać.

³³³ a a — zasadniczo każda mężatka uczestnicząca w weselu; także kobieta wykonująca pewne funkcje obrzędowe na weselu.

³³⁴ en e a (.) — figura taneczna; skok ze skrzyżowaniem nóg.

Nad Niemnem



piórek, do domu wracali, młodzieniec ze zwykłą sobie zapalnością zajęty losami, charak-

terami, obyczajami ludzi, których przed chwilą opuścił, po raz pierwszy mówił do młodej

swojej krewnej o myślach i celach, którym własną przyszłość poświęcić przyrzekał.

Przed kilku miesiącami Justyna nie zrozumiałaby go może albo obojętnie słuchałaby

o tych rzeczach, jak o zbyt dla niej odległych i niedostępnych, aby po nie sercem czy

współudziałem sięgnąć mogła. Teraz idee z szerokiego świata, z dobrych serc i umysło-

wych trudów ludzkich, z powszechnego oddechu ludzkości ku niej przylatujące o pierś

jej biły rozpalonymi skrzydłami, a świetlistymi pasami przerzynały umysł. Wydało się

jej, że to, co w drodze pomiędzy zagrodą Fabiana a korczyńskim dworem mówił jej Wi-

told, niewidzialną nicią łączy się z godziną, którą spędziła na Mogile. Oderwane dotąd

jej spostrzeżenia i wrażenia wiązać się zaczynały w całokształt myśli i uczuć, nad który-

mi zastanawiała się długo, gdy opowiedziawszy już Marcie wszystko, o czym ta wiedzieć

chciała, i lampę zgasiwszy, samotna i cicha, stała w otwartym oknie na wieczór gwiaź-

dzisty patrząc, a uchem ciekawym, może tęsknym, łowiąc ostatnie szmery otaczającego

Korczyn ludzkiego życia.

Nazajutrz przed południem przez wpółuchylone drzwi pokoju Marty i Justyny zajrzała

utrefiona główka Leoni.

— Czy ciocia tu jest? — zadźwięczał głosik śmiechem nabrzmiały.

— Jestem, kotko, jestem! — odpowiedział z pokoju głos gruby, lecz także uradowany.

— A co chcesz, robaczku? Może kotlecika albo pierożków z czernicami? Gotowe już…

doskonałe!…

Dziewczynka weszła w draperiach i falbankach sukni, wyprostowana, uroczysta, z ty-

siącem uśmieszków na twarzyczce ładnej, roztropnej, niedokrwistej. W ręku niosła dwa

kawałki kanwy włóczkowymi różami i floresami okryte.

— Pantofle własnej roboty kochanej cioci ofiarowuję i proszę je przyjąć tak… tak…

jak ja…

Miała widać coś bardzo długiego i pięknego wypowiedzieć, ale widząc twarz Marty

tak drgającą, jakby ją w mnóstwo miejsc na raz komary kąsały, nie dokończyła, tylko

z podskokiem na szyję starej panny szczupłe ramiona zarzuciła i małą, ciemną, pomarsz-

czoną, drgającą twarz pocałunkami okrywała. Rzecz była drobna, a jednak Marta śmiała

się i razem płakała, dziewczynkę nad ziemią unosząc, do piersi ją przyciskając i w nie-

skończoność szepcząc, wykrzykując i wykaszlując:

— Kotko ty moja… robaczku… słowiczku… rybko!

Przyglądała się potem pantoflom, wychwalała je, do wielkiej nogi swej przymierzała

z uszczęśliwieniem, które dziwne w niej sprowadzało zmiany, młodszą jakby, lżejszą, cich-

szą ją czyniąc. Na koniec znowu Leoni pierożki z czernicami ofiarowywała. Ale dziew-

czynka z lekkością metalowej turkawki³³⁵ na jednej nodze okręcała się dokoła pokoju, przy czym klaskała w dłonie, wołała i wyśpiewywała:

— Mama już wstała i kakao pije… Widzio poszedł już prosić, aby mnie pozwoliła na

wesele pójść z nim, z ciocią i Justynką… poszedł… poszedł… poszedł prosić!

Wtem ze stukiem otworzyły się drzwi i ukazała się w nich młoda, wystrojona panna

służąca wołając:

— Pani zachorowała i panny Marty do siebie prosi!

Marta piorunem ze schodów zbiegła, za nią przelękniona, zasmucona, znowu sztyw-

na, schodziła na dół Leonia. Przez sień szerokimi krokami przechodził Benedykt, wąsa

rozpaczliwie w dół ciągnąc i spotykane osoby spiesznie zapytując:

— Co się stało? Znowu zachorowała? Czy po doktora posyłać trzeba?

W rogu salonu rozminął się z synem, który pośrodku sieni Leonię za rękę pochwycił.

— Buszmankę z ciebie zrobią, jak ojca kocham, Buszmankę! — ze wzburzeniem

zawołał i w głąb domu pobiegł.

W sypialni pani Emilii działy się straszne rzeczy, których przyczyną najważniejszą,

ale nie jedyną, była dzisiejsza rozmowa matki z synem. Wczoraj już po wystąpieniu przy

wieczerzy Benedykta położyła się do łóżka z biciem serca i duszeniem w gardle. W no-

cy nagabywały ją z lekka żołądkowe kurcze, które uspokajała lekarstwami i słuchaniem

prawie do wschodu słońca głośnego czytania Teresy. Kiedy wszyscy w domu i dokoła

³³⁵ me a

a

a

a — zapewne rodzaj szybko wirującej zabawki dziecięcej.

Nad Niemnem



domu pogrążali się już w ruch i zachody pracowitego dnia letniego, ona usnęła. Niewie-

le przed południem, zdrowsza nieco, chociaż od smutnych na rozpoczynający się dzień

przewidywań niezupełnie wolna, w śnieżnych puchach peniuaru ułożyła się na pąsowym

szezlongu, po jednej stronie mając filiżankę wzmacniającego kakao, po drugiej książ-

kę, którą wczoraj czytać rozpoczęła, i niedawno też rozpoczętą włóczkową robotę. Tuż

przy niej, z ręką na chustce zawieszoną, Teresa piła kakawelo³³⁶, bo kakao jej nie służyło i z opowiadaniem o śnie dzisiejszym łączyła przewidywanie bólu zębów, dla zapobieżenia

któremu już użyła lekarstwa jednego, a drugie właśnie przygotowywała, gdy przez wpó-

łotwarte drzwi buduaru zajrzał Witold i o pozwolenie wejścia zapytał. Pani Emilia nie

tylko synowi wejść pozwoliła, ale gdy w rękę ją całował, kilka razy w czoło go pocałowała

i łagodnym ruchem pociągnąwszy go ku obok stojącemu krzesłu, o złej dzisiejszej no-

cy i w ogóle o swoim sfatygowaniu i zdenerwowaniu powoli, z uśmiechem cierpliwym

i smutnym opowiadać mu zaczęła. Trwało to dobry kwadrans, po którym Witold prośbę,

z którą tu przyszedł, wypowiedział. Pani Emilia najzupełniej zrazu nie zrozumiała, o co

synowi jej chodziło, i była pewna, że słowa jego źle usłyszała.

— Gdzie? Czyje wesele? Dokąd Leonia ma jechać? — z cicha i łagodnie zapytywała.

— Przepraszam cię, Widziu, ale tak jestem osłabiona… z osłabienia mam szum w uszach…

Kiedy na koniec dokładnie słowa syna wyrozumiała, osłupiała zrazu od zdziwienia,

a potem żądaniu jego oparła się stanowczo. Stanowczość ta była cicha, łagodna, ale nie-

złomna. Rzecz cała zresztą wydawała się jej tak niesłychana, że nie uważała nawet za

potrzebne przyczyn oporu swego wypowiadać.

— Ja — cicho i łagodnie mówiła — na takie dziwactwa zgodzić się nie mogę… Bar-

dzo mi smutno, Widziu, że odmówić ci muszę, ale matką jestem i prowadzenie Leoni

jest moim świętym obowiązkiem… Kiedy złożycie mnie do mogiły, będziecie z nią po-

stępować, jak się wam będzie podobało, ale dopóki ja żyję, moja córka nie będzie bywać

w niewłaściwych dla siebie towarzystwach, psuć sobie układu i patrzeć na rzeczy, których

nigdy widzieć nie powinna.

— Owszem, moja mamo, powinna ona wszystko widzieć i słyszeć, aby znać ten świat,

ten kraj, których przecie mieszkanką i obywatelką będzie — przerwał Witold, jak tylko

mógł najcierpliwiej, po czym parę minut jeszcze, jak tylko mógł najcichszym głosem,

przekonywał matkę o konieczności dania Leoni więcej fizycznego ruchu a umysłowej

wiedzy o naturze i ludziach, pośród których upływać miało przyszłe jej życie. Pomimo

jednak powściągliwości, z jaką mówił, kilka jego wyrażeń boleśnie panią Emilię dotknęło.

Wzięła je za aluzję do jej własnej chorowitości i bezużyteczności. Zamiast więc współ-

czucia, znajdowała u syna krytykę i przyganę! Jednak tego syna kochała! W dzieciństwie

pieściła go więcej jak córkę, hałasować tylko w bliskości swojej nie pozwalając, a gdy

dorósł, z lubością nieraz przypatrywała się jego wysmukłym kształtom i delikatnym ry-

som, które jej w rozrzewniający sposób przypominały takiego Benedykta, jakim on był

w młodości i jakim, niestety, tak prędko i bezpowrotnie być przestał. Wielki żal do tego

syna, który ani kochać nawzajem, ani rozumieć jej nie mógł, wzbierał w jej piersi i łzami

napełniał ciemne, piękne, cierpiące oczy. Żadne przecież słowo gniewu lub urazy z ust

jej nie wyszło, z wyrazem męczennicy na los swój zrezygnowanej wszystkiego, co mó-

wił Witold, wysłuchała, i wtedy dopiero, kiedy o niezłomności oporu matki przekonany

w rękę ją na pożegnanie całował, uczuła odnawiające się i tym razem gwałtowne kurcze

żołądka. W kilka minut potem wiła się po szezlongu w istotnych i dojmujących męczar-

niach. Straszna gadzina histerii tę formę dziś przybrała, aby ją przeszyć swoim żądłem.

Na nieszczęście, Teresa z ręką obezwładnioną i zębami, które od alteracji srodze się już

rozbolały, pomocna jej tym razem być nie mogła. Do jednej chustki, na której wspierała

rękę, dodała drugą, którą sobie twarz obwiązała i skurczywszy się w kątku pokoju płakała

nad cierpieniami przyjaciółki i swoją niemożnością przychodzenia im z pomocą, płacz od

czasu do czasu połykaniem saliceli³³⁷ i morfiny przerywając. Zawołano panny służącej, okazała się jeszcze potrzeba przywołania Marty, w zachód około chorej wtrąciła się i Leonia, ale pani Emilia długo żadnej ulgi uczuć nie mogła, przeważnie dlatego, że ciężkie

stąpania i głośny oddech Marty drażniły ją i irytowały. Irytacji tej niczym nie objawiała,

³³⁶ a a e — wyraz nienotowany w słownikach.

³³⁷ a i e , prawidłowo: a i

— składnik różnych lekarstw, m.in. proszków uśmierzających ból.

Nad Niemnem



ale cierpienia jej uspokajały się daleko powolniej, niż to bywało przy lekkim uwaniu

i ptaszęcym szczebiocie Teresy. Daremnie Marta na palcach nóg stąpać usiłując najciszej,

jak tylko mogła, kołysała w powietrzu swoją wysoką i ciężką postać, daremnie tłumiła

oddech i dławiła się powstrzymywanym kaszlem, sam jej szept nawet, gruby i świszczą-

cy, drażnił nerwy chorej. Spostrzegała to wybornie i zgryzota, którą nad tym uczuwała,

oblekała jej twarz wyrazem dotkliwego zmartwienia.

— Nigdy jej dogodzić nie mogłam i nie mogę — cichutko, jak się jej zdawało, do

Teresy szepnęła i z głębokim wyrzutem samej sobie czynionym dodała: — Nie wiem,

słowo honoru, po co żyję i chleb na tym świecie jem! Wieczna niedola!

Jednak po lekarza posyłać potrzeba nie zaszła. Benedykt po kilku minutach w pokoju

żony spędzonych do swego gabinetu wszedł i już brał za czapkę, aby udać się w pole, gdy

przez drzwi otwarte w drugim pokoju zobaczył syna.

— Witold! — zawołał — pięknieś postąpił! Zirytowałeś matkę, która teraz przez

ciebie choruje. Czy do waszych teorii i idei należy także sprzeczanie się z babami i spro-

wadzanie im nerwowych ataków?

— Szło mi o siostrę — cichszym niż zwykle głosem wymówił młody człowiek, z krze-

sła powoli wstając i książkę, którą przerzucał, kładąc na stole.

Benedykt próg rozdzielający dwa pokoje przestąpił.

— Matka miała zupełną rację — zaczął. — Leonii po zebraniach i weselach chłop-

skich ciągać nie trzeba. Nie rozumiem nawet, skąd ci do głowy przyszło sielankowymi

swoimi pomysłami matkę męczyć?

Witold milczał. Ręce w tył założył, powieki miał spuszczone i usta szczelnie zamknięte.

— Czemuż nie odpowiadasz? — rzucił Benedykt, którego milczenie syna drażniło.

Nie zaraz i z widoczną niechęcią syn odpowiedział:

— Myślałem o tym, ojcze, dlaczego mnie nigdy, ani w dzieciństwie, ani kiedym

dorósł, sielanek tych nie wzbraniałeś, owszem… owszem… nieraz mnie sam zachęcałeś

do nich?

— Facecja! Czy masz mnie za ostatniego głupca, abym miał chłopca w puchach cho-

wać i na obłokach kołysać! Ale Leonia jest dziewczyną, a co chłopcu idzie na zdrowie,

dziewczynie może zaszkodzić. Ty pewno i z tym się nie zgadzasz? Co?

Witold milczał. W twarzy jego po raz pierwszy Benedykt spostrzegł coś na kształt

zaciętości, silne postanowienie wytrwania w milczeniu zdradzającej.

— Cóż? — wymówił — czy nie uważasz mnie nawet godnym rozmowy z sobą?

Nie podnosząc powiek młody człowiek odpowiedział:

— Pozwól mi, ojcze, milczeć i tym sposobem nie ranić ciebie i siebie…

— Nie ranić! — powtórzył Benedykt. — Masz słuszność! Nie nowych ran spodzie-

wałem się od ciebie, ale może zagojenia tych… które…

Ręką machnął.

— Ale — dodał — to już na świecie tak! Przeciw komu Pan Bóg, przeciw temu

i wszyscy święci! Niech jeszcze i to!…

Porywczym ruchem czapkę na głowę włożył i wyszedł, Witold zaś stał długo na miej-

scu, w ziemię wpatrzony, do krwi prawie wargę sobie przygryzając, ale gdy pod gankiem

tętent konia usłyszał, szybko do okna podszedł i nie opuścił go dopóty, dopóki odjeż-

dżający ojciec na drodze długim szlakiem ciągnącej się za bramą z oczu mu nie zniknął.

Niespokojny, nad czymś namyślający się, z czymś wewnętrznie walczący, chodził czas ja-

kiś po pustej sali jadalnej, aż przeszedł sień i salon, u drzwi matczynego buduaru stanął

i na klamce rękę położył. Stał tak chwilę w nieśmiałej wahającej się postawie, potem ci-

chutko drzwi otworzył, ale zaledwie głowa jego ukazała się w przyciemnionym pokoju,

gdy nagle wszystkie, prócz pani Emilii, znajdujące się w nim osoby obydwoma rękami

ku niemu machać zaczęły. Przed chwilą właśnie chora uspokoiła się nieco i zdawać się

mogło, że zadrzemała. Ujrzawszy zaglądającego do pokoju Witolda Marta, Teresa, Le-

onia i panna służąca w najgłębszym milczeniu i z najwyższym przerażeniem ramionami

ku niemu zamachały. Miało to znaczyć, aby co prędzej odszedł i spoczynku chorej nie

przerywał. Odszedł, a w kilka minut potem widać go było z fuzją na ramieniu, z czarnym

Marsem i książką wyglądającą z kieszeni surduta idącego w kierunku Olszynki.

Nigdy jeszcze nie widywano Benedykta tak ponurym i rozjątrzonym, jak tego lata,

w którym na głowę spadł mu nowy majątkowy kłopot, a na serce tajemny i niespodzie-

Nad Niemnem



wany smutek. Ten smutek niemal z każdym dniem wzmagać się zdawał. Stosunki jego

z synem były na pozór dobre, ale tylko na pozór. Chodzili razem po korczyńskich polach,

rozmawiali o agronomicznych studiach, w których Benedykt niegdyś a Witold teraz żywe

miał zamiłowanie, lecz obaj czuli, że to ich zetknięcie było zupełnie zewnętrzne, że dusze

ich coraz więcej oddalały się od siebie. Od tego wieczora, kiedy Benedykt w bramie fol-

warcznego dziedzińca rzucił synowi bolesne wyrazy pragnienie rychłej śmierci objawiają-

ce, Witold zamknął się w niezłomnym milczeniu o wszystkim, co z najpowszedniejszymi

sprawami związku nie miało. Chętnie o przedmiotach codziennych i obojętnych z ojcem

rozmawiał, spiesznie pochwytywał każdą sposobność dopomożenia mu w pracy lub od-

dania jakiejkolwiek przysługi, ale o przekonaniach swoich, o tym, co mu się podobało lub

nie podobało, o własnej także przyszłości nie mówił z nim nigdy. Ilekroć przewidywał, że

wydarzyć się to może, na twarzy jego zjawiał się ten sam wyraz zaciętego postanowienia,

który już raz dotkliwie rozjątrzył Benedykta. Jątrzył go zawsze i coraz bardziej. Wolałby

już był otwarte, nawet zawzięte sprzeczki niż to zamykanie się przed nim duszy, której

wybuchliwą otwartość znał, więc sztuczną skrytość coraz więcej raniącym go przyczynom

przypisywał. Bywały dni, w których nawzajem zdawali się siebie unikać i prawie wcale

nie widywali się z sobą i inne, w których nie szukając się z pozoru, spotykali się jed-

nak na każdym kroku, na wspólne przechadzki wychodzili i długie prowadzili rozmowy.

Ale w tych rozmowach każda minuta serdeczna, każdy początek zwierzenia czy wylania

urywały się prędko, ustępując przed tajonym ze strony jednej, a w gorzkich i poryw-

czych słowach wybuchającym z drugiej rozdrażnieniem. Jednego z dni takich całą może

godzinę rozpatrywali razem naukowe książki Witolda, z których młody człowiek czerpał

tematy do opowiadania ojcu o różnych nowych pracach na szerokim świecie w dziedzinie

agronomi dokonywanych.

— Do diabła! — zawołał Benedykt — kiedy teraz pomyślę, że i ja kiedyś tyle książek

czytałem i mądrości zjadałem, oddziwić się temu nie mogę. Teraz, panie, tak odwykłem,

że jak tylko co drukowanego do ręki wezmę, zaraz zadrzemię!…

I na przywieziony ze szkoły synowski księgozbiór — wcale nieduży — tak wystraszo-

nymi, prawie przerażonymi oczami patrzał, że Witold zrazu parsknął wesołym śmiechem,

a potem zaraz coś jakby litość czy rozrzewnienie wzrok mu napełniło. Wziął rękę ojca i do

ust ją przycisnął. Benedykt namyślał się nad czymś przez chwilę.

— Widziu — niepewnym trochę głosem wymówił — mam do ciebie prośbę!

— Ty, ojcze, do mnie? Prośbę? Rozkazuj tylko…

Istotnie, widać było po nim, że gotów był w tej chwili rzucić się w ogień lub na skraj

świata skoczyć.

Długi wąs na palec motając i wzrokiem mijając twarz syna Benedykt mówić zaczął:

— Za trzy tygodnie wyjedziesz z Korczyna… trzeba przecież, abyś wizytę pożegnalną

ciotce oddał. Otóż, wiesz dobrze, jaki mam kłopot z tym długiem Darzeckich… Gdybyś

do nich pojechał, o przedłużenie mi terminu lub rozłożenie wypłaty na lat kilka ciotki

poprosił, przymilił się do niej, zjednał ją sobie… Same córki tylko mając ona za synami

braci przepada, a Zygmuś, kiedy siedział za granicą, ciągnął z niej, ile sam chciał… Może

by więc i dla ciebie teraz tę łaskę zrobiła… Wprawdzie Darzecki sam interesami rządzi, ale

ona ma nad nim wpływ wielki i przy tym to człowiek próżny, który za jeden niski ukłon,

za jedno pocałowanie ręki, wiele uczynić może… Cóż? Zrobisz to dla mnie, Widziu?

Ciężka chmura okryła rozjaśnioną przed chwilą twarz młodego człowieka. Milczał.

Benedykt trochę podejrzliwie, a trochę wstydliwie na niego spojrzał.

— Cóż? Zrobisz to, o co cię proszę? — grubiej już nieco zagadnął.

— Nie, mój ojcze… boli mię to bardzo… ale nie… — stłumionym głosem odpowie-

dział Witold.

— Dlaczego? Raczże mi przynajmniej wytłumaczyć…

— Pozwól mi, ojcze, milczeć!

— Znowu! — krzyknął Benedykt i twarz jego od włosów do szyi zalała się szkarłatem.

Chciał coś mówić, długo jednak nie mógł, aż ze stukiem krzesło, na którym siedział,

odsuwając zawołał:

— Dobrze. Milczmy obaj. Chcesz mi być obcy? Zamykasz się przede mną jak przed

wrogiem? Dobrze. Bądźże łaskaw uważać mnie od tego czasu za swego znajomego, który

tym tylko różni się od wszystkich innych, że weźmiesz po nim sukcesję!

Nad Niemnem



Tym razem Witold, bardzo blady, drżał cały, a z oczu sypały się mu iskry. Uczynił

zrazu ruch taki, jakby miał za odchodzącym ojcem poskoczyć i z ust rzucić w zamian

otrzymanej obelgi grad gorzkich wyrzutów. Ale nie uczynił tego. Było w nim coś, co

nakazywało mu powściągać się i raczej wszystko znosić niż stargać do reszty łączący go

z ojcem węzeł. Upadł tylko na krzesło, w obie dłonie wziął czoło i zawołał:

— Okropność! Okropność! Porozumieć się niepodobna ! Błędne koło!

Łatwiej zapewne porozumieć by się mogli, gdyby obadwaj nie byli krewcy i wybu-

chliwi, gdyby nade wszystko nieustanne rozjątrzenie, w którym od lat dwudziestu kilku

żył ojciec, nie przeszło drogą odziedziczenia i niejako zaszczepienia w krew i nerwy syna.

W krwi i nerwach obydwóch gorzkim warem płynęły z jednej strony przebyte, a z drugiej

widziane i odczute niezmierne cierpienia.

Raz jednak, wkrótce po skończeniu żniw, Benedykt z sąsiedniego miasteczka do domu

powracający siedział na bryczce z tak raźną i wypogodzoną miną, jakiej od dawna już

nikt u niego nie widział. Zapominając nawet o gderaniu siedzącego na koźle stajennego

chłopca, filuternie uśmiechał się do siebie i co mu się niezmiernie rzadko zdarzało, zamiast w dół pociągać, w górę czasem podkręcał wąsa. Gdy na dziedziniec wjeżdżał, zobaczył

odjeżdżający od ganku i nieco z boku w cieniu jaworów zatrzymujący się zgrabny koczyk,

czterema pięknymi końmi założony, ze stangretem w liberii. Na ganku zaś stał tylko

co tym koczykiem³³⁸ przybyły Zygmunt. Z parokonnej, trzęsącej, na żółto pomalowanej bryczki wyskakując Benedykt uprzejmiej niż zazwyczaj synowca powitał:

— W szczęśliwy dla mnie dzień przyjechałeś, Zygmusiu! Jak bym na sto koni wsiadł,

taki rad jestem!

Zygmunt milcząc szedł za stryjem w głąb domu, a Benedykt znalazłszy się już w ga-

binecie swoim zdjął płaszcz płócienny, czapkę na krzesło rzucił i z kieszeni surduta list

jakiś wyjął. Był to na poczcie w miasteczku otrzymany list od prawnika, któremu prowa-

Chłop, Sąd,

Sprawiedliwość, Szlachcic

dzenie procesu z Bohatyrowiczami powierzył i który uwiadamiał go, że strona przeciwna

w podaniu skargi do instancji wyższej terminu uchybiła, że zatem wygrana pozostaje przy

nim wraz z przyznaną mu przez pierwszą instancję sumą, koszta procesu wynagrodzić mu

mającą. Listem o dłoń uderzając i szerokimi krokami po pokoju chodząc Benedykt wołał:

— Na swoim postawiłem! I przegrali, i będą jeszcze musieli tysiąc rubli mi wypła-

cić! Dla nich to suma ogromna, a i dla mnie także niemało znaczy… szczególniej teraz.

Ot, lament podniosą! Ale nie daruję! Jak Boga kocham, ani grosza nie daruję! Jeżeli

dobrowolnie nie oddadzą, licytować będę… konie, krowy, graty i choćby poduszki zlicy-

tuję, a swoje odbiorę! Niech nie zaczynają! I mnie przecież ten proces kosztował, nie tyle

wprawdzie, ale zawsze kosztował. A fatyga i zgryzoty czy za nic poczytywać się mają? Dla

nich to dobra lekcja, a dla mnie tysiąc rubli… fiu, fiu! Nie piechotą chodzi!

Prawnik zapytywał w liście, czy ma czynić starania o wyegzekwowanie z bohatyrowic-

kiej okolicy przyznanego mu przez sąd zwrotu kosztów. A jakże! Naturalnie! Natychmiast

musi odpisać, aby usilne, najusilniejsze starania o to czynił. Egzekwować będzie należną

mu sumę, egzekwować bez żadnego na nic względu! Na żadną nawet zwłokę nie pozwoli,

ściśle stosując się tylko do litery prawa, a jeżeli nie oddadzą prędko i dobrowolnie, na

licytację wystawi, wszystko, co mają, na licytację… tak!

— Idź ty, Zygmusiu, na jakie pół godzinki do bab, a ja tę odpowiedź zaraz napiszę…

Dziś wieczorem poczta z miasteczka odchodzi, umyślnego zaraz wysłać trzeba, ażeby nie

spóźnić się…

Od dobrego już dziesiątka lat do napisania każdego listu przybierał się długo i z nie-

chęcią. Dziś przecież już przed biurkiem siedział, papier z szuflady dostawał i ręce zacierał.

Widocznie, przy zdarzeniach podobnych nic mu już, tak jak dawniej, we środku nie pła-

kało.

Zygmunt, jak zawsze żurnalowy i trochę sztywny, z kapeluszem w ręku przez pustą

salę jadalną przeszedł, ale po chwilowym wahaniu, zamiast udać się do pokojów pani

Emilii, po wschodach z sieni na górę prowadzących iść zaczął. Dom ten znany mu był

od dzieciństwa, a chwilowe wahanie sprawiła mu tylko myśl, że na górze mieszkała nie

tylko Justyna, ale także i Marta. Przez okno przecież zobaczył starą pannę z kluczami

i dziewką folwarczną idącą ku oddalonym budynkom. Drzwi pani Emilii były jak zwykle

³³⁸

, właśc.

— czterokołowy, półkryty wóz używany od XVI–XIX w.

Nad Niemnem



szczelnie zamknięte, salon zupełnie pusty, z góry dochodziły dźwięki skrzypiec. Wszedł

na schody, na wąskim i wpółciemnym korytarzyku oblały go fale muzyki Orzelskiego,

otworzył drzwi prowadzące do pokoju, w którym, gdy był dzieckiem i dorastającym mło-

dzieńcem, bywał dość często. Zamieszkiwała go wtedy Marta, teraz wiedział dobrze, że

znaleźć tam może Justynę. Istotnie, na widok wchodzącego młoda panna podniosła się

u otwartego okna i robota, którą w ręku trzymała — jakaś biała chustka z wyhaowaną

już jedną literą — z rąk jej na stół upadła. Trochę zbladła, potem zarumieniła się gwał-

townie i zaledwie końcami palców dotykając dłoni, którą ze wzrokiem natarczywie w nią

utkwionym wyciągnął ku niej przybyły, stłumionym nieco głosem zapytała:

— Czemu przypisać mam, kuzynie, odwiedziny twoje… w moim pokoju?

Zamiast odpowiedzi wpatrzył się w nią jeszcze uparciej i z żartobliwą pieszczotliwością

wymówił:

— Niegościnna! Siadać mię nawet nie prosi!

— Owszem, usiądź, kuzynie, proszę!

Posunęła ku niemu krzesło i sama na uprzednim miejscu swoim usiadła, obojętna

z pozoru, ale ze ściągniętymi trochę brwiami i migocącym w dalekiej głębi oczu zatrwo-

żeniem. Usiadł tak, że końcem stopy obutej w cielisty kamasz i błyszczący trzewik prawie

dotykał jej sukni. W otwarte okno spojrzał.

— Dość malowniczy widoczek… — zaczął.

— Znasz go od dawna, kuzynie — obojętnie i z oczami na robotę spuszczonymi

zauważyła. Obok znajdującej się już na chustce litery jednej zaczyna